- Opowiadanie: tsole - Czas utracony

Czas utracony

Coś na zaduszkowe refleksje. Stężenie akcji i fantastyki bliskie zeru. Opowiadanie publikowane w miesięczniku “W drodze”; znajduje się także w moim zbiorku “Muzyka Sfer Niebieskich”.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Czas utracony

Zbudować zegar.

Zbudować zegar na miarę naszych czasów.

Zegar, który pozwoliłby ochłonąć nam, pędzącym na oślep w trzewiach technologicznego molocha.

Zegar, który niweczyłby przerażenie karkołomną galopadą zdarzeń w sterroryzowanym ekonomią świecie.

Zegar, który wyzwoliłby wszystkich sfrustrowanych ciągłym narastaniem dystansu do liderów szaleńczego wyścigu mózgów.

Zbudować zegar mierzący upływ czasu nieutraconego.

Zegar, który jak wyrzut sumienia tkwiłby nad człowiekiem i pokazywał mu, kiedy i gdzie, jak i dlaczego marnotrawi bezcenne, nieodwracalne chwile swego życia.

To pragnienie urosło w nim do rozmiarów obsesji.

 

***

Zapewne dlatego tak często dręczyły go majaki senne. Widział w nich zdziczały, łamiący barierki tłum gnający na wyprzedaż w supermarkecie. Przy bramkach wejściowych tłum spiętrzał się, co uruchamiało machinę łokci hałasującą w swym pełnym bezwzględności działaniu skrzypem ordynarnych wyzwisk. Z naprzeciwka wracali szczęśliwcy, przytulający do piersi, niczym bezcenny skarb, dopiero co nabyte żelazka, odkurzacze, miksery, smartfony, laptopy… Ich nieprzytomne jak w mistycznej ekstazie spojrzenia pozwalały mniemać, że poczyniony przed chwilą zakup stanowi doniosłe wydarzenie, milowy krok w realizacji życiowych dążeń.

Czy można zbudować przyrząd, który pokaże tym ludziom, że jednak drepczą w miejscu?

Z rozpaczą i bezsilnością obserwował młodego rewolucjonistę miotającego się na zaimprowizowanej mównicy. Słuchał wartkiego potoku gładkich słów układających się nad głowami słuchaczy w bajecznie kolorowe wizje przyszłości.

– Trzeba krwi! – wołał młodzieniec, odgarniając opadające na oczy płomieniste kiście włosów.

– Trzeba krwi! – ryczał tłum porwany równie płomienistą mową. I wznosił w górę zaciśnięte pięści.

Jaki zegar umiałby pokazać temu człowiekowi iluzoryczność przekonania, że jest on zbawcą świata?

Oglądał przestronne gabinety mężów stanu i menedżerów z wytwornymi fotelami i zielonymi palmami przy oknach. Ze stołami konferencyjnymi o nieskazitelnie lustrzanych blatach i budzącymi respekt biurkami. Leżące tam, grubością podobne Biblii terminarze zdawały się mówić z dumą: „Patrzcie, ile obowiązków ma mój właściciel! Zaiste, nie ma chyba na świecie drugiego człowieka, od którego tak wiele zależy!”.

Jakie czasomierze należałoby postawić na tych biurkach, by rozbiegane oczy, niedostrzegające dotąd stojącej obok palmy, znieruchomiały choć na moment w zachwycie nad pięknem misternej sieci pająka, który zagnieździł się tutaj, zmyliwszy czujność sprzątaczki?

 

***

Po dniach, w których pracował intensywniej niż zwykle, prześladowały go wizje zegarów spadających z nieba. Nie były to senne mary; odnosił wrażenie, że obserwuje jakiś alternatywny świat, w którym Ruch i Spokój żyją w symbiozie. Przeróżne cyferblaty, od staroświeckich ze złoconymi wskazówkami i rzymskimi znakami o cienkich szeryfach do elektronicznych z zielonkawą poświatą kanciastych równoległoboków cyfr i pulsującym dwukropkiem, wszystkie spadały spokojnie i majestatycznie. Ruchami podobne płatkom śniegu, kładły się wokół bezszelestnie jak jesienne liście i ginęły pod warstwą następnych…

 

***

Czasem myślał, że podjął się zadania ponad siły. Ogarniało go zwątpienie. Rychło jednak otrząsał się z niego, myśląc, ile korzyści przyniesie ludzkości taki przyrząd. Gdyby każdy człowiek umiał rozpoznać, kiedy i dlaczego traci czas! O ile łatwiej mógłby zorganizować swą drogę życiową. Jakie proste byłoby wówczas omijanie zdradliwych mielizn błahostek. Demaskowanie problemów trywialnych, lecz podstępnie tworzących miraże wielkości, przebiegle domagających się dla siebie priorytetów, przyćmiewających sprawy rzeczywiście ważne, o których istnieniu, oślepieni, częstokroć nie mamy pojęcia.

