- Opowiadanie: Cień Burzy - Szkodniki

Szkodniki

Skoro wszystko kręci się dzisiaj wokół grobów i zmarłych – mam nadzieję, że wybaczycie mi takie spłaszczenie tego bądź co bądź wzniosłego święta  – to ja też postanowiłem wykopać pewnego, niemal ostygłego już trupa. A wraz z nim kilka innych. Chociaż nie – pozostałe odkopały się same.

Opowiadanie ukazało się drukiem jako bonus do powieści Roberta J. Szmidta “Szczury Wrocławia: Kraty”.

Z tego miejsca chciałbym raz jeszcze podziękować państwu Szmidt, Urszuli i Robertowi, za... no za wszystko. A także Grv – że to wszystko zniosła.^^

 

Peace!
 

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Szkodniki

SZKODNIKI

Piotr T. Dudek

 

Pobudka o czwartej, chwila zadumy, za pomocą spłuczki skwitowana odwiecznym panta rhei, i szybkie śniadanie: pajda chleba z masłem i serem, do tego kubek wczorajszego mleka. Potem obchód gospodarstwa i rozstawionych wokół niego wnyków – a nuż złapała się jakaś dziczyzna albo chociaż szkodnik; ale nie, pusto, tylko jakiś but z wkładką został – i praca w obejściu. Wreszcie drugie śniadanie, już nieco konkretniejsze – szklaneczka bimbru – i można jechać do rynku starym maluchem (jakby ktoś kiedyś widział nowego), by sprzedać trochę jedzenia i zrobić zakupy; gwoździe na zatrzaski mi się kończą.

Ot, prozaiczny początek, jak się okazało, nie całkiem prozaicznego dnia; dnia, w którym ziściłem największe marzenie księdza Konopki: od lat wieszczoną z ambony apokalipsę. Tym razem jednak ostateczną i nieodwołalną, choć przy tym raczej kameralną, bo obejmującą wyłącznie tutejszą parafię (a ściślej – parafian). Bądźmy jednak szczerzy: na co więcej mógłby liczyć nawiedzony wiejski klecha, urzędujący w miejscu, które miało status końca świata na długo przed tym, zanim świat faktycznie zaczął się kończyć?

 

Pchli Targ sklecił się z kilku biedachałup, otaczających carską jeszcze stacyjkę i garść przecinających się linii kolejowych jako ponura pipidówa położona z daleka właściwie od wszystkiego. I jako ponurą pipidówę – mimo upływu lat, wciąż zmieniających się ustrojów oraz skromnych naszych starań – wioskę zastała apokalipsa.

Tak naprawdę jednak dopiero wraz z nadejściem fali szkodników Pchli Targ przeistoczył się w istne cmentarzysko cywilizacji: opuszczone domy, pozamykane sklepy, porzucone na ulicach samochody – niby sprawne, ale nie ma komu ich ukraść – watahy bezpańskich psów uzurpujące sobie coraz więcej władzy w okolicznych lasach, dzikie śmietniska w pustostanach, wszechogarniający smród i cisza. Z lichego tysiąca mieszkańców, których wioska liczyła sobie jeszcze siedem lat temu, nim wszystko wzięło i się zesrało, obecnie żyje tu teraz niespełna czterysta dusz. Zaraza dopadła może setkę naszych – choć szczerze wątpię, by było aż tak źle – reszta zwyczajnie uciekła.

Dokąd i po co? Diabli wiedzą.

Oczywiście innym oberwało się znacznie bardziej i nikt tutaj nawet nie próbuje tego negować, ale też nikomu nie przeszkadza to z pasją godną lepszej sprawy psioczyć na te cholerne zombie: a bo to kogoś zagryzły znowu, a bo strach choćby i do sraczyka wyjść bez wideł, a bo psy na trupa wyją po nocach i spać nie można, a bo renta się spóźnia…

Natomiast dla mnie „epidemia” – ujmujący eufemizm – okazała się prawdziwym błogosławieństwem, i to z kilku powodów.

Po pierwsze, rząd nie wie już, w co ręce włożyć, więc nie ma komu KRUS-u likwidować. Po drugie, nikt się nie czepia, że człowiek pod bronią chodzi, a jak się odstrzeli jakiegoś skurwiela, co to w szkodzie dał się złapać, to (w razie gdyby ktoś w ogóle pytał) wystarczy powiedzieć, że „zdradzał symptomy”, wtedy jeszcze ładnie podziękują. Po trzecie, ceny żywności mocno poszły w górę, więc rolnikom żyje się lepiej. No i wreszcie po czwarte, od kilku dobrych lat nie słyszałem zwrotu „dyrektywa unijna”, a to zdecydowanie wyczerpuje temat – o wiele lepiej użerać się z kilkoma namolnymi trupami niż z całą armią kutasów w garniturach.

Poza tym zombie okazały się niespecjalnie wymagającym przeciwnikiem. Na swój sposób są inteligentne i – również na swój sposób – niebezpieczne, ale nade wszystko niezwykle upierdliwe; zbyt głupie, by spocząć w pokoju, a przy tym zbyt uparte, by pozwolić spocząć w pokoju mnie. Choćby na chwilę.

To po prostu zwierzęta. Szkodniki.

Dzisiaj mało kto je pamięta, ale ja wciąż mam gdzieś schowane te idiotyczne ulotki, za pomocą których rząd chciał ocalić nas przed truposzami. Wśród wielu różnych bzdur, których propagowanie zabiło miliony, mnie w głowie szczególnie mocno utknęła jedna: zombie żywią się wyłącznie ludzkim mięsem.

Na szczęście, jak przystało na praworządnego, trzeźwo myślącego Polaka, ufam politykom, biurokratom, bankowcom i całej tej hołocie w garniturach tak, jak ufa się uśmiechowi teściowej. Tylko dzięki temu rozczarowanie, którego doznałem, gdy pierwsze trupy pojawiły się na horyzoncie, nie było zbyt bolesne.

Dla nich mięso to mięso. A im go więcej, tym lepiej – najwyraźniej bycie martwym pochłania mnóstwo energii. Tak więc moje gospodarstwo – największe w całej okolicy, a teraz już i jedno z ostatnich – siłą rzeczy stało się prawdziwym polem bitwy. Przez kilka pierwszych dni było naprawdę ciężko, choć jak mi się wydawało, wiedziałem, czego się spodziewać.

Gdy tylko wybuchła zaraza, obejrzałem bodaj wszystkie liczące się filmy o zombie, jakie kiedykolwiek nakręcono. Ot tak, żeby wiedzieć, o co tyle krzyku.

Świat się palił, a ja oglądałem „Resident Evil”. Kiedy pierwsi zakażeni – nielegalni imigranci z Niemiec – pojawili się w Polsce, byłem na etapie „Świtu żywych trupów” (oryginału), a gdy wiejska plotka ożywiła wreszcie i jednego z naszych, Edka Jawora, leczyłem kaca po „Martwicy mózgu”.

Jak się jednak okazało, wszystkie te filmy – mimo że niektóre całkiem sympatyczne – w charakterze materiału edukacyjnego spisały się nie lepiej niż rządowa makulatura. W głowie się nie mieści, ile ci durni Amerykanie potrafili poświęcić środków i energii na wymyślenie skutecznego sposobu obrony przed zombie: bunkry, barykady, mury, pola minowe, snajperzy, kwarantanny, bomby atomowe nawet… A tymczasem okazało się, że do zatrzymania inwazji wystarczył zwykły elektryczny pastuch.

Generalnie, poradzić sobie z trupami wcale nie jest tak trudno, jak obiecywało Hollywood. Owszem, są agresywne i z reguły rzucają się na wszystko, co ciepłe, a świeża krew pobudza je bardziej niż przedświąteczna promocja karpi przeciętną emerytkę, ale są przy tym bezdennie głupie i żenująco wręcz nieporadne. Ponadto, prócz elektryczności, boją się także krzyku i ognia, więc przegnać albo nawet zlikwidować je jest w gruncie rzeczy dosyć łatwo.

O wiele poważniejszym problemem okazało się zagadnienie, co zrobić ze spacyfikowanym już szkodnikiem. Bo coś z nim zrobić jednak trzeba, i to nie tylko dlatego, że zostawienie go tam, gdzie upadł, żeby sobie spokojnie gnił, wyraźnie zaniża wartość mojej ziemi; sztywne zwłoki leżące na zagonie budzą tyle samo pytań ze strony niepożądanego elementu lokalnego, co te nadpobudliwe wśród naukowców, filozofów, teologów i chyba każdego wciąż jeszcze żywego mieszkańca innych zakątków Ziemi.

Niektóre sprawy po prostu lepiej załatwiać do samego końca.

Można unieszkodliwionego trupa zakopać albo spróbować zidentyfikować i oddać rodzinie, niech go sobie biorą w cholerę. Oba te warianty są jednak niezwykle czasochłonne, więc osobiście wolę delikwenta po prostu spalić (na opał się niestety nie nadaje: jest niskokaloryczny i mocno osiada się w kominie, a przy tym okropnie cuchnie), wrzucić do obornika albo poćwiartować i sprzedać – byle po cichu – Andrzejowi Wronie. Andrzej to biznesmen pełną gębą i w gruncie rzeczy dobry człowiek, ale mielonki się od niego nie kupuje.

Biorąc pod uwagę wszystko powyższe, osobiście nie mogę na te biedne trupy jakoś szczególnie głośno narzekać.

Znacznie więcej problemów sprawiają mi żywi.

 

Obskoczyłem oba prosperujące jeszcze w Pchlim Targu sklepy – niezniszczalne „Społem” i wielobranżówkę Andrzeja, miejsce, gdzie można nabyć niemal wszystko, od podejrzanie brązowego jedzenia aż po miny przeciwpiechotne (swojego czasu nabyłem kilka sztuk; głównie po to, żeby wszyscy wiedzieli, że je nabyłem), a jeśli czegoś akurat nie ma, to nic nie szkodzi: tydzień, góra dwa, i jakoś się załatwi – oraz sprzedałem nieco płodów rolnych, kilka jajek i żywego jeszcze kurczaka. Niby niewiele, ale zarobiłem dość, by kupić przemysłowego żarcia na tydzień lub jakiś towar z wyższej półki: wysokoprocentowy alkohol, garść nabojów, benzynę, baterie czy lekarstwa. No albo żeby wynająć wdzięki Zuzki na jakieś dwie, trzy godziny (choć w moim wieku to już akurat… marny interes).

Gdy odrobiłem się ze sprawunkami, dochodziła siódma rano. Pożegnałem wciąż zaspanego Andrzeja i wyszedłem, jednak zanim zdążyłem dojść do samochodu, dopadł mnie przyczajony za rogiem Jacek Snop, człowiek będący kolejnym skutkiem ubocznym epidemii. Szkodnikiem, można by rzec, tyle że innego jeszcze rodzaju.

Chaos rodzi i pożera swoje dzieci w zastraszającym tempie i nawet w tak niewielkiej, z gruntu praworządnej wiosce, jak nasz Pchli Targ, z odmętów wywołanej zarazą paniki wypłynęło sporo szumowiny: wszelakiego autoramentu drobni złodzieje i szabrownicy; anarchiści, przekonani, że świat stał się piekłem, w którym nie obowiązuje już żadne prawo; samozwańczy Obrońcy Ludzkości – uzbrojeni w byle co kretyni, którzy chcieli określać, czy jesteś zombie, próbując cię legitymować albo atakujący bez pytania – oraz zwykłe cwaniaczki, które w trupim odorze wyniuchały kolejną doskonałą okazję, żeby się obłowić.

Większość – z wyjątkiem może kościelnych Konopki – szybko zmądrzała i grzecznie wróciła do domów, część jednak przepadła bez śladu (między innymi w moim sadzie) bądź została wyłapana i przyprowadzona do porządku siłą.

Wszakże ostało się też kilku takich, którzy z podskubywania resztek po szkodnikach uczynili sposób na życie; Snop zaliczał się do tej właśnie grupy.

– Cześć, Heniu! Co tam?

Zignorowałem typa. Już raz go postrzeliłem i nie miałem ochoty dawać mu okazji, by sprowokował mnie do tego ponownie.

– Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię złapałem! – Niezrażony Rudy pobiegł za mną do samochodu, wymachując rękami, jakby chciał się upewnić, że nie jest niewidzialny. Lewa była wyraźnie wolniejsza od prawej. – Spadasz mi jak z nieba!

Pochodzenie ksywki Snopa było dla mnie jedną z tych zagadek – Rudy był szatynem – którym przyjemnie jest od czasu do czasu poświęcić kilka niezobowiązujących myśli, ale rozwiązania których tak naprawdę wcale nie chce się poznać, bo prawda, choć w gruncie rzeczy nieistotna, i tak mogłaby się okazać rozczarowująca w swej trywialności.

Jedno moje spojrzenie wystarczyło, by cały entuzjazm meliniarza zgasł.

– Ej, no! Chyba mi nie powiesz, że nadal się wściekasz o ten… incydent na arenie? Daj spokój, ja się na ciebie wcale…

– Wściekam? – przerwałem mu. – Rudy, kurwa, ty mnie nie widziałeś jeszcze nawet zirytowanego.

* * *

Jakoś ze dwa lata temu, w komitywie z paroma innymi typami tego samego pokroju, Rudy zaanektował opuszczony elewator i zbudował w nim prowizoryczną arenę – istną architektoniczną macochę Kopciuszka, zmajstrowaną ze stalowych słupów obspawanych blachą falistą od dołu i starą siatką ogrodową od góry rozlazłą paskudę, która nie budziła ani sympatii, ani zaufania – a potem zorganizował „Prawdziwe walki zombie!”. Oczywiście poszedłem na to popatrzeć; apokalipsa nie sprzyja rozwojowi kultury – chyba że pożeranie bliźnich uznać za performance – więc człowiek tym bardziej docenia te jej namiastki, z którymi może jeszcze obcować.

Jacek i spółka faktycznie mieli zombie. Całe (no, prawie całe) dwa: trupa otyłej kobiety i martwego nastolatka. Skąd ich wzięli, nie wiadomo. Nie pytaliśmy zresztą; grunt, że nie był to nikt ze wsi, tylko jakieś niegodzące w nasze poczucie przyzwoitości przybłędy.

Obiecany show sprowadzał się natomiast do tego, że gdzieś na arenę rzucano kawał mięsa – raczej niezbyt świeżego, wnosząc po entuzjazmie, jaki trupy okazywały na jego widok – a wygrywał ten „zawodnik”, który zdołał go pożreć. Dodatkową atrakcją była możliwość robienia zakładów, ale znudziły się nam one jeszcze prędzej niż same „walki”, bo nastolatek był zwyczajnie szybszy od grubaski i wygrywał dziewiętnaście pojedynków na dwadzieścia. Czasami faktycznie dochodziło do jakichś utarczek między truposzami, lecz były one równie porywające, co zwyczaje godowe amiszów.

Wystarczyła godzina tej żenady, by publika zaczęła tracić cierpliwość. Część widzów po prostu rozeszła się do domów, mamrotanymi pod nosem przekleństwami kwitując fakt, że dali się złapać ze spuszczonymi spodniami. Większość zgromadzonych nie miała jednak zamiaru pogodzić się z takim spraw obrotem, szczególnie że aż nazbyt wyraźnie było widać, kto tu kogo i jak wyobracał.

Gdzieś z tłumu padło zatem sakramentalne: „Rudy, chuju jeden, oddawaj pieniądze!”, żywiołowo podchwycone przez pozostałych malkontentów. Meliniarze oczywiście próbowali jakoś się wykpić, ale klientela pozostawała nieugięta, a postawione przez nią ultimatum jasne, klarowne i względnie uczciwe: zwrot pieniędzy albo show nowego rodzaju – organizatorzy kontra zawodnicy.

Osobiście, choć też czułem rozczarowanie całą tą kulturą, nie zamierzałem się wtrącać. Po pierwsze, dlatego że mam dla wszystkich Rudych tego świata argumenty o wiele bardziej przekonujące niż przekleństwa i groźby wkurzonych frajerów, a po drugie, zacząłem się naprawdę nieźle bawić, obserwując narastający rejwach, tumult i przepychanki.

Lecz zanim rzeczywiście doszło do tarzania w smole i pierzu, stało się coś… fascynującego. Ku mojemu zaskoczeniu, ogromnej radości Rudego – który właśnie doznał objawienia, jak wysmarować maścią przeciwbólową kilkadziesiąt dup naraz, a przy okazji jeszcze zarobić – oraz przerażeniu wszystkich pozostałych zachowanie martwych zaczęło korespondować z nastrojem żywych. Porykując gniewnie, trupy urządziły sobie istną sesję sado-maso: biegały po klatce jak psy z podpalonymi ogonami, co rusz odbijając się od jej ścian albo wpadając na siebie nawzajem i okazując przy tym nieznaną dotąd agresję.

Socjologiczny ów cud był na tyle otrzeźwiający dla wszystkich, że Rudy zdołał zamienić kilka nerwowych słów z kumplami, a potem przystąpił do realizacji swojego kretyńskiego planu: skoro widownia chciała igrzysk i krwi, postanowił dać jej i jedno, i drugie.

Bez problemu przekrzyczał stonowany teraz pomruk nadciągającej burzy i szybko wyjaśnił nam, co zamierza zrobić. I co w istocie zrobił – szybkim ruchem rozciął sobie dłoń i krzywiąc się nieco, własną krwią wysmarował kolejny ochłap mięsa.

Trupy, gdy tylko zwęszyły świeżą juchę, stały się jeszcze bardziej żwawe niż dotąd – zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że było w nich więcej życia niż za życia – i jęły szarpać siatkę w miejscu, gdzie stał Snop. Publika natomiast, zachęcona ich metamorfozą, ustawiła się w kolejce, by robić zakłady.

Tym razem postawiłem pięć dych na grubaskę.

W chwili gdy mięso wreszcie spadło na arenę, zaczęła się wyczekiwana przez wszystkich jatka. Zombie dosłownie zabijały się o ochłap – co oczywiście na żadnym z nich nie zrobiło większego wrażenia – ale w końcu, zgodnie z moimi przewidywaniami, wygrała damulka, pożerając mięso razem z palcami nastolatka, który okazał się bezradny wobec jej masy, siły i głodu.

Na tym jednak przedstawienie się nie skończyło, bo chciwa baba wyraźnie miała ochotę na więcej, a świeża krew dodała jej niespodziewanego wigoru. Gdy ponownie plasnęła tłustym cielskiem o ścianę areny, dokładnie w miejscu, gdzie stał Rudy, prowizoryczna konstrukcja zaczęła ustępować, a niemal wszyscy zgromadzeni, zarówno część organizatorów, jak i większość publiki, stali się nagle jedną istotą: bestią o wielu głowach, dzielących wszakże wspólny instynkt i rozum – stadem.

Ogarnięta paniką czereda z miejsca podała tyły, rozpychając się, szarpiąc, miażdżąc nawzajem i oczywiście blokując wyjście z opuszczonego magazynu. Gdyby zombie ugryzły któregokolwiek z tych durniów, byłby to najnędzniejszy – i zapewne ostatni – dzień w całej nędznej historii Pchlego Targu.

Patrzyłem na całą scenę zdegustowany; nigdy nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego ludzie boją się szkodników, skoro to szkodniki powinny bać się nas.

