- Opowiadanie: Facies_Hippocratica - Ostatnie pożegnanie

Ostatnie pożegnanie

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Ostatnie pożegnanie

Łagodne dźwięki organów wypełniające dom pogrzebowy mieszały się z prowadzonymi półgłosem i szeptem rozmowami. Ławki z przodu, zajęte przez bliższą i dalszą rodzinę, tonęły w ciszy przerywanej jedynie tłumionymi łkaniami. Głośni spóźnialscy zajmowali miejsca z tyłu, bliżej wejścia.

Punktowe reflektory skierowane były na brzozową trumnę. Ich ciepłe światło ślizgało się w fałdach białego atłasu, którym była wyłożona. Pozostałą część podłużnej sali pożegnań wypełniał mrok rozpraszany przez ledowe świece w kinkietach. Obok katafalku stał obciągnięty ciemnogranatową tkaniną pulpit z lampką i mikrofonem na elastycznym pałąku. Ceremonia miała się niebawem rozpocząć.

Zegar wybił pełną godzinę, organy umilkły, a wnętrze rozjarzyło się światłem trzech żyrandoli zawieszonych  wzdłuż osi pomieszczenia. Przez boczne drzwi wkroczyła grupa kilkanaściorga mężczyzn i kobiet ubranych na biało. Zajęli miejsca na dwustopniowym podeście usytuowanym za trumną. Zebrani powoli kończyli rozmowy.

Po krótkiej chwili oczekiwania męska część chóru rozpoczęła ciche, uroczyste mormorando. Śpiew stawał się coraz donośniejszy, do mruczenia dołączyło rytmiczne klaskanie. Gdy tempo osiągnęło poziom vivace, swoją przejmującą pieśń zaintonowały śpiewaczki:

 

Fugere non potes,

Fugere non potes,

Fugere non potes!

 

Tempo narastało, śpiew kobiet stawał się coraz bardziej euforyczny. Część z nich szeptem powtarzała to, co inne artykułowały pełnym głosem. Żałobnicy zdawali się poddawać hipnotycznemu rytmowi, ich źrenice rozszerzały się, a dłonie pozostawały nieruchome. Melodia pięła się wyżej i wyżej.

 

Fugere non poteritis,

Fugere non poteritis,

Fugere non poteritis!

 

Szaleńcze prestissimo urwało się raptownie, pozostawiając słuchaczy w nagłej pustce. Echo ostatniej frazy jeszcze nie wybrzmiało, a drzwi, którymi weszli śpiewacy, ponownie się otworzyły i stanął w nich starszy, postawny mężczyzna w czarnym garniturze. Gdy zbliżał się do pulpitu, skrzypienie jego skórzanych butów słyszalne było w całym pomieszczeniu. Mistrz ceremonii nieśpiesznie włączył lampkę i wyregulował pałąk mikrofonu. Na serdecznym palcu lewej dłoni nosił ślepy sygnet z czarnym oczkiem.

– Zgromadziliśmy się dzisiaj, aby po raz ostatni pożegnać Marka. Ojca, męża, brata, sąsiada, przyjaciela, przełożonego, współpracownika. – Początek mowy funeralnej nikogo nie zaskoczył. Zebrani powoli otrząsali się z ekstatycznego nastroju narzuconego przez chór. Niektórzy z uwagą słuchali mistrza, inni poddawali się zadumie. – Wszyscy kiedyś podążymy jego drogą. Jedni całkiem niedługo, inni mają więcej czasu. Jako istoty śmiertelne nie możemy zapominać o tym, co każdego i każdą z nas czeka.