Więc pracował. Mozolnie pochłaniał stronice naukowych publikacji najeżone ostrokołami równań i symboli zazdrośnie strzegących dostępu rozumu do piękna matematycznego raju. Wertował opasłe tomy podręczników historii i monografii poświęconych wielkim tego świata, pragnąc dostrzec, jakie to wspólne cechy zdecydowały o tym, że mają oni swoje ulice, place i pomniki.

Jako pierwszy pojawiał się w czytelni uniwersyteckiej biblioteki i jako ostatni ją opuszczał. Bibliotekarz, poczciwy staruszek, któremu udało się wybronić przed emeryturą, witał go życzliwym uśmiechem jak starego znajomego. Odwzajemniał ten uśmiech machinalnie i szybko zagłębiał się w lekturze, jakby go ktoś gonił.

Istotnie, gonił go czas. Ten nieubłagany fizyczny czas, który mimo rewolucyjnych odkryć Einsteina nadal zdawał się biec na newtonowską, jednostajną modłę, jak gdyby wbrew ludzkim pragnieniom okiełznania go. Coraz częściej natrętnie dokuczała mu myśl, że nie zdąży i wtedy całe niemal życie okaże się czasem utraconym. Ogarniał go paniczny lęk na myśl, że los mógłby tak okrutnie zadrwić właśnie z niego.

 

***

Pewnego ranka, gdy siedział już nad książkami, poczuł, że coś jest nie tak. Podniósł odruchowo głowę. Na miejscu staruszka siedział młody człowiek z przesadnie długą czupryną. Podszedł do niego, tknięty złym przeczuciem.

– Przepraszam – zagadnął niepewnie – gdzie jest pan… – zająknął się. Nie znał nawet nazwiska starego bibliotekarza. – No, ten pan, ten starszy pan, który tu pracuje od lat?

– Pracował – odparł młodzieniec. – Pan Wilson zmarł wczoraj wieczorem.

– Zma… zmarł? Ach tak… to okropne – wymamrotał. – Dziękuję panu.

Zdruzgotany wrócił na swoje miejsce. Próbował kontynuować lekturę, ale nie mógł. Przed oczami miał wciąż pogodną, spokojną twarz starego bibliotekarza. Wyszedł z gmachu. Do obiadu wałęsał się bez celu po mieście. Nie zdarzyło mu się to od lat. Tępo patrzył na tłum rozlewający się bezkształtną kałużą po skwerach i placach. Goniący za zbuntowanymi zegarami ludzie zderzali się ze sobą, jak molekuły gazu w brownowskich ruchach.

 

***

Stał nad świeżą mogiłą staruszka, ogarnięty cmentarną ciszą. Nieliczni uczestnicy pogrzebu rozpierzchli się pośpiesznie, wciągani niewidzialną siłą w kołowrót codziennych zajęć. On został tutaj, ujęty urokiem miejsca, które oparło się niewolącym podmuchom czasu. Leniwa pantomima odartych z liści topoli była jak żałobny, pełen zadumy taniec, wykonywany w hołdzie tym, którzy już nigdzie nie muszą się śpieszyć.

Lecz trzymało go coś jeszcze. Miał wrażenie, że staruszek zabrał ze sobą do grobu skarb, za którym on bezskutecznie gonił przez całe niemal życie. Wrażenie to potęgowało się, gdy przed oczami stawała mu twarz Wilsona. Twarz pełna spokoju i życzliwości. Twarz, której nie targały nerwowe tiki. Twarz, która nigdy nie zwracała się w pełnym obaw ruchu ku tarczy zegara.

Rozum kazał mu otrząsać się z tych nierozsądnych myśli. Niby dlaczego stary bibliotekarz miałby znać sekret czasu nieutraconego? Cóż on zrobił takiego, czego w życiu dokonał, by można było twierdzić, że nie zmarnował jednej chwili w swoim życiu? Czy był wielkim wynalazcą? Czy napisał jakieś wiekopomne dzieło literackie, symfonię? A może był odkrywcą leku, który wyrwał ze szponów śmierci chorych na okrutną, nieuleczalną chorobę? Może położył zasługi w rozwiązaniu jednego z kryzysów politycznych?

Nie. Ani takich, ani podobnych zasług staruszek nie miał. Był bibliotekarzem, zwykłym szarym człowiekiem, jakich pełno na ulicach, w urzędach, fabrykach…

A jednak ten spokój na twarzy… Ten spokój kazał przypuszczać, że Wilson znał sposób, by omijać zdradliwe pułapki straconego czasu. Czuł to.

