- Opowiadanie: Mr.Wolf - Lew Pustyni (I)

Lew Pustyni (I)

Pierwsza część opowiadania o przeplatających się losach bogatej księżniczki i nowo wybranego wodza koczowniczego plemienia, który w podstępny sposób zostaje pozbawiony władzy nad klanem.

Oceny

Lew Pustyni (I)

Kolfinka

 

Minęło południe. Słońce zakończyło wznoszenie, ale nie zamierzało jeszcze opuszczać najwyższej pozycji na nieboskłonie, wypalając z okrutną mocą wodę i życie na pokrytych drobnym, ciemnozłotym piaskiem nizinach, zajmujących większą część położonego niemal w całości na jednej wyspie królestwa Krotosu. Leoncja, stojąc wśród zwisających z dachu, rozpostartych na całej długości balustrady kwiatów i paproci, mrużyła oczy, by z wysokości balkonu dojrzeć ludzi eskortowanych przez liczny i dobrze uzbrojony oddział żołnierzy, który – wprowadziwszy więźniów przez niewidzianą stąd Bramę Owiec – zmierzał do naprędce zbudowanych przed paroma dniami na rozkaz samego namiestnika klatek, stojących w najmniej rzucającym się w oczy punkcie placu Wodnego, ogrodzonych niską, niezasłaniającą obserwującej z drugiego piętra księżniczce palisadą. Z racji upału ludzie kryli się wewnątrz najczęściej jednopiętrowych, zbudowanych z jasnego kamienia domów lub na ich dachach okrytych przeważnie baldachimami, pod którymi toczyły się zarówno towarzyskie rozmowy, jak i codzienne, rodzinne życie. Tylko paru nagich od pasa w górę parobków gasiło pragnienie bądź napełniało wiadra wodą, którą czerpali ze studni położonej w centralnym punkcie głównego i największego w miasteczku rynku, do którego przylegały domy najbogatszych kupców, kapliczki, położone między dwoma kamiennymi ścianami, nad którym rozpostarto chroniące przed słońcem płótno, targowisko oraz rezydencja władcy, pospolicie zwanego księciem – choć tytuł ten za granicą raczej nic nie znaczył, to w obrębie swych posiadłości rodzina rządząca była stawiana prawie na równi z bogami, ustępując im i królowi Karnelosowi z dynastii Krellusów. Wejście reprezentujących władzę i siłę wojowników poruszyło służbę i całą tę leniwie upatrującą zelżenia upału osadę. Ludzie spoglądali z takim samym zaciekawieniem, co jedna z sześciu żon głównego sprawcy tego zamieszania, która, choć miała taką możliwość, jak dotąd nie zadała sobie trudu wyciągnięcia od zajętego pracą księcia Gwildoniusza dokładniejszych informacji na temat prowadzonych więźniów, poszukiwanych już od kilkunastu dni, podejrzanych o szeroko rozumianą zdradę. Teraz, nie mając lepszego zajęcia, postanowiła z bezpiecznej odległości, w kojącym, bijącym od grubych ścian chłodzie i cieniu paproci, przyjrzeć się nieszczęśnikom wyglądającym na zwykłych pastuchów. Zakuci w wzbijające tumany kurzu, ciągnące się po ziemi łańcuchy nie okazywali żadnych uczuć, nie odwzajemniali ciekawskich spojrzeń osiadłych mieszkańców. Szli ze spuszczonymi głowami, wpatrzeni w pięty poprzedzającego, dzicy w swej naturze, ubiorze zasłaniającym całe ciało, prócz oczu oraz wyglądzie świadczącym o hardości i nieustępliwości. Wszyscy spokojnie przyjęli do wiadomości, że zostali skazani na łaskę i niełaskę swego księcia, bo choć zapewne należeli do któregoś z wędrownych plemion, to – przebywając na terenie danego pana – właśnie jemu podlegali. Wszyscy oprócz jednego.