Niezbyt wprawne oko dostrzegłoby, kto ze zgromadzonych dowiedział się ostatnio, że zostało mu niewiele czasu. Kilkanaście osób jak na komendę skuliło plecy i opuściło głowy. Zespolony Urząd ds. Populacji rozsyłał indywidualne informacje corocznie. Młodsi zazwyczaj wyrzucali je do kosza bez czytania. Po przekroczeniu czterdziestki spora część obywateli okazywała więcej zainteresowania pismom ZUP-u, a starsi zapoznawali się z pouczeniami drobnym druczkiem, z których można było się dowiedzieć, jak wydłużyć swój termin. Mistrz kontynuował przemowę, jakby jego sprawa nie dotyczyła:

– Pamiętajmy, że odejście to nie tylko radykalny koniec radości związanych z istnieniem. Odejście jest ukojeniem naszego zmęczenia. Zmęczenia, które zasłużenie nas ogarnia, gdy osiągniemy szczyt naszego rozumnego bytu. Wszyscy wiemy, że jesteśmy byciem-ku-śmierci. Odejście jest zatem naturalnym zamknięciem, zwieńczeniem człowieczej kondycji. Zakończenie naszej egzystencji jest w nią wpisane, jest jej ukoronowaniem i spełnieniem.

Powiódł wzrokiem po przejętych twarzach żałobników.

– Marek już to wie – mówił dalej z namaszczeniem. – Jest od nas na tyle oddalony, że nie słyszy płaczu swojej żony, nie widzi smutku siostry, nie niepokoją go łzy dzieci, które opuszcza. Już nie dostrzega żalu przyjaciół, którym tak bardzo będzie go brakować. Marek wkroczył na ścieżkę prowadzącą w nicość. I wskazuje nam wszystkim kierunek. Dlaczego jest raczej coś niż nic? Oto tajemnica, której w tej chwili dotykamy. A raczej to ona, wielka tajemnica bytu, dotyka nas. Dzisiejszy dzień ukazuje nam nieuniknioną przyszłość. Losy są dla nas zagadką. Poprzez rozumne działanie możemy w ograniczonym zakresie wpływać na bieg naszego życia. Ale jednego możemy być absolutnie pewni: kiedy przyjdzie nasz czas, umrzemy. Każdy człowiek jest śmiertelny. Marek jest człowiekiem. Marek jest śmiertelny. – Tradycyjna formuła kończąca mowę uwolniła falę szlochów w przednich rzędach. Zgromadzeni wstali.

– Wszyscy jesteśmy śmiertelni – odpowiedzieli mistrzowi, jak kazał rytuał.  

Zbliżała się główna część uroczystości. Światła zgasły. Tym razem także ledowe boczne świece. Blask otaczał tylko trumnę. Organista rozpoczął melodię in modo di marcia funebre, a zebranych ogarnął trudny do opanowania niepokój. Wiedzieli, co zaraz nastąpi.

Trupięgi musiały być podkute, bo odgłos kroków wyraźnie przebijał się przez tony organów. Odchodzący, ubrany w biały dwurzędowy garnitur w srebrne prążki, zdążał od wejścia do miejsca, gdzie stała trumna. Jego chód, choć spowolniony lekami, był pewny i rytmiczny. Za nim, odziani w czarne togi, podążali bezgłośnie: tanatyk, lekarz i notariuszka. Każde z nich miało żabot innego koloru. Barwy oznaczały pełnione przez nich funkcje: tanatykowi przypisana była biel, lekarzowi – brąz. Medyk z prawniczką, która nosiła szary żabot, skręcili w prawo przejściem między ławkami. Idąc wzdłuż bocznej ściany pomieszczenia dotarli do przygotowanych dla nich krzeseł po prawej stronie trumny, naprzeciw pulpitu mistrza ceremonii.

Tanatyk zrównał się z Odchodzącym, a następnie go wyprzedził. Podszedł do katafalku i wysunął z niego rozkładane schodki, po czym stanął przodem do zebranych. Jego twarz nie wyrażała nic. Organy umilkły.

– Panie Marku, proszę. Pomogę panu. – Wyciągnął lewą rękę ku wahającemu się Odchodzącemu. – Nie ma się czego bać – dodał ciszej – sprawa nie potrwa długo.