Ostatnio wizje z tarczami zegarów nawiedzały go szczególnie intensywnie. A dziś… dziś cyferblaty jęły rozmywać się i przekształcać w wizerunki ludzkich twarzy. Obserwował je z lękiem i ciekawością. Co chwila odkrywał oblicza skądś znajome. A to kolega ze studiów, z którym głupio jakoś wyszło przy egzaminie z analizy funkcjonalnej… A to dziewczyna, którą odepchnął zauroczony perspektywami, jakie roztaczały się przed nim: młodym i żądnym rozgłosu naukowcem… To znów ta staruszka, którą grzebiącą w koszu z odpadkami obserwował z okna hotelu asystenckiego… Żona… żona, która odeszła z dziećmi, nie mogąc znieść jego obsesji… A oto i dzieci. Twarze zamglone jakieś… Kim są, co robią? Nie wiedział.

Twarze, twarze, twarze… Pogodne tarcze zegarów odmierzające czas jedynie istotny dla człowieka…

Dojrzał twarz staruszka. Kiedy na nią patrzył, bijące z niej pełne ufności spojrzenie odkrywało wyraźnie własną małość. Małość własnego życia. Iluzję wielkości własnych dokonań i ambicji.

Wizja skończyła się, lecz twarz Wilsona została. Utkwiła w nim, niby bolesna zadra. A teraz przygnała go tutaj, w jesienną scenerię cmentarza, gdzie do końca zrozumiał, że tracił dotąd czas.

Odwrócił się, ruszył powoli aleją wiodącą w kierunku cmentarnej bramy. Ciężkie, sinoszare chmury troskliwie otulały kładące się do snu miasto.

Lecz on widział wschodzące słońce.

Koniec

Komentarze

Pojedynkujesz się z tematem nienowym, niesamowicie ogranym – wręcz, mam wrażenie, motywem przewodnim większości płytszych i głębszych rozważań naszych czasów. Na ogół nie lubię, kiedy ktoś arbitralnie określa, co jest marnowaniem czasu, a co nie. Jednocześnie trudno zaprzeczyć, że ta gonitwa jest obecna i naprawdę ciężko nazwać niektóre jej przedmioty inaczej, niż błahostkami. 

Jednak końcówka sprawia, że wychodzisz z tej potyczki obronną ręką. Bo ta refleksja, na dodatek tak ładnie ujęta, że czas naszego życia mierzą relacje, nie wskazówki, że ten czas odmierzają zauważane przez nas na znajomych twarzach zmarszczki – to jest dla mnie coś mądrego, chociaż prostego. Nie odkrywczego, ale jednocześnie nie w pełni uświadomionego. Sam tekst jest bardzo poetycki, miejscami balansuje już na granicy przesytu, ale według mnie jej nie przekracza. Dodatkowo zrobiło na mnie wrażenie to, w jak wiele różnych metafor ująłeś to samo przesłanie, które przewija się przez tekst niemal rytmicznie jak tykanie zegara.

I jeszcze samiutka końcówka, tu jest coś pięknego – w tym wschodzie i zachodzie jednocześnie pokazałeś, że bohatera czas i obsesja na jego punkcie już nie dotyczy. Uwielbiam takie zabiegi – nie mówić wprost, ale pokazywać.

Fantastyki faktycznie nieco brak, pobrzmiewa jedynie w marzeniu o zbudowaniu tak niesłychanej maszyny. Niemniej jednak skorzystam ze świeżo nabytego prawa do nominowania tekstów do biblioteki :)

Dziękuję Nir, czuję się wzruszony, jak każdy autor gdy znajduje w czytelniku bratnią duszę. Wyczytałaś w tym tekście wszystko, co było do wyczytania, a może nawet więcej, bo w literaturze to jest piękne i fascynujące, że w sytuacji gdy wystąpi rezonans między autorem i czytelnikiem często pojawia się wartość dodana, dzięki czemu opowiadanie żyje własnym życiem i “generuje” nowe refleksje.

Rzeczywiście, temat jest penetrowany od zarania dziejów, lecz wciąż aktualny. Mnie przede wszystkim fascynuje paradoks, że czasu ciągle nam brak i zarazem tyle go marnotrawimy :) Lecz powód owej penetracji leży chyba w tym, że natura czasu jest tajemnicza i do dziś nie bardzo wiemy, czym on jest, a pojawiają się także twierdzenia, że w ogóle go nie ma, że jest iluzją. Pozwolę sobie przytoczyć pogląd współczesnego brytyjskiego fizyka Juliana Barboura, który, nawiązując do znanej baśni Hansa Andersena, mówi: W odróżnienia od Króla, który nie był ubrany w nic, czas jest niczym ubranym w szaty. Można opisać jedynie te szaty.