Kiedy idę między żywych, rzadko zabieram ze sobą strzelbę myśliwską – w poprzednim życiu należałem do koła łowieckiego – ale zawsze mam przy pasie glocka 19 z powiększonym magazynkiem. Andrzej zmajstrował mi go od jakiegoś Czeczena jeszcze w czasach, gdy zaraza była wyłącznie ciekawostką podnoszącą nakład tabloidów. Mimo to pistolet kosztował krocie. Dzisiaj pewnie mógłbym go sprzedać z dwudziestokrotnym przebiciem, lecz to nie wchodzi w grę, bo pistolecik okazał się jedną z najlepszych inwestycji w moim życiu – poręcznym i niezawodnym rozwiązaniem większości problemów, które sprawia mi współczesny świat.

W chwili gdy ściana areny ostatecznie się rozpadła, oddałem pierwszy strzał. Pocisk kaliber dziewięć milimetrów, wystrzelony z odległości, na jaką z pewnością potrafię się wysikać, przeszedł przez trupią czaszkę jak Mojżesz przez Morze Czerwone i zaprowadził Nowy Ład. Drugiego szkodnika, który dosłownie nastawał na pięty swojej towarzyszki, spacyfikowałem w ten sam sposób.

Nagły huk do reszty rozpędził spanikowane ludzkie stado, lecz nim echo wystrzałów zdążyło wybrzmieć ostatecznie, poważnie wkurzony Rudy już wyciągał łapę po odszkodowanie za „pozbawienie źródeł utrzymania”. Jego przydupasy – a przynajmniej ta ich część, która dotąd nie uciekła – również byli zdania, że coś im się ode mnie należy.

Mimo że meliniarze próbowali uczynić swoje śmieszne groźby bardziej realnymi, wymachując mi przed nosem stalowymi rurami, nożami i hyclowskimi chwytakami – jedyną bronią, jaką mieli do dyspozycji – wszystko jeszcze mogło się skończyć na piździe pod okiem Rudego i kilku wybitych zębach. Mogło, ale się nie skończyło, bo jeden z ludzi Snopa popełnił ten przykry błąd, że zupełnie nie w porę przypomniał sobie o ukrytym pod koszulą pistolecie.

Oszczędny ruch ręki przyczajonego za kolegami samobójcy dostrzegłem kątem oka, ale to mi wystarczyło. Gość miał jeszcze szansę: całą sekundę pomiędzy tym, jak w niego wymierzyłem, a momentem oddania strzału. Mógł puścić broń, pokazać puste ręce i błagać o życie. Mógł chociaż spróbować.

Nie moja wina, że tego nie zrobił.

Aby się upewnić, że przekaz dotarł i został zrozumiany, strzeliłem też do Rudego. Chciałem go tylko drasnąć, lecz drgnęła mi ręka i skrewiłem: kula przeszła przez kość ramienia.

Kiedy Snop wił się na podłodze, wyjąc z bólu, a reszta jego ekipy jednomyślnie odrzuciła cały arsenał, zabrałem z kasy moją wygraną, pieniądze na cztery nowe pociski (w końcu nie jestem filantropem), i zdobyczną broń – jak się okazało, odpustową zabawkę na plastikowe kulki.

Zabić przez takie gówno to zwykły niefart, ale dać się zabić przez takie gówno to już głupota.

– No i po co ci to było? – zapytałem, miażdżąc obcasem atrapę.

Łapiący ostatnie wdechy meliniarz nie odpowiedział. Nawet na mnie nie spojrzał; po kilku sekundach zwiotczał, a ja nie miałem tam już nic więcej do roboty.

– Jeśli chcesz, załatwię jeszcze jednego – rzuciłem do Rudego na odchodnym, od niechcenia wskazując bronią pierwszego z brzegu patałacha. – Będziesz miał nowy komplet zawodników.

Na własne szczęście biznesmeni od siedmiu boleści okazali się dostatecznie mądrzy – albo tchórzliwi – by nie szukać zemsty.

* * *

– Ej no, nie bądź taki! Ja tu do ciebie grzecznie, jak…

– Gadaj, czego chcesz, albo spieprzaj! – Wymownie podrapałem się po prawym pośladku, tuż obok kabury z bronią, ale Snop chyba nie załapał aluzji, bo zamiast zwiewać tam, gdzie go nie oczekują, skulił się tylko nieznacznie i podszedł bliżej.

– Heniu, spokojnie, nie na wdechu. Wiem, że mnie nie lubisz, ale chyba możemy przez chwilę pogadać jak ludzie? – Wyczarował skądś dwie butelki zakapslowane hen tam, na południu, i podał mi jedną. – No co ci zależy?

– Hmmm…– Muszę przyznać, że Rudy nieco zbił mnie z tropu: nie przypuszczałem, że okaże się tak wytrawnym dyplomatą. – Skoro faktycznie zaczynasz gadać jak człowiek…

– No ba! – Jacek uśmiechnął się w sposób wyrażający równocześnie ostrożny zachwyt i lekkie zdumienie; jak dzieciak, który pierwszy raz w życiu wsunął rękę pod spódniczkę i jakimś cudem nie dostał po pysku. – W twoje ręce!

No dobra, ale piwo piwem, a Rudy Rudym. Chcąc mieć to dziwne rendez-vous jak najszybciej za sobą, podważyłem kapsel kluczykiem i jednym haustem opróżniłem połowę butelki, czemu towarzyszyło zwykłe przy takich okazjach ukłucie tęsknoty za tym, co w „starych, dobrych czasach” rzeczywiście było dobre.

Jakkolwiek przyznać trzeba, że na swój sposób góralom szkodniki również nielicho się przysłużyły, warzone przez nich piwo nie ma już nic wspólnego z tym, którym w spokojniejszych czasach uczciwy rolnik mógł ugasić pragnienie po dniu ciężkiej pracy – barwą i klarownością przypomina ścieki, pieni się tylko, kiedy zmieszać je z płynem do naczyń, a smak to dramat w trzech aktach: kwaśnym, słonym albo nijakim, zależy, jak się trafi. Za to nazwa samego browaru urosła do rangi symbolu, a jego picie stało się swoistym manifestem sprzeciwu wobec nieumarłych. A wszystko za sprawą sloganu: „Ż. Dla żywych!”.

Rudy przełknął ze dwa łyki, a potem zapytał ściszonym głosem:

– To co, może wsiądźmy do samochodu?

– Nie. Mów, o co chodzi, albo… Ech, po prostu się streszczaj, dobra? Nie mam całego dnia.

Wyraźnie zawiedziony Jacek – który chyba liczył, że po piwie będę łatwiejszy – westchnął cicho i rozejrzał się, żeby sprawdzić, czy nikt nas przypadkiem nie słyszy. O tak wczesnej porze Pchli Targ był jednak całkowicie wyludniony; nie mamy tu żadnych przedsiębiorstw ani fabryk, do których ktoś mógłby zmierzać na pierwszą zmianę – co akurat nie jest winą apokalipsy – a oba sklepy otwierały się dla zwykłych klientów dopiero o siódmej. Garść innych punktów usługowych, które dotąd nie padły – jeszcze później.

– Słyszałeś o Budyniowej? – zapytał w końcu Rudy. Fakt, że nie musiał zaczynać od ustalenia, czy w ogóle znam jakąś Budyniową, wiele mówi o Pchlim Targu i naszej społeczności.

– Nie. Co z nią?

– Nie żyje… To znaczy: najprawdopodobniej nie żyje – odparł Rudy. – Chodzą plotki. Nikt jej nie widział od kilku dni.

– No i?

Marcela Budyń, podstarzała wdowa mieszkająca samotnie w wielkim domu na skraju wsi (a ściślej: na jednym z wielu skrajów wsi), czasami przychodziła do mnie kupić trochę jedzenia i poplotkować. Rozgadana i zawsze doskonale o wszystkim poinformowana krowa, z twarzy której praktycznie nie znikał obłudny uśmiech profesjonalnej dewotki. Jeśli faktycznie zeszła, płakał za nią nie będę.

– I tak sobie pomyślałem, że… – ciągnął Rudy. – No wiesz, że może warto by się wybrać i sprawdzić, co tam u niej.

– No to idź. Mojego pozwolenia przecież nie potrzebujesz.

– Szedłbym, ale… No wiesz… – dukał. – Jeśli ona… No wiesz…

– No to nie idź.

– Daj spokój, a jeżeli trzeba jej pomóc? Może leży na schodach ze złamaną nogą i umiera z głodu albo… – Wzruszył ramionami. – Sam nie wiem.

– To zadzwoń na pały. Może się nawet chłopcy ucieszą, że wreszcie trafiła im się jakaś prawdziwa robota.

Rudy tylko prychnął.

Najbliższy komisariat znajduje się cztery wiochy dalej, więc policję oglądamy w Pchlim Targu rzadko. A jeśli już, to tylko u Brodatego w Kryształowym Tulipanie – jedynej uczciwej knajpie, jaką kiedykolwiek widziała ta okolica; ongiś niemal szykownym zajeździe, będącym całkiem niezłym lepem na przejezdnych (w przeważającej większości ludzi nieświadomych istnienia Pchlego Targu jeszcze na minutę przed wjechaniem, i w pół minuty po wyjechaniu poza jego obręb), a obecnie obskurnej spelunie, która prosperuje tylko dlatego, że oficjalnie została zamknięta tuż po wybuchu zarazy.

Oczywiście nikomu tutaj nie przeszkadza brak zainteresowania ze strony władz. W końcu sami potrafimy zadbać o siebie, swoje rodziny i porządek we wsi.

– Jedź tam ze mną. – Nie ustępował Jacek. – We dwóch zawsze raźniej i bezpieczniej. Sprawdzilibyśmy, co tam u niej…

– I obrobili jej chałupę, jeśli faktycznie odwaliła kitę, co?

– Nie, no co ty?! Ja tylko chcę się upewnić, że nic jej nie jest! To taka sympatyczna babka…

– Przestań pieprzyć, Rudy! Dzielimy się uczciwie, ale to ja mam pierwszeństwo przy wyborze fantów.

– Zgoda. – Snop kiwnął głową po krótkim, raczej udawanym, namyśle.

Zastanawiałem się przez moment, czy powiedzieć mu, że „uczciwie” wcale nie znaczy „po równo”, ale odpuściłem. Wszystko w swoim czasie.

– Tylko… co, jeśli Marcela jednak żyje? – Jacek dodał po chwili.

– A to już zależy.

– Od?

– Od tego, czy jedziemy tam, żeby sprawdzić, czy zeszła, czy żeby się co do tego upewnić.

– Jezu, Heniek, chyba nie chcesz…

– Ja? Przecież to twój pomysł. No, zbieraj się.

Snop wyglądał jak ktoś, kto zbyt późno zorientował się, że zawarł układ z diabłem. Niemniej posłusznie polazł ze mną.

Szansa zagarnięcia dobytku po wdówce to żadna tam życiowa okazja, ale i tak warta była odrobiny zachodu. Należało się jednak śpieszyć, bo skoro już zaczęły chodzić plotki, to tylko patrzeć, jak za nimi przyjdą i plotkarze.

Niechętnie wpuściłem Rudego do auta, dopiłem piwo, rzuciłem butelkę na tylne siedzenie i pojechaliśmy do mnie przygotować się na szabry.

– Jak myślisz, skąd się wzięli? – zagaił w pewnej chwili Snop.

No i masz, kolejny kretyn, któremu się wydaje, że zdoła zbudować jakiś pomost między nami, bazując na wspólnym Wielkim Nieszczęściu.

– Nie wiem.

– Nie pytam, czy wiesz, tylko co o tym myślisz.

– Nic.

– Daj spokój, przecież musisz mieć swoje zdanie. Każdy ma.

Oczywiście nie na głos, ale przyznałem Rudemu rację. Rzecz jasna nikt nie wie, kim lub czym zombie tak naprawdę są. Nie znam też nikogo, kto potrafiłby jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, skąd się wzięły. Władza wciąż uparcie milczy, skazując nas, szare masy, na niepotwierdzone plotki, sensacje prokurowane przez tabloidy i własne domysły. A ilu ludzi, tyle teorii, wiadomo.

Generalnie dominują jednak poglądy oparte o stare, dobre kino: sondażowa większość wsi przypuszcza, że plaga zombie jest efektem jakiegoś ataku albo nieudanego eksperymentu wojskowego, naturalnie amerykańskiego albo ruskiego. Niektórzy sądzą, że to zemsta regularnie obsrywanej tonami radioaktywnych śmieci Matki Ziemi, ale są też tacy, którzy winę za cały ten bajzel zwalają na małych zielonych ludzików. No i oczywiście zostają jeszcze zaboboniarze, dopatrujący się w truposzach kary zesłanej przez Boga; plagi, która nawiedziła Ziemię w ramach zbliżającej się wielkimi krokami apokalipsy.

Nic naprawdę oryginalnego.

Natomiast jeśli chodzi o mnie…

– Nie wiem i mam to w dupie. A uprzedzając: twoje zdanie na ten temat też mam w dupie i ostro mnie ono jebie, jasne?

– Jezu, Heniek, coś ty taki nerwus? Tylko pytam przecież…

– To przestań. Nie jesteśmy na randce.

– A mogę chociaż zapalić? – Mówiąc to, wyciągnął w moją stronę paczkę fajek.

– Nie.

Na tym rozmowa się urwała. Skonsternowany Rudy schował papierosy i zagapił się na drogę albo po prostu starał się nie patrzeć na mnie. Ja zacząłem liczyć i planować.

* * *

Z garażu wyprowadziłem ciągnik i zamontowałem przyczepę, ukradkiem napawając się miną Rudego. Oczywistym było, że słyszał o tej maszynie, bo przyglądał jej się z mieszaniną czci i strachu. Nie, przepraszam: przerażenia. W ten właśnie sposób Indianie musieli patrzeć na pierwsze europejskie okręty, Niemcy na pierwsze rozjeżdżające ich czołgi, a jakiś nieszczęsny idiota – na pierwszego szkodnika.

Zakuty w kilka dodatkowych blach i z na stałe zamontowanym spychaczem – teraz już niekoniecznie do śniegu – przedapokaliptyczny zetor sam w sobie może i nie wyglądał okazale, ale ciągnąca się za nim złowroga sława niemal dostrzegalnie przydawała mu majestatu.

– Wsiadaj – rzuciłem w końcu, gdy pozbierałem już wszystko, co mogło nam się przydać. – Jak będziesz grzeczny, to dam ci się pobawić wycieraczką.

* * *

Traktor z przyczepą ledwo zmieścił się na podjeździe przed domem Marceli. Choć z daleka było słychać, że nadjeżdżamy, obwieściłem nasze przybycie trzykrotnym uderzeniem w klakson. Odczekaliśmy chwilę, ale gospodyni nie wyszła się przywitać. Jeszcze raz sprawdziłem, czy strzelba jest nabita, i wysiadłem z traktora.

– Masz jakąś broń? – zapytałem Rudego.

– Tylko nóż. Myślisz, że będę potrzebował czegoś konkretniejszego?

– Nigdy nie wiadomo. – Wzruszyłem ramionami.

– To może pożycz mi ten swój pistolet?

– Chyba ocipiałeś. Już prędzej cię zastrzelę. – Gdybym miał kiedyś spisać kodeks człowieka pragnącego przeżyć w świecie pełnym złośliwych trupów, fanatyków i mętów wszelkiego rodzaju, jedna z pierwszych zasad brzmiałaby następująco: „Nigdy nie dawaj broni do ręki człowiekowi, któremu wcześniej tę rękę przestrzeliłeś”. – Idziemy!

Dom był duży, ale bynajmniej nie wzbudzał skojarzeń z przepychem i bogactwem – ot, długi piętrowy budynek, postawiony tuż po wojnie, kryty rozłażącą się teraz gdzieniegdzie, porośniętą mchem dachówką. Okna oparły się erze PCV, a drzwi wyglądały solidniej od ścian, z których płatami odpadał szary tynk. Całość sprawiała wrażenie jakby niedbale wrzuconej w sam środek zapuszczonego sadu.

Nacisnąłem elektryczny dzwonek, ale okazał się zepsuty. A może po prostu wdówka zalegała z rachunkami za prąd. Zapukałem więc do drzwi i krzyknąłem:

– Halo! Pani Budyń! Jest tam pani?! Wszystko u pani w porządku?!

Zero odzewu. Nacisnąłem klamkę, ale nic mi to nie dało. Obeszliśmy więc dom dookoła, szukając innego wejścia i sprawdzając okna na parterze. Znaleźliśmy drugie drzwi, ale również zatrzaśnięte na głucho, natomiast wszystkie okna ktoś zabił od środka dechami.

Rozsądnie.

– Co teraz? – zapytał Rudy.

– Właź! – Wskazałem mu niewielki daszek nad drzwiami frontowymi. Powyżej znajdowało się duże okno, przez które przy odrobinie wysiłku można było dostać się do domu. – Wejdziesz tamtędy i otworzysz mi od środka.

Rudy był co najmniej piętnaście lat młodszy i pewnie o połowę lżejszy ode mnie, więc wspinaczka i włamanie – choć oczywiście poprzedzone gwałtownymi protestami – nie nastręczyły mu większych problemów.

Brzęk rozbitego szkła był znacznie cichszy, niż można by się spodziewać, a zarazem o wiele głośniejszy, niż życzyłby sobie tego wyraźnie zdenerwowany Jacek. Już w kilka chwil po tym, jak zniknął mi z oczu, okazało się, że jego obawy były słuszne – z wnętrza domu dobiegły przekleństwa i krzyki; przytłumione i bardzo niewyraźne, lecz z pewnością oznaczające kłopoty.

Mogłem się tylko domyślać, co spotkało Rudego, ale w tamtej chwili szczegóły nie miały znaczenia. Liczyły się tylko dwa proste fakty: głupi gnojek wpakował się w jakieś szambo i potrzebuje pomocy, a ja muszę radzić sobie sam. Albo – co przez moment było nawet kuszące – pieprzyć go i wracać do domu.

Parterowe okna były zbyt małe, bym zdołał się przez nie przecisnąć, nawet gdyby udało mi się wyłamać blokujące je deski. Spróbowałem więc wyważyć łomem tylne – pozornie mniej solidne – drzwi, jednak bezskutecznie.

No dobra; jak nie sposobem go, to siłą – odrzuciłem łom, nabrałem rozpędu i spróbowałem staranować drzwi barkiem.

Błąd.

Odbiłem się z miękkim plaśnięciem, niczym pozbawiona powietrza piłka uderzająca o ścianę, i wylądowałem na ziemi, czemu towarzyszył silny, acz pouczający ból. Pozbierałem się, klnąc pod nosem, i spróbowałem ponownie, tym razem metodą „na gliniarza”: kopnąłem potężnie tuż nad klamką. Na filmach zamek puszcza, a drzwi odskakują z głośnym trzaskiem. W życiu jest odwrotnie – drzwi zostały na miejscu, a jedyne, co trzasnęło, to moje kolano.

No dobra; jak nie siłą go, to ciągnikiem. Dokuśtykałem do zetora i wziąłem łańcuch przygotowany z myślą o zabezpieczeniu mojego potencjalnego nowego dobytku. Jeden koniec przymocowałem do traktora, a drugi do klamki drzwi frontowych. Następnie odpaliłem maszynę i zacząłem powoli cofać. Po chwili łańcuch się naprężył, a po dwu dom stał przede mną otworem.

* * *

Nim jeszcze wszedłem do środka, w nozdrza uderzyła mnie istna mozaika smrodu – zgnilizna, fekalia i śmierć; w tym domu były szkodniki. I to od dawna.

