- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Najpiękniejszych mężczyzn świata widziała w Izraelu

Najpiękniejszych mężczyzn świata widziała w Izraelu

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Najpiękniejszych mężczyzn świata widziała w Izraelu

Po trzech latach intifady w mieście nie ma już życia. Są zasieki z drutu kolczastego, betonowe mury, puste stragany, pod którymi buszują wróble i szczury. A czasem i palestyńskie dziecko, któremu może i powinni współczuć, ale nie potrafią, bo co z tego, że grzebie w śmieciach, skoro na widok patrolu od razu zrywa się na nogi, syczy i zaczyna ciskać kamieniami, puszkami, kawałkami pordzewiałego żelastwa?

Levi zwykle po prostu uchyla się przed pociskami, ewentualnie krzyczy do dziecka po arabsku, żeby przestało, bo dostanie w skórę.

Jonatan ma na gnojków inny sposób: gdy tylko zaczną syczeć i wyzywać żołnierzy, krzyczeć o komorach gazowych, Joni zrywa karabin z ramienia i celuje. Nigdy nie strzela, ale chłopcy i tak znikają w mgnieniu oka, przy wtórze bluzgów i szykan.

 

***

 

W bazie – w oknie wisi prześcieradło z wypisanymi czarnym sprejem słowami David Bowie for President! więc nazywają ją Przystanek Bowie albo Fort David – pachnie zastałym dymem papierosowym, marihuaną i przypalonym ryżem, leci muzyka z głośników Avigdora.

Rudowłosy Avigdor kocha muzykę: Sex Pistols, The Clash, Billy Idol. To on jest autorem napisu na prześcieradle. Jego rodzice należą do pierwszego pokolenia sabry, a dziadkowie przyjechali do Izraela z Wiednia, kulturalni, wykształceni, hebrajski jak z książek, i Avigdor też taki jest; elegancki, wrażliwy, po studiach prawniczych, ale nie zadziera nosa, bo w Hebronie nie liczy się, ile masz fakultetów, tylko jak dobrze strzelasz.

Wieczorami czają się w pustych mieszkaniach sąsiednich budynków i czekają, aż Palestyńczycy otworzą ogień, odpowiadają strzałami, ale rzadko ktoś kogoś trafia. To bardziej rytuał niż walka. Joni wali na oślep, w przerwach pochłania batony proteinowe; ciągle tylko je i je, a jednak pozostaje tak samo szczupły i zwinny, skubaniec, jego przemiana materii działa na jakichś kosmicznych obrotach. Z przenośnego głośniczka leci muzyka; tym razem DJ Avigdor decyduje, że chłopakom umilać czas będzie Queen i wszyscy śpiewają „Another one bites the dust!”, gdy Jonatan oddaje strzały w stronę niewyraźnych sylwetek przemykających drugą stroną ulicy.

Gdzieś blisko rozlega się huk, odgłos tłuczonego szkła i Levi wystawia lufę przez okno, naciska spust, modląc się, by cywile byli pochowani w domach.

 

***

 

Przez checkpoint przechodzi czasem arabska babcia w czarnej, bezkształtnej szacie. Twarz ma drobną jak dziewczynka, ale skórę pomarszczoną niczym orzechy, które usiłuje sprzedawać Izraelczykom.

Czasami kolejka ciągnie się i ciągnie, bo Joni lub Alex, lub Menachem, lub którykolwiek z chłopaków ma gorszy dzień, albo doszły ich słuchy o kolejnym szahidzie, co się wysadził w Tel Awiwie albo Jeruszalaim i ze złymi minami sprawdzają wszystkie torby i plecaki, każdą kieszeń, przepytują, kto, po co, gdzie.

Arabska babcia krąży wówczas pomiędzy ludźmi, próbuje sprzedawać orzechy, ale nikt nie kupuje. Kobieta podchodzi czasami do Leviego i zagaduje po hebrajsku, opowiada o sobie:

– Mój mąż był profesorem, światłym człowiekiem. Mieszkał w Izraelu, a piękny był niemiłosiernie. Zjeździliśmy świat: Europę, Egipt, Turcję. Bywało niebezpiecznie, ale dużo nowych rzeczy poznałam i wielu ludzi. Ale najpiękniejszych mężczyzn świata, synku, widziałam w Izraelu.

Opowiada, że świat spsiał, a koleje losu zaprowadziły z powrotem do ojczyzny, ale ojczyzna to kraj pod okupacją, nigdzie nie ma lekko. Mąż zmarł. Ona została; kolejny duch z miasta pełnego widm.

Ma w sobie coś nierzeczywistego, gdy tak kuśtyka przez plac w czarnej, obszernej sukni, ignorowana przez pozostałych Palestyńczyków, choć – na logikę Leviego – powinni ją obrzucać wyzwiskami za to, że podchodzi do Izraelczyków, rozmawia z nimi po hebrajsku. Ale nic takiego się nie dzieje; babcia kuśtyka przez plac, a wszyscy odwracają wzrok w inną stronę.