Ja fantastykę znajduję tu jedynie w stereotypie szalonego wynalazcy. Kilka lat po jego napisaniu zastanawiałem się, czy nie wzmocnić tego motywem faustowskim, lecz ostatecznie zrezygnowałem.

Bardzo dziękuję też za klika, zwłaszcza, że to świeżutki :)

Pozdrawiam!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

A tak czytałam i cały czas myślałam, że facet właśnie marnuje czas. Fakt, zakupologia, wyścig szczurów to dla mnie też marnowanie czasu, ale czasem bywa ono bardziej subtelne. Fajnie, że gość sobie to w końcu uświadomił, szkoda, że potrzeba było aż czyjejś śmierci, ale tak to już niestety bywa.

 

Dzięki Irko za wizytę, komentarz i klika!

szkoda, że potrzeba było aż czyjejś śmierci, ale tak to już niestety bywa

A ja myślę, ze jednak stety :) Przecież to ostatni dobry uczynek staruszka, nawet na łożu śmierci nie marnował czasu :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Ładny tekst, ale jak dla mnie jednak za mało tej fantastyki. Niby jest maszyna, ale ciągle tylko w planach. A próbować zbudować jakieś nierealne perpetuum mobile na pewno można.

Przydałby się taki zegar. Ciekawe, co by pokazywał w kilku miejscach…

Babska logika rządzi!

Paradoks uczonego marnującego życie na wynalezienie chronometru, który pozwalałby wykorzystywać czas z sensem. Nieźle pokazane, jak ważne jest, aby potrafić ocknąć się w odpowiedniej chwili, dostrzec moment, kiedy jeszcze nie jest za późno…

Przeczytałam z prawdziwą przyjemnością. ;)

 

Le­żą­ce tam, gru­bo­ścią po­dob­ne Bi­blii ter­mi­na­rze zda­wa­ły się mówić z dumą: „Pa­trz­cie, ile obo­wiąz­ków ma mój wła­ści­ciel! Za­iste, nie ma chyba na świe­cie dru­gie­go czło­wie­ka, od któ­re­go tak wiele za­le­ży!” ―> Brakuje kropki zamykające zdanie z cytatem.

 

Zdru­zgo­ta­ny wró­cił na swoje miej­sce. Pró­bo­wał wró­cić do lek­tu­ry… ―> Powtórzenie.

Może: Zdru­zgo­ta­ny wró­cił na swoje miej­sce. Pró­bo­wał podjąć/ kontynuować lek­tu­rę

 

Twarz, która nigdy nie zwra­ca­ła się w peł­nym obaw ge­ście ku tar­czy ze­ga­ra. ―> Twarz, która nigdy nie zwra­ca­ła się w peł­nym obaw ruchu ku tar­czy ze­ga­ra.

Gesty wykonuje się rękami, nie głową.

 

A może był od­kryw­cą leku, który wy­rwał ze szpon śmier­ci… ―> A może był od­kryw­cą leku, który wy­rwał ze szponów śmier­ci

 

Może po­ło­żył za­słu­gi w roz­wią­za­niu jed­ne­go z kry­zy­sów po­li­tycz­nych`? ―> czemu służy grawis przed pytajnikiem?

 

zdra­dli­we pu­łap­ki stra­co­ne­go czasu. Czuł to. W ostat­nim cza­sie wizje z tar­cza­mi ze­ga­rów… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Finkla, dziękuję za wizytę i komentarz. Uprzedzałem, że stężenie fantastyki jest bliskie zeru, przynajmniej w takim rozumieniu tego gatunku jaki jest obecny w tutejszym mainstreamie. Rzeczywiście nie ma tu żadnego hardware, ale przecież jest wątek obecności bohatera w jakimś alternatywnym świecie, co jest fantastyką par excellence. A dla mnie cały ten szorcik jest fantastyczny, bo, podobnie jak Irka, nie wyobrażam sobie, żeby taki zegar był (w sensie hardware właśnie) do zbudowania.

Reg, także dziękuję za komentarz, miło, że lektura dała Ci przyjemność! Dziękuję także za łapankę, zaraz wprowadzę, mam tylko wątpliwość co do pierwszej uwagi – to jak ma być: tak? !”.

