- Opowiadanie: CM - Poszepty

Poszepty

Eksperymentów ciąg dalszy (a może etap końcowy?).

Pomysł na psy i koty, jak to u mnie, dosyć niekonwencjonalny. :)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Poszepty

Poels nie wracał. Z początku nie wzbudzało to większych obaw załogi. Badał w końcu jedną z jaskiń na Sireg, kolejnej planecie kryjącej rzekomo ślady obcych istnień. Może coś odkrył, myśleli zgodnie. Działał zresztą sam. W pracach wspierały go jedynie maszyny. Wspaniałe, niezawodne maszyny Poelsa. Jakżeż on kochał te swoje roboty! Czasem zdawało się, iż były mu już nieomal rodziną, której nigdy nie zdołał założyć na Ziemi. Pozostali, rzecz oczywista, nie podzielali tych uczuć. W końcu automaty, bądź co bądź, wypierały ludzi z podobnych misji. Poels jednak o tym na pewno nie myślał.

Krótko po zmroku pojawiły się pierwsze pytania i szepty, zaś o świcie słowo „kataklizm” odmieniano już przez wszystkie przypadki. Nie tracąc więcej czasu, Lemaitre wraz z Nitrą ruszyli na oględziny, by po czterech bez mała godzinach wrócić z najbardziej spodziewaną przez wszystkich wieścią: obwał!

To było dwa dni temu. Teraz, gdy wiedziano już, że nie uda się ocalić Poelsa, cały barak wypełniało poczucie klęski. Żadna z dostępnych maszyn nie potrafiła przecisnąć się przez coraz węższy korytarz jaskini, zaś zdolne do tego mikroautomaty zostały zasypane wraz ze swoim stwórcą. O tym, by z pomocą ruszył człowiek, naturalnie mowy być nawet nie mogło. Istniało przecież ryzyko kolejnego obwału.

Maart leżał bezradnie na wznak, słuchając mozolnych wyjaśnień rozumu.

– Nic nie mogłeś zrobić – tłumaczył cierpliwie. – Niczemu nie jesteś winien. Nie wolno wam mnożyć ofiar, rozumiesz?!

Maart kiwnął dwukrotnie głową, jakby mówiąc w ten sposób: „Tak, rozumiem”. Czuł jednak, iż nie był to wcale koniec, ale początek sprawy Poelsa. Że, gdy tylko przymknie oczy, ujrzy jego pogodną twarz lub, czego lękał się najbardziej, obraz człowieka słabego, gasnącego wraz z niknącą wiarą w ocalenie. Bojąc się tych wizji, Maart wbił jedynie wzrok w wybrany punkt sufitu, lecz i to nie przyniosło mu szczególnie wiele. Zaraz bowiem usłyszał poszept nadziei:

– Może jeszcze żyje. Będziesz potrafił o tym zapomnieć? Przecież nie zostawia się swoich!

Jakiś czas walczył z nadgorliwością myśli, po czym, pogodziwszy się z kolejną klęską, opuścił swój pokój, pewien już, że i tej nocy nie zdoła zmrużyć oka. We wspólnym pomieszczeniu spotkał pozostałych. Panowała tam głucha, bezduszna cisza. Nie ta klasyczna, w której słyszało się najmniejszy szmer, ale pełna nerwowego napięcia. Maart przysiadł w kącie baraku, wzorem reszty załogi wbił mętny wzrok w podłogę i czekał, co też ustalą emocje.

– Nic nie poradzisz – powtarzał rozsądek.

– On ciągle tam jest – kwitowała wnet wiara.

Przez dłuższy czas siedzieli tak, wszyscy równo i sprawiedliwie niepogodzeni z biegiem wydarzeń, aż nagle milczenie to przeszył niespodziewanie krótki pomruk:

– Trzeba spróbować.

Minęło dobrych kilka chwil, nim Maart zdał sobie sprawę, iż to on właśnie jest autorem tych słów. Nieco zmieszany, zamarł na moment, jakby licząc, że niebawem ktoś oprotestuje ten pomysł. Nic takiego się jednak nie stało. Rozumiał ich. W głowie dźwięczał mu poszept nadziei: „Nie zostawia się swoich”. I oni musieli myśleć podobnie. Na Sireg byli przecież sami. Zdani wyłącznie na siebie. Każdy z nich musiał wiedzieć, że gdy tylko stanie się coś złego, inni pospieszą mu z pomocą. Była to reguła niepisana, ale też, Maart nie miał co do tego żadnych wątpliwości, bez niej nie przetrwaliby na tej planecie nawet jednego dnia. Wypadek Poelsa obnażył jednak owo braterstwo. I choć pojmowali słuszność podjętej decyzji, nie było im od tego ani trochę lżej.

Maart uniósł nieśmiało głowę. Nie ma odwrotu, pomyślał niechętnie i w końcu rozległo się długo czekane:

– Pójdę.

Wydusiwszy to z siebie, przemknął wzrokiem po twarzach tamtych. Na dłużej zatrzymał się przy Lemaitrze. Jego usta drżały. Znać było, że walczy ze sobą. Wnętrze tego niepozornego blondyna musiał teraz wypełniać jakiś niewyobrażalny krzyk rozsądku:

– Zatrzymaj go!

Nie powiedział jednak nic, w głębi duszy szczęśliwy, że znalazł się śmiałek, który uciszy ich sumienia. Maart, wściekły jak diabli o tę bierność kompanów, podniósł się, włożył naprędce skafander i zabrawszy ze sobą jedynie latarkę, ruszył bez słowa w kierunku łazika.

– Kretyn! – Usłyszał wołanie rozsądku i było to ostatnie, co zdołał zrozumieć. Później działał już jaki pijany, prując bezmyślnie na miejsce tragedii. Na miejsce dotarł w niespełna godzinę.

Maart nie od razu ruszył w głąb jaskini. Uwagę jego przykuły gładkie, zwężające się, doskonale równe ściany, przywodzące na myśl jakąś osobliwą formę tunelu. To właśnie z ich powodu sądzono, iż mógł to być nie tyle twór naturalny, ile groteskowa budowla wzniesiona, a jakże, przez przypadkiem tylko nie odkryte wciąż jeszcze istoty z innych gwiazd.

Oswoiwszy się z ich widokiem, rozpoczął w końcu swój „bohaterski” pochód. Szedł wolno. Niepewnie. Z pełną świadomością podejmowanego ryzyka. Do tej pory nie zdążył nawet pomyśleć. W miarę jednak, jak chłodne powietrze otrzeźwiało go, słyszał coraz lepiej palące wyrzuty rozsądku:

– Czy ty w ogóle wiesz, co robisz?! – pytał. – Nie rozumiesz, że możesz zginąć?!

Maart uśmiechnął się bezgłośnie. Oczywiście, że wiedział! Naturalnie, że rozumiał! Cóż jednak z tego, kiedy musiał iść dalej.

– Poels czeka tam – powtarzała nadzieja.

Spróbował przyspieszyć. Nie mógł tego zrobić. Respekt do jaskini skutecznie spowalniał jego ruchy. Bodaj wolałby i pruć bezwiednie przed siebie. Niechby nawet na pewną śmierć. Myśli nie cichły nawet na moment.

– Poels już nie żyje – mamrotał rozsądek.

