- Opowiadanie: katia72 - Kamień w kształcie lwa

Kamień w kształcie lwa

To jedno z moich dawno temu skatiowanych opowiadań, a raczej próba powrotu do tamtego opowiadania, bo zmienił się zarówno tytuł jak i treść i to znacznie, z dwóch powodów:  po pierwsze tekst został poważnie skatiowany – usunęłam go nawet ze swojego komputera z postanowieniem, że już nigdy więcej nie będę pisać, i ostały się jedynie szczątki, a po drugie chciałam, że tym razem był odrobinę bardziej fantastyczny. Ilustracja też sprzed wieków...

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Kamień w kształcie lwa

Jeszcze przed wojną mieszkaliśmy na obrzeżach Liverpoolu, w slumsach. Ja, rodzice, pięć sióstr i dwóch braci. W domu były trzy łóżka, jedno dla mamy i taty, drugie dla dziewczynek, a to w maleńkim pokoju na piętrze dla chłopców. Oprócz nas w łóżku spały setki, a może nawet tysiące robaków: karaluchy, pchły, pluskwy. Plugastwo cieszyło się zgnilizną, wilgocią i brudem, nie dało rady się go pozbyć. Nikt już nawet nie próbował.

Nieraz grzebaliśmy w śmieciach, szukając czegoś do jedzenia. Towarzyszyły nam szczury tak jak my wiecznie głodne. Zawsze najbardziej poszkodowany był Ray. Miał dopiero trzy lata, ja cztery więcej. Starałem się nim trochę opiekować. Czasem przytulałem w nocy, gdy przestraszony, sam nie wiedziałem czym, bo przecież nie piskiem myszy czy krzykami sąsiadów, nie mógł zmrużyć oka. Ciągle pamiętam te duże, piwne oczy. Jeszcze nie do końca dobrze mówił, raczej tylko pojedyncze słowa, głównie „mama”, „tata”, ”jeść” i „pić”. Na mnie wołał tak śmiesznie – Chri, od Christopher, nawet nie Chris, tylko Chri.

Tego dnia bawiliśmy się na podwórku, to znaczy ja i dwóch moich kolegów Paul i Robert. Zbieraliśmy kamienie i wyobrażaliśmy sobie, że to nie kamienie, lecz jakieś zwierzęta. Ja miałem konia, tygrysa i świnię. Tygrys atakował wychudzoną owcę Paula, a wilk Roberta moją świnię o przesadnie dużych uszach. Śmialiśmy się i krzyczeliśmy. Głośno, chyba trochę za głośno. I wtedy podszedł do nas Ray. Ściskał w dłoni lekko żółty kamień. Cicho do mnie powiedział:

– Chri, le… lew. – Pokazał mi zdobycz, która rzeczywiście przypominała lwa z rozwianą na wietrze grzywą, z łapami zakończonymi ostrymi pazurami i z zakręconym w literę ”S” ogonem.

– Tak, masz rację. Chcesz się z nami pobawić? – zapytałem, patrząc niepewnie na kolegów.

Przytaknął. Wyglądał na mocno z siebie zadowolonego. Niestety, szczęście Raya nie trwało długo. Robert popchnął go na ziemię i wyrwał kamień. Ray zaczął przeraźliwie płakać, a ja – sam siebie zaskoczyłem, bo uważałem się za ciamajdę – rzuciłem się z pięściami na kolegę. Rozwaliłem mu nos i odzyskałem lwa. W nocy razem z bratem bawiliśmy się nim w łóżku. Udawaliśmy, że groźny drapieżnik poluje na pchły. Rayowi udało się nawet powiedzieć, że dziękuje i że byłem odważny.

Następnego dnia rano poszedłem do szkoły, a gdy wróciłem, Ray leżał w łóżku z wysoką gorączką. Wymiotował. Wieczorem, kiedy zasnął, wyjąłem mu z kieszeni lwa. Ukradłem kamień.

Kolejne dni pamiętam jak przez mgłę. Płacząca matka, smutny ojciec, sąsiadka znachorka odprawiająca niepojęte dla mnie rytuały. I w końcu ten okropny, deszczowy dzień. Piętnasty listopada. Nienawidzę tej daty. Mała trumna, jak dla lalki, sunąca do ciemnego tunelu. Nie wiedziałem, przez kogo była niesiona, odnosiłem wrażenie, że sama płynęła w powietrzu. Ponure drzewa machały gałęziami, rozmazując po niebie szarą farbę, w moich zabłoconych butach chlupała woda, zimny wiatr chłostał twarz, a w głowie snuła się obrzydliwa myśl, że to dobrze, że odszedł Ray, nie ja. Od tamtej pory zacząłem chorobliwie bać się śmierci.

 

***

Parę dni później, brudny i głodny siedziałem pod odrapanym murem i niczym zahipnotyzowany gapiłem się na kamień, to znaczy na lwa. Rozwiana grzywa, prężne ciało, silne łapy, no i oczy. Oczy… One rozbłysnęły na fioletowo i zaczęły mnie przyciągać. Stawały się coraz większe i większe, a ja coraz mniejszy i mniejszy, aż w końcu utonąłem w fiolecie.

Już nie dotykałem tyłkiem mokrych, chodnikowych płyt, lecz stałem na miękkim podłożu pod rozłożystym dębem. Do mojego nosa docierał zapach sosnowej żywicy, zbutwiałych liści i grzybów. W oddali słyszałem pohukiwania sowy, jakieś trele, świergot rudzika.

Ktoś podmienił też moje ubrania – nie miałem na sobie przemoczonych trzewików, powycieranych na kolanach sztruksów i pocerowanego w wielu miejscach pulowera po kuzynie, który mieszkał w Manchesterze, lecz skórzane buty, spodnie, białą koszulę i kamizelkę z frędzlami. Nie byłem zabiedzonym dzieckiem z przedmieścia, lecz… lecz kim? Nie wiedziałem.

Powoli ruszyłem w kierunku majaczącej na tle szarego nieba góry. Kamienista ścieżka, wyciągające do mnie liściaste ramiona krzaki i szumiące drzewa. Przeszedłem obok spalonego pnia i nagle usłyszałem czyjś szept:

– Chri… Chri…

Zatrzymałem się i zajrzałem za uszkodzone piorunem drzewo. Pusto.

– Chri… Chri…

Rozgarnąłem krzaki, a tam na ziemi kucał Ray.

– Chri! – wykrzyknął, po czym rzucił mi się na szyję.

Był tak okropnie zimny, nigdy nie zdawałem sobie sprawy, że ktokolwiek może być aż tak zimny.

– Ray, ty przecież nie żyjesz – wymamrotałem, po czym postawiłem brata na grząskim podłożu i zacząłem uciekać w stronę góry.

Biegłem i biegłem, i biegłem, a niebo zmieniało kolor ze stali na kobalt, aż w końcu zrobiło się zupełnie ciemno, czarno. Nic nie widziałem, potknąłem się o coś, pewnie o korzeń i jak długi upadłem na kamienie. Do moich uszu dobiegł przeraźliwy ryk dzikiego zwierza. Ryk lwa.

Ocknąłem się w łóżku zlany potem. Dostałem gorączki i rodzice myśleli, że ja też zachorowałem. Matka siedziała nade mną, a w jej oczach kręciły się łzy.

– Mamo, czy ja umrę?

– Nie – odpowiedziała bardzo cicho i niepewnie, tak, że wcale jej nie uwierzyłem, po czym pocałowała mnie w czoło i dodała odrobinę pogodniejszym tonem:

– Przyniosę ci wodę. Musisz dużo pić.

Wyszła, a ja dopiero wtedy uzmysłowiłem sobie, że w dłoni wciąż ściskam ten przeklęty kamień. Powoli wstałem i podszedłem do okna z zamiarem wyrzucenia lwa na tonącą w strugach deszczu ulicę. Uchyliłem szybę i w ostatniej chwili się zawahałem. A co jeśli Ray… jeśli on potrzebuje pomocy? Jeśli ten kamień w jakiś magiczny sposób pochłonął mojego młodszego brata i jeśli to ja muszę go uratować?

Poczłapałem z powrotem do łóżka, zacisnąłem zęby i wbiłem wzrok w lwa. Nie czekałem długo, by jego ślepia ponownie rozbłysnęły purpurą. Kroki matki na schodach przeszły w szelest liści.

– Chris, śpisz, kochanie? Chri… Chri…

– Gdzie jesteś Ray?! – wrzasnąłem.

– Chri… Chri…

Szedłem bardzo powoli, zapadał zmierzch i w lesie znowu robiło się ciemno, poza tym niedawno musiał padać tu deszcz, bo kamienie nie dość, że ostre, były też bardzo śliskie, a ja nie chciałem się przewrócić. Serce tłukło mi się w klatce piersiowej niczym uwięziony ptak, zaciskałem pięści, raz po raz rozglądając się na boki z nadzieją, że dojrzę brata, ale jego głos wciąż dobiegał z bardzo daleka.

– Chri… Chri…

Z każdym krokiem przybliżałem się do góry. Dopiero teraz, poprzednio tego nie zauważyłem, dostrzegłem, że była bardzo płaska i zupełnie łysa, żadnych drzew ani krzewów, a do tego żółta, czyżby zbudowana z piasku?

– Chri…

Raptownie się zatrzymałem, prawie wpadając na Raya. On wyrósł przede mną niczym spod ziemi.

– Chri… nie bój. – Maleńkim palcem wskazał górę.

Zmrużyłem oczy i przez moment odniosłem wrażenie, że góra się poruszyła, że zmieniła kształt, że… Nie, to nie mógł być lew. Kilkukrotnie zamrugałem, po czym przycisnąłem Raya do piersi, a on wyszeptał:

– On ci pomóc… Walcz.

– Kto?

– Ty nie umierać. – Ścisnął mocno moją dłoń, po czym rozpłynął się w powietrzu, a ja przeniosłem wzrok na górę, ale to już nie była góra, lecz sfałdowany, zapchlony koc, którym otuliła mnie matka.

W nocy z całej siły ściskałem w dłoni pamiątkę po bracie i modliłem się, żeby wyzdrowieć. Nie wiedziałem, czy pomógł mi Bóg, czy lew, czy Ray, czy co innego, ale rano obudziłem rześki i pełen energii, ale… bez kamienia. Bezskutecznie spędziłem cały dzień na kolanach, próbując odnaleźć zaginionego władcę pustyni. Sprawdzałem pod materacem, pod łóżkiem, pod chodnikiem, w szparach między podłogowymi deskami. Nic. Pomyślałem, że może to Ray go zabrał, że może to była cena za moje życie.

 

***

Minął kolejny rok, biedny, deszczowy i smutny. Nieraz budziłem się w nocy i po omacku szukałem w łóżku Raya, a znajdowałem jedynie pchły i inne robactwo, no był tam jeszcze mój drugi, trzy lata starszy brat Steven, ale on… On zawsze odwracał się do ściany, mamrocząc, że przeszkadzam mu spać.

A potem wybuchła wojna. Śmierć przechadzała się po ulicach, zakładała na głowy przechodniów czarne worki i ściskała. Ściskała bardzo mocno. Jednym z nich udusiła ojca – zginął podczas bitwy o Anglię, a rok potem dwie siostry, które odeszły z tego świata w trakcie bombardowania w tysiąc dziewięćset czterdziestym pierwszym. Tak czy inaczej, ja wciąż tu byłem, na tej tonącej w morzu łez wyspie; chudy, smutny i milczący, ale żywy.

Kilka dni po tym, kiedy Luftwaffe zaatakowała Liverpool, w gruzach, z których wystawały jedynie samotne kominy, znalazłem lwa albo raczej to król zwierząt znalazł mnie. Mglistym porankiem szedłem ostrożnie przez zgliszcza, wsłuchując się w chrzęst żwiru pod zabłoconymi butami i wtedy w ruinach coś zabłyszczało. Myślałem, że to moneta, parę pensów albo nawet funt, serce mocniej mi zabiło, nachyliłem się i ujrzałem jego purpurowe ślepia. Nastał mrok.

Po ułamku sekundy maszerowałem przez las, ten sam, w którym spotkałem Raya, ten sam, ale inny, bo drzewa, krzaki, kamienista ścieżka, wszytko spływało krwią. Wyszeptałem imię mojego zmarłego brata, ale odpowiedziała mi jedynie upiorna cisza, jakby w lesie nikogo nie było, ani Raya, ani żadnych zwierząt. Spojrzałem w stronę rozpłaszczonej góry. Ona ciągle wylegiwała się pośród zielono-karmazynowych koron drzew. I… znowu odniosłem wrażenie, że się poruszyła, że na moment zrobiła się wyższa, by po ułamku sekundy powrócić do poprzedniego rozmiaru. Maszerowałem w jej kierunku, przyciągany jakimś magicznymi wibracjami.

Szedłem i szedłem, aż do moich uszu dobiegł przeraźliwy ryk. Zamarłem niczym rażony piorunem i wbiłem wzrok w górę, to ona ryknęła, bo to nie była góra, lecz olbrzymi lew, z którego oczu płynęły łzy. Morze łez i krwi, morze, które zalało i las i mnie. Utonąłem w nieskończonej czerni.

Gdy odzyskałem świadomość, leżałem skulony na gruzie, a w ręce ściskałem kamień w kształcie lwa. Rozejrzałem się niepewnie wokół siebie, jakbym bał się, że zaraz stanie się coś złego, po czym powoli wstałem i podreptałem do domu. Matka siedziała przy stole ze Stevenem. Pili herbatę. Kiedy tylko mnie zobaczyła, powiedziała zachrypniętym głosem:

– Dobrze, że jesteś, martwiliśmy się o ciebie. Myśleliśmy… – Nie dokończyła, pochyliła głowę i utkwiła spojrzenie w czubach powycieranych trzewików.

– Myśleliście, że zginąłem.

To były takie czasy, wychodziłeś i nie wracałeś, kładłeś się do łóżka, zamykałeś oczy i już nigdy więcej nie spoglądałeś na słońce, wojna w zastraszającym tempie pożerała ludzi na śniadanie, obiad i kolację, a potem tańczyła, wypluwając dookoła siebie kości umarłych, które wbijały się w mózgi tych jeszcze pozornie żywych. W mój mózg.

W dzień i w nocy nosiłem w kieszeni lwa i przed pójściem spać wpatrywałem się w jego ślepia, chciałem, żeby rozbłysnęły, nie, tak naprawdę chciałem czegoś więcej, chciałem, żeby lew ożył, pokonał niemieckich żołnierzy, zatrzymał bombowce, żeby przegonił zło i uratował Anglię. On jednak uparcie pozostawał nieruchomy. Pomyślałem, że ta wojna, że to całe cierpienie i ból, że to wszystko moja wina, bo go ukradłem. Lew powinien być zawsze z Rayem, a nie ze mną. Może gdybym nie wyjął kamienia z kieszeni brata, on wciąż by żył? Może to ja powinien umrzeć? Nie, proszę, ja tak cholernie bałem się śmierci.

 

***

W tysiąc dziewięćset czterdziestym szóstym spakowałem do walizki parę ubrań, zdjęcie rodziców, przybory toaletowe i lwi kamień. Z wypiekami na policzkach wsiadłem do pociągu na stacji Lime Street i z duszą na ramieniu pojechałem do pracy w szkockiej wiosce West Calder, Brungrang. Małe domy, trójkątne i trapezowe dachy, wąskie ulice, inaczej niż w Liverpoolu, ciaśniej i bardziej swojsko, no może poza ciemną i ziejącą lękiem kopalnią łupkową, w której przyszło mi pracować.