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Hmmm. Jaki alternatywny świat? Uważasz, że biblioteka z miłym starszym panem nie istnieje? Czy to refleksje nad grobem znajomego nie wchodzą w grę? ;-)

Niemożliwa do zbudowania maszyna. Perpetuum mobile też jest niemożliwe, ale prawdziwi ludzie poświęcają sporo czasu na próby. IMO, to za mało na fantastykę. Tak, uprzedzałeś, że nie będzie jej dużo. Zwyczajnie dzielę się wrażeniami, na wszelki wypadek obwarowując zastrzeżeniami, że “dla mnie”.

Babska logika rządzi!

Jaki alternatywny świat?

“Po dniach, w których pracował intensywniej niż zwykle, prześladowały go wizje zegarów spadających z nieba. Nie były to senne mary; odnosił wrażenie, że obserwuje jakiś alternatywny świat, w którym Ruch i Spokój żyją w symbiozie. Przeróżne cyferblaty, od staroświeckich ze złoconymi wskazówkami i rzymskimi znakami o cienkich szeryfach do elektronicznych z zielonkawą poświatą kanciastych równoległoboków cyfr i pulsującym dwukropkiem, wszystkie spadały spokojnie i majestatycznie. Ruchami podobne płatkom śniegu, kładły się wokół bezszelestnie jak jesienne liście i ginęły pod warstwą następnych…”

 

Mało ale jest :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Oj tam, oj tam. Zwidy facet miał. Z przemęczenia albo z nerwów. ;-)

Dla mnie wizje i wrażenia to nadal za mało na porządny kawał fantastyki.

Babska logika rządzi!

Finkla: Wyrok przyjmuję z pokorą.

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Ciekawe opowiadanie, tekst przyjazny dla oka. Szkoda, że sam nie potrafię tak składać zdań. Podobało mi się, że pomimo śmierci bibliotekarza opowiadanie zakończyło się wizją wschodzącego słońca.

Dziękuję za wizytę i komentarz. Zerknąłem na Twój tekst i myślę, że składasz zdania całkiem dobrze. A nabiorą zwiewności, gdy będziesz dużo pisać, bo trening czyni mistrza :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Przecież to ostatni dobry uczynek staruszka, nawet na łożu śmierci nie marnował czasu :)

Na sądzie ostatecznym pewnie będzie mu policzone, ale sądzę, że staruszek po prostu był sobą i nawet nie zdawał sobie sprawy ze swoich “dobrych uczynków”. ;)

Chyba tak było, ale tą uwagą wskazałaś mi na jeszcze jeden kierunek pozwalający bardziej “ufantastycznić” szorta :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

:O

Kolejny piękny tekst Twojego autorstwa. Poruszasz zagadnienie, z pewnością nie nowe, ale czyż nie wciąż bardzo aktualne, a może dzisiaj jeszcze bardziej aktualne niż kiedyś? A poza tym robisz to w bardzo umiejętny, subtelny i oryginalny sposób. Czas i marzenie o magicznym zegarze, marzenia i utrata tego, co realne… Wzruszające zakończenie. 

Bardzo przyjemna lektura. Klikam :)

Bardzo przyjemny komentarz Katiu! Dziękuję! Także za klika. Cieszę się, że Ci się podobało a nawet wzruszyło.

Masz rację, dziś gonitwa w świecie większa niż kiedykolwiek w historii. Ludziska gonią za wszystkim: dobrami materialnymi, popularnością, sławą, uciekającym czasem… Tymczasem on zmierza… no właśnie dokąd? Kiedyś napisałem taką poetycką miniaturę na ten temat:

 

szedłem za Czasem

skrzętnie zbierając gubione przezeń okruchy

(zwane u nas chwilami)

 

wtedy On zatrzymał się

na cząstkę siebie

(zwaną u nas momentem)

i rzekł:

 

czemu idziesz za mną człowiecze?

nie widzisz, że zmierzam

do nikąd?

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Ooo… Podobało mi się. Pięknie napisane, klimatycznie, nastrojowo. Moje ulubione:

“Tępo patrzył na tłum rozlewający się bezkształtną kałużą po skwerach i placach. Goniący za zbuntowanymi zegarami ludzie zderzali się ze sobą, jak molekuły gazu w brownowskich ruchach.”

Uwielbiam takie porównania, których u ciebie dużo.

Temat nowy nie jest. Myślę, że wiele osób często miewa podobne przemyślenia. Zakończenie bardzo ładne. Fantastyki faktycznie mało, ale czasem można coś takiego przeczytać, zwłaszcza kiedy jest tak podane. :)

Dzięki Saro, cieszę się, że wpadłaś i że Ci się podobało. Ciekawe, też byłem zadowolony z tego zdania gdy go napisałem :)

A z fantastyką to jest tak: gdybym poprowadził akcję tak, że gość zrealizował swoją obsesję, zbudował taki zegar, gdybym jeszcze sklecił imponującego infodumpa pokazującego jak ten zegar działał, to stężenie fantastyki wedle tu wyznawanych reguł byłoby duże. Skoro jednak facet reflektuje się, że nie tędy droga i odnosi innego rodzaju sukces, no to już fantastyki jest mało :)

Serdeczności i dzięki za klika!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Tsole, no właśnie. Czy to fantastyka czy nie?

