- Opowiadanie: ninedin - U nas będzie zgoda

U nas będzie zgoda

Kon­kur­so­we opo­wia­dan­ko z bo­ha­te­ra­mi moich wcze­śniej­szych tek­stów. Miało być miło i cie­pło, więc jest cie­pło, a nawet świą­tecz­nie. Tekst nie był be­to­wa­ny, ergo z góry prze­pra­szam za wszyst­kie błędy, li­te­rów­ki, prze­cin­ki w nie­wła­ści­wych miej­scach i źle za­pi­sa­ne dia­lo­gi.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

U nas będzie zgoda

– Kiniu, ja się za­strze­lę – po­wtó­rzył Ko­łysz­ko – Wiem, zaraz świę­ta, masz urlop… ja to wszyst­ko wiem, ale…

– Nie macie ni­ko­go na miej­scu? – za­py­ta­ła Kinga Du­chac­ka bez wiel­kiej na­dziei. Wik­to­ra Ko­łysz­kę, ska­wiń­skie­go po­wia­to­we­go ku­ra­to­ra do spraw On­to­lo­gicz­nych Mniej­szo­ści, znała od lat i przy całej jego skłon­no­ści do prze­sa­dy była pewna, że nie za­wra­cał­by jej głowy bez po­wo­du.

– Nie­ste­ty – po­wie­dział Wik­tor – sama wiesz, jak to dzia­ła: póki nie uświa­do­misz za­fik­so­wa­ne­mu po­lter­ge­isto­wi jego na­tu­ry, nie opa­nu­jesz go. Nie dam rady bez ne­go­cja­to­ra.

Kinga wes­tchnę­ła cięż­ko. Me­dia­to­rów z upraw­nie­nia­mi nie było zbyt wielu, a na do­da­tek dwu­dzie­ste­go trze­cie­go grud­nia lu­dzie mie­wa­ją inne prio­ry­te­ty niż pro­wa­dze­nie ne­go­cja­cji mię­dzy dwoma skłó­co­ny­mi upio­ra­mi, za­gro­żo­ny­mi eks­mi­sją. I po­my­śleć, że swego czasu zro­bie­nie kursu ne­go­cja­to­ra wy­da­wa­ło się takim do­brym po­my­słem.

– Przy­sy­łasz po mnie sa­mo­chód. Pod dom – po­wie­dzia­ła. – Nie będę się tłu­kła MPK w przed­dzień wi­gi­lii.

 

Na­stęp­ne­go dnia o ósmej rano kie­row­ca wy­sa­dził ją koło nowo po­wsta­łe­go bu­dyn­ku w pod­ska­wiń­skim Mi­ło­ci­nie. W po­nu­rym zi­mo­wym świe­tle blok, oto­czo­ny roz­ko­pa­ną, roz­mo­kłą zie­mią, wy­glą­dał wy­jąt­ko­wo przy­gnę­bia­ją­co.

Ko­łysz­ko, ukry­ty pod ol­brzy­mim pa­ra­so­lem, już był na miej­scu. To­wa­rzy­szy­ły mu dwie młode ko­bie­ty, za­afe­ro­wa­ne i tro­chę wy­stra­szo­ne.

– Nasze po­szko­do­wa­ne, panie Berg­man i Nowak, wła­ści­ciel­ki miesz­ka­nia – przed­sta­wił je ku­ra­tor. – Kinga Du­chac­ka, me­dia­tor­ka z urzę­du wo­je­wódz­kie­go. Pani me­dia­tor, prze­sła­łem pani do­ssier…

Kinga mach­nę­ła ręką. Do­ssier do­sta­ła o dwu­dzie­stej dru­giej po­przed­nie­go dnia i le­d­wie zdą­ży­ła rzu­cić na nie okiem.

– Może niech naj­pierw panie po­wie­dzą, co się dzie­je – za­pro­po­no­wa­ła – a na wizję lo­kal­ną pój­dzie­my już przy­go­to­wa­ni?

Hi­sto­ria była ty­po­wa. Dziew­czy­ny ku­pi­ły miesz­ka­nie, za­czę­ły się urzą­dzać i jakoś w ty­go­dniu przed­świą­tecz­nym oka­za­ło się, że mają współ­lo­ka­to­rów.

– Naj­pierw za­dy­mi­ły­śmy są­sia­da z klat­ki, nie wia­do­mo czym – po­wie­dzia­ła Do­ro­ta Nowa. – Na szczę­ście aku­rat ten star­szy pan spod je­dyn­ki jest bar­dzo miły, nie robił afery. Ale póź­niej…

– Ha­ła­sy w nocy, rzu­ca­nie me­bla­mi – wy­li­czy­ła druga z wła­ści­cie­lek, Astrid Berg­man. – La­ta­ją­ca por­ce­la­na. Od­gło­sy strza­łów…

– A potem za­czę­ły się… jak pan to na­zwał? – Do­ro­ta spoj­rza­ła na Ko­łysz­kę. – Ma­ni­fe­sta­cje?

 

Kinga zo­ba­czy­ła wspo­mnia­ne ma­ni­fe­sta­cje, kiedy we­szła do na­wie­dzo­ne­go miesz­ka­nia. Gdy tylko prze­kro­czy­li próg, Ko­łysz­ko na­ry­so­wał kredą pro­sto­kąt wokół całej czwór­ki, a Kinga sta­ran­nie wy­sy­pa­ła za­zna­czo­ne przez ko­le­gę linie solą. W świe­tle tego, co wi­dzie­li przed sobą, le­piej było nie na­ra­żać się na bez­po­śred­nie spo­tka­nie z nie­chcia­ny­mi lo­ka­to­ra­mi.