– Może wciąż czeka – spierała się wiara.

Niechby je jasny szlag trafił! Naraz coś zadrżało. Za nim? Nad nim? Niepewny, rozglądał się na wszystkie strony. Kilka drobnych kamieni niemal bezgłośnie uderzyło w powierzchnię. Wtedy też zjawił się w końcu wielki nieobecny. Strach ścisnął go z taką mocą, że przez dłuższy czas nie mógł złapać oddechu.

– Debilu! – Wściekły, potężny wrzask rozsądku rozrywał jego bezwładne ciało. – Przecież nie chcesz tu być! Nie chcesz tak zginąć! Uciekaj!

Czekał na ripostę nadziei. Mijały jednak kolejne sekundy, a ona wciąż uparcie milczała. Dlaczego?

– Dlatego, że pcha twoje ciało do przodu. – Rozbrzmiał naraz poszept rozumu.

I rzeczywiście, Maart ani zdawał sobie sprawę, że po pierwszym napadzie lęku znów przebijał się w głąb jaskini. Wyglądało, że wiara, nie znajdując argumentów, zwyczajnie przejęła kontrolę nad ciałem, w ten niegodny sposób zmuszając go do dalszego marszu. Podła wiedźma!

Oddychał z coraz większym trudem. Szedł ostrożnie, wbrew sobie. Chciał wracać! Zbliżał się do obszaru, którego żadna z maszyn nie zdołała oczyścić z zalegających fragmentów skalnych. Było tu tak wąsko, że musiał poruszać się bokiem, szorując plecami wzdłuż ściany. Myśli milczały, szykując się najpewniej do kolejnej batalii. Sądził dotąd, że w ciszy będzie mu lżej. Że odpłynie, zapominając o lęku choć na chwilę. Mylił się jednak. Słyszał każdy swój krok. Każdy oddech. Denerwował się. Niepokój jego rósł. Wreszcie rozum, znalazłszy sojusznika w strachu, uderzył po raz kolejny. Pytał, jak zamierza wyciągnąć Poelsa na zewnątrz. Co zrobi, jeśli tamten będzie ranny?

– Pomyślałeś o tym, wyruszając na pewną śmierć?! Oczywiście, że nie!

Nasłuchiwał odzewu nadziei. Jej: „Czeka tam…” nie zrobiło na nim żadnego wrażenia. Sam siebie oszukiwał. Zmusił ją przecież do tych słów, licząc w jakiejś ślepej naiwności, że obudzą w nim determinację. Chęć walki. Zupełnie jak gdyby to on chciał jej teraz powiedzieć:

– Ściągnęłaś mnie tu? Pchasz na pewną śmierć? Pomóż więc! Dodaj otuchy!

Zatrzymał się. Wziął głęboki wdech. Należało powoli, ostrożnie usuwać kolejne fragmenty skał, by w ten sposób utorować sobie dalszą drogę. On tymczasem nie mógł się nawet ruszyć. Nie miał rąk. Nóg. Cały był jakby z marmuru. Być może, gdyby towarzyszył mu ktoś jeszcze. Gdyby miał z kim dzielić ten przeklęty strach…

Nikogo takiego nie było.

Spróbował wyciągnąć rękę. Ani dgrnęła! W głowie brzmiało mu już kolejne wołanie rozsądku:

– Ile jeszcze zamierzasz się zwodzić?! Boisz się! Nie chcesz tu być! Na litość boską, wiej!

Naraz poczuł w sobie olbrzymie pokłady energii. Nie Poelsa chciał ratować, ale siebie. Był zdeterminowany, by postawić się w końcu złudnej, bezmyślnej wierze. Powtarzał sobie, że już, zaraz, zawróci w końcu i odejdzie. Czas jednak upływał, a on nie ruszył się nawet na krok. Przeklęta nadzieja pętała mu nogi. W końcu, pogodzony z faktem, że nie zdoła się jej przeciwstawić, wysunął drżącą dłoń w kierunku zwaliska skał. Po policzkach ciekły mu łzy.

Zamknął oczy. Powoli, niespiesznie wyrównywał oddech, usiłując maksymalnie wyciszyć emocje. Spojrzał przed siebie. Jego dłoń, sama (zupełnie sama!), usunęła pierwszą przeszkodę. Później kolejną. W miarę, jak przesuwał się do przodu, wracał jako taki spokój. Na moment zapomniał o wszystkim. Pracował, zupełnie jak robot, skupiony wyłącznie na swoim zadaniu. W końcu jednak zapędził się i, szarpnąwszy zbyt mocno, spowodował obsunięcie zwartej, jak sądził, góry kamieni. To był moment. Maart odskoczył w dzikim przestrachu i bojąc się tego, co miało nastąpić za chwilę, znów przymknął oczy, słuchając jedynie odgłosów uderzających o siebie drobin skalnych. Towarzyszyło im delikatne drżenie powierzchni. A chociaż gotów był na najgorsze, nie zdołał zdławić jęku, kiedy jeden z kamieni uderzył go tuż ponad stopą. Przemknęło mu wtedy, że być może to już. Że niebawem zginie, lub, czego lękał się najbardziej, spocznie pod stertą skał bez cienia szans na ratunek. Naraz opuściły go wszystkie siły. Taki czuł się słaby. Taki bezradny. Gdy zaś przetrwał pierwszy napływ rozpaczy, ogarnął go jakiś niesamowity stupor. Nie wiedział, gdzie jest. Nie rozumiał nic. Ani zdawał sobie sprawę, że owo osuwanie ustało już. Że przeżył. Minęło dobrych kilka chwil, nim odważył się otworzyć oczy. Ujrzał wtedy drobny przesmyk, którym, przy odrobinie szczęścia, można było przedostać się dalej.

– Doigrasz się! – rzucił rozsądek, czego Maart nie zarejestrował zbyt dobrze, skupiony na słabo słyszalnym odgłosie, który zdawał się dobiegać z oddali. Ktoś uderzał? Naprawiał?

– Poels! – wyrwała się zbudzona nadzieja.

– Już ty tam wiesz najlepiej! – odburknął rozsądek. – Głupiaś i ślepa!

Maart przeciskał się przez szczelinę, teraz już pewien, że nie opuści jaskini tak długo, aż nie odnajdzie źródła odgłosu. Były to rytmiczne, miarowe uderzenia, które, choć wcale nie głośniejsze, z każdym krokiem słyszał coraz lepiej.

– Czekajże chwilę! – rzucił naraz rozum, po czym dodał, bezpośrednio już do pamięci. – Kojarzysz to przecież!

Maarta uderzyły nie tyle nawet same słowa, co ich ton. Spokojny, rzeczowy, bez cienia irytacji. Najwyraźniej i rozum pogodził się już z niemożnością odwrotu. Rytmiczne, miarowe uderzenia… – szukał w zakamarkach pamięci. Rytmiczne, miarowe…

Nadstawił ucha.

Trzy uderzenia… Dwa… Teraz jedno… Znów trzy…

– Jezu! – szepnął zdumiony. – Alfabet Morse’a!

Wytężył słuch.

– R-a-t-u-n-k-u…

Zamarł. Towarzyszyło mu teraz tyle myśli, że i w kilku głowach nie upchnąłby wszystkich. Przez moment sądził, że to tylko ułuda. Że się przesłyszał. Zaraz jednak napłynęły kolejne sygnały:

– C-z-e-k-a-m…

– P-o-m-o-c-y…

– Poels, chłopie, idę! – zakrzyknął. To znaczy, chciał. Słowa uwięzły mu w gardle.