Strzelbę – niezbyt poręczną w ciasnych pomieszczeniach – przewiesiłem przez plecy i wyjąłem glocka. W drugiej ręce ściskałem latarkę, lecz ta, ku mojemu zaskoczeniu, okazała się niepotrzebna, bo w domu był prąd i wszystkie światła działały.

– Rudy! – krzyknąłem, stojąc już w korytarzu. – Gdzie jesteś?!

Szczerze mówiąc, bardziej niż odpowiedzi spodziewałem się hordy zombie wyskakujących zza każdych drzwi, tymczasem niemal natychmiast doleciał mnie rozpaczliwy, dochodzący zewsząd i znikąd, wrzask mojego wspólnika:

– Tutaj! Heniek, szybko! Ratuj! Tu jest trup!

– Rudy, nie wkurwiaj mnie! „Tutaj”, to ja jestem!

– Na górze! Pośpiesz się, błagam!

– Boże, stawiasz na mej drodze wszystkich tych kretynów, żeby mi było w życiu ciężej – westchnąłem – czy żeby im było lżej?

Na szczęście – nie jestem wielkim entuzjastą Boga – tym razem nie doczekałem się odpowiedzi.

Schody znalazłem dopiero po otwarciu trzecich drzwi. Za pierwszymi kryła się kuchnia, a za drugimi kotłownia. Wystrój wnętrz nie był ani bogaty, ani biedny – był tradycyjny i praktyczny jak w każdym szanującym się wiejskim domu. Sprzętów nie znalazłem dużo, a te, na które natrafiłem w kuchni – meble, kaflowy piec do wypieku chleba, radio marki Unitra – swoje najlepsze lata miały za sobą na długo przed wybuchem zarazy. Niemniej wszystko było czyste i w dobrym stanie.

Wspinałem się z przesadną ostrożnością – martwy Rudemu nie pomogę – a z każdym przebytym stopniem coraz mniej mi się w tym domu podobało.

Nie musiałem znów wołać, by znaleźć Jacka; z pokoju usytuowanego kilka metrów na lewo od schodów, po przeciwnej stronie pogrążonego w półmroku korytarza, aż nazbyt wyraźnie dało się słyszeć wszystkie „kurwy”, jakimi Rudy zdołał zapełnić swój zdumiewająco bogaty słownik – naprzemiennie dowcipne, przymilne, gniewne i zwyczajnie wulgarne – wypowiadane jednak głosem piskliwym, niebezpiecznie balansującym na krawędzi paniki.

W krótkiej przerwie, jakiej Snop potrzebował dla zaczerpnięcia oddechu, dało się słyszeć inny dźwięk; znacznie cichszy, ale nie mniej przez to wyraźny – nerwowe, doskonale znane mi skrobanie.

Raz jeszcze upewniłem się, że glock jest naładowany i odbezpieczony, a następnie podszedłem do feralnego pokoju powolnym, miękkim krokiem i przylgnąłem do ściany tuż obok wejścia. Odczekałem chwilę, nasłuchując, ale w dobywającym się z wnętrza repertuarze poezji ulicznej nie zaszła żadna zmiana, zaryzykowałem więc rekonesans. Zadanie miałem o tyle proste, że drzwi były otwarte niemal na oścież. Wystarczyło, że nieco wychyliłem głowę, i obraz całej sytuacji stał się komicznie klarowny.

Rudy leżał na brzuchu, wciśnięty między starą, masywną szafę, na którą musiał wskoczyć z parapetu, a wiszący niewiele wyżej sufit, i wciąż bluzgał, choć z każdą chwilą coraz mniej przekonująco. W trzęsącej się ręce trzymał nóż typu motylek; bezużyteczną zabawkę, którą machał nieporadnie i zupełnie bez sensu.

Tuż przed szafą, ale daleko poniżej zasięgu ostrza, stał trup może ośmioletniego chłopca, ubrany w niebieskie spodenki z wyraźnym, czarnobrązowym akcentem pośrodku oraz niegdyś białą koszulkę, i drapał wściekle po drewnie tymi kilkoma paznokciami, które mu jeszcze nie odpadły.

Nagle szkodnik przerwał swoje bezcelowe wygłupy i zamarł, a ja nieco mocniej zacisnąłem palec na spuście. Trupek jednak nadal wpatrywał się w swój domniemany podwieczorek, zupełnie nie zwracając uwagi na to, co dzieje się za jego plecami, aż wreszcie zarzęził wściekle i zaczął podskakiwać pociesznie na przegniłych nóżkach, próbując złapać uzbrojoną w nóż rękę.

Ani zombie, ani jego ofiara mnie nie zauważyli, więc przez dłuższą chwilę obserwowałem całą scenę z krzywym uśmiechem, zanim ruszyłem Jackowi na ratunek.

Mógłbym podejść do gówniarza na odległość kroku i połaskotać go lufą w ucho tuż przed tym, nim pocisk połaskocze mu mózg, albo nawet spróbować załatwić go nożem myśliwskim – bardziej jeszcze nieodzownym elementem mojego stałego wyposażenia niż glock – co miałoby tę zaletę, że nie postawiłoby na nogi połowy wsi. Jednak przetrwanie to sztuka niepopełniania błędów; martwy człowiek mógłby okazać się szybszy od starego człowieka, pistolet mógłby nie wypalić, wciąż bolące kolano mogłoby odmówić posłuszeństwa albo w iście filmowym stylu w najmniej odpowiednim momencie zaskrzypiałaby podłoga – i byłoby po mnie.

Upewniłem się jeszcze, że nigdzie w pobliżu nie widać rodziców tego rozkosznego brzdąca, a potem, nie wychylając się bardziej niż to absolutnie konieczne, uniosłem broń i wycelowałem. Zwłoki wciąż podskakiwały, więc żeby ułatwić sobie zadanie, gwizdnąłem cicho. Wystarczyło: mały obrócił się błyskawicznie. Nie zdążył jednak spojrzeć mi w oczy.

Ani ja jemu.

Kiedy większa część mózgu dziecka rozbryznęła się na szafie, Rudy krzyknął jak podszczypywana panienka.

– Nie wrzeszcz tak! Umarłego byś obudził! – zażartowałem, wchodząc do pokoju i zamykając za sobą drzwi. Zombie słabo radzą sobie z klamkami, więc taka zapora powinna nam chwilowo wystarczyć.

Na wszelki wypadek pokazałem jednak Rudemu, który właśnie otwierał usta – najprawdopodobniej po to, by rzucić ostatnim, wymęczonym przekleństwem – że ma siedzieć cicho. Sam też zamarłem na dłuższą chwilę i nasłuchiwałem.

– Dobra, złaź! – rozkazałem może minutę później. W domu panowała absolutna cisza, uznałem więc, że jest względnie bezpiecznie.

Biedny dupek oczywiście nie podołał i w końcu wylądował plackiem na podłodze, tuż obok trupa. Zaklął, podniósł się niezgrabnie i właśnie zaczął mi dziękować, gdy wycelowałem mu prosto w twarz.

– Dopadł cię?

Rudy, który w pierwszej chwili kompletnie zbaraniał na widok wymierzonej w siebie broni, potrzebował nieco czasu, żeby przetrawić pytanie.

– Nie… Nie no, co ty!? – wyjąkał wreszcie. – Jasne, że nie!

– Rozbieraj się!

– Co?

– Do gołej rzyci. Już, już!

– Heniek, spokojnie, nie na wdechu… Opuść tę cholerną broń, dobra? Nie dziabnął mnie przecież! Przysięgam, że nawet się do mnie nie zbliżył!

– Sram na twoje przysięgi. Ściągaj łachy!

– Ale… No sam popatrz! – Uniósł ręce i okręcił się wokół własnej osi. – Widzisz? Ani kropli krwi! Nic!

– Jak na razie, to widzę tylko, że koniecznie chcesz mnie wkurzyć. Naprawdę wolisz dostać kulkę już teraz, zanim w ogóle sprawdzę, czy faktycznie nie zmieniasz się w to? – Ruchem głowy wskazałem kolejny rozwiązany problem. – Bo mnie tam w sumie obojętne, kiedy cię zastrzelę…

* * *

Oglądanie Rudego nago nie sprawiło mi najmniejszej przyjemności, ale było niezbędne; kolejny akt w sztuce niepopełniania błędów. Na szczęście nie dopatrzyłem się na jego wychudzonym ciele niczego bardziej niepokojącego niż zastały brud. I paskudna blizna na lewym ramieniu.

Po zakończonych oględzinach dałem wspólnikowi chwilę, aby się ubrał, ale że wciąż był roztrzęsiony, nie potrafił nawet uczciwie wciągnąć spodni.

– Ruszże się, albo wylecisz stąd w samych skarpetach! – warknąłem w końcu. – Narysuję ci butem tarczę na dupie i będziesz robił za wabik na trupy. A coś mi mówi, że kilka ich tu jeszcze znajdziemy.

Rudy widocznie poznał się już na moim niebanalnym poczuciu humoru, bo zaczął walczyć z gaciami o wiele intensywniej, lecz przez to jeszcze bardziej bezproduktywnie niż dotąd, co dało ten tylko efekt, że stracił równowagę i znów rymsnął – tym razem prosto na swojego małego przyjaciela.

– Skurwysyn zajebany…– Gramoląc się z podłogi, zaklął cicho, nawet bardzo cicho, ale nie dość cicho; jakby nie mógł się zdecydować czy chce, żebym go usłyszał, czy nie.

– No skurwysyn, i co? – zapytałem spokojnie. – Jak ci się coś nie podoba, przypominam, że to ty przyszedłeś do mnie, a nie odwrotnie.

Przez ułamek sekundy zbity z tropu Rudy nie bardzo wiedział, co ze sobą zrobić, ale ostatecznie postanowił iść za ciosem.

– I już tego żałuję… Dlaczego zawsze musisz być takim gnojem, Heniek?! – Wciąż był roztrzęsiony, ale też wyraźnie wściekły; sprawiał wrażenie, jakby zamierzał się na mnie rzucić. – Bawi cię to, czy jak?

– Czy jak – zripostowałem bez uśmiechu, leniwie czyszcząc broń. – Ale miło, że pytasz. A teraz wkładaj te cholerne gacie!

Przez krótką chwilę Rudy wyglądał, jakby fantazjował o szczaniu na moje zwłoki albo czymś równie przyjemnym, ale że to ja byłem ten większy, silniejszy, lepiej uzbrojony, bardziej krwiożerczy i zwyczajnie wredniejszy, szybko wrócił do przykrej rzeczywistości.

– Wiesz co, Heniek? Pieprz się! Po prostu się pieprz, dobra? Chcesz być chujem, to sobie bądź, ja się z koniem kopać nie zamierzam.

– No cóż – wzruszyłem ramionami – lepiej być chujem niż taką pizdą…

I już. Tyle. Pozamiatane. Rudy nie znalazł dla mnie żadnej sensownej odpowiedzi, a na te bezsensowne się nie odważył.

* * *

Mimo wszystko, muszę przyznać, facet nieco zyskał w moich oczach – nie przypuszczałem, że będzie stać go choćby na taką namiastkę ze wszech miar słusznego przecież gniewu.

Rozumiałem go doskonale, ale nie zamierzałem się tłumaczyć.

A przecież w gruncie rzeczy jestem tylko prostym rolnikiem; drobnym hodowcą bydła i drobiu, dumnym posiadaczem pierwszego we wsi zetora i zapalonym grzybiarzem. Starszym już panem, który w letnie wieczory lubi posiedzieć w bujaku za domem, obejrzeć zachód słońca, wypić szklaneczkę czegoś na zdrowy sen i rozwiązywać krzyżówki.

I właśnie dlatego muszę być, jak ładnie ujął to Rudy, „skurwysynem zajebanym”.

Nie powiem, drób jest smaczny, nabiał dochodowy, a dobry traktor przydaje się w życiu tak samo jak dobra żona (a czasem i bardziej – starą zakopałem dawno temu, a ciągnik nadal jeździ), wszakże w tych popieprzonych czasach wyłącznie popieprzeni ludzie mogą liczyć na trochę normalności. Istnieje bowiem tylko jedna pewna waluta, za którą można kupić sobie święty spokój: strach.

Nie było łatwo, ale kiedy w końcu zdołałem wpoić ludziom z całej okolicy – zarówno tym wciąż jeszcze żywym, jak i tym już tylko poruszającym się – że gospodarstwo Henia to miejsce, od którego należy trzymać się z daleka, a miarowy warkot ciągnika, powoli urastający do rangi wiejskiej legendy, oznacza bardzo, ale to bardzo poważne kłopoty, życie stało się o wiele prostsze.

* * *

– Jak ten mały się tu dostał, skoro dom był zamknięty na głucho? – Po chwili krępującego milczenia Rudy skapitulował i zmienił temat.

– Nijak. – Kopniakiem obróciłem szkodnika na plecy i przyjrzałem mu się uważniej; twarz miał nadgniłą, zakrwawioną i niekompletną, ale rozpoznałem go bez trudu. – Był tu przez cały czas.

– Co?

– Nie „co”, tylko „kto”. Ten zombiaczek to Czesio, wnuk starej Budyniowej.

– Co?!

– To, co słyszałeś. A myślę, że może być jeszcze gorzej.

– Gorzej? Jak to: gorzej?

– Czesio miał jeszcze rodziców i siostrę, może kojarzysz? Podobno wyjechali do Strefy Bezpieczeństwa, zdaje się, że przed śmiercią Kazika nawet, ale… ale jakoś właśnie przestałem w to wierzyć.

– Chcesz powiedzieć, że…jest ich tu więcej?

– Nie wiem, ale to by tłumaczyło, czemu chałupa była zamknięta na głucho, nie?

– Aha. No to pięknie! Po prostu, kurwa, cudownie… – Rudy jednym solidnym szarpnięciem naciągnął spodnie. – W takim razie ja już podziękuję, na coś takiego się nie pisałem.

– Owszem, pisałeś się.

– Nie, nie pisałem się! Rób, co chcesz, ale ja stąd spieprzam!

– Zostajesz. – Znów uniosłem broń.

– Co? Ale… dlaczego?

– A choćby dlatego, że właśnie otworzyliśmy ten pierdolnik na oścież i albo coś z tym teraz zrobimy, albo znów się trupy w całej wsi wyroją.

– Aha, a ciebie to przecież tak bardzo obchodzi…

– Może obchodzi, a może nie, ale i bez tego nie brakuje mi problemów, więc lepiej posprzątać tu od razu i mieć święty spokój. Poza tym musimy znaleźć starą. Jeśli jeszcze żyje, to odpowie nam na kilka pytań. A ja jestem cholernie ciekaw, co tu się właściwie odpierdala.

– A ja nie! Poza tym wątpię, żeby wciąż żyła. Po jej chałupie kręcą się trupy, a jej samej od dawna nikt nie widział, więc… no…

– Możliwe. Ale i tak zamierzam jej poszukać. A ty, misiu, pójdziesz ze mną. W końcu to był twój genialny pomysł, żeby sprawdzić, co tam u niej, pamiętasz?

– Ej… To kurewsko nie fair! – Jacek westchnął niemal teatralnie. – Wiesz przecież, że wcale nie przyszedłem tu zgrywać bohatera.

– Bohatera? – Omal się nie roześmiałem. – Oj, Rudy, Rudy… Żaden z nas nie zostanie dzisiaj bohaterem, to ci akurat mogę obiecać.

– Tym bardziej nie rozumiem, co tu jeszcze robimy.

Wzruszyłem ramionami.

– Chyba po prostu to, co trzeba.

– Zupełnie bez sensu…

– Witaj w życiu. – Schowałem glocka i zdjąłem z ramienia strzelbę. – Masz, może chociaż to poprawi ci humor.

Rudy spojrzał na mnie z niedowierzaniem, może nawet z lekkim przestrachem.

– Heniek Gąska daje mi do ręki swoją broń… Panowie i panie, to już pewne: świat rzeczywiście się kończy. – A potem spojrzał na mnie podejrzliwie. – No chyba że nie jest nabita?

– Tak, pewnie, żebyś mi nią wywijał jak cepem i jeszcze zniszczył? Słuchaj, Rudy, wyjaśnijmy coś sobie od razu: broń jest naładowana i możesz zrobić z niej użytek, ale jeśli chcesz dożyć wieczorynki, pamiętaj o jednym: w całym tym domu nie znajdziesz niczego i nikogo, kogo byś nie chciał wkurwić bardziej niż mnie, jasne? – A potem dodałem tonem ni to ostrzeżenia, ni to groźby: – No i nie zapomnij, że potrzebujesz obu rąk, żeby celować.

W żadnym wypadku nie była to próba zaskarbienia sobie sympatii i zaufania Snopa, chęć zadośćuczynienia mu za moje dotychczasowe zachowanie ani nawet akt niczym nieskrępowanego szaleństwa; choć to ostatnie pewnie najbardziej. Przede wszystkim była to zimna kalkulacja – założyłem, że gdzieś po domu szwendają się jeszcze trzy, może nawet cztery trupy, i uznałem, że lepiej nie ryzykować spotkania z nimi bez żadnego wsparcia. A Rudy, choć kanalia, nie był przecież mordercą. Już bardziej bałem się tego, że stchórzy i ucieknie, kiedy najbardziej będę go potrzebował.

* * *

Marcelę znaleźliśmy dosyć szybko i bez żadnych problemów; leżała w sypialni, niemal na końcu korytarza.

Pokój ten skojarzył mi się z zapuszczonym muzeum lokalnego folkloru, do którego przychodzą tylko – bardzo niechętne takiej rozrywce – wycieczki szkolne. Sama gospodyni również wyglądała jak eksponat, w dodatku najstarszy i najpaskudniejszy w całej kolekcji: jej twarz przypominała tandetnie wykonaną maskę z papier-mâché, suchą, groteskowo bezkształtną i napuchniętą; jedynie głębokie, nieregularne zmarszczki przydawały jej prawdziwie ludzkich cech. Oczy miała zamknięte, a dłonie złożone na piersi, zupełnie jakby nie leżała w łóżku, tylko na katafalku. Otaczały ją rodzinne zdjęcia – na niektórych mały chłopiec ze zbyt bujną czupryną szczerzył się do fotografa zawsze w ten sam, nieuchwytnie złośliwy sposób – jakieś pamiątki, kompleksowy asortyment małej hurtowni dewocjonaliów oraz smród, od którego Rudy omal się nie porzygał. Na pierzynie przykrywającej staruchę, na wysokości prawego uda, widniała spora czerwonobrązowa plama.

Wdówka oddychała bardzo płytko, jakby była umierająca – albo starała się udawać martwą – ale jednak.

– No, Marcyś, pobudka! – Zerwałem z niej pościel, uważając, by nie dotknąć krwawej plamy. – Mamy do pogadania.

Była naga – niech mnie diabli, nigdy bym nie przypuszczał, że przyjdzie dzień, w którym widok cudzego frędzla sprawi mi mniej przykrości niż goła baba – więc zrobiona zębami dziecka rana na jej nodze aż nazbyt rzucała się w oczy. Ugryzienie samo w sobie nie mogło być śmiertelne, ale sącząca się z poszarpanego mięśnia cuchnąca ropa i zzieleniała skóra dookoła mówiły więcej niż dość o losie, jaki czekał starą Budyniową. A raczej jaki czekałby ją, gdybyśmy się nie napatoczyli i nie zniweczyli całego jej pięknego planu na najbliższą wieczność.

– Odejdźcie – odparła ledwo słyszalnie, jakby za chwilę rzeczywiście miała wydać ostatnie tchnienie. – Pozwólcie starej kobiecie umrzeć w spokoju i połączyć się z bliskimi.