Prze­strzen­ne lokum, cią­gle jesz­cze nie w pełni urzą­dzo­ne, wy­glą­da­ło jak po­bo­jo­wi­sko. Roz­bi­te meble. Stosy po­tłu­czo­nej por­ce­la­ny i cią­gną­ca się przez całą dłu­gość kuch­ni i sa­lo­nu wid­mo­wa, ek­to­pla­zma­tycz­na kon­struk­cja, jak ba­ry­ka­da dzie­lą­ca miesz­ka­nie na dwie czę­ści.

– Jeden re­zy­du­je w na­szej sy­pial­ni – po­wie­dzia­ła Nowak, wska­zu­jąc na drzwi po lewej stro­nie ba­ry­ka­dy. – Drugi za­in­sta­lo­wał się w ła­zien­ce. Za­ję­li po po­ło­wie miesz­ka­nia i każdy ze swo­jej robi wy­pa­dy na te­ry­to­rium wroga.

– Jak ro­zu­miem, oni także się fi­zycz­nie ma­ni­fe­stu­ją? – spy­tał Ko­łysz­ko.

– Ow­szem – Berg­man po­ki­wa­ła głową – ale rzad­ko. Raz wi­dzia­łam jed­ne­go. Dłu­gie wąsy. Dziw­na fry­zu­ra. Chcia­łam na niego wrza­snąć, ale znik­nął…

Nowak chcia­ła coś po­wie­dzieć, ale prze­rwał jej głu­chy, zgrzy­tli­wy jęk, do­bie­ga­ją­cy z ła­zien­ki.

– Ja­aaaaak­mu­uuuuu!!!

– A, wła­śnie – wes­tchnę­ła Berg­man. – Oni jesz­cze krzy­czą.

 – Czę­sto? – spy­ta­ła Kinga.

– Oj, tak – Nowak po­krę­ci­ła głową. – Tego nie da się zro­zu­mieć, ale Astrid uważa, że to wy­zwi­ska.

 

Kiedy Berg­man i Nowak wró­ci­ły do ho­te­lu, w któ­rym się tym­cza­so­wo za­kwa­te­ro­wa­ły, Kinga z Wik­to­rem roz­sie­dli się, bez­sku­tecz­nie cze­ka­jąc po­ja­wie­nie się po­lter­ge­istów. Co nie zna­czy, że nie za­uwa­ża­li śla­dów ich obec­no­ści.

Przed­mio­ty fru­wa­ły, trza­ska­ły drzwicz­ki od sza­fek. W po­dzie­lo­nym murem sa­lo­nie zma­te­ria­li­zo­wa­ła się na mo­ment grupa nie­mych widm w płó­cien­nych ga­ciach i ko­szu­lach. Pod su­fi­tem ma­je­sta­tycz­nie prze­pły­nął dmu­cha­ny kro­ko­dyl. To­wa­rzy­szył temu nie­ustan­ny potok znie­kształ­co­nych dźwię­ków, brzmią­cych, jakby frag­men­ty taśmy po­cię­to i na chy­bił tra­fił po­kle­jo­no, a na­stęp­nie za­pę­tlo­no:

– Uuuuurrrrrr­r­tessss­skro…

– Olll­la­nie­eeba­aaaaaaazzz…

– Iu­uuuu…

– Nją­ą­ąą…

Żaden z po­lter­ge­istów nie ra­czył jed­nak się po­ja­wić. Kinga wes­tchnę­ła. Oba­wia­ła się tego: świe­że na­wie­dze­nie, w nowym bu­dyn­ku, w porze roku naj­bar­dziej sprzy­ja­ją­cej upio­rom… Cóż, trze­ba cze­kać. Umie­jęt­no­ści me­dia­tor­ki i ne­go­cja­tor­ki nie przy­da­dzą się jej na nic, póki nie bę­dzie z kim ne­go­cjo­wać.

– Her­bat­ki? – spy­tał Ko­łysz­ko. Wła­śnie skoń­czył żmud­ne ry­so­wa­nie i wy­sy­py­wa­nie solą przej­ścia do kuch­ni. Kinga zer­k­nę­ła na stan gra­nic wy­zna­czo­nych wokół swo­je­go fo­te­la. Pro­ble­mem z tą tym­cza­so­wą ba­rie­rą prze­ciw du­chom była jej szyb­ka de­ge­ne­ra­cja i ko­niecz­ność cią­głe­go po­pra­wia­nia. W ten spo­sób nie dało się utrzy­mać w ry­zach po­lter­ge­ista, z któ­rym dzie­li­ło się dom, można było jed­nak zy­skać szan­sę na po­roz­ma­wia­nie z nim, bez ry­zy­ka obe­rwa­nia w łeb prze­la­tu­ją­cą do­nicz­ką albo reszt­ka­mi pudła po ar­ma­tu­rze.

Chwi­lę póź­niej, z kub­kiem go­rą­cej her­ba­ty w ręku, Kinga za­pro­po­no­wa­ła:

– Przej­rzyj­my jesz­cze raz głów­ne fakty, co? Wła­ści­ciel­ki ku­pi­ły miesz­ka­nie jakoś na po­cząt­ku grud­nia, zga­dza się? Blok jest nowy…

– I nie, nie stoi na sta­rym cmen­ta­rzu, in­diań­skim czy innym – po­ki­wał głową Ko­łysz­ko.

– A w sumie – spy­ta­ła Kinga – co tu było? Teren jest roz­ry­ty, wy­glą­da, jakby coś wy­bu­rzo­no.

– Ow­szem – Ko­łysz­ko zaj­rzał do do­ku­men­tów. – Chwil­ka… Już mam. Dom kul­tu­ry i przy­chod­nia. Stare ru­de­ry, nie do ura­to­wa­nia. Mia­sto sprze­da­ło dział­kę, bu­do­wa dwóch blo­ków ru­szy­ła wio­sną. Miesz­ka­nia numer jeden oraz dwa, czyli to, w któ­rym je­ste­śmy, zna­la­zły wła­ści­cie­li na po­cząt­ku grud­nia. Je­dyn­kę kupił jakiś eme­ryt, dwój­kę nasze młode mał­żeń­stwo.

