- Opowiadanie: Jarosław D - Ostatni partyzant cz. 1

Ostatni partyzant cz. 1

Oceny

Ostatni partyzant cz. 1

Wyskoczył z wolno jadącego pociągu. Odruchowo przebiegł kilkanaście metrów od kolejowego nasypu do najbliższych wysokich drzew gdzie był już las. Później okazało się że w ten sposób ponownie wrócił do partyzantki. Na razie tworzył nieformalny jednoosobowy oddział.

 

Przebiegł już sporą odległość a odruchowe decyzje jakie powstawały w głowie biegnącego mężczyzny kierowały jak najgłębiej w gąszcz coraz bardziej porośniętego lasu. Aby jak najdalej od ludzi i wszelkich zabudowań. Była środkowa jesień, a z drzew i krzaków spływały duże krople wody – pamiątka po niedawnych ulewnych deszczach. Bardzo szybko jego odzież wierzchnia, którą stanowiły spodnie z materiału i marynarka poprzez kontakt z mokrą zielenią, nasiąknęły wodą kiedy się przedzierał. Ubrania zwilgotniały na tyle że nadciągająca noc w lesie groziła zmarznięciem. Myślał więc o ukrytym, osłoniętym nocnym ognisku i osuszeniu marynarki. Chciał dotrzeć do miejsca gdzieś w połowie odległości, między jedną wsią a drugą. Ideałem wręcz byłoby jakby miejsce przyszłego obozowiska stanowiło mniej więcej równą długość od każdej strony świata do najbliższych zabudowań. A wymarzona sytuacja kiedy ta odległość stanowiłaby co najmniej piętnaście kilometrów. Ale jak to osiągnąć kiedy nie wiadomo gdzie ten las się kończy, gdzie zaczyna a gdzie najbliższe domy? Na razie szedł bardzo szybkim nerwowym krokiem przed siebie.

Trzeba koniecznie rozpoznać teren i najbliższą okolicę… Pomyślał pędząc naprzód w głuszę…

 

Zaczęło się ściemniać. Przystanąwszy na jakieś piętnaście minut zaczął analizować co się stało i planował co robić dalej. Zastanawiał się też nad poczynaniami ludzi z pociągu, którzy nagle na sygnał jednego z nich zaczęli iść w jego kierunku. Ten jeden, który pozostałym wskazał go palcem, dlaczego to zrobił? Ilu ich było, ilu mogło być? Widział czterech. Ale miał przeczucie że jeśli nie zastrzelą go od razu w pociągu to na pewno aresztują i odstawią do najbliższego posterunku a tam nie będzie zmiłuj…Jeszcze mógł wyjąć pistolet, który miał w kieszeni marynarki i urządzić strzelankę w pociągu ale czy tamci nie odstrzeliliby go? Może latające kule zabiłyby niewinnych pasażerów? Cóż, na razie nie było co gdybać, fakty są takie że uciekł i jest sam pośród lasu. Czy tamci aby dotarłszy do najbliższej stacji nie wszczęli alarmu i czy w lesie nie jest urządzana obława ? Albo może i jutro państwowe służby przeczeszą las? Pytania jakie kłębiły się w jego głowie pozostały bez odpowiedzi …

Na razie postanowił przetrzymać głód jaki zaczął mu doskwierać. Rano spróbuje poszukać grzybów. Nabije je na patyk i usmaży na ognisku tak jak się smaży kiełbaski. Takie były plany na jutrzejszy dzień.

Zaczął tymczasem myśleć o rozpaleniu ogniska. Podjął też odpowiednie działania, znalazł drobne patyczki, nożem jaki miał zawsze ze sobą dostrugał się do wewnątrz nich, skąd pozyskał suchą, cieniutkie prawie jak drzazgi rozpałkę. Odpalił zapałkę, buchnęła rozpałka, po czym stopniowo dokładał coraz grubsze patyki. Sztukę rozpalania ognia w najtrudniejszych warunkach opanowaną miał jak mało kto…