Kopalnia – mroczna sieć tuneli. Gdy pierwszy raz zjechałem na dół, cały się trząsłem, a moje serce próbowało przebić klatkę piersiową i eksplodować. Strach. Nie tylko go czułem, ale też widziałem w oczach współtowarzyszy. Miałem zaledwie dziewiętnaście lat. Łupek, w który uderzały nasze kilofy, był szaroczarny, tak jak moja skóra, gdy wychodziłem na powierzchnię. Czerń i szarość, nie lubiłem tych kolorów. Czarne i szare ubrania na zbyt wielu pogrzebach. Czarne oczy i szare uszy Diabła, który chował się w wierzbie.

 

***

– John. A ty jak masz na imię? – Chłopak, w zbliżonym do mnie wieku, wyciągnął dłoń w geście powitania. Uśmiechnął się szeroko, ukazując pokryte żółtym nalotem zęby.

– Christopher. Chris. Miło cię poznać.

Dzień, dwa, trzy, tydzień i zostaliśmy przyjaciółmi, staraliśmy się być blisko siebie w podziemnym piekle, wspierać spojrzeniem i słowem. W niedzielę czasem spacerowaliśmy polnymi ścieżkami, rozmawiając o religii, przyrodzie i dziewczynach. Obydwaj byliśmy samotni jak okręty wlokące się przez szary ocean.

Przyszła zima, dużo ostrzejsza niż w Liverpoolu. Lodowate powietrze szczypało w policzki, szczególnie dotkliwie chwilę po wydostaniu się z podziemi. Śnieżne zamiecie i krótkie dni. Z oblodzonych ulic uciekaliśmy do zbudowanych z łupkowych cegieł domów. Wszyscy. Ludzie nas szanowali, nas górników. To było dla mnie dziwne, obce uczucie, dla zapchlonego dzieciaka ze slumsów.

Parę dni przed świętami na jednej z potańcówek poznałem Lucy. Pracowała w piekarni. Długie, blond włosy zaplatała w warkocze, które śmiesznie podskakiwały przy każdym kroku. I te usta, nigdy ich nie zapomnę – różowe, kształtne i zawsze skore od uśmiechu. Gdy zgodziła się iść ze mną na randkę, omalże nie zwariowałem ze szczęścia. Wyjąłem wtedy spod łóżka małą skrzynkę, a z niej kamień, po czym pocałowałem lwa o rozwianej grzywie i wyszeptałem:

– Dziękuję.

Przez chwilę znowu wydawało mi się, że kamień miał oczy, tylko takie mało widoczne, może dlatego, że były zamknięte. Ślepa miłość.

Pięć spotkań, cudownych spotkań, po czym poczułem się jak rozgnieciony zabłoconym, wojskowym butem robak. Znienawidziłem wszystkie kobiety i przyrzekłem sobie, że już nigdy się nie zakocham. Moja słodka Lucy, kiedy tylko zapoznałem ją z Johnem, po prostu odeszła. Powiedziała, że jej przykro, że z nim się lepiej rozumie, że może ja jeszcze jestem za młody i niedojrzały. Nie mogłem patrzeć ani na nią, ani na przyjaciela. Zostałem zdradzony. I kolejny raz wstrętny robal wykluł się w mojej głowie. Z całego serca, które wtedy pewnie było koloru szaroczarnego, pragnąłem, żeby im się nie udało.

Nowy rok, nowe postanowienia, nowe nadzieje, a ja wciąż chodziłem zgorzkniały. John odwiedził mnie dwa razy. Wiedziałem, że czuje się winny, ale nie potrafiłem mu wybaczyć. Krzyczałem, że nie chcę go więcej widzieć.

 

***

Tego ranka dziesiątego stycznia bardzo bolała mnie głowa, a niebo miało taki dziwny, nienaturalny kolor, trudno mi było je opisać, niby szare, ciemnoszare, a miejscami granatowe, ale te chmury… To chyba one wyglądały inaczej, niczym potwory o ostrych, szpiczastych zębach. Gdzieś w środku siebie czułem, że nie powinienem zjeżdżać pod ziemię. W oddali dostrzegłem Johna, pomachałem w jego kierunku, a on gdy tylko mnie zobaczył, podbiegł i mocno uścisnął. Razem wsiedliśmy do windy. Niestety mój niepokój nie znikał, lecz wprost przeciwnie – z godziny na godzinę się nasilał.

Jednakże wbrew moim obawom przez cały dzień wszystko szło jak po maśle. Zaprosiłem Johna do siebie na gorącą herbatę. Zbliżała się pora wyjścia z kopalni.

I… nadeszła ciemność. Potężne fale oceanu przewróciły nasze okręty, błyskawice spaliły żagle. Bezwładne ciała opadały na dno, coraz głębiej i głębiej w czarną otchłań. Ocknąłem się. Poczułem przeraźliwy ból przeszywający lewe ramię. Było przygniecione kamienną bryłą.

– John. Gdzie jesteś?

Cisza. Zacząłem macać prawą dłonią głazy wokół. Dotknąłem jakiegoś materiału. Pociągnąłem.

– John, John, proszę, odezwij się! Błagam!

Nie mogłem przesunąć się bliżej. Nagle usłyszałem, że coś wypadło z kieszeni moich spodni. Z trudem po to sięgnąłem. Lew. Byłem pewien, że schowałem go pod łóżkiem, nie miał prawa znajdować się ze mną w kopalni. Stwierdziłem, że mam jakieś omamy, że doznałem urazu głowy i oszalałem.

Ponownie próbowałem się poruszyć, poczułem rwący ból w ręce, moja głowa bezwolnie opadła na pierś, a oczy lwa zaświeciły intensywną purpurą. Znalazłem się w lesie, tylko nie na kamienistej ścieżce, lecz w jakiejś jaskini. Na zewnątrz lał deszcz, a ja leżałem wsparty na kamieniu u jej wylotu i gapiłem się na targane wiatrem drzewa. Było mi okropnie zimno, strasznie bolała mnie głowa i lewa ręka. Nie miałem siły się podnieść.

– Chri?

– Ray! – krzyknąłem, na tyle głośno na ile pozwoliły mi osłabione pracą w kopalni płuca.

Do moich oczu napłynęły łzy radości. Ray usiadł obok, wziął mnie za rękę i wtedy dojrzałem, że w jaskini oprócz mojego brata jest ktoś jeszcze… Jakaś kobieta w długiej sukni o bardzo chudej twarz i… Nie, nie, nie. Ona nie miała oczu.

– Ray! Ja nie chcę umierać! Odejdź! – Odepchnąłem brata i na czworaka wydostałem się z jaskini.

Człapałem po kłującym mnie w dłonie igliwiu, aż wreszcie w oddali zobaczyłem górę, nie, nie górę, lecz lwa.

– Pomocy! Pomóż mi! Wiem, że możesz. Błagam.

Upadłem na kolana. Z mojego czoła kapała krew, rękę szarpał rwący ból. A lew… Lew powoli wstał, po czym ryknął tak głośno, że zatrzęsła się pode mną ziemia. Chwilę później niebo rozświetliła błyskawica. Przez moment nic nie widziałem, a gdy odzyskałem wzrok…

Ujrzałem Johna, tylko że, jego twarz… Jego twarz nie była jego, tylko Raya. Dziecinna buzia w małej trumnie, nieruchoma, martwa. Znowu byłem w kopalni i patrzyłem na lwa, szepcząc słowa modlitwy, której nauczyła mnie matka. Strach. Blask fioletowych ślepi powoli słabł, aż zamieniły się w czarne węgielki. Nie wiem, ile czasu spędziłem w podziemnej pułapce. Kiedy wydobyli mnie na powierzchnię, wszędzie wyły syreny, a moim oczom ukazała się przerażająca ściana ognia. Zemdlałem i ocknąłem się już w szpitalu. John zginął podczas eksplozji, podobnie jak czternastu innych górników. Jego głowa została zmiażdżona. Ja miałem tylko rozcięte czoło i złamaną rękę, ale straciłem lwa. Straciłem Raya. Straciłem Johna.

Miesiąc później, wracając do domu, zobaczyłem Lucy, wychudzoną, ubraną na czarno, z opuchniętymi oczyma i bladymi wargami dziewczynę, którą kiedyś kochałem. Wiedziałem, że wolałaby, żebym to ja umarł. Nawet do niej nie podszedłem, by złożyć kondolencje, przecież to ja im źle życzyłem. Ja i lew. Życie Johna za moje. Zacisnąłem zęby tak mocno, że zapiszczało mi w uszach, po czym szybkim krokiem zacząłem oddalać się w stronę piekarni. Uciekałem przed Lucy, przed żałobą, a przede wszystkim przed śmiercią.

Ale uciekałem nieskutecznie, bo kobieta z jaskini uparcie mi towarzyszyła. Tego roku w Wielkiej Brytanii zima przybrała szatę, której nikt nigdy wcześniej nie widział. Temperatura spadła do minus dwudziestu stopni. Biała pani o lodowatym sercu kosiła ludzkie istnienia. Śmierć. Jak ja jej nienawidziłem, a ona sunęła za mną niczym cień.

 

***

Nigdy więcej już nie wróciłem do kopalni. W sierpniu tysiąc dziewięćset czterdziestego siódmego roku wsiadłem do pociągu, który zawiózł mnie do Porthsmouth. Zamieniłem ziemię na wodę. Zapach zgnilizny na świeży powiew oceanu. Szaroczarny, kamienny sufit na błękit nieba.

Miasto wciąż znajdowało się w fazie odbudowy po wojnie. Zatrudniłem się przy rekonstrukcji domów w Leigh Park. Było mi tam dobrze. Czułem przypływ nadziei w sobie i innych, w budowlańcach, inżynierach, ich żonach, córkach i synach. Słońce znowu zaczęło się śmiać, a my naprężaliśmy dzielnie mięśnie, by cieszyć się wraz z nim. Pamiętam imprezę zorganizowaną z okazji ukończenia pierwszego budynku mieszkalnego w tysiąc dziewięćset czterdziestym dziewiątym. Wtedy pierwszy raz w życiu za dużo wypiłem. Miałem słabą głowę i nawet nie wiedziałem, jak wróciłem do domu. Naszą radość tylko czasem zaburzały znajdowane wśród gruzu bomby te, które na szczęście nie zdążyły wybuchnąć, ale ciągle przywoływały przykre wspomnienia.

Dwa lata później zacząłem pracować w porcie. Morze, zimne, ale piękne i wolne. Ogromne okręty dokujące każdego dnia w naszej zatoce jak przybysze z dalekich krain spragnieni snu. Lubiłem Portsmouth za ładną, przynajmniej jak na Wielką Brytanię, pogodę. Pewnego, ciepłego wieczoru wracając ze stoczni, spotkałem zapłakaną kobietę.

– Wszystko w porządku? – zapytałem nieśmiało. Nigdy nie uważałem się za skutecznego podrywacza, a po historii z Lucy, wręcz unikałem kontaktu z dziewczynami.

– Ta… Ta… Tak – wyjąkała szatynka, o niebieskich oczach, z lekką nadwagą. Próbowała się uśmiechnąć, ale jedynie dziwnie wykrzywiła wysuszone usta.

– To dlaczego płaczesz? – Poczułem, że się czerwienię, jednocześnie ciesząc się, że ciemność ukrywa moje zażenowanie.

– Rozstałam się z narzeczonym, a za dwa miesiące mieliśmy wziąć ślub.

Przez chwilę milczałem, nie wiedząc, co powiedzieć. Zacząłem żałować, że ją zaczepiłem. Chrząknąłem i powiedziałem cicho:

– Powinnaś iść do domu. Niebezpiecznie tak wieczorem, dla młodej kobiety… Samej… Chyba rozumiesz, o co mi chodzi. A twój narzeczony pewnie wróci. Jak masz na imię?

– Saoirse – odpowiedziała drżącym głosem.

– Christopher. Saoirse? To nie jest angielskie imię. Skąd pochodzisz?

– Z Irlandii. – Spuściła wzrok.

– Odprowadzę cię. Dobrze?

Pokiwała głową i już więcej się do siebie nie odzywając, podreptaliśmy w stronę Pulsgrove. Darren, bo tak na imię miał niedoszły małżonek, nie wrócił. A my z Saoirse spędzaliśmy razem coraz więcej czasu. Na początku tylko jako przyjaciele, nie czułem do niej niczego takiego jak do Lucy. Pracowała w sklepie na rogu, mieszkała z matką i dwiema siostrami. Była po prostu fajną dziewczyną. Poza tym wolałem szczuplejsze i o pełniejszych ustach, ale z czasem… Pojawiło się przyzwyczajenie, potrzeba bycia obok siebie, wspierania się w gorszych momentach i wspólnej radości. Cztery lata później pobraliśmy się, trochę bardziej z rozsądku niż z wielkiej miłości. Tak czy inaczej, tego dnia wyjąłem z szafki pod biurkiem kamień w kształcie lwa i wyryłem na nim napis „love”, jakbym chciał zaczarować rzeczywistość i sprawić, że będziemy szczęśliwym małżeństwem.

Myślałem, że wkrótce pojawią się dzieci. W jakiś sposób czułem, a raczej miałem nadzieję, że w moim synu wróci do mnie Ray, znowu się uśmiechnie i powie:

– Chri…

Niestety, lata mijały i nic. Nasz dom pozostawał wolny od dziecięcych psot, wrzawy i krzyków. Zrobiłem się zgorzkniały i zamknięty w sobie. A Saoirse prawie codziennie po pracy chodziła do kościoła i modliła się o poczęcie. Zacząłem myśleć, że to kostucha wyjęła z jej brzucha nasze dzieci i utopiła w studni, zanim jeszcze się urodziły albo że… albo że pożarł je wygłodniały europejskim pokojem lew.

 

***

W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym szóstym podobnie jak wielu moich kolegów straciłem pracę w dokach. Wszystko przez spadek zapotrzebowania na nowe statki. Tego dnia, gdy otrzymałem wypowiedzenie, wróciłem do domu wściekły. I pierwszy raz tak naprawdę pokłóciłem się z Saoirse. Siedziałem w pokoju na górze, tępo wpatrzony w białą ścianę, a ona weszła, trzymając w dłoni kamień.

– Co to jest? – zapytała z obrażoną miną.

– Jak śmiałaś grzebać w moich rzeczach? – krzyknąłem, gwałtownie podnosząc się z krzesła.

– Ja tylko sprzątałam. Co to znaczy, ten napis? To dla jakieś innej kobiety?

Wyrwałem lwa z jej ręki i całej siły ścisnąłem, jakbym się bał, że Saoirse go zniszczy. Mój skarb.

– Nie. Już całkiem postradałaś zmysły? To pewnie przez te twoje modlitwy i ciągłe łażenie do kościoła. Co ty widzisz w tym swoim Bogu? On ci nawet dzieci nie chciał dać!

Zaczęła płakać i dukać przez łzy:

– Bluźnisz. Przestań, proszę.

– To ty zaczęłaś. Wariatka. O co mnie podejrzewasz? Jak możesz? Zajmij się lepiej sprzątaniem. Patrz jaka brudna szyba. Z kim ja się w ogóle ożeniłem. Z irlandzką kretynką!

Nie rozmawialiśmy ze sobą przez tydzień, a potem w nas coś pękło. Ten nieoczekiwany wybuch emocji paradoksalnie zbliżył nas do siebie. Prawda była taka, że nie mieliśmy poza sobą nikogo innego. Matka Saoirse zmarła parę lat temu, siostry przeprowadziły się do Londynu, a ja z rodziną urwałem kontakt jeszcze, kiedy pracowałem pod ziemią.

Mimo moich trzydziestu dziewięciu lat wkrótce udało mi się załapać do pracy w nowo wybudowanej fabryce przemysłu elektronicznego. Wszystko zaczęło lepiej wyglądać. Odnosiłem wrażenie, że Saoirse się zmieniła. Stała się bardziej otwarta, podobnie zresztą jak ja.