– Hmmm. Dom kul­tu­ry. Nie brzmi jak ty­po­we sie­dli­sko po­lter­ge­ista. Może ra­czej ta przy­chod­nia? – Kinga już miała spy­tać, czy Ko­łysz­ko wie coś wię­cej o hi­sto­rii bu­dyn­ków, kiedy ni z tego, ni z owego na środ­ku kuch­ni zma­te­ria­li­zo­wał się duch. Wą­sa­ty. Z pod­go­lo­nym łbem. W ko­lo­ro­wym szla­fro­ku, prze­wią­za­nym sze­ro­kim ha­fto­wa­nym pasem.

Ko­łysz­ko na­tych­miast włą­czył za­rów­no pro­gram do fil­mo­wa­nia w te­le­fo­nie, jak i spe­cja­li­stycz­ną ka­mer­kę typu Gho­st­bu­ster, którą za­bra­li ze sobą na akcję. Kinga na­to­miast na­bra­ła po­wie­trza, od­li­czy­ła w my­ślach do trzech i za­czę­ła z in­to­na­cją, którą wy­ćwi­czy­ła na kur­sie:

– Na­zy­wam się Du­chac­ka. Je­stem tu, żeby pomóc. Kim je­steś? Skąd się tu wzią­łeś?

– Prę­dzej w morzu wy­schnie woda, niż tu u nas bę­dzie zgoda! – ryk­nął upiór, po­rwał za zma­te­ria­li­zo­wa­ną nagle sza­blę i po­gnał w kie­run­ku dwój­ki ku­ra­to­rów.

Kinga in­stynk­tow­nie rzu­ci­ła się na pod­ło­gę. Ko­łysz­ko, le­piej obyty z oby­cza­ja­mi po­lter­ge­istów, się­gnął po sól.

Nie zdą­żył. Kiedy jed­nak upiór z unie­sio­ną sza­blą prze­mknął ponad nimi i po­pę­dził dalej, Kinga zo­rien­to­wa­ła się, że po pierw­sze, atak nie był wy­mie­rzo­ny w żadne z nich, a po dru­gie, że z dru­giej stro­ny ba­ry­ka­dy sły­szy wy­po­wia­da­ne ła­god­nym tonem słowa:

– Nic się nie bój, nie­chaj bije!

– Nie boję się – po­wie­dzia­ła szyb­ko Kinga. – Je­stem tu, żeby pomóc. Kim ty je­steś? Skąd się wzią­łeś?

– Wol­noż mi się w odwet spy­tać, kogom zy­skał honor witać? – spy­tał drugi upiór, ma­te­ria­li­zu­jąc się w po­wie­trzu nad wid­mo­wym murem. Wy­glą­dał na mi­łe­go star­sze­go pana z ły­sin­ką, w sta­ro­świec­kim ciem­nym stro­ju.

– Kinga Du­chac­ka – po­wie­dzia­ła. – Me­dia­tor­ka. Je­stem tu, żeby pomóc wam wy­pra­co­wać wa­run­ki po­ro­zu­mie­nia, naj­pierw mię­dzy sobą, potem z ludz­ki­mi lo­ka­tor­ka­mi miej­sca, które na­wie­dza­cie…

Upiór pa­trzył na nią z nie­ukry­wa­nym zdzi­wie­niem i już miał coś po­wie­dzieć, kiedy za­trzę­sła się pod­ło­ga. Z hu­kiem pękł że­glu­ją­cy pod su­fi­tem wid­mo­wy kro­ko­dyl i ka­wał­ki pro­to­pla­zmo-pla­sti­ku za­wi­ro­wa­ły w po­wie­trzu jak zie­lo­ne płat­ki śnie­gu. Obie zjawy znik­nę­ły, a miesz­ka­nie znów wy­peł­ni­ło się prze­cią­głym, ję­kli­wym za­wo­dze­niem:

– Uuuuurrrrrr­r­tessss­skro…

– Olll­la­nie­eeba­aaaaaaazzz…

– Iu­uuuu…

– Nją­ą­ąą…

– Kiniu? – spy­tał Ko­łysz­ko nie­pew­nie. – Czy mi się zda­wa­ło, czy ten duch mówił wier­szem?

 

– Za co? – jęk­nął Ko­łysz­ko. – Za co mnie to spo­ty­ka? Dla­cze­go to po pro­stu nie mogły być dwa skłó­co­ne duchy, tylko jakiś cho­ler­ny Re­jent i prze­klę­ty Cze­śnik?

Krót­kie po­szu­ki­wa­nia w in­ter­ne­cie po­wie­dzia­ły im, że upiór – oba upio­ry! – rze­czy­wi­ście mó­wi­ły wier­szem. Kon­kret­nie, wier­szem Alek­san­dra Fre­dry. Kinga po­dej­rze­wa­ła, że gdyby na­gra­li to prze­klę­te za­wo­dze­nie i pu­ści­li na przy­spie­sze­niu, też do­sta­li­by frag­men­ty dia­lo­gów z Ze­msty.

– Nie pa­ni­kuj, Wiciu – po­wie­dzia­ła Kinga zde­cy­do­wa­nie. – Cią­gle od­kry­wa się nowe typy OM. To, że do tej pory nie ze­tknę­li­śmy się z wid­mo­wy­mi ma­ni­fe­sta­cja­mi po­sta­ci li­te­rac­kich…

– Ale dla­cze­go to my mu­sie­li­śmy się ze­tknąć z nimi pierw­si? W przed­dzień wi­gi­lii? – Ko­łysz­ko nie wy­da­wał się po­cie­szo­ny. – Wiesz, ile to bę­dzie biu­ro­kra­cji? Zgła­sza­nia do urzę­dów? Wy­peł­nia­nia ta­be­lek? Ja nie mam czasu, ja mam na gło­wie świą­tecz­ną wi­zy­tę ma­mu­si! Jesz­cze nawet uszek nie zro­bi­łem!