Miejsce na małe jednoosobowe obozowisko osłonięte było z każdej strony gęstymi zaroślami, pośród których był on i płonące niewielkie ognisko, osłonięci od góry rozpostartymi gałęźmi. I tylko czasami krople wody kapały na dół, gdyż wiejący z lekka wiatr bujał nieznacznie mokrymi po niedawnych deszczach drzewami. Broń jaka miał za pasem była cały czas w pogotowiu…

Zdjął marynarkę, rozpostarł w odpowiedniej odległości od ognia, tak aby jej nie przypalić, spodni zaś nie zdejmował, w założeniu miały wysuszyć się na jego nogach. Nazbierał dodatkowego chrustu, tak aby starczyło do rana. Potem zasnął. Ciało spało ale umysł nie spał. Budził się co jakiś czas aby dorzucić do paleniska osuszonego przy ogniu drewna. Nastał chodny ranek. I tak przetrwał poprzedni dzień i przetrwał noc.

O 8:20 zaczęło się przejaśniać. Dogasające palenisko z lekka jeszcze dymiło. Po usunięciu wszelkich śladów niedawnego jeszcze ogniska ruszył w poszukiwaniu grzybów. Było już około trzech godzin od czasu kiedy opuścił niedawne nocne obozowisko, kiedy w prowizorycznym pojemniku z marynarki miał już sporą ilość czarnych łebków, kilka prawdziwków i dwa maślaki. Wreszcie zaspokoi głód. Rozpalił nowe ognisko około pięć kilometrów od miejsca które rano opuścił, również dobrze ukryte. Obrał grzyby, co większe nadział na cienki patyk i usmażył nad płomieniem, zaś te mniejsze rozłożył dookoła przy samym palenisku aby je podsuszyć.

Rozpoznając później teren odkrył wartką rzeczkę a w niej widoczne stanowiska ryb. Naostrzył długi kij. Udało mu się nabić na niego kilka kleni. Spod zatopionych obmywanych nurtem korzeni drzew wyjął gołą ręką jeszcze dwa zimnolubne miętusy. Już zanosiło się na późny wieczór po którym następowała szybko o tej porze roku noc, kiedy oskrobał swoje zdobycze, wybebeszył i wypłukał w zimnej rzece. Jeszcze sprzątnął skrupulatnie i zakopał pojedyncze rybie łuski tak by nie pozostawić po sobie najmniejszego śladu obecności. Znów zaszył się głęboko w las i znów rytuał z poprzedniej nocki z rozpaleniem ogniska i ukryciem swojej obecności. Lecz tej nocy spożył upolowane za dnia ryby, doznając prawdziwych kulinarnych rozkoszy. A usmażone na ogniu miętusy zagryzał suszonymi grzybami…I tak minął dzień i noc druga.

 

Kilka dni później kiedy szedł lasem, zbliżając się do miejsca gdzie chciał przeciąć biegnący trakt usłyszał nagle zbliżający się dudniący tętent ziemi. Przykucnąwszy energicznie za gęstym wysokim krzakiem rosnącym obok drzewa spojrzał w lewo jednocześnie odruchowo chwytając za broń trzymaną za paskiem. Obserwował uważnie teren dookoła. W jednej chwili w zasięgu wzroku dojrzał jeźdźca na koniu a im bardziej ten mknął w jego kierunku okazało się że to kobieta. Kiedy już przejeżdżała trakt leśny na wysokości gdzie krył się w krzakach ocenił iż że to około 20-letnia ładna ale płacząca chyba kobieta. Coś się chyba musiało wydarzyć? Może uciekała przed niebezpieczeństwem? Szedł w kierunku którędy zmierzała, przy samych drzewach i krzakach jakie biegły przy trakcie, aby w razie czego mógł odskoczyć w las i zaszyć się w głuszy. Podążał szybkim krokiem, czasem biegnąc, tropem śladów końskich kopyt. Tak dotarł do punktu gdzie miał już dziewczynę jadącą teraz wolnym stępem w zasięgu wzroku. Kobieta skręciła później w wąską ścieżkę pośród bardzo gęstego lasu, koń szedł bardzo powoli. Cały czas miał ją w polu widzenia, przygotowany do odskoku w gąszcz zieleni gdyby ta nagle odwróciła się. Nie miał na razie pomysłu jak nawiązać z "amazonką" kontakt aby jej nie przestraszyć i nie wypłoszyć.