Opowiedziałem jej historię lwa i Raya. Nie patrzyła na mnie jak na wariata, lecz stwierdziła, że jej zdaniem ten mój lew bardzo przypomina normandzkiego lamparta z angielskiego herbu, którego dzisiaj wszyscy zaczęli nazywać lwem. I rzeczywiście… jedynie grzywa kamiennego przyjaciela była bardziej rozwiana niż jego trzech braci z czerwonego godła.

Usiedliśmy na kanapie, wypiliśmy francuskie wino i zaplanowaliśmy wyjazd na weekend do Manchesteru. Saoirse wspomniała najpierw o Liverpoolu, ale nie mogłem… aż tak nie mogłem się przełamać, by ponownie stanąć na ziemi hrabstwa Merseyside, gdzie śmierć dawno temu dopadła Raya, ojca, siostry i parę lat temu matkę. Byłem okropny, ale nawet nie pojechałem na jej pogrzeb. Steven powiedział, że nigdy mi tego nie wybaczy, jego słowa wbiły się w moje serce, tak czy inaczej, nie próbowałem tłumaczyć mu swoich leków.

A w Manchesterze? W Manchesterze było cudownie. Zarezerwowaliśmy sobie pokoik w „Bed and breakfast” nad uroczym barem, gdzie na śniadanie podwali wyjątkowo pyszne kiełbaski i rozpływający się w ustach black pudding, jakiego nie jadłem nigdzie indziej, łóżko zachwycało zarówno wielkością, jak i wyjątkowo wygodnym materacem, a pościel pachniała lawendą.

Pogoda też nam sprzyjała, jak na listopad było wyjątkowo ciepło i słonecznie. Z uśmiechem na ustach zwiedziliśmy średniowieczną, wybudowaną w późnogotyckim stylu Perpendicular katedrę; pełen detali katedralny sufit sprawiał, że zabytek wręcz emanował pozytywną energią i jakąś niesamowitą magią. I wszystko byłoby świetnie, gdyby nie panujący we wnętrzu półmrok, ciemność, która przywiodła mi na myśl jaskinię, tę z lasu po drugiej stronie lwich oczu.

Pewnie z tego powodu, po katedrze z ulgą powitałem Shambles Square. Niezwykle piękny skrawek placu, świeże powietrze i stara angielska zabudowa. Przypomniałem sobie kuzyna, tego, od którego dostałem pocerowany pulower, to jak się kłóciliśmy, gdzie jest ładniej w Manchesterze czy w Liverpoolu.

Wieczorem wybraliśmy się jeszcze z Saoirse na boczną ulicę w centrum miasta do kościoła St. Mary, ukrytego klejnotu Manchesteru, ostoi spokoju i hipnotyzującego ciepła, a potem zjedliśmy przepyszną kolację na Bridge Street.

 

***

Niestety, nasze szczęście nie trwało długo. Dzień po powrocie, kiedy chowałem lwa do szuflady, jego oczy rozbłysły fioletem. Tak nagle i nieoczekiwanie, że prawie go upuściłem. Próbowałem zakryć dłonią światło, ale… ponownie znalazłem się w leśnej jaskini, tym razem dużo dalej od wyjścia. Stałem w półmroku za skalną kolumną, trzęsąc się niczym osika, bardziej ze strachu niż zimna.

– Ray? – zapytałem drżącym głosem, po czym ostrożnie wychyliłem się zza chropowatej kolumny i wtedy ją ujrzałem, kobietę z pustymi oczodołami.

Miała białe, wąskie, mocno zaciśnięte usta, a skóra jej twarzy była tak cienka, że widziałem pod nią wystające kości policzkowe i szczękę, i te zęby…

– Idź sobie Diable wcielony, a kysz demonie! – Zrobiłem palcami znak krzyża, sięgnąłem po wiszący na piersi medalik, po czym z całej siły kopnąłem poczwarę w brzuch i wybiegłem z jaskini, wrzeszcząc:

– Ja nie chcę umierać! Ja nie chcę umierać! Kamienny lwie! Błagam, błagam, błagam… – Mój głos słabł z chwili na chwilę, zacząłem kaszleć, czułem w piersiach kłujący ból, byłem niemalże pewien, że to zawał serca, że to już koniec.

Ocknąłem się oparty o komodę, strużki potu spływały mi po czole i plecach. Kamień leżał na podłodze tuż obok gazety, którą musiałem zrzucić łokciem albo ramieniem. Ostrożnie go podniosłem i włożyłem do szuflady, po czym powiedziałem Saoirse, że boli mnie głowa i że idę spać. Położyłem się do łóżka, otuliłem kołdrą i znieruchomiałem. Okno, za oknem deszcz, a przed oknem bujany fotel. Boże, pozwól mi żyć. Niemy krzyk i niema modlitwa.

Następnego dnia wybrałem się do lekarza. Zrobiłem badania krwi i moczu. Gdy parę dni później szedłem po wyniki, byłem święcie przekonany, że jestem ciężko chory, ale ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że jedyne, na co powinienem uważać to odrobinę podwyższony cholesterol. Wróciłem do domu w lepszym humorze, ze smakiem zjadłem przygotowany przez żonę obiad – pieczoną baraninę, ziemniaczane purée, zielony groszek i Yorkshire pudding, po czym zasiadłem na kanapie z filiżanką herbaty w ręce i zabrałem się do czytania „Morning Star”; Saoirse przykucnęła tuż obok. Obróciłem się w jej stronę i dopiero w świetle żyrandola zauważyłem, że była wyjątkowo blada.

– Kochanie, dobrze się czujesz?

– Ja… – nie dokończyła, lecz jeszcze bardziej zbladła, po czym bezwolnie osunęła się na oparcie.

– Saoirse! – Złapałem ją za rękę. – Saoirse!

Przerażony wybiegłem na korytarz i zadzwoniłem po pogotowie.

 

***

Moja Saoirse. Moja ukochana żona. Wykryli u niej złośliwego guza mózgu – nieoperacyjnego, nieuleczalnego, niezwyciężonego wysłannika śmierci. Przez trzy tygodnie leżała w szpitalu, a potem wróciła do domu. Prawie dwa razy chudsza, ledwo trzymająca się na nogach, z zapadniętymi policzkami i przerażającą pustką w oczach. Lekarze nie dawali jej więcej niż siedem, osiem miesięcy życia.

Każdego wieczoru od kiedy zemdlała w naszym salonie, brałem do ręki lwa i prosiłem, by zabrał mnie do lasu, a gdy mimo moich błagań ślepia nie chciały rozbłysnąć, rzucałem kamieniem o ścianę i płakałem, mamrocząc przez łzy:

– Tylko nie Saoirse, przecież to ja powinienem umrzeć pierwszy… ja… ja… ja… ja nie chciałem jej poświęcać… to nie tak… proszę… proszę… proszę…

Klęczałem, przyciskając dłonie do twarzy i wsłuchując się w pisk myszy biegających po krętych korytarzach mojego chorego mózgu.

Minął miesiąc i stan żony raptownie się pogorszył. Lekarze marszczyli czoła, rozkładali ręce i mówili, że nie są w stanie jej pomóc. Leżała nieruchomo ze wzrokiem wbitym w sufit, bardzo mało się odzywała, powtarzała tylko, że mnie kocha, że dziękuje i że przeprasza za swój stan. Musiałem ją karmić, poić, przewijać i patrzeć na jej cierpienie, ale i tak nie to było najgorsze, najgorsze miało dopiero przyjść.

Drugi lutego, rano padało trochę śniegu, ale w ciągu dnia zrobiła się z niego plucha, gdy wróciłem ze sklepu, czułem wodę w butach. Przygotowałem dla Sairose mięsno-warzywną papkę i ze zwieszoną głową podreptałem na górę. Najciszej jak potrafiłem, wszedłem do pokoju, a tam… Upuściłem tacę z jedzeniem i nie zważając na hałas, którego byłem sprawcą, z całej siły trzasnąłem drzwiami, zbiegłem po schodach i w kapciach, bez płaszcza wypadłem na ulicę, bo… w pokoju oprócz śpiącej żony ujrzałem nachylającą się nad nią kobietę bez oczu.

Stałem w kałuży, trzęsąc się z zimna, zasmarkany i sparaliżowany lękiem, nie miałem pojęcia jak długo, aż poczułem na ramieniu czyjąś dłoń.

– Christopher?

Obróciłem się i zobaczyłem mieszkającą dwa domy od nas Szkotkę, panią Bloylock. Wzdrygnąłem się, ale nic nie odpowiedziałem.

– Christopher, czy coś się stało? – Pociągnęła mnie delikatnie za sweter. – Czy coś się stało z Saoirse? Czy ona…

– Nie… nie wiem – wybełkotałem, spuszczając wzrok.

Pani Bloylock zacisnęła wargi i szybkim krokiem ruszyła do naszego domu. Wróciła po kilku minutach, poklepała mnie po plecach i powiedziała:

– Saoirse śpi. Czemu… Co ty tu robisz, taki nieubrany, przecież się rozchorujesz i kto… Christopher, idź do żony, ona cię potrzebuje.

„Idź do żony” – powtórzyłem w myślach, ale nie mogłem tam iść, bo przecież… nie mogłem.

Śmierć. Puste oczodoły. Koniec. Ciemność. Nie mogłem. Upadłem.

 

***

Wylądowałem w szpitalu na oddziale wewnętrznym, nie stwierdzono u mnie żadnych dolegliwości fizycznych, ale za to przysłano psychiatrę, który zdiagnozował tanatofobię. Tanatofobia… Przerażająca nazwa na fobię przed czymś przerażającym. Przed ŚMIERCIĄ.

Kolejne dwa tygodnie zapamiętałem jako zbiór migawek wyciętych z czarno-białego filmu grozy. Chęć zobaczenia Saiorse, potrzeba opieki nad nią, paniczny lęk przed kobietą bez oczu, przed chorobą, przed nieistnieniem, wyrzuty sumienia, że zostawiłem najdroższą mi na świecie osobę na pastwę obcych ludzi, oskarżanie się o bycie beznadziejnym mężem. Wszechogarniająca ambiwalencja uczuć i niekończące się rozmowy z lekarzem od ześwirowanego mózgu. Tak, byłem nienormalny, nie potrafiłem zadbać ani o siebie, ani o Raya, ani o Johna, ani o moją ukochaną żonę. Cały dniami siedziałem na łóżku i gapiłem się na ścianę. Zdrętwiałe ciało i zdrętwiałe myśli.

I wtedy, gdy już nie widziałem żadnej nadziei na przyszłość, odwiedził mnie Bob, kolega z pracy.

– Idź do księdza – powiedział. – Pogadaj, może on przepędzi Diabła z twojego serca. Saoirse cię potrzebuje, teraz dużo bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Wiesz, rozmawiałem z nią wczoraj…

– I? – Złapałem go za nadgarstek.

– Ona cię bardzo kocha i bardzo się o ciebie martwi.

Bob wyszedł, a ja, zamiast iść do kościoła, poszedłem do lwa. Przytuliłem kamień do piersi, po czym przybliżyłem do twarzy, a on rozbłysnął intensywnym fioletem…

 

***

Kamienna ścieżka w lesie, szum liści, świergot rudzika, zapach grzybów i widoczna w oddali góra. Biegłem do niej tak szybko, jak pozwalały mi nogi, a kiedy tylko zaczęła przekształcać się w lwa, krzyknąłem:

– Nie zabijaj Saoirse! Słyszysz! Ty nie możesz! Ja ci nie pozwolę!

Chciałem okładać jego cielsko pięściami, kopać, dusić, ale przecież on był kilkukrotnie, nie kilkadziesiąt, a może nawet kilkaset razy większy ode mnie. Tak czy inaczej, wciąż biegłem, aż… w rozwianej grzywie ujrzałem Raya, stał na głowie drapieżnika i machał w moją stronę chudziutką ręką.

– Ray! – wrzasnąłem. – Ray! Pomóż mi! Saoirse umiera!

– Christopher, zwolnij! – To nie był głos brata, to… to lew przemówił.

Stanąłem jak wryty.

– Christopher, słuchaj mnie uważnie. Musisz być silny. Musisz być silny jak lew. A przede wszystkim musisz zrozumieć, że śmierć to nie koniec, że śmierć to dopiero początek.

 

***

Nie wiedziałem, czy to dzięki magicznej mocy kamienia, czy… nie, to nie mogli być lekarze; dzień po wizycie w lwim lesie, stanąłem przed lustrem i sam do siebie powiedziałem:

– Jestem silny. Kocham żonę. Nie boję się kobiety w białej sukni.

Uderzyłem się w policzek, przygryzłem dolną wargę, po czym ruszyłem do Saoirse. Leżała w łóżku, odwrócona w stronę okna, chyba nie spała, ale nie zareagowała na skrzypnięcie drzwi. Rozejrzałem się po pokoju, na szczęście nie zobaczyłem tam nikogo poza żoną, wychudzoną, zniszczoną chorobą i zaniedbaną przez fiśniętego męża kobietą, okrytą kołdrą w kolorze wyblakłego różu. To był jej ulubiony kolor. Powoli podszedłem do łóżka i wyszeptałem:

– Kochanie…

Przekręciła głowę w moją stronę i bardzo cicho zapytała:

– Chris? Chris to naprawdę ty?

– Tak. Tak. Tak.

Pocałowałem w czoło, wziąłem za rękę, westchnąłem i poczułem napływające do oczu łzy.

Od tamtej pory, praktycznie całymi dniami siedziałem przy łóżku żony, głaszcząc ją po głowie, składając pocałunki na wychudzonych dłoniach i szepcząc słowa otuchy. Kilkakrotnie zaglądałem do niej w nocy, by sprawdzić, czy oddycha, czy się nie obudziła i czy czegoś nie potrzebuje…

 

***

Saoirse zmarła piętnastego czerwca tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego drugiego roku. Miała zaledwie czterdzieści trzy lata. Na pogrzebie prawie nikogo nie było, tylko hulał wiatr i zacinał deszcz. Po powrocie do domu wypiłem całą butelkę szkockiej whisky, wyjąłem z pudełka kamiennego lwa. LOVE. Wszyscy, których kochałem umarli. Martwe oczy i wyryty napis zabłysnęły fioletem, a potem spłynęły krwią, wybiegłem na zewnątrz i ściskając w ręce kamień, popędziłem na plażę.

– Nienawidzę cię! To wszystko twoja wina. Twoich ślepi z kamienia! – wydzierałem się wniebogłosy, a kiedy tylko znalazłem się na brzegu, ze złością cisnąłem lwa w ocean i dalej krzyczałem:

– Wracaj, skąd przyszedłeś, Diable nieczysty!

Wraz ze śmiercią żony wrócił mój lęk przed śmiercią. Dom, w którym mieszkałem, był pusty. Pusty i zimny. Zimny i ciemny. Ciemny jak czarne kruki i wrony, które dziobami próbowały wbić się w moją głowę. Nigdy nie czułem się tak samotny. Ta samotność zupełnie różniła się od tej, której zasmakowałem, spacerując z Johnem po szkockich, polnych ścieżkach. Samotność starego człowieka, pozbawiona nadziei. Stałem przed lustrem i patrzyłem na pokrytą zmarszczkami twarz, na przekrwione oczy i sińce wokół nich. Praca, pub, brak obiadu na stole, kurz i tym razem naprawdę brudne okna – tak zaczęła wyglądać moja codzienność.

– Co ty Chris, taki wiecznie smutny? – Bob szturchnął mnie łokciem na tyle mocno, że prawie rozlałem niesione ostrożnie piwo. – Napij się i rozchmurz!

Usiadłem skulny w kącie i wypiłem łyk zimnego guinnessa. Kolega stuknął swoim kuflem o mój.

– Zdrowie!

Nieprzyjemny dźwięk szkła. Nadmierna nadwrażliwość na bodźce. Dążyłem do ciszy, jednocześnie panicznie się jej bojąc.

