- Opowiadanie: Konrad1399 - Opowieści z Wszechdrzewa. - Asystent Czarodzieja część 1

Opowieści z Wszechdrzewa. - Asystent Czarodzieja część 1

Jest to opowieść, którą niedawno ukończyłem. Ze względu na jej długość (ok. 130 tys. znaków) podzieliłem ją na 2 części. Idealna nie jest, ale pomimo swoich braków to jestem z niej zadowolony i niezależnie jak zostanie odebrana, planuję napisać więcej opowiadań z mojego uniwersum. Mam nadzieję, że przypadnie wam do gustu

Oceny

Opowieści z Wszechdrzewa. - Asystent Czarodzieja część 1

Przybyłem tu niedawno, raptem trzy dni temu. Gdybym chciał, mógłbym dowiedzieć się wszystkiego o tym mieście już dnia pierwszego. Ale nie ma takiej potrzeby. Zamiast tego wolę poznawać świat w swoim tempie, przechadzając się po ulicach, zagadując krótko do mieszkańców i tylko od czasu do czasu spojrzę na przeplatające się ścieżki losu. I tak dotarłem na rynek, poniekąd serce każdego miasta, to tu jest najwięcej ludzi, to tutaj miasto prezentuje to, co ma do zaoferowania. Rozglądam się dookoła. W centrum niewielkiego placu zamiast fontanny jak to często bywa rośnie piękny dąb wokół którego ustawione są ławki. Jak to na rynku są też sklepy, widzę też gospodę, kowala i stoiska. Panuje tu przyjemna atmosfera, ludzie rozmawiają ze sobą albo targują się o ceny. Ale czegoś mi tu jeszcze brakuje. Idę w stronę dębu pewnym krokiem, siadam na ławce. Kilku ludzi spojrzało się na mnie z zaciekawieniem. I nic dziwnego, bo mój obecny ubiór nie jest w tych stronach powszechny, i to mało powiedziane. Czarne, skórzane buty, laska z grawerunkami i długi, czarny płaszcz ze srebrnymi haftami układającymi się we wzór drzewa na moich plecach. Czyli mogę tu spokojnie uchodzić za szlachcica lub inną majętną osobę. Po chwili, gdy spojrzenia wędrują w innym kierunku, wyciągam ukradkiem spod płaszcza fidel ze smyczkiem i zaczynam na nim grać. Spokojna muzyka zaczęła rozbrzmiewać na placu. Twarze ludzi wokół natychmiast zwróciły się w moją stronę, na których to twarzach w pierwszej chwili malowało się lekkie zdumienie, a w następnej uśmiech. Wokół mnie zaczęła się zbierać grupa mieszkańców. Chyba nieczęsto mają okazję słuchać muzyki, bo w krótkim czasie z grupy ludzi zaczął formować się niewielki tłum, kilku nawet rzuciło monetę. Muszę przyznać że mnie to trochę irytuje, bo widać przecież że nie jestem jakimś ulicznym grajkiem, ale z czystej uprzejmości mogę przyjąć niewielki podarunek.

Zmieniłem rytm. Spokojna muzyka zmieniła się w skoczną o szybkim tempie. To wyraźnie pobudziło moich słuchaczy, którzy zaczęli wybijać rytm klaszcząc. Przez chwilę plac wyglądał tak, jakby właśnie odbywał się festyn – muzyka, śmiech, tańce. I ja pozwoliłem sobie cieszyć się tą chwilą do momentu, w którym mojej uwagi nie przykuły dwie osoby spośród tłumu.

Pierwszy był już dość stary, miał około sześćdziesiąt lat. Dodam, że tutaj osiągnięcie osiemdziesięciu lat jest niemałym wyczynem. Długie, granatowe szaty, dłuższe od mojego płaszcza, szeroki kapelusz tego samego koloru i kostur. Jeśli jest tym, na kogo wygląda to traci w moich oczach za pretensjonalność. Tak, to czarodziej. Potrafię dostrzec w nim zapas mocy, którą dysponuje, jak również widmo zagrożenia i spotkania śmierci, które mogą niedługo nadejść.

Drugi to młody chłopak o ciemnych, niemal czarnych włosach opadających mu na czoło. Też miał trochę mocy, ale wyglądał zwyczajnie. W nim też było coś ciekawego, coś innego w jego losie co zdarza się niezwykle rzadko. Widocznie będę jednak miał tu coś do roboty.

Zagrałem jeszcze dwie melodie by nie kończyć zabawy zbyt szybko, a po ostatniej zostałem nagrodzony oklaskami i radosnymi okrzykami. Wstałem i ukłoniłem się lekko swojej publiczności dając im do zrozumienia że już na mnie czas. Tłum zaczynał się rozchodzić. Jeszcze tylko parę osób czekało chcąc upewnić się czy nie będzie bisu. Jedna z tych osób, starszy, rosły mężczyzna o siwiejących już brązowych włosach zaczął kierować się w moją stronę.

 – Niezły nam występ panie zorganizowaliście. Już dawno nie widziałem starego Gustawa w tak dobrym nastroju – zagadał do mnie widocznie samemu nie będąc w gorszym.

 – Cieszę się że wam się podobało, z kim mam przyjemność? – Mężczyzna wyglądał na lekko zakłopotanego.

 – Wybaczcie, nie przedstawiłem się. Mówią mi Bernard i prowadzę tutejszą gospodę, o tamtą.

Wskazał ręką budynek stojący na przeciwległej stronie placu – brązowy, spadzisty dach, trzy widoczne okna, jedno na parterze i dwa na pierwszym piętrze. Mały jak na gospodę ale dobrze zachowany.

 – Mów mi Lethanel. Zatrzymuję się w tym mieście na krótko, potem ruszam dalej – odpowiadając, w międzyczasie odkładałem fidel.

 – Rozumiem. Więc może zatrzymacie się u mnie. Nawet płacić nie musicie.

 – Hojna propozycja. Czego więc oczekujesz w zamian?

 – No, gdybyś panie jeszcze raz wystąpił, w mojej gospodzie.

 – Klientów ci brakuje?

Roześmiany dotąd Bernard lekko spochmurniał.

 – To małe miasto, nie jesteśmy nawet na żadnym szlaku więc przejezdnych tu niewielu a miejscowi też tylko od czasu do czasu zaglądają.

 – Więc chcesz na mnie zarobić robiąc ze mnie atrakcję dla miasta – odparłem nieco oskarżycielskim tonem.

 – Gdy tak o tym mówicie to tak, ale słowo daję że nie mam złych zamiarów – zapewniał.

 – Wiem, i zgadzam się. Mogę raz wystąpić, ale czy jesteś pewny że nie chcesz zapłaty za pobyt?

 – Dajcie panie spokój, widziałem ilu się zebrało przed chwilą. Jak się ludzie dowiedzą że zamierzacie panie zagrać u mnie to się tylko martwię czy zdołam tyle miejsc wytrzasnąć.

Aż się zaśmiałem.

 – Dziękuję za komplement. I przy okazji, żaden ze mnie pan. Nie jestem szlachcicem.

 – Nie może być. Słowo daję że bym się nie zorientował, mieszkańcy pewno też.

 – A skoro o mieszkańcach mowa, powiedz, czy znasz tego starszego mężczyznę w długiej szacie który przechodził przez plac gdy grałem? Towarzyszył mu chłopak kilka lat młodszy ode mnie.

Zamyślił się na moment.

 – Nie jestem pewien o kogo chodzi.

 – O tego z dziwnym kapeluszem i kosturem.

I zrobił minę jakby doznając olśnienia z chyba jemu jednemu znanego powodu.

 – A to musi być mistrz Gordon. Czarodziej i wielki mędrzec, a chłopak to jego uczeń – Filip.

Odczekałem krótką chwilę na pozór w zamyśleniu a następnie wznowiłem rozmowę.

 – Wracając do tematu, zamierzam zagrać dopiero za dwa dni, na wieczór przed odejściem. Czy ci to odpowiada?

– Nie mam nic przeciwko. Właściwie to nawet lepiej, bo będzie czas na przygotowania. Czy chciałbyś zobaczyć swój pokój? – powiedział karczmarz wyciągając ręce w stronę karczmy w zapraszającym geście.

 – Później. Mam jeszcze jedną sprawę do załatwienia.

 – No dobrze, bywaj więc – rzekł po czym powędrował do swojej gospody.

 – Do zobaczenia – pożegnałem się, zabrałem z ławki fidel i laskę, następnie zwróciłem w końcu uwagę na niewielki stos monet zostawionych przez moich widzów.

– I cóż ja mam z tym uczynić? – powiedziałem sam do siebie.

Oparty na lasce spojrzałem w kierunku w którym poszedł stary czarodziej wraz ze swoim uczniem.

Więc Filip i Gordon. Z chęcią będę świadkiem waszej opowieści.

 

***

 

Dochodzi południe. Dla Filipa oznacza to, że niedługo wezwie go jego mistrz. Podczas takich przerw jak ta młody adept sztuk magicznych lubił siadywać w cieniu jabłonki rosnącej obok posiadłości, w której mieszka razem z gospodynią Hanną oraz ze wspomnianym mistrzem – Gordonem. Chłopak w swoim życiu nie miał okazji poznać swoich rodziców, odkąd sięgał pamięcią wychowywano go w sierocińcu aż do chwili, gdy mistrz wziął go na swojego ucznia. Miał wtedy dwanaście lat. Nie było mu tam źle, miał tam przyjaciół, którzy byli dla niego jak rodzeństwo i opiekunkę zajmującą się każdym z jej wychowanków najlepiej jak umiała. Filip do tej pory stara się utrzymywać ze wszystkimi kontakt, mimo iż większość poszła już w swoją stronę, jego samego wliczając. Teraz ma dom, Hannę pod wieloma względami podobną do jego dawnej opiekunki, i miał Gordona będącego dla niego jak ojciec, albo dziadek choć tego wolałby mu nie mówić. Przez większość czasu był też nauczycielem, a Filip uczniem. Niekiedy krnąbrnym. Na przykład gdy dla zabawy podkradał różne składniki i mikstury z pracowni mistrza by potem popisywać się swoim przyjaciołom z sierocińca, albo gdy zaczynał naukę to zdarzało mu się zdrzemnąć podczas przedpołudniowych przerw, i w związku z tym nie stawiał się do wyjścia na czas, aż pewnego razu Hanna oświadczyła że od teraz jeśli się spóźni na wezwanie to z jego drzemek budzić go będzie dzbankiem wody. I słowa dotrzymała. Głównie z tego powodu już mu się to nie zdarza, jednak wciąż zaznawał tam chwil wytchnienia pomiędzy porannymi lekcjami a popołudniową pracą.