 

***

 

Kolejne miesiące mijają, kończy się intifada wraz ze śmiercią Arafata, jakby ktoś spuścił z Arabów powietrze. Levi powraca do Hebronu z przepustki. Nie ma już Posterunku Bowie, przenieśli się na al-Szuhada, gdzie z dachu obserwują ulicę, chociaż nic się nie dzieje. Joni został sierżantem; opowiada Leviemu, że teraz większym problemem od Arabów są żydowscy osadnicy.

– Chcą, żebyśmy dalej strzelali z okien do Palestyńczyków – wtrąca Avigdor. – Ale do nas już nikt nie strzelał od… od kiedy?

– Od dawna – odpowiada szybko Menachem. – I chwała Bogu.

Następnego dnia na patrolu Leviego zaczepia znajoma, drobna babcia w bezkształtnej sukni. Już nie sprzedaje orzechów – sprząta ulice. Na żydowskich osiedlach. Stara Arabka. Bez obstawy izraelskich żołnierzy. Leviemu wydaje się to czystym szaleństwem, ale kiedy pyta babcię, czy to na pewno dla niej bezpieczne, kobieta wybucha śmiechem.

– Synku, synku, nikt nie ruszy babci.

 

***

 

Po tygodniu znika Eyal – szczupły, niespełna dwudziestoletni chłopiec o smutnych, piwnych oczach. Levi nie zna go za dobrze, trafił do Hebronu niedawno i wszyscy mówią, że ze swoją ładną buzią i melancholijnym wejrzeniem bardziej pasowałby do filmu niż na wojnę.

– Nie uciekł, nic ze sobą nie zabrał – mówi Joni, kiedy rano przeszukują osiedle. – I nikt go nie zastrzelił, słyszelibyśmy.

Przeszukują domy, jeden po drugim. Nieliczne arabskie rodziny, które zostały w okolicy, otwierają drzwi przed młodymi izraelskimi żołnierzami, ale niechętnie. Levi mówi po arabsku: „nie ma się czego bać”. Odpowiadają mu ciemne oczy, ciemne spojrzenia.

Eyal się nie odnajduje. Wieczorem dzwonią do przełożonego, który ciska wyzwiskami i dopytuje, jak to się, kurwa, stało, że jakiś Arab porwał im kolegę sprzed nosa. Nie ma wątpliwości, że to robota Arabów, nawet kiedy Joni tłumaczy spokojnym głosem, że przecież warty, posterunki, karabiny pod ręką, nikt się nie przekradł. Następnego dnia mają przeszukać całą dzielnicę, zrobić łapankę, chociaż to i tak bez znaczenia, bo niedługo otrzymają pewnie żądanie zwolnienia jakichś więźniów palestyńskich w zamian za tę cipę, Eyala.

Rano ruszają więc na ulice. Szukają, zatrzymują przechodniów, wpadają do przypadkowych domów, zupełnie jak za czasów intifady.

W pobliżu Avraham Avinu grupka nastoletnich osadników w postrzępionych kipach krzyczy do żołnierzy:

– Szmok! Jak nas chcecie chronić, skoro swoich nawet nie potraficie upilnować? Debile!

Joni ściąga karabin z ramienia, chce spróbować starego sposobu na odstraszenie gówniarzy, ale Levi łapie go za ramię:

– Zostaw. Jedno zdjęcie i jutro będziesz we wszystkich gazetach, izraelski żołnierz mierzy w żydowskie dzieci.

Joni niechętnie opuszcza broń, ale pokazuje chłopcom środkowy palec.

Kawałek dalej spotykają babcię; pcha przed sobą wózeczek, a na nim worki pełne śmieci, butelki, miotły. Jonatan jest gotowy przeszukać babinkę, brwi ma zmarszczone, a w twarzy coś takiego, czego Levi dotąd nie widział, chociaż swoje razem przeżyli; dobre i złe. Boi się, że przyjaciel zaraz zrobi coś, czego sumienie mu później nie odpuści.

Dlatego wchodzi między karabin Jonatana a arabską babcię i mówi:

– Ja ją znam. Sprząta ulice.

– To dlaczego chodzi bez obstawy? – pyta Joni.

– Babci nikt nie ruszy, piękny chłopcze – mówi Arabka płynnym hebrajskim, uśmiechając się do żołnierzy promiennym, choć szczerbatym uśmiechem. Levi przez chwilę ma wrażenie, że jest nierzeczywista jak zjawa, miraż wywołany upałem; albo niespełna rozumu.

– Tak? – odpowiada burkliwie Jonatan, ale opuszcza broń, teraz celuje w spękany chodnik. – To poczekaj aż dojdziesz do tych żydków, którzy nas zbluzgali, zobaczymy, czy cię nie ruszą.

– Odprowadzę ją – mówi Levi.

Sam nie wie, dlaczego. Coś w nim pragnie otoczyć babcię opieką; chociaż staruszka ewidentnie nie jest kruchą istotką, którą zdmuchnie pierwszy podmuch wojny. Jest twardsza niż on i wszyscy chłopcy z Hebronu razem wzięci, twardsza niż bojownicy Hamasu i jerozolimskie mury. A jednak…

– Zgoda – odpowiada Joni, ku zdumieniu Leviego. – Ale – dodaje, odciągając chłopaka na stronę – spróbuj ją wybadać. Może coś wie, coś widziała. Kręci się po ulicach, coś musiała słyszeć.