– Wróć­my do spra­wy, co? Ty je­steś spe­cja­li­stą od zjaw i upio­rów – Kinga uzna­ła, że trze­ba od­wró­cić uwagę ko­le­gi od ro­dzi­ciel­ki i Bo­że­go Na­ro­dze­nia. – Czy znane ci są w ogóle ja­kieś isto­ty, bę­dą­ce wcie­le­nia­mi po­sta­ci li­te­rac­kich? Nie mi­tycz­nych czy le­gen­dar­nych? W pełni fik­cyj­nych?

Ko­łysz­ko zmarsz­czył brwi.

– Nic ta­kie­go nie ko­ja­rzę – mruk­nął, po czym dodał peł­nym de­spe­ra­cji tonem:

– Jasne, nie tylko nowy ga­tu­nek, w ogóle nowy ro­dzaj OM! Pół świa­ta tu zje­dzie to stu­dio­wać, a ja nie wyjdę z pa­pie­rów do końca życia. Ale nam się tra­fi­ło!

– Jeśli oni w ogóle są OM, a nie czymś jesz­cze innym – po­wie­dzia­ła ostroż­nie Kinga, nie chcąc ze­stre­so­wać ko­le­gi jesz­cze bar­dziej. Ku jej zdu­mie­niu, twarz Ko­łysz­ki roz­ja­śni­ła się sze­ro­kim uśmie­chem.

– Masz rację! – za­wo­łał i przez chwi­lę wy­glą­dał, jakby chciał Kingę ser­decz­nie wy­ści­skać. – Tylko eks­lu­dzie są OM! To nie są eks­lu­dzie, to są ja­kieś… typy, które wy­my­ślił Fre­dro! A to zna­czy, że mo­że­my po pro­stu we­zwać eg­zor­cy­stę, nie przej­mo­wać się pra­wa­mi Mniej­szo­ści i po­pę­dzić w dia­bły całe to li­te­rac­kie ta­ła­taj­stwo.

 

Kiedy Ko­łysz­ko dzwo­nił naj­pierw do wła­ści­cie­lek, a potem po eg­zor­cy­stę, Kingi nie prze­sta­wał drę­czyć jakiś nie­okre­ślo­ny nie­po­kój. Ina­czej niż Ko­łysz­ko, była ra­czej po­deks­cy­to­wa­na od­kry­ciem, choć…

– W sumie Ko­łysz­ko ma rację, czemu my? – mruk­nę­ła do sie­bie. – Taki prze­łom! Nowy typ OM! Ba. nowa per­spek­ty­wa na kwe­stie re­al­no­ści bytów po­za­ludz­kich. W Mi­ło­ci­nie, po­wiat ska­wiń­ski. Coś mi się w to nie chce wie­rzyć.

Za­wo­dze­nie, przez które le­d­wie prze­bi­jał się głos Wik­to­ra, nagle przy­ci­chło. Kinga usły­sza­ła, jak ko­le­ga mówi:

– Do go­dzi­ny? I to mimo Chanuki? Dzię­ku­ję! Żaden ksiądz ani pa­stor-eg­zor­cy­sta nie ma czasu, bo świę­ta… Ra­tu­je mi rabbi życie! Po­da­ję adres…

Wtedy wła­śnie jej wzrok padł na ba­ry­ka­dę, nad którą le­wi­to­wał – do­sko­na­le wi­docz­ny, czyli teo­re­tycz­nie zdol­ny do ja­kie­go-ta­kie­go kon­tak­tu – po­lter­ge­ist w ko­lo­ro­wym szla­frocz­ku. Ab­so­lut­nie nie­świa­do­my, że Ko­łysz­ko wła­śnie umó­wił wi­zy­tę eks­ter­mi­na­to­ra upio­rów.

– Kim je­steś? Jak się na­zy­wasz? – spy­ta­ła de­spe­rac­ko Kinga.

Przez chwi­lę nic się nie dzia­ło. Kinga i duch pa­trzy­li na sie­bie w na­pię­ciu.

– Em. Ha. Em. Ha – od­po­wie­dział w końcu po­wo­li upiór. – Ma­ciej…

– Hen­ryk – roz­le­gło się z dru­gie­go kąta po­miesz­cze­nia.

Kinga po­czu­ła, że robi się jej go­rą­co.

– Wik­tor! – krzyk­nę­ła. – Chodź tu szyb­ko, chyba mamy kon­takt…

W tym mo­men­cie trza­snę­ły drzwi. Upiór roz­pły­nął się w po­wie­trzu. Do miesz­ka­nia ostroż­nie zaj­rza­ła Do­ro­ta Nowak:

– Pani me­dia­tor? – spy­ta­ła. – Dzwo­nił pan Ko­łysz­ko, po­dob­no zna­leź­li­ście roz­wią­za­nie…

– Tak! Li­cen­cjo­no­wa­ny eg­zor­cy­sta, rabbi Ber­ko­wicz, już je­dzie. Te zjawy to nie OM, nasze prze­pi­sy się nimi nie zaj­mu­ją i można je po pro­stu… no, eks­ter­mi­no­wać. Jak szkod­ni­ki – wy­ja­śnił Ko­łysz­ko. – Pod­pi­sze­cie panie umowę z ra­bi­nem, pół nocy ro­bo­ty i mo­że­cie ob­cho­dzić świę­ta we wła­snym domu. Po­lter­ge­ist-free – za­śmiał się gło­śno.

Kinga wzię­ła głę­bo­ki od­dech.