Odchodzący był mężczyzną po sześćdziesiątce, dość barczystym, bez śladu tak częstego w tym wieku brzuszka. Zielononiebieskie oczy, przyćmione przez przyjęte anksjolityki, spojrzały na tanatyka spod siwej grzywki. Przyjął jego rękę i powoli, z wysiłkiem wspiął się po schodkach. Dość niezgrabnie umościł się w trumnie i położył lewe przedramię na jej krawędzi.

– Proszę zamknąć oczy.

Gdy Marek, przy akompaniamencie westchnień z pierwszych rzędów, spełnił polecenie, tanatyk rozpiął kryty zamek błyskawiczny w rękawie jego białej marynarki. Bez trudu dostrzegł żyłę pośrodkową łokcia prześwitującą przez bladą skórę Odchodzącego. Twarze zebranych, mimo że nie widzieli dokładnie tego, co dzieje się przy trumnie, były równie blade, jeśli nie bledsze. Tanatyk sięgnął do przewieszonej przez ramię czarnej torby niewielkich rozmiarów, z której wyjął opaskę uciskową oraz ampułko-strzykawkę opatrzoną banderolą Inspektoratu Regulacji Demograficznej. Zacisnął opaskę na ramieniu Odchodzącego, a następnie zaaplikował mu letalną substancję.

Marek wydał z siebie sapnięcie, otworzył oczy i lekko uniósł głowę. Jego usta rozwarły się, jakby ziewał. Głowa powoli opadła na atłasową poduszkę. I już.

 

*

 

Cisza trwała minutę, może dwie. Tanatyk zamknął Markowi powieki, podwiązał żuchwę przezroczystym silikonowym paskiem, skłonił się przed trumną i powoli wycofał, by zająć krzesło obok notariuszki i lekarza. Ten ostatni wstał i podszedł do katafalku. Wysupłał spod togi przenośny tanatometr, nałożył nań jednorazową końcówkę, którą wsunął w lewe nozdrze Odchodzącego. Nastąpiła kolejna chwila ciszy.

– Stwierdzam zgon. – Lekarz odwrócił się i spojrzał na notariuszkę, która już miała w dłoniach czytnik mikroczipów. Teraz ona stanęła przy katafalku i zbliżyła urządzenie do obrąbka małżowiny usznej Marka. Robiła to już przed wejściem na salę, ale procedury kazały powtórzyć odczyt już po stwierdzeniu śmierci. Maszyna wydała z siebie krótki metaliczny sygnał. Prawniczka skierowała się ku pierwszemu rzędowi i okazała zielony ekran czytnika rodzinie. Ubrana na czarno kobieta w toczku z woalką skinęła głową.

– Mogą państwo usiąść – ogłosił sucho mistrz ceremonii przypominając o swojej obecności przy ciemnym pulpicie.

Notariuszka wróciła do lekarza i tanatyka. Z aktówki wyjęła dokumenty na podkładce z klipsem. Podsunęła je lekarzowi, a następnie tanatykowi. Po podpisaniu i opieczętowaniu przez nich urzędowych papierów podeszła ponownie do kobiety w czarnym toczku. Tymczasem obsługa sali niemal bezszelestnie nakładała wieko na trumnę i dokręcała drewniane śruby. Gdy żona Marka składała swój podpis na protokole, prawniczka szeptem instruowała ją, jakich formalności jeszcze powinna dopełnić.

– Proszę zgłosić się jutro najwcześniej o szesnastej w kancelarii. Wszystkie dokumenty będą do odbioru razem z prochami. Wyrazy współczucia – rzuciła pośpiesznie, zanim oddaliła się na swoje miejsce.

Kinkiety znowu rozbłysły, ale tym razem ich światło miało zimniejszą barwę. Chórzyści zeszli z podwyższenia i rozdzielili się na dwie grupy: jedni stanęli przy pulpicie mistrza, drudzy obok ludzi w togach. Rośli pracownicy funeralni usunęli podest i otworzyli niewidoczne wcześniej, zlicowane ze ścianą, drzwi. Dwóch stanęło przy trumnie tyłem do zebranych. Chór rozpoczął ostatnią pieśń. Był to tradycyjny hymn, więc część żałobników recytowała razem ze śpiewakami:

 

Vale, amice noster,

Vale, amice noster,

Vale, amice noster!