Levi się zgadza i rusza ze staruszką szeroką, pustą aleją.

– Jak masz na imię? – pyta.

– Noor.

– Noor, czy słyszałaś, że nasz kolega zniknął? Ma na imię Eyal, ma dziewiętnaście lat i pochodzi z Hajfy.

– Słyszałam, synku. Mówiłam, że zniknie, już tyle czasu mówiłam, ale babci wszyscy się boją i nikt nie słucha.

– Wiedziałaś, że zniknie? Co się z nim stało? Został porwany? – wyrzuca z siebie kolejne pytania, ale Noor tylko się uśmiecha, czeka, aż chłopak ochłonie. Dopiero wtedy odpowiada:

– Wiedziałam, że odejdzie. To był taki piękny chłopiec, miał dłonie pianisty.

– Wiesz, gdzie jest?

Noor prowadzi go w stronę al-Szuhada. Levi przeciska się za babcią przez pordzewiałe, spięte łańcuchem wrota magazynu. W środku kurz, ale przynajmniej trochę cienia. Ich kroki odbijają się echem od odrapanych ścian, sufitu.

Babcia prowadzi go do piwnicy. Tam znajdują Eyala.

 

***

 

Levi wzywa pomoc przez krótkofalówkę, ale nie czeka na kolegów. Sam ściąga Eyala na ziemię, rozplątuje sznur, na którym chłopak się powiesił, szuka śladów życia. Oczywiście jest już za późno.

Podczas służby w Hebronie stracił tylko jednego kolegę; Daniel był ortodoksem, ale też porządnym facetem, jarmułkę nosił pod hełmem i dobrze śpiewał. Trafiła go jakaś zabłąkana kula w czasie wieczornych strzelanin; po tym już nigdy nie słuchali muzyki.

Levi czuje, że oczy mu wilgotnieją, ale przecież nie będzie płakać za chłopakiem, którego ledwie znał. Taka jest wojna, taki jest Hebron.

– Dlaczego? – pyta, patrząc na Noor. Cienie w piwnicy malują głębokie bruzdy na drobnej twarzy babci. – Dlaczego to zrobił?

– Wiedziałam, że zniknie, odkąd zastrzelił dziecko – odpowiada babcia. – Twoi koledzy mówili: to nie twoja wina, nie celowałeś w dziecko, celowałeś we wroga. Mówili: nie pierwsza taka sytuacja na wojnie i nie ostatnia. Ale Noor mówiła: Eyal sobie tego nie wybaczy. I nie wybaczył.

– Skąd wiesz takie rzeczy? – pyta Levi; mimo upału, czuje dreszcz na plecach.

– Chodzę po tym świecie bardzo długo, synku. Twoi koledzy mają rację: nie pierwsza taka sytuacja i nie ostatnia. A Eyal taki był ładny, taki uczony, taki dobry syn i patriota. Noor czuje, jak ktoś ma nie wytrzymać. Przyszłam tu do niego, do tej piwnicy, kiedy wiązał sznur na szyi. Chciałam go stąd zabrać.

Babcia wzruszyła ramionami pod ciężką czarną suknią.

– Lepiej stąd znikaj – mówi Levi po chwili milczenia. – Zaraz przyjdą chłopaki. Będą mieli do ciebie pytania.

– Babci nikt nie ruszy.

– A chcesz się rzeczywiście przekonać? – Levi wstaje, chwyta babcię za ramiona, siłą kieruje w stronę wyjścia z piwnicy.

Kobieta zatrzymuje się jednak w drzwiach, chwyta chłopaka za nadgarstki. Dłonie, zimne i szorstkie, powodują, że Levi wzdryga się z zaskoczeniem, bo nie spodziewał się, że ktoś może mieć tak lodowate palce. Noor odsuwa jego ręce, uśmiecha się; skorupka orzecha pęka i otwiera przed Levim czarne, bezzębne wnętrze.

– Przekonałam się już wiele razy – mówi Noor, a nieświeży oddech uderza żołnierza w nozdrza. – Arabowie czy Żydzi, tubylcy czy obcy. Mnie to za jedno. Byłam tu przed nimi wszystkimi i będę, kiedy wy już się wyrżniecie wzajem. Mnie to za jedno, kto wygra. Chociaż ciebie, synku – szepcze, zimnym palcem przesuwając po policzku Leviego – to mi będzie żal. Mój mąż wyglądał zupełnie jak ty, kiedy był młodym chłopakiem. Chłopiec malowany, i ja też byłam taka piękna, razem tworzyliśmy parę jak z obrazka. Z nim się jednak zestarzałam, a kiedy umarł, nie chciało mi się być znów młodą. Po cóż bowiem młodość w takim miejscu?