Od razu napiszę, że mi się podobało, choć już konwencji konsumpcjonizmu mam powyżej uszu, bo moim zdaniem przestała opisywać rzeczywistość, ale to początki, przeczucie, zważywszy na czas powstania opowiadania.

Wrócę do fantastyki. czyż fantastyką był metal srebrzysty, lżejszy od powietrza w “Lalce”, a przecież ta scena – dla mnie – zbudowała tę powieść, wprowadzając element prawdziwy-nieprawdziwy, zgoła dziwaczny. Tak, czas i zegary są dla mnie zgoła elementem fantastycznym.

Choć i Finkli zdanie podzielam, czegóż on tam szukał w tych księgach bibliotecznych. Zatrzymania czasu? Unieruchomienia go? Czegoś innego? Czego?  Piszesz, że wielkości, więc może chodzi o zapamiętanie, bycie poza czasem. Stąd wprost byłoby do konkluzji (patrz zakończenie), że zapisujesz się w pamięci relacyjnej. To prawda, acz wolałabym zatrzymać zegary tego świata na pit stop, pewnie potrzeba byłoby ich wiele.

Ano klikam, a osobiście dzięki za inspirację do opka, może powstanie:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hmmm. Chyba jestem dziwna, ale dla mnie “blaszka pływająca po wodzie” położyła powieść. Te lżejsze od H2O metale, które znam, reagują z wodą bardzo żywiołowo. Więc jakby Autor położył laskę na researchu… A skoro jemu się nie chciało, to czym ja mam się przejmować?

Babska logika rządzi!

:D, Finklo. To, dla mnie, było tak od czapy, że odpłynęłam. Do tej pory, jak widzisz, mnie to dręczy i poniewiera. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

…to jak ma być: tak? !”.

Właśnie tak, Tsole. Kropka kończy cały fragment z wplecionym cytatem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tylko jeszcze bez spacji przed wykrzyknikiem.

Babska logika rządzi!

Finklo, w tekście przed wykrzyknikiem nie ma spacji.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tsole – miniatura tak samo piękna jak opowiadanie :)

Asylum: Dzięki za komentarz i klika! Masz rację, w latach kiedy opko powstało, w naszym kraju konsumpcja była na kartki, a w wolnym handlu tylko ocet na półkach :) Więc nie bazowałem tu na autopsji tylko doniesieniach z krajów rozpasanej konsumpcji, czyli tzw. zgniłego kapitalistycznego Zachodu (ale przed publikacją tutaj dodałem laptopy i smartfony, by rzecz nieco zaktualizować).

Co do wątku fantastycznego w “Lalce” – zgadzam się, że miał w tej powieści duże znaczenie (choć twierdzenie że ją “zbudował” uważam za ciut przesadzone).

czegóż on tam szukał w tych księgach bibliotecznych

Z tekstu wynika, że jego poszukiwania były interdyscyplinarne. Z jednej strony publikacje najeżone ostrokołami równań i symboli matematycznych, z drugiej podręczniki historii i monografii poświęconych osobom wybitnym, zasłużonym, którzy – wg jego rozumowania – czasu nie marnowali. Zegar należy tu traktować bardziej jako metaforę (software) niż fizyczny byt (hardware). Chyba nigdzie nie sugeruję, że szukał sposobu na zatrzymanie czasu lub możliwości poruszania się w nim.

Ale ten “pit stop” to bardzo dobry motyw na opowiadanie SF :)

Katia: Cieszy mnie, że Ci się miniatura spodobała, ale tak serio to ja nie wierzę, że czas zmierza do nikąd :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Tsole – miejmy nadzieję, że masz rację :)

Paczpan, a ja po latach  najwyraźniej pamiętam z “Lalki” tylko tę scenę, no i Paryż i ogromnie żałowałam, że nie było dalszego ciągu. Ta scena odrealniła mi tę powieść, uczyniła ja czymś więcej niż powieścią obyczajową, historyczną. Pokazała Wokulskiego w innym świetle, jego duszę.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, w pełni się z Tobą zgadzam, ja też jako już za młodu miłośnik fantastyki tę scenę wspominam rzewnie. Lecz mam też świadomość, że to przystawka do dania głównego jakim jest jednak “obyczajówka”. Ale kto zaprzeczy, że przystawki kształtują smak całego dania, czasem wręcz decydują o jego smaku? :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

To się zgadzamy, przyjemna to rzecz:)

A może czasu nie ma, jest wymyślony? Wtedy pozbawilibyśmy go znaczenia, może…

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

A może czasu nie ma

Oczywiście, są takie opinie, sam Einstein tak uważał,a w mojej odpowiedzi do Nir znajdziesz zabawny argument fizyka Barboura na ten temat :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Tekst może nie bardzo odkrywczy, ale przesłanie przyjemnie podane, z ładną sceną w końcówce.