– Jasne, nie ma problemu… tylko powiedz nam, gdzie oni są.

Marcela popatrzyła na mnie w sposób wyrażający niemal doskonały brak zrozumienia. Niemal.

– No, gdzie są ci twoi bliscy? – powtórzyłem. – Chętnie do nich zajrzę i przekażę, że zaraz spotkają się z mamuśką w piekle.

– Odejdźcie… – Jakby mnie nie słyszała. – Nie zakłócajcie spokoju umierającej.

– Jeśli chcesz, żebyśmy dali ci święty spokój – schowałem pistolet – najpierw musisz odpowiedzieć nam na kilka pytań… na przykład o Czesia.

Marcela jakimś cudem pobladła jeszcze bardziej, ale – paradoksalnie – wróciła do świata żywych.

– Jeśli zrobiliście coś mojemu wnusiowi…

– To co? – Nie odpowiedziała, więc ciężar podtrzymania rozmowy wziąłem na siebie: – Odstrzeliłem gówniaka, wiesz przecież. Musiałaś słyszeć. Rudy wciąż ma kawałki jego mózgu na… nooo, właściwie wszędzie. Tylko widzisz – ciągnąłem, gdy i tym razem nie nastąpiła żadna reakcja – ważne jest nie to, co ja mu zrobiłem, lecz to, co zrobiłaś mu ty… i co on zrobił tobie.

Na wypadek gdyby za mną nie nadążała, podniosłem stojące przy łóżku krzesło i przyłożyłem jedną z jego nóg do rany na udzie wdowy. Byłem niemal delikatny, przynajmniej na razie, a mimo to zawyła z bólu i aż się wyprostowała.

– No więc może wyjaśnisz nam, co tu się, do kurwiej nędzy, dzieje?

– Idź precz, sługo Szatana! Oby robactwo przez wieczność toczyło twe trzewia, serce zgniło ci w piersi, a z oczu popłynęła wrząca smoła, która…

Krzesło w ruch, baba w krzyk.

– Ślicznie dziękuję za dobre słowo, ale może przejdźmy do rzeczy, bo nie mam całego dnia na pogaduchy. – Nachyliłem się nad nią i zniżyłem głos: – Ty zresztą też nie masz całego dnia… A teraz już tylko od ciebie zależy, jak bardzo będziesz żałować, że nie był on jeszcze krótszy. To jak? Wolisz trafić do piekła przed, czy dopiero po śmierci?

W odpowiedzi Budyniowa charknęła i splunęła. Była jednak na tyle już słaba, że zabarwiona czerwienią flegma, zamiast wylądować na mojej twarzy, zakończyła swój krótki lot na obwisłej piersi staruchy.

– No cóż, skoro wolisz rozmawiać w ten sposób…

– Heniek, kurwa, pojebało cię?! – Rudy dosyć niespodziewanie dźgnął mnie lufą w pierś. – Odłóż to pieprzone krzesło i odsuń się od niej, albo przysięgam, że cię zabiję!

Ech…

– A ja przysięgam, że sram na te twoje przysięgi.

– Nie żartuję! Odłóż to krzesło!

– No dobra, dobra, spokojnie… – Spełniłem żądanie domorosłego terrorysty. – Tylko powiedz mi, tak z ręką na sercu: jak myślisz, kogo tutaj tak naprawdę pojebało? Marcelę, która wymordowała całą swoją rodzinę, mnie, bo chcę się dowiedzieć, dlaczego to zrobiła, czy może jednak ciebie, skoro próbujesz mnie przed tym powstrzymać, grożąc mi moją własną bronią… w dodatku nieodbezpieczoną?

Jacek szybko zerknął na strzelbę i jęknął:

– O w mordę…

– A żebyś wiedział! – I dostał w mordę. Nie na tyle mocno, żeby zabić czy choćby połamać, ale wystarczająco, by gnojka spoziomować. – No już, oddaj mi to!

– Heniek, posłuchaj – stękał, gramoląc się z podłogi – ja…

– Nie, Rudy, teraz to ty będziesz słuchał mnie. Dawaj strzelbę!

Jacek karnie wykonał rozkaz, choć wcale nie musiał, bo nawet nie sięgnąłem po glocka. Strach to często najpotężniejsza broń.

– Pamiętasz, co ci mówiłem o celowaniu do mnie?

– No a co miałem zrobić? – zapytał, rozmazując na twarzy płynącą mu z nosa krew. – Stać i patrzeć, jak ją torturujesz?

– Na przykład.

– Heniek, daj spokój, przecież tak nie można!

– Nie można? Mordować własnych dzieci i wnucząt też podobno nie można… Tylko co z tego?

– A jaką masz pewność, że oni nie żyją? I że to ona ich wszystkich zabiła? Może mały po prostu miał wypadek?

– Może. Ale zauważyłeś, że ten cholerny dom wygląda jak więzienie? Wzmacniane drzwi, zabite okna… Marcela postarała się, żeby nic jej stąd nie uciekło. A na jednego martwego dzieciaka to jednak trochę za dużo zachodu, nie uważasz? Zresztą… skoro Czesio był tu przez cały czas, martwy jak sam skurwysyn, to gdzie są pozostali? Czemu zostawili go tutaj, razem z nią, i zniknęli bez śladu?

Pytanie skierowałem do Jacka, ale znacznie bardziej interesowało mnie, jak na moje dywagacje zareaguje wdówka. Ta jednak milczała, ze stuporem gapiąc się w ścianę.

– No dobra… – Rudy tymczasem usiłował myśleć. – Ale… z drugiej strony po co miałaby robić coś takiego?

– Gdyby nie zachciało ci się bawić w harcerzyka, może już znałbym odpowiedź na to pytanie.

– Heniek, daj już spokój, ja…

– Spokój? Grozisz mi śmiercią, a ja mam dać spokój?!

– Ty mi grozisz śmiercią co pięć minut… Teraz przynajmniej już wiesz, jakie to uczucie.

Hmmm…

– Dobra, słuchaj, palancie, żebyśmy mieli jasność: żyjesz tylko dlatego, że trochę cię rozumiem… – przyznałem. – I kto wie, może nawet postąpiłbym tak samo… gdybym był skończonym idiotą.

– Więc nie zabijesz mnie ani nic? – nie dowierzał Jacek.

– No nie zamknę cię tu razem z tym, w co zaraz zmieni się Marcysia, jeśli o to pytasz, ale na „ani nic” też raczej nie licz.

– Ej no, przecież już mi przywaliłeś! Chyba nawet złamałeś mi nos…

– Gdybym złamał ci nos, to utopiłbyś się w tej krwi, a nie popuszczał jak dziewica przy pierwszej miesiączce. Zresztą to akurat nie było za wygrażanie mi.

– Nie?

– Nie. Oberwałeś, bo ból jest najlepszym nauczycielem, a ty masz ewidentne braki w wykształceniu. Gdybym był trupem, to ty też już byś nie żył przez tę swoją dupowatość. Jeśli nie zaczniesz w końcu myśleć, obaj przez ciebie skończymy jako szkodniki.

– Eee… Szkodniki?

– No trupy – odparłem. – Dla mnie te wszystkie zdechlaki to po prostu…

– Szkodniki?! – wtrąciła wdowa, niespodziewanie posuwając akcję do przodu. – Zdechlaki?! Wy… wy przeklęci… Nic nie rozumiecie! Nic! Oni są święci, nie widzicie tego?

– Święci? – zapytał Rudy. Głos miał głuchy, jakby pusty, ale nie wyczuwałem w nim tej samej grozy, która zaczęła pełznąć w górę po moim kręgosłupie. A myślałem, przeklęty stary głupiec, że po tym wszystkim, czego już się naoglądałem podczas tej cholernej apokalipsy, nic więcej nie zdoła mnie ruszyć.

– Tak! Nastał oto Dzień Sądu i sprawiedliwym dano wieczne życie!

– Twoim bliskim też? – wychrypiałem. – Kto im dał to wieczne życie? Ty?

– Moja rodzina… oni zostali wybrani! Pokonali śmierć, tak jak Pan Jezus. Zostawcie ich!

– Jak Jezus? Serio? A która Ewangelia mówi o tym, że Jezus po zmartwychwstaniu próbował zeżreć swoich apostołów?

– Nie drwij z nauk Kościoła, antychryście, bo jeszcze zdepcze twą głowę niewiasta…

Tym razem do rany Marceli docisnąłem lufę strzelby, a gdy jej bełkotliwe groźby, zamienione teraz w przetykane łkaniem rzężenie, cichły powoli, wytarłem broń o prześcieradło – później się wyparzy – odbezpieczyłem i oddałem zdumionemu Jackowi.

– Jeśli nadal zamierzasz mnie powstrzymać, zrób to teraz… albo wyjdź. Nie chcesz brać udziału w tym, co się tu zaraz wydarzy.

Rudy patrzył na mnie ogłupiały i nie reagował.

– No, wybieraj! Ja czy ona? Tylko pamiętaj: cokolwiek zdecydujesz, i tak nie zostaniesz bohaterem.

* * *

Odczekałem, aż Rudy zamknie za sobą drzwi, i zwróciłem się do Marceli:

– Zdawało mi się czy wspominałaś coś o Kościele? Mogłabyś to… rozwinąć?

– Kazik! – zawyła w odpowiedzi gospodyni. – Kazik, ratuj! Nie pozwól mu na to!

– No już, już… Kazik ci nie pomoże, Marcyś. On nie żyje, pamiętasz?

– Nie, nie, nie… – Wdowa coraz bardziej miotała się na łóżku. – Kazik! Pomóż mi, słyszysz?! Zabierz stąd tego potwora! Zniszcz go!

– Spokojnie, nie na wdechu. – Mimowolnie powtórzyłem głupie powiedzonko Rudego. – Ja też nie mam na to najmniejszej ochoty, więc może po prostu nie utrudniaj, dobra?

Z pewnymi oporami, jednak Marcela w końcu posłuchała i powiedziała mi wszystko, co chciałem wiedzieć, a nawet trochę więcej. Na szczęście nie trwało to długo.

* * *

– Dobra, chodźmy – rzuciłem do Jacka, który posłusznie czekał na korytarzu. Czy to dla wygody, czy z dbałości o własne sumienie, cofnął się aż do schodów, gdzie nie tylko mógł usiąść, ale też prawie nie słyszał krzyków Budyniowej. W powietrzu unosiło się intensywne wspomnienie po zgasłym niedawno papierosie.

– Co z nią? – Jego głos wybrzmiał zmęczeniem i rezygnacją. Z pewnością nie tak wyobrażał sobie ten dzień.

– Obiecałem, że zapewnię jej święty spokój, jeśli odpowie na moje pytania, pamiętasz?

– Odpowiedziała?

Skinąłem głową.

– Chodźmy.

– Dokąd? – Rudy wstał powoli.

– Na dół. Marcela przetrzymuje swoich „świętych” w piwnicy. Wyobraź sobie, że karmiła ich ciałem i krwią, tak jak ponoć robił to Chrystus – zdradziłem wspólnikowi tajemnicę ostatniej spowiedzi Budyniowej. – Zresztą to właśnie przemożnej potrzebie przyjmowania tego „sakramentu” przypisywała ich krwiożerczość.

– Czyli że co? Zombie jedzą ludzi, bo to dla nich… komunia?

– No chyba. Ale skąd brała eucharystię, nie wiem i wiedzieć nie chcę. Za to krew… widziałeś jej ręce?

Jacek potwierdził – sinych blizn na przedramionach Marceli nie dało się przeoczyć – a potem rzucił truizmem:

– Przecież to bez sensu.

– Mnie to mówisz? W każdym razie podczas jednego z takich obiadków Czesio jakoś jej uciekł i narozrabiał.

– To ci peszek…

– No właśnie nie… A w każdym razie nie dla Marceli. Jeśli dobrze zrozumiałem, uznała to za znak, że i dla niej wreszcie nastał czas, by dostąpić zbawienia. Cóż… do pewnego stopnia miała rację, nie?

Widocznie dawka absurdu, jaką Rudy mógł przyjąć na jedno posiedzenie, została właśnie przekroczona, bo milczał przez chwilę, a gdy się wreszcie odezwał, zmienił temat.

– No dobra, to jaki jest plan?

– Likwidujemy trupy i bierzemy znaleźne, a potem odwiedzę proboszcza i zrobię mu z dupy fast food dla szkodników. – Słysząc to, Jacek przystanął w pół kroku. – No co? Przecież nie każę ci iść ze mną.

– Mam nadzieję. Tylko… co ma do tego Konopka?

– A jak myślisz, kto przestawił tej durnej babie wszystkie klepki? Zresztą pewnie nie tylko jej, w końcu połowa miasteczka to jego neofici.

– Neofici? – Rudy spojrzał na mnie bez zrozumienia – Czyli?

– Czyli, że czeka mnie dużo sprzątania – mruknąłem. – Ech, a było zatłuc gada od razu, jak tylko pokazał kły.

– Eeee… Mógłbyś jaśniej?

Dobre pytanie. Z jednej strony nie czułem ani ochoty, ani potrzeby, by zwierzać się facetowi, którego nie mam powodów nawet lubić, z drugiej – Rudy miał prawo wiedzieć, w co właściwie wdepnął. Poza tym uznałem, że będzie mi łatwiej pozbierać myśli, wyrażając je na głos.

– Że my się z proboszczem nie lubimy, to wiesz?

– Jak wszyscy.

– A wiesz dlaczego?

– Coś tam słyszałem, ale…

* * *

Zdecydowanie najgorszym – bo społecznie akceptowanym – ze wszystkich skutków ubocznych epidemii okazali się właśnie kościelni Konopki: niebezpieczna zbieranina dewot płci dowolnej, prowadzona żelazną ręką proboszcza.

Historia tej sekty sięga praktycznie początków zarazy, kiedy to cwaniak w sutannie przenicował nieaktualne już dogmaty – w końcu trwa apokalipsa zombie, więc wcale nie trzeba się specjalnie wysilać, by spotkać żywy (a w każdym razie namacalny) dowód na to, że wszystkie teorie o wiecznym życiu i zbawieniu są… no, co najmniej dyskusyjne – a potem, pod płaszczykiem walki ze sługami Szatana, przekształcił swoją trzódkę w organizację paramilitarną, która teraz już otwarcie dąży do przejęcia całkowitej władzy; nawet jeśli nie nad światem, to przynajmniej nad Pchlim Targiem.

No cóż, jaki Pruszków, taka mafia, można by rzec.

Niemniej trzeba przyznać, że proboszcz radził sobie całkiem nieźle – wraz z upływem czasu, rozwojem wypadków i postępującą degradacją ludzkości sutanna zaczęła budzić w Pchlim Targu więcej szacunku niż mundur. A nierzadko więcej nawet niż nabita strzelba. Okazało się więc, że sekciarze Konopki są równie niebezpieczni jak trupy. Mniej krwiożerczy, a za to prawdopodobnie jeszcze bardziej bezmyślni, to prawda, lecz przy tym lepiej zorganizowani i kierowani przez nad wyraz ambitnego typa, mającego za sobą bogatą w dwa tysiące lat doświadczenia szkołę manipulowania naiwniakami.

Z początku niespecjalnie interesowałem się poczynaniami proboszcza i problemami jego Kościoła, lecz – niestety – bez wzajemności. W myśl wyznawanej przez Konopkę zasady: „Kto nie z Bogiem, ten przeciwko nam, kto nie z nami, ten przeciwko Bogu”, jego kmiotki zaczęły mnie nachodzić, nagabywać i nawracać, posiłkując się własnej produkcji parafrazami z nowotestamentowej Apokalipsy oraz obietnicami, które spełnić mógłby tylko ich nieistniejący Bóg. W odpowiedzi przedstawiłem im wizję Apokalipsy według Henryka Gąski i również złożyłem kilka górnolotnych obietnic.

Dzisiaj, patrząc na wszystko z perspektywy czasu, dochodzę do wniosku, że okazałem się znacznie lepszym prorokiem niż Jan Apostoł.

Indoktrynacja zawiodła i musiała spieprzać z mojej ziemi tak szybko, jak biegają moje psy – a nawet i trochę szybciej – ale Konopka się nie poddał. Widocznie jednak uznał, że wprowadzający własne porządki, uzbrojony i zdecydowanie niebezpieczny sobiepanek w starym zetorze jest jedną z tych sił, których nie wolno mu lekceważyć – w czym miał oczywiście rację – bo postanowił podejść do sprawy bardziej pragmatycznie i zamiast męczyć starcze uszy zabobonami, chciał kupić mnie za garść srebrników oraz obietnice natury zgoła innej niż duchowa.

A gdy i to nie poskutkowało – jak mówiłem, dla człowieka w pewnym wieku ważny jest już tylko święty spokój – sekciarze zmienili śpiewkę i podjęli nieudolne próby zastraszenia mnie, co rzecz jasna również nie przyniosło większego efektu. Powiedziałbym nawet, że nie przyniosło żadnego efektu, i nie minąłbym się z prawdą, aczkolwiek pewne przykre konsekwencje jednak nastąpiły, co chyba można podsumować w ten sposób, że im bardziej interesujące, a przy tym mniej zawoalowane groźby wymyślał dla mnie Konopka, tym mniej było chętnych, by mi je przekazać.

Wtedy proboszcz – podówczas już niezdolny do trzeźwego osądu, skażony władzą niemal absolutną paranoik, dostrzegający śmiertelne zagrożenie w każdym, kto był zdolny mu się przeciwstawić – doszedł do wniosku, że skoro nie da się mnie przekonać, kupić ani zastraszyć, to należy mnie zniszczyć.

A kiedy przyszli podpalić dom, ten, w którym mieszkam… No cóż, starałem się nikogo nie zabijać, ale że oni ze wszystkich sił próbowali zabić mnie, ubyło we wsi gros głupców, nim Konopka w końcu zrozumiał, że im dalej będzie się ode mnie trzymał, tym spokojniejszy czeka go sen. Przy czym, jeśli wziąć pod uwagę kosz zgniłych jaj na nocnym stoliku, ślady ubłoconych gumiaków kończące się tuż przed kapłańskim łożem i wreszcie złowróżbnie bliski warkot starego ciągnika, wdzierający się w ciszę przedświtu niczym zew Dzikiego Gonu, zwrot ten należy traktować jak najbardziej niemetaforycznie.

Będący pokłosiem tamtej pamiętnej nocy pakt o nieagresji – oczywiście nieformalny i w praktyce sprowadzający się do tego, że dla proboszcza przestałem istnieć – funkcjonował bez zarzutu przez kilka ostatnich lat.

* * *

– Ale wszystko ma swoje granice. Nawet moja cierpliwość. – Tak oto zakończyłem skróconą wersję powyższych wyjaśnień. – A coś takiego… Kurwa, jak to jest w ogóle możliwe?

Rudy oczywiście nie zrozumiał, o czym mówię.

– O tym. – Machnąłem ręką, pokazując wszystko i nic. – O całej armii psycholi „zbawiających” swoje rodziny i o tym, że dowiaduję się o wszystkim dopiero teraz, i to jeszcze przez przypadek…

– No… Kurde, akcja jak z jakiegoś horroru, nie? Senna wioska, spokojni mieszkańcy – zaczął zmodulowanym głosem Rudy – i mroczna, śmiertelnie niebezpieczna tajemnica, która

– Ciebie to bawi?

– Co? Nie! Jasne, że nie… – Jacek wyraźnie się speszył. – Po prostu… takie rzeczy nie zdarzają się naprawdę.