Skorupka orzecha pęka w jeszcze szerszym uśmiechu, a Levi czuje krople zimnego potu spływające wzdłuż kręgosłupa.

– Ale dla kogoś takiego jak ty – mówi Noor – mogłabym znowu być młoda.

Levi odsuwa się i przez chwilę ma wrażenie, że babcia, Noor, ktokolwiek to jest, ruszy za nim, z lodowatymi palcami i oddechem pachnącym jak zepsute mięso. Ale kiedy chłopak odskakuje w tył, zamyka się skorupka orzecha, znika uśmiech, znika głód w oczach i Noor na powrót jest tylko arabską babcią w za dużej sukni.

– Tak myślałam – mówi kobieta. – Jak Eyal. On też mi przypominał męża, miał takie same łagodne oczy. Ale nikt z was nie jest taki jak on.

Babcia kręci głową z rozczarowaniem i Levi ma wrażenie, że nie zdążył nawet mrugnąć, a ona już zniknęła.

 

***

 

Joni płacze, kiedy wyciągają Eyala z piwnicy.

– To moja wina – powtarza wciąż, zaciskając dłonie w pięści. – Moja wina, bagatelizowałem to, a Eyal był nowy, jeszcze nigdy nikogo nie zastrzelił.

Levi nie wie co odpowiedzieć, więc nie mówi nic.

 

***

 

Levi wytrzymuje jeszcze pół roku jako żołnierz. Wraca jednak do Hebronu, już w cywilu, by napisać reportaż: o mieście, o drutach kolczastych, o nocnych strzelaninach. Spotyka się z dawnymi kolegami, choć brakuje pośród nich Avigdora.

Joni, który bardzo się postarzał od czasu, kiedy ostatnio się widzieli, zbywa pytania Leviego wzruszeniem ramion.

– Ludzie znikają w Hebronie – mówi tylko i odchodzi na bok, by zapalić papierosa. Schudł, przygarbił się, coś na nim ciąży.

Menachem nachyla się w stronę Leviego i szepcze:

– Avigdor zniknął niedługo po tym, jak ty odszedłeś. Zaczynał wariować, pewnie przez ten marazm, wiesz, tu wszystko jest cały czas takie same. Każdy dzień, każda noc. Nic się w tym pieprzonym mieście nie zmienia. Niektórym chłopakom zaczyna naprawdę odbijać.

– Tak, skądś to znam. – Levi ze zrozumieniem kiwa głową.

 

***

 

Następnego dnia mija jeden z checkpointów. Szybko sprawdzają dokumenty, pobieżnie bagaż, dzwonią do dowództwa obiecując, że to nie potrwa długo. Procedura ciągnie się jednak dobre dwadzieścia minut i Levi ucieka przed morderczym słońcem pod wiatę, chociaż od rozgrzanej blachy bije skwar. Siada na ziemi, notuje w zeszycie, na kolanie, jak za czasów służby.

Na chwilę podnosi wzrok i po drugiej stronie ogrodzenia dostrzega dwójkę ludzi. Idą tak, jak się nie chodzi ulicami palestyńskich osiedli: wyprostowani, pewni, nie kryjąc się po kątach. Młoda, drobna kobieta i wysoki mężczyzna, którego włosy, w tym świetle, zdają się płonąć jak lisia kita.

Kobieta odwraca się, może wyczuwając wzrok Leviego. Uśmiecha się i kiwa do chłopaka głową, jakby pozdrawiała starego znajomego.

Koniec

Komentarze

Fabuła prosta, ale naprawdę bardzo dobrze napisane. Klikam. Komentarz w wolnej chwili.

Przeczytane :) Odważny temat.

O, jak ja lubię takie rasowe pisanie.

Opowiadanie przywodzi na myśl dokument, w dodatku opisujący zdarzenia, o których nie zawsze mamy możliwość przeczytać. Podoba mi się zwięzłość przekazywanych informacji i jednocześnie zadziwia, Anonimie, że zdołałeś zawrzeć w nich tyle treści. No i Noor ― jest fantastyczna.

 

z wy­pi­sa­ny­mi czar­nym spre­jem sło­wa­mi David Bowie for Pre­si­dent!, więc… ―> Po wykrzykniku nie stawia się przecinka.

 

bab­cia w czar­nej, bez­kształt­nej sza­cie. Buzię ma drob­ną jak dziew­czyn­ka… ―> Twarz ma drob­ną jak dziew­czyn­ka

Buzię mają dzieci, dorośli mają twarz.

 

że ze swoją ładną buzią i me­lan­cho­lij­nym wej­rze­niem… ―> …że ze swoją ładną twarzą i me­lan­cho­lij­nym wej­rze­niem

Ciekawe, dobrze napisane, egzotyczne, ale niejako napisane na podstawie, chyba nawet imię Levi:(,  może i Jonatan i inne, lecz nie chce mi się tego sprawdzać. Myślę o “Migdałowym drzewie” Cohena; książkach Rabinyan. Historia w tych samych realiach, podobne epizody, klimat, słowa. Główny plot inny.

Przepraszam, Anonimie, że się mądrzę, nie czujesz Izraela i Autonomii Palestyńskiej.