 

Krzepkie dłonie mężczyzn pchnęły trumnę wraz z katafalkiem w stronę otwartych drzwi. Płynęła powoli. Jej ruch przebiegał po linii prostej dzięki szynom w podłodze, wcześniej niewidocznym dla zgromadzonych.

 

Te habebit ignis,

Te habebit ignis,

Te habebit ignis!

 

Chór zakończył hymn dokładnie w momencie, kiedy drzwi z trzaskiem zamknęły się za trumną. Salę wypełniły nerwowe pokasływania.

– Rodzina dziękuje wszystkim za przybycie i zaprasza na wieczerzę konsolacyjną do restauracji „Aromatif” mieszczącej się w zachodniej części kompleksu pożegnalnego, pole dwudzieste czwarte. – Mistrz zgasił lampkę przy pulpicie, by następnie podejść do żony Marka i uścisnąć jej dłoń.

Koniec

Komentarze

Facies_Hippocratico, ponad 10000 znaków to już nie szort, to opowiadanie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ok, już zmieniam. 

Ciekawa wizja ostatniego pożegnania.

 Aż strach zaglądać do skrzynki pocztowej. Może gdzieś na dnie leży jakieś pismo z ZUP-u…

Czytało mi się przyjemnie, płynnie ;)

Pozdrawiam!

Bardzo ładnie konstruujesz opisy. Przyjemnie się czytało. Przyznam, że rozwój zdarzeń mnie zaskoczył; ciekawy pomysł.

Dzięki za lekturę.

Jeśli czyta się płynnie, to już jakiś sukces cool

Ciekawy pomysł, ostatnie pożegnanie opisane plastycznie, ze szczegółami. Przeczytałam ten tekst już kilka dni temu i czułam, że czegoś tu zabrakło. Emocji. Najprościej by było pokazać, co czuł odchodzący, ale myślę sobie, że interesujący byłby również opis z punktu widzenia kogoś z jego rodziny, a może lekarza podającego zastrzyk. Albo wszystkich po kolei?

Dzięki za odwiedziny, ANDO.

Trafna uwaga. Choć przyznam, że od początku chciałam, żeby to był tylko suchy opis ceremonii. Przez moment miałam taką myśl, żeby rzecz pokazać z perspektywy przedsiębiorcy pogrzebowego, ale wtedy zboczyłoby to niechybnie w stronę heheszków, więc dość szybko ten pomysł porzuciłam. 

Gdyby tekst miał być dłuższy, to ten brak emocji byłby już nieznośny, ale przy takim prawie szorciku…

 

Nie rozumiem, co tutaj się odbibliotekowało. Wszyscy chwalą, a nikt nie dał klika? Zatem będę pierwszy. Pomysł nie jest oryginalny. Ileż to razy straszono nas światem, w którym wywołana przeludnieniem kontrola populacji zmusi ludzkość do drastycznych kroków, ile to razy przekonywano nas, że świat należy do młodych, a starych trzeba się pozbyć dla dobra ogółu po przekroczeniu pewnego wieku. W niektórych kulturach nawet to praktykowano.

To, co stanowi o bibliotecznej sile opowiadania, to warsztat Autorki. Jak słusznie ktoś zauważył, bardzo dobrze wychodzą Ci opisy. A opisami ten tekst stoi. Może i są nieco przydługie i drobiazgowe, ale na pewno dobrze napisane. I całkiem możliwe, że taka tematyka i takie akurat spokojne budowanie napięcia wymaga właśnie detalicznych i rozbudowanych opisów.

Mamy tu inny świat (może alternatywny, może świat niedalekiej przyszłości), w którym chyba zabrakło Boga. Zarówno w podejściu do życia jako najwyższego dobra, jak i na samym pogrzebie odprawianym przez jakiegoś świeckiego, systemowego Mistrza.