– No cóż, chyba jednak się zdarzają. Powiedz, zastanawiałeś się kiedyś, gdzie w ostatnich latach wcięło nam połowę wsi? Bo ja często. Ale teraz już chyba mam odpowiedź: siedzą w cholernych piwnicach!

– Ech… I co teraz?

– Już ci mówiłem: pójdę i zrobię z tymi szajbusami porządek.

– A niby jak? Zakopiesz wszystkich w swoim sadzie?

– Tylko tych, którzy będą mieli szczęście.

– A co z pozostałymi? Albo nie, czekaj! Chyba nie chcę wiedzieć…

– Ale pewnie i tak się dowiesz.

– Jezu, Heniek… ty naprawdę zamierzasz to zrobić.

– Jezu, Rudy… a ty naprawdę zamierzasz wyjść stąd z kilkoma gratami i udawać, że nic się nie stało?

– No wiesz…

* * *

Szkodniki faktycznie były w piwnicy, do której prowadziło kilka betonowych schodków wiodących z kotłowni, a kończących się tuż przed wzmacnianymi drzwiami zaopatrzonymi w niewielkie okienko z zasuwą. Pstryknąłem przełącznik przy zejściu i schody zalało żółte światło odpornej na biurokratyczne sprzeciwy sześćdziesięciowatówki.

Gdy zeszliśmy, Jacek ostrożnie odblokował zasuwę i zerknął rzez okienko.

– Ożeż… Człowieku, to jest… – jęknął i urwał.

– No?

Zamiast odpowiedzieć, ustąpił mi miejsca. Spojrzałem i natychmiast zrozumiałem jego reakcję.

Trupy miały w swojej „poczekalni” – jak nazwała to miejsce nieboszczka gospodyni – praktycznie all inclusive: dwa łóżka, półkę z książkami (o wiadomej tematyce), stół, krzesła, prysznic, umywalkę, kibel, a nawet telewizor. A wszystko zniszczone, choć oczywiście nigdy nie używane.

Same zombie – sztuk trzy: dwa duże i jedno średnie – niczym czekający na rozstrzelanie skazańcy stały pod ścianą po prawej i w absolutnym bezruchu kontemplowały zdrapaną tapetę. Widok nieskończenie smutny, żałosny i przerażający.

– Jak myślisz, kto to wszystko przygotował? Bo przecież nie ta stuknięta babcia. Na pewno nie sama.

Rudy miał rację; z początku myślałem, że Budyniowa była kobietą nad wyraz zaradną, skoro zdołała uwięzić tu cztery trupy, a potem jeszcze się nimi „opiekować”, lecz kiedy zobaczyłem wszystkie te bzdurne udogodnienia, zwątpiłem.

Pamiętam, że chciałem coś Jackowi odpowiedzieć, ale w tej samej chwili za naszymi plecami rozległ się zmęczony głos, który na moment ścisnął mi serce w bolesnym skurczu, a w zamian nieco rozluźnił zwieracze.

– Podoba wam się? Kosztowało nas to sporo pracy, ale było warto, prawda?

Obróciłem się powoli, nie dowierzając zmysłom. Niesłusznie. U szczytu schodów stał bowiem starszy jegomość, którego głowa – absolutnie gładka kula odbijająca żółte światło żarówki – przypominała globus słońca, a ciało zdawało się uginać pod niewidzialnym dla mnie ciężarem. Lewy rękaw wełnianego swetra zwisał swobodnie wzdłuż jego boku – tak oto, ku mojemu autentycznemu przerażeniu, rozwiązała się kolejna zagadka – i tylko pewnie trzymany w prawej dłoni pistolet zdradzał, że facet jest naprawdę niebezpieczny.

– Kazik… – wychrypiałem. – Miło cię widzieć… żywego.

– W czas Sądu ożywa wielu spośród tych, których już opłakano, zaś ci, którym zdaje się, że wciąż żyją, okazują się martwi… Wszystko jest spełnieniem woli Boga.

– Boga czy proboszcza? Człowieku, byłem na twoim cholernym pogrzebie!

– Piękna ceremonia, prawda? Przyszło tyle osób… – Mąż Marceli uśmiechnął się smutno. – Żałuję, że nie mogłem być wtedy z wami. Ale tak trzeba. Zbawienie mojej rodziny jest najważniejsze.

– To nazywasz zbawieniem? – Wskazałem na drzwi za moimi plecami. – Twoim zdaniem tak ma wyglądać życie wieczne?

– To tylko przejściowe – stwierdził rzeczowo Kazik. – Kiedy Sądy Pańskie dobiegną końca, a Ziemia zostanie oczyszczona z grzeszników…

– Mówił ci już ktoś, że masz nasrane we łbie? – przerwałem mu ostro. – Zresztą nie tylko ty; twoja stara i ten czarny pajac są chyba jeszcze gorsi!

– Nie, to wy jesteście zaślepieni! – zawyrokował szajbus tonem ostatniej z siedmiu trąb. – Bezbożni głupcy, na których czeka już tylko piekło…

– Tak? Skoro nas czeka piekło, to co będzie z tobą? – warknąłem. – Jakie plany ma ten wasz Bóg względem morderców, zdrajców i tchórzy? Co, Kaziu? Może powiesz mi, gdzie byłeś, kiedy oprawiałem twoją starą? Słyszałeś jej krzyki czy miałeś głowę zbyt głęboko schowaną we własnej dupie? A wołała cię, oj, wołała… Myślałem, że jej już odbija z bólu i zwyczajnie majaczy, ale ona naprawdę wierzyła, że ją uratujesz. Do samego końca miała nadzieję… A ty, cipo łysa, pozwoliłeś, żeby zdechła jak bezpański pies, bez szans na to wasze zasrane „zmartwychwstanie”! – Ostatnie słowo dosłownie wyplułem. – Aha, no i masz pozdrowienia od Czesia… A tak swoją drogą, to czemu mały pogryzł Marcelę, a ciebie nie? Przed martwymi chowasz się tak samo jak przed żywymi?

Kazik milczał, wyraźnie wstrząśnięty. Przeszło mi przez myśl, że może naprawdę nie zdawał sobie sprawy, iż rozmówiliśmy się już z jego żoną i wnukiem. Jak jednak było naprawdę – tego nie dowiem się nigdy.

– Co jest, staruszku? Nagle nie masz nic mądrego do powiedzenia? – prowokowałem go dalej. – To może chociaż wyjaśnisz mi, jak to było z twoją rodziną: sami cię poprosili o tę klatkę czy zaciągnąłeś ich tu siłą, zanim wymordowałeś?

– Nie… – Budyń uniósł broń, lecz teraz już ręka mocno mu drżała. – Nie!

Co autor miał na myśli, pozostanie niestety tajemnicą, gdyż Rudy, o którym praktycznie zdążyłem już zapomnieć, mimo wszystko postanowił zostać bohaterem.

I oczywiście wszystko spieprzył.

Strzelił, praktycznie nie celując, i minimalnie chybił, a Kazik nie dał mu szansy na korektę; natychmiast odpowiedział ogniem, a przy tym, choć zdołałem wytrącić go z równowagi, okazał się znacznie lepszym strzelcem niż Snop. Dwie kule – w nerki i w prawy bark, tuż powyżej płuca – stały się dla Jacka aniołami śmierci.

Ja natomiast padłem instynktownie na ziemię i wpakowałem Kazkowi trzy pociski w pierś, zanim choćby zdążył we mnie wymierzyć. Potem zaś, gdy jeszcze drgał, aczkolwiek już bez większego przekonania, wbiłem mu nóż przez oczodół do mózgu.

Rudy, jak się okazało, wciąż żył, lecz było jasne, że nie jest to dobra wiadomość.

– Chybiłem, co? – stęknął z wyrzutem, gdy oparłem go o ścianę. – Pieprzona ręka…

– To po cholerę strzelałeś?

– Chciałem… Masz rację, trzeba ich wszystkich… – Reszta wypowiedzi utonęła w krwawym kaszlu. – Kurwa, ależ to boli… Ale przynajmniej ocaliłem ci dupę, nie? Przyznaj, palancie!

– Chciałbyś.

– Spoko, nie musisz dziękować. – Przez chwilę Jacek zbierał się na odwagę, a potem zapytał: – Jak źle to wygląda?

– A skąd mogę wiedzieć? Nie jestem lekarzem.

– I kto tu jest pizdą? No mów!

– Ech… jak by to… Mam coś przekazać twoim bliskim albo… komuś?

– A pewnie – odparł po zdecydowanie zbyt długiej chwili. – Każ im się pierdolić.

– Komu?

– Najlepiej wszystkim… – Zaczął się śmiać, lecz znów przegrał z kaszlem.

– Dlaczego „Rudy”? – spytałem, gdy wyrównał oddech. Nie żeby mnie to cokolwiek obchodziło; po prostu Jacek mimo wszystko nie zasłużył na tę krępującą ciszę, która musiałaby wybrzmieć między nami, gdyby on też zrozumiał, że tak naprawdę nie mamy sobie kompletnie nic do powiedzenia.

– Co?

– No skąd ta durna ksywka?

– Za dzieciaka miałem… mia… miałem… jasne… jaśniejsze włosy. Takie…

– Cholera, wiedziałem! – Nagłym, silnym pchnięciem wbiłem mu nóż w skroń. – To po prostu musiała być jakaś taka bzdura…

Zamknąłem Rudemu powieki i podniosłem się powoli – starość nie lubi pośpiechu – a potem uczciłem go minutą ciszy (w rozumieniu bardzo umownym).

Czy miał jeszcze szanse? Miałby, z pewnością, ale nie w Pchlim Targu i nie za tych parszywych czasów. Szybka, bezbolesna śmierć, i to zanim naprawdę zaczął się bać, była najlepszym, co mogło go jeszcze spotkać.

* * *

„Święta rodzina”, pobudzona hałasem i zapachem krwi, sama cisnęła się do drzwi, ułatwiając mi tym samym robotę.

Trzykrotnie pociągnąłem za spust, dając im szansę na prawdziwe zbawienie, a gdy było po wszystkim, zarzuciłem na ramię strzelbę i zaanektowałem pistolet Kazika – jakieś stare, postkomunistyczne gówno, które przy pierwszym strzale eksplodowałoby temu popaprańcowi w ręku, gdyby świat był choć trochę bardziej sprawiedliwy – a potem obmacałem jego kieszenie; w końcu za darmo nie pracuję.

W jednej z nich, ku swojemu zaskoczeniu, znalazłem niemal zabytkowy, ale wciąż działający telefon. Odblokowałem go, przejrzałem spis połączeń oraz wiadomości i uśmiechnąłem się krzywo – nareszcie jakiś uśmiech losu.

Chwilę później siedziałem już w ciągniku.

Czekałem.

A gdy naprzeciwko, na placu przed domem Budyniów, pojawił się tłum zbrojnych durniów prowadzonych przez proboszcza, silnik zetora zaryczał potężnie.

 

Koniec

Komentarze

Przeczytane.

Moją opinię znasz. Tu napiszę jeszcze, że klikable.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Dziękuję za opowieść! Bardzo dobra. Western. Lekuchno przypominają mi się bieszczadzkie i kaszubskie wsie, innych nie znam. Ostatni sprawiedliwy. 

Mam nadzieję, że tak krótki komentarz wystarczy, aby zwrócić się o klik. Dłuższy, kiedy indziej, a teraz pora zaryglować drzwi i spać.

 

Edit: Podzielam zdanie Reg (poniżej), prócz zdumiewania, ponieważ nie znam wielu Twoich opowieści. Ta jest prawdziwa i mięsista. Podobała mi się, pomimo tego, że występowały w niej Zombi, a ich nie cierpię. Poza tym zauroczyły mnie postaci z krwi i kości. O takich lubię czytać i dowiadywać się, jak radzą sobie z tym światem.

pzd srd:), a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

W pierwszej chwili miałam wrażenie, że nawiązujesz do Wędrowycza, ale po przeczytaniu całości stwierdzam, że Wędrowycz przy Heńku to dobroduszny dziadek :)

Opowiadanie wyróżnia się ciekawą narracją, która utrzymuje zainteresowanie czytelnika, mimo długości tekstu. Na początku stosujesz dość ryzykowny zabieg – bohater opowiada o świecie w dość rozbudowany sposób, ale jest to ciekawe i charakteryzuje postać Heńka. Później akcja rozkręca się coraz bardziej. Zauważyłam udane wplecenie w tekst wspomnień Heńka z areny ze szkodnikami. Podobały mi się też zwroty akcji. Dobrze, że zakończyłeś tekst właśnie w tym miejscu, przed ostatecznym starciem i opisem jatki.

Zazgrzytał mi fragment, w którym Kazik strzelił do Rudego. Skoro piszesz, że jedna z kul trafiła w prawy bark, nie trzeba dodawać, że powyżej płuca. Wydaje się to oczywiste, że nie dałoby się trafić w bark poniżej płuca. Jeśli druga kula trafiła w nerki, Rudy musiałby stać tyłem. Inaczej dostałby najpierw w brzuch. I w jaki sposób Heniek wbił nóż w skroń człowieka? Ostrze nie ześlizgnęło się po czaszce?

To są tylko szczegóły, całe opowiadanie uważam za bardzo dobre. Nie napisałam jeszcze o humorze, który czasem balansuje na granicy dobrego smaku, ale przy takich bohaterach jak Heniek czy Rudy jest to w pełni uzasadnione. Poza tym, tekst bardzo dobrze i szybko się czyta. Biegnę nominować.

Podobało się. Bardzo! Świetnie napisane. Bardzo podobają mi się zwłaszcza dialogi. O ile większość opowieści o zombiakach bywa, jak by to powiedział Heniek: “do zesrania nudna”, to Twoje opowiadanie nudne zdecydowanie nie jest. Sporo przekleństw ale rozumiem, że to charakterystyczne dla bohaterów i wprowadza dość ciekawy klimat. Same postacie – miodzio, a Heniek… powala mnie jego pragmatyzm ;)

Z początku niespecjalnie…” –> brak spacji po poprzedzającej kropce.

Trochę nie pasował mi zwrot “jeszcze bardziej bezproduktywnie”, choć wiem co Autor miał na myśli.

Proszę o więcej. Pozdrawiam.

Bardzo wciągające, doskonale się czytało. Nie przepadam ani za zombie, ani za postapo, a tu wciągnęłam się całkowicie.

Nie pierwsze to moje spotkanie z Heńkiem, a że poznałam go dość dawno, ucieszyłam się, że dostał kolejne życie na tej stronie.

Cieniu, chyba nie przestaniesz zdumiewać mnie umiejętnością opisywania kolejnej historii w sposób, jakbyś był członkiem społeczności, w której rzecz się rozgrywa. Twój Heniek jest autentyczny i przedstawiony tak, jakbyś czerpał z własnych doświadczeń i spotkań z zombie. To samo dotyczy Rudego i Budyniowej… A piszesz o szkodnikach tak lekko i przystępnie, że – choć nie lubię opowieści o zombiakach – czyta się to z przyjemnością tym większą, że znalazłam tu stosowną dawkę humoru naprawdę niezłej jakości. Nawet wulgaryzmy, choć ich nie szczędzisz, w ustach Heńka i Rudego brzmią całkiem właściwie i naturalnie, i myślę sobie, że gdyby tekst był ich pozbawiony, Szkodnikom czegoś by brakowało.

Piąty klik był mój.

 

(choć w moim wieku to już aku­rat…marny in­te­res). ―> Brak spacji po wielokropku.

 

Gdy od­ro­bi­łem się ze spra­wun­ka­mi… ―> Chyba miało być: Gdy ob­ro­bi­łem się ze spra­wun­ka­mi

 

o ten…in­cy­dent na are­nie? ―> Brak spacji po wielokropku.

 

– Hmmm…– Muszę przy­znać… ―> Jak wyżej.

 

Nie żyje…To zna­czy: ―> Jak wyżej.

 

Od­strze­li­łem gów­nia­ka, wiesz prze­cież. ―> Czy gówniak jest celowy, czy to literówka?

 

szko­łę ma­ni­pu­lo­wa­nia na­iw­nia­ka­mi.Z po­cząt­ku… ―> Brak spacji po kropce.

 

– Kazik…– wy­chry­pia­łem. ―> Brak spacji po wielokropku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć wszystkim.

Nim szarpnę się na indywidualne odpowiedzi, poświęcę chwilę problemowi zaginionych spacyj, bo jest on cokolwiek nurtujący. Tekst wklejałem z pliku, który poszedł do Insignis jako wersja finalna opowiadania, więc trochę się zdziwiłem i sprawdziłem w źródle – wzmiankowanym pliku właśnie – i okazało się, że niemal wszystkie te błędy znalazły się również i tam, co jest wysoce niepokojące. Tylko w jednym wypadku (…szkołę manipulowania naiwniakami.Z początku…) to tutejszy edytor nie rozdzielił mi akapitów. Będę musiał sprawdzić, czy w druku też znalazły się te buble, ale tutaj, tak czy inaczej, zostały wyeliminowane. Dziękuję za zwrócenie mi na nie uwagi.

Okej, to po kolei.

Grv, tak, znam. I dziękuję. Za klika również.

 

As, ja również dziękuję. Fajnie, że opowiadanie Ci się, że bohaterowie również, a najbardziej, że to wszystko mimo zombie, których nie cierpisz. Dla mnie, jako pisarza, to jest największa pochwała.

 

ANDO, dziękuję za chęci biegnięcia z nominacją i mam nadzieję, że Loża zdąży stworzyć stosowny wątek, nim zapomnisz gdzie i po co tak pędzisz.^^

Co do Twoich zgrzytów, to z nerkami masz absolutną rację, tu się kajam (nie poprawiam jednak, bo skoro nerki są na papierze, to muszą pozostać i tutaj – w moim odczuciu za późno na takie zmiany). Jeśli chodzi o bark, to również jestem skłonny się zgodzić z Twoim zastrzeżeniem, aczkolwiek pragnę też zauważyć, że użyłem słowa “tuż powyżej”, a bark – wbrew pozorom – jest dość rozległy, więc tu kula mogła trafić np. w wyrostek barkowy, który tak bardzo – bardzo bardzo – blisko płuc już nie jest.

Jeśli chodzi o wbijanie noża w skroń, to wydaje mi się to całkiem niezłym pomysłem (oczywiście w sytuacjach, kiedy chce się wyeliminować zombie bądź prawie-że-zombie; na ludziach nie zdradzających symptomów sugeruje się jednak nie testować tego typu zabiegów), ponieważ, z tego co mi wiadomo, kości skroniowe są stosunkowo miękkie i przez to bardziej podatne na działania sił zewnętrznych niż reszta czaszki. Oczywiście nie śmiem udawać w tej kwestii autorytetu i pokornie zaczekam na opinię któregoś ze znamienitych członków obecnego tu gremium lekarskiego(mam nadzieję, że się doczekam), niemniej jestem przekonany, że nóż wbity pod odpowiednim kątem i z odpowiednią siłą (a tej Heńkowi przecież nie brakowało) przebije się przez skroń jak Niemcy przez francuską obronę w pamiętnym czterdziestym. Poza wszystkim, pozwolę sobie dodać, zabijanie zombiaków nożem wbitym w czaszkę, zazwyczaj skroń właśnie, jest nieodzownym elementem każdej porządnej z-pokalipsy, więc i ja nie mogłem zostać z tyłu. Ot, swoisty hołd dla klasyków gatunku.^^

Z porównaniami do Wędrowycza – którego chyba (CHYBA) nawet nie znałem jeszcze, kiedy napisałem pierwotną wersję tego tekstu – już się spotkałem i owszem, ale nadal nie do końca wiem, jak się z nimi czuć. Z jednej strony na pewno fajnie, bo i Jakub fajny je, a przy tym znany i lubiany, ale z drugiej… No nie wzorowałem się na nim w żaden (świadomy) sposób i już na pewno nie starałem się kopiować p. Pilipiuka; czy to pomysłami, czy to stylem (który, że się pochwalę opinią osób trzecich, w moim wypadku jest podobno znacznie lepszy ;), więc wiesz… Generalnie jednak takie porównania jak to Twoje tylko cieszą.