– Ej, co ci jest? – W oczkach Boba widziałem współczucie.

Pomyślałem, że John, gdyby żył, może wyglądałby tak jak on. Byli podobnego wzrostu i tak samo się uśmiechali albo tylko tak mi się wydawało.

– Nic. Przepraszam. Tęsknię za Saoirse. Bardzo. – Zacząłem bawić się guzikiem marynarki.

– To przejdzie. Czas leczy rany.

Czas. Czas mijał, a ja wcale nie czułem się lepiej. Za każdym rogiem widziałem kostuchę bez oczu. Przestałem chodzić na pogrzeby, gdy przypadkowo, nawet z daleka zobaczyłem sunący drogą karawan, kręciło mi się w głowie, pot spływał po plecach, z trudem oddychałem. Unikałem oglądania wiadomości, by nie natrafić tam na informacje o morderstwach, wypadkach, zawsze gdzieś na ziemi toczących się konfliktach zbrojnych. Lęk narastał i narastał.

Drugiego kwietnia tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego drugiego roku Argentyna zaatakowała dwa brytyjskie terytoria na Południowym Atlantyku. Z Portsmouth wyruszyły w ocean okręty bojowe, HMS Hermes i HMS Invisible. Wygraliśmy. Tylko, czy jakąkolwiek wojnę można tak naprawdę wygrać? Ja nie miałem już siły walczyć. I to nie tyle z fizycznym wrogiem, bo na to nie pozwalał mi wiek i słaba kondycja, tylko z demonami w moim sercu. Od paru lat byłem na rencie. Prawie nie wychodziłem na zewnątrz, nawet do pubu. Czasem odwiedzał mnie Bob, zawsze z uśmiechem na twarzy. Wiedziałem, że się o mnie martwi. Graliśmy w karty i szachy, paliliśmy fajki, od czasu do czasu moczyliśmy usta w szklaneczkach z whisky. Jemu też niedawno zmarła żona, a syn i córka… mieli swoje własne życie, problemy, rozterki. Normalna kolej rzeczy jak narodziny i śmierć. ŚMIERĆ.

Rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty piąty. Okropnie schudłem. Czegokolwiek nie wkładałbym do ust, chwilę później okropny ból przeszywał mój brzuch. Zły duch wbijał pod żebra rozgrzaną szpilę. Zdarzało mi się wymiotować. Z dnia na dzień coraz bardziej byłem przekonany, że bezoka poczwara już czyha za drzwiami i w każdej chwili może wedrzeć się do środka.

– Musisz iść do lekarza. Widziałeś, jak ty wyglądasz? Wrak człowieka. – Bob siedział naprzeciwko ze skrzyżowanymi nogami i oczami pełnymi smutku.

– Medycyna mi nie pomoże, tak jak nie pomogła Rayowi i Saoirse – wycharczałem.

– Twój brat zmarł pół wieku temu. Chyba zdajesz sobie sprawę, że czasy się zmieniły? Im szybciej, tym lepiej.

Panicznie bałem się zrobić badania. Wizja nowotworu krążyła nad moją głową jak nietoperz ze złamanym skrzydłem. Czułem, że gdy sam przekroczę szpitalne wrota, już nigdy stamtąd nie wyjdę, a gacek spadnie i złamie szyję. Jadłem coraz mniej i mniej, wisiały na mnie wszystkie ubrania, dorabiałem dziurki w skórzanym pasku.

Przyszedł wyjątkowo upalny maj, wieczorami w domu było duszno i nieprzyjemnie. Tego dnia poczułem, że muszę popatrzeć na morze, wciągnąć w płuca świeże powietrze, uciec od ukropu. Włożyłem powycierane mokasyny, narzuciłem na ramiona sztruksową kurtkę z zepsutym suwakiem i wybrałem się na spacer. Wspierając się laską, kuśtykałem w stronę wybrzeża.

Odpływ. Plaża śmierdziała wodorostami. Dywan utkany z glonów, połamanych muszli i drobnych, ostrych kamieni; wyrzutki morza oświetlone blaskiem księżyca. Gdy tak na nie patrzyłem, przypomniała mi się zabawa z dzieciństwa. Wziąłem do ręki dwa białe odłamki. Gołąb i wąż. Trzy kolejne. Krokodyl, mysz i słoń bez jednej nogi. I… nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Lew. Mój Lew. Jedynie napis był trochę mniej wyraźny. Siadłem na ławce. Musiałem odpocząć. Pomyślałem, że to przecież niemożliwe, by kamień tak po prostu nagle pojawił się na plaży, akurat wtedy, gdy ja tam przyszedłem.

Sam nie wiedziałem dlaczego, ale zrobiło mi się lepiej. Poczułem ulgę, a nawet radość i nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Magia. To musiała być magia. Popatrzyłem przed siebie i ujrzałem bawiącego się na plaży Raya. Jego policzki zdobiły czerwone wypieki, budował zamek z piasku, na okrągłej buzi widać było skupienie. Obróciłem się w prawo i zobaczyłem ukochaną żonę. Siedziała tuż obok mnie, piękna i spokojna; wiatr muskał jej delikatną twarz.

Morze, księżyc, szczęście, wolność i wieczność. Przestałem się bać kobiety z pustymi oczodołami, a Saoirse spojrzała mi prosto w oczy, uśmiechnęła się i mocno mnie do siebie przytuliła.

Koniec

Komentarze

Katiu, ależ jestem ciekawa. zostawię sobie wykrzyknik

!

aby mi się zakarbowało. Może w weekend uda mi się przeczytać. Musi.

srd, a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Jak mogłaś powiedzieć, że już nigdy więcej niczego nie napiszesz?! :o Ale by to była strata. 

Ładna ilustracja.

Z obszerniejszym komentarzem wrócę, jak już przeczytam całość.

Zdaje się, że czytałam pierwotną wersję, ale faktycznie dużo się zmieniło.

Jak zwykle, mocno grasz na emocjach.

Ja chętnie dowiedziałabym się, czym właściwie był ten tajemniczy lew, ale to by pewnie zniszczyło nastrój.

Więcej fantastyki też by, IMO, nie zaszkodziło, bo póki co, wszystko dałoby się wytłumaczyć majakami i dziecinnymi przesądami.

łóżko zarówno wielkością, jak i wyjątkowo wygodnym materacem, a pościel pachniała lawendą.

Ale co to łóżko robiło?

Babska logika rządzi!

Katiu, miałam zamiar zacząć opowiadanie i ewentualnie dokończyć je rano, ale cóż, Kamień w kształcie lwa tak mnie walnął, że musiałam wszystko doczytać do końca. Od razu i natychmiast. ;)

Pamiętam że pierwsze opowiadanie ― jeśli się nie mylę, tam zamiast lwa był smok ― bardzo mi się podobało, a choć próżno było szukać w nim fantastyki, nasyciłaś je szczególnym, magicznym klimatem.

W tym opowiadaniu odnajduję podobną aurę i cieszę się, że do realizmu potrafiłaś wpleść też fantastykę, choć jej ilość może nie każdego usatysfakcjonuje. Mnie wystarczy. :)

Opisałaś kawał życia Chri­sto­phera, życia niełatwego, najeżonego trudnościami, przeciwnościami losu i dramatycznymi wydarzeniami. I do tego wszystkiego dodałaś jeszcze fobię, trapiącą go od dzieciństwa. Zastanawiam się, czy tytułowy kamień był powodem wszystkiego, co spotykało Chrisa, czy Chris, dzięki kamieniowi, potrafił dotrwać do chwili, kiedy poczuł spokój i szczęście.

Bardzo lubię Twoje grafiki. :)

Katiu, klikam Bibliotekę, bo wiem, że poprawisz usterki. ;)

 

ale jego wciąż głos do­bie­gał z bar­dzo da­le­ka. ―> …ale jego głos wciąż do­bie­gał z bar­dzo da­le­ka.

 

Nie wie­dzia­łem, czy po­mógł mi Bóg, czy lew, czy Ray, bądź co bądź, rano obu­dzi­łem rześ­ki i pełen ener­gii… ―> Nie wie­dzia­łem, czy po­mógł mi Bóg, czy lew, czy Ray, czy co innego, ale rano obu­dzi­łem się rześ­ki i pełen ener­gii

 

kiedy Luft­waf­fe za­ata­ko­wa­ło Li­ver­po­ol… ―> Luft­waf­fe jest rodzaju żeńskiego, więc: …kiedy Luft­waf­fe za­ata­ko­wa­ła Li­ver­po­ol

 

rękę roz­ry­wał rwący ból. ―> Brzmi to fatalnie.

Proponuję: …rękę szarpał rwący ból.

 

pa­trzy­łem na lewa, szep­cząc słowa mo­dli­twy… ―> Literówka.

 

do pracy w nowo wy­bu­do­wej fa­bry­ce… ―> …do pracy w nowo wy­bu­do­wanej fa­bry­ce

 

Za­re­zer­wo­wa­li­śmy sobie po­ko­ik w„Bed and bre­ak­fast”… ―> Brak spacji przed otwarciem cudzysłowu.

 

łóżko za­rów­no wiel­ko­ścią, jak i wy­jąt­ko­wo wy­god­nym ma­te­ra­cem… ―> Czy tu aby nie miało być np.: …łóżko zachwycało za­rów­no wiel­ko­ścią, jak i wy­jąt­ko­wo wy­god­nym ma­te­ra­cem

 

Sta­łem w pół­mro­ku za skal­ną ko­lum­ną, trzę­sąc ni­czym osika… ―> Sta­łem w pół­mro­ku za skal­ną ko­lum­ną, trzę­sąc się ni­czym osika

 

Okno, za oknem deszcz, a przed bu­ja­ny fotel. ―> Nie rozumiem… Czy to ostateczna wersja zdania?

 

Bie­głem do niej tak szyb­ko, jak po­zwa­la­ły mi moje nogi… ―> Zbędny zaimek.

 

Na po­grze­bie pra­wie ni­ko­go nie było, tylko wiatr i deszcz. Po po­wro­cie do domu wy­pi­łem pra­wie całą bu­tel­kę… ―> Powtórzenie.

Może w drugim zdaniu: Po po­wro­cie do domu wy­pi­łem niemal całą bu­tel­kę

 

a syn i córka, mieli swoje wła­sne życia… ―> …a syn i córka, mieli swoje wła­sne życie

Życie nie ma liczby mnogiej.

 

Spo­czą­łem na ławce. Mu­sia­łem od­po­cząć. ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Siad­łem na ławce. Mu­sia­łem od­po­cząć.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Asylum, Sara – czekam na komentarze :):):) i z góry dziękuję za przeczytanie, jakby nie było to całkiem długi tekst :)

 

Finkla – tak sobie myślę, że Ty chyba czytałaś wszystkie moje teksty opublikowane na stronie i ten też, i też chciałaś się dowiedzieć czegoś więcej o kamieniu (w kształcie smoka) i też narzekałaś na brak fantastyki ;) I cóż? Oczywiście przyznaję Ci rację, że z tą fantastyką tu… Mogła by być i mogło by jej nie być, więc trochę kiepsko :( Zastąpiłam smoka lwem, żebym nawiązać do tradycji angielskiej i do godła, i dodałam sceny w lesie, ale oczywiście wszystko da się wytłumaczyć majakami. Zastanawiałam się, czy w pewnym momencie nie włączyć w podróże do lasu Saoirse, ale… nie wiem, czy to pomogło, czy raczej zepsuło… Zdanie z “łóżkiem” poprawione :) 

 

Reg – bardzo mi miło, że wersja z kamieniem też Ci spodobała :) Oczywiście poprawiłam usterki, jak zwykle jestem bardzo wdzięczna za ich wyłapanie. Odnośnie kamienia jego rola w życiu Chrisa miała być właśnie taka dwuznaczna, tak jak ją opisałaś. Cieszę się, że ilustracja też na plus.

 

Finkla, Reg – dziękuję za bibliotekę, pozdrawiam serdecznie i życzę miłego dnia :)

Klikam w ciemno, bo znam klasę Autorki, komentarz oczywiście będzie, jakżeby inaczej :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Bardzo dziękuję i czekam :)

Miło mi, że mogę się przydać. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Piękna opowieść, równie pięknie opowiedziana. Rzadko mi się ostatnio zdarza zachować pełną koncentrację przy czytaniu, a tu się zdarzyło. Przykuwasz skutecznie czytelnika do tekstu, w pełni zgadzam się z opinią Reg w tej materii.

Mimo że fantastyka rozgościła się w tym opku na dobre, tchnie z niego realizmem, dotykasz problemów obecnych w życiu każdego chyba człowieka – może nie w tak ekstremalnych stanach jak fobie bohatera, ale jednak obecnych i nurtujących.

Kilka kąsków tekstu szczególnie dla mnie smakowitych:

Śmierć przechadzała się po ulicach, zakładała na głowy przechodniów czarne worki i ściskała.

 

Spojrzałem w stronę rozpłaszczonej góry. Ona ciągle wylegiwała się pośród zielono-karmazynowych koron drzew.

 

I kolejny raz wstrętny robal wykluł się w mojej głowie

 

Słońce znowu zaczęło się śmiać, a my naprężaliśmy dzielnie mięśnie, by cieszyć się wraz z nim

 

wygłodniały europejskim pokojem lew

A na koniec kilka uwag natury raczej warsztatowej:

Sprawdzałam pod materacem, pod łóżkiem, pod chodnikiem, w szparach między podłogowymi deskami

 

Gdy odzyskałam świadomość, leżałem skulony

 

Przez moment nic nie widziałam, a gdy odzyskałem wzrok…

Jesteś jednak mocno związana ze swoją płcią :)

ale to już nie był góra

Chyba nie chodzi o dominikanina śp. Jana Górę? :)

Obydwaj byliśmy samotni jak okręty mknące przez szary ocean.

Zgrzyta mi to “mknące” może lepiej “wlokące się”?

Ludzie nas szanowani, nas górników

literówka

W sierpniu tysiąc czterdziestego siódmego roku wsiadłem do pociągu

W 1047 r. nie było pociągów :)

nie czułem do niej nic takiego jak do Lucy

Chyba jednak “niczego takiego” (choć pewien nie jestem, niech się wypowiedzą spece od gramatyki.

Na pogrzebie prawie nikogo nie było, tylko wiatr i deszcz.

Zgrzyta mi to zestawienie ludzi i zjawisk atmosferycznych, Wolałbym już “Na pogrzebie prawie nikogo nie było, hulał wiatr i zacinał deszcz.”

Nie mogę odmówić sobie przyjemności dedykowania Ci wiersza o podobnych klimatach (to już zaczyna być tradycja smiley)

 

INCOLA EGO SUM IN TERRA*)

"…tylko płakać będą na ziemi

zostawione przez nas nasze cienie"

K.K. Baczyński

 

drogą szedłem

wraz z mym

cieniem

i zbierałem

szorstkie

lat kamienie

 

droga była

najpierw

gładka

potem jakaś

kładka

rozwidlenia

żadnych drogowskazów

(oprócz cienia)

chciałem wstecz od razu

nie pozwolił czas

tylko naprzód

tylko naprzód

 

droga weszła

w las

tu i tam

przydrożne kości

pobielałe

od

starości

 

drogę widać

mniej

wyraźnie

a kamienie

cięższe

bardziej

 

tunel bezimiennych

drzew

gdzieś u kresu

światło

śpiew

 

cieniu zostań

ja już sam

muszę

Tam

 

*) Incola ego sum in terra – przechodniem jestem na ziemi (Psalm 119:19)

 

Klik już był, pozdrawiam i lecę nominować :)

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Świetnie napisane, fabuła wciągająca i fajnie dozowane napięcie. Główny bohater pragnął kamienia, jak Gollum pierścienia :) Opowiadanie zostanie na dłużej w pamięci.