Czekał na jakiś poszept nadziei czy rozsądku. Te milczały jednak, przenosząc batalię na inny obszar. Nadzieja, kierując falą euforii, pchała z impetem całe ciało do przodu, tak, że Maart nieomal frunął w powietrzu. Przebijał się szybkimi, chaotycznymi ruchami. Nazbyt bezmyślnie i pospiesznie. Rozsądek, tonący w morzu ekscytacji, czasami powściągał ten napór. Maart zastygał wtedy w bezruchu, rażony, jak gdyby, błyskiem świadomości, lecz za chwilę pruł znów na złamanie karku, ani dbając o choćby krztę ostrożności. To było niesamowite. Zupełnie, jakby jakieś potężne siły wypełniły jego wnętrze, przejmując w ten sposób kontrolę nad ciałem. Maart nie przejmował się tym. Było nawet coś pocieszającego w myśli, że wszystko dzieje się już poza nim. Nie musiał drżeć. Szargać nerwów. Stał się bezwolnym uczestnikiem zdarzeń i nic nie mógł na to poradzić.

– R-a-t-u-n-k-u…

Kolejne wołanie o pomoc. I znów ruszył szaleńczo do przodu, aż potężny impuls nie wydał komendy: STOP! Zupełnie jak w ringu, przemknęło mu. Szarża nadziei, kontra rozumu. Szarża nadziei…

– C-z-e-k-a-m…

– P-o-m-o-c-y…

Uderzenia słyszał już bardzo wyraźnie. Boże, jak blisko… Znajdował się teraz w osobliwym miejscu. Przed sobą miał gładką, jednolitą ścianę. Nie zasypane przejście, jak wcześniej, ale równy, doskonały monolit. Koniec drogi?

– I po wszystkim… – jęknął cicho, zalany na nowo falą rozpaczy.

Zaraz jednak rozum zganił go za tę bezmyślność, tłumacząc, że przecież tak nie mogło być. Poels dotarł tutaj. Jak więc przeszedł?

I rzeczywiście, tuż nad ziemią wypatrzył Maart niewielki otwór, który zaraz skojarzył mu się z mysią norą. Przyklęknął, oświetlając jego wnętrze latarką.

– Dwa metry czołgania – ocenił pobieżnie.

– A dalej już Poels! – rzuciła nadzieja, wracając do cichej walki na poszepty.

– Albo śmierć! – sparował rozsądek, sięgnąwszy po dobrze sprawdzony już oręż.

– R-a-t-u-n-k-u…

Maart ułożył się na ziemi. Trochę trwało, nim ruszył przed siebie. Serce podchodziło mu do samego gardła. W końcu przemknął przez ten morderczy „tunel”, czołgając się w takim pośpiechu, jakby gonił go sam diabeł. Oczu nie otworzył nawet na moment. Odważył się dopiero, gdy znów stał pewnie na nogach. Ten fragment jaskini był dużo szerszy. Odgłos uderzeń – doskonale słyszalny. Maart włączył latarkę, błądząc światłem od lewej do prawej. Naraz jakby wszystko się w nim zapadło. To wezwanie… To był robot! Robot, który nic nie robiąc sobie z obecności przybysza, dalej tłukł kluczem w swoją obudowę, czuwając przy martwym już Poelsie niczym wierny, oddany pies. Maart zamarł w bezruchu, spoglądając na automat wzrokiem ani wściekłym, ani rozpaczliwym, ale bezmiernie zdumionym, pytając, jak gdyby: „Dlaczego tak? To przecież bez sensu”.

W głowie miał przeraźliwą pustkę. Słyszał jedynie przeciągły szum. Wreszcie odezwał się rozum.

– Wykonuje zlecone zadanie. To w końcu robot – oznajmił.

Maart zasępił się. Więc Poels nie zginął od razu, myślał. Ale dlaczego nie wysłał maszyny po wsparcie? Bał się? Nie chciał być sam?

– Wierzył, że idziecie z pomocą. – Dobiegł go cichy poszept rozumu.

Było to ostatnie, co zdążył usłyszeć.

Koniec

Komentarze

Jest pomysł, ale coś zawiodło w wykonaniu. W jakimś stopniu ratuje to styl przypominający opowiadania ze starszych zbiorów, ale jednak niewystarczająco. Podoba mi się motyw głosów w głowie – początkowo przypominający dialog wewnętrzny, z czasem zaczynający kojarzyć się z szaleństwem.

Wydaje mi się, że sporo w tym tekście można było uratować opisy samych tuneli (cienie, dźwięki). Trochę grozy mogłoby sporo tu zmienić i przekierować uwagę czytelnika na inne tory. Np. żeby nie zastanawiał się, dlaczego do jaskiń nie wysłano robota z zewnątrz – co oczywiście jest do wyjaśnienia, bo mało sprzętu itp. Z drugiej strony trochę jest to w sprzeczności z uwagą o tym, ile by przeżyli bez liczenia na siebie nawzajem. Ta luka byłaby do zaakceptowania na poziomie czysto czytelniczym, gdyby właśnie coś odwracało od niej uwagę.

 

Z uwag ogólnych:

- Nadmiarowa spacja przed pierwszym akapitem (tak, to widać).

– Niektóre akapity można podzielić na krótsze.

– Trochę zaskakuje, że robot nie nadawał prostszego komunikatu.

 

Poszepty zamiast podszeptów celowe?

 

Cholera. Dobre! Twist z robotem na końcu “palce lizać”. Zaczęło mnie irytować słowo “poszept” użyte kilka razy. Rozumiem, że psio-kocią osią opowiadania jest spór rozsądku z nadzieją ale w tak krótkiej formie nie bardzo mi przypadł do gustu. Zwyczajnie było tego za dużo. Wiesz, to jak z przyprawami…

Tak jak zauważył Wilk-Zimowy, trochę to trąciło chorobą psychiczną.

Ogólnie czytało się dobrze a nawet bardzo dobrze.

Pozdrawiam i życzę powodzenia w konkursie.

 

P.S. Wilk-Zimowy ma sokoli wzrok. Nie zauważyłem tej spacji ;)

Wilku,

powitał i podziękował za ekspresowe odwiedziny i komentarz.

Tej grozy faktycznie trochę tu brakło. Ja już w czasie pisania czułem, że to nie wychodzi do końca tak, jak sobie wyobrażałem, tym nie mniej, czasu miałem ekstremalnie mało, więc i o jakichś poważniejszych korektach mogłem zapomnieć. Inna sprawa, że ja generalnie rzadko wychodzę poza tag “humor”, więc taki rodzaj opowiadania w ogóle jest dla mnie stosunkowo nowy.

 dlaczego do jaskiń nie wysłano robota z zewnątrz

Na początku jest o tym (fakt, że krótka) wzmianka.

Żadna z dostępnych maszyn nie potrafiła przecisnąć się przez coraz węższy korytarz jaskini, zaś zdolne do tego mikroautomaty zostały zasypane wraz ze swoim stwórcą.