Bardzo dziękuję za rozbudowany komentarz i ciekawe spostrzeżenia.

 

Peterze, dziękuję i bardzo się cieszę, że opowiadanie trafiło do Ciebie zarówno stylem, postaciami jak i fabułą, oraz – a nawet: przede wszystkim – że naprawdę dobrze się przy nim bawiłeś. Bo to najważniejsze. Dzięki również za łapankę. Mam nadzieję, że będzie jakieś “więcej”. Niekoniecznie Heńka (choć nie wykluczam), ale… pożyjmy, zobaczmy. Tymczasem mogę nieśmiało zaproponować Ci kilka innych moich opowiadań zamieszczonych na portalu – poza SOK chyba żadne nie znalazło się w druku, ale, podobno, są niezłe.^^

 

ninedin, Tobie również dzięki za wizytę i komentarz. Jak w przypadku Asylum, bardzo mi miło, że – mimo nieodpowiedniej dla Ciebie tematyki – opowiadanie przypadło Ci do smaku.

 

Reg, o ile pamięć mnie nie myli, wcześniej miałaś styczność ze znacznie krótszą i nieco jednak inną wersją tego tekstu, prawda? Jeślim praw, to mam nadzieję, że zapoznawanie się z przygodami Heńka niejako na nowo sprawiło Ci tyle samo radochy, co za pierwszym razem (bo wtedy też Ci się podobało i też nie lubiłaś zombie, prawda?).

Wiesz, wcielenie się w złośliwego wieśniaka w moim wypadku wcale nie było takie trudne. Jeszcze łatwiej, prawdę mówiąc, przyszło mi wchodzenie w skórę gderliwego dupka. A połączenie tego wszystkiego w jedną postać – no bajka.^^ Ergo, może trochę mnie jednak przeceniasz.

Serdeczne dzięki za łapankę i super, że tak jej w sumie niewiele.

 

Za bibliotekę zbiorcze “dziękuję” Wam wszystkim.

 

Peace!

 

EDYTA:

Reg, zapomniałem – “odrobiłem” jest tutaj właściwym słowem (przynajmniej w takiej wersji funkcjonuje ten zwrot w moich stronach i ma on, przynajmniej dla mnie, więcej sensu niż “obrobiłem” – bo pewne rzeczy, jak zadania – np. te do wykonania w polu – się odrabia, nie obrabia), a i “gówniak” nie jest żadną literówką.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

A i owszem, Cieniu, pamięć Cię nie myli.

Pierwszy raz czytałam Szkodniki chyba jakieś cztery lata temu i wtedy, o ile mogę polegać na własnych wspomnieniach, tekst był znacznie krótszy. Jednakowoż niezmiernie się cieszę, że w międzyczasie przybrał na objętości i trafił do druku.

Dodam, że czytanie o poczynaniach Heńka sprawiło mi mnóstwo przyjemności i to po wielokroć. ;)

I choć zdaję sobie sprawę, że pisanie w pewnych klimatach sprawia Ci wiele radości, to nie wydaje mi się, abym przeceniała Twoje umiejętności. :)

 

Cieniu, z pełnym zrozumieniem podchodzę do użytych przez Ciebie słów: odrobićgówniak, i przyjmuję do wiadomości, że ich znaczenie w różnych regionach kraju nie jest jednakie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

na pewno nie starałem się kopiować p. Pilipiuka; czy to pomysłami, czy to stylem

Faktycznie, styl macie inny. Poza tym, różni Was sposób kreacji świata. U Pilipiuka nawet jak kogoś zaatakuje wampir, ta osoba wstaje i nic jej nie jest. U Ciebie padają trupy ;)

Z bohaterem chodziło mi o pierwsze wrażenie, że Heniek jest podobny do Wędrowycza, ale po prostu obaj mieszkają na wsi i mają podobne hobby (mam na myśli szkodniki, nie bimber). Heniek jest oryginalnym, pełnokrwistym bohaterem. Według mnie, bardziej realistycznym niż Wędrowycz i trochę mroczniejszym.

Przepraszam bardzo że się upierdliwiam, ale Glocka 17 nijak się nie da w normalny sposób zabezpieczyć. Jego główną cechą jest to że zawsze jest gotowy i jedyny dostępny bezpiecznik ma w języku spustowym. Pozostałe dwa zabezpieczenia są w 100% wewnętrzne i nienastawne. Proponuję zmianę pistoletu na “Cezetkę” albo “Hakaśkę”.

 

Ursus Out!

Bogini, łaska Twoja nie ma granic, a słów słodycz grzeje serce i rozpromienia duszę pokornego sługi Twego. Tym bardziej rad jestem przeto, że zdołałem Cię zadowolić swoją literacką posługą.

 

Ando, dziękuję za rozwinięcie opinii, szczególnie, że może ona tylko cieszyć, a jednocześnie przepraszam, jeśli zabrzmiałem, jakbym próbował odpiera jakieś zarzuty; nie dopatrzyłem się takowych, a porównanie Heńka do Jakuba jest dla mnie jak najbardziej zrozumiałe.

 

geepee75, przepraszać za to, że masz rację nie musisz, a nawet nie powinieneś. Jakkolwiek nie mogę zmienić już tego glocka (skoro tekst w takiej a nie innej formie trafił na papier, tutaj poprawiać go sensu nie ma; czy chcę czy nie, muszę żyć z wszystkimi jego błędami; inna kwestia, że ja bym raczej poprawił ten jeden fragment – ciach ciach – a nie zmieniał glocka w całym tekście na inną broń), bardzo Ci dziękuję za zwrócenie uwagi na tę gafę. Tuszę, że dla większości czytelników nie jest to wielki zgrzyt, ale i tak mi wstyd, zwłaszcza że podczas pisania (czy raczej modyfikowania opowiadania pod druk) robiłem dość porządny research, jeśli chodzi o broń i inne kwestie techniczne, i naczytałem się całkiem sporo o tych pistoletach.

Dzięki za przeczytanie i komentarz. Mam nadzieję, że mimo wszystko opowiadanie Ci się podobało.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Przesadzasz, Cieniu, przesadzasz z tą czołobitnością i maskowaniem własnych zasług, podczas gdy ja naprawdę bardzo się cieszę, że mogę Cię czytać. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Więc wszystkie strony zadowolone.^^

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Niby tekst o zombie, a… Mimo iż przez te “zombiaki” podchodziłam do Twojego opowiadania mocno nieufnie, cóż, lektura okazała się niesamowicie wciągająca i przeczytałam historię o szkodnikach do ostatnich słów z przyjemnością i zainteresowaniem. Bardzo dobrze wykreowani bohaterowie, zgrabne dialogi i super klimat. Zdecydowanie popieram piórkową nominację.

Zapomniałaś wspomnieć o niesamowitym poczuciu humoru i literackim geniuszu.^^

 

A tak zupełnie serio serio serio, to bardzo dziękuję za poświęcony czas oraz nominację i niezmiernie się cieszę, że Szkodniki, mimo wszystko, przypadły Ci do móóóózzzzguuu… ekhem, do gustu.

 

Kłaniam się pięknie,

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Tak na serio, to bardzo Ci zazdroszczę, może nie poczucia humoru, bo ja też jakieś tam mam, ale dozowania tego humoru w tekście w wyjątkowo umiejętny sposób, że opowiadanie na nim nie traci, ale wręcz zyskuje :)

<3

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Zastanawiałem się, czy stać mnie na jakiś ciekawy, rozbudowany i merytoryczny komentarz (i w miarę rozsądny) bo od jakiegoś czasu moce i możliwości mojego umysłu znacząco opadły, aż do poziomu jego impotencji, więc wysmażenie konkretnego komentarza (nie mówiąc już o napisaniu czegoś twórczo, to już zupełnie poza zasięgiem) wysiłkiem jest znaczącym. 

Może gdyby tak pożreć jakiś mózg, czy dwa… 

Tak czy owak zacznę od:

Bawiłem się znakomicie. 

To w zasadzie mogłoby wyczerpać temat, ale spróbuję się trochę postarać :-) 

Przede wszystkim – plus za nieco odmienne podejście do plagi zombi. Żywotrupizm przerabiany był już na bazylion sposobów, wliczając w to nawet, o zgrozo, romans paranormalny w stylu "Zmierzchu". Jednak praktycznie za każdym razem, gdy zombizm osiągał zasięg globalny, była totalna rzeź, mroczna apokalipsa, świat w ruinie, rozpierducha, Korwin-Mikke w rządzie. U Ciebie jednak zombiastyczna zaraza, owszem, zmieniła świat i wiele z rządzących mim zasad, ale nie rozwaliła rzeczywistości na kawałki, a same żywe trupy, mimo że niebezpieczne i skrajnie upierdliwe, nie są niczym więcej, niż paskudnymi szkodnikami. Z którymi (albo raczej obok których) można nauczyć się żyć. No i jakoś się żyje – społeczeństwo działa, państwo i system też jako tako – tylko wszystko trochę tak zdziczało, na zasadzie Dzikiego Zachodu, ale polska wieś nie takie trudności już przechodziła. I to jest fajne w Twoim tekście – po co straszyć od razu końcem świata, my sobie przecież jakoś z tym końcem poradzimy. 

Jest w "Szkodnikach" mnóstwo luzu i humoru, i bardzo dobrze, z dwóch powodów. Po pierwsze, bardzo lubię, gdy o rzeczach zupełnie niewesolych opowiada się z dystansem i dowcipem. Po drugie, gdyby nie ów humor, tekst byłby okropnie przegadany. Czy to w momentach, gdy Henio opisuje swój świat i przeszłe wydarzenia, czy w scenach akcji – że tak się wyrażę – detalistyczna narracja, szczegółowa, niewiale pozostawiająca wyobraźni, do tego podparta skomplikowanymi, bardzo złożonymi zdaniami, powoduje, że "Szkodniki" mogłyby nudzić. 

Właśnie – mogłyby. W istocie jednak… 

No dobra, znowu muszę zająć się milijonem innych rzeczy, telefon trzeba będzie zaraz ładować, a wtedy strona mi się przeładuje i ch… bombki, to jest komentarz, strzeli. Bardzo więc przepraszam, muszę kliknąć "gotowe" i dodać to, co mam. Reszta później. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Czekam Cię zatem z niecierpliwością, cny mój gościu.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Okej, wracam! 

O czym to ja… Aha. Muszę przyznać, że gdzieś w okolicy zamieszania w klatce do walk zombi, miałem lekki kryzys – no fajnie, świetnie się to czyta, ale czy to do czegoś prowadzi? Będzie tam opowiedziana jakaś historia, czy przez cały tekst narrator ma zamiar, w dowcipny i zasakajujaco elokwentny sposób opisywać pokręconą rzeczywistość? Na szczęście, gdy po rozmowie z Rudym zawiązała się akcja, rzecz stała się znów interesująca, a opowiadanie nabrało rumieńców. Ewentualnie trupiobladych zieleńców, zależnie jak na to patrzeć. 

Oczywiście tekst Henrykiem i jego narracją stoi. A właściwie Twoim stylem i sposobem opowiadania. Jak już pewnie wspominałem, gdyby lektura nie sprawiała przyjemności na poziomie pojedynczych zdań, tekst dłużyłby się niemiłosiernie. A tak, jest naprawdę fajnie. 

Co prawda przyszło mi do głowy, że w tym jak i co Heniek mówi, mnóstwo jest (fajnego) luzu a mało naturalności – niezależnie od okoliczności i nasycenia języka niezbyt wysublimowanymi wulgaryzmami, riposty Henryka są zawsze natychmiastowe, uwagi celne i dowcipne, a wypowiedzi na swój sposób elokwentne. Przypomina to trochę te seriale kryminalne, gdzie para bohaterów w każdej sytuacji, nad nieswieżym trupem, w kawiarni, czy w środku strzelaniny potrafi prowadzić zabawną i niezwykle inteligentną rozmowę, przy pomocy precyzyjnie i elokwentnie skonstruowanych wypowiedzi, pełnych trafnych i wiele znaczących odniesień pop(i nie tylko) kulturowych. I to z prędkością, która powoduje, że lektor musi opuszczać połowę tekstu… 

Oczywiście nie twierdzę, że inteligencja, wiecznie zimna krew Henryka i kunsztownie skonstruowana (choć niby stylizowana na wiejskio-prostą) narracja z jego punktu widzenia to wada tekstu. Po pierwsze – taka konwencja, a po drugie, gdyby zrobić to "na serio", powstałby przeciętny horror, a sam tekst byłby ciężki i niestrawny jak mózg komunisty. 

Pojawia się więc refleksja – co by zostało, gdyby tekstowi zabrać świetny, cieniowy styl? Świat by został, całkiem zresztą fajny przez "swojskość" oraz, jak na początku wspominałem, noszący pewne znamiona oryginalności (nie jakieś wielkie – wszak to wciąż o pladze zombi, a poszczególne motywy – arena walk żywych trupów, religijne szaleństwo itd. wałkowane były po wielokroć). Henryk by został, choć zapewne nie wzbudzałby już sympatii. Emocje jakieś by zostały, choć wiele tam ich nie ma. Fabuła by została, choć trudno nazwać ją złożoną, zaskakującą, porywającą czy arcyciekawą. Czy byłby to wciąż dobry tekst? 

Okej, mogłoby się w takim razie wydawać, że tekst jest świetnie napisany, ale poza tym, to raczej taki sobie. Lecz z drugiej strony (zawsze musi być jakaś druga strona, dlaczego, do cholery, nie umiem myśleć jednotorowo i postrzegać świata z wygodnymi klapkami na oczach?) wszystkie elementy znakomicie do siebie pasują. Wliczając w to prostą, skromną i mało odkrywczą fabułę. Bo punkt widzenia jest skrajnie lokalny, nie globalny. Czy byłoby lepiej, gdyby bohater ratował świat, odnajdywał przemyślnie ukryty lek przeciw zombizmowi, plątał się w skomplikowane, rządowe spiski, odkrywał tajne zależności i związki tego z tamtym, a może nawet owamtym, i czort wie co jeszcze? Nie. To "apokalipsa" zombi z perspektywy Pchlego Targu, więc w zupełności wystarczy, gdy protagonista skopie tyłki paru miejscowym, niebezpiecznym popaprańcom, trochę zarobi, a przy tym uratuje swą wieś przed outbreakiem. Będąc do tego, zgodnie z konwencją, inteligentnym, poczciwym skurwielem. 

Zatem jeśli wszystko, co do tej pory napisałem jest choć trochę czytelne, konkluzja będzie jedna – nie ważne jak bardzo starałem się znaleźć słabe strony tekstu i gdzie próbowałem go ukąsić, zawsze dochodziłem do wniosku, że dobrze jest tak, jak jest :-) To świadczy o zdolnościach autora, który nie musi śilić się na literackie dzieło sztuki, by stworzyć coś wartościowego, a dobra rozrywka, podobnie jak pyszne danie, nie potrzebuje wymyślnych i oryginalnych składników. 

Czyli wystarczyłoby, gdybym napisał "Świetnie się bawiłem" bo to w zasadzie wyczerpuje temat :-) 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Thargone, mam jedną taką małą prośbę na przyszłość; tycią a niewielką – daj, proszę, znać, kiedy moce przerobowe Twojego umysłu wzrosną chociaż do poziomu potęckich (tak, wiem, nie ma takiego słowa) podrygów. Natenczas też wrzucę jakieś opowiadanie, a potem będę przekupywał kogo trzeba, by znów dostać nominację i – tym samym – zmusić Cię, byś podrygnął umysłowo w mojej intencji. Bo skoro tak wygląda Twoja twórczo-komentatorska impotencja, to coś mi mówi, że w szczytowej – a nawet: szczytującej^^ – formie możesz zabić. Ale jakaż to będzie śmierć! I jakie zombiewstanie! Chcę!

 

Tymczasem dziękuję Ci za obszerny, wnikliwy i niezmiernie ciekawy, a przy tym miły mej duszy komentarz. I rad jestem niezmierzenie, iż bawiłeś się na tyle dobrze podczas lektury, że aż na nowo poczułeś w sobie tę MOC. Bo poczułeś. I niech będzie ona z Tobą teraz i na wieków wieki.

 

Peace!

 

P.S.

Nie obiecuję, że wrócę z jakąś bardziej merytoryczną polemiką, albowiem polemizować chyba nie mam z czym. Teraz, tak czy inaczej, mus mi iść dalej.

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Czytało się fantastycznie. Nie lubię tekstów o zombiakach, ale Twoje podejście jest świeże i po prostu przyssało mnie do tego opka. Napisane tak, że czyta się samo, na niczym się nie potykałam. Pomysł kompletnie odjechany, niesamowity. Kurcze, to był naprawdę kawał dobrej lektury. :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Hej,

świeże zombie powiadasz?^^

Dziękuję Ci bardzo za odwiedziny – zwłaszcza że przysiadłaś do, było nie było, sporego kloca o tematyce, której nie lubisz – i miły komentarz. Cieszę się niezmiernie, że ryzyko się opłaciło. Cóż jeszcze mogę dodać? Chyba tylko jedno – nie ufaj mielonce.^^

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cześć, Cieniu :)

Jestem usatysfakcjonowana lekturą, choć nie zachwycona.

To, że czyta się Ciebie z przyjemnością, to jasne, bo czuć tę przyjemność, jaką Ty masz przy pisaniu. Te Twoje złożone zdania z mnóstwem wtrąceń, humorem i doskonałą melodią to po prostu bajka – wyobrażam sobie jak łapiesz takie słowa i się nimi bawisz. 

Tylko być może za bardzo mnie przyzwyczaiłeś do takich zabaw we wszelkich Twoich pisanych wypowiedziach i gdy znajduję je w opowiadaniu, to za mało, żeby mnie to absolutnie urzekło i szukam czegoś więcej, czego tutaj nie znalazłam wystarczająco dużo, żeby było wow. Bohater jest wyrazisty, owszem, ale odpychający. Fabuła fajnie wymyślona, ale umiarkowanie – dla mnie – angażująca. Potoczystość narracji w zestawieniu z czarnym humorem stworzyły, nie wiem czy zamierzenie, dystans jeśli chodzi o warstwę emocjonalną. 

No fajne to, ale mnie do końca nie kupuje. Ale wiesz, ja wole wzrusz i takie tam rzeczy, przy których można se popłakać ;)

Upraszczając, forma tak, treść – nie.