 – Filipie, już czas – rozległ się kobiecy głos.

 – Już idę.

Jako uczeń a zarazem asystent mistrza Gordona Filip pomagał mu w wykonywaniu obowiązków, które sprowadzały się głównie do pomocy mieszkańcom Lorhan – miasteczka na obrzeżach którego znajdował się ich dom. Czarodzieje cieszą się tu dużym szacunkiem, bo tego czego nie może zwykły człowiek, czarodziej może niemal na pewno. W niedużym mieście jak Lorhan ich codzienne zadania nie są jednak tak wyniosłe jak te opiewane w legendach, bynajmniej.

Dnia wczorajszego na przykład zgłosił się do nich farmer, który twierdził iż na jego świnie rzucono klątwę która miała się objawiać wypryskami na ich skórze. Po obejrzeniu trzody jak i zagrody w której były trzymane mistrz stwierdził że to zwykły trądzik. Uparty farmer nie dawał się przekonać i nalegał by mistrz rzucił jakieś zaklęcie czy egzorcyzm. Zirytowany Gordon wyjął z kieszeni mały, drewniany przedmiot, podarował go farmerowi mówiąc że to amulet który pomoże chorym świniom pod warunkiem że ich zagroda będzie przynajmniej raz dziennie czyszczona. Zadowolony z usług farmer serdecznie podziękował i życzył mistrzowi pomyślności. Po całym zdarzeniu gdy wracali do posiadłości Filip chciał wyjaśnień odnośnie całego zdarzenia.

 – Mistrzu, to był tylko trądzik prawda? – Spytał

 – Prawda. Zagroda była tak brudna że było tylko kwestią czasu zanim zwierzęta się pochorują.

 – Więc co to był za amulet który mu dałeś?

 – Spinacz do prania.

Filip usłyszawszy to uśmiechnął się chytrze.

 – Mistrzu, czy wielkiemu magowi wypada okłamywać ludzi zwracających się do niego z prośbą o pomoc?

To pytanie Gordona nie poruszyło.

 – A gdzie widzisz problem? Kłopot rozwiązany, klient zadowolony, a ja otrzymałem wynagrodzenie. Wilk syty i owca cała.

 – Skoro tak uważasz mistrzu.

Jeszcze to wykorzystam – pomyślał.

Filip miał nadzieję na zadanie do którego naprawdę potrzebna jest pomoc jego i mistrza Gordona, więc gdy tylko obaj stanęli u progu drzwi, pierwsze o co zapytał to rodzaj zadania, które będą dziś wykonywać.

 – Na dziś nie mamy żadnych zleceń z miasta – poinformował go mistrz.

 – Więc dokąd wychodzimy?

 – Musimy uzupełnić zapasy. Najpierw pójdziemy do miasta do zielarza a jeśli czegoś zabraknie, będziemy musieli przejść się do lasu.

 – Przecież możemy iść do lasu od razu i sami wszystkiego nazbierać.

 – Gdybym był dwadzieścia lat młodszy nie miałbym nic przeciwko.

Te słowa nieco rozbawiły Filipa tym bardziej że pomimo swojego wieku Gordonowi niejeden młodszy zazdrościłby wigoru.

 – Mistrzu, znając ciebie to nawet za dwadzieścia lat będziesz się świetnie miewał.

Gordon rozpromienił się słysząc te słowa.

 – Życz mi więc szczęścia chłopcze.

Zakończywszy tymi słowami rozmowę obaj zaczęli się kierować w stronę rynku.

Mistrz Gordon jak zwykle nosił swoja szatę i kapelusz z szerokim rondem, które były oznaką jego profesji. Dzięki takiemu strojowi ludzie od razu wiedzieli czym dana osoba się zajmuje i do kogo mogą przyjść z problemem. Na dodatek mistrz z powodu swojego podeszłego wieku nosi ze sobą kostur by się podpierać, co w połączeniu z jego krótko przystrzyżoną, siwą brodą nadawało mu wygląd klasycznego maga-mędrca. Chłopak zastanawiał się nawet czy aby nie robi on tego umyślnie. Filip natomiast ubierał się dość zwyczajnie, jak każdy inny nastolatek w mieście, z tą różnicą, że jego ubrania były zawsze czyste. Ma na sobie lnianą koszulę przykrytą kamizelką i brązowe, płócienne spodnie. Nic nie wskazywałoby na to ze jest uczniem czarodzieja, i Filipowi ten stan rzeczy odpowiadał bo w przeciwieństwie do Gordona, on nie miał zamiaru pokazywać się publicznie w równie dziwacznym stroju.

Zbliżając się do rynku, przywitali się po drodze z kilkoma mieszkańcami których mijali. Ci odpowiadali pozdrowieniami, z dającym się odczuć szacunkiem. W pewnej chwili Filip zaczął słyszeć coś dziwnego – melodię, coraz wyraźniejszą, a dalej ludzi tańczących w jej rytm.

 – Mistrzu, czy dziś jest jakieś święto? – spytał Filip.

 – Nie wydaję mi się. Nawet jeśli mi zdarzyłoby się zapomnieć to Hanna na pewno by nam przypomniała – odparł Gordon samemu będąc nie mniej zaskoczonym. Przechodzili właśnie przez plac na którym na co dzień nic się ciekawego nie działo, tylko sprzedawcy, klienci i okazjonalnie jakiś wędrowny minstrel, na którego mało kto zwracał uwagę. Natomiast teraz zebrała się przed nimi grupa z połowy placu. Filip nie mógł zrozumieć o co tu właściwie chodzi, aż nie zaczął wsłuchiwać się w muzykę. Pamiętał jak słuchał grajków na ostatnim święcie plonów. Wszyscy byli wtedy w dobrych nastrojach i gdy przygrywała im wesoła melodia zaczynali ten nastrój okazywać. Teraz jest inaczej. Teraz z powodu muzyki ludziom poprawia się humor niezależnie od tego, jak się czuli przed chwilą. A przynajmniej większość z nich. Jeśli Gordona w jakiś sposób poruszył ten występ, to nie dawał tego po sobie poznać.

 – Filipie, zdaje się że mieliśmy gdzieś iść – napomniał podirytowanym tonem.

 – Posłuchajmy jeszcze chwilę – poprosił. Filip dopiero teraz zauważył że muzyk jest nie więcej jak kilka lat starszy od niego.

 – On jest naprawdę dobry.

 – Masz rację, jest. Stanęliśmy więc i posłuchaliśmy, ale nie mam ochoty tracić więcej popołudnia. Chodźmy.

Obaj uznali to za koniec rozmowy, gdyż Gordona ciężko przekonać do zmiany zdania gdy już coś postanowi. Według czarodzieja z tym nowym przybyszem było zdecydowanie coś nie tak. Wyglądał zdecydowanie zbyt młodo by tak dobrze grać. Był zbyt dobrze ubrany, więc nie mógł żyć z ulicznych występów. A nawet jeśli to co robiłby w takiej mieścinie jak Lorhan – pomyślał przez chwilę, odpuszczając w następnej. Mimo wszystko Gordon nie uważał przybysza za swój problem, miał już zajęcie na dziś.

 

***

 

Gordon jest stałym klientem zielarza Olivera już od lat ze względu na rzadkie okazy które ten sprowadzał do swojego sklepu, niekiedy na specjalne zamówienie maga. Te trzymał bezpiecznie na zapleczu. Dziś przyszli tylko po pospolitsze gatunki które zielarz trzymał na półkach w obejściu w formie pędów zwiniętych w pęki, nasion w woreczkach a nawet sadzonek. Kiedyś mistrz Gordon nie zawracałby sobie głowy zakupem roślin które rosną niedaleko jego domu, ale z wiekiem ubywa mu sił i teraz zbiera zioła samemu gdy mu się nie opłaca kupować albo gdy nie miał wyboru, jak teraz.

 – Przykro mi, ale nastrzałki już nie mam – oznajmił Oliver, na co Gordon spojrzał na niego podejrzliwie.

 – Masz skrzyk a nastrzałki już nie? Jak to możliwe skoro ta rośnie niecałe dwie mile stąd w puszczy północnej?

 – Ostatnio nikt nie chce tam chodzić. Za dużo dzikich zwierząt się tam kręci, a podobno ostatnio któryś z chłopów został zaatakowany.

 – A czy wiadomo co go zaatakowało? – odezwał się po raz pierwszy Filip.

 – Nie, nie wiem nawet czy to prawda.

 – Oliverze, chodzę tam od trzydziestu lat i nic podobnego nigdy mi się nie przydarzyło – odparł Gordon.

 – Mam podobne zdanie ale moi zbieracze już nie. W każdym razie nastrzałki u mnie dziś nie kupisz – odpowiedział zielarz stanowczym tonem.

No trudno – pomyślał Mag. Ale miał prawie wszystko po co przyszedł a po resztę może się wybrać do puszczy z Filipem, chociażby tylko po to by skompromitować tych bezmyślnych wieśniaków. Już miał to przed oczami, wraz złośliwym uśmieszkiem na ustach – banda chłopów trzęsąca portkami na myśl o małym spacerze po lesie, podczas gdy starzec i chłopiec idą tam i wracają jak gdyby nigdy nic.

 – W takim razie do następnego razu Oliverze – pożegnał się po czym obaj wyszli ze sklepu. Filip nieco zaniepokojony spytał się mistrza co o tym sądzi.

 – To muszą być jakieś brednie. Chodziłeś tam ze mną, czy kiedykolwiek coś złego się nam tam przydarzyło?