 

W innej części świata, gdzieś na pograniczu Starych Kontynentów, na wysuniętym daleko posterunku paląc papierosa major patrzył przez okno komisariatu. Już w odległości niecałe trzysta metrów stąd, tutejszy chutor otaczał gęsty jodłowy las, a dalej za nim ciągnęły się góry. Cały ten nocny krajobraz oświetlał księżyc, który przeszedł właśnie w pełnię. Co jakiś czas z oddali dobiegało wycie wilków co razem tworzyło złowrogi klimat. Przysłano go tu z daleka, a wiedział że w lesie i w górach niczym wilki przebywają partyzanci. A wśród nich są samotne wilki – jednoosobowe partyzanckie oddziały. I nie straszna im śmierć i nie straszna zima w górskiej jaskini. I wiedział że w każdej chwili z lasu może zaatakować wataha wilków, a może też samotny partyzant nadejść. Taki samotny wilk często bywał groźniejszy i skuteczniejszy niż cała wataha.

Ale na państwowym szczeblu już zapadały pierwsze decyzje jakby tu ujarzmić ten dzielny, wojowniczy naród. I jak sprawić by znienawidził partyzantów.

-Zatrujemy ich umysły! Odetniemy od tradycji!! Zalejemy go prostytutkami – grzmiano w ministerialnych gabinetach

-Zniszczymy ich ducha! Zniszczymy religię!! I mają się wstydzić własnej tradycji, historii i obyczajów – wydawano dyrektywy dla urzędników tych ziem

I machina niszczenia dusz ruszyła. Dzieciom wstrzykiwano specjalna szczepionkę. Mówiono im że to po to aby nie chorować. A w rzeczywistości miała ona odmieniać całkowicie świadomość. Ponadto odbierała wszelkie siły: zarówno te fizyczne jak i duchowe. No i pozbawiała myślenia. Niczym Samson po utracie włosów. Ale byli tacy co zwietrzyli podstęp i nie dali zaszczepić siebie jak i swoje dzieci. I rozpowiadali prawdę. Karą za głoszenie prawdy była śmierć. Naród przetrwał…

 

Gdzieś w innej części Nowego Państwa była kraina, gdzie dominują lasy a pośród nich jeziora i bagna. Był mroźny styczeń a śnieżna szata okrywała pobliski krajobraz, kiedy majorowa obserwowała z okna posterunku mieszczącego się na niewielkim wzniesieniu, rozległą puszczę. Wokoło było biało gdyż śniegi tej zimy padały bardzo obficie. Rozkaz z centrali nakazywał całkowite podporządkowanie ludności tych ziem władzom Nowego Państwa i oczyszczenie tutejszych lasów z wszelkiego elementu niepewnego, który jest lub może być nośnikiem jakiegokolwiek oporu. W tej części podbitych przez Wielkie Imperium ziem, jako że nie było gór ludzie chronili się w ziemiankach. Niekiedy mieszkały w nich całe rodziny. Lokatorami tego typu podziemnych pomieszczeń byli również naturalnie partyzanci. A że niektórzy z nich działali w pojedynkę i z własnego wyboru wybierali samotną walkę z Państwem Zła to zdarzały się takie ukryte pod ziemią jednoosobowe schrony będące jednocześnie magazynami broni. Majorowa co jakiś czas wysyłała agentów przebranych za tutejsza ludność a czasami całe brygady wojska które miały przeczesywać teren w poszukiwaniu podziemnych bunkrów. Podczas obław szczególną uwagę zwracano na pozostawione na śniegu ślady butów. Wszelki trop który nagle się urywał, mógł być komunikatem że tutaj gdzieś pewnie znajduje się ukryte wejście do ziemianki. Jednocześnie podczas takich akcji w terenie terroryzowano pobliską ludność wiejską aby nie pomagała partyzantom.