Edytka: miałam impuls, aby skasować, bo przecież, co mnie to w gruncie “obchodzi”, jednak zostawię “ku pamięci” i chyba dlatego, że tego nie lubię.

Anonim chcialby serdecznie podziekowac za odwiedziny. Cieszy sie, ze sie podobalo. Asylum, szkoda, ze Ciebie nie porwalo. Anonim chcialby jednak zaznaczyc, ze nie czytal "Migdalowego drzewa", wiec wszelkie podobienstwa do opisanych tam postaci, miejsc i zdarzen sa przypadkowe. Anonim przyznaje sie natomiast do inspirowania sie reportazem Pawla Smolenskiego, w ktorym to pojawia sie bezimienna arabska smiecierka sprzatajaca zydowskie osiedla. Anonim ma nadzieje pisac coraz lepiej i "poczuc" wreszcie Izrael – bo warto.

Oki doki, Anonimie, to jest Twoja sprawa, o czym piszesz.

Nie chodzi o “porwanie”, przeczytam Pawła Smoleńskiego. Bardziej o słowa i sytuacje, może u Pawła też są, nie wiem. Mam alergię na każdy rodzaj kopiowania i chyba rzeczywiście swego rodzaju pamięć.

Anonim nie skopiowal slow i sytuacji z "Migdalowego drzewa", bo tejze ksiazki nie czytal. Przypadkowe kopiowanie juz chyba nie liczy sie jako kopiowanie, w przeciwnym razie tylko alfabet bylby dzielem oryginalnym :-)

Cóż mogę odpowiedzieć? Dobrze, c’est la vie.

Czy Anonim zrealizował inspirację Dawidem Bowie z dodatkiem Queenów? ;)))

Ktoz to moze wiedziec? Na pewno nie Anonim.

No, bardzo to ładnie napisane i historia też zacna i w zasadzie wszystko jest bardziej niż ok, ale… Fantastyka z gatunku “blink and you miss it”. Bo w zasadzie jest nią tylko gadanie Noor o tym, że długo po świecie chodzi – jasne, można tu zobaczyć śmierć czy też jakiegoś anioła śmierci (imię znaczy przecież “światło”), ale zarazem może to być tylko takie gadanie. A nie chciałabym tu widzieć prostej alegorii. Oczywiście przy pierwszym założeniu jest to taki bardzo subtelny, klimatyczny weirdzik i to niewątpliwie się udało. Będę miała spore myślenice przy głosowaniu ;)

No dobra, bo koledzy proszą, żebym wyjaśnił, co mnie urzekło.

Najpierw tytuł – intrygujący, z dobrym brzmieniem, przywołujący na myśl tytuły Hłaski.

Zaraz potem pierwsza scena: jeden obrazek, a doskonale wprowadzający w miejsce i klimat, na zasadzie “show don’t tell”. I od razu powiem, że gdyby nie późniejsza wzmianka o śmierci Arafata, to dzięki lekko postapokaliptycznej scenerii uznałbym, że to się dzieje w nieodległej przyszłości, albo i w ogóle poza czasem, w jakimś uniwersum wiecznego konfliktu. Zwróciłem uwagę na trzecie zdanie – wielokrotnie złożone, a napisane sprawnie, lekko, nawet z pewną nonszalancją.

Do reszty kupiła mnie druga scena, z otwarciem w stylu “Czasu Apokalipsy” Coppoli. Pojawiajace się potem sylwetki kolejnych żołnierzy (bardzo podobaly mi się imiona) przywołały jeszcze skojarzenia z takimi klasykami jak: “Na zachodzie bez zmian”, “W księżycową jasną noc”, a nawet “Paragraf 22”.

I dalej: wszystko pisane ze znajomością rzemiosła, lekko, płynnie, bez zgrzytów, w konsekwentnym, dojrzałym stylu. No czuć po prostu wyrobione pióro – czytam i nie boję się, że zaraz się potknę.

Ja też nie znam realiów izraelsko-palestyńskich, ale tej narracji wierzę.

Łyżka dziegciu – finał, jak dla mnie, za słaby, przy tak rozbudzonych oczekiwaniach.

O, ja mam podobnie, jak cobold. Też mi się podobało, czytało się świetnie (bo tekst rzeczywiście bardzo sprawny warsztatowo), a choć historia dość prosta, to zafascynowało mnie to, jak w ten realistycznie (choć oczywiście przy pomocy kulturowych tropów, miałam skojarzenia ze środkami i koncepcjami rodem trochę z literackiego reportażu/ ambitnego kina wojennego) opisany świat wojny domowej wpełza powoli niesamowitość i groza. Inaczej niż Drakaina, nie miałam wrażenia, że to jest fantastyka w ilości “blink and you miss it” – od pierwszej chwili miałam poczucie, że Noor nie jest z tego świata, nawet jeśli anonimowy autor/ka wyraźnie nie dookreśla jej natury. Bardzo udany tekst, IMHO.