– Nie je­stem pewna, czy masz rację, Wiciu – po­wie­dzia­ła.

 

Rabbi Ber­ko­wicz od go­dzi­ny sie­dział na oto­czo­nym solną za­po­rą fo­te­lu i pił her­ba­tę, pod­czas gdy Kinga, Ko­łysz­ko i obie wła­ści­ciel­ki pro­wa­dzi­li ostrą dys­ku­sję na ko­ry­ta­rzu.

– Kiniu, mylisz się – po­wtó­rzył po raz ko­lej­ny Wik­tor. – To nie mogą być lu­dzie. Spora część po­lter­ge­istów to nie OM, ci tutaj za­cho­wu­ją się nie­na­tu­ral­nie, na do­da­tek sama mó­wi­łaś, że nie znamy jesz­cze wszyst­kich ro­dza­jów…

– Po­sta­cie li­te­rac­kie nie ma­ni­fe­stu­ją się w re­al­nym świe­cie! – za­pro­te­sto­wa­ła Kinga, po czym, wi­dząc minę Ko­łysz­ki, do­da­ła:

– No dobra, mie­li­śmy w Kra­ko­wie na­jazd upio­rów znad Świ­te­zi, ale to nie to samo! Tam były po­sta­cie z le­gend, za­ha­czo­ne w re­al­nej hi­sto­rii. Tu są li­te­rac­kie typy!

– No i co? Są. Szkodzą. Panie na pewno chcą się ich po­zbyć jak naj­szyb­ciej. Nada­rza się oka­zja, bo mamy wszel­kie do­wo­dy, że te zjawy to nie OM…

– Jakie do­wo­dy? – spy­ta­ła Do­ro­ta Nowak. – Wie pan, nie chcia­ły­by­śmy mieć na su­mie­niu ja­kichś nie­szczę­snych du­chów.

– Stro­je! Wy­gląd! Tek­sty, które wy­gła­sza­ją! – Ko­łysz­ko był naj­wy­raź­niej coraz bar­dziej ner­wo­wy. – Prze­cież oni wy­glą­da­ją jak z ama­tor­skie­go przed­sta­wie­nia Ze­msty!

Ama­tor­skie­go, po­my­śla­ła Kinga, wła­śnie. Szla­frok uda­ją­cy kon­tusz i wą­si­ska tak su­mia­ste, że aż sztucz­ne. No i Em Ha, Em Ha…

– Jedno się nie zga­dza – po­wie­dzia­ła. – Imio­na.

Zanim kto­kol­wiek zdą­żył się ode­zwać, do­da­ła szyb­ko:

– Na­wią­za­łam wstęp­ny kon­takt. Wtedy, kiedy pani Nowak wcho­dzi­ła do domu. Upio­ry przed­sta­wi­ły się jako Em Ha, Ma­ciej i Hen­ryk.

– No ale ten tekst o Em Ha jest pro­sto z Ze­msty! – nie wy­trzy­mał Ko­łysz­ko.

– Tak, i Ma­ciej się zga­dza, Cze­śnik tak się na­zy­wa – po­twier­dzi­ła Kinga. – Ale H w sztu­ce ozna­cza Hannę. Tu ewi­dent­nie było od­po­wie­dzią na py­ta­nie o imio­na. H jak Hen­ryk. Imię dru­gie­go ducha. Lu­dzie, nie po­sta­cie: Ma­ciej w szla­fro­ku za­miast kon­tu­sza i ły­sie­ją­cy Hen­ryk w sur­du­cie.

– Ma­ciek Gaweł? I Henio Paw­lic­ki, świeć Panie nad jego duszą? – po­wie­dział nagle głos zza ich ple­ców.

Kinga i Wik­tor od­wró­ci­li się jak na ko­men­dę. W otwar­tych drzwiach miesz­ka­nia numer jeden stał sta­ru­szek w kra­cia­stej ko­szu­li.

– Że co, pro­szę? – spy­tał nie­pew­nie Ko­łysz­ko. – I kim pan w ogóle jest?

– To nasz są­siad – po­wie­dzia­ła Do­ro­ta Nowak.

– Ju­liusz Za­lew­ski – prze­sta­wił się star­szy pan. – Ja, pro­szę pań­stwa, pół życia tu spę­dzi­łem. Dobre to były czasy…

Kiedy Kinga i Wik­tor spoj­rze­li na niego nie­ro­zu­mie­ją­cym wzro­kiem, wy­ja­śnił:

– Dla­te­go to miesz­ka­nie ku­pi­łem! Tu był kie­dyś dom kul­tu­ry. Pra­co­wa­łem w nim lata. Naj­pierw pro­wa­dzi­łem kółko dla mło­dzie­ży, potem mnie awan­so­wa­li i za­czą­łem zaj­mo­wać się naszą chlu­bą: ama­tor­skim te­atrzy­kiem. Ech, roz­krę­ci­li­śmy teatr pełną gębą…

Wik­tor Ko­łysz­ko ukrył twarz w dło­niach.

– Gra­li­ście Ze­mstę – jęk­nął.

– Och, wiele razy! To był nasz prze­bój, dzię­ki ak­to­rom. Ama­to­rzy, ale z ta­len­tem. Henio, na­uczy­ciel fi­zy­ki, był ge­nial­nym Re­jen­tem, a z Maćka był Cze­śnik pierw­sza klasa! A byli nie­roz­łącz­ni. Naj­lep­si kum­ple od pierw­sze­go dnia w te­atrze aż do śmier­ci Ma­cie­ja, parę lat temu. Henio się wtedy po­sy­pał, ostat­nie lata spę­dził w domu opie­ki. Ot, umarł bie­dak le­d­wie co, w środę byłem na po­grze­bie, a dziś sły­szę, że ich pani wspo­mi­na. Do­brze, że jesz­cze ktoś pa­mię­ta, to złote chło­py były.