Tsole – piękny wiersz i gdy go czytam to widzę mojego Chrisa… A tak na marginesie, kiedy jeszcze nie miałam dwóch lat, podobno panicznie bałam się własnego cienia :)

 

Jesteś jednak mocno związana ze swoją płcią :) – coś w tym jest :)

 

Błędy z “am” i pozostałe poprawione, dziękuję za ich wyłapanie. I oczywiście cieszę się, że opowiadanie Ci się spodobało. Bardzo dziękuję za przeczytanie, komentarz, wiersz, bibliotecznego klika i nominację :) Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego wieczoru :)

 

Miency – dziękuję za przeczytanie i miło mi, że tekst przypadł Ci do gustu, a w trakcie pisania, w którymś momencie też skojarzyło mi się z Gollumem :)

 

Reg – dziękuję bardzo za piórkową nominację :)

 

podobno panicznie bałam się własnego cienia

Widziałem niedawno taki filmik ze smartfona jak berbeć usiłował odczepić się od swego cienia :)

Z kolei ja w pewnym środowisku pisuję pod pseudonimem Twój Cień :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Zaczarował mnie ten tekst. Zaczęłam czytać i nie mogłam się oderwać. Podobał mi się klimat, subtelne operowanie emocjami, przechodzenie od świata realnego do fantastycznego i ta niepewność, czy bohatera dopada szaleństwo, a może jest coś poza zwykłą rzeczywistością. Sądzę, że fantastyki można się z pewnością dopatrywać w tym, że kamień wracał do Chrisa. Opis śmierci w czasie wojny świetny, ale mnie osobiście najbardziej poruszyły sceny, kiedy mały Chris przeżywał śmierć brata. Ode mnie klik :)

Tsole

 

“Cień jest poziomem wspólnym, na którym schadza się świat żyjący z t. zw. martwym: wszystko, co istnieje, ma swój cień. Cechą jego jednoplanowość; usunął łudzącą perspektywę i wszystko cisnął na jedną płaszczyznę, dokonując bajecznego zrównania wszech rzeczy, które przedstawia w krzywiznach i prostych.”

 

Stefan Grabiński, Cień

 

Na szczęście już nie boję się cieni, ale wciąż czuję w nich jakąś magię :)

 

Ando – bardzo się cieszę, że Tobie też tekst się spodobał :) Zdaję sobie sprawę, że podróże Chrisa do lasu można interpretować na różne sposoby i w sumie chyba taki był mój cel. To opowiadanie to takie trochę moje marzenie, że jest coś poza zwykłą rzeczywistością :)

Dziękuję bardzo za klika, pozdrawiam serdecznie i życzę udanego wieczoru :)

Oj, Katiu, Katiu, w ciemno mogłabym Twoje opowieści klikać. Bardzo dobrze, że podmieniłaś smoka na lwa – w punkt, skojarzenia miałam takie, jakie chciałaś. 

Zastanawiałam się, dlaczego tak jest. Trzy rzeczy: ludzie w Twoich opkach, są prawdziwi; dylematy, kwestie, przed którymi ich stawiasz, każesz rozkminiać, choć Ty tylko przedstawiasz, a czytelnik to widzi, czuje itd.; narracja – głęboko wchodząca w bohatera, spójna z nim.

 

Czy historia fantastyczna – tak, chociaż historyczna, nie wiemy, zaprawdę nie wiemy jak jest, było. Zdarzenia, znaki, symbole – jesteśmy ich niewolnikami. Naznaczają nasze życie, jego bieg. Jak to możliwe? Nie wiem. Naturalnie przekonania, ale nie mam pewności i sądzę, że to złożone, gra sił genetyki i środowiska, nie do ustalenia. 

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o freudowskiej teorii (to dygresja, nie mająca nic wspólnego z Twoim opowiadaniem) zbuntowałam się, jak czasami to potrafię. Leciały iskry i ziałam ogniem. Powodem był determinizm, któremu przeciwstawiałam się całą sobą. Teraz jest inaczej, minęły lata, analiza się zmieniła, choć, co zabawne, nikt tego nie wie poza środowiskiem, przeżyłam kawałek swego życia, dojrzałam – pewnie – i chociaż ciągle nie uznaję się za jednostkę skończoną, to widzę więcej elementów układanki. Dzisiaj w miejscu, w którym mieszkam była mgła. Słońce za mgłą jest dziwne, blada tarcza ostro waliła po oczach. Była jak znak. Nie wierzę, a jednak zdarzyło się. 

Wiem, łączymy, bo potrzebujemy wyjaśnień, ale zdarzenia naznaczają życie, chociaż może w dużo większym stopniu nasze odniesienie do nich. Część przekonań jest w ogóle genetyczna, tym się martwię i nie wierzę w wyniki badań (próby, hipotezy, teorie itd. itp).

Wracam do opka, ponieważ popłynę. Jest dobre! Losy pewnego chłopca. Miał, nie miał wyboru? Nie wiadomo. Skończyło się optymistycznie. Dla mnie optymizm to realność.

Żadnej luki nie zauważyłam.

Klikanie obowiązkowe, podobnie jak zwrot o nominację. Katiu, pisz.

pzd srd:) a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum – wielkie dzięki za przeczytanie, komentarz, klika i nominację :)

 

Odnośnie znaków i magii w życiu… Pewnie ci, którzy znają mnie osobiście, opisaliby mnie jako jednostkę mocno sceptyczną, ale gdy zaczynam pisać albo rysować, lubię dodawać do świata magii… W moim odczuciu sama sztuka, mhm, nie do końca wiem, jak to wyrazić, pozwala na ucieczkę od tu i teraz, zatrzymuje czas i wyciąga z pustki, pewnie dlatego raczej nie przestanę pisać :)

 

A słońce za mgłą, rzeczywiście niesamowity widok, magiczny. A z genetyką i środowiskiem – wciąż nie wiem, jak to jest…

 

Jeszcze raz dziękuję i życzę magicznego wieczoru :)

Nie przestań XD, a wieczór, cóż… normalnym będzie:), choć magia istnieje!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

smileyheart

Katiu, nie mogłam nie nominować. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie wiem, jak będzie z piórkiem, ale mnie nawet nominacje bardzo cieszą :):):) A to moja pierwsza nominacja od Ciebie, więc podwójnie się cieszę :)

Tym większa i moja radość. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Masz wspaniały dar prowadzenia narracji w taki sposób, że narrator wydaje się realną osobą. Jego świat wciąga. Z przyjemnością przeczytałam. W trakcie czytania historii poczułam, że mam krew w żyłach i jestem żywą istotą. Paradoksalnie czytając o śmierci, lęku przed nią i myśląc przy tym również o swoich zmarłych. 

Nigdy się nie poddawać

Od bardzo dawna nic mnie tak nie wciągnęło w czytanie, nie tylko na portalu, ale i na papierze. Katiu, piszesz tak, że nie można oderwać się od tekstu. I nie o to chodzi, że akcja jakaś wyjątkowo wartka, bo przecież nie jest. U Ciebie chodzi o to, że ludzie są naprawdę ludźmi, a ich emocje przywiązują nas do siebie. 

Jestem niezmiernie niepocieszona, że nie spróbowałaś jeszcze swoich sił w czymś dłuższym, co pozwoliłoby Ci rozwinąć skrzydła: bo dar obserwacji, współodczuwania z bohaterami i umiejętność przekazywania tego czytelnikowi opanowałaś jak prawdziwa artystka.

Nominuję, bo mogę i chcę heart 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Zielonka – dziękuję bardzo za przeczytanie i budujący komentarz :) Pozdrawiam serdecznie.

 

Bemik – przede wszystkim bardzo się cieszę, że wpadłaś w odwiedziny :) i oczywiście bardzo dziękuję za miłe słowa i nominację :)

Odnośnie czegoś większego, to ciągle mam problem z wyborem tematyki, ale powoli się przymierzam :) A sztuki współodczuwania z bohaterami i umiejętności pisania o emocjach nauczyłam się między innymi od Ciebie. Nie ukrywam, że co jakiś czas wracam do Twoich opowiadań i książek, by sobie co nieco podpatrzeć :) Pozdrawiam serdecznie heart

Katiu, znam Twoje teksty i wiedziałam z góry, że jak zacznę czytać, to mnie wciągnie. Dopiero teraz znalazłam chwilę spokoju, żeby zajrzeć do Lwa i nie zawiodłam się. Kolejny bardzo emocjonalny tekst oparty na wnikliwej analizie ludzkich zachowań, który mocno zadziałał na moją wyobraźnię. Motyw kamiennego lwa, jako amuletu przestrzegającego i chroniącego przed śmiercią (bo tak to odebrałam) może niezbyt oryginalny, ale świetnie zakotwiczony w fabule. Ogromna przyjemność z czytania. :)

Dopisuję się do apelu Bemik o coś dłuższego. Masz ogromny potencjał, wykorzystaj go!

 

Znalazłam jednego babolka:

tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego drugiego roku

"Fajne, a nawet jakby nie było fajne to i tak poszedłbym nominować, bo Drakaina powiedziała, że fajne". - MaSkrol

Na początku okropecznie się przeraziłem, bo nie lubię czytać o śmierci dzieci. Po skończeniu „Cujo” chodziłem zły przez dwa dni i miałem wrażenie, że King celowo chciał mnie wkurzyć. Twoje opowiadanie w niczym mnie jednak nie zraziło. Przeczytałem je jednym tchem. Podczas gdy King (wybaczcie mi drodzy czytelnicy) rozwodzi się o jakiś pierdołach, Ty piszesz tylko o rzeczach ważnych. O czymś, czym warto się przejąć. 

O stronie technicznej się nie wypowiadam (bo co ja tam wiem) ale wszystko w Twoim opowiadaniu mi się podobało. Dobrze jest czasem przypomnieć sobie, że fantastyka, to nie tylko elfy i statki kosmiczne (tudzież elfy w statkach kosmicznych).

Też uważam, że powinnaś napisać dłuższą opowieść.

AQQ – bardzo dziękuję za przeczytanie i nominację i znalezienie babolka :) I oczywiście bardzo mi miło, że tekst Ci spodobał :)

Pozdrawiam serdecznie i miłego dnia :)

 

Rytmatysta – również dziękuję za przeczytanie i cieszę, że mój niczym Cię zraził :) “Cujo” nie czytałam, więc trudno mi się wypowiadać…

Pozdrawiam serdecznie i życzę udanej niedzieli :)

 

Jeśli chodzi o coś dłuższego, to może spróbuję w przyszłym roku, teraz trochę kiepsko z czasem i dobrze by było mieć jakiś dobry pomysł ;) a na dobre pomysły nierzadko długo się czeka :(

 

 

Krótko napiszę: ewidentnie opowiadanie miesiąca, a może i kwartału. Widzę, że wyrobiłaś sobie równowagę w pisaniu. I weszłaś z nim na wyższy jakościowo poziom. Dzięki, jak mniemam, uprawdopodobnieniu psychologicznemu opisywanych postaci. Kiedyś różnie z tym u Ciebie bywało, szarość i czerń zbyt je przesłaniała, a dziś – chapeau bas! Bardzo, bardzo dobre, ludzkie opowiadanie. Trochę szkoda, że bohater dopiero po śmierci doznaje ukojenia, ale cóż… Dobra i taka nadzieja. Rozpracowanie tęsknoty za żoną – no, mnie też walnęło.

Mam tylko jeden problem z Twoimi opowiadaniami: doskonale grasz na spektrum emocji hmmm… po tamtej stronie . A świat ludzkich emocji jest przecież co najmniej dwuwektorowy;). I one idą niekiedy także w stronę Światła, nie tylko Mroku. Stosując pewien skrót myślowo-emocjonalny – nadal sądzę, że Beksiński nie miał racji i jego świat nie mógł być pusty. Bez Obserwatora przecież by nie został odmalowany. Wiem, czego mi braknie w Twoich opowiadaniach i dlaczego budzą niemal zawsze, nawet najlepsze, moją niezgodę (nie zauważyłem tego na szczęście – po raz pierwszy – w opku do lokomotywnika;) – jest w nich Miłość, ale jakże rzadko goszczą w nich Wiara i Nadzieja. Szkoda. Jakież by one musiały być wspaniałe, gdybyś kiedyś rozwinęła literacko OBA skrzydła emocji, Motylu…:)

Pozdr.

 

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Rybaku – bardzo dziękuję za odwiedziny i za obszerny komentarz. I oczywiście bardzo mi miło, że Twoim zdaniem wyrobiłam sobie równowagę w pisaniu :)

Z tą jednobiegunowością moich tekstów masz oczywiście rację – upodobałam sobie mroczne i zimne korytarze, a pewnie warto by wydostać się z nich czasem na zewnątrz, spojrzeć na słońce i rozgrzać dłonie :) Obecnie pracuję nad tekstem, w którym, jak sądzę, gości zarówno Wiara jak i Nadzieja, ale zobaczymy, co z tego wyjdzie… To taki trochę eksperyment :)

Pozdrawiam ciepło i miłego wieczoru :)

Nie będę się rozpisywać, bo już inni mądrzejsi ode mnie dużo napisali. Po prostu pięknie malujesz tę historię. Wiem, że tsole już to cytował, ale tym zdaniem “ Śmierć przechadzała się po ulicach, zakładała na głowy przechodniów czarne worki i ściskała. “ rzuciłaś mnie na deski :) 

Życzę pomysłu na dłuższą prozę.

 

Matka Chrzestna – dziękuję za przeczytanie i pozytywny komentarz :) Pozdrawiam serdecznie :)

Po komentarzach widzę, że nie tylko ja nie mogłem odciągnąć się do tekstu, dopóki do końca go nie przeczytam. Nie ukrywam, że się wzruszyłem. Zresztą już od samego początku podejrzewałem, że tak to się właśnie skończy. Jeśli przedstawiona przez Ciebie historia byłaby książką, zarwałbym nockę.

Bohater przypominał mi postać z Zielonej Mili (którą zresztą uwielbiam), a mam na myśli to, że przeżywał śmierć bliskich osób i było to dla niego taką karą. Tak mi się skojarzyło :) 

Christopher jest taką postacią z którą bardzo łatwo można się utożsamić. Wszystkie tragedie, które go spotkały, dają nadzieję na pozytywne zakończenie tej historii, no i takie właśnie było. 

Było smutno-pięknie, a ładunek emocjonalny ogromny! 

Cieszę się, że miałem okazję przeczytać Twoje opowiadanie. 

Dzięki! ;) 

NearDeath – to ja dziękuję za przeczytanie i miły komentarz :) Z tym ładunkiem emocjonalnym, to ostatnio staram się trochę walczyć, ale w tym tekście oczywiście mi to nie wyszło, ale to taki typ opowiadania, że nie dało się obyć bez emocji :)

Pozdrawiam serdecznie :)

Trochę mi to zajęło, ale już jestem.

Katiu, naprawdę łał!

Opowiadanie wciąga od samego początku, człowiek nie może się oderwać. Czyta się bardzo płynnie. Myślę, że na podstawie tego opowiadania spokojnie mógłby powstać film naszprycowany emocjami i obrazami. 

Kamień w kształcie lwa – uwielbiam, kiedy małe rzeczy mają ogromne znaczenie. Podobały mi się sceny przeniesienia bohatera do innego świata, do świata snów.

Pięknie przedstawiłaś więź Chrisa z braciszkiem, ale również z innymi, z każdym właściwie. To wszystko sprawia, że bohater wypada bardzo naturalnie i nie sposób facetowi nie współczuć. 

Piękne, słodko-gorzkie zakończenie. Gdyby to był dobrze nakręcony film, z odpowiednią muzyką, niejeden by się poryczał ze wzruszenia. 