Idący na końcu kilkuosobowej kolumny młodzieńców pastuch nie zamierzał ukorzyć się przed poddanymi tego, który go ubezwłasnowolnił, ani przed jego wojakami. Nie spuszczał głowy ni wzroku, zadzierając podbródek i dumnie przenikając ciekawskie tłumy spojrzeniem, pod wpływem którego wielu mimochodem odwracało głowy. Nie żył więcej niż ona, góra dwie dekady czuł piasek pod nogami, jednak te chwile, znając surowość księcia, mogły być dlań ostatnimi. Natura obdarzyła go postawą atlety, bujną czarną czupryną, lecz niezbyt ładną fizjonomią – pociągła twarz, twarde, charakterystyczne dla koczowników rysy i mocna opalenizna nie upodabniały go do młodych herosów, swą odwagą podbijających serca płci przeciwnej. Był może jeszcze dzikszy i bardziej nieokrzesany od swych towarzyszy, lecz biła od niego taka siła – wielka i niezrozumiała dla prowadzących osiadły tryb życia ludzi z Kolfinki. Leoncja z miejsca, w którym stała, nie dostrzegała szczegółów, lecz miała pewność, czuła, że człowiek ten jest niezwykły i gdyby tylko chciał, mógłby zmiażdżyć wszystko w zasięgu ręki. Aż dziw, że dawał się prowadzić zakuty w łańcuchy jak pies.

Żołnierze odprowadzili więźniów do klatek, natomiast dowódca wydał rozkazy, zostawiając dwóch włóczników na straży, a następnie otarł czoło wierzchnią częścią dłoni i skierował swe kroki w stronę pałacu księcia, zatrzymując się na chwilę przy studni, by pośpiesznie ugasić pragnienie pośród ustępujących mu miejsca parobków. Doszedł do miejsca, w którym kończył się niski parkan otaczający rezydencję, przeszedł przez otwartą teraz bramę, w kilku wydłużonych krokach minął kwitnący kolorowy ogród, łukiem otaczając po drodze fontannę, po czym zniknął pod rozłożystymi liśćmi drzew, kuszących swymi owocami u progu willi. Do uszu Leoncji dotarły jeszcze urywki słów wojownika skierowane do pilnującego drzwi wejściowych żołnierza i po chwili w osadzie znowu zapanowała atmosfera leniwego, niezachęcającego do wyjścia z cienia wczesnego popołudnia.

Jednak coś się zmieniło. Większość tego nie dostrzegła lub nie zwróciła na to uwagi, ale księżniczka cały czas bacznie przyglądała się nieszczęsnym pastuchom, którzy – zdaniem jej męża – coś przeskrobali. Książę, choć łagodny nigdy nie był, ostatnio stał się wyjątkowo okrutny – zaczął wymierzać nie do końca sprawiedliwe kary służbie, zarówno wolnej, jak i niewolniczej, drobnym rzemieślnikom i kupcom żyjącym w osadzie, a przed trzema miesiącami stwierdził, że za murami otaczającymi liczące niespełna dwa tysiące mieszkańców miasteczko musi zaprowadzić nowy ład, polegający na pełnej karności i nakładaniu coraz wyższych podatków. Leoncja może i nie cieszyła się takimi względami, co choćby Eulampia czy Aukrelia, które zawsze mizdrzyły się do swego pana, wyciągając od niego rozmaite plotki, lecz mimo to czuła, że zbliża się wojna. Wiedziała również, że książę Gwildoniusz sporą część zebranego podatku odkłada do swego skarbca znajdującego się w podziemiach willi, cztery piętra pod nią.

Wspomniała rodzinny dom, swych braci i rodziców żyjących w odległej o kilkadziesiąt mil Akimereturze, niewidzianej od blisko połowy dekady. W wieku piętnastu lat została bowiem wydana za mąż za władcę osady, z którą jej rodzina prowadziła ożywiony handel, a małżeństwo miało zwieńczyć wieloletnią, służącą interesom przyjaźń. Pięciu braci nie dawało takich możliwości, więc prawie od urodzenia była wychowywana na przyszłą żonę przeszło dwukrotnie starszego od niej mężczyzny, który w międzyczasie zdążył poślubić pięć starszych od niej o co najmniej kilka lat córek innych znacznych rodów z okolicy. Uczuciem obdarzył pierwsze dwie, właśnie Eulampię i Aukrelię, a żądne spojrzenie kierował na każdą, która dała mu przynajmniej jednego potomka.