 

Wybacz Tsole, ale muszę zrobić offtop do Finkli i Asylum: nie doceniłyście geniuszu Prusa. Stosunkowo niedawno odkryto krystaliczną postać glinu o gęstości około 0.6g/cm3. Pływa toto po wodzie, nie reagując z nią.

OK, odszczekuję. Trzeba będzie przeczytać “Lalkę” jeszcze raz…

Babska logika rządzi!

Bello, ale ciekawe:D Krystaliczna, powiadasz. Piękna!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Bellatrix: Miło, że wpadłaś, dziękuję! Co do offtopu, to nie ma sprawy, byłbym szczęśliwy gdyby pod moimi tekstami pole komentarzy konkurowało z shoutboxem :)

odkryto krystaliczną postać glinu

Oho, teraz powiedzenie “kolos na glinianych nogach” nabierze nowego znaczenia :)

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Gliniane nogi to chyba od gliny nie glinu ;)

Witam! 

Na razie klik bez komentarza, parę dni nie zaglądałem i muszę się wpierw rozejrzeć, poczytać to i owo a potem zabrać za solidniejsze komentowanie. 

No i muszę przyznać, że to trochę z lenistwa – wolałem przeczytać króciaka, niż przelogowywać się i klikać bibliotekę z konta Użytkowników, potem logować się na konto z innym numerem Użytkowników, żeby kliknąć inne teksty z wątku bibliotecznego… Potem logować się na konto Thargona… To na czym polega ta tajemnica czasu nieutraconego? :-) Bo bym skorzystał :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

o na czym polega ta tajemnica czasu nieutraconego?

No właśnie na tym, co tutaj uprawiasz i relacjonujesz – na upraszczaniu sobie życia dążąc wprost do celu a nie jakimś slalomem po logowaniach, wylogowywaniach, przelogowywaniach i tak w kółko Macieju :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Gliniane nogi to chyba od gliny nie glinu ;)

Właśnie dlatego piszę o nowym znaczeniu :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Tym razem będzie krótko (naprawdę!:)), ale nie ma czego żałować, bo jeszcze kilka dni temu zalegałem Ci w sumie z czterema komentarzami, więc do końca tygodnia zdążą Ci się te moje opinie “przejeść”. :)

Czytając tego szorta od razu skojarzyło mi się takie fajne zdanie, jakim Pratchett opisał jednego ze swoich bohaterów, będącego wynalazcą. Napisał on, że jest to człowiek skłonny nie spać całą noc, by wynaleźć budzik, który zbudzi go rankiem. :) Wypisz wymaluj pasuje mi to do Twojego bohatera.

Skupiając się już na samej treści: wiesz, co jest w tym szorcie najbardziej ponure? Piszesz historię nienową, wałkowaną już setki, jeśli nie tysiące razy. Kończysz puentą dość dobrze znaną, bo i stwierdzenie, by zbudzić się, nim będzie za późno, pojawiało się już w literaturze nieraz i pewnie wielokrotnie pojawiać się będzie. A jednak, mimo ciągłego wałkowania tematu, ludzkość jakoś nie potrafi przyswoić sobie tego wniosku na tyle oczywistego, że pojęłoby go nawet średnio rozgarnięte dziecko. Zupełnie, jakbyśmy uparli się, że życie jest niesamowicie złożone, trudne, skomplikowane, gdy tymczasem, w rzeczywistości potrafi być ono proste do bólu, czego zrozumieć albo nie potrafimy, albo nie chcemy, bo ta jego prostota nam, ludziom inteligentnym i dumnym, uwłacza. Bo przecież życie nie może być proste! I wiesz, jestem jakoś dziwnie przekonany, że nawet po kolejnych kilku tysiącach tego typu tekstów i wniosków, nic się w tej kwestii nie zmieni.