No cóż, i tak wciąż jestem do przodu na Twojej opinii, bo osobiście zdecydowanie bardziej lubię to opowiadanie za jego literacką, a nie fabularną stronę (przy czym nie wiem, czy w ogóle mogę powiedzieć, że w ogóle lubię ten – czy jakikolwiek inny – mój tekst; byłaby to opinia co najmniej ryzykowna). Fakt faktem, historia jest dość prosta. Bardzo mnie cieszy, że dla wielu osób ma w sobie element oryginalności (i kto wie, może faktycznie tak jest?), ale tak – jest prosta po prostu, więc rozumiem, że można czuć niedosyt. Zwłaszcza jeśli… no nie, nie będę powtarzał za Tobą, bo znów się zarumienię. W każdym razie wszystkie Twoje słowa od “To, że…” do “znajduję je w opowiadaniu” są z gatunku tych, które głaskałoby się za uchem, gdyby tylko miały uszy.^^

Potoczystość narracji w zestawieniu z czarnym humorem stworzyły, nie wiem czy zamierzenie, dystans jeśli chodzi o warstwę emocjonalną. 

Ja bym się tego dystansu bardziej dopatrywał w samym Heńku. A Heniek jak jest, każdy widzi. Nie ma chyba więc co się dziwić, że taki typ nie gra na emocjach, tylko na wydrążonych ludzkich czaszkach. Ergo – chyba tak, ten dystans jest zamierzony. I tak, wiem, że to niekoniecznie schemat dla Ciebie, więc z tej części komentarza, która na bezczela łechta moje ego, niezmiernie się cieszę, natomiast tę drugą, mniejszą, przyjmuję do wiadomości.

Bardzo dziękuję za wizytę i komentarz. I za to, że, mimo wszystko, dobrnęłaś do odległego przecież końca.

 

Peace!

 

 

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Jacek ostrożnie odblokował zasuwę i zerknął rzez okienko.

 

Potoczystość w prowadzeniu tego opowiadania zadziałała moim zdaniem jak miecz obosieczny. No bo, o matko, jak to się dobrze czyta. Zdania złożone jak koszula prosto z pralni, metafory o pięć klas lepsze niż powyższa i wtrącenia, nawet jeśli czasem masywne, to nijak to wszystko nie przeszkadza w odbiorze sensu. Przekaz na poziomie akapitów wygląda spójnie, wydaje się wręcz szyty na miarę, ale szerzej? Przyznam, że nieco się zgubiłem w pierwszej połowie. Po przeczytaniu ładnych paru tysięcy znaków, nie bardzo potrafiłem wskazać, o czym ten tekst właściwie jest. Zmęczyła mnie masywna ekspozycja – a raczej ekspozycja sprawiająca wrażenie masywnej, bo przecież nie dzieje się znowu aż tyle, nie są poruszane nie wiadomo jakie wątki, jednak wszystko zostało obgadane dookoła, a to zużywa znaki. I tak błądząc trochę po dygresjach, gdzieś zagubiła mi się króciutka wzmianka o księdzu Konopce z samego początku. A była kluczowa przecież, wszak wokół tej postaci kręci się później rewelacyjny motyw religijny. Pod koniec pojawia się obszerny fragment przybliżający podłoże konfliktu na linii Heniek – ksiądz i moim zdaniem dużo czytelniej byłoby umieścić go wcześniej, może nawet na samym początku, zamiast tej krótkiej wzmianki. Naprawdę łatwo było mi ją przeoczyć.

Jeszcze dwa słowa o tej potoczystości. Jakkolwiek podziwiam i zazdroszczę tej lekkości w snuciu słów, zdań, historii, tak przyznam też uczciwie, że przesadnie zachwycony nie jestem, wszak używasz dokładnie tych samych sztuczek w swoich nieliterackich wypowiedziach, na przykład tu na forum. W tej uwadze nie ma absolutnie nic konstruktywnego, bo prawdopodobnie ktoś niezaznajomiony z tym wszystkim, będzie pod wrażeniem, jak i ja byłem, gdy zaczynałem obcować z Cieniowymi słowotryskami. Nic nowego mnie jednak nie urzekło.

Bohater antypatyczny, zarozumiały i trochę też przekokszony. Ja rozumiem, że doświadczony przez życie, że przez to jest zmierzły, że się dostosował i nauczył radzić w trudnym świecie. Ale ostatecznie wszystko wychodzi na jego, też trzyma inne postaci na bezpieczny dystans gorzkiej ironii i mało kiedy przełamuje tę pozę, o ile w ogóle. Postać Rudego natomiast IMO rewelacyjna, naprawdę było go szkoda na koniec. Babka, jej mąż omamieni kultem – też świecą jasno. Tylko ten Heniek na mój gust jest zbyt fajny. :p

Końcówka aż mi się prosiła o pociągnięcie o konfrontację z księdzem i jego ludźmi. Ja wiem, że to pochłonęłoby kolejne tysiące znaków i ich suma ostatecznie okazałaby się pewnie sześciocyfrowa, ale pasowałoby mi takie zamknięcie i tyle.

I jeszcze tytuł. Zważając chociażby na tytuły wątków lożowych x lat wstecz, czuję się nieco oszukany. ;)

 

Bardzo przyjemnie napisane. Przez tekst się nie tylko płynie, ale wręcz spada jak z wodospadu (o rety, dawno nie wymyśliłem równie grafomańskiego porównania; w sumie nie wiem, czemu to piszę, ale to tekst Cienia, więc długi komentarz jak najbardziej pasuje). W każdym razie świetnie wykreowana rzeczywistość, bardzo swojska, wiele ciekawych obserwacji. Główny bohater naprawdę ładnie wyszedł, choć w końcówce opowiadania trochę odpuszczasz i wrzucasz go w ramiona sympatii czytelników, choć wcześniej dość konsekwentnie strugałeś go na antypatycznego drania. Sama historia niezła, choć w sumie grana na znanej nucie. Początek wydaje się bardziej oryginalny, od wejścia do domu już mniej – wątek fanatyzmu religijnego w czasach, hmm, trudnych, jest poruszany dość często. 

W każdym razie gratuluję druku :)

Jaśnie Panie – dzięki za obszerny i ciekawy komentarz. Błąd zaraz poprawię (kolejna rzecz do sprawdzenia na papierze… jak tylko odzyskam papier).

Zasadniczo biorę na klatę wszystko, prócz jednej rzeczy – otóż zupełnie nie poczuwam się do winy skuli tego, że przeoczyłeś wzmiankę o Konopce. Rozumiem, że z czasem – może nawet dość szybko^^ – świadomość tego facecika może utonąć w całej historii i dopiero potem wrócić, wraz z rozwojem akcji, ale faktem, że go “przeoczyłeś”, skoro jest dość jednak mocno zaznaczony jako motyw przewodni całego opowiadania, i to już na początku, gdzie jeszcze nie ma szans utonąć w “Cieniowym słowotoku”, jestem zaskoczony (w pierwszej wersji tekstu faktycznie cały ten wątek był rozpisany już na początku, ale raz, że jednak za dużo było przegadywania, a za mało akcji – tak, wiem, wiem… – dwa, że z czasem przestało mi to tam pasować do czegokolwiek, a trzy, że w moim odczuciu – które pozostaje w mocy i do teraz, mimo Twoich zastrzeżeń – jako punkt wyjściowy w tej a nie innej formie, takie otwarcie jest po prostu okej).

Heniek nigdy nie miał być fajny – a tym bardziej zbyt fajny – i przedobrzony. No, może trochę, ale… Bez większego problemu potrafiłbym wymienić co najmniej kilku ludzi z moich stron, którzy raczej nie zostaliby za nimm ani na pół kroku. Znam też ludzi o bardziej nieprzyjemnych jeszcze niż Heńkowy charakterach. Przy czym, oczywiście, niekoniecznie są to jedne i te same osobistości. Inna rzecz, że poprzez “swojskość” Apokalipsy w Pchlim Targu tonowałem też samego Heńka (może dlatego właśnie nie ma finału na milion fajerków). No bo, tak naprawdę – przynajmniej podczas wyprawy do Budyniów – wciąż zostaje daleko z tyłu za pierwszym z brzegu Rambo czy innym Schwartzeneggerem (albo choćby za Nicolasem Cagem w takiej “Mandy” ;). Nie biega, nie skacze, nie zabija hordy zombie sześciostrzałowcem z pięcioma kulami w bębenku…

No i – tak po namyśle – to jeszcze nie bardzo jednak rozumiem zależność w tym fragmencie (albo, inaczej rzecz ujmując, po prostu nie wiem, co tu jest zarzutem i dlaczego):

Ja rozumiem, że doświadczony przez życie, że przez to jest zmierzły, że się dostosował i nauczył radzić w trudnym świecie. Ale ostatecznie wszystko wychodzi na jego, też trzyma inne postaci na bezpieczny dystans gorzkiej ironii i mało kiedy przełamuje tę pozę, o ile w ogóle.

 

Natomiast uwagę niekonstruktywną – mimo że te “sztuczki” jednak ciut zabolały – w całości przyjmuję jako komplement. I za ten komplement dziękuję.

Generalnie rad jestem niezmiernie, że – koniec końców – Twój komentarz mogę uznać pozytywny.

 

 

Zygfrydzie,

a mnie się tam to Twoje porównanie podoba.^^

Tak, na koniec uczłowieczam Henryka, ale (chyba?) tylko trochę. W każdym razie taki miałem zamiar: ukazać jego zmiękczenie jedynie jako przelotne wrażenie, takie na ćwierć gwizdka co najwyżej, może wręcz ułudę. W każdym razie nic, co załamywałoby tę konsekwentnie budowaną charakterystykę postaci; nieśmiało z nią polemizowało, i owszem, ale nic ponadto. A czy – i jak – mi wyszło, to już nie mnie sądzić.

Dziękuję za wizytę, komentarz i gratulacje.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

nie bardzo jednak rozumiem zależność w tym fragmencie

Zważając na daty dodania naszych komentarzy zabrzmi to może trochę abstrakcyjnie, ale uwierz mi na słowo, że stukałem ten mój już bardzo późną porą i coś mogło mi się popieprzyć. “Ale” jest oczywiście zbędne.

 

faktem, że go “przeoczyłeś”, skoro jest dość jednak mocno zaznaczony jako motyw przewodni całego opowiadania, i to już na początku, gdzie jeszcze nie ma szans utonąć w “Cieniowym słowotoku”, jestem zaskoczony

Mocno? Konopka pojawia się dwa razy: w drugim akapicie i jakiś czas dalej jest napomknięty (“z wyjątkiem może kościelnych Konopki”). Przy rozbuchanej ekspozycji meandrującej od etiologii powstania szkodników, przez sytuację polityczną, po prozę dnia codziennego (tu znowu: sklepowy asortyment, relacje międzyludzkie we wsi, biznes z pokazowymi walkami, itd.), fakt że religia również ewoluowała w jakąś skrzywioną stronę staje się na tyle oczywisty, że nijak nie wybija się na przód i nie sugeruje, że jakikolwiek nacisk został położony właśnie na tę kwestię – bo przykryła ją cała masa innych. Dlatego też uprę się, że fragment zarysowujący motywy sekty powinien znaleźć się bliżej początku, choćby po to, by nazwisko Konopka padło więcej niż te marne dwa razy. Kwestii postapokaliptycznego życia poruszono multum, nim zaczęło się wyjaśniać, do czego to wszystko zmierza i byłem autentycznie zaskoczony widząc jakiegoś Konopkę. Inna sprawa, tekst jest długi, a ja nie miałem luksusu czytać go na raz.

 

Bez większego problemu potrafiłbym wymienić co najmniej kilku ludzi z moich stron, którzy raczej nie zostaliby za nimm ani na pół kroku. Znam też ludzi o bardziej nieprzyjemnych jeszcze niż Heńkowy charakterach.

Podli ludzie istnieją i jest to truizm. Tylko czy taka osoba nadaje się na głównego bohatera? Ludzie potrafią trzymać maskę zajebistości wobec obcych, a nawet bliskich, jednak zawsze myślałem, że literatura pozwala zajrzeć pod tę maskę, dostrzec coś czułego w środku. Zarzucić czytelnikowi haczyk z napisem “hej, jego da się lubić!” albo “on naprawdę ma powód, by być takim!”. Jeśli Twój Heniek po prostu mówi co myśli, nie ma rozterek czy skrupułów, to niebezpiecznie może zacząć trącać karykaturą.

 

Dodam jeszcze na sam koniec, żeby może rozjaśnić, co chciałem przekazać tymi moimi komentarzami: opowiadanie jest jakościowo bardzo dobre, drukowalne i z tego, co widzę, wydrukowane. Mógłbym napisać, że było fajne i elo, tylko co by było z tego prócz przyjemnego połechtania poczuciem satysfakcji. Myślę po prostu, że ten bardzo dobry tekst można by podkręcić w paru miejscach, by był świetny. W moich oczach, oczywiście.

 

Przeczytałam z wielką przyjemnością. :) Teskt niby nie jest niczym nowym, bo zombiaki znamy i wydawałoby się, że w sumie nie ma co więcej pisać na ich temat, ale przez Heńka, chciałoby się coś jeszcze przeczytać. Bardzo chętnie poznałabym dalszą część tej historii. Główny bohater jest sam w sobie niezwykle smakowicie przedstawiony. Zapytasz zapewne czemu smakowicie? Bo tekst wręcz się połyka, a nie tylko czyta. Bardzo mi się podobało.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Bright,

rozjaśnianie stron życia Twoim powołaniem, wiem o tym, ale wiem też, co chciałeś przekazać i w jakim tonie należy odczytywać Twoją wypowiedź. Nie czułem się więc w żadnym sensie atakowany czy “zjechany”, bynajmniej.

Tyle tylko, że tak jak byłem zaskoczony Twoim “przeoczeniem” Konopki, tak jestem nim zaskoczony nadal. Wszak pojawia się on już w drugim akapicie, więc raczej nie miał jeszcze szansy utonąć w czymkolwiek, i jest – co nadal uważam – dość wyraźnym kierunkiem nawiązania akcji. Rzekłbym nawet, że czarno na białym (co szczególnie fajnie widać na papierze ;) ten konkretny fragment mówi, o czym będzie opowiadała Heniek.

Podkreślam jednak, że w żaden sposób nie neguję Twojego odbioru tekstu, a tylko jestem nim zdziwiony.

 

Podli ludzie istnieją i jest to truizm. Tylko czy taka osoba nadaje się na głównego bohatera? Ludzie potrafią trzymać maskę zajebistości wobec obcych, a nawet bliskich, jednak zawsze myślałem, że literatura pozwala zajrzeć pod tę maskę, dostrzec coś czułego w środku. Zarzucić czytelnikowi haczyk z napisem “hej, jego da się lubić!” albo “on naprawdę ma powód, by być takim!”. Jeśli Twój Heniek po prostu mówi co myśli, nie ma rozterek czy skrupułów, to niebezpiecznie może zacząć trącać karykaturą.

Czy Heniek był podły? Osobiście nie poparłbym tego twierdzenia, ale nie mnie mówić, jak kto powinien go odbierać, czy powinien go lubić, czy nie, czy to, co dostrzega, jest maską, czy prawdziwą jego twarzą (albo raczej: na ile jest maską, a na ile nie), i wreszcie, czy Heniek jest postacią karykaturalną… No dobra, z tym ostatnim to trochę za późno, bo już wcześniej mówiłem, że wcale nie uważam Heńka za przerysowanego w żadną stronę. Ani za złego.

 

Zupełnie osobną kwestią jest próba odpowiedzi na pytanie:

Podli ludzie istnieją i jest to truizm. Tylko czy taka osoba nadaje się na głównego bohatera?

Temat sam w sobie niełatwy, bo ludziom stricte podłym nie kibicuje nikt i obowiązkiem twórcy (nie tylko autora) jest taką postać zniszczyć – im efektowniej i efektywniej, tym lepiej – by usatysfakcjonować odbiorcę (choć nie zawsze – czasem kibicuje się tym “złym”). Ale czy to czyni takie postacie niezdolne do bycia głównymi bohaterami? Moim zdaniem nie.

Bardzo często jest tak, że antagoniści są o wiele fajniejszymi, ciekawszymi i zwyczajnie lepiej skonstruowanymi postaciami niż główny, pozytywny bohater. Sztandarowym przykładem niechże będzie nolanowski Batman, którego totalnie, ale to totalnie zdeklasował zarówno oscarowy Joker Ledgera jak i równie, moim genialny Bane Hardego. Zresztą Joker sam w sobie jest postacią kultową i zdecydowanie najlepszym, co przydarzyło się DC. I nie mówię tu tylko o ostatnim filmie (który zresztą tylko potwierdza moje spostrzeżenia, i to w każdy możliwy sposób).

Albo taki Thanos z MCU – gościowi się kibicuje, bo raz, że jest zajebisty, dwa, że ma zwyczajnie rację… No, w każdym razie miał ją aż do End Game. Pytaniem otwartym jest, czy kogoś, kto dąży do unicestwienia połowy życia we wszechświecie, można nazwać “podłym”?

Zgrzeszyłbym też, gdybym w tym momencie nie nawiązał do “Szczurów Wrocławia: Kraty” Roberta J. Szmidta – tej samej ksiażki, w której znalazły się “Szkodniki”. Tam bowiem autor bohateremi jednego z głównych wątków uczynił skazanych na śmierć morderców, gwałcicieli, podpalaczy i innych straceńców, którym przewodzi totalny psychol lubujący się w skórowaniu żywcem młodych dziewczyn. I o ile w temacie Thanosa czy wielu innych złoli można by polemizować, czy są jednoznacznie podli, tak o tej ferajnie nie można powiedzieć, że są po prostu podli. Są znacznie, znacznie gorsi. A mimo wszystko świetnie się sprawdzili jako główni bohaterowie, podczas szalejącej apokalipsy zombie tworząc dookoła jeszcze jedno, w zasadzie znacznie gorsze nawet piekło. ^^

 

Jeszcze raz dzięki za przeczytanie i ciekawą dyskusję.

 

Morgianko, Tobie również wielkie dzięki za przeczytanie i komentarz. Niezmiernie się cieszę, że opowiadanie Ci się podobało, a jeszcze bardziej, że znalazłaś w nim coś “świeżego”… I że niekoniecznie są to tylko świeże zwłoki. Pokusa, by do bohaterów takich jak Heniek i do miejsc takich jak Pchli Targ wracać i wracać ponownie, jest oczywiście bardzo silna. A może by tak zbiór opowiadań? A może by tak pełnoprawną książkę? A może by tak ekranizację? Grę komputerową?^^ Tak, pokusa jest bardzo silna. Ale i wolę mam bardzo silną – robi ze mną co chce. Więc no… zobaczymy.^^

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Pchli Targ sklecił się z kilku biedachałup, otaczających carską jeszcze stacyjkę i garść przecinających się linii kolejowych

Ale garść linii kolejowych to już jest węzeł komunikacyjny na miarę co najmniej Koluszek, a nie żadna pipidówa!

 

Nowa to dla mnie sytuacja – żebym ja oceniał Ciebie – i zmuszająca przy tym do przedefiniowania na sam koniec lożańskiej kariery prywatnych zasad przyznawania piórek. Na moją niepewność najmniejszy wpływ ma fakt, że klimaty “Dożynek w Kopydłowie” to nie moja bajka. Znam Ciebie i wiem, że taki wybór to nie granda dla grandy, tylko świadoma decyzja (albo i intuicja, na pewnym poziomie wychodzi na jedno) dotycząca wyboru konwencji, i wiem również, że mogę się w którymś momencie spodziewać złamania tej konwencji. Tego twistu doczekałem się w postaci wprowadzenia wątku eschatologicznego. Inna sprawa, że jeszcze bardziej by mi spasował ten końcowy element w wersji bardziej dwuznacznej. A jeszcze inna to, czy gdybyś był dla mnie autorem anonimowym, a opowiadanie nie trafiłoby na listę nominowanych, to czy nie porzuciłbym lektury na początku, przylepiając jej łatkę wędrowyczowskiej bimber-opery.