 – Nie, ale skoro była już ofiara to powinniśmy przynajmniej uważać mistrzu.

 – Bardziej prawdopodobne że ktoś wpadł w krzak jeżyn i głupio było mu się przyznać.

 – Więc mimo wszystko idziemy.

 – Oczywiście. Zresztą nam żadne zwierzęta nie straszne.

 – Coś w tym jest, ale ja jeszcze nie potrafię rzucać tak silnych zaklęć jak ty mistrzu.

 – Nie potrzeba zaawansowanej magii by odstraszyć parę zwierząt, podstawowa powinna wystarczyć. Ale dość tych pogaduszek bo nas zmierzch zastanie, idziemy.

 

***

 

Północna puszcza znajdowała się około godzinę marszu od Lorhan. Filip jednak odniósł wrażenie że dotarli tam znacznie szybciej niż zwykle, ponadto nie poznawał już okolicy a przecież bywał tu już wiele razy, a ostatni miał miejsce dwa tygodnie temu. Przez puszczę przebiegała droga z której korzystały wozy kupieckie przywożące towary do miasta. Gdy ostatnio tu przychodził droga była wystarczająco szeroka by zmieściły się na niej dwa wozy jadące obok siebie, teraz byłoby to niemożliwe. I gdyby tego było mało, na skraju puszczy zawsze stał drogowskaz, bo szlak się przy niej rozwidlał. Teraz nie widać ani drogowskazu ani rozwidlenia. Filip już miał coś powiedzieć, ale jego mistrz go uprzedził.

 – Co tu się psia mać wyprawia?!

 – Czy my na pewno poszliśmy w dobrym kierunku? – Pomimo iż znał odpowiedź i tak musiał zapytać.

 – Szliśmy prostą drogą bez odnóg więc tak, dobrze poszliśmy. Mimo to…. – Nie dokończył, obaj potrzebowali chwili by się zastanowić co robić dalej. Ten moment ciszy w końcu przerwał Filip.

 – Może powinniśmy zawrócić i popytać w mieście czy ktoś coś wie o co w tym chodzi – zasugerował.

 – Wątpię żeby był ktoś taki. Pamiętasz co mówił Oliver? Powiedział nam o rzekomych atakach zwierząt, i nie wspomniałby o tym że droga zniknęła?

 – Więc co zrobimy?

 – Musimy się dowiedzieć co tu się stało. Pójdziemy głębiej w las trzymając się szlaku, jeśli nic nie znajdziemy zawsze możemy zawrócić.

Tak więc zrobili. Z każdym kolejnym krokiem las zdawał się być coraz gęstszy, szczęśliwie ścieżka była wciąż wyraźna. Filip rozglądał się uważnie wypatrując czegoś znajomego w krajobrazie lecz jak dotąd bez skutku. Przynajmniej się nie zgubią – pomyślał. Zdawało się, że odnalezienie czegoś w takim gąszczu będzie dla nich nie lada wyzwaniem. Maszerowali tak przez nie więcej niż pół godziny, droga przez ten czas była prosta jednak coraz węższa. Nagle coś przykuło uwagę Filipa. Przez chwilę mrużył oczy nie będąc pewnym czy dobrze widzi. Ale nie zdawało mu się, i gdy zdał sobie sprawę z tego co obserwuje i z tego co to oznacza, to jedynymi uczuciami które zaczęły mu towarzyszyć to zdumienie i lęk.

 – Mistrzu, widzisz to?

 – Widzę Filipie.

Ich oczom ukazał się drewniany słup z wywieszonymi tabliczkami, porośnięty tak że z daleka trudno go było dostrzec. Znaleźli drogowskaz jak i rozwidlenie które opisywał. Droga nie zniknęła, to las się przesunął.

 – To się stało za sprawą magii prawda, bo jak inaczej? – Stwierdził Filip.

 – Nie mam pewności. Gdyby skala tego zjawiska była mniejsza to bym się zgodził, ale nie znam ani tak potężnego zaklęcia ani tym bardziej osoby która byłaby w stanie takie zaklęcie rzucić.

Filip już dawno nie widział swojego mistrza tak przejętego i gdyby nie znał go lepiej pomyślałby że ten również się lęka, lecz Gordon taki nie jest, on zamiast odczuwać strach, rozwiązuje problem który go wywoływał.

 – Posłuchaj chłopcze, póki mamy czas powinniśmy zbadać ile się da a szybciej będzie jeśli się rozdzielimy.

 – Ale co jeśli któryś z nas się zgubi? Bezpieczniej jest trzymać się razem.

 – Więc dopilnujmy, by tak się nie stało – powiedział, po czym sięgnął do wewnętrznej kieszeni swojej szaty i wyjął z niej dwa identyczne przedmioty. Były to dwa kompasy. Gordon wziął każdy w osobną rękę, następnie wyciągnął obie przed siebie i wypowiedział zaklęcie.

 „Meriele irenaith”. Potem podszedł do Filipa i wręczył mu jeden kompas.

 – Mam nadzieję że pamiętasz nasze lekcje.

Ten tylko skinął głową na potwierdzenie. Zaklęcie pamięci miejsca, bardzo proste a jednocześnie bardzo przydatne. Ma różny efekt w zależności od przedmiotu na jaki się go rzuci. Zamysł jest taki, by powiązać przedmiot z danym miejscem a w jaki sposób – to już zależy od maga.

W przypadku rzucenia tego zaklęcia na kompas ten pokazuje jego kierunek strzałką.

 – Dzięki temu żaden z nas się tu nie zgubi. I pamiętaj, jeśli któryś z nas coś znajdzie, albo nie daj stwórco znajdzie się w niebezpieczeństwie ten wypuści w niebo zaklęcie iskier, kilka razy jeśli trzeba, jeżeli niczego nie znajdziemy do zachodu słońca wtedy obaj udamy się w kierunku, który wskazuje kompas. Kto będzie pierwszy ten zaczeka na drugiego. Wszystko jasne?

 – A jeśli któryś z nas nie przyjdzie?

 – Jeśli nie przyjdę wtedy udasz się czym prędzej do domu i powiesz Hannie co tu zaszło. Ale nie bądźmy takimi pesymistami. Jestem pewny że w najgorszym wypadku wrócimy z historią z której obaj będziemy się śmiać. – Gordon nie chciał nawet myśleć co by zrobił gdyby stało się na odwrót.

 – Ty chyba zawsze wiesz co powiedzieć mistrzu – odparł Filip na słowa mistrza lekko się przy tym uśmiechając.

 – W takim razie ja pójdę tędy – dodał.

 – Powodzenia chłopcze, ja w takim razie pójdę w tę stronę.

Skoro już wszystko zostało postanowione, obaj ruszyli w kierunki które wybrali, pozostawiając po sobie ślady stóp, które już po kilku minutach zaczęły zarastać.

 

***

 

Minęła godzina odkąd rozdzielili się z Filipem. Gordon jest świadom tego że powinien w tym momencie szukać śladów odnośnie tego, co się tu stało, lecz co chwila coś rozpraszało jego uwagę. Oczywiście obserwował uważnie okolicę, lecz poniekąd właśnie przez to nie mógł się skupić. Bo ilekroć spojrzał pod nogi tylekroć znajdywał kolejną rzadko spotykaną , niezwykle cenioną przez alchemików roślinę więc Gordon nie mógł się oprzeć i zrywał każdą z nich. Tyle że żadnej z nich nie powinno tu w ogóle być. Szkoda że nie wziąłem torby – pomyślał. Stary czarodziej spojrzał po raz kolejny na swoją świeżo zebraną kolekcję której powiększanie utwierdzało go w jego przekonaniu. Rośliny które zebrał nie występowały tutaj, bo potrzebowały znacznie żyźniejszej ziemi niż Puszcza Północna mogła zaoferować, więc ich pojawienie się tu oznacza, że ktoś lub coś zmieniło właściwości tutejszej gleby, a skoro tak to może rozwiązanie zagadki jest bliżej niż mu się wydawało. Gordon sięgnął do podłoża, wyrwał rośliny które je zarastały po czym wziął garść czystej ziemi i schował ją do lnianego woreczka.

 – No, to teraz tylko do pracowni. Chociaż…– powiedział do siebie spoglądając to na poszycie to na słońce.

 – Chyba mam jeszcze trochę czasu. Szkoda by się takie skarby zmarnowały.

Został więc i oddał się tej samej czynności którą wykonywał przez ostatnią godzinę, Gordon czuł się wtedy tak jak dziecko które weszło do sklepu z zabawkami. Stracił przez to czujność i zbyt późno zauważył nasilający się szelest liści i warczenie wokół niego. Zbyt późno zorientował się że został otoczony przez watahę wilków.

Gordon spiął się czym prędzej gotów się bronić i niemal bez namysłu rzucił inkantację „Ignatio Resphera”. Kula ognia wielkości arbuza pojawiła się nad otwartą dłonią maga, co powstrzymało sforę przed natychmiastowym atakiem. Mag próbował odgonić wilki ogniem, ale te łatwo nie ustępowały. Krążyły wokół niego czekając na dogodny moment by zaatakować, lecz Gordon ani myślał dawać im okazji i gdy tylko któryś z nich się zanadto zbliżył, posyłał swój ogień w jego stronę. Gdyby użył silniejszego zaklęcia mógłby z łatwością je wszystkie spopielić, ale mógłby też przy okazji podpalić las a tego wolał uniknąć, jeśli jednak nie miałby wyboru nie wahałby się a ewentualny pożar ugasiłby jakoś później. Wataha zataczała coraz węższy krąg i zbliżała się coraz częściej. Gordonowi od utrzymywania kuli ognia zaczyna brakować sil i jeśli tak dalej pójdzie to zabraknie mu mocy i zostanie pożarty przez wilki. Czyli jednak pożar – pomyślał.