Z wyjątkiem Leoncji. Jej ciotka, siostra ojca, przybyła do Kolfinki razem z nią i zamieszkała w pałacu Gwildoniusza jako jej opiekunka. Przed i po każdej nocy spędzonej z księciem Leoncja otrzymywała od niej potwornie śmierdzące zgniłymi ziołami wywary, dzięki którym wciąż nie podarowała swemu mężowi dziecka. Nigdy go nie kochała, on też traktował ją jako wspomnienie ulubionych żon sprzed kilkunastu lat, a że była też naznaczona przez bogów – tak traktowano kobiety, które nie mogły dać życia – to wkrótce straciła jego względy – odtąd spędzała czas w samotności lub w towarzystwie podupadającej na zdrowiu ciotki, omijając pogardliwy wzrok pozostałych żon. Z utęsknieniem wyczekiwała chwili, gdy księcia opuszczą siły witalne i zostawi swe miasteczko już niemal dorosłym synom, którzy z pewnością odeślą ją z powrotem do ukochanej Akimeretury. Powróci na łono rodziny, zobaczy braci i rodziców, odwiedzi stare, dobrze znane komnaty, opuści raz na zawsze znienawidzoną rezydencję. Myślała o tej chwili od przeszło dwóch lat jak o wybawieniu, jednak, jak na złość, książę, który niedługo miał świętować półwiecze swego żywota, na stare lata jakby nabierał sił i jeszcze prężniej pomnażał swe skarby.

Westchnęła, wyrywając się z rozmyślań nad swą dłużącą się, smutną i monotonną młodością, która jednak powoli odchodziła, wprowadzając ją w wiek, w którym powinna mieć swoje miejsce na ziemi i kwiat, którego pielęgnacji mogłaby się poświęcić. Jeśli książę przeżyje jeszcze parę wiosen i nie wydarzy się nic nadzwyczajnego, to po jego śmierci i powrocie do domu zostanę pewnie na zawsze wdową bez żadnych szczęśliwych wspomnień, nie licząc tych nieco już zatartych z lat dzieciństwa.

Westchnęła ponownie patrząc na rodzinny, pełen ciepła odpoczynek osób sobie bliskich i kochających się wzajemnie, choć nie mających choćby ułamka tych wygód, co ona, cieszących się możliwością spędzenia ze sobą czasu i schłodzenia się wodnistymi owocami, by za godzinę wrócić do żmudnych i wyczerpujących prac. Harowali niemal całe życie bez wytchnienia, ale w wolnym czasie mieli dokąd wracać. A ona? Nie pracowała, ale też nigdy nikogo nie wyczekiwała ani nie szła do nikogo z taką radością w sercu, z jaką wracali do rodzin drobni rzemieślnicy i kupcy.

Westchnęła trzeci raz, dostrzegając jakiś ruch w klatce, w której został zamknięty wyróżniający się spośród współbraci koczownik wraz z dwoma współplemieńcami. Dach tych prowizorycznych cel, podobnie jak ściany, został sklecony z powiązanych ze sobą drągów wykonanych z giętkich drzew oazowych, tworząc coś na kształt krat uniemożliwiających wyjście, ale też niechroniących przed palącym słońcem. Zrobiło jej się żal skazanych na popołudniowe cierpienia młodych ludzi. Jeden z nich, najwyraźniej słabszy lub ranny, źle znosił upał. Dumny koczownik postanowił stworzyć dlań prowizoryczny baldachim, zdejmując swe okrycie i wystawiając ramiona oraz część torsu na działanie palących promieni. Nie spodobało się to żołnierzowi, który zapewne kazał mu zostawić biedaka, a gdy ten nie usłuchał, zaczął grozić mu i uderzać w klatkę biczem. Widząc mierne skutki tych działań, postanowił dać upust swojej złości – wściekle krzyknął na drugiego strażnika, by przyniósł klucz do celi.