Pewnie nie, bo jest jeszcze Twój styl. A tego jestem szczerym admiratorem (naprawdę, próbuję się uczyć takiego sposobu wplatania zdań wtrąconych czy posługiwania myślnikami). Zauważyłem jednak (i to może być dla Ciebie najwartościowsze z tych moich uwag), że w dłuższej formie, dla osoby z moją zdolnością skupiania uwagi, podobny sposób narracji staje się męczący – brakuje oddechu, łyku czystej wody, akapitu, który można przelecieć wzrokiem, po to żeby w kolejnym znowu smakować kunszt.

No i kwestia kompozycji – trochę się pogubiłem na początku, bo zapowiadałeś apokalipsę, a w drugim epizodzie ona już była dokonana (miasteczko wyludnione, żywe trupy na ulicach). Potem podjąłeś wątek (ale ja nie wiedziałem czy ten sam, czy nowy), żeby znowu skoczyć w bok dygresją o zapasach w elewatorze. I dopiero po kilku epizodach te koraliki zaczęły się nizać na jedną niteczkę.

I to są rzeczy, które budzą moje wątpliwości. A przy tym, mam jednak cały czas świadomość (jak Jednooki z Czarnej Kompanii przewidujący rzeczy po fakcie) drukowalności całości. I myślę sobie, że gdybym podjął się pisać w podobnej konwencji, to większości opowiadania mógłbym Ci pozazdrościć.

Noooo, to było długie.

Choć nie czuło się – przeczytałem za jednym zamachem, sprawnie i z przyjemnością. Czy jednak uważam to opowiadanie za “świetne”? No, niekoniecznie.

Przede wszystkim jest mega przegadane. Całe to mozolne budowanie domku z kart po to, by go zburzyć po ostatniej kropce. Bo opowiadanie się skończyło, nie ma dalszej części. Rozumiałbym taką strategię, gdybyś był Kingiem piszącym Stukostrachy czy inny Sklepik z Marzeniami, ale w przypadku zwykłego opowiadania niekoniecznie jest to potrzebne.

Akcji jest w gruncie rzeczy niewiele, a pomysł nie powala, choć opowiadanie dobrze wpisuje się w Twój gust “lepsza od dobrej historii jest dobrze opowiedziana historia”.

I to Ci się rzeczywiście udało, bo opowiedziałeś dobrze. Początek jest intrygujący, a później świetle żonglujesz tempem – fragmenty z “przeszłości” dobrze kontrastują z tymi współczesnymi, a tajemnice i niedopowiedzenia zachęcają do zapoznania się z całością.

Zakończenie jest jakie jest – mogłeś pokusić się o coś mocniejszego, jakiegoś konkretne “booom!”. Szczególnie że konsekwentna, fajna postać głównego bohatera aż by się o coś takiego prosiła.

Odnośnie technikaliów – spójrz, Cieniu, na początek tego opowiadania. Cóż tam widać? Zdublowany tytuł i Twoje nazwisko. Serio? Serio wrzuciłeś tekst tak bardzo na odwal, że nawet nie zadbałeś o wywalenie tego? Podobnie przydałoby się ogarnąć gwiazdki – winny być wyśrodkowane i oddzielone enterami dla zachowania schludności. W książce pewnie to opowiadanie wygląda nieco inaczej.

Sorry za oschły ton – piszę to raczej celem wywołania “sportowej złości”, niż z jakąś posępną, złośliwą powagą ;)

Reasumując – czytadło pierwsza klasa. Dla czytelnika, który chciałby zapoznać się z prostą historyjką o zombiakach, super sprawa. Inni czytelnicy mogą narzekać często gęsto, ale nie od dziś wiadomo, że dla wszystkich pisać się nie da, czyż nie? ;)

 

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dobry tekst o zombie – jednak na koniec niczym mnie nie zszokował.

Ale po kolei.

Lubię styl a’la “Wędrowycz”, więc stylem mnie kupiłeś aż do końca. Heniek co prawda nie jest ani pocieszny, ani nawet przyjemny – to typ wiejskiego Mad Maxa w postapokaliptycznej rzeczywistości. Jednak mimo to czyta się go świetnie, jego metafory są trafne i klimatyczne, a pewna doza ironii oraz sarkazmu umila zdania. Jest wyrazisty i soczysty, tak jak świat, który opisuje.

Na wielki plus wątek eschatologiczny i ogólnie całej sekty. Mniej się tego spodziewałem i dlatego odebrałem jako lekki powiew świeżości.

Bo poza tymi elementami dostałem dokładnie to, co się zapowiadało – dobrą opowieść przygodową z zombiakami. Zabrakło mi jakiegoś odwrócenia, gry, może nawet ruszenia z miejsca charakteru Henia. Zabrakło gry konwencją samych nieumarłych, może jakiegoś niestandardowego detalu. Bo to teologiczne tłumaczenie nie dość, że fałszywe, to nadal zostawiające mnie na lekkim głodzie :)

Tak więc mam przed sobą piękny koncert fajerwerków, z fantastycznym bohaterem stanowiącym jego główną ozdobę. Reszta też jest dobra, ale szału nie wywołała. Mimo to oglądało się go bardzo przyjemnie :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Fajne :)

Przynoszę radość

Zombiaki to temat stary i zalatujący jak zwłoki trzymane przez tydzień w upale. Przełamałeś sztampę odniesieniami religijnymi. Dla mnie – świetny pomysł, dobrze wykorzystany. Zachowanie księdza interesujące.

Fabuła nie jest zbyt rozbudowana, ale daje radę.

Bohater mnie też kojarzył się z Wędrowyczem. W pewnym momencie, później okrzepł i stanął na własnych nogach. Jeśli miałabym się czepiać, to czasami posługiwał się zbyt bogatym słownictwem. Jakoś mi te rozbudowane porównania i złożone zdania słabo pasowały do wiejskiego watażki, którego boją się wszyscy. Gdzie piękny język, gdzie pragmatyzm czasów apokalipsy? Może chodzi o kontrast między często wulgarnymi dialogami a narracją.

Pozostali bohaterowie w porządku, odpowiednio zróżnicowani.

Nie żebym nie potrafiła się oderwać, ale czytało się dobrze.

Jestem na TAK, czyli.

Babska logika rządzi!

Całkiem przyjemny tekst na zgrany do bólu temat. Pomysł z religijnym aspektem dobry, ciekawy i nowy i to jak dla mnie ratuje ten tekst, który poza tym jest dość nijaki i w dodatku sztampowo zakończony. Czytało się dobrze, ale chwilami mi się dłużyło, bo zbyt obszernie ogrywasz motywy dobrze znane, które przy rozbudowanej historii i ciekawym nowym pomyśle można było pominąć. Niektóre (zwłaszcza pozbawione dialogów) fragmenty mają na dodatek dość drętwą narrację i zalatują infodumpem. Myślę, że sporo informacji o szkodnikach i przeszłości można było pokazać w dialogach czy też krótkich refleksjach/uwagach bohatera, skracając przy okazji rozgadanie.

Nie przemawia do mnie też całkowita linearność fabuły, w której czytelnik jest prowadzony za rączkę od punktu A do B, od B do C. Tak, jest zagadka, jest rozwój akcji – ale bardzo taki poprawny i przewidywalny. Jak retrospekcja – to po bożemu opowiedziana. To mnie też trochę nużyło, zwłaszcza że tekst jest bardzo długi.

No i największy zarzut. Miałam po prawdzie nadzieję, że motyw kultystów pójdzie w jakąś ciekawszą stronę, a nie standardową walkę z zombie. Choćby w to, że takie potraktowanie zombich coś zmieni, że np. oni zaczną ewoluować, a tu – stereotyp. Dlatego rozczarowało mnie zakończenie, dlatego w sumie żałuję, że masz tak “wędrowyczowatego” bohatera, który jedyne, co może/umie zrobić, to walczyć.

Znakomite pojedyncze sceny, jak ta, gdzie stara mówi, że to święci, ale np. większość “rozdzialików” początkowych jak dla mnie niepotrzebnie rozwleczona, przydałoby im się solidne ciachnięcie, część epizodów wydaje mi się wręcz zbędna.

Czyli – niestety dodam łyżkę dziegciu do beczki miodu, będąc na NIE.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Doskonałe opowiadanie!Jak nie znoszę tematu zombie, tak tu czytałem z dziką frajdą! Jak to się stało, że wcześniej go nie znalazłem? Na pewno przeczytam inne z cyku. Pełna profeska, gratulacje!:)Troszkę dłużyznowaty kawałek jedrn, gdzieś tuż przed połową – ciut bym skrócił rozmowę z Rudym, ale to drobiazg! Pozdrawiam.

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Okej, to skoro Lożo-głosów – jak się okazało – mam komplet, to czas najwyższy na nie odpowiedzieć i podziękować: dziękuję toteż.

Za te nielożowe komentarze – o tyle dla mnie cenniejsze, że zostawione z woli w żaden sposób nieprzymuszonej – również dziękuję.

Nie będę się – pozwolicie – jakoś bardzo rozpisywał.

 

Coboldzie,

kto jak kto, ale akurat Ty jesteś w tym skromnym gronie autorów – i to nie tylko na skalę portalową – którzy w literackich aspektach życia nie muszą zazdrościć nikomu i niczego. Tym mocniej jednak, zwłaszcza że okraszone nawiązaniem do budzącego mój sentyment Jednookiego z Czarnej kompanii, Twoje podsumowanie łapie mnie za serce, nawet mimo że dość ostrożne w szafowaniu ostatecznymi wnioskami.

być może najwartościowszą z tych Twoich uwag również potraktuję jako komplement – i to nie najpośledniejszy ze wszystkich – ponieważ w moim odczuciu wnioski, jakie z tej uwagi płyną, niczym innym jak komplement być nie mogą.

Dziękuję za obszerny i ciekawy komentarz. Cieszę się – naprawdę się, kurcze cieszę – że miałem przyjemność stanąć po tej drugiej stronie, nim Twoja zmiana dobiegła końca.

 

Panie Hrabio,

nie musisz przepraszać za swój ton – jakkolwiek części Twojej wypowiedzi chyba nie rozumiem, całość uważam za rzeczową i ciekawą, dziękuję.

Odnośnie technikaliów – spójrz, Cieniu, na początek tego opowiadania. Cóż tam widać? Zdublowany tytuł i Twoje nazwisko. Serio? Serio wrzuciłeś tekst tak bardzo na odwal, że nawet nie zadbałeś o wywalenie tego? Podobnie przydałoby się ogarnąć gwiazdki – winny być wyśrodkowane i oddzielone enterami dla zachowania schludności. W książce pewnie to opowiadanie wygląda nieco inaczej.

 

A serio – ale o już tak serio serio – tekstu nie wrzuciłem na odwal się. Tytuł i nazwisko – choć może tytuł faktycznie niepotrzebnie – zostawiłem świadomie i dobrowolnie. Możesz to uznać za przejaw pychy z mojej strony – czego w sumie nie sposób wykluczyć^^ – ale ja to widzę jednak inaczej; jako element bądź co bądź naturalnego procesu “budowania nazwiska”, skoro jestem już (już? Serio, Cieniu? ;) na etapie, kiedy jakieś to “nazwisko” mam i wręcz powinienem w nie inwestować. Czy mi się to podoba czy nie (nie), prawda jest taka, że to nieodzowny element rozwoju “kariery” – jak konto na fb czy spotkania z czytelnikami i zużyte długopisy – którą chciałoby się (a chciałoby się) potraktować poważnie. A że “Szkodniki” to jeden z tych przypadków-ewenementów, który nie wzbudza we mnie przemożnej niechęci do twórczości wesołej własnej, a przy tym jest to tekst opublikowany pod moim nazwiskiem właśnie i jednak odbierany przez czytelników jednoznacznie pozytywnie (minus jeden, jak na razie), to uznałem, że mogę zostawić przy nim swoje nazwisko bez wstydu. Natomiast jeśli chodzi o spaprane gwiazdki, jestem pełen podziwu dla tego portalu za upór, z jakim nie chce ze mną współpracować. Już przy okazji pierwszych komentarzy sygnalizujących mi błędy natury portalowej (i nie tylko), które pasowałoby poprawić, podczas edycji i usuwania tychże, edytowałem też i rozstaw gwiazdek. Jak i dlaczego się to nie udało, pozostaje dla mnie zagadką (szczególnie że inne mankamenty zniknęły, jakby Bóg-Autor ingerował i zesłał kilka odchamiających cudów). Generalnie jednak spróbuję raz jeszcze. Dzięki za sygnał.

Całe to mozolne budowanie domku z kart po to, by go zburzyć po ostatniej kropce. Bo opowiadanie się skończyło, nie ma dalszej części. Rozumiałbym taką strategię, gdybyś był Kingiem piszącym Stukostrachy czy inny Sklepik z Marzeniami, ale w przypadku zwykłego opowiadania niekoniecznie jest to potrzebne.

Cienia Burzy mózg nieduży nie ogarnął tego ustępu Twojej wypowiedzi, wybacz.

 

NWM,

Zabrakło gry konwencją samych nieumarłych, może jakiegoś niestandardowego detalu.

Zdawało mi się – a przynajmniej takie było założenie – że cały sztafaż jest tu dość niestandardowy, jak na apokalipsę zombie. W każdym razie miałem w tym względzie naprawdę dobre chęci.^^ Poza tym, cóż mogę dodać? Cieszę się, że opowiadanie Ci siadło, szczególnie w tych aspektach, na które sam kładłem największy nacisk.

 

Anet, fajnie. ;)

 

Fifi,

ten wiejski watażka lubi sobie siedzieć wieczorami w bujanym fotelu i rozwiązywać krzyżówki. Może stąd te bogate słownictwo? A może – mimo pochodzenia i profesji… i może jeszcze charakteru – to jednak bardzo kumaty i wygadany facet. Może po jakichś szkołach albo studiach nawet? Tego nie wiemy. Tak czy inaczej nie szufladkowałbym Heńka zbyt pochopnie. Osobiście jestem zdania, że nawet jeśli człowiekowi słoma wystaje z butów, to niekoniecznie zaraz musi też wystawać mu z uszu… ale może po prostu broniąc tutaj Heńka, bronię innego gostka sercem i duszą ze wsi, który zna kilka trudnych słów i nie boi się ich używać?^^

 

drakaino, dzięki za wizytę. Z gustami z zasady się nie negocjuje, więc i ja nie zamierzam robić nic podobnie głupiego. Jedno w Twojej wypowiedzi mnie jednak zastanawia:

 

No i największy zarzut. Miałam po prawdzie nadzieję, że motyw kultystów pójdzie w jakąś ciekawszą stronę, a nie standardową walkę z zombie. Choćby w to, że takie potraktowanie zombich coś zmieni, że np. oni zaczną ewoluować, a tu – stereotyp.

Jeśli powiem, że rozumiem to jako “Zombie powinny zmieniać się w coś… innego, skoro grupa wiejskiej dewocji uważa ich za świętych”, to Ty mi odpowiesz, że mam rację?

 

Rybaku (daruję sobie, pozwolisz, to drugie “r” – już pojedyńcze sprawia mi dostatecznie dużo kłopotów w życiu), dziękuję za wizytę i kolejną krople (zresztą co tam kroplę! – garniec cały) miodu do tej mojej beczułki.^^

Obawiam się, że muszę Cię jednak rozczarować, bo – przynajmniej na razie – nie planuję pisać o kolejnych perypetiach Henryka Gąski. O całej serii nawet nie mówię. Choć, tak zupełnie z drugiej strony, nie mówię też, że to zły pomysł.

 

Zacząłem od podziękowań, a skończę przepraszając Was za to, że kazałem na siebie czekać:

Przepraszam.

 

Peace!

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Coś się na portalu zmieniło podczas mojej nieobecności. Czytam tak piórka z góry na dół i patrzę, a tu Cień. :) Przyznaję, byłem zaskoczony. Przyznaję też, że widząc ilość znaków rzuciłem najpierw okiem na pierwsze komentarze. I ogólnie, szału w nich nie było, choć się podobało.

Sam wykażę większy entuzjazm, mi lektura przypadła do gustu, gdyby nie zbyt przegadany monolog z tłumaczeniami Heńka w domu, powiedziałbym, że bardzo. Jednak ten fragment wyhamowuje wyraźnie opowiadanie, więc było gdzie ciąć. Chociaż, biorąc pod uwagę Twoje komentarze i wodolejstwo, powiedziałbym, że było wartko. :)

Fajny pomysł z nieporadnością zombie, w ogóle całość pomysłu trzyma się kupy, a najczęściej czytając post apokalipsę widzę sporo luk, tutaj klepki pasują do siebie. To na pewno duży atut opowiadania, no i postać Heńka. Jest co prawda naszym polskim bohaterem z grymasem na twarzy, widzącym wszystko w czarnych barwach, narodowym malkontentem, ale ma w sobie urok. :)

Całość dobra i twist na końcu jest, czyli opowiadanie zaplanowane i dobrze wykonane. I drukowalne, zresztą, jak sam piszesz, takie było. :) Są spełnione warunki do pisania powieści, mam tylko nadzieję, że nie o zombie. Cóż mogę dodać. Dodaj na portal coś więcej.

I streść się w odpowiedzi, nie zepsuj klimatu. ;)

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Opowiadanie wygląda w moich oczach tak: infodump, infodump, infodump, dialog, infodump, trochę akcji, przerwa na dialog, dialogi i akcja się nie splatają, wplatają się infodumpy, bohater ma przerośnięte ego, akcja jest totalnie przegadana, kompozycja nierówna, po jakiejś pół godzinie… ok, wchodzimy na właściwe tory ;) Ale najpierw świat – i pogląd bohatera – jest wtłaczany do głowy, a potem cokolwiek się dzieje.

Oczywiście ma to swój urok, tak jak urok ma wiele spraw i rzeczy, małe kotki, śnieżek na parapecie i okraszone potem oraz krwią wysiłki nas tu wszystkich. Nie czytało się w bólu i znoju przez wspominaną w innych komentarzach potoczystość, chociaż czasem to ona była głównym bohaterem, a świat i bohater znikali we mgle swoistego umiłowania samego pisania. 

Powiem tak: gdyby tak pół roku dłubania przy tekście z żyletą-redaktorem… Ale ujdzie ;)

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Darconie,

w odpowiedzi się streszczę po swojemu^^, ale nim to nastąpi, mus mi napisać dwie rzeczy: cześć i przepraszam. Cześć, bo cieszę się z Twojego powrotu bardziej, niż pewnie byłbyś w stanie w to uwierzyć i przepraszam, bo ten powrót przegapiłem. A przynajmniej tutaj, bo że gdzieś migałeś, to widziałem. Własną gwiazdkę jednak przegapiłem.

 

Co prawda sam staram się widzieć wszytkie tutaj komentarze jako radośnie a nie umiarkowanie optymistyczne, ale każdy widzi, co widzieć chce, prawda? Tak czy inaczej cieszę się Twoim entuzjazmem. Czy jeszcze kiedyś coś tu wrzucę – nie wiem, szczerze mówiąc. Na razie nie planuję, ale nie planuję też nie wrzucać, więc kto wie. Jeszcze raz dzięki, głównie za to, że dałeś i nam, i sobie szansę, żeby w ogóle dotrzeć do Szkodników.

 

Naz, dzięki za gwiadkę.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nowa Fantastyka