Dobra, poddaję się. Ja nie potrafię napisać zwięzłego komentarza. :(

CM, dziękuję bardzo za ten komentarz. Zdanie Pratchetta powaliło mnie swoją celnością, dobrze że nie piłem w tym momencie kawy :)

A cały Twój komentarz pisz wymaluj pasuje do zdania, które napisałem pod komentarzem od Nir: “Mnie przede wszystkim fascynuje paradoks, że czasu ciągle nam brak i zarazem tyle go marnotrawimy”. No i pod tym względem jako gatunek rzeczywiście jesteśmy niepoprawni.

Pisząc te słowa, obserwuję śpiącego na wersalce kota. Trwa w tym śnie już gdzieś od kilku godzin; zapewne zaraz podniesie się, wygnie w łuk triumfalny, może leniwym ruchem skieruje w stronę misek z żarciem, skosztuje i wróci na wersalkę, by podjąć drzemkę od nowa. Obserwując, myślę: traci czas, czy też raczej spełnia swoją kocią powinność? :)

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Ładna, liryczna historia. Przeczytałam z prawdziwą przyjemnością. Pokazujesz czas w różnych znaczeniach, a bohater zastanawia się nad rzeczami, które są ważne dla każdego człowieka. Zastanawiam się, czym jest czas nieutracony. Być może nie tylko odejściem od konsumpcjonizmu, ale też czymś trochę innym, osobistym. Dobrze, że opowiadanie trafiło już do biblioteki.

Dziękuję ANDO! Cieszę się, że lektura sprawiła Ci przyjemność. Zgadzam się, że czas nieutracony jest czymś osobistym, że ma wymiar subiektywny, dla każdego może coś innego oznaczać. Gdybym miał szukać jakiegoś elementu wspólnego, to pewnie postawiłbym na sens. Czyli że mamy poczucie nieutraconego czasu, gdy poświęcamy go jakiejś aktywności, której sens widzimy i sprawia nam to satysfakcję, radość. Gdzieś kiedyś czytałem, że katorga to praca, której sensu nie dostrzegamy. Coś w tym jest.

Pozdrawiam ciepło!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Ależ mi się spodobało! Interesująco przedstawiona historia jak na tak krótki tekst. Opowiadanie mimo, że na swój sposób smutne, to ostatnie zdanie daje nadzieję :) Przyznam również, że umiejętność budowania zdań – pierwsza klasa! Zgodzę się z użytkownikiem Rytmatysta – również bym tak chciał, ale jednak takiej umiejętności nie posiadam.  No nie mogę doczepić się do czegokolwiek, rewelacja! Co do czasu utraconego, to aż strach byłoby poznać własne statystyki ;) 

NearDeath: Dziękuję za wizytę i komentarz, który cieszy podwójnie – raz, że jest komplementujący, dwa, że jest krzepiący, bo mamy takie aksjologiczne porozumienie ponad pokoleniami! :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Podobnie jak CM pierwsze zdania skojarzyłem z Pratchettem, ale u mnie jakoś na myśl przyszedł Kosiarz. To tam Śmierć zastanawiał się po co ludzie montują w domach zegary, skoro przecież pokazują upływ czasu i każdej sekundy, która już nie wróci. I jakim cudem nie mają jeszcze obsesji na punkcie tracenia czasu.

Pomysł wyjściowy jest ciekawy i choć na początku wydaje się ograny, to wprawia w zadumę, bo przecież nie tracimy czasu jedynie na bezmyślne rozrywki, ale również rzeczy ważne, a raczej te, które tracą na ważności z perspektywy czasu (młody rewolucjonista). Od razu rodzi mi się w głowie pytanie, jak wyglądałby człowiek, który ma dostęp do takiego urządzenia. Pesymistyczna część mnie podpowiada, że albo człowiek bałby się z niego korzystać albo popadłby w całkowitą apatię bo wiele jego marzeń ległoby w gruzach.

Podoba mi się zawarta w zakończeniu refleksja, że bohater w pogoni za czasem nieutraconym mimowolnie go marnotrawi. Choć spodziewałem się takiego zaproszenia, to dobrze że niektóre rzeczy da się jeszcze cofnąć.

 

Dziękuję za wizytę i ciekawy komentarz. Kosiarza nie czytałem i teraz widzę, że coś tracę, więc będę chciał :)

jak wyglądałby człowiek, który ma dostęp do takiego urządzenia

Dawno temu widziałem w teatrze TV sztukę, już nie pamiętam kogo, w której jest kilka wątków cofnięcie sie w czasie – już nie pomnę: za sprawą anioła czy szatana. W każdym z nich ktoś chciał cofnąć czas by zapobiec jakiemuś nieszczęściu, ale w każdym przypadku bieg zdarzeń doprowadzał do niego, choć inną ścieżką. Jeśli to prawda, to poszukiwanie takiego urządzenia rzeczywiście jest czasem utraconym :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Nowa Fantastyka