Młodej księżniczce nie spodobało się to, nie chciała patrzeć na niesprawiedliwy rozlew krwi, jednak szczęśliwie z willi wyszedł dowódca straży, który szybko ostudził głowę podwładnego, pozwalając odważnemu młodzieńcowi na stworzenie prowizorycznego baldachimu. Dodatkowo, co zdziwiło Leoncję nie mniej od żołnierza, któremu przyszło wykonać rozkaz, postanowił napoić więźniów, a nawet nakarmić ich kaszą oraz figami.

Teraz zupełnie zajęły ją myśli o ludziach, którzy cały swój dobytek przewożą na wielbłądach oraz, dostarczających im materiału na ubrania oraz jedzenie, owcach, rozbijając namioty w cieniach jaskiń lub przy oazach, które nie zostały jeszcze zajęte przez osiadłych mieszkańców Krotosu, rzadko, raczej z konieczności odwiedzając kamienne miasta. Ich domem była tak naprawdę cała pustynia, choć niektóre plemiona miały swoje terytoria, poza które raczej się nie zapuszczały bez wyższej konieczności. Leoncja zapamiętała ich jako dzikich, ale pogodnych i uprzejmych ludzi, którzy do Akimeretury przyjeżdżali raz na parę tygodni, kupując od rzemieślników potrzebne im wyroby, sprzedając owcze runo, tłuszcz i inne dobra pustyni. Zazwyczaj spędzali w osadzie kilka dni, wprowadzając do monotonnego życia miasteczka powiew świeżości i nowości, bowiem wędrujący nieraz setki mil koczownicy przynosili wieści z odległych stron. Można powiedzieć, że w czasie ich pobytu powstawało w osadzie drugie, niezależne miasto, a największą radość czerpały z tego dzieci spędzające czas na zabawach wymyślonych przez ludzi prowadzących tak odmienny od nich tryb życia.

Tak było kiedyś. W Kolfince ci koczownicy są pierwszymi od parunastu miesięcy, a i tak raczej trudno to nazwać odwiedzinami. Wszystko to za sprawą księcia, który uważał nieosiadłych Krotosańczyków za ludzi niemających prawa bytu, chciał, by wszyscy bez wyjątku zostali niewolnikami żyjących w miastach książąt, kupców, właścicieli studni, oaz i nawodnionych pól uprawnych czy rzemieślników. Ostatnio, niestety, zaczął wcielać swój plan w życie. Przez to i wiele innych zachowań małżonka Leoncja traciła powoli dumę z pochodzenia, zaczęła nawet czuć coś na kształt obrzydzenia, jednocześnie coraz mocniej fascynując się koczownikami prowadzącymi tak odmienne życie w bliskiej odległości od świata pałaców.

Nie! Tknęła ją taka pozytywna siła niepozwalająca jej przejść obojętnie obok krzywdy bezbronnych. Nie pozwolę mu skazać na niewolnictwo niewinnych ludzi. Dziś sama go zaciągnę do swego łoża i ustalę, czym przewinili ci nieszczęśnicy. Jeśli niczym poważnym, a tak jest prawie na pewno, to postaram się go przekonać, by wypuścił tych ludzi.

Muszę tylko wcześniej odwiedzić ciotkę, oby miała wszystkie składniki pod ręką, do wieczora sporo czasu, więc powinna zdążyć z przyrządzeniem mikstur. Pora ją poinformować – jak postanowiła, tak zrobiła, ostatni raz rzucając przelotne spojrzenie na klatki wypełnione młodzieńcami, po czym odwróciła się na pięcie i zniknęła za zwiewną, przyjemną w dotyku zasłoną odgradzającą balkon od jej komnaty sypialnej.

 

Postrach pustyni

 

Dwa tygodnie wcześniej

– Twój ojciec był mężnym wojownikiem, ale też świetnym przywódcą klanu, zawsze dbał o wszystko i o wszystkich, zwłaszcza najsłabszych.