Pozdrawiam. :)

Sara – bardzo dziękuję za przeczytanie, komentarz i nominację do piórka :) i cieszę się, że spodobały Ci się też sceny przeniesienia do innego świata :)

Wiesz po przeczytaniu Twojej opinii, zaczęłam sobie wyobrażać film i zastanawiać, czy jakbym go oglądała to nie odniosła wrażenia, że odrobinę za bardzo nie jest przeładowany emocjami? Hm, muszę to sobie przemyśleć :) Te emocje… 

A ja na razie jeszcze raz dziękuję, pozdrawiam ciepło i życzę udanego wieczoru :)

Bardzo dobre opowiadanie. Ładnie napisane, dużo emocji. 

A ja bym chciała wiedzieć, czemuś Ty to opko poprzednio wywaliła i to jeszcze tak definitywnie. Przecież to jest świetne. Plastyczne opisy, emocje, wyczucie tematu (że tak to ujmę). Sorry, nie będę się rozpisywać, bo właściwie wszystko napisali już przedpiścy. Tylko proszę, nie katiuj niż niczego więcej. :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Zygfryd – dziękuję :)

 

Irka – też dziękuję :) A teraz trochę psychicznego ekshibicjonizmu: to było niecałe trzy lata temu i jakoś tak niedobrze się wszystko w moim życiu układało, depresja, hm, może raczej po prostu smutek i mąż stwierdził, że to pisanie ma na mnie zły wpływ i chciał, żebym zaprzestała i pisać i rysować… I… To był trudny okres :( Tak czy inaczej, mąż ostatnio doszedł do wniosku, że nie jest w stanie powstrzymywać moich artystycznych potrzeb i nawet polubił moje opowiadania :), więc już nic więcej nie katiuję :)

 

Pozdrawiam ciepło i miłego wieczoru

Przepraszam, jeśli dotknęłam bolesnego tematu. Mam nadzieję, że smutek trochę odpuścił. A pisanie, poza wszystkimi innymi zaletami, ma też właściwości terapeutyczne. Czyli pisz. :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Irka – nie ma za co przepraszać, myślę, że każdemu zdarzają się gorsze momenty, a ja po prostu trochę zbyt impulsywna jestem :) ale staram się nad tym pracować :)

I całkowicie sie zgadzam, że pisanie ma właściwości terapeutyczne :)

Wszystkie komplementy zostały już wypowiedziane, więc się do niech przyłączę. Lew skojarzył mi się z Aslanem z Narnii. To dodaje opowiadaniu smaku pobożności. Człowiek ufa i nie ufa Bogu. Chce postawić na swoim. Bóg swoimi drogami prowadzi go do życia wiecznego.

Kilka drobnych uwag:

czy śmierć w kulturze angielskiej nie jest raczej mężczyzną?

Bohater to niewykształcony robol i on czyta “Ulissesa”? Tego się prawie nie da czytać, chyba że się jest skończonym snobem. ;)

Nikolzollern – dziękuję Ci bardzo za konstruktywny komentarz, “Ulisses” definitywnie tu nie pasuje i zaraz go zmieniam – sama zabierałam się do niego dwa razy i za drugim razem z bólem skończyłam, ale mocno się do tego zmuszając :)

Odnośnie śmierci, muszę jeszcze poszperać, bo jeśli będę zmieniać jej płeć, to będzie to dosyć duża zmiana, więc przydałby się porządny research.

Jeszcze raz dziękuję i życzę miłej nocy.

Zawsze najbardziej poszkodowany był Ray. Miał dopiero trzy lata, ja cztery więcej. Starałem się nim trochę opiekować. Czasem przytulałem w nocy, gdy przestraszony, sam nie wiedziałem czym, bo przecież nie piskiem myszy czy krzykami sąsiadów, nie mógł zmrużyć oka. Ciągle pamiętam te duże, piwne oczy.

Zmuszony byłem zaprzestać czytania aby wyłączyć wyobraźnię. Nigdy nie czytam niczego, co w swoim opisie zawiera krzywdę dziecka. Na pewno świetnie napisane i w to nie wątpię. 

 

Dokończę “Ostatni kurs” bo mnie wciągało.  

 

nie ma

Arko, ten tekst nie jest o krzywdzie dziecka, tylko… ach, tak czy inaczej, to niezbyt pozytywne opowiadanie, zresztą podobnie jak “Ostatni kurs”, ale w “Ostatnim kursie” nie ma dzieci, tylko krety i dżdżownice :)

Pozdrawiam serdecznie. 

Przeczytałam z zainteresowaniem, to fakt teks dość długi. Osobiście wole krótsze. Mam pytanie czy główny bohater twojego opowiadania jest fikcyjny czy zaczerpnięty z historycznych przesłanek. Jeśli to twoja fantazyjna wyobraźnia – gratuluję

Jadwiga – dziękuję za przeczytanie i chyba zgadzam się, że opowiadania powinny być krótsze, ale mnie coraz bardziej ciągnie do dłuższych form, a na książkę jeszcze za wcześnie…

Bohater całkowicie fikcyjny, a wydarzenia “polityczne i gospodarcze” zaczerpnięte z historii.

Pozdrawiam serdecznie.

Steven powiedział, że nigdy mi tego nie wybaczy, jego słowa wbiły się w moje serce, tak czy inaczej, nie próbowałem tłumaczyć mu swoich leków.

Tu chyba wkradła się literówka.

Opowiadanie, jak to u Ciebie, emocjami stoi. Chciałem napisać, że prowokujesz czytelnika do zaangażowania w historię i losy bohatera, ale to nie tak. Tu jest coś więcej. I chyba właśnie owo “coś” sprawia, że te emocje akurat w Twoich opowiadaniach są tak podkreślane.

W Twoim przypadku mam bowiem poczucie, że nie tyle zachęcasz mnie do zaangażowania w tekst, ile raczej oplatasz emocjami, przez co wspomniane zaangażowanie pojawia się samoistnie. Tak, to komplement, bo dla czytelnika nie ma nic lepszego niż wpaść “na gotowe”.

Dlaczego właśnie oplatasz? Już tłumaczę. Widzisz, ja w swoich komentarzach nigdy nie ukrywam, że nie lubię jakoś szczególnie przejmować fikcyjnymi postaciami i historiami. Smutek czy przejęcie to nie są przecież szczególnie pozytywne odczucia, więc i zrozumiałe, że staram się od nich trzymać możliwie jak najdalej. A jednak przy Twoich opowiadaniach, niechbym nawet zapierał się rękami i nogami, wiem, że prędzej czy później “zmusisz” mnie do takiego bardziej emocjonalnego podejścia do opowieści, do przejmowania się losem bohatera, kibicowania mu. Słowem, szalenie charakterystyczną cechą Twojego pisania jest umiejętność pobudzenia “człowieczeństwa” w czytelniku. Niezależnie od fikcyjności zdarzeń i bohaterów, pojawia się potrzeba przejmowania i kibicowania, bo to “ludzkie”. Szalenie “ludzkie”. Tak samo, jak Twoje historie, nawet okryte płaszczem fantastyki. Przy tym opowiadaniu nie zapowiadało się na żaden wyjątek i oczywiście wyjątku nie było. Trzymasz poziom “Ostatniego kursu”, choć tamto opowiadania podobało mi się koncepcyjnie nieco bardziej. 

Tyle słodzenia i pozytywów, na koniec, dla równowagi, trochę marudzenia.

Pierwszy, nieśmiały czep będzie taki, że z chęcią powitałbym nieco więcej wyjaśnień na temat samego kamienia. 

Drugi czep to poczucie, że przy tej konwencji opowiadania niektóre zdarzenia stały się w pewnym momencie dosyć przewidywalne. Przy poznaniu Saoirse jakoś tak podświadomie czuło się, że jednak jest to jakiś pretekst do kolejnego nieszczęścia. Że zaraz znów zacznie się coś walić w życiu bohatera, bo taki jest wydźwięk tego opowiadania i nic innego tu nie pasuje. 

Te dwa czepy nie wpłynęły jednak w żaden znaczący sposób na odbiór opowiadania. To raczej szczegóły na tle pozytywów. Nie rozpisuję się jakoś szczegółowo na temat samej treści, bo jak wskazałem powyżej, opowiadanie emocjami stoi, więc to na tym, kluczowym dla oceny i odbioru tego konkretnego tekstu elemencie wolałem się skupić.

Tyle ode mnie.

Pozdrawiam!

P.S. Może jeszcze mała uwaga, bo w przypadku moich opinii to niezwykle ważne. Mam taki styl pisania komentarzy, że staram się możliwie wiernie zapisać odczucia towarzyszące lekturze. Tak, by autor czy autorka miał jak najlepszy pogląd rzeczywistego odbioru opowiadania. Stąd też bardzo często mało jest w tych moich opiniach bezpośrednich odniesień do treści, a więcej właśnie takich prób nazwania, zdefiniowania i opisania odczuć. Stąd też, nawet jeśli piszę mocno ogólnie, nie należy z tego wyciągać żadnych daleko idących wniosków. To tylko taki mój styl komentowania. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

CM – dziękuję bardzo za jak zwykle u Ciebie wyjątkowo obszerny komentarz. Odnośnie emocji, spróbuję przy okazji tworzenia kolejnego tekstu odrobinę osłabić ich moce “ssące” i może trochę bardziej skoncentrować się na treści :)

Kamień – pewnie przydało by się więcej wyjaśnień na jego temat. Gdyby mi coś przyszło do głowy, to może jeszcze kiedyś ten tekst zmienię… z przewidywalnością zdarzeń trudniej :(

Cieszę się, że ogólnie się podobało :) Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam serdecznie.

Piękny tekst, emocjonalnie wyważony, choć na uczuciach oparty. Bohater bardzo ludzki, także w swoim strachu i – chwilami – małostkowości; bardziej mi go przez to było żal, niż gdyby był doskonały i idealny. Bardzo umiejętnie kreowany nastrój, zarówno miast, jak i morza, ciemności kopalni, doświadczenia starości bohatera… No i językowo jak zwykle u Ciebie naprawdę pięknie. Bardzo udany tekst, moim zdaniem.

Ninedin – bardzo dziękuję za pozytywną opinię :) Szczególnie cieszy mnie “język” na plus, bo ostatnio głównie nad nim staram się pracować. Pozdrawiam serdecznie :)

Bardzo ładna i uczuciowa historia, która potrafi przyciągnąć na dłużej. Tekst ma wiele świetnych i ciekawie opisanych momentów, jednak najbardziej przypadł mi do gustu ten, w którym bohater waha się, czy zejść do kopalni. Przekonanie, że coś wisi w powietrzu jest tu bardzo sugestywnie pokazane. 

Podoba mi się również dwuznaczne ukazanie “mocy” kamienia. Z jednej strony jest błogosławieństwem, a z drugiej przekleństwem. 

Fladrif – dziękuję bardzo za odwiedziny, cieszę się, że tekst Ci się spodobał, a zwłaszcza, że na plus odbierasz dwuznaczną moc kamienia. Pozdrawiam serdecznie.

Będę jak ten głuchy, który nie słysząc hipnotyzującej muzyki grajka, nie idzie za oczarowanym dźwiękami tłumem, tylko stoi na drodze i woła, dokąd idziecie, przecież muzyk fałszuje!

Oczywiście to porównanie, to lekka przesada, ale faktycznie przyszedłem marudzić.

Pierwsze skojarzenia, jakie przyszły mi do głowy nawiązywały do "Królowej Zimy" H.Ch. Andersena (dzieci, przeklęty artefakt – szkło/kamień), a na wstępie może nawet "Dziewczynki z zapałkami" (smutek skondensowany) tegoż autora, chociaż u Ciebie było zdecydowanie więcej brudu i robactwa.

Pierwsze akapity nasuwały też skojarzenia z wiekiem XIX tym, twórczością Dickensa, ale potem okazało się, że akcja dzieje się tuż przed II wojną światową i nie byłem pewny, czy to co czytam, to na pewno klimat i okoliczności tamtych czasów. 

Trochę później pojawiło się skojarzenie ze wspomnianą już Narnią C.S. Lewisa. Nie tylko w związku z magicznym lwem, który nieco przypomina Aslana (tylko nieco, bo jednak Aslan u Lewisa był Jezusem dla Narnii, u Ciebie, mimo prostego skojarzenia kamień– symbol lwa, jak krzyż jest symbolem Chrystusa, nie ma tutaj czysto chrześcijańskiego podtekstu, poza tym Twój lew oferuje bohaterowi życie kosztem życia jego bliskich, toczy walkę ze śmiercią, a nie z Szatanem i nie obiecuje żadnego Królestwa po śmierci tylko poniekąd oswojenie się z nią), ale też motywem przejścia do "innego świata" i nasyceniem brytyjskością świata przedstawionego.

I już tutaj pojawił się pewien zgrzyt, który nie pozwalał mi do końca uwierzyć w tę historię. Twój bohater akceptuje magię kamienia (a potem pojawianie się Śmierci w jego otoczeniu) bez większych oporów, bez sprzeciwu, nie poddaje jej w wątpliwość, nie neguje jej istnienia. Gdzie podziały się zaprzeczenia i niewiara, chociażby na miarę Thomasa Covenanta "Niedowiarka" przeniesionego do magicznej Krainy? Lub chociaż rozterki Simona przeniesionego do Estcarpu? U Ciebie jest bardziej baśniowo, naiwnie, ale zarazem wszystkie te wizje, wizyty (w obie strony) mogą się okazać zaledwie majakami, snami, odlotami bohatera, co pozbawiłoby tekst wszelkiej fantastyki.

A wracając do naiwności, kolejny mój zarzut brzmi: Twój bohater nie dorasta. Opisujesz mijanie czasu, pokazujesz Chrisa w kolejnych etapach życia, od dzieciństwa po starość. Ale jego narracja na przestrzeni całej historii jest właściwie taka sama. Czytam ją i widzę chłopca, nie ma tam mężczyzny, nie ma tam starca z końcówki opowieści. Jest tylko dzieciak opowiadający o pracy w kopalni, na statku, o kobietach, małżeństwie. Ale to praktycznie wciąż ten sam Chris z kamykiem z początku historii. Nie wiem, z czego ta swego rodzaju "infantylność narracji" wynika. Czy to Autor nie potrafi wczuć się w myślenie, wyrażanie siebie, dorosłego mężczyzny, czy może wynika to z jego nieuwagi i jest błędem warsztatowym?

Kolejny “zarzut” dotyczy świata przedstawionego. Mam wrażenie, że za wszelką cenę starasz się nasycić swoją opowieść brytyjskością. Pojawia się sporo brytyjskich akcentów, nazw, lokacji, nawet potraw. Jednak zazwyczaj te wstawki geograficzne brzmią jakby były przepisane z jakiegoś przewodnika turystycznego. Nie wprowadzasz ich naturalnie, mimochodem.

Czytam:

 

Z wypiekami na policzkach wsiadłem do pociągu na stacji Lime Street i z duszą na ramieniu pojechałem do pracy w szkockiej wiosce West Calder, Brungrang. Małe domy, trójkątne i trapezowe dachy, wąskie ulice, inaczej niż w Liverpoolu, ciaśniej i bardziej swojsko, no może poza ciemną i ziejącą lękiem kopalnią łupkową (…)

 

albo:

Pewnie z tego powodu, po katedrze z ulgą powitałem Shambles Square. Niezwykle piękny skrawek placu, świeże powietrze i stara angielska zabudowa. Przypomniałem sobie kuzyna, tego, od którego dostałem pocerowany pulower, to jak się kłóciliśmy, gdzie jest ładniej w Manchesterze czy w Liverpoolu.

Wieczorem wybraliśmy się jeszcze z Saoirse na boczną ulicę w centrum miasta do kościoła St. Mary, ukrytego klejnotu Manchesteru, ostoi spokoju i hipnotyzującego ciepła, a potem zjedliśmy przepyszną kolację na Bridge Street.