Dlatego pisałam o dwóch możliwych założeniach: jeśli od początku przyjmiemy, że ona jest nie z tego świata, to oczywiście fantastyka jest podszewką tekstu. Ale da się przyjąć założenie, że jest po prostu dziwaczną staruszką i wtedy tekst jest podszyty tajemniczością czy subtelną niesamowitością, ale sama historia może być realistyczna.

 

Natomiast od paru godzin najbardziej dręczy mnie tożsamość Anonima. Tytuł, klarowność fabuły i nienaganny styl wskazywałby na Wiktorię, ale musiałaby to być Wiktoria mocno eksperymentująca z antyemocjonalnością ;) Choć coś z tu z Wiktoriowej emocjonalności w sumie jest, choć bardzo mocno stonowane, ukryte pod powierzchnią reporterskiego stylu. Ergo może to być tekst zupełnie kogoś innego ;)

To pewnie Gravel albo Fun. Mnie bardziej zostawia, kiedy Cobold zdążył pomyśleć, o jakimś miejscu poza czasem i konflikcie "uniwersalnym", skoro już w tytule mamy Izrael, a czterech pierwszych zdaniach palestyńskie dziecko i żołnierza z żydowskim imieniem wołającego po arabsku ;)

Gravel – tak, stylistycznie pasuje. Czy Fun? Nie wiem.

 

W kwestii miejsca i czasu mam tak samo – bez wątpliwości, że konkretne (co by było z kolei Wiktoriowate). Przez moment myślałam, że to ciągnąca się w postapo intifada, ale zaraz natychmiast była śmierć Arafata i osadzenie w miejscu.

Czyli mieliśmy z Drakainą podobne wrażenie. Nie pisałem o nieokreślonym miejscu, tylko o opcji uniwersalnego czasu – sytuacji, gdy świata (albo przynajmniej Ziemi Świętej) już nie ma, a oni gdzieś poza czasem, może w zaświatach, a może w jakiejś pętli/bańce czasowej wciąż bez końca się biją. To takie luźne skojarzenie, ale biorąc pod uwagę postać Noor, nie jest to chyba interpretacja tak daleka od zamierzeń autora.

A co do tożsamości autora – klik do biblioteki czasem pomaga rozwiązać zagadkę.

Twardszy zawodnik. Zostaje jeszcze nominacja do piórka.

No ja nominowałabym, na przykład :). Tylko musiałabym solidniejszy komentarz napisać, a to NIE DZIŚ :D

Nominacja już jest, chodzi o głosowanie

No tak, tu najłatwiej będzie Wam przyłapać anonima :D

Mam nadzieję, że Loża doceni urodę opowiadania i nie będzie się kierować wyłącznie chęcią odanonimowienia Autorki/ Autora. ;)

Rewelacyjny tekst i 100% w moim guście. Bardzo dobre, wyrobione pióra anonima na poziomie druku na łamach papierowej NF. Warsztatowo świetnie, świat spójny, nie znam się na tych realiach, a kupiłam wszystko. Styl i narracja płynna, ale indywidualna; kreujesz poruszające emocjonalnie fragmenty za pomocą samego języka i formy.

Pozostaje uchylić ronda kapelusza i życzyć powodzenia w dalszej (bo jestem pewna, że to nie jej początek) karierze pisarskiej.

Doskonały tekst. Reportażowy i bardzo ludzki opis Hebronu, bez wskazywania na winnych i niewiennych, dobrych i złych i do tego subtelny, nienachalny element fantastyczny. Razem daje to świetny, poruszający efekt. Do tego bardzo dobrze napisane, z gatunku tych tekstów, które same się czytają i w które wsiąka się bez reszty. Na pewno zostanie mi w pamięci na długo.

Obstawiam, że to opowiadanie Finkli. Pasuje tematyka i świetny warsztat.

W komentarzach przede mną zostały już opisane wszystkie zalety tego tekstu. Mnie osobiście najbardziej urzekła silna kobieca postać Noor i reporterski styl, z pozoru zdystansowany, ale przekazujący wiele emocji.

Nie, to nie Finkla:)

[Enter Anonim]

Anonim chciałby serdecznie podziękować za wszystkie miłe słowa. Cieszy się, że opowiadanie przypadło do gustu tak szerokiemu gronu odbiorców. Zdumiewające, ale przyjemne doznanie.

Anonim pozwoli sobie nie wyjaśniać “co autor miał na myśli”, lecz ewentualne kwestie wątpliwe pozostawić czytelnikom do interpretacji, gdyż tak wydaje mu się ciekawiej.

[Exit Anonim]

“Eyal się nie odnajduje” – to zdanie mi się nie podoba, reszta super.

Witaj, Anonimie!

Nie czytałam komentarzy przede mną, więc być może się powtórzę.

Jakoś tak omijałam to opowiadanie, bo klimaty nie moje i ciężkie raczej. Ale nie żałuję, że tu zajrzałam. Przede wszystkim na pochwałę zasługuje warsztat. Czytało się naprawdę dobrze, z przyjemnością. 