Już się przygotowywał do wywołania kilku eksplozji gdy nagle usłyszał coś za plecami. I był to chyba ostatni dźwięk jakiego spodziewałby się po środku lasu, usłyszał flet, melodię graną na flecie. Odwrócił się gwałtownie nie tracąc z oczu wilków, które o dziwo zatrzymały się i jakby nie były pewne czemu powinny poświęcić swoją uwagę, zobaczył mężczyznę w czarnym płaszczu wygrywającego melodię. Już go widział wcześniej, to muzyk z rynku właśnie szedł w jego stronę. A ten co tu robi? – pomyślał mag na widok nieznajomego, który stał teraz obok Gordona, przytrzymał flet lewą ręką nie przerywając gry a prawą położył na lewej ręce Gordona. Tą którą podtrzymywał ognistą kulę. Muzyk przez ten gest nakazał by mag odwołał czar. Ten człowiek chyba oszalał – pomyślał. Przez krótką chwilę mierzyli się wzrokiem. Mężczyzna nie odpuszczał, a mag przerzucał wzrok raz na niego raz na sforę. Nie atakowały, tylko wlepiały w nich swoje ślepia. „Raz kozie śmierć” , po czym wygasił kulę, muzyk tylko skinął głową i z powrotem grał oburącz jeszcze chwilę. W tym czasie żaden z wilków nie ruszył się z miejsca. Muzyka ucichła a muzyk zbliżył się do jednego z wilków. Ten był największy ze wszystkich, szary o żółtych ślepiach, na widok podchodzącego człowieka zaczął warczeć i szczerzyć kły. Muzyk nic sobie z tego nie robiąc przemówił w niezrozumiałym dla Gordona języku.

 – Mi na dahtra, ose te wala usthati te ala mertha, dale!

Po wypowiedzeniu tych słów wilk do którego przemówił odstąpił, wpatrywał się przez moment w muzyka po czym się wycofał odchodząc w przeciwnym kierunku, a za nim podążyła reszta watahy. W jednej chwili zapanowała całkowita cisza. Gordon zastanawiał się co tu właściwie zaszło i gdy miał pewność że zostali sami postanowił zadać kilka pytań tajemniczemu przybyszowi.

 – Jesteś więc magiem czy zaklinaczem? – zaczął mag.

 – Żadnym z profesji, ale znam się trochę na prawie wszystkim. Jeśli jednak pytasz o to co zrobiłem przed chwilą to muszę cię poinformować, że nie była żadna magia – odparł.

 – Coś jednak zrobiłeś. Co to było jak nie czary? Przede wszystkim, to kim jesteś i czy masz coś wspólnego z tym co się dzieje z tym lasem? – Gordon nie wierzył w takie przypadki. Jeżeli dzieją się dziwne rzeczy jedna po drugiej w jednym miejscu to muszą one mieć ze sobą jakiś związek a on ma zamiar wyciągnąć z nieznajomego wszystkie informacje.

 – Mało to uprzejme z twojej strony zważywszy na sytuację ale niech będzie. Mów mi Lethanel, i jedyne co łączy mnie z tym fenomenem to fakt, że jestem tu po to by mu zaradzić. A co do wilków, gra była po to by je uspokoić. Nie potrzeba do tego żadnych nadnaturalnych zdolności, bo zwierzęta podobnie jak ludzie lubią muzykę. Gdy już się uspokoiły wystarczyło tylko przekonać alfę że nie warto brać nas sobie za cel.

 – Przekonać go? Czy możesz to rozwinąć, bo nie wiem czy to dobrze rozumiem. Ty z nim rozmawiałeś? – brnął dalej czarodziej. Słyszał o przypadkach poskramiania zwierząt za pomocą czarów, ale nigdy nie widział tego na własne oczy.

 – Nie nazwałbym tego rozmową bo wilk nie był zbyt rozmowny, ale zrozumiał mnie doskonale. Nazywam to językiem pierwotnym. Ci którzy umieją się nim biegle posługiwać mogą skierować swoje słowa do każdej istoty mając pewność, że zostaną one zrozumiane.

Gordon nie wiedział co o tym wszystkim myśleć. To co ten człowiek opowiada jest niesamowite aż trudno było mu w to uwierzyć, nie wygląda on na kłamcę bo kłamca postarałby się wymyślić coś bardziej wiarygodnego, to nie znaczy jednak że niczego nie ukrywa.

 – Powiedziałeś że jesteś tu by pomóc, więc musisz też wiedzieć czemu masz właściwie zaradzić, prawda?

 – Masz rację, ale ta wiedza nie jest dla ciebie, przynajmniej nie na teraz. Pomogłem ci, bo nie przepadam za bezsensowną śmiercią zarówno ludzi jak i zwierząt, a skoro już wszyscy są cali i zdrowi to dla mnie czas najwyższy by stąd odejść, bywaj więc. – Uznawszy, że rozmowa dobiegła końca, tajemniczy mężczyzna odwrócił się do Gordona plecami i zaczął się oddalać. Gordon nie mógł tak po prostu pozwolić temu człowiekowi odejść, jeśli faktycznie wiedział co tu się stało i jak to naprawić to trzeba go zatrzymać i wypytać chociażby przy użyciu siły.

 – Hej! Zaczekaj! Jeszcze nie skończyliśmy – zawołał Gordon, lecz nie doczekał się reakcji.

 – Nie dajesz mi zatem wyboru.

Wyciągnął lewą rękę w stronę którą szedł muzyk Lethanel i wypowiedział w myślach słowa zaklęcia „Lente Innaga”, z jego rękawa zaczął wylatywać sznur łańcucha długi na dwa metry, który jak strzała pofrunął w stronę obcego. Chciał unieruchomić muzyka nie wyrządzając mu przy tym krzywdy, lecz nim zdążył tego dokonać, łańcuch w pewnym momencie roztrzaskał się jak gdyby był kawałkiem szkła, które ktoś rzucił w kamienny mur. Gordon przetarł oczy w geście niedowierzania. Gdy ponownie spojrzał w kierunku którym jeszcze przed chwilą stał mężczyzna w czarnym płaszczu. Nie pozostał nawet ślad ani po nim ani po zaklęciu które mag rzucił.

 

***

 

Filip miał nadzieję, że jego mistrzowi powodzi się lepiej niż jemu. Nie dość że od ich rozstania niczego nie znalazł poza chmarami owadów to jeszcze teraz ledwo się poruszał bo roślinność jest zbyt gęsta. Nigdy by w takich okolicznościach nie znalazł drogi powrotnej bez kompasu od Gordona, za co był mu teraz niezmiernie wdzięczny. Dopadła go raz ochota, by wrócić w umówione miejsce już teraz albo chociaż zmienić kierunek gdyż teraz widzi co najwyżej na odległość wyciągnięcia ręki. Po czym jednak stwierdził że i tak musiałby się przedzierać przez rosłe krzaki, niezależnie od kierunku który by teraz obrał więc co mu szkodzi pójść przed siebie jak planował od początku. Po chwili ku jego zaskoczeniu nieprzenikniony gąszcz z którym zmagał się przez ostatnią godzinę nagle ustąpił. Wystąpiwszy z niego chłopak odwrócił się i spojrzał w stronę z której właśnie wyszedł. Roślinność przypominała mur ciągnący się w dwie strony, z żadnej nie widać było końca. Zaś przed owym „murem” pojawiła się niemal pusta przestrzeń przerywana tylko przez… drzewa, ogromne drzewa. Przed Filipem stało kilka ogromnych drzew, każde z nich miało szerokość wozu konnego a przez ich gęste, rozłożyste korony docierało tu mało światła. Drzewa rosły w zwartej kępie sprawiającej wrażenie jakby były ze sobą zrośnięte co wydawało się Filipowi nawet dziwniejsze. Podszedł do drzew które teraz wydały się nawet większe i zauważył że owa kępa przybiera kształt okręgu w którym drzewa stanowią ściany. Tą niezwykłą formację bez wątpienia należało zbadać. W tym celu zaczął chodzić wokół drzew szukając odstępów między nimi aż znalazł szczelinę, niewielką ale wystarczającą by się przecisnąć. Gdy zerknął przez otwór mógłby przysiąc że przez krótki moment z wnętrza wydobywał się ledwie widoczny promień błękitnego światła. Po dotarciu na drugą stronę jego oczom ukazał się następny niezwykły widok, zobaczył skrzące się źródełko zdające się posiadać własny blask bo przez korony nad nim nie przebijał się nawet jeden promyk światła słonecznego a mimo to widział każdy kąt tego naturalnego pomieszczenia, to właśnie to światło musiał wcześniej zobaczyć. Filip stanął na krawędzi źródła i spojrzał na jego taflę, pomimo krystalicznej przejrzystości wody nie dało się dojrzeć w niej dna a zamiast tego jego oczom ukazało się coś, co można by pomylić z rozgwieżdżonym niebem, widok jak można było się domyślić był zachwycający. Młody uczeń nie mógł oprzeć się swojej ciekawości, wyciągnął dłoń ku wodzie i zanurzył ją w niej. Nie czuł wody ani żadnego płynu, a gdy wyciągnął rękę ze źródła ta nie była mokra, za to wydobywała się dziwna para.

Rozległ się głośny huk. Filipowi nagle zatrzęsła się ziemia pod nogami aż się od tego zachwiał. Gdy ponownie spojrzał na źródło, to zaczynało tracić swój blask i chłopak miał wrażenie że się ono zmniejszyło. I tak właśnie było – źródło zaczęło zanikać, robiło się coraz mniejsze a na jego miejsce pojawiała się leśna ściółka aż w końcu zniknęło całkowicie. Filip stał chwilę osłupiały tym co zobaczył. Nie trwało to długo bo z zamysłu wyrwało go mrowienie w jego ręce które szybko rozprzestrzeniło się po całym ciele. Przestraszony chłopak czym prędzej wyszedł z drzewnego kręgu przez tą samą szczelinę którą się tu dostał. W pewnym momencie mrowienie które dotąd czuł przerodziło się w palący ból przybierający na sile każdą chwilą. Filip nie pamiętał kiedy zaczął krzyczeć, w tej agonii nie potrafił nawet wymówić najprostszych zaklęć uzdrawiających. Pamiętał polecenie Gordona by w razie czego wystrzelić iskrę w niebo. Ból zwalił Filipa z nóg. Starając się go zignorować , ostatkiem sił wyciągnął rękę ku niebu i niewyraźnie wyrecytował słowa zaklęcia.