Generalnie zamysł był taki, że te dwa dni trwała walka dostępnych maszyn ze skutkami obwału, a Maart wyrusza do jaskini niedługo po tym, jak roboty okazują się bezradnie. Inna rzecz, że niepotrzebnie próbowałem zmieścić to wszystko w jednym, dwóch zdaniach (sporo tym samym zostawiając w domyśle), więc niekoniecznie, jak teraz widzę, musi to z tekstu wynikać.

 

Odnośnie uwag ogólnych:

– nadmiarowa spacja “zniknięta” :)

– z akapitami jest o tyle śmiesznie, że ostatnio dla odmiany pisałem… zbyt krótkie, więc teraz przesadziło mi się w drugą stronę. Kiedyś się wstrzelę! :)

– robot miał pierwotnie nadawać SOS, ale postawiłem na brawurę. 

Poszepty zamiast podszeptów celowe?

Celowe. Co prawda, podszepty akurat tutaj pasowały dość dobrze, ale kiedyś dostałem za nie po łapach od Tarniny, więc jakoś się do nich zraziłem. :-)

 

Jeszcze raz dziękuję za odwiedziny i poświęcony czas.

 

Peterze, witaj!

Również dziękuję za wizytę, poświęcony czas i opinię. 

Cieszę się z generalnie pozytywnego odbioru. W kwestii tych przypraw,… Wiesz, jak to jest. Niby czujesz, że przesadzasz, ale… i tak się zawsze sypnie za dużo. Gdyby nie temat konkursu, z całą pewnością ograniczyłbym ten spór, bo on generalnie z mojej perspektywy nadaje się raczej na uzupełnienie opowiadania, a nie jeden z jego fundamentów, ale tutaj jakoś uparłem się, żeby koniecznie raz za razem akcentować ten element nawiązujący do psów i kotów. Zupełnie jakbym bał się, że zostanie on przegapiony. :)

Jednym z celów powstania tego tekstu była również możliwość powyciągania wniosków, więc jeśli kiedyś będę do tego pomysłu (zapewne w nieco innej formie) wracał, to na pewno zwrócę na to uwagę.

Również pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję za wizytę. 

 

Ja tam jestem ze szkoły, która mówi: za lepiej akapity za krótkie niż za długie. Czasem nie da się uniknąć tych ostatnich, ale to czasem tylko :-)

Swoją drogą akurat mi mnogość przypraw tu pasuje. Za to jeszcze z tą grozą… groza to tylko jedna z wielu opcji. Opowiadanie pod względem konceptu bardzo przypomina starsze zbiory opowiadań SF. Można więc było np. dodać ich wzorem jakieś przemyślenia (np. odnośnie procedur w sprawach niby ważnych naukowo, a kompletnie zaniedbywanych itp.). No możliwości tu sporo :-)

 

Fajny eksperyment, ciekawy pomysł! 

Dla mnie trochę dużo tych głosów, a tłumu nie zauważyłam. Zastanawiałam się, na jakim polu odbywa się walka i kto bierze w niej udział. Kto jest ważniejsze! Jeśli głosy to Maart jest nieważny (a przecież tak nie jest), jeśli Maart ze sprzymierzeńcami kontra reszta to lekko się rozmywa, ponieważ jego jako jego jest najmniej. Z tymi głosami to przeczytaj lub przejrzyj, jeśli Ciebie nie wciągnie, “11xja. Moje życie z osobowością mnogą” R.Oxnama, opisane na faktach, fajnie.

Brakuje mi rownież napięcia w grupie, ale to i limit, i pewnie czas.

Poszepty brzmią jak pogłosy i w tym sensie pasują do jaskini, tylko jaskini brak. Do baraku też pasują, ale jego też nie za dużo. Podszepty – nie, szepty też raczej nie. Może po prostu głosy. Rozbuduj jaskinię, jeśli kiedyś będziesz poprawiał. Nie znam się na tym, ale czytałam kiedyś wstrząsające (niestety, nie pamiętam czyje) grotołazowe wspomnienia.

Zastanawiałam się nad sposobem komunikacji z uwięzionym w jaskini kolegą.

Ładnie przedstawiona wewnętrzna rozmowa, no i nowe słówko obwał (pięć razy sprawdzałam, czy to nie błąd, ale nie tak się to nazywa) i za to klik:) 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hmmm. Przerost obyczajówki nad fantastyką.

Olbrzymia większość tekstu to wewnętrzne zmagania bohatera ze sobą. I to jakieś takie… wyrachowane. Może jestem spaczona, ale niedawno czytałam “Marsjanina” – tam wiele ludzi stawało na głowie, żeby ratować tego jednego, chociaż szanse mieli mizerne. Jedni ryzykowali życiem, inni poświęcali marzenia, ale jakoś nikt nie miał wątpliwości, że tak należy postąpić.

A ta odrobina fantastyki, która u Ciebie się znalazła, mocno kojarzy mi się z którymś opowiadaniem Lema. Bodajże “Terminusem”.

Aha. Też uważam, że powinno się nadawać SOS. Prosty sygnał, krótki, łatwy do rozpoznania. A nie elaboraty.

Babska logika rządzi!

Dla mnie trochę za dużo tej introspekcji i trochę za dużo w niej wykrzykników. Też mi się skojarzyło z Terminusem. I jeszcze ze starym Asimovem. Całkiem przyjemne retroczytanie.

Asylum, hej!

Przede wszystkim cieszę się… że zdążyłem Cię odwiedzić przed Twoją wizytą, bo w końcu nie wygląda to tak, jakbym wpadał tylko w ramach rewanżu za otrzymany komentarz.

Jeśli chodzi o odpowiedź na samą opinię to… tu mam problem. :)

Problem mam dlatego, że po prostu podziękować i na tym zakończyć, to trochę nie fair. Wyglądałoby to, jakbym Cię zbywał, albo odbębnił podziękowanie i tyle (czytaj: nie okazał czytelnikowi szacunku). Powinienem więc pewnie odpowiedzieć jakoś szerzej, wyjaśnić wątpliwości, napisać skąd taki pomysł, a nie inny w przypadku elementów, które nie do końca zagrały. Wyjaśnić stosunkowo niewielką rolę grupy, ich bierność, natłok głosów, itd. Tyle że ja zazwyczaj bronię się przed takim podejściem do opinii (chociaż trochę się ugiąłem, odpowiadając Wilkowi). Bo widzisz, jeżeli zostawię takie wątpliwości bez szerszej odpowiedzi, to każdy z kolejnych czytelników zdany jest wyłącznie na to, co znajdzie w opowiadaniu. Jeśli nie zrozumie, będzie musiał o tym napisać. Jeśli coś mu nie podejdzie, również. Słowem, w przypadku poważnych opowiadań (bo przy humorystycznych to mniej ważne) staram się unikać sytuacji, w której, poprzez odpowiedzi na komentarze, dopowiadam swój tekst. Jest to podejście mocno pokrętne, być może nawet dziwne, ale uważam, że bez tych dopowiedzeń w moich odpowiedziach, pogląd, jaki uzyskam na temat danego opowiadania będzie pełniejszy, a zatem i materiał do wyciągania wniosków – szerszy. Bo też, nie ma co ukrywać, ten tekst tylko częściowo oferuje czytelnikowi pewną historię. W jakiejś mierze składa się on również z pytań:

– czy taka forma jest przystępna?