 

albo:

Z uśmiechem na ustach zwiedziliśmy średniowieczną, wybudowaną w późnogotyckim stylu Perpendicular katedrę; pełen detali katedralny sufit sprawiał, że zabytek wręcz emanował pozytywną energią i jakąś niesamowitą magią.

 

lub:

Pewnie z tego powodu, po katedrze z ulgą powitałem Shambles Square. Niezwykle piękny skrawek placu, świeże powietrze i stara angielska zabudowa.

 

i mam wrażenie, że jestem na TripAdvisor…

 

Nie czułem również tej prawdziwej brytyjskości w fabule, tylko mnie o niej informowano. Czasem wręcz nachalnie, nasycając nią do przesłodzenia:

 

Wróciłem do domu w lepszym humorze, ze smakiem zjadłem przygotowany przez żonę obiad – pieczoną baraninę, ziemniaczane purée, zielony groszek i Yorkshire pudding, po czym zasiadłem na kanapie z filiżanką herbaty w ręce i zabrałem się do czytania „Morning Star” […]

 

W Manchesterze było cudownie. Zarezerwowaliśmy sobie pokoik w „Bed and breakfast” nad uroczym barem, gdzie na śniadanie podwali wyjątkowo pyszne kiełbaski i rozpływający się w ustach black pudding […]

 

Za każdym razem brzmiało to nienaturalnie i wytrącało mnie z narracji.

Podobnie nienaturalnie wybrzmiało kilka sformułowań, które padły z ust narratora. No bo kto mówi w ten sposób:

Wszystko przez spadek zapotrzebowania na nowe statki.

Mimo moich trzydziestu dziewięciu lat wkrótce udało mi się załapać do pracy w nowo wybudowanej fabryce przemysłu elektronicznego.

… ponownie stanąć na ziemi hrabstwa Merseyside (…)

Pamiętam imprezę zorganizowaną z okazji ukończenia pierwszego budynku mieszkalnego w tysiąc dziewięćset czterdziestym dziewiątym.

 

Miałem podczas lektury kilka innych miejsc, w których się zawiesiłem. Chociażby przy porzuceniu tematu wojny. Opisywałaś ją dokładnie, była ważna dla bohatera, ale potem po prostu przeskoczyliśmy do roku 1946 bez najmniejszej wzmianki o jej zakończeniu. Później kilkakrotnie skaczesz na linii życia Chrisa i nie zawsze były to skoki fabularnie uzasadnione. Dowiadywałem się sporo o nowym miejscu, o pracy itd. ale sama fabuła nie szła w tych lokacjach do przodu.

Zawiesiłem się również przy scenie na pewno niezamierzenie humorystycznej, gdy bohater z doskoku, zza winkla kopie samą Śmierć w brzuch. Zabawne to było, a raczej być nie miało.

Bohaterowie. Hmm. Postać pierwszoplanowa, której towarzyszymy na przestrzeni kilkudziesięciu lat nie rozwija się za bardzo, a jedyna zmiana, jaka w niej zachodzi to pogodzenie się ze śmiercią w finale. Inne postacie są do siebie podobne. Rodzina, poza Rayem, jest tłem. Sam Ray miota sie, biega w tle obok (lub na grzbiecie) lwa bez celu i składu, a i przyjaciele z pracy są rzeczywiście (jak sama piszesz) podobni do siebie i nie odgrywają w fabule żadnej roli wpływającej na główny wątek. Żadnej. Są rekwizytami.

Możemy uznać, że tego typu utwory nie są w moim guście i nie jestem targetem. Mam inną wrażliwość. Ale możesz posłuchać mojego głosu, jako opinii kogoś z boku, kto nie uległ czarowi tej historii i chciałby żeby jego punkt widzenia posłużył Autorowi. Dlatego pod koniec lektury zacząłem się zastanawiać, o czym jest ta opowieść. Czy to na pewno fanastyka? Czy może obyczajówka z onirycznymi wstawkami? Czy to wszystko ma jakiś głębszy sens? Czy dosyć niezrozumiały zestaw symboli: lew – śmierć trzyma się kupy? Czy to alegoryczna baśń opowiadająca o potrzebie pogodzenia się ze śmiercią? Czy te wszystkie opisy miejsc, epopeja Chrisa, wojna w tle, historyczny entourage służyły czemuś konkretnemu?

Nadal nie mam pewności.

Czy sama wiedziałaś, o czym piszesz snując swoją opowieść? Czy jesteś na sto procent pewna, jakie jest przesłanie i dlaczego rzuciłaś na nieszczęsnego Chrisa te wszystkie tragedie i w jakim celu szarpałaś jego emocjami i emocjami czytelnika? Czy była w tym jasna wizja i sens?

Nadal nie mam pewności.

Przyznam, że podczas lektury przypomniały mi się opowiadania AQQ z jej cyklu (Ziemia, Woda) i pomyślałem o pewnym ich podobieństwie. I zastanowiłem się dlaczego jej teksty nie wzbudzają aż takiego entuzjazmu jak Twoje? AQQ pisze na pewno mniej metaforycznie, mniej emocjonalnie, ale moim zdaniem od jakiegoś czasu lepiej warsztatowo, a przy tym bardziej serio i poważniej narracyjnie. Dlaczego zatem to Ty masz oddany krąg wielbicieli? Myślę, że tajemnica tkwi właśnie w emocjach. Nasycasz nimi swoje teksty bardzo mocno. Oczywiście moim zdaniem aż do przesady, ale zdanie jednego marudzącego dziada, nie ma tutaj większego znaczenia.

Bo ja na przykład uważam, że pisząc o biedaku z zapchlonej dziury, któremu umiera młodszy braciszek, potem siostry i ojciec, a następnie cierpiąca z powodu raka żona, któremu najlepszy przyjaciel odbiera dziewczynę, a potem sam ginie w katastrofie górniczej, który żyje w czasach wojny i biedy itd., a na końcu też umiera w sentymentalnej i dosyć ckliwej scenie na plaży, bardzo łatwo wywołać emocje u osób czułych i wrażliwych. I jest to w sumie proste zadanie.

Jednakże… Może inaczej – czytałem pod Twoimi tekstami, że czas już na książkę, na publikację, że jesteś gotowa do druku. Moim zdaniem to nieprawda. Twój warsztat nadal ma sporo słabych punktów, którym sama redakcja nie pomoże. Zwyczajnie musisz nad nimi pracować. Nad stylem, kompozycją, budowaniem postaci itp. To wszystko jednak technika…

Bo patrząc z drugiej strony masz już teraz niesamowity potencjał do wykorzystania, którego wielu (w tym ja) może Ci zazdrościć. Czytelnicy lubią Twoje historie, lubią Twoje emocjonalne, przepełnione smutkiem, tragedią, dramatem, nostalgią, żalem, bólem i nieszczęściem opowieści. I są wrażliwi na Twoją muzykę. I na pewno nie musisz pracować nad uwodzeniem odbiorcy, klimatem, wzbudzaniem emocji, co chyba jest ogromną wartością Twojego pisania.

I to tyle.

Nie robiłem łapanki, ale zauważyłem kilka drobnych zgrzytów dotyczących szyku zdania, konstrukcji zdania i innego typu. Zapamiętałem dwa, w moim odczuciu fałszujące:

Zatonąłem w nieskończonej czerni. – chyba utonąłem, lub ewentualnie tonąłem.

To było dla mnie dziwne, obce uczucie, dla zapchlonego dzieciaka ze slumsów. – skoro dla mnie, to dla zapchlonego dzieciaka jest już jest niepotrzebne.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Mr Maras – dziękuję bardzo za wszystkie uwagi, zwłaszcza te dotyczące rozwoju mentalnego głównego bohatera, gdzieś rzeczywiście mi umknęło, że powinien się przez te wszystkie lata zmienić :(

Jeśli chodzi o warsztat to oczywiście, że wciąż muszę nad nim pracować. A z emocjami… W ostatnim tekście próbowałam je trochę stłumić, a czy mi wyszło, pewnie nie…

Pozdrawiam serdecznie i jeszcze raz dziękuję za poświęcony czas.

Bardzo to była przyjemna i na pierwszy rzut oka satysfakcjonująca lektura. W Twoich obserwacjach jest pewien bezduszny realizm, którego jako czytelnik chciałbym się trochę wyprzeć; poznawać bohaterów w świecie ciut doskonalszym niż nasz. Tymczasem już na początku uśmiercasz dziecko nagłą chorobą, ot tak, w dwóch zdaniach, a matka otula synów tym co ma – zapchlonym kocem. Brutalne to, ale porusza odpowiednie struny.

Przez historię Chrisa płynęło mi się bardzo lekko. Nawet jeśli wkradła się lekka schematyczność wprowadzania kolejnych postaci i zaraz uśmiercania ich, to przełamywała ją tląca się gdzieś w sercu nadzieja, że może tym razem jednak się uda, a wszystko skończy się dobrze. Kolejny zgon szybko przypominał jednak to, o czym wspomniałem wyżej – o brutalnym, nie mającym skrupułów realizmie. Myślę, że odbiór tego aspektu opowiadania może być wśród czytelników bardzo różny – od zachwytu po zniecierpliwienie. Ja jestem zachwycony, że udało Ci się tak żonglować emocjami i nadziejami, że odarty z życzeniowości realizm raz się pojawiał, a raz znikał.

Wątek fantastyczny jest o tyle dyskusyjny, że Chris przejawia wiele objawów schizofrenii. Pojawia się nawet słowo klucz “ambiwalencja”.

Wszechogarniająca ambiwalencja uczuć

Myślę, że tu też ile ludzi, tyle opinii, czy tyle fantastyki w fantastyce wystarczy. Ja czuję niedosyt.

Nie wiem wreszcie, a raczej przede wszystkim, o czym chciałaś opowiedzieć tym tekstem. Co wynika z historii Chrisa i faktu, że całe życia kroczyła za nim śmierć? Nie dostrzegłem żadnej przemiany w jego nastawieniu. Chris jest tak samo zaskoczony, gdy wiąże śmierć Raya z kamiennym lwem, co gdy w finałowej scenie odnajduje lwa w piasku na plaży. Krótko mówiąc, poszczególne sceny są tutaj najwyższej próby, ale nie do końca składają mi się w większą całość.

MrBrightside – bardzo dziękuję za przeczytanie i opinię i oczywiście rozumiem, że w Twoim odczuciu zabrakło w tym tekście fantastyki, rozumiem też, że Twoim zdaniem poszczególne fragmenty, niestety nie układają się w spójną całość :( W przyszłości postaram się zadbać bardziej o te dwie kwestie :) Pozdrawiam serdecznie.

Być może problem tkwi w ułomności moich zdolności interpretacji. ;) Przejrzałem komentarze i zauważyłem, że Pan Maras zwrócił uwagę na podobną niejasność, natomiast chyba nikt nie pokusił się o nazwanie celu opowiedzenia tej historii po imieniu.

Zgadzam się zarówno z komentarzem MrMarasa jak i Twoim i w przyszłości będę bardziej uważać, żeby opowiadane przeze mnie historie, nie były jednie w miarę “ładnie” przedstawionymi obrazkami, lecz posiadały jakiś bardziej określony i lepiej widoczny dla czytelników sens. Ja sama chciałam tu pokazać człowieka chorego na tanatofobię, ale… jeśli jest chory, to nie ma fantastyki, a jeśli… cóż, szczerze przyznam, że sama już trochę jestem zmęczona tym tekstem :(:(:(

Ot, obyczajowa opowiastka. Element fantastyczny mnie osobiście nie przekonuje. Fabuła to właściwie dramat obyczajowy z wątkiem wojennym w tle. Fajnie odmalowałaś scenerię i bohaterów, położyłaś odpowiedni nacisk na tajemniczy kamień, który kształtuje oś tej historii.

Tempo dość jednostajne, ale czytało się dobrze. Nie nudziłem się, choć szczególnego zaangażowania też nie okazałem.

Słowem – niezły dramat, choć średnie opowiadanie fantastyczne.

Mimo wszystko, dobra robota.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Count – dziękuję bardzo za opinię, i tak sobie myślę, że ten portal to chyba nie było odpowiednie miejsce dla tego opowiadania. Tak czy inaczej, ja sama ostatnio piszę bardziej fantastyczne teksty :) Pozdrawiam serdecznie.

offtop< Nie uważaj, Katiu, lecz leć, po swoich skojarzeniach. Bierz pod uwagę opinie, lecz pozostań sobą. Twoje pisanie, dla mnie jest bardzo ciekawe. Ten tekst jest fantastyczny, Hrabia nie ma racji. Symbolicznym jest, nie Hrabia, lecz tekst! >offtop

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum – moim zdaniem racja jest gdzieś pośrodku, to znaczy tekst jest odbierany różnie przez różne osoby… Ja ostatnio trochę za bardzo się podekscytowałam własnym pisaniem, ale gdy staję z boku i patrzę na swoje dwa nominowane w tym miesiącu teksty, to nie spodziewam się dobrych opinii ze strony loży. Oczywiście same nominacje do piórek dają dużo radości, ale cóż… potem czasem trzeba trochę pocierpieć. Tak czy inaczej, ochłodzenie przesadnego zapału na dobre mi wyjdzie i może kiedy za jakiś czas znowu coś napiszę, zabiorę się do tego z większym dystansem, bo przesadne zaangażowanie, zwłaszcza emocjonalne, w większości nie pomaga, lecz szkodzi. Oj, ale się znowu uzewnętrzniam… 

Pozdrawiam ciepło i dobrej nocy smiley

Uff, nie tak jak ja z tym uzewnętrznianiem. Co prawda, mam wprawę, chyba, w tym. Tak powiadają

I ja dobrej nocy życzęsmiley

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

W którym miejscu ten tekst jest fantastyczny, Asylum?

To jest dobre opowiadanie, jak powiedziałem, ale problem polega na tym, że jego “element fantastyczny” można wyjaśnić chorobą psychiczną. Szczególnie że czasy i wydarzenia chorobie sprzyjają – tyle śmierci…

Niemniej, brak silnego elementu fantastycznego nie stanowi o słabości tej historii. Po prostu kwestia formalna.

Natomiast co do publikacji go na portalu, to uważam, że dobrze zrobiłaś Katiu. Wszak nigdzie nie dostaniesz tylu opinii :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Count, oj, nigdzie… i chyba właśnie przez to, ostatnio dostałam “fantastycznego skrzywienia” :) i odchodzę od obyczajówek, a “Kamień” jakby nie było powstał ponad rok temu…

 

Dyskutowałabym, Councie, z choroba psychiczną. Dla mnie to raczej fatum, które zamykamy w klamrze choroby, czyli kamień w kształcie lwa. Czasy, masz rację sprzyjają, ale Katia przeprowadziła nas przez różne okresy i czar trwał, ciągle.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

A ja myślę, Katiu, że jesteś tego drukowalnego poziomu bliższa niż kiedykolwiek. Duża wagę przywiązuję do pierwszych zdań opowiadania – po nich poznaję, czy mam do czynienia z kimś o wyrobionym warsztacie i pomyśle na tekst. U ciebie cały pierwszy epizod jest napisany w sposób profesjonalny – nie zmieniałbym ani słowa.

Jeśli chodzi o posługiwanie się przede wszystkim emocjami – ja jestem z tych facetów, którzy płaczą w kinie, więc złego słowa nie powiem. Z drugiej strony to, czego mi wciąż brakuje w Twoich opowiadaniach to poczucia twórczego dystansu samego autora. Nigdy nie jestem pewien, czy to Ty prowadzisz tekst, czy on prowadzi Ciebie, czy mam do czynienia ze świadomą, zaplanowaną kreacją, czy ciągiem pomysłów i emocji powstających ad hoc. Chciałbym odczuć, że panujesz nad tym, co robisz. Takie rzeczy widać w konstrukcji tekstu: obecności wewnętrznych klamr, zazębianiu się wątków, powracających symboli, przeplatającego się leitmotivu, nawet pewnej wewnętrznej symetrii. Nie zrozum nie źle – nie postuluję, żeby opowiadanie stało się planszą do gry w szachy, ale wprowadzenie pewnych widocznych założeń w samej kompozycji mogłoby do Ciebie przekonać tych czytelników, dla których liczy się bardziej szkiełko i oko.