Odbierano rodzicom dzieci, a w Państwowych przedszkolach mówiono dzieciom że partyzanci to bandyci. Zaczęto przebierać chłopców w sukienki a dziewczynkom dano do zabawy karabiny. I kazano bawić się podopiecznym w obławy na partyzantów. A rodziców którzy próbowali się temu sprzeciwiać zamykano w więzieniach. I tak w Nowym Państwie żyła wielka liczba sierot. Z czasem wszyscy mieli tak samo się ubierać, identycznie myśleć, zgodnie kochać Najwyższe Władze i nie pamiętać już o własnej krainie. I tak hodowano nowego człowieka.

Kilka razy Dowództwo Naczelne zarządziło nietypową obławę w poszukiwaniu podziemnych schronów. Wydano rozkaz by lasami przeszli rozstawieni tyralierą żołnierze rozstawieni co najwyżej o jeden metr. Każdy z nich idąc w ten sposób w szyku do przodu trzymając w rękach ostry półtora metrowy metalowy pręt miał co sześćdziesiąt centymetrów nakłuwać głęboko ziemię. Każda twardość terenu i opór w stosunku do wbijanego pręta miał sygnalizować że pod spodem może znajdować się ziemianka.

 cdn.

Koniec

Komentarze

Jarosławie, skoro to tylko część pierwsza, a nie skończone opowiadanie, bądź uprzejmy zmienić oznaczenie na FRAGMENT.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Niestety nie wciąga a tekst pełen jest błędów i niezgrabności, które zobligowani wyłuszczyć są na szczęście inni. Już sam tytuł “niszczy” resztę, a tytuł widzisz, jest niezwykle istotny. Jednoosobowy, to może być oddział a jeśli już “partyzant”, to bardziej samotny.

Przed wykrzyknikami, kropkami, wielokropkami, przecinkami i znakami zapytania nie dajemy spacji!

Dziękuję za cenne uwagi, zmieniłem oznaczenie na FRAGMENT oraz zlikwidowałem spację gdzie nie jest potrzebna. Zmieniłem też tytuł

Zaczyna się niedobrze :(

 

Wyskoczył z wolno jadącego pociągu. Odruchowo przebiegł kilkanaście metrów […] Jadącego pociągu już dawno nie było słychać. Odruchowe decyzje jakie powstawały w jego głowie kierowały jak najgłębiej w gąszcz coraz bardziej porośniętego lasu.

To są dwa kolejne akapity, nic nie wskazuje na to, że upłynęło więcej czasu, a zatem wolno jadący pociąg powinien jednak być jeszcze słyszalny. Tak, dajesz światło, ale nadal nie wygląda to naturalnie, bo to o “później” to foreshadowing, a nie upływ czasu. W tym następnym akapicie ma się wrażenie ciągłości z pierwszym. Na dodatek, co gorsza, wszystko wskazuje na to, że decyzje powstawały w głowie pociągu i to pociąg szedł w głąb lasu.

 

Uważaj na takie rzeczy. Może trzeba było tekst wrzucić na betalistę?

 

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki bardzo Drakaina, już poprawiłem, zastosowałem się do wskazówek, mam nadzieję że teraz będzie poprawnie ten początek opowiadania. Proszę jak można o dalsze uwagi co do dalszej części opowiadania :-)

 

Jest tu jakiś pomysł na alternatywną rzeczywistość, ale proponuję popracować nad warsztatem. Zgadzam się z Drakainą, przed wrzuceniem tekstu warto pomyśleć o betaliście. To pozwoli na wyłapanie błędów, których wkradło się sporo. Brakuje przecinków, pojawiają się nie do końca przemyślane konstrukcje zdań typu:

Bardzo szybko jego odzież wierzchnia, którą stanowiły spodnie z materiału i marynarka poprzez kontakt z mokrą zielenią, nasiąknęły wodą kiedy się przedzierał.

Można też poprawiać samemu, ale trudno jest dostrzec błędy we własnym tekście.

Można też poprawiać samemu, ale trudno jest dostrzec błędy we własnym tekście.

Zwłaszcza u początków kariery. Pewne rzeczy da się wyćwiczyć. Ale na początek beta jest dobra.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki Drakkaina i ANDO, będę starał się z całych sił wyćwiczyć poprawne stylistycznie pisanie. Bardzo pomocna i konstruktywna to była krytyka :-) Będę wprowadzał poprawki a dalszą część opowiadania najpierw wrzucę na betalistę.

Nowa Fantastyka