– czy ten pomysł można zaadoptować do przyszłych tekstów, a jeśli tak, to jakiej formie?

– czy takie, a takie elementy opowiadania są odbierane tak, jak zakładałem, czy jednak zupełnie inaczej.? I czy w ogóle jestem w stanie wywołać taki rodzaj odbioru, jaki sobie założyłem?

– itp.

Być może taka “pytająca” momentami forma opowiadania nie jest do końca uczciwa, ale na czymś trzeba się uczyć. :)

Pięknie dziękuję za odwiedziny, poświęcony czas i komentarz. Dla mnie bardzo ważny, bo jak wspominałem powyżej, rzadko “wyskakuję” poza tag “humor, więc każda taka opinia jest dla mnie na wagę złota.

 

Dzień dobry Finklom. :)

 

Zacznę może trochę nietypowo, bo od pytania: A gdzie Finklowie zgubili opowiadanie na Psy i Koty? Wiesz, kiedy publikowałem swój tekst w niedzielę, byłem właściwie pewien, że wrzucisz coś na ostatnią chwilę. Przecież Ty zawsze (przynajmniej, odkąd tu jestem) się wyrabiasz! :)

Odnośnie samego opowiadania, z przyczyn wskazanych powyżej, odpowiem stosunkowo krótko. Jeżeli piszesz, że tekst robi wrażenie wyrachowanego, to może i tak jest. Ja, niestety, nie miałem jeszcze okazji spojrzeć na to opowiadanie “na świeżo”, po kilkudniowym odpoczynku, więc nawet trudno mi to w tym momencie ocenić. Na pewno prezentuję ludzi innych niż ci z “Marsjanina”, takich, jakich podpowiedziała mi wyobraźnia. Drugie, czy trzecie spojrzenie na nich może wywołałoby pewne korekty, ale na to zabrakło czasu. Inna rzecz, że radykalnie też bym ich pewnie nie zmienił.

Skojarzenie z “Terminusem” jak najbardziej w punkt, bo też sporo z niego zaczerpnąłem. Pewnie powinienem zaprezentować jakąś własną interpretację tego, jak zaprezentował to Lem, ale czasu było diabelsko mało, a że koniecznie chciałem sprawdzić ten swój dziwaczny koncept na relację rozsądek – nadzieja, to zwyczajnie odtworzyłem pewne elementy.

Jeśli chodzi o sygnał SOS, to w zasadzie mogę napisać to, co wcześniej Wilkowi. Był to mój pierwszy pomysł, najprostszy, najrozsądniejszy, więc rozumiesz chyba… że musiało mnie ponieść na większe kombinacje. :)

Na końcu tradycyjnie podziękuję za poświęcony czas, przeczytanie i komentarz.

 

Ohouapssie, powitał.

 

I ja czułem, że może być tego za dużo, ale wiesz jak to jest: dopóki nie sprawdzisz… :)

Tak, jak pisałem powyżej skojarzenie z “Terminusem” jak najbardziej na miejscu, bo to chyba nawet bezpośrednio przy tym opowiadaniu przyszła mi kiedyś do głowy koncepcja tego typu tekstu. 

Na końcu, może mało oryginalnie, podziękuję za opinię, poświęcony czas i komentarz. 

 

Trudno mi sobie wyobrazić, że ludzie zdobyli kosmos i w towarzystwie wymyślnych robotów penetrują inną planetę, ale kiedy dochodzi do wypadku, okazuje się że na pomoc może ruszyć tylko drugi człowiek, że nie ma tam żadnych robotów ratunkowych, mogących wesprzeć śpieszącego/ śpieszących z pomocą. Zastanawiam się też, dlaczego nie było łączności między Poelsem a bazą?

Czytało się całkiem nieźle, choć wykonanie mogłoby być lepsze.

 

Nie­dłu­go za­ję­ło, nim do­tarł do celu. ―> Niewiele czasu za­ję­ło do­tarcie do celu. Lub: Nie­dłu­go trwało dotarcie do celu.

 

Uwagę jego przy­ku­ły jej gład­kie… ―> Czy oba zaimki są konieczne?

 

– Dla­te­go, bo pcha twoje ciało do przo­du. ―> – Dla­te­go że pcha twoje ciało do przo­du.

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Dlatego-ze;18070.html

 

Roz­brzmiał naraz po­szept ro­zu­mu. ―> Czy poszept, z definicji cichutki, może rozbrzmiewać?

 

Od­dy­chał coraz cię­żej. ―> A może: Od­dy­chał z coraz większym trudem.

 

Że od­pły­nie, za­po­mi­na­jąc o lęku choć na krót­ką chwi­lę. ―> Masło maślane ― chwila jest krótka z definicji. Wystarczy: Że od­pły­nie, za­po­mi­na­jąc o lęku choć na chwi­lę.

Natomiast w przypadku, kiedy coś, co z reguły trwa krótko, nieco się przeciąga, można zaznaczyć, że trwało to dłuższą chwilę.

 

Spró­bo­wał wy­cią­gnąć rękę. Ani drgnie! ―> Spró­bo­wał wy­cią­gnąć rękę. Ani drgnęła!

 

Roz­są­dek, to­ną­cy w morzu eks­cy­ta­cji, kiedy nie­kie­dy po­wścią­gał ten napór. ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Roz­są­dek, to­ną­cy w morzu eks­cy­ta­cji, kiedy czasami po­wścią­gał ten napór.

 

Tro­chę za­ję­ło, nim ru­szył przed sie­bie. ―> Tro­chę trwało, nim ru­szył przed sie­bie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A gdzie Finklowie zgubili opowiadanie na Psy i Koty?

Głupia sprawa. Wpadł mi do głowy pomysł, ale bardzo cienki. Czaiłam się, czekałam na coś lepszego. Owo coś nadejszło, zaczęłam obrabiać w głowie, będąc święcie przekonana, że termin jest do 27. A tu niezupełnie. Ale drugie coś też nie było specjalnie rewelacyjne, strata dla ludzkości żadna.

Nie chodziło mi o to, że tekst jest wyrachowany, tylko bohater. No, kumpla się ratuje, a nie medytuje, czy to rozsądne, czy ręka odrzuciła kamień samodzielne, czy z przemyślanej decyzji mózgu…

Babska logika rządzi!

Jak pies z kotem czyli rozum vs nadzieja. Pomysł celny, dość ciekawy i jak na ten konkurs oryginalny. Zakończenie mnie ciut rozczarowało; pewnie dlatego, że oczekiwałem jakiegoś happy endu. Te utarczki między nadzieją a rozumem w pierwszej części trochę nużące. Po tym jak usłyszał wezwanie Morsem akcja ożywia się i znużenie ustępuje. Z tym Morsem to świadome lub nie naśladownictwo Lema (opko Terminus z opowieści o pilocie Pirxie). Przy czym bardziej bym tu widział SOS niż słowa “ratunku”, “pomocy” zwłaszcza że to robi robot.

I te nazwiska… taka maniera nazwisk “bezpłciowych”, ponadnarodowych modna kiedyś zdaje mi się ciut pretensjonalna.