 – Ignatio Mesunde.

 Nie zdążył zobaczyć czy jego wysiłek przyniósł jakiś efekt bo w trakcie rzucania jego wzrok mętniał, a świadomość zaczęła ulatywać, zemdlał.

 

***

 

Ocknął się mając mętlik w głowie, nie wiedział gdzie się znajdował, ani czy to w ogóle jakieś miejsce bo wokół nie było niczego prócz niezliczonych światełek świecących ze wszystkich stron, nawet pod jego stopami. Nie stoi na żadnej ziemi, podłodze czy innym typowym podłożu. Czuł pod sobą grunt pomimo iż żadnego nie widział. Zanim zdążył o czymkolwiek pomyśleć, jego otoczenie nagle ulegało zmianie. Zaczęły pojawiać się linie łączące światła, przechodziły przez nie, przeplatały się ze sobą niczym nici, nie tworząc żadnych konkretnych wzorów tylko wirowały chaotycznie, w jednych miejscach były ich niezliczone ilości podczas gdy w innych nie było ich wcale lub występowały nielicznie.

 – Wspaniałe nieprawdaż? – Filip aż wzdrygnął się na dźwięk usłyszanego głosu, niski, dźwięczny i opanowany, nie wiedząc czemu, wywoływał u niego niepokój Następnie ujrzał jego właściciela. To co widział nie było człowiekiem, ubrany był w czarny płaszcz z pod którego wystawał sięgający podłoża ogon, zamiast głowy posiadał coś, co przypominało czaszkę jakiejś rogatej bestii z groźnie wyglądającymi kłami. W oczodołach stworzenia widać błysk intensywnie niebieskich oczu. Jego ciało pokrywała gęsta czarna sierść a palce miał zakończone szponami. Prawą ręką zaś trzymał trzonek laski sięgającej mu nieco powyżej pasa.

 – Możesz być pewny, że lepszego widoku nie uświadczysz nigdzie – dodał kierując się ku niemu. Poruszał się dostojnie, jakby był panem we własnym zamku. Gdy dzielił go od Filipa raptem krok zauważył że przerasta go o prawie dwie głowy.

Filip starał się zachować zimną krew, choć ciężko o spokój gdy stajesz naprzeciw czemuś, czym można by straszyć dzieci po nocach.

 – Kim jesteś i gdzie ja jestem? – Filip dopiero teraz sobie przypomniał co się stało. Ból jakiego doświadczył chwilę przed tym jak stracił przytomność. Nie pamiętał by się obudził.

 – Czy ja nie żyję? – dodał jeszcze, odczuwając przy tym narastający smutek wymieszany z lękiem.

 – Twoja dusza została oddzielona od ciała, dlatego znalazłeś się w tym miejscu. Ale wciąż żyjesz – odpowiedział na słowa Filipa, ten wyraźnie poczuł ulgę na fakt, że jednak tam nie zginął. Lecz w takim razie co robi tutaj, gdziekolwiek jest.

 – Czy mogę jakoś wrócić?

 – Owszem. Mogę odesłać cię do ciała w każdej chwili. Ale widzisz, jest pewien problem – powiedział obojętnym tonem.

 – Problem? Jaki problem? Ja tylko chcę wrócić do domu.

 – Miałeś styczność z czymś, z czym nie powinien mieć żaden śmiertelnik.

 – Chodzi o to źródło w lesie. To dlatego tu jestem – stwierdził Filip.

 – Zgadza się, tylko, że to nie było żadne źródło. Ale mniejsza o to, muszę teraz zdecydować co z tobą zrobić.

 – Jak to co ze mną zrobić? Po prostu mnie puść! Jakim prawem mnie tu więzisz?!

 – Gdyby nie ja, twoja dusza błąkałaby się teraz po pustce, więc nie tym tonem – powiedział podnosząc głos nie tak mocno lecz zauważalnie. Filip na powrót odczuł lęk. Nie jest w pozycji w której mógłby stawiać żądania, jeśli ma wyjść z tego cało musi do tego podejść z innej strony.

 – Przepraszam, jak mogę cię przekonać żebyś mnie odesłał?

 – Najpierw musisz zrozumieć co się z tobą stało – odpowiedział. Tego Filip faktycznie chciał się dowiedzieć, w końcu nie co dzień widuje się źródełko wyrzucające z człowieka duszę.

 – Została na ciebie przelana drobna ilość pewnej energii, nie byle jakiej – esencji, czyli podstawy każdej mocy i siły, w tym życia. Innymi słowy mocy leżącej u podstaw istnienia. Posiada nieskończone możliwości, do których też należą destrukcja i anihilacja rzeczywistości. Dlatego posiadanie tej energii przez zwykłego człowieka stanowi zagrożenie zarówno dla niego samego, o czym zdążyłeś się już przekonać, jak też dla świata w którym żyje.

W tym momencie Filip przeżył niemały szok. W natłoku nowych informacji nie zrozumiał wszystkiego, ale dotarła do niego wiadomość, że jest on zagrożeniem dla wszystkich i z tego powodu znalazł się tutaj. Nie chciałby nikogo skrzywdzić, ale również nie chciał by oddzielono go od jego bliskich. Musi istnieć przecież inny sposób.

 – Można to jakoś odwrócić? – spytał z nadzieją Filip.

 – Esencja już ujednoliciła się z twoją duszą, odwracanie tego procesu to jak oddzielanie wody od mułu starą szmatą. Zajęłoby mi to około czterysta lat. Chciałbyś tyle czekać?

 – Czterysta lat?! – Dla Filipa to tyle co wieczność. Do tego czasu świat jaki zna i tak przestanie istnieć.

 – Nie, niemożliwe. Co ja będę tam robił za czterysta lat?! Wszyscy których znam będą wtedy martwi! Hanna, mistrz Gordon, wszyscy! Ja nie miałem tak skończyć. Miałem być czarodziejem, władać magią, jak mistrz…– Chwileczkę, władać magią? – pomyślał.

 – Zaraz. Przecież magia też jest energią zdolną zmieniać rzeczywistość i nad nią można zapanować – stwierdził.

– Czy da się zapanować nad esencją, podobnie jak nad magią?

Stwór odpowiedział stłumionym śmiechem od którego Filipowi przeszły ciarki po całym ciele.

 – Chcesz panować nad esencją? Tak, jest to możliwe, choć całkowicie jej nie opanujesz nawet jeśli poświęciłbyś temu całe swoje życie.

 – Nie muszę być ekspertem, wystarczy mi że nikomu nie zrobię krzywdy – odparł.

 – Faktycznie, to może ci się udać. Jednak do tego czasu wciąż będziesz zagrożeniem, esencja będzie o sobie przypominać a nie wiadomo ile to może potrwać – przestrzegł.

 – Mam zatem propozycję dla ciebie. Oto ona: Odeślę cię do twojego ciała, ale będę cię mieć na oku przez dwa dni. Pierwszy dzień wykorzystasz na naukę kontroli, zaś drugiego dnia przejdziesz test. Jeśli zdasz, będzie jak chcesz – zostaniesz w swoim świecie ucząc się dalej.

– A jeśli nie zdam? – spytał

– Wtedy najbliższe czterysta lat spędzisz tutaj.

Filipowi ta opcja się nie uśmiechała. Czy to w ogóle możliwe nauczyć się czegoś takiego jeden dzień? Czy ta istota nie daje mu złudnej nadziei? Mimo wszystko nie ma wyboru. Musi spróbować.

 – Czy mam jakieś szanse?

 – To zależy od ciebie. Mamy więc umowę? – powiedział wyciągając szponiastą dłoń ku Filipowi. 

 – Przez ten cały czas nie odpowiedziałeś mi na moje pierwsze pytanie. Kim jesteś?

 – W tej chwili jestem twoją jedyną nadzieją – powiedział nie opuszczając ręki. – To powinno ci na teraz wystarczyć, ale jeśli potrzebujesz się do mnie jakoś zwrócić, to mów mi Opiekun.

Filip wciąż był niepewny, i nie wiedział czy może w ogóle ufać temu stworowi i czy zawieranie z nim umów to dobry pomysł. Po krótkiej chwili jednak podał mu dłoń. Niezależnie od wszystkiego nie może tu tylko stać i czekać aż ktoś za niego podejmie decyzję.

 – Zgoda.

 – Zatem postanowione i zawarte. Niech tak się więc stanie. – Podczas wypowiadania tych słów znikąd zaczęły pojawiać się pasma błękitnego światła wokół nich, które następnie oplotły ich dłonie tylko po to by zniknąć bez śladu po kilku sekundach.

 – Co to było?

 – Spójrz na swoją dłoń.

Filip usłuchał. Na wewnętrznej stronie jego dłoni pojawił się jakiś symbol jarzący się tym samym błękitnym blaskiem co światła przed chwilą, lecz niemal natychmiast wygasł. Teraz wyglądał jak zwykły tatuaż. Oglądał go przez chwilę po czym spojrzał się pytająco na Opiekuna.

 – To znak naszej umowy. Zniknie po wyegzekwowaniu jej treści. Ale dość o tym. Skoro już się zgodziłeś, to czas na trochę szczegółów.

 – Jeszcze coś?

 – Oczywiście. A jak zamierzałeś uczyć się o esencji? Zgadując? Przydzielę ci nauczyciela.

Filip nawet o tym nie pomyślał. Pomimo iż to on zaczął całą sprawę z nauką, ostatecznie to jemu mówi się co ma zrobić. Co jest zresztą dziwne.

 – Będzie cię uczył i pilnował byś niczego nie zniszczył. A jeśli chodzi o test – dowiesz się wszystkiego dopiero w dniu jego rozpoczęcia. Masz jakieś pytania?

Pytania? Oczywiście że miał pytania, całe mnóstwo, ale na najważniejsze, czyli kim jest nie chce odpowiedzieć. Nie licząc tego i jak to możliwe, że to wszystko mogło mu się przydarzyć, nasuwało mu się coś jeszcze.

 – Gdzie my jesteśmy? – To było drugie pytanie na które stwór nie odpowiedział mu wcześniej. Spodziewał się interesującej odpowiedzi.