I to bez porzucania Twojego stylu i wrażliwości.

 

Asylum – dzięki :) Fantastyka czy choroba? Pewnie, najlepiej by było jeśli chodzi o portal fantastyczny, gdyby takie pytanie się nie pojawiało… ale cóż… Przed publikacją próbowałem je takim uczynić, ale “oczywista” fantastyka mi tu nie pasowała i jest, jak jest :)

 

Cobold – bardzo dziękuję za przeczytanie i komentarz, a przed wszystkim za wartościowe uwagi. Tak, dystans do własnego pisania i zapanowanie nad wewnętrznym chaosem to kwestie, nad którymi zamierzam w najbliższym czasie pracować; upodobnić trochę pisanie do programowania – klamry, pętle, warunki, większa merytoryczna spójność :) Jeszcze raz dziękuję. 

Jak zawsze Twoje opowiadanie pełne jest emocji. To porządny warsztat. I generalnie od tej strony nie mam się czego czepiać.

Trochę natomiast brakuje mi czegoś pod spodem. Bo gdy już przyzwyczaiłem się do tego, że los traktuje Chrisa wyłącznie obuchem, trochę mocy tekstu uleciało. To nadal przepiękne konstrukcje, dobrze zarysowana postać narratora-bohatera. Ale nie mogłem tam odczytać czegoś więcej. Brakuje mi z lekka tego, o czym wspomina Cobold – panowania nad tekstem, bym oprócz emocji zobaczył coś jeszcze.

Po za tym to jednak wspaniały koncert fajerwerków, moim zdaniem drukowalny :) 

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Rzeczywiście, pamiętam, że czytałem poprzednią wersję :-) 

Choć szczerze mówiąc, nie pamiętam czy je komentowałem i jaki sposób. Cóż, tym razem nie wykręce się prostym "fajne/takie sobie" :-) 

Jeśli wzruszam się czymś w czasie lektury czy filmu, to są to rzeczy proste, oczywiste, działające bardziej przy pomocy obucha, niż aksamitnej rękawiczki. Matka, nie potrafiąca pomóc choremu dziecku z powodu biedy, staruszek godzący się ze śmiercią w obecności duchów wszystkich bliskich , którzy odeszli wcześniej – takie rzeczy na mnie działają i prawdę mówiąc, niczego więcej w tym zakresie od literatury, było nie było, rozrywkowej nie wymagam. Bo smutek i wzruszenie przy lekturze to też rozrywka. 

Takie rzeczy wychodzą Ci znakomicie, podane wprost, pod postacią lekko magicznej obyczajówki, jak w tym przypadku, tudzież odziane w pełny, elegancki kostium fantastycznego świata i pomysłu, jak choćby w tym tekście o dżdżownicy. 

Tym razem jednak coś mi przeszkadzało. Rację ma Maras, że tekst przedstawia historię życia pewnego człowieka, ale fabularnie właściwie do niczego nie prowadzi, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę istnienie magicznego(?) przedmiotu – kamienia w kształcie lwa. Z pewnością nadaje on całości posmak niesamowitości, zwłaszcza, że bohater wierzy w jego moc. Ale nic więcej nie robi – sny i wizje mogą być zupełnie naturalne, a samo życie Chrisa jest… zwyczajne. Śmierć kogoś z rodzeństwa, gdy pochodzi się z biednej rodziny, w pierwszej połowie dwudziestego wieku, to, choć straszna, jest zupełnie normalna. Przyjaciel odbijający dziewczynę, potem ginący w wypadku (podczas bardzo ryzykownej pracy), choroba i śmierć żony… To rzeczy, które przytrafiają się milionom. Czytałem z myślą, że na końcu coś zaskoczy, wydarzy się coś niespodziewanego, coś, co poza kamieniem i jego wyimaginowaną mocą zamknie jakąś klamrą życie Chrisa, spuentuje, nada historii jakiś literacki sens. Okej, "sens" to może źle słowo, bo historia sensowna była… Może "znaczenie". O. Literackie znaczenie. Coś, co chciałabyś czytelnikowi przekazać, coś, co powinno z nim po lekturze pozostać. 

Bo dostajemy tak naprawdę zwykłą opowieść o zwykłym człowieku, którego spotykają zwykłe koleje losu. Fakt, widzimy nieszczęścia, bo na nich się skupiasz, ale między wierszami widać, że spotkało go w życiu również wiele dobrego. Jak niemal każdego z nas. I w takim kontekście zakończenie zupełnie nie wybrzmiewa – jest wzruszające, to fakt, ale nawet ono nie nadaje życiu Chrisa choć odrobiny niezwykłości. 

Oczywiście jest tu motyw lęku przed śmiercią i w ostateczności pogodzenia się z nią, są wizje i sny, ale one właściwie nic, poza ozdabianiem tekstu, nie robią. Niczego nie wnoszą, bohater je ma i pozostaje bierny a życie toczy się dalej swoim torem – Chris boi się śmierci i próbuje zrzucić winę za takie i nie inne koleje losu na jakiś kamyk – symbol. I tyle. Czytając fantastykę poszukuję niezwykłości, a tu jej praktycznie nie było.

Według mnie wyraźnie odstają tu (na plus) dwa momenty: początek (dzieciństwo i śmierć Raya) oraz choroba Saorise. I wydaje mi się, że tekst tylko by zyskał, gdyby skupić się tylko na tych dwóch epizodach. 

Okej, zaraz do tego wrócę, teraz muszę kliknąć GOTOWE bo znowu klepię z telefonu bezpośrednio na stronie, a nie w jakimś edytorze, więc, jak zwykle, zaraz mi się złośliwie odświeży… 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Już jestem. 

Zatem – dwa momenty. Świetnie opisane trudne dzieciństwo i traumatyczne przeżycie – śmierć brata (być może w jakiś sposób Chris się o nią obwiniał i dlatego kamyk urósł do rangi magicznego symbolu-sprawcy?) które spowodowało chorobliwy lęk przed śmiercią. Oraz owoc owego lęku – dramat (może nawet jeszcse bardziej zaakcentować i wydłużyć tę scenę) gdy Chris odwrócił się od umierającej żony, nie mogąc znieść "obecności" śmierci. 

Jeśli tekst jest tylko historią faceta cierpiącego na tanatofobię, to te dwa motywy w zupełności wystarczą, by zbudować wymowne opowiadanie, tym bardziej intensywne emocjonalnie, bo nie rozwodnione resztą opisów życia bohatera, które są, w mojej opinii, ładnymi ale niewiele wnoszącymi do historii obrazkami. 

Naturalnie to wszystko nie jest konkretną, merytoryczną krytyką, bardziej czymś w stylu: "Eee, mi to by się bardziej podobało, gdybyś napisała to tak i tak, a nie siak i szmak." Kwestia gustu i osobistej wrażliwości, więc nie ma co się zbytnio przejmować, że mędzę. Coś, na co zdecydowanie bardziej kręcę nosem, to narracja. 

Bo są w Twoim tekście momenty genialne, jak choćby opis pogrzebu Raya, składający się z porwanych wspomnień dziecka – pojedynczych obrazów, wrażeń, skojarzeń. Brawo, moc ma ten moment niesamowitą! Ale zdecydowanie zbyt często czytam:

Usiedliśmy na kanapie, wypiliśmy francuskie wino i zaplanowaliśmy wyjazd na weekend do Manchesteru. Saoirse wspomniała najpierw o Liverpoolu, ale nie mogłem… aż tak nie mogłem się przełamać, by ponownie stanąć na ziemi hrabstwa Merseyside, gdzie śmierć dawno temu dopadła Raya, ojca, siostry i parę lat temu matkę. Byłem okropny, ale nawet nie pojechałem na jej pogrzeb. Steven powiedział, że nigdy mi tego nie wybaczy, jego słowa wbiły się w moje serce, tak czy inaczej, nie próbowałem tłumaczyć mu swoich leków.

Niby sporo się tam dzieje, dużo informacji i emocji, o śmierci rodziny, o złych stosunkach z bratem, który nie może wybaczyć… Ale to wszystko podane tak… Jednym tchem, bezbarwnie, jakby Chris opisywał raport finansowy klubu bingo. I, paradoksalnie dla tekstu, który stoi emocjami, beznamiętnie.

Albo tutaj:

Drugiego kwietnia tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego drugiego roku Argentyna zaatakowała dwa brytyjskie terytoria na Południowym Atlantyku. Z Portsmouth wyruszyły w ocean okręty bojowe, HMS Hermes i HMS Invisible. Wygraliśmy. Tylko, czy jakąkolwiek wojnę można tak naprawdę wygrać? Ja nie miałem już siły walczyć. I to nie tyle z fizycznym wrogiem, bo na to nie pozwalał mi wiek i słaba kondycja, tylko z demonami w moim sercu. Od paru lat byłem na rencie. Prawie nie wychodziłem na zewnątrz, nawet do pubu. Czasem odwiedzał mnie Bob, zawsze z uśmiechem na twarzy. Wiedziałem, że się o mnie martwi. Graliśmy w karty i szachy, paliliśmy fajki, od czasu do czasu moczyliśmy usta w szklaneczkach z whisky. Jemu też niedawno zmarła żona, a syn i córka… mieli swoje własne życie, problemy, rozterki. Normalna kolej rzeczy jak narodziny i śmierć. ŚMIERĆ

O wojnie, o statkach, o starzeniu się, o mroku w duszy, o troskliwym przyjacielu, o codzienności starego, zlamanego człowieka – jednym ciągiem, sucho, bez możliwości zatrzymania się, skupienia, bez możliwości doświadczenia tych emocji, których jakoby w tekście jest pełno. 

Kurczę, nie wiem nawet, czy wyrażam się na tyle jasno, że będziesz choć podejrzewać, dlaczego marudzę :-) 

Powiem może krótko – do drugiego Twojego nominowanego tekstu jeszcze nie dotarłem (już nadrabiam) ale myślę, że to o podziemnych paskudach było zdecydowanie lepiej napisane (nie bardzo mam teraz pojęcie, dlaczego głosowałem NIE. kozia dupa ze mnie, nie lożanin). Styl, nośnik emocji, naprawdę wywiązywał się z ich przekazywania. Tutaj, poza kilkoma znakomitymi momentami, tekst wydaje mi się wyblakły. Porządnie napisany, to prawda. Życie Chrisa też porządnie opisane, to też prawda. Ale nie dostrzegam ciekawej wizji, nietuzinkowego pomysłu, a i nawet intensywnych emocji. Tak, to o dżdżownicy było lepsze w każdym z tych punktów. Kurde da się cofnąć NIE dla tamtego? 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Fajne :)

Przynoszę radość

NoWhereMan – dzięki za przeczytanie i komentarz, szkoda, że zabrało czegoś pod spodem. Może w przyszłym roku uda mi się napisać coś lepszego :) Pozdrawiam serdecznie.

 

Thargone – Bardzo dziękuję za obszerny i wnikliwy komentarz :) I, hm, w sumie to chyba chciałam napisać o zwykłym człowieku i zwykłych problemach… i pewnie przez to wyszło zbyt blado i mało fantastycznie. Kolejny nominowany tekst, może bardziej barwy, ale niestety, ma inne wady… Coś w tym miesiącu nic do końca mi dobrze nie wyszło :(, ale ciszę się, że jednak “dżdżownica” po przemyśleniu na plus :) Pozdrawiam serdecznie.

 

Anet – dzięki :):):)

Przychodzę w związku z piórkowym głosowaniem i… Po cudownej Dżdżownicy ten tekst mnie rozczarował. Po znakomitym (!) początku rozlazł się w dość suchą (mimo nagromadzenia emocji i to w najwyższym rejestrze) relację o kolejnych epizodach z życia bohatera. W pewnym momencie niestety fabuła staje się przewidywalna. Świetne są te momenty, kiedy pochylasz się nad jakimś szczegółem, nawet banalnym. Ale całość to bieg przez biografię bohatera. Pierwsze sceny, aż do pogrzebu Raya, to zapowiedź czegoś niezwykłego, ale potem są powtarzalne elementy, którym nie dałaś tej początkowej mocy. Historia o Lucy i Johnie lekko mnie zirytowała całkowitą przewidywalnością, historia o Saoirse wręcz znużyła. Chyba dlatego, że za dużo w nich było “gotowych” elementów. Nie przekonuje mnie ta relacyjna narracja, gdzie kolejne wydarzenia są przywoływane tylko po to, żeby osadzić historię w konkretnych datach. Za dużo tu opowiadania zamiast pokazywania.

Mniej natomiast czepiałabym się realiów, które ktoś wcześniej uznał za nieprzekonujące, choć fakt – mogłoby się to dziać dość gdziekolwiek, a i czasy wielkiego znaczenia poza deklaratywnym nie mają – brak zanurzenia się w świat bohatera, skupionego wyłącznie na sobie. (Może zresztą to jest też coś, co mnie od tego tekstu odstręcza – nie potrafię polubić Chrisa, jest dla mnie mało sympatycznym, egocentrycznym typkiem, choć chyba nie było to Twoim zamiarem).

Co więcej, wydaje mi się, że nawet z takich prefabrykatów fabularnych plus fantastyki dałoby się stworzyć znakomitą całość, ale zatrzymałaś się w pół kroku, streszczając układ cegiełek, a nie nadając im nowy kształt. W rezultacie jako obyczajówka ta historia jest łzawo-przewidywalna, a jako fantastyka nie przekonuje, bo dość łatwo można sobie wyobrazić, że bohater z obsesją śmierci widzi się jako winnego śmierci osób wokół siebie.

Przy wszystkich tych zarzutach lektura była płynna, a nawet satysfakcjonująca, ale od pewnego momentu czułam coś, czego bardzo nie lubię (i pisałam o tym także pod tekstami innych użytkowników) – czułam się zakładniczką opisywanych w tekście emocji. Miałam poczucie, że narracja wymaga ode mnie współczucia bohaterowi, podczas gdy bohater jest dla mnie zimny i niewzbudzający emocji… Może gdyby wszystkie układy emocjonalne były opisane tak jak ten pierwszy, z braciszkiem – może byłoby inaczej. W tym jednym epizodzie pokazujesz, a nie opowiadasz. Pokazujesz na dodatek mistrzowsko, bo scena pogrzebu to naprawdę literatura bardzo wysokich lotów.

 

PS. Na szczęście nie miałam – do przejrzenia komentarzy – skojarzeń z Aslanem, bo to by dodatkowo pogrążyło mi ten tekst, jako że Narnia należy do pierwszej piątki książek, których nie znoszę najbardziej pod słońcem :D

http://altronapoleone.home.blog

Drakaina – bardzo dziękuję za przeczytanie i cóż, niestety, coś się boję że jeszcze długo trudno będzie mi napisać tekst równie dobry jak ten o Molicku i Dżdżownicy :( Myślę, że piszę stosunkowo dużo i tylko czasem zdarza się mi się stworzyć bardzo dobre opowiadanie, a w większości czegoś moim tworom brakuje… Oczywiście staram się uczyć na błędach i ogólnie wydaje mi się, że piszę lepiej niż na początku, ale jest to proces powolny. Tak czy inaczej, staram się nie zniechęcać :) Jeszcze raz bardzo dziękuję za lekturę i cenne uwagi. Pozdrawiam serdecznie.

Nowa Fantastyka