Mimo tych uwag klik za oryginalny pomysł się należy!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Po pierwsze fajny tytuł. Po drugie ciekawy pomysł. Po trzecie wykorzystanie fantastyki do rozważań filozoficznych. Poza tym dobrze się czytało, zakończenie też na plus, więc ode mnie kolejny biblioteczny kliczek i powodzenia w konkursie :)

CM, masz rację – z odpowiedzią w odpowiedzi. Patrzę, uczę się komentowania i reagowania na nie. Wyskakuj poza humor i do niego wracaj:) 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Reg, dzień dobry!

Przede wszystkim dziękuję za poświęcony czas i opinię. Za łapankę kłaniam się pas. Błędy poprawię, jak tylko będzie mi wolno. Jeśli chodzi o samo opowiadanie, mocno skupiłem się na samej relacji rozum – nadzieja i gdzieś tam w czasie pisania pojawiała się obawa, że pod względem logiki mogę się gdzieś w tym tekście wyłożyć. 

Mam tylko pytanie odnoście tego “kiedy niekiedy”. Ono, przynajmniej na tyle, na ile udało mi się sprawdzić jest właśnie synonimem “czasami” lub “od czasu do czasu”. Chodzi więc o to, że to zwyczajnie średnio brzmi, czy jednak jest to błąd? 

 

Finklo, coś tak czułem, że powód Twojej nieobecności w konkursie musiał mieć jakiś powód. Nie wiem, skąd Ty po tylu napisanych opowiadaniach dalej wynajdujesz pomysły na każdy zadany temat, ale szczerze zazdroszczę. Ja w tym konkursie najbardziej żałowałem, że nie mogę wrzucić swojej bajki z Fun-tastyki. Furory może i bym nie zrobił, ale przynajmniej nie wyłamywałbym się z licznego w “Psach i kotach” grona bajkopisarzy. :)

Nie chodziło mi o to, że tekst jest wyrachowany, tylko bohater. No, kumpla się ratuje, a nie medytuje, czy to rozsądne, czy ręka odrzuciła kamień samodzielne, czy z przemyślanej decyzji mózgu…

A widzisz, to źle zrozumiałem. Inna rzecz, że jak jakoś zwyczajnie nie wierzę, że ktoś, nawet ratując kumpla, prułby przed siebie na rympał, całkowicie ignorując zagrożenie życia. Może jakiś fragment drogi tak właśnie by przebył, głównie dzięki determinacji. W końcu jednak musiałby chyba pojawić się strach, a wraz z nim takie właśnie odruchy, gdzie z jednej strony próbuję zmierzać do przodu (bo zasypany kumpel), z drugiej najszczerzej i wbrew sobie pragnę wracać (bo boję się skończyć jak on). Zresztą, gdyby ten bohater nie medytował, to skąd ja bym wtedy wziął te psy i koty do opowiadania? :-)

Zapomniałem zapytać: to Tobie zawdzięczam tego piątego klika? Bo coś nie mogę się doliczyć? :-)

 

Tsole, powitał!

 

Tych utarczek było sporo, miałem więc spore obawy, że przynajmniej część z nich może okazać się nużąca. Zwłaszcza, że samej historii jest tu niewiele, wszystko opiera się na walce wewnętrznej. Jeśli chodzi o Morse’a, to jak wspomniałem już powyżej, zwyczajnie zapożyczyłem pomysł z “Terminusa”. Mało to kreatywne z mojej strony, ale na końcu uznałem, że lepiej zapożyczyć dobry, niż klecić naprędce własny (najpewniej chybiony). Z tym SOS przyznaję się do błędu. Ja generalnie strasznie lubię kombinować i czasem za mocno mnie w tym ponosi.

Czyli mówisz, że z ten patent z nazwiskami chybiony? Szkoda, bo chyba nigdy tak łatwo mi się ich nie wymyślało. Inna sprawa, że gdyby spojrzeć uczciwie, to faktycznie taka trochę zbieranina “nazwiskowa “ bez ładu i składu.

Pięknie dziękuję za poświęcony czas, komentarz i klika. Gratuluję drugiego piórka. Generalnie po “Upiorze” zakładałem, że następnym razem spotkamy się pod Twoim opowiadaniem, ale nic straconego. W przyszłym tygodniu będę miał w końcu więcej czasu, więc też i pewne zaległości czytelnicze spokojnie sobie wtedy nadrobię.

 

Katiu, witaj!

 

Tradycyjnie dziękuję za poświęcony czas, komentarz i klika. Tobie również gratuluję kolejnego piórka. :) Jeśli czytało się dobrze i zakończenie przypadło do gustu, to mogę się tylko cieszyć. Daruj trochę krótką odpowiedź, ale ja mam tendencję do rozpisywania się tak w komentarzach, jak i w odniesieniach do opinii i czasem przez to pod koniec trochę trudno zebrać już myśli do jakiejś dłuższej odpowiedzi.

 

Asylum, cieszę się, że… nie podpadłem tą swoją odpowiedzią. Pamiętam pierwszy Twój komentarz pod jednym z moich opowiadań. Nie zdarzyło mi się jeszcze, żeby ktoś wyłożył emocje i reakcje towarzyszące lekturze mojego tekstu z taką łatwości i rozmachem (gdzie czytając taką opinię, odczucia związane z czytaniem i odbiorem tekstu masz wyłożone jak na tacy). Głupio byłoby się pozbawiać tego na przyszłość takim… hmm… niekonwencjonalnym podejściem do odpowiedzi na opinie.

CM, pierwszy raz w życiu spotkałam się z wyrażeniem kiedy niekiedy i uważam, że brzmi fatalnie.

Pogrzebałam trochę, i pod tym linkiem: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/raz-na-kiedy;14961.html znalazłam opinię prof. Barbary Grabki, że jest to wyrażenie przestarzałe. Pewnie dlatego tak mnie dźgnęło.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pomysły biorę zewsząd. Ja dosyć dużo czytam, często stamtąd. Przy “Psokotach” zadałam sobie pytanie: “Gdzie znajdę akurat psa i kota, których nie da się zastąpić innymi zwierzętami?”. No i jedna z odpowiedzi brzmiała: “Na niebie; Lew, Ryś, Psy Gończe, Wielki Pies, Mały Pies…” Jest z czego wybierać, pozostaje tylko wymyślić bajkę, jak się tam znalazły. Ale jakoś historyjka nie robiła na mnie wrażenia, kombinowałam dalej, aż przekombinowałam.

Wyrachowanie bohatera. No, na rympał może też nie. Ale on się tam zastanawiał tak, że Hamlet mógłby mu tylko czaszkę podawać. A to jeszcze najbardziej szalony, romantyczny i ratowniczy ze wszystkich ludzi w okolicy. No, chyba nie chciałabym z takimi pojechać nawet na działkę.

Klik. Nie, to chyba nie ja. Jeśli nie kliknęłam od razu, to potem też nie. Porównywałeś czas kliku z komentarzami?

Babska logika rządzi!

Podobało mi się. Ta wewnętrzna walka bohatera, poszepty. Faktycznie, może nadużyłeś tego słowa, ale nie na tyle, by irytowało. Sposób prowadzenia narracji, styl i słownictwo zbudowały niezły, gęsty klimat. Sama nie wiedziałam, czemu mam kibicować, a opisałeś poszepty bardzo przekonująco. Odczucia bohatera również. Zakończenie na plus. Ach, te roboty… Myślę, że eksperyment udany. Fajnie, że to nie kolejne zwierzęce opowiadanie w konkursie. Coś innego. ;) 

Jestem usatysfakcjonowana lekturą. 