Początek ładny, ale trochę mi się dłużył. Jednak skutecznie, powoli rozkręcałeś… Hmm… Akcję? Akcji tu mało, ale opisy wydarzeń są rewelacyjne. W klimacie. Postać babci intrygująca. 

To bardzo specyficzne opowiadanie, ale uważam, że udane. Na pewno je zapamiętam.

Pozdrawiam!

Ten moment, kiedy kończysz czytać i widzisz, że wszystko co najważniejsze zostało już napisane w komentarzach. :(

Pozostaje jedynie powtórzyć, że to świetnie napisane, niepokojące opowiadanie, z rewelacyjną kreacją Noor.

Dobrze się czytało. Oby więcej takich :)

To nie Wiktoria, Fun raczej też nie, bo tekst kobiecą ręką pisany. 

 

Rewelacyjny tytuł. Przyciąga wzrok, budzi ciekawość, obiecuje intrygującą opowieść. Czy po takim wstępnie mogłoby być źle? Mogłoby, ale nie jest.

Jest za to przekonująco oddany nastrój Palestyńskiego miasta pod okupacją, z całym bagażem wojny, trudu i nienawiści, na którą nikt nawet już nie zwraca uwagi. A pośród tego wszystkiego subtelnie utkana powieść o pięknie i nostalgii za lepszym światem. Fantastyka jest tutaj taka bardzo “low” na skraju rzeczywistości, bo wszakże babcia wcale nie musi być realna, ale może. Zakończenie równie subtelne. Sugeruję, że babcia znowu wybrała młodość, znowu dała sobie kolejną szansę. Ale czy na pewno?

A to wszystko zaledwie w 14k.

Zdejmuje czapkę z głowy i wrzucam ją na stertę piórkowych nominacji.

Moja ocena: 5.3/6

Sposób pisania bardzo nie Wiktorii, ale to może być Wiktoria (jest ku temu pewna przesłanka i nie chodzi o “nienaganność”, bo w tekście są pewne drobne potknięcia). Tytuł coboldowy, ale tekst już nie (zresztą Cobold jest wśród komentujących). Zaryzykowałbym, że to Syf eksperymentuje ze złagodzoną wersją swojego pisania, ale jednak nawet jak na złagodzenie za mało brudu, w dodatku dwukrotne użycie słowa “buzia” w tekście o strefie wojny wskazuje jednak na autorkę, a nie autora :P

 

Opowiadanie mocne, końcówka choć wydaje się łagodna, to tez mocna. Czy dobrze doszukuję się tutaj nawiązań do ifrytów? Mimo wspomnianego zimna dłoni.

Jakaś taka upiorność w tle tego wszystkiego.

 

Nie mam tak, jak Cobold, który z miejsca się zachwycił, dostrzegając w tekście, już w pierwszym rzucie oka więcej niż tekst zawiera (pisałem o tym powyżej). To przecież w sumie prosta fabuła, bardziej oparta na klimacie, nieuchwytnej magii, fantastyce niedopowiedzianej, posiłkująca się stylem i sztafażem znanym z publikacji niekoniecznie beletrystycznych.

Czy to postać mitycznej (zakładam, że to autorska kreacja), niezwykłej Noor jest "celem" napisania tego opowiadania, czy w sumie (mówiąc wielkim skrótem myślowym) pacyfistyczne przesłanie pokazujące bezsens i okrucieństwo wojny, jej dwuznaczności, w której nic nie jest tylko czarne i białe, a racje nie są oczywiste? Nie jestem pewien.

Klikałem bibliotecznie i piórkowo nominowałem, bo podobnie jak Cobold (co nawet zaskakujące, wszak nam się to czucie rozjeżdża coraz bardziej), wyczuwam tutaj rasowe pisanie.

Jest taki poziom swobody w posługiwaniu się piórem, chwytami literackim, trickami warsztatowymi czy wreszcie konwencją, stylizacją itd., który zawsze będę doceniał i szanował. Ten tekst napisany jest właśnie na takim poziomie.

Te quasi reporterska, dokumentalna maniera, znana jest nam doskonale z wielu publikacji, relacji, reportaży, korespondencji wojennych i w sumie jest nawet pewna moda na taką "konwencję" w pisaniu o wojnie, biedzie czy dramatach ludzkich. Wydawałoby się, że to proste i wystarczy odpowiednio nasycić pozorną beznamiętnością (to słowo chyba najlepiej, chociaż nie dokładnie, oddaje to, co chcę wyrazić) i swoistą suchością języka narrację prowadzoną w czasie teraźniejszym, ale to tylko pozory. Potrzeba do tego niezłego wyczucia materii fabularnej i literackiej oraz sporej umiejętności ujmowania opisów świata przedstawionego czy charakteryzowania postaci w kilku trafnych zdaniach, celnym porównaniu, wybranych detalach oddających treść, ducha, klimat całego obrazu.