Stary Fleikorius, którego słońce pustyni ogrzewało już od przeszło siedmiu dekad, znał od urodzenia zarówno jego, jak i jego ojca Alvinkosa, temu drugiemu doradzając przez cały, trwający ponad ćwierć wieku okres przewodzenia plemieniu, który zakończyła dziwna choroba, wykańczając przywódcę w dwie bezsenne dla młodziana i liczącej trzy setki mężów, kobiet i dzieci społeczności noce. Na zebraniu wszystkich dorosłych mężów plemienia postanowiono, posiłkując się przy tym wolą zmarłego, że następcą zostanie właśnie on – dwudziestojednoletni Emikomos, od dziecka chowany na przywódcę wędrownego szczepu, który w przeciwieństwie do wielu wodzów innych plemion nie zamierzał porzucać wielbłądów i namiotów na rzecz kamiennych domów. Niechęć do mieszkańców miast spotęgowała postawa księcia, do którego formalnie należały tereny odwiedzane przez to plemię. Choć byli koczownikami, to poruszali się tylko w obrębie kilku oaz, często przebywając na terenie jednej nawet po kilka tygodni. Wielu, zwłaszcza młodych członków może i wolałoby osiedlić się gdzieś na stałe, ale nie wyobrażali sobie życia z dala od dobrze znanych, wiecznie zielonych wysp, a pozostanie gdzieś na dłużej mogło wiązać się z represjami księcia, który z nieznanych powodów żywił do nich szczerą, niemającą podstaw nienawiść. Młody Emikomos miał nie lada problem, by zapewnić szczęście, spokój i bezpieczeństwo ludziom, którzy przy rządach twardej ręki Gwildoniusza pragnęli niemożliwego, a jednocześnie nie chcieli zmieniać otoczenia.

– Wiem, jednak nie miał takich problemów – zauważył sucho. – Kiedyś spokojnie wędrowaliśmy od oazy do oazy, odwiedzając czasem Gelchenke, Olipas, Temphilos czy właśnie Kolfinkę, i nie mieliśmy żadnych kłopotów ani z pożywieniem, ani z książętami.

– Wiem, mój chłopcze, ale mogę cię zapewnić, że gdybyś chciał opuścić te tereny, pójdziesz sam – oświadczył życzliwym tonem. – Musisz znaleźć rozwiązanie. Nie możemy zaatakować Kolfinki, zresztą nie zdobylibyśmy nawet jej murów. Nie obalimy jego władzy, lecz możemy ją przeczekać. Do najmłodszych nie należy, jego następca może będzie lepszy…

– Albo gorszy – przerwał staremu doradcy młody wódz. – To nie jest rozwiązanie. Zresztą… co zrobimy, jeśli znowu przyjdą i jak przed dwoma miesiącami zabiorą nam pół stada i większą część zgromadzonych dóbr? Ojciec pozwolił nas okraść! Ja na to nie przystanę! Staniemy do walki.

– Nie – odrzekł spokojnie. – O to mu chodzi. Jeśli pierwsi zaatakujemy jego ludzi, będzie miał pretekst, by nas zmiażdżyć i zniewolić.

– To co w takim razie mamy zrobić?! – krzyknął wzburzony. – Następnym razem zabiorą nam wszystko! Umrzemy z głodu.

– Tak zginiemy od mieczy i włóczni.

– Czyli, prócz śmierci, nie mamy przyszłości – podsumował gorzko, opuszczając głowę i ton.

– Nie. Młody Emikomosie, musimy działać, ale w ciszy i tak, by nie wzbudzać podejrzeń. Powinniśmy wysłać zwiadowców na drogi prowadzące do Kolfinki, którzy, w razie najścia poborców podatkowych, pozwolą nam zawczasu odesłać stada i zapasy w bezpieczne miejsce. Ludzi Gwildoniusza przywita praktycznie całe plemię, które niestety nic nie będzie mogło oddać w ramach podatku.

– Hmm, sprytnie – Młody wódz szybko odzyskał rezon. Sam się zdziwił, jaką huśtawkę nastrojów zaserwowały mu pierwsze godziny panowania nad plemieniem.