Reg, coś tak właśnie czułem, że we współczesnej literaturze to ja tego wyrażenia nie spotkałem. :)

A najśmieszniejsze jest to, że za pierwszym razem czytało mi się to “kiedy niekiedy” niesamowicie dziwnie. Minął jakiś czas… i sam zacząłem tego wyrażenia używać. Do czego to się człowiek potrafi przyzwyczaić. :)

Ale po wynikach zmienię na “czasami”.

 

Finklo, z tym czytaniem to pełna racja. Kopalnia pomysłów. A przy okazji dowiedziałem się, jaka jest różnica między racjonalnym szukaniem pomysłów… a CM-owym. Ja sobie zadałem pytanie: “ W jaki, możliwie dziwny sposób można zaprezentować psa i kota?”. :)

No, chyba nie chciałabym z takimi pojechać nawet na działkę.

Ej, ale przynajmniej, jak im zdradzisz jakiś sekret, to masz pewność, że nie wygadają. Każdy będzie milczał jak grób. :)

Porównywałeś czas kliku z komentarzami?

Z tymi klikami jest taki problem, że kiedy zerkałem ostatni raz, były dwa… a trzy godziny później opowiadanie znajdowało się już w bibliotece, chociaż w tym czasie odwiedziły mnie ledwie dwie osoby. I na pewno musiały być to kliki bezpośrednie, bo już żadnych zgłoszeń do biblioteki nie było. Tak, czy inaczej, dziękuję tajemniczemu darczyńcy. Nie spodziewałem się. :)

 

Saro, witaj!

 

W moim przypadku akurat było więcej niż pewne, że jeśli konkurs jest o psach i kotach, to mogę napisać absolutnie o wszystkim, tylko nie zwierzętach. :) 

Ja chyba nie potrafię normalnie. :-)

Jeśli jesteś usatysfakcjonowana lekturą, to nic, tylko się cieszyć. W życiu nie zdarzyło mi się pisać opowiadania takim ekspresem, więc i za diabła nie wiedziałem, jakiego odbioru się spodziewać.

Tradycyjnie dziękuję za odwiedziny, poświęcony czas i komentarz. Zgodnie z obietnicą: do zobaczenia pod Twoim opowiadaniem. :)

 

Witam jurorkę Iluzję. :)

Dobre pytanie to połowa odpowiedzi (problem w tym, że potem połówki na ogół nie pasują do siebie). Ale chyba nie ma jednego optymalnego sposobu. Co działa w danym przypadku, to jest dobre.

Charaktery bohaterów. No, jednak nie. Żeby zdradzić im tajemnicę, musiałabym się najpierw zaprzyjaźnić, toż nie będę obcym sekretów odkrywać. A – jako się rzekło – nie pchałabym się do zacieśniania znajomości z takimi sztywnymi ludźmi.

Aaaa, no to trzeba częściej zaglądać do świeżego tekstu. Nie pamiętam, czy klikałam. Dla mnie tekst był tak na granicy biblioteczno-poczekalniowej.

Babska logika rządzi!

Ja tak lubię klasyczne s-f, że po pierwszych zdaniach ostrzyłem sobie zęby na kawał dobrej klasyki. Jeśli chodzi o pomysł i fabułę to otrzymałem… no cóż prawie plagiat klasyki. 

– C-z-e-k-a-m…

– P-o-m-o-c-y… (och, Lem się włączył)

To wezwanie… To był robot! (Yes, yes, yes – Lem)

 

Na plus, niewątpliwie pomysł na walkę wewnętrzną.

Wiara, rozsądek, nadzieja – siły wprawiające w ruch człowieka.W pewnym jednak momencie zmęczył mnie opis ich walki, nie posuwający akcji dalej niż te kilka przebytych przez Maarta metrów.

 

Jeśli chodzi o wykonanie to też mam zastrzeżenia. Po pierwsze cała wyprawa Maarta dłuży się niemiłosiernie. Po drugie pewne słowa i zwroty zgrzytały i mnie z lekka drażniły (wyboldowałem), ale to subiektywne jest, więc możesz ze spokojem zignorować.

kryjącej rzekomo ślady obcych istnień

Działał zresztą sam

– Kretyn! – Usłyszał wołanie rozsądku (a to dobre, bo byłem przekonany że jednak ktoś się odezwał)

To właśnie z ich powodu sądzono, iż mógł to być nie tyle twór naturalny, ile groteskowa budowla wzniesiona, a jakże, przez przypadkiem tylko nie odkryte wciąż jeszcze istoty z innych gwiazd. (strasznie zagmatwane to zdanie).

Szedł wolno. Niepewnie. (Konieczne dwa zdania? )

– Poels czeka tam – powtarzała nadzieja.

lecz za chwilę pruł znów na złamanie karku, (no to odleciałeś).

Fizyku, cześć!

 

Jeśli chodzi o te nawiązania do “Terminusa”, to tak, jak już pisałem powyżej: czasu miałem tyle, co nic, skupiałem się głównie na tym dialogu wewnętrznym, bardzo mi zależało, że jednak “poskładać” ten tekst na czas, dlatego nie kombinowałem tak z samym wezwaniem, jak i jego zapisem, bo zwyczajnie w takiej formie najlepiej mi pasowało. Jeśli zaś chodzi o sam fakt, że za wezwaniem stał robot, to tutaj akurat decydował temat konkursu. Co prawda, u mnie tym psem i kotem są odpowiednio rozum i nadzieja, tym nie mniej, z góry wiedziałem, że jeśli przez jaskinię przedziera się człowiek, to za wezwanie, dla kontrastu, powinien odpowiadać robot. Pewnie, że to wezwanie mogło przybrać szereg innych form, mniej nawiązujących do Lema, ale, co tu dużo ukrywać, takie mi się najbardziej podobało. Można było oczywiście odpuścić konkurs, dać sobie tym samym więcej czasu i szukać innych, wymyślnych rozwiązań. Ale poza konkursem tych komentarzy pewnie byłoby mniej, a ponieważ próbowałem pewnego, dość eksperymentalnego pomysłu, to zależało mi jednak na tych opiniach, żeby sprawdzić, na ile można się takim pomysłem bawić i też zebrać trochę informacji, jak stosować go najlepiej.

Odnośnie walki wewnętrznej, czułem, że może ona zmęczyć. Historii było tu niewiele, więc tak naprawdę był to podstawowy zarzut, jakiego oczekiwałem. Pewnie gdyby trochę skrócić tekst, zastąpić część dialogów wewnętrznych opisami jaskini, wyszłoby lepiej. Tyle że ja generalnie rzadko piszę takie opowiadania, więc gdzieś z tyłu głowy miałem, że za pierwszy czy drugim razem muszę zrobić szereg różnych błędów, żeby móc powyciągać odpowiednie wnioski. 

Jeśli chodzi o te wyboldowane fragmenty, to przyznam Ci szczerze, że, część z nich z pewnością bym zmienił. U mnie generalnie jest tak, że po naniesieniu różnych zmian i poprawek, zmienia się zwykle połowa tekstu. Ale to jest opowiadanie z serii: dziś pomysł, dziś wykonanie… jutro termin. :)

Na końcu tradycyjnie dziękuję za przeczytanie, poświęcony czas i opinię. 