Oczywiście cała ta opowiastka to zaledwie scena, bardziej opis ceremonii niż konkretna fabuła. Opowiadanie bez akcji jako takiej, bez protagonisty, antagonisty, dialogów itd. Całość służyć ma raczej przedstawieniu pewnej koncepcji, ponurej wizji, a przy tym wcale nie takiej nierealnej i nieoczywistej. Dla niektórych pewnie szokującej i budzącej obawy.

I po dosyć swojskim wprowadzeniu, gdy z czasem zaczynasz wprowadzać elementy obcego nam świata, powoli i nieubłaganie, (świadomie) przewidywalnie, niczym kondukt żałobny, tekst zmierza do swojej okrutnej wymowy w finale. Można by rzec groza obyczajowa z elementami przygnębiającej dystopii.

Piórem posługujesz się sprawnie, klimacik też tworzysz zręcznie, opisy już chwaliłem. Z chęcią przeczytam teraz jakąś Twoją pełnokrwistą fabułę z dialogami, akcją, bohaterami, których da się lubić i budzą zainteresowanie.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dziękuję Ci za wnikliwą lekturę i dobre słowo, Mr.marasie.

Konstruując te opisy, momentami myślałam, że zniosę jajko…

Coś dłuższego i fabularnego też na pewno będzie, choć na razie ograniczam się do krótkich form. Pewnie ze strachu, że mnie taka fabuła przerośnie, splącze i udusi. Ale próbę podejmę.  

 

Nie znoszę twórczości okolicznościowej, więc Twoja jednozdaniowa przedmowa nie nastroiła mnie zbyt dobrze, zwłaszcza że i tytuł szorta jest dość jednoznaczny.

A jednak Ostatnie pożegnanie przeczytałam, jeśli tak można rzec, z przyjemnością, nie tylko dlatego, że jest porządnie napisane. Znakomicie przedstawiłaś bowiem suchy opis ceremonii, w czasie której wszyscy są przygotowani na wszystko i ze wszystkim pogodzeni. I to jest straszne, bo nie niemożliwe.

Przeraziło mnie tak uroczyste i beznamiętne wykonanie wyroku.

 

zbli­ży­ła urzą­dze­nie do ob­rąb­ka mał­żo­wi­ny usznej Ma­riu­sza. ―> Skąd wziął się Mariusz?

Proponuję: …zbli­ży­ła urzą­dze­nie do brzegu/ skraju mał­żo­wi­ny usznej Marka.

Za SJP PWN: obrębek, obrąbek wykończenie brzegów tkaniny, zabezpieczające ją przed strzępieniem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za lekturę, klika i wypatrzenie tego Mariusza (bohater, jak można się domyślić, zmieniał imię w trakcie powstawania tekstu).

“Obrąbek małżowiny usznej” (helix) to pojęcie anatomiczne, jednak opowiadanie to przecież nie podręcznik anatomii, więc jeszcze pomyślę, czy tego nie zmienić…

Tytuł opowiadania jest chyba radykalnym przeciwieństwem clickbaitu: czytasz i od razu wiesz, że ominiesz szerokim łukiem frown. Ale cóż, pasował, jak ulał, więc nie chciałam zwodzić potencjalnych czytelników. 

Bardzo proszę i PSNP. ;)

Nie miałam pojęcia o obrąbku małżowiny, a tytuł jest całkiem OK. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pięknie napisane i smutne, bardzo smutne. I jest tak niesamowicie przezroczyste, nie ma autora jest tamten świat. Bardzo dobrze się czytało.

Zwrócę się o klika:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Mam podobne zdanie jak Reg. Tyle, że nie odczuwałem przyjemności. Dobre obrazowanie i ta beznamiętna narracja każą wyobrazić sobie, że taka wizja mogłaby zafunkcjonować w naszej kulturze, która coraz śmielej podąża w kierunku cywilizacji śmierci.

Drobna uwaga: u nas w Polsce nie ma Święta Zmarłych (choć usilnie próbuje się je w ostatnich czasach zainstalować). Jest Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny.