 – To dobre pytanie. A odpowiedź niech będzie twoją pierwszą lekcją. Spójrz tam. – wskazał jedno ze świateł i zwrócił się ku niemu. Według niczym się nie wyróżniało od reszty.

 – Co widzisz? – spytał.

 – Nie rozumiem. Widzę tylko światła. – odparł Filip.

 – Ciężko uczyć się nowego spojrzenia na świat, gdy ma się zamknięte oczy i umysł. Ty widzisz światła lecz ja widzę coś zupełnie innego. Jedną z podstawowych rzeczy, których musisz się nauczyć to wpływać na swoje postrzeganie za pomocą esencji. Dzięki temu nie zwiedzie cię żadna iluzja ani żadne kłamstwo. Istota zwróciła się w stronę Filipa.

 – Pokażę ci teraz, o czym mówię. Spójrz teraz na światło, które ci wskazałem i skup się na nim – nakazał, a sam stanął za Filipem znikając mu z pola widzenia. Chłopak próbował wykonać polecenie, choć nie widział w tym sensu.

 – Czy mam tam znaleźć coś konkretnego w tej kropce? – spytał ironicznie.

 – Owszem, i wierz mi, gdy to znajdziesz będziesz o tym wiedział – odparł.

Filip wpatrywał się w rzeczone światełko które teraz wyglądało dokładnie tak samo jak chwilę wcześniej. Nagle poczuł rękę na lewym ramieniu. Niemalże w tym samym momencie poczuł silne zawroty głowy.

 – Nie oglądaj się. Skup się – dobiegł go głos zza pleców.

Filipowi zaczął rozmazywać się wzrok i słyszał szum w uszach. Przez chwilę trwającą tyle co mrugnięcie okiem zdawało mu się że coś dostrzegł. Niewyraźnie, jak przez gęstą mgłę. Następnie słyszał głosy rozmowy. W końcu ujrzał też rozmówców jak i całe ich otoczenie, zupełnie jakby i on tam był.

Działo się to na statku, który żeglował pośrodku oceanu późnym popołudniem. Filip był zachwycony tym widokiem, gdyż jest to jego pierwszy raz, gdy widzi ocean na własne oczy, ponadto właśnie zachodziło słońce.

Gdy pierwsze wrażenia opadły, chłopak przyjrzał się wreszcie osobom, których rozmowy słyszał, jednak pomimo iż Filip słuchał uważnie, to nie potrafił zrozumieć ani jednego słowa, gdyż rozmowa toczyła się w nieznanym dla niego języku. Nieznajomi popijali coś siedząc na niewielkich skrzyniach używając większej skrzyni jako stolika. Wyglądało na to że go nie dostrzegają. Była ich trójka. Pierwszy miał czarne włosy wraz z krótką brodą. Nosił białą koszulę z częściową togą, na której niczym biżuterię porozwieszał przeróżne narzędzia i przyrządy. To bez wątpienia badacz.

Drugi nie wyróżniał się niczym szczególnym, może z wyjątkiem kilku niewyraźnych blizn na twarzy. Był starszy od badacza o czym świadczyły zmarszczki i kilka siwiejących włosów.

Ale to trzecie stworzenie wyróżniało się najbardziej. Tak stworzenie, nie człowiek, mimo ludzkiego kształtu i faktu że przemawiał do pozostałej dwójki. Przypominał nieco połączenie jaszczura i węgorza, nie było to zbyt trafne porównanie, ale na lepsze go nie stać. Miał ciemne, niebieskie łuski z jaskrawo – pomarańczowymi plamami pokrywającymi większość ciała. Jego głowa była znacznie dłuższa niż ludzka, a po jej bokach dostrzec można parę błon wyglądających jak odpowiednik ludzkich uszu. Jedyne ubranie jakie na sobie miał to spodnie oraz bandolier przewieszony przez ramię.

Filip wielokrotnie czytał książki o ludach zamieszkujących Asterię i na pewno pamiętałby o ludziach–jaszczurach. To nie miało sensu.

Może to jednak nie jest prawdziwe.

Filipa nagle dopadło zmęczenie i straszliwy ból głowy za którą odruchowo się złapał. Niespodziewanie cała wizja zniknęła Filipowi z przed oczu, i teraz z powrotem był w znajomej pustce, ból minął jednak zmęczenie pozostało. 

 – Nie najgorzej. Choć spartaczyłeś na końcu – usłyszał znajomy głos. Filip znów stanął twarzą ze swoim cokolwiek groteskowo wyglądającym przewodnikiem. Prędko do tego nie przywyknie.

 – Dam ci radę: Nie kłuć się z własnymi myślami, gdy sięgasz umysłem. Musisz zaakceptować to co zobaczysz inaczej odrzucasz wizje – dodał.

 – Ale co ja właściwie widziałem? Czy to działo się naprawdę? – spytał Filip. myśląc nad tym co widział przed chwilą.

Jedno jest pewne – jeśli ta scena którą zobaczył naprawdę miała gdzieś miejsce, to było to bardzo daleko od Lorhan.

 – Wszystko, co zobaczyłeś i zobaczysz jest prawdą. Gotów spróbować jeszcze raz?

 – Jaki to ma cel? Ja tylko spytałem gdzie jesteśmy, a ty zamiast odpowiedzieć pokazujesz mi jakieś wizje i nawet nie powiesz czym są.

 – Liczę, że dojdziesz do tego sam. A ponieważ już tu jesteś to nieskorzystanie z takiej okazji to wielka strata zarówno dla ciebie jak i dla mnie.

 – No dobrze, tylko skończmy to jak najszybciej – odpowiedział z wyrzutem.

 – Kontynuujmy więc. Spróbuj zrobić to samo z tamtym. – wskazał następne światło nieco dalej od pierwszego – Ale tym razem bez mojej pomocy.

Filip postąpił jak poprzednio – zwrócił się do owego światła, skupiał się na nim. Tym razem znacznie więcej czasu zajęło zanim wizja się pojawiła, tak samo dłużej przybierała na ostrości. Dla ułatwienia Filip wybrał sobie jeden obiekt w krajobrazie – prosta linia pnąca się kilka metrów w górę, zakończona wypukleniem zdającym się najjaśniejszym punktem w zasięgu jego wzroku. Poświęcił temu całą uwagę. Faktycznie widział już lepiej. Dostrzegł teraz kontury i kolory tak samo dobrze jak własnymi oczami. Była noc, lecz widział wyraźnie. To, czemu się przyglądał do tej pory okazało się być przydrożną latarnią oświetlającą najbliższe otoczenie. W przeciwieństwie do tych drewnianych, które znajdowały się w Loran ta była wykonana z metalu pomalowanego na czarno, na jej szczycie znajdował się kulisty klosz zwieńczony niewielkim daszkiem.

To co Filipa w niej dziwiło to fakt, że nie było widać w niej żadnego płomienia, a świeciła jasno, czystym, białym światłem.

Za to droga, przy której stała była niczym marzenie każdego woźnicy – szeroka, gładka i równa, nie miała żadnych wystających kamieni, jakby wykonano ją z jednej bryły. Lecz nie to było najdziwniejsze w tym miejscu, a może raczej najbardziej niesamowite. Wszędzie dookoła stały olbrzymie budynki, tak wysokie, że Filip musiał zadzierać głowę po same plecy by dojrzeć gdzie się kończą. A najciekawsze, że wyglądały jakby zrobiono je ze szkła – ściany które widział były przejrzyste i mógł zobaczyć, co znajduje się wewnątrz. To nie mogła być Asteria, to nie był świat jaki znał.

Filip na powrót poczuł ból. Musisz zaakceptować to co zobaczysz – tak mu powiedział Opiekun. Uznać to co widzi za prawdę. Tyle potrafi zrobić, bo wszystko wygląda aż nazbyt prawdziwie.

 – Zupełnie tak jakbym tu był – powiedział do siebie. Chwilę później ból osłabł.

By odwrócić swoją uwagę Filip postanowił skupić się na samej wizji, nie nad jej prawdziwością, może wtedy zniknie całkowicie.

Nie widział w pobliżu wielu ludzi, pewnie z uwagi na późną porę. Tylko kilku, w tym jeden z nich szedł w jego stronę. Nie widział twarzy, bo zasłaniał ją kaptur. W poprzedniej wizji nikt Filipa nie zauważał, ciekawiło go więc czy tak samo jest tutaj. I czy będzie rozumiał język.

Zakapturzona postać była raptem parę kroków od Filipa.

 – Przepraszam, czy możesz powiedzieć mi… – Nagle uciął gdy zobaczył twarz przechodnia. Poczuł znajomy ból i nim się obejrzał, znów został odrzucony przez wizję. Powodem był jego własny strach. Bo przeraziła go osoba z twarzą bladą niczym papier, licznymi szparkami zamiast oczu, z wystającymi, jak igłami zakończonymi zębami. Lęk był instynktowny, i gdy minął chwilę później Filip uznał iż zareagował zbyt gwałtownie. Bo zapewne i tak owa istota nie stanowiła dla niego żadnego zagrożenia, w końcu to tylko wizja.

Lecz było już za późno i teraz na powrót znalazł się w pustce wraz z ze swoim przewodnikiem.

 – Z początku ciężko jest się przyzwyczaić. Jednak po wielu próbach uczysz się tłumić strach. Stajesz się wtedy osobą której nie sparaliżują żadne emocje. A to bardzo cenna cecha – odezwał się znów Opiekun.

 – Czy domyślasz się może odpowiedzi na swoje pytanie?

 – Tak mi się wydaje. Ale to nie możliwe – odparł

 – Jakie są zatem twoje przypuszczenia?

 – To nie mogło dziać się w Asterii. Ludzie, rzeczy i stworzenia jakich nigdy nie widziałem ani o jakich nie słyszałem. To zupełnie jak… inny świat – powiedział lecz bez większego przekonania. Sam by się śmiał z takiej teorii jeszcze wczoraj, a gdyby powiedział o tym mistrzowi ten sieknąłby go książką i nakazał myśleć dalej z sensem. Jednak na odpowiedź Filipa Opiekun skinął głową.