– Panie Ju­liu­szu? – prze­rwa­ła mu Kinga – czy może pan pójść z nami? Bar­dzo pro­szę?

Rabbi Ber­ko­wicz skoń­czył trze­cią her­bat­kę, kiedy Kinga i resz­ta wró­ci­li i oznaj­mi­li, że na razie żad­ne­go eks­ter­mi­no­wa­nia nie bę­dzie. Cała szóst­ka – eg­zor­cy­sta, Ko­łysz­ko, Kinga, obie wła­ści­ciel­ki i pan Ju­liusz – cze­ka­ła w na­pię­ciu na po­ja­wie­nie się zjaw.

W miesz­ka­niu pa­no­wa­ła cisza, nawet za­wo­dze­nie upio­rów umil­kło. Nagle, jak wy­strzał ar­mat­ni roz­legł się w ci­chym po­miesz­cze­niu dźwięk nad­cho­dzą­ce­go ese­me­sa.

– Ma­mu­sia! – jęk­nął Ko­łysz­ko, spoj­rzaw­szy na ekran. – Trzy… trzy­sta uszek? Przy­jeż­dża z nowym mężem i jego ro­dzi­ną? Ja osza…

Urwał, kiedy po obu stro­nach wid­mo­we­go muru po­ja­wi­ły się upio­ry. Ma­ciej w szla­fro­ku za­miast kon­tu­sza i ły­sie­ją­cy Hen­ryk w sur­du­cie.

– Ma­ciuś? Henio? – za­py­tał pan Ju­liusz drżą­cym gło­sem. – Tyle lat, a wy cią­gle pa­mię­ta­cie swoje role…

– Aż za do­brze – mruk­nął pod nosem Ko­łysz­ko.

– Julek? – spy­tał Ma­ciej-Cze­śnik po chwi­li. – He­niek?

– Ma­ciek? – za­py­tał Re­jent nie­pew­nie. – Co my tu ro­bi­my?

– Kłó­ci­cie się o mur – po­wie­dział przez za­ci­śnię­te zęby Ko­łysz­ko. – I zbyt po­waż­nie trak­tu­je­cie po­wie­dze­nie, że życie… no dobra, nie-ży­cie… to teatr.

– Eg­zor­cy­zmów nie bę­dzie? – spy­tał rabin.

Astrid i Do­ro­ta po­pa­trzy­ły na sie­bie na­wza­jem.

– Panie Ju­liu­szu? – spy­ta­ła Astrid. – Pa­no­wie? Skoro już do nas przy­szli­ście… Może zo­sta­nie­cie, przy­naj­mniej na świę­ta? Jutro wi­gi­lia, a wy je­ste­ście w końcu nie­spo­dzie­wa­ny­mi go­ść­mi w na­szych pro­gach.

 

 

Koniec

Komentarze

Po prostu świetne. Dwa akapity na rozruch, apotem poszłooo.

Bardzo lubię wydział do spraw Ontologicznych Mniejszości i jego pracowników oraz klimat, którym go otaczasz. Samo opowiadanie świetnie poprowadzone, wije się i kluczy aż do fajnego, a przecież niezbyt spektakularnego zakończenia. Chociaż z drugiej strony, to gdzie jest zakończenie? Bo jeśli potraktować odkrycie tożsamości zjaw jako zakończenie, to temu nie można odmówić rozmachu.

No i niestety w przedmowie zarzuciłaś przynętę i dałem się złapać. Ja, literacki czeladnik, neofita poprawnego zapisywania dialogów – zobaczyłem TO, znaczy źle zapisane dialogi. Ale za mną idą więksi, którym nie jestem godzien zawiązać rzemyka u sandałków… więc bez krępacji nominuję.

Całkiem sympatyczne. Lekkie i zwiewne jak zjawa. Nie wiem co tu komentować, przeczytałem z przyjemności.

Jak się udał wyjazd do Petersburga? Może w lutym się tam wybiorę, do cioci i kuzynów. W międzyczasie powiesiłem kolejny Przypadek.

Bardzo sympatyczne.

Tym razem rzuciłaś Aleksandra hrabię na tapet i robisz wiwisekcję staruszkowi? OK, zawsze lubiłam “Zemstę”. Genialna komedia.

Też mi się wydaje, że to zakończenie jakieś nijakie, jakby urwane.

Jedynkę kupił jakiś emeryt, dwójkę nasze młode małżeństwo.

Eee, te dwie kobitki są małżeństwem? Nie żebym miała coś przeciwko, ale akcja chyba się rozgrywa w Polsce?

Edytka: A koncepcję duchów aktorów wyglądających na coś całkiem innego, niż za życia, to już widziałam w jakiejś książce.

Babska logika rządzi!

Lubię tę Twoją serię o duchach :) A tym razem wyszło wyjątkowo fantastycznie ciepło. Przeczytałam z przyjemnością o kolejnych zmaganiach ze zjawami. Ode mnie kliczek i powodzenia w konkursie :)

Fajna opowieść, fajny klimat, fajny epilog, jeszcze tylko kolędy brakuje :) Świetnie się czyta klik i buziaczek ode mnie :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Kolejna odsłona historii z udziałem Kingi Duchackiej, już tradycyjnie okazała się przemiłą opowieścią. Widać, że Wydział ds. Ontologicznych Mniejszości nie próżnuje i ma pełne ręce roboty nawet w przeddzień Wigilii. Tuszę, że jego pracownicy nie będą narzekać na niedobór nowych zadań nie tylko po świętach, ale i w nadchodzących latach. ;)

Ufam, że usterki znikną, gdy tylko będzie możliwe.

 

– I nie, nie stoi na starym cmentarzu, indiańskim czy innym – pokiwał głową Kołyszko. ―> – I nie, nie stoi na starym cmentarzu, indiańskim czy innym.Pokiwał głową Kołyszko.