– To nie wszystko. Powinniśmy wysłać gońców do innych plemion, by je ostrzec, a i może zawrzeć jakieś porozumienia. Prócz nas są przecież jeszcze dwa klany, które większość roku spędzają w okolicach Kolfinki, ale chyba nimi książę jeszcze się nie zajął. Tamtejsi wodzowie, Wielkulis Chytry i Ostrograleks, choć są dumni i pyszni, a władzy innego wodza nie uznają, to może zrozumieją, że tylko w zjednoczeniu jest nadzieję na przetrwanie.

– Nie dziwię się teraz, że mój ojciec zawsze prosił cię o radę. – Władca z podziwem i szacunkiem spojrzał na pomarszczoną i wysuszoną pustynnym wiatrem twarz starca oraz nieco przygaszone, lecz wciąż bystre, czarne oczy.

– Nie prosił nigdy – odparł jakby przygnębiony. – Często me próby doradzenia zbywał, choć słowa pewnie brał do serca. Ale tak naprawdę nie zwierzał się nikomu, prócz…

Przerwał mu przyciszony, przeszywający strachem ryk. Wielki, dumny, budzący podziw zmieszany z grozą lew zbiegał z nieodległej wydmy, potrząsając przy tym bujną ciemnozłotą grzywą, kierując się wprost na nich.

– Tylko prawdziwy król pustyni znał troski i żale twego ojca.

Emikomos ze smutkiem, ale i ze zrozumieniem pokiwał głową. Jego ojciec częściej zdobywał się na szczere rozmowy przy tym szlachetnym kocie, niż gdy spędzali czas tylko we dwóch. Matka nawet się śmiała, że zdradza ją i to z osobnikiem tej samej płci. Ale cóż, taki los wodza – w przeciwieństwie do ludzi lew nigdy go nie zdradził, a i niczego nie oczekiwał za przyjaźń, cierpliwie wysłuchując wywodów swego towarzysza, którego syn pewnie też będzie widział w nim najlepszego druha, a nie, jak dotąd, wybryk ojca i co najwyżej towarzysza zabaw. Mimo że wydawało mu się, iż zna lwa od urodzenia, to nadal czuł pierwotny lęk, nie zastąpił strachu bezgranicznym zaufaniem tak jak jego poprzednik.

– Też smucisz się po stracie bliskiej osoby? – bezosobowo zapytał, gdy lew stanął parę łokci od nich. Bystre stworzenie, potwierdzając jego słowa, mruknęło kilkukrotnie, odwracając się przy tym w stronę wydmy oraz dość żywiołowo machając ogonem. – Chce nam coś pokazać, zawsze tak robi, gdy pragnie się czymś podzielić.

Nim skończył mówić, król pustyni pognał, skąd przybył, a młodzieniec, zapominając o wieku swego towarzysza, puścił się za nim wielkimi susami, zdobywając pustynny pagórek. Po chwili stał tuż obok przyjaciela ojca, tak blisko, że wyczuwał ciepło emitowane przez zgrzane ciało. Mrużył oczy, lecz niczego nie dostrzegał, lustrując bezkresną pustynię aż po horyzont, przybliżony nieco przez skracającą pole widzenia piaskową zawieję.

– Nie zawsze, idąc szybciej, pierwszy osiągniesz cel, ale zawsze, by dojść do celu, musisz wiedzieć, gdzie go szukać – staruszek stanął po drugiej stronie zwierzęcia, kładąc chudą, wyżyłowaną dłoń na jego grzywie, uspokajając coraz głośniejsze mruczenie. – Wróg nie jest na tyle głupi, by iść drogą, na której się go spodziewamy. Popatrz na północ, masz bystrzejszy wzrok, a nie zauważyłeś, że tamten tuman pyłu jest zbyt duży, by mógł być efektem działania natury.