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Na pochwałę zasługuje warsztat. Długie i szczegółowe opisy mogą jednak nużyć w tekście, w którym brakuje akcji. Obudziłam się, kiedy się okazało, że to nie zwykły pogrzeb, a ceremonia zakończenia o z góry ustalonym terminie. No tak, taki świat może kiedyś zaistnieć niestety, a nawet wydaje mi się, że w pewnym sensie już istnieje, tyle że bez druczków. Dlatego tekst skłania do przemyśleń i refleksji. Zabrakło mi tu emocji, choć z drugiej strony można to zaakceptować, bo samo wydarzenie, godzenie się na taki koniec, z emocjami niewiele ma wspólnego. Człowiek nieproduktywny i nie przydatny dla społeczeństwa kończy swój żywot “I już.”

Za warsztat i wywołanie refleksji polecam w Bibliotecznym wątku.

Dziękuję za lekturę i Wasze refleksje.

Asylum, tak, tak właśnie miało być: przezroczyście i bezosobowo.

Tsole, jestem świadoma, że w katolicyzmie coś takiego jak “Święto Zmarłych” nie istnieje. Użyłam tego określenia w przedmowie z rozmysłem.

SaraWinter, tak, myślę, że w tych opisach dałoby się jeszcze coś powycinać, może za dużo tam uszczegółowień przestrzennych (prawo, lewo), bo nie jestem do końca pewna, czy ułatwiają one czytelnikowi wizualizację całego zdarzenia…

Użyłam tego określenia w przedmowie z rozmysłem.

I ma to usprawiedliwienie pod warunkiem, że przedmowę potraktujemy jako część opowiadania :)

 

Swoją drogą, gdy patrzę na Twój wiek, podejrzewam, że ślesz do nas to opowiadanie z odległej przyszłości :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Choć nie znoszę pisać komentarzy w stylu "zgadzam się z przedpiścami" muszę przyznać, że gdybym pokusił się o dłuższy i bardziej rozbudowany komentarz, wyglądałby on, niemal toczka w toczkę, jak komentarz mości Marasa. Więc krótko – istotnie, pomysł wielokrotnie eksploatowany, fabuła szczątkowa, a bohaterowie są w zasadzie elementem dekoracji i przedmiotem opisu, jak cały proces pogrzebowy i wnętrze kaplicy. Ale opis ów jest na wysokim poziomie – obrazowy, szczegółowy, bez poetyzowania i dobry warsztatowo. Robi wrażenie tym bardziej, że sam tak nie umiem – w opisach uciekam do skojarzeń i pseudopoetyckich metafor, bo gdy próbuję beznamiętnie skupić się na detalach, wychodzi mi nudny bełkot. 

Oczywiście nie mogę potraktować tego tekstu jak pełnokrwistego opowiadania, bardziej jako ćwiczenie (udane) lub prezentację umiejętności budowania drobiazgowego i nieprzestylizowanego opisu (niezwykle przydatna rzecz) ale, podobnie jak imć Maras, chętnie przeczytałbym pełnowymiarowy tekst Twojego autorstwa. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dziękuję, thargone.

Jak widać, nie pozostaje mi nic innego jak tylko przysiąść z duszą na ramieniu nad czymś dłuższym. A potem zbierać baty blush. No nic, do odważnych świat należy…

Dobrze napisane opowiadanie. Bez marnowania słów przedstawia sposób odejścia skupiając się na sednie. Niestety odejście to jest czymś strasznym, gdyż całkiem możliwym. Chciałam dodać, iż całkiem możliwym w tych czasach, ale “obyś żył w ciekawych czasach” nie jest życzeniem szczęścia, a ja nie chciałabym, że takie czasy nadeszły. Przeczytane :)

Nigdy się nie poddawać

Podobało mi się właśnie to połączenie straszności całej sytuacji z drobiazgowymi opisami prozaicznych czynności. Czytałam w skupieniu, zastanawiając się z której strony uderzysz :) Koniec mnie zaskoczył. Majstersztyk.

Dzięki za odwiedziny. Jeśli poszło w pięty, to się cieszę ;-)

Nowa Fantastyka