 

po­rwał za zma­te­ria­li­zo­wa­ną nagle sza­blę… ―> …po­rwał zma­te­ria­li­zo­wa­ną nagle sza­blę.

 

Ko­łysz­ko, le­piej obyty z oby­cza­ja­mi po­lter­ge­istów… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Może: Ko­łysz­ko, le­piej obyty ze zwy­cza­ja­mi po­lter­ge­istów… Lub: Ko­łysz­ko, le­piej znający obyczaje po­lter­ge­istów

 

że po pierw­sze, atak nie był wy­mie­rzo­ny w żadne z nich, a po dru­gie, że z dru­giej stro­ny ba­ry­ka­dy… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …a po wtóre, że z dru­giej stro­ny ba­ry­ka­dy

 

teo­re­tycz­nie zdol­ny do ja­kie­go-ta­kie­go kon­tak­tu… ―> …teo­re­tycz­nie zdol­ny do ja­kie­go ta­kie­go kon­tak­tu

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dużo poczucia humoru:) Przeczytałam z przyjemnością. Aż się tęskni za bliskimi zmarłymi i Świętami :)

Nigdy się nie poddawać

Reg, dziękuję bardzo, znikną po cichutku – mam nadzieję – dziś nocą :)

 

Wszyscy, którzy uważają, że zakończenie jest słabe/ mało imponujące: absolutnie nie wykluczam, że macie rację. Ja i limit znaków stoczyliśmy długą, zaciętą bitwę, w którym zapewne poległy kawałki sensu finału. Ideą było, jak się łatwo domyślić, nawiązanie do “Lecz gdy wstąpił w progi moje/ włos mu z głowy spaść nie może” z “Zemsty”, nie jestem pewna, czy wyszło :)

 

@kwestia małżeńska: to jest Polska, w której są upiory, poltergeisty i świtezianki, więc małżeństwo dwóch pań spokojnie chyba w tej alternatywnej rzeczywistości się mieści? Albo potraktujemy je jako dodany element fantastyczny :D

 

PS. Dziękuję wszystkim za kliki i miłe słowa :)

Reg, dziękuję bardzo, znikną po cichutku – mam nadzieję – dziś nocą :)

Bardzo proszę, Ninedin. ;)

Obawiam się, że dzisiejsza noc nie będzie dobra na znikanie. Chyba musisz poczekać do ogłoszenia wyników. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Świetnie się bawiłam, czytając o tym, z jakimi problemami muszą zmagać się Kinga i Wiktor. Fajny pomysł, dobrze poprowadzona fabuła, całość bardzo sympatyczna, tylko końcówka nieco bezbarwna. A może nie? Może właśnie powinna być taka… świąteczno – sielankowa? :D

Ba. nowa perspektywa

tu chyba jednak powinien być przecinek.

"Fajne, a nawet jakby nie było fajne to i tak poszedłbym nominować, bo Drakaina powiedziała, że fajne". - MaSkrol

Podobało mi się. Napisane lekkim piórem i z pilotem. Za słabo znam "Zemstę" , żeby w zakończeniu wyłapać nawiązanie do cytatu. Ja zakończyłabym opowiadanie mniej więcej w miejscu, w którym tożsamość duchów staje się jasna. Ale generalnie pomysł pierwszorzędny, czytałam z uśmiechem na ustach :)

@Reg: ano, prawda. Wtedy też przepracuję zakończenie, zgodnie z radami większości czytelników :).

Jestem przekonana, że opowiadanie tylko na tym zyska, że będzie jeszcze lepsze. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wspaniale, że napisałaś kolejną część „Ontologicznych mniejszości”!  

Dla mnie to zajmujący nurt (zwłaszcza ontologiczne:)), pewnie dlatego, że odrzucane o wiele więcej mówi o głównym nurcie filozofii, historii i innych takich, na których się nie znam, choć na tych pierwszych, też nie za bardzo. Jak zwierz bazuję na odczuciach, w dodatku swoich, więc niereprezentatywnych.

Odwołanie się do mediacji – świetne i na czasie, mam nadzieję, że się rozwinie. 

Poza tym, rozważ:

Kinga zobaczyła wspomniane manifestacje, kiedy weszła do nawiedzonego mieszkania. Gdy tylko przekroczyli próg, Kołyszko narysował kredą prostokąt wokół całej czwórki, a Kinga starannie wysypała zaznaczone przez kolegę linie solą. W świetle tego, co widzieli przed sobą, lepiej było nie narażać się na bezpośrednie spotkanie z niechcianymi lokatorami. 

Podmieniłabym na ona.

Przestrzenne lokum, ciągle jeszcze nie w pełni urządzone, wyglądało jak pobojowisko. Rozbite meble. Stosy potłuczonej porcelany i ciągnąca się przez całą długość kuchni i salonu widmowa, ektoplazmatyczna konstrukcja, jak barykada dzieląca mieszkanie na dwie części.

Zatrzymało mnie przestrzenne lokum. Nie bałabym się w tym przypadku powtórzeń, dałabym „mieszkanie”, albo chyba nawet lepiej i łatwiej zrobić coś z końcówką. 

I trochę się czepiam, ale lubię wiedzieć jak wyglądają przestrzenie, w których poruszają się bohaterowie. Przekroczyli próg, zabezpieczyli zakreślonym solą prostokątem i co zobaczyli? Przez całe mieszkanie, czyli korytarz, kuchnia i salon były w amfiladzie? A może było to jedno pomieszczenie, tak to sobie wyobraziłam, tylko z kolei ta długość kuchni na początku nie pasuje. 