– Poborca z wojskiem… – Emikomosa zawstydziły słowa staruszka. Musiał szybko się zrehabilitować, więc, wytężając w zgodzie ze słowami jego wieloletniego nauczyciela bystry wzrok, dostrzegł w dole, kilkaset albo i więcej łokci od nich istotny szczegół. – Sądząc po długości i wysokości, na którą wzlatuje kurz, spieszą się, a i dość spory oddział wziął do ochrony urzędnik księcia.

– Racja, choć jako wódz plemienia nie możesz wydawać osądów, których nie jesteś pewien. – Fleikorius zawsze miał jakieś uwagi. No i, niestety, nigdy nie były one bezpodstawne. – Być może to zwykli podróżnicy lub, czego nie wykluczam, posłańcy z innego plemienia, choć liczba ich jest raczej zbyt duża.

– Wracajmy do oazy, na wszelki wypadek trzeba odesłać bydło i wysłać zwiad. – Młody wódz szybko przyswajał sobie nowe obowiązki.

– No, no, no… – Stary Fleikorius uśmiechnął się, mając w myślach obraz rodzica tego rezolutnego i mądrego, choć wciąż niedoświadczonego i trochę zbyt pewnego siebie młodzieńca. – Szybko podejmujesz decyzje, ale i rozkazy muszą być prędko wydane. On zrozumie, twój ojciec w wyjątkowych okolicznościach też to robił. Ja spokojnie dojdę sobie piechotą, a może i dowiem się czegoś po drodze.

Emikomosa przeszedł dreszcz, poczuł, jak jego serce zaczyna szybciej bić, a nogi uginają się pod ciężarem umięśnionego, przywykłego do niebezpieczeństw i trudów ciała. Miał pierwszy raz zrobić to, czego nigdy nie widział, ale o czym zawsze marzył.

– Prędzej, bo chyba mnie pierwszego moje niedołężne nogi doniosą – ponaglił Fleikorius, skrywając uśmiech wywołany trwogą młodego męża, który chyba dopiero dziś poznał to uczucie.

Co ma być, to będzie, raz się żyje, a marzenia uciekają równie prędko co lata. Wziął głębszy oddech, jakby chciał pochłonąć cały unoszący się w powietrzu kurz, po czym przybliżył się jeszcze bardziej do grzywy lwa. Drapieżnik obrócił potężną głowę i spojrzał mu prosto w oczy. Młody przywódca wiedział, że przed nim jednym musi okazać pokorę, więc potulnie opuścił głowę, przymykając oczy. Nie miał pojęcia, ile trwali tak w tej przedziwnej pozie. Mrożący krew w żyłach wrogów ryk króla zwierząt wyrwał go z uśpienia, drgnął, zobaczywszy przed oczami ugięte łapy wyrażające przyzwolenie lwa. Delikatnie, tak by przypadkiem nie urazić dumy śmiertelnie groźnego zwierzęcia, usiadł na jego grzbiecie niczym na wielbłądzie. Szybko zweryfikował swoje plany – ruszenie z miejsca w pełnym biegu i to tak porywistym, że przy drugim susie omal nie zleciał, zmusiło go do pochylenia się, a wkrótce niemal zatopienia w bujnej grzywie. Objąwszy szyję zwierzęcia, początkowo próbował spoglądać w przód znad porośniętego gęstym futrem łba, jednak minięcie o włos najeżonego długimi na szóstą część łokcia kolcami kaktusa przekonało go do reszty, by zaufać towarzyszowi mknącemu z prędkością wiatru. Gdyby miał możliwość odwrócenia się, z pewnością nie dojrzałby już starego Fleikoriusa ani wydmy, na której się rozstali.

Pęd suchego powietrza przyjemnie muskał zroszone potem policzki, zapach owoców i drzew oazy mieszał się z wonią lwa, który nawet na moment nie myślał o przystanięciu czy choćby zwolnieniu. Przedpołudniowe słońce oślepiało jeźdźca, a obsuwający się piasek, poruszany w równych odstępach czasu łapami niezmordowanego zwierzęcia, wydawał przyjemny szmer, kojący nerwy i pozwalający zapomnieć o zakończonym przed kilkudziesięcioma godzinami rozdziale życia.