Właśnie. Klimat. To na tym tekst stoi. Bo ta reporterska beznamiętność sugeruje obiektywizm dziennikarski, sprawozdawczość relacji, która nie ocenia, nie interpretuje tylko przekazuje, informuje. Ale przecież od czasów m.in. Kapuścińskiego wiemy, że to pic na wodę. Że tych ocen, osądów, subiektywnego spojrzenia oraz uczuć, wrażeń, emocji jest mnóstwo za fasadą pozornego dystansu do opisywanych wydarzeń. Tutaj jedno soczyste porównanie, jeden brutalny opis, zderzenie obrazów, mocne słowo czy okrutna realność wystarczą by czytelnik poczuł mięso literackie, dotknął świata przedstawionego, wczuł się w dramat i zrozumiał tragedię.

Są w tekście ładne zadania, są trafne obserwacje, celne diagnozy przemycane mimochodem, świetne dialogi, zwarte ale obrazowe opisy, jest też pewien taki luz pisarski, Autora świadomego (ale jest też kilka małych potknięć, z których widać, że Autor to jeszcze niepełny profesjonalista i mierzy się z tym stylem, próbuje go, wpasowuje w niego, używa go świadomie, ale nie naturalnie dla siebie).

Jest też wreszcie dobry, mało efekciarski, stonowany i trafiony finał, który osadza tę niemal realistyczną historię nieco mocniej w fantastyce.

Intrygujący tytuł, świetny klimat, dobre dialogi i dużo treści zawartej w dość krótkim tekście. Nawet nie próbuję podjąć się tak drobiazgowej analizy, jak mój poprzednik, ale to zdecydowanie najbardziej wciągający tekst, jaki tu przeczytałem w zeszłym miesiącu. Jeśli wymyślę, do czego można by się przypierdzielić, chętnie tu wrócę i to zrobię. A nim to nastąpi, zamilknę.

 

Zasady przyznawania wyróżnień dla najlepszych opowiadań w danym miesiącu:

  1. Loża nie będzie brała pod uwagę nominacji dla tekstów opublikowanych przez Autorów Anonimowych, jeżeli nie ujawnią się oni do końca piątego dnia następnego miesiąca.

Jest mi bardzo przykro, jako nominującemu.

Mi też. Pół TAKa poszło w piach.

Mam wrażenie, że Anonim poczuł się doceniony i że bardziej zależy mu na zachowaniu anonimowości niż na piórku.

Cóż, szkoda.

Anonim chciałby bardzo serdecznie podziękować za obszerne, wnikliwe komentarze; zrobiło mu się niezmiernie miło i bardzo się cieszy, że opowiadanie spotkało się z tak pozytywnym odbiorem. Anonima ucieszyły także nominacje – za każdą dziękuje i żałuje, że swoją decyzją o nieodanonimowieniu się sprawił przykrość nominującym. Nie takie były zamiary Anonima; chciał po prostu pozostać ukryty.

Jeszcze raz wyrazy wdzięczności i głębokie ukłony dla każdego komentującego. 

A czy Anonim przewiduje ujawnienie się w przyszłości? Pewnie nie tylko mnie zżera ciekawość, kto napisał taki dobry tekst :)

Dołączam do grona ukontentowanych z lektury. Niesamowita atmosfera bije z tego krótkiego tekstu. Ciekawa psychologia postaci, ciekawe odwrócenie ról ofiary i kata, wszak holocaust wydarzył się niewiele dawniej, niż intifady. Doceniam walor edukacyjny tego opowiadania, bo bez cienia irytacji guglałem nieznane mi określenia, surowo i bez wyjaśnień wplecone w narrację, i dzięki temu poszerzyłem mój słownik. ;)

Egzotyczna sceneria, dramatyczny czas i ta szczypta ulotnej magii bijącej od rewelacyjnej postaci Noor – wszystko to tworzy bardzo łakome danie, które z przyjemnością można pochłonąć na raz. Gratuluję bardzo dobrego tekstu!

Baaardzo klimatyczny tekst, fantastyka subtelnie wpleciona w reportersko przedstawioną rzeczywistość, świetne dialogi, naprawdę wiarygodnie przedstawiona sceneria. Do tego fabuła, która choć dość prosta, to wciąga czytelnika od pierwszego zdania po ostatnie. Historia to zarys naprawdę trudnych emocji, które jednak przebłyskują w tekście naturalnie – naprawdę ma się wrażenie, jakby był to opis czegoś, co się zdarzyło. Bardzo się podobało!

Ładne :)

Tyle dobrego w takiej objętości. Szacun. Nie będę się rozpisywał, bo co miało mi tu siąść, to siadło. Najlepsze było, jak pękała skorupa orzecha. Jakże mi wtedy pracowała wyobraźnia, aż ciary miałem. Cieszę się, że w końcu tu dotarłem.

Interesujące opowiadanie. Umiarkowanie egzotyczne, nastrojowe.

Fantastyka delikatna, ale jednak jest. Cóż, gdyby wtedy doszło do głosowania, byłabym na TAK.

IMO, babcia znalazła sobie mężczyznę wystarczająco podobnego do męża. I tej wersji zamierzam się trzymać.

W ramach zgadywania, kto kryje się pod maską: obstawiam Hrabiego. Tak po melodyce tytułu.

Nowa Fantastyka