 

,powiedziała Nowak,

nie zmieniałabym na nazwisko, trzymałabym się imion, jednego, zwłaszcza przy 15k. Kurcze, kombinujesz, aby nie powtarzać, dla mnie to trochę sztuczne, ale sprawdź, decyduj. Czasami jest jasne, więc nie warto, naturalnie moim zdaniem.

Kinga z Wiktorem rozsiedli się, bezskutecznie czekając pojawienie się poltergeistów. Co nie znaczy, że nie zauważali śladów ich obecności. Przedmioty fruwały, trzaskały drzwiczki od szafek. W podzielonym murem salonie zmaterializowała się na moment grupa niemych widm w płóciennych gaciach i koszulach

Tego nie rozumiem, znaczy wyboldowanego. Te manifestacje były zjawiskowe, więc czemu wcześniej “bezskutecznie czekali”? Przeformułowałabym.

Krótkie poszukiwania w internecie powiedziały im, że upiór – oba upiory! – rzeczywiście mówiły wierszem. Konkretnie, wierszem Aleksandra Fredry.

Jestem „usuwaczką” i chyba skracałabym (może błędnie). Wyboldowane, usunęłabym.

Ale dlaczego to my musieliśmy się zetknąć z nimi pierwsi? W przeddzień wigilii? – Kołyszko nie wydawał się pocieszony. – Wiesz, ile to będzie biurokracji? Zgłaszania do urzędów? Wypełniania tabelek? 

Dla mnie – niejasne, ta biurokracja i zgłaszanie do urzędu – z jakiego powodu, do jakich i co? Mogę się tego domyślać, lecz nie wiem i fajnie byłoby przeczytać, z jaką biurokracją mają do czynienia.

 

Już jesteś w biblio, też bym zwróciła się o klika.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Zemsta zza grobu nabiera nowego znaczenia :) 

 

Sam początek historii skojarzył mi się z wierszem Paweł i Gaweł (też Fredry), więc nazwiska panów-upiorów potraktowałem jako puszczenie oka do czytelnika. Zakończenie faktycznie mogłoby być bardziej rozbudowane. Nastrój jest faktycznie bardzo przyjemny i swojski, duża w tym zasługa dobrze poprowadzonych dialogów

Czytało się miło. Co prawda po wstepniaku obawiałem sę, że pójdzie w stronę bajkową (nie neguję bajek, ale sam za nimi nie przepadam), ale sam tekst był typowym urban fantasy, więc dobrze, ze go przeczytałem :-)

Co mi się rzuciło w oczy:

“zimne światło” – niby dwa słowa, a dobrze pasujące do wzmianek o upiorze.

“parasol” – niezłe nawiązanie do tego, że zima już nie jest zimą

“kamerkę typu Ghostbuster” – ta nazwa ciągle bawi w tym kontekście :D

 

“ – Często? – spytała Kinga.”

Tu się zapodziała zbędna spacja na początku linijki.

 

“Jedynkę kupił jakiś emeryt”

– emerytów stać na mieszkania developerskie?

 

Zemstę można było wyczuć zaraz po pierwszej wypowiedzi jednego z upiorów – i od razu był uśmiech na twarzy :D

Ale końcówka… Jak lubię otwarte zakończenia, tak tu nie wygląda jak pozostawienie zakończenia na potem. Przyjęto upiory na świąteczny obiad, ale co potem? Nie ma ani zakończenia, ani cliffhangeru. No, brak tu emocji na finale, zwłaszcza w kontekście tego, że obiad obiadem, ale panie dalej chciałyby mieszkać normalnie.

Podobało się, ale jednak czegoś brakło.

 

Tak przy okazji… Czy planujesz, by OM doczekały się kiedyś jakiegoś wydania zbiorczego?

 

Rozumiem, że duchy mogą sobie mieszkać, byle tylko demolki nie urządzały i odrobinę ciszy zachowały?

Fajne opko, świetnie nawiązujące do Zemsty. Rabin w roli potencjalnego egzorcysty bardzo mi się podobał. W ogóle mam wrażenie, że to zupełnie inna Polska, nawet małżeńska para, złożona z dwóch pań się pojawiła. ;)

Z niecierpliwością czekam na kolejne sprawy Kingi. :)

@Wilk_zimowy, ja się zgadzam co do tego zakończenia, popracuję nad nim pokonkursowo, niestety, reakcja czytelników wskazuje, że nie wyszło mi w nim to, co planowałam. Ale za pozostałe miłe słowa bardzo dziękuję. Chciałabym, owszem, kiedyś zebrać te teksty w jedną całość, choć musiałoby być ich trochę więcej – mam dwa kolejne, dłuższe, prawie gotowe i pewnie będę je tu wrzucać :)

 

@Irka_Luz, bardzo mi miło, dziękuję!

Sympatyczna historia, którą dobrze się czytało. Podobał mi się pomysł z nawiązaniem do “Zemsty” i humor, którego nie brakuje w Twoich opowiadaniach. O małżeństwie dwóch kobiet było już w poprzednich komentarzach, więc nie będę się powtarzać. Czekam na dalsze przygody Kingi i Wiktora.

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Bardzo przyjemny tekścik. To już któreś z kolei opowiadanie o Ontologicznych Mniejszościach (uwielbiam tę nazwę), które czytam i mam nadzieję, że nie ostatnie, bo bardzo mnie to Twoje uniwersum wciąga. Być może dlatego, że napisałam w czasach “przedportalowych” kilka tekstów, które opierały się na podobnych założeniach.

Wykonanie jest takie, że nie zwraca się na nie uwagi – i mam tu na myśli to określenie jako pozytyw, bo po prostu płynie się przez historię; nic nie przeszkadza, dialogi stają się rozmową, znaczy są naturalne, można całkowicie zatopić się w fabule. Puenta grzeje w serducho, cała historia z resztą jest taka pocieszna, że nic, tylko się uśmiechać po lekturze :) Podobało mi się!

Nowa Fantastyka