Nagle to wszystko prysło jak odbicie w zmąconej wodzie sadzawki. Lew przystanął i ponownie ugiął nogi. Emikomos w czasie szaleńczego biegu przymknął oczy i dopiero teraz, gdy przystanęli, skonstatował, że jest pod palmami dającymi wokół całej oazy pas zbawiennego cienia. Od strony namiotów rozbitych bliżej wody, od której zawsze, nawet w najcieplejsze dni, bił delikatny chłód, nadchodzili mężowie wraz z kobietami, a spod drzew cytrusowych wybiegły bawiące się w chowanego dzieci.

– Oto mój świat, przyjacielu – szepnął do ucha lwa w trakcie zsiadania, by nikt tego nie usłyszał.

Ten mruknął mu na znak, że rozumie, a mądre spojrzenie mogło sugerować, iż czuje się jego częścią, choć równie dobrze sam sobie poradzi. Mruknął raz jeszcze, nieco głośniej, by nastraszyć nadbiegającą hałaśliwą gromadkę malców, po czym wielkimi susami popędził na południe.

Dokąd? Tego chyba żaden człowiek nie wiedział.

 

cdn.

Koniec

Komentarze

Ciekawa jest ta ocena Mr.Wooda, który zarejestrował się tuż po Tobie. Myślisz, że Wood Cię stalkuje? :P 

Wilku, a jeśli to jedyny sposób, aby dodać sobie odrobinę pewności… ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ale to niech chociaż udaje, że to nie on sam sobie ocenił ;-) 

Natomiast, Mr.Wolfie, ocenianie samemu sobie tylko śmieszy, ale na pewno nie skreśla :-) Problem jest inny. Wiele osób niechętnie ocenia fragmenty. Co innego, gdyby zostały dodane przez kogoś aktywnego na portalu, kto już dał się poznać z jakiegoś dobrego tekstu – wtedy mogą się znaleźć osoby, które chętnie rzucą okiem. 

Jest tez druga możliwość – jeśli tekst jest fragmentem, ale jednocześnie sam w sobie może być odczytany jako niezależna całość, to tez jest ok.

Niemniej może ktoś przeczyta – zobaczymy.

Wilku, sztuka udawania rozwija się z wiekiem. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Leoncja, stojąc wśród zwisających z dachu, rozpostartych na całej długości balustrady kwiatów i paproci, mrużyła oczy, by z wysokości balkonu dojrzeć ludzi eskortowanych przez liczny i dobrze uzbrojony oddział żołnierzy, który – wprowadziwszy więźniów przez niewidzianą stąd Bramę Owiec – zmierzał do naprędce zbudowanych przed paroma dniami na rozkaz samego namiestnika klatek, stojących w najmniej rzucającym się w oczy punkcie placu Wodnego, ogrodzonych niską, niezasłaniającą obserwującej z drugiego piętra księżniczce palisadą.

 

O cholibka. Dawno nie czytałem tak długiego zdania. Sądzisz, że fajnie jest czytać tyle informacji bez wytchnienia? Prawie się udusiłem. Pierwsze zdanie nie lepsze. A że życie mi miłe, to dalej iść nie zamierzam.

P.S. Ocenianie własnego tekstu, dodatkowo na najwyższą notę, jest, delikatnie rzecz ujmując, słabe.

No, tak długich zdań to nawet ja nie piszę :D A ocena znikła

http://altronapoleone.home.blog

Ani ja. xD.

Może tak?

Leoncja stała wśród zwisających z dachu kwiatów i paproci. Mrużyła oczy, by z wysokości drugiego piętra dojrzeć ludzi wprowadzonych przez Bramę Owiec, niewidoczną z balkonu. Więźniów eskortował liczny i dobrze uzbrojony oddział żołnierzy. Zmierzali do klatek postawionych w najmniej rzucającym się w oczy punkcie placu Wodnego. Zbudowano je naprędce przed paroma dniami na rozkaz samego namiestnika. Ogrodzone były niską palisadą, która jednak nie zasłaniała widoku księżniczce.

Nowa Fantastyka