 – Miałeś właśnie okazję ujrzeć wizje dwóch różnych światów. Dzięki esencji przepływającej przez ciebie byłeś w stanie przenieść do nich swój umysł. Ale tylko umysł, to dlatego nikt nie mógł cię zobaczyć ani dotknąć. W tej chwili znajdujemy się w przestrzeni pomiędzy nimi.

Opowiadał o tym z tak jak nauczyciel tłumaczy zagadnienie swoim uczniom, jakby podróże po innych światach czy samo ich istnienie było zaledwie tematem zajęć.

Filip dowiedział się o tym nagle, i pomimo iż sam podał swoją odpowiedź to i tak nie był gotowy usłyszeć jej potwierdzenia. Nie mogąc się powstrzymać, wędrował to w jedną, to w drugą stronę mając za swoje otoczenie jedynie nicość, tajemniczą postać i niezliczoną ilość drobnych świateł będących w rzeczywistości odrębnymi światami, takimi jak jego.

 – Każde z tych świateł to cały świat?

 – Zgadza się. Ale to i tak nie wszystkie. – Filipowi taka odpowiedź nie robiła większej różnicy. Nie mógłby zliczyć nawet tych, które widzi. Więc co to za różnica nawet, jeśli istnieje ich drugie lub trzecie tyle.

 – Który z nich jest mój?

Nie minęło dużo czasu odkąd widział go po raz ostatni. Jednak po tylu zdarzeniach, w których brał udział dopadła go wielka tęsknota za domem.

 – Spójrz tam. – Ponownie wskazał punkt, i tak jak pozostałe niczym nie wyróżniał się od reszty. Z jakiegoś powodu wywołało to u niego przygnębienie.

 – Postępuj tak samo jak poprzednio. Ponieważ jest to twój ojczysty świat nie powinieneś mieć problemów z kontaktem.

Filip raz jeszcze stanął naprzeciw światła myśląc o domu. O tym jak bardzo chciałby się tam z powrotem znaleźć. Jest tak jak powiedział opiekun – wizja nadeszła o wiele szybciej i płynniej. Nie musiał czekać aż ta nabierze ostrości.

Znalazł się w swoim pokoju w posiadłości, wszystko jest na swoim miejscu, tak jak to zostawił – papiery i przybory leżące bezładnie na biurku, książki na półce które wynosił z ich małej biblioteki. Sam pokój zostawiał uporządkowany, choć Filip był świadom tego, że gdyby ktoś inny spróbowałby otworzyć jego szafę z ubraniami to mogłoby wypaść z niej kilka rzeczy których nie powinno tam być. Ukrywał ten fakt szczególnie przed Hanną, bo wtedy zagoniłaby go po swojemu do porządku. Nawet jeśli to tylko wizja, nawet jeśli go tu tak naprawdę nie ma, to jest szczęśliwy mogąc znów zobaczyć to miejsce.

 – Co z nim będzie Gordonie? – usłyszał znajomy głos zza drzwi.

 – Naprawdę nie wiem – odpowiedział mistrz wchodząc właśnie do pokoju. Czarodziej podszedł z zatroskaną miną do łóżka Filipa. Nie zwrócił na to wcześniej uwagi, ale pod jego przykryciem widoczna jest ludzka sylwetka.

Gdy Gordon odsłonił tą osobę, w której Filip rozpoznał samego siebie. Na łóżku leżało jego, pozbawione duszy ciało.

 – Fizycznie nic mu nie dolega – mag przyłożył dłoń do czoła Filipa – nie ma też gorączki, ani objawów żadnej choroby jaką znam. Ale i tak się nie budzi ani nie reaguje na otoczenie. – Odwrócił się do swojej gospodyni.

 – Hanno, ja nie wiem co mogę dla niego jeszcze zrobić – powiedział zrezygnowanym tonem.

 – Na pewno jest jeszcze coś, co możesz zrobić, cokolwiek – wyrzuciła to z siebie jakby próbowała pocieszyć ich oboje.

 – Próbowałem leków, zrobiłem nawet kilka nowych, wypróbowałem każde zaklęcie uzdrawiające jakie tylko znam. Jeśli pozostanie w takim stanie to on umrze w kilka dni! A my będziemy tylko siedzieć i czekać!

 – Mistrzu, ja jestem tu! Spójrz! – Filip stanął obok Gordona, próbował go zaczepić, dać mu jakoś znać, że stoi obok niego lecz jego dłoń zwyczajnie przez niego przeszła jakby była zrobiona z powietrza, a jego słowa nie doczekały się odpowiedzi. Po bezowocnych próbach nawiązania kontaktu Filip ponownie zwrócił się w stronę swojego ciała.

 – Miałeś mnie odesłać! Opiekunie! – Wykrzyczał roniąc przy tym łzy.

 – Muszę tu wrócić! Teraz!

 – Idź więc – rozległ się niski głos jakby rzucony echem.

Nagle Filipowi wizja zniknęła sprzed oczu podobnie jak grunt pod nogami. Widział tylko ciemność a on sam miał wrażenie że spada w bezdenną nicość.

 

***

 

Filip podniósł się z łóżka z okrzykiem przerażenia. Gordon, który czuwał przy nim siedząc na krześle od jego biurka momentalnie z niego zleciał, odpowiadając swoim własnym wrzaskiem. Filip czym prędzej zerwał się i podszedł do niego.

 – Mistrzu, czy wszystko w porządku?

Gordon odpowiedział na to miną wyrażającą zdumienie… i gniew.

 – Czy wszystko ze mną w porządku! Smarkaczu jeden, czy z TOBĄ wszystko w porządku?! Na nadwyrężone plecy znam przynajmniej zaklęcie! – warkną podnosząc się z podłogi.

 – Co ci się stało chłopcze? – spytał tym razem z troską – Już bałem się, że…

 – Wiem mistrzu, słyszałem cię.

 – Słyszałeś? Jak? – spytał Gordon ze zdziwioną miną.

Filip spojrzał na swoją dłoń na której znajdował się tatuaż od Opiekuna. Przeleciały mu przez myśli wszystkie zdarzenia w jakich brał udział. Źródło, zaświaty, wizje i tajemnicza istota mająca poddać go próbie.

 – Mam ci tak wiele do powiedzenia.

Usiedli razem przy stole w jadalni, wciąż było wcześnie, więc zjedli śniadanie uprzednio przygotowane przez Hannę i zaczęli opowiadać. Okazało się, że Gordon sam przyniósł Filipa do domu przy pomocy zaklęć, a miało to miejsce ubiegłego wieczora. Gordon wspomniał też o muzyku który go ocalił.

 – Miałeś szczęście Gordonie – skomentowała Gospodyni – Należało mu podziękować a nie go przepytywać.

 – Hanno, jakby na to nie spojrzeć, był podejrzany. Nie mam zamiaru za nic przepraszać. – Próbował się usprawiedliwić na co Hanna spojrzała na niego z dezaprobatą.

Następnie stary mag opowiadał jak trafił do Filipa. Lecz coś mu się nie zgadzało w tej wersji.

 – Co prawda umówiliśmy się na iskry, ale ten słup światła był o wiele lepszy. Nie wiedziałem że tak potrafisz. Założę się, że nawet w mieście go widzieli.

 – O jakim świetle mówisz mistrzu? – spytał zdziwiony.

 – O słupie światła po którym cię znalazłem, leżałeś nieprzytomny na ziemi. – Gordon spochmurniał na to wspomnienie.

 – Ale dość ć o tym. Opowiedz co ci się przydarzyło – odrzekł zmieniając temat.

Pomyślał, że zapyta o to później, bo teraz ma ważniejsze sprawy na głowie.

Filip opowiedział mistrzowi co mu się przydarzyło ze szczegółami, a ten słuchał uważnie, ani razu nie przerywając. Odezwał się dopiero, gdy historia dobiegła końca.

 – Chłopcze, czy jesteś absolutnie pewien tego, co mówisz? – Nie było mu łatwo uwierzyć w przeżycia swojego ucznia, lecz ze wszystkich ludzi to Gordon znał Filipa najlepiej i wiedział, że on nigdy nie zmyślał. Nigdy, nawet gdy był młodszy, to tego, czego nie chciał zdradzić, zwyczajnie przemilczał lub ukrywał całe zajście, ale nie kłamał.

W odpowiedzi Filip pokazał tatuaż na ręku.

 – Powiedział, że to symbolizuje umowę pomiędzy nim a mną. Gdyby nie to, sam pomyślałbym, że to był tylko sen.

Gordon przyjrzał się znakowi. Przypominało mu to literę „L” nakreśloną ręcznie w półksiężycu.

 – Nigdy nie widziałem podobnego – stwierdził czarodziej.

 – Wspomniałeś coś o teście. Wiesz coś o nim?

Filip pokręcił przecząco głową.

 – Miałem się dowiedzieć wszystkiego drugiego dnia, czyli jutro.

 – To jakiś obłęd! My tu mówimy o mocach przechodzących ludzkie pojęcie, a ten szaleniec dał ci jeden dzień?! – rzucił Gordon gniewnym tonem.

 – Nie wiem czy postąpiłeś słusznie godząc się na takie warunki Filipie. To ewidentnie wygląda na pakt z demonem.

 – Nie byłbym tego taki pewien mistrzu. Nawet jeśli wyglądał trochę strasznie to nie dawał mi powodu by się bać – stwierdził Filip.

 – Chciał cię zatrzymać na czterysta lat w pustce.

 – Ale miał powód. No i zgodził się na próbę.

 – Której nie umiesz przejść.

Obaj zamilkli na chwilę. Filip zdawał sobie sprawę ze słuszności słów swojego mistrza. Ma tylko jeden dzień, i na chwilę obecną – żadnych szans.

 – Chcę się przejść – powiedział odchodząc od stołu.

Udał się pod jabłoń – swoje ulubione miejsce wokół posiadłości, usiadł w jej cieniu jak miał w zwyczaju robić niemal codziennie. Z ironicznym uśmiechem uznał że nawet pora się mniej więcej zgadza. Normalnie byłby to czas na pracę, oczywiście nigdzie się teraz nie wybiera.

 – I jak ja mam to zrobić? – powiedział do siebie ze wzrokiem wbitym w ziemię.

 – Coś się wymyśli – dobiegł Filipa nieco piskliwy głos. Ten natychmiast wstał i rozglądał się za jego właścicielem.

 – Na dole.

Przed nim, w gęstej trawie siedziało małe czarno–futre stworzonko, przyglądał mu się chwilę.

 – No co, kuny nie widziałeś?

 – Widziałem, ale żadna nie była czarno-biała, ani nie rozmawiała – odparł Filip.

 – No cóż, nikt nie jest idealny. Jestem Kirbi , będę cię od teraz uczył. 

 – Oczywiście, jak żeby inaczej – odpowiedział wzdychając. I kiedy myślał, że już nic go nie zdziwi, oto stoi przed nim jego nowy nauczyciel, mistrz Gordon będzie wściekły na takie zastępstwo.

 – Więc… jak to ma właściwie wyglądać?

 – Hm… chyba warto zacząć od podstaw. Wiesz czym w ogóle jest esencja?

 – Nie bardzo. Tylko że to jakiś rodzaj potężnej energii.

 – Esencja jest podstawą wszystkiego co rzeczywiste. Wszystko co jest wokół ciebie z tobą i mną włącznie istnieje dzięki niej. Panując nad esencją panujesz nad dosłownie wszystkim.

 – Czy esencja jest jak magia?

 – Nie całkiem. Magia to pozostałość esencji, która ukształtowała ten świat, strasznie zmarniała z biegiem czasu. W tobie jest natomiast żywa. I niebezpieczna.

Filipowi coś nie dawało spokoju w tej kwestii.

 – Ty i opiekun powiedzieliście mi to samo – że esencja we mnie jest niebezpieczna, ale od czasu źródła niczego takiego nie zauważyłem. – A to przecież był powód dla którego Filip miał zostać umieszczony w pustce, i dla którego zawarł umowę.

 – To dlatego, że od tamtego czasu ani na chwilę nie spuściliśmy cię z oka – odparła kuna.

 – Że co proszę?!

 – To było tak: w momencie przelania w ciebie esencji ta wypchnęła twoją duszę zarówno z ciała jak i z całego świata. Wtedy trafiła do pustki gdzie zajął się nią Opiekun, który stale utrzymywał esencję w ryzach. A odkąd zostałeś odesłany z powrotem, tę rolę przejąłem ja.

 – Chcesz powiedzieć, że ty….

 – Cały czas byłem w pobliżu. Wy ludzie jesteście mało spostrzegawczy.

 – Ja… dziękuję… chyba. Ale mogę o coś zapytać? Czym ty tak naprawdę jesteś? Bo przecież nie jakimś futrzakiem.

Jeśli zwykłe zwierzęta posiadałyby taką mimikę to zaprawdę nie byłoby pomiędzy nami nieporozumień. Bo nie trzeba być znawcą, by stwierdzić, że kuna się zdenerwowała. Tylko Filip zwyczajnie nie potrafił potraktować tego poważnie.

 – Nie drażnij mnie, dzieciaku. Nie, naprawdę nie jestem kuną i nie wiem czemu tak wyglądam. Pewnie jakiś humor Opiekuna.

Chłopak po raz kolejny przypomniał sobie demonopodobną istotę o niskim, poważnym głosie. Ciężko było sobie wyobrazić u niego poczucie humoru. Co najwyżej czarny humor.

 – Ciężko to wyjaśnić. Zostawmy ten temat na kiedy indziej. Masz przecież sporo do zrobienia.

 – Ile mam czasu? – Filip spojrzał na słońce wysoko w górze.

 – Dwadzieścia cztery godziny. Test zacznie się w południe.

 – Jak mam się nauczyć czegoś w jeden dzień? Zaczynam myśleć, że ta cała umowa to jeden wielki, okrutny żart.

Kirbi podszedł do niego i spojrzał swymi drobnymi oczkami.

 – To nie żart tylko wyzwanie. A ja pomogę ci temu wyzwaniu sprostać.

To musi być jakiś podstęp – pomyślał, nie mogąc odwrócić wzroku. Nagle ogarnęła go ochota by pogłaskać kunę.

 – Jak?

 – Naszym głównym problemem jest czas. Od tego więc zaczniemy – odparł Kirbi z entuzjazmem.

 – Nie rozumiem.

 – To proste. Musimy przedłużyć czas, który ci został.

Filip spojrzał na niego ze zdziwioną miną i uniesioną prawą brwią.

 – No co? Już zapomniałeś co ci powiedziałem? O panowaniu nad wszystkim i tak dalej. Są sposoby na niedostatek czasu. Nie jeden.

 – Na przykład? – spytał zaciekawiony.

 – Na przykład to co zrobimy. Musisz nauczyć się przenosić do swojej przestrzeni myślowej. To takie miejsce wewnątrz umysłu. Czas tam płynie tak powoli, że mógłbyś tam spędzić cały dzień, a w rzeczywistości minie tylko kilka chwil.

 – To ja tak teraz potrafię?!

 – Jeszcze nie, ale musi się to zmienić. Bo boję się, że inaczej do niczego nie dojdziemy – odparł strapiony.

Koniec

Komentarze

21 tys słów czyli ile znaków? Zważywszy że polskie słowa są raczej długie, jest to zapewne ponad 100 tys znaków – to przekracza długość, która na tym portalu oznacza “opowiadanie”. Szansa, że dużo osób przeczyta taki tekst, nie jest duża. Ale fragmenty cieszą się jeszcze mniejszym wzięciem. Najlepiej napisz w tym swoim uniwersum zamknięte opowiadanie, na tak 10-30 tys znaków.

 

Z przedstawionego fragmentu niestety nie wynika nic poza tym, że jest to fantasy o czarodziejach, czyli nic nowego pod słońcem ;) Poza tym zapis dialogów do generalnego remontu, interpunkcja też mocno szwankuje.

http://altronapoleone.home.blog

Konradzie, zamieszczony fragment liczy 1000 słów, co przekłada się na 6472 znaki i pozwala przypuszczać, że Twoje dzieło jest powieścią, zamykającą się w co najmniej 130000 znaków, a może nawet więcej. Obawiam się, że taki kolos nie znajdzie tu czytelników.

Drakaina wspomniała o losie fragmentów i powieści, od siebie dodam, że opo­wia­dania li­czą­ce ponad 80000 zna­ków, nie wcho­dzą do gra­fi­ku dy­żur­nych, więc ci nie mają obo­wiąz­ku ich czy­tać. Tak dłu­gie opo­wia­da­nia, choć­by były świet­ne i do­sko­na­le na­pi­sa­ne, nie mogą li­czyć na no­mi­na­cję do piór­ka.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie osobiście się podobało co napisałeś i z miłą chęcią przeczytałbym całe, gdybyś był miły udostępnić je w całości :)

Interpunkcja faktycznie do poprawy. Brakło mi trochę bardziej szczegółowego opisu miejsca, w którym dzieje się fabuła i jak dla mnie trochę zbyt dużo akapitów, przez co całość jest dla mnie nieco chaotyczna. Tak poza tym naprawdę dobrze napisane i jak wspomniałem wyżej, chętnie poznałbym całość ;)

Cóż, niewiele tego. Zaledwie scena przedstawiająca bohatera i fragment miasta, do którego przybył. Nie opisujesz niczego, co mogłoby mnie zainteresować i wbrew temu, co piszesz w przedmowie, wcale nie widać o co tu chodzi i co zapowiada fragment.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

Pa­nu­je to przy­jem­na at­mos­fe­ra… ―> Literówka.

 

Kilku ludzi spoj­rza­ło się na mnie z za­cie­ka­wie­niem. ―> Kilku ludzi spoj­rza­ło na mnie z za­cie­ka­wie­niem.

 

Pierw­szy był już dość stary, ma około sześć­dzie­siąt lat. ―> Dlaczego mieszasz czasy?

 

by nie koń­czyć za­ba­wy zbyt szyb­ko, a gdy już skoń­czy­łem… ―> Powtórzenie.

 

– Nie­zły nam wy­stęp panie zor­ga­ni­zo­wa­li­ście. Już dawno nie wi­dzia­łem sta­re­go Gu­sta­wa w tak do­brym na­stro­ju. – za­ga­dał do mnie… ―> Zbędna kropka po wypowiedzi.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

 

Wska­zał ręką na bu­dy­nek… ―> Wska­zał ręką bu­dy­nek

 

– O tego w dziw­nym ka­pe­lu­szu z ko­stu­rem. ―> Czy dobrze rozumiem, że kapelusz miał kostur i pewnie dlatego był dziwny?

Proponuję: – O tego w dziw­nym ka­pe­lu­szu i z ko­stu­rem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za wasze uwagi. Przejrzę tekst i naniosę poprawki.

Konradzie, ponieważ to tylko część Twojej opowieści, bądź uprzejmy zmienić oznaczenie na FRAGMENT.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Z jednej strony widać, że masz ciekawe pomysły, a sama historia jest poprowadzona w sposób logiczny i konsekwentny, z wyraźnie zarysowanymi bohaterami. Z drugiej strony, pojawiają się błędy utrudniające czytanie. Najbardziej przeszkadzało mi pomieszanie czasu przeszłego i teraźniejszego. Tak jak tutaj:

Czarodziej podszedł z zatroskaną miną do łóżka Filipa. Nie zwrócił na to wcześniej uwagi, ale pod jego przykryciem widoczna jest ludzka sylwetka.-->Czarodziej podszedł z zatroskaną miną do łóżka Filipa. Nie zwrócił na to wcześniej uwagi, ale pod jego przykryciem widoczna była ludzka sylwetka.

Czas przeszły jest najwygodniejszy do stosowania.

Na początku warto napisać coś, co zaintryguje czytelnika, ważne jest szczególnie pierwsze zdanie. Zastanawiałam się też, jak wyglądałaby ta historia, opowiedziana tylko z punktu widzenia Filipa. Idę czytać drugą część :)

Nowa Fantastyka