W pierwszym momencie, po przeczytaniu Twojego tekstu, pomyślałam, że to nie miało prawa się zdarzyć. Wątpliwości – owszem, dialog rozsądku z ndzieją – jak najbardziej, ale nie bierność kolegów. Ludzie podejmują się niebezpiecznych przedsięwzięć, bo wiedzą (nie – wierzą, ale właśnie wiedzą), że w razie czego inni zrobią absolutnie wszystko, żeby wyciągnąć ich z ciemnej dupy. Wiedzą, że mogą stracić życie, ale nikt ich tak po prostu nie zostawi na śmierć. Tak było we wspomnianym przez Finklę przypadku “Marsjanina”, ale tak też było w realnym życiu, na przykład w kopalni w Chile.

Potem pomyślałam, że może Poels z tym swoim absolutnym uwielbieniem maszyn tak się zdystansował od kolegów, że spowodowało to jakiś wyjątek w niezmiennej regule.

Aż wreszcie przyszło mi do głowy, że oni tam byli zwyczajnie sami, nikt nie wiedział, co się tam działo. Nie było opinii publicznej, wymuszającej pewne działania. Nawet w przypadku “Marsjanina”, gdyby zrezygnowali z ratowania go, to istniało duże prawdopodobieństwo, że ten fakt wyjdzie na jaw. A tam było tylko kilku facetów, żadnych świadków, żadnych mediów, tylko ich sumienia. I, cholera, strasznie przygnębiający obraz ludzkości pokazujesz.

Irko, witaj!

Na początku tradycyjnie dziękuję za przeczytanie, poświęcony czas i komentarz.

I, cholera, strasznie przygnębiający obraz ludzkości pokazujesz.

No wiesz, wiecznie żartobliwych tekstów tworzyć nie mogę. Czasem trzeba napisać coś poważniej. :) A że przygnębiające? Nie będę ukrywał, że takich ludzi, i takie ich zachowania w tej konkretnej sytuacji (a to, jak sądze, jest bardzo ważne) podsunęła mi wyobraźnia.

Jednym z problemów tego opowiadania jest bardzo okrojony początek. Widziałem to już po wcześniejszych komentarzach, a Twój tylko mi to potwierdza. Za dużo zostawiłem domysłom, przez to logicznych wyjaśnień, zamiast w tekście, musicie szukać na własną rękę. 

Odpowiadając Asylum wspomniałem, że bardzo nie chcę dopowiadać “Poszeptów” swoimi odpowiedziami. Opowiadanie powinno bronić się samo i samo dostarczać wszelkich wyjaśnień. Jeśli tego nie robi, wolę zwyczajnie “dostać po łapach” za brak logiki czy niedopowiedzenia, niż objaśniać swój zamysł, który w tekście może nie być widoczny. Podejście może i nieco naiwne, kiedyś pewnie je zmienię (bo też możliwość podyskutowania o tekście jest jedną z największych zalet tego portalu), ale wierzę, że w taki sposób szybciej się pewnych rzeczy nauczę. 

Wiesz, miałem tu (właśnie w tym miejscu:)) napisane takie pobieżne wyjaśnienie ich zachowań. Nie tłumaczące samego tekstu ani jego bohaterów, ale przedstawiające w pewien sposób moje wyobrażenie. Gapiłem się na nie dobre dwadzieścia minut i… w końcu je usunąłem, bo też wydało mi się jakieś zupełnie zbędne. Dostaję od was bardzo fajne komentarze, gdzie przedstawiacie często swój pogląd na możliwe zachowanie ludzi w takiej sytuacji. Ja czerpię sobie z nich garściami, szukając wniosków, może jakichś logicznych błędów w tekście, także konfrontacji samych wyobrażeń z moimi. Patrzę na ten swój tekst, później na wasze opinie i sprawdzam, ile z tego, co miałem w głowie, rzeczywiście przelałem na papier. I gdzieś na końcu dociera do mnie, że chyba tak powinna wyglądać rozmowa autora z czytelnikiem. Że autor, wszystko, co ma do powiedzenia, powinien zawrzeć w tekście, a później, czytając opinie, patrzeć, czy rzeczywiście zawarł i czy to, co wymyślił, naprawdę miało sens. :)

Dlatego też nie tłumaczę w żaden sposób tej przygnębiającej postawy ludzi, tego ich mało optymistycznego obrazu. Nie bronię tych ludzi, nie usprawiedliwiam, nie objaśniam, dlaczego ich bierne zachowanie wydało mi się zupełnie możliwe. Wszystko to powinno wynikać z tekstu, bo to tam, niejako wypowiadam się (i powinienem to zrobić jak najklarowniej:))

Tutaj jest miejsce na to, żeby podziękować za wizytę, napisanie obszernej opinii.I właśnie to, raz jeszcze, czynię. :)

P.S. Muszę w końcu jakoś “znormalizować” moje odpowiedzi, bo ostatnio, co jedna (pisana według własnych wyobrażeń), to dziwniejsza. :-)

 

 

Nie zmieniaj podejścia odnośnie odpowiadania, CM :) Mi się ono podoba, gdyż uważam podobnie – opowiadanie powinno bronić się samodzielnie, nie ustami autora. Z drugiej strony, jak to wyważyć, gdyż dyskusja również wartościową jest:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Kurcze, rozpisałam się z interpretacją, a najważniejszego nie napisałam. Podobało mi się, już choćby dlatego, że zmusza do zastanowienia się.

Asylum, z tym podejściem, to faktycznie ciężka sprawa. Z jednej strony to, które stosuję teraz, wydaje mi się najwłaściwsze. Z drugiej, co trafnie zauważyłaś, czasem naprawdę fajnie sobie pod takim tekstem pogadać, zwłaszcza, że nigdy nie wiadomo, dokąd ta dyskusja zaprowadzi. :)

Mnie decyzja przychodzi jak na razie o tyle prosto, że jeśli za mocno rozgadam się pod swoim opowiadaniem, to nie nadrobię zaległych komentarzy, co stało się już moim notorycznym problemem. :)

 

Irko, ta interpretacja była super! Zwłaszcza, że w najbliższych miesiącach chciałbym w końcu napisać jakieś normalne opowiadanie i bardzo dużo sobie z niej pod tym kątem wyciągnąłem. A i fajnie jest przekonać się, jak to, co sobie wyobrażałem i próbowałem przelać na papier, wypada w zderzeniu z rzeczywistością. Inna rzecz, że kiedy rok temu zaczynałem się bawić w pisanie, nawet nie myślałem, że moje teksty w ogóle będą wymagały jakichkolwiek rozważań. :)

 

 

Przy lekturze końcówki też przyszedł mi do głowy Terminus, ale sam tytuł przypomniałem sobie dopiero z komentarzy (dziękuję). Bardzo dobry pomysł na pokazanie wewnętrznych zmagań bohatera w formie dialogu, chociaż takie pełne zdania faktycznie trochę trącą chorobą psychiczną. mi nie zdarza się myśleć pełnymi zdaniami. Z drugiej strony gdyby zapisywać wewnętrzną walkę inaczej, byłaby jakaś taka mętna i pewnie nie zwróciłbym na to uwagi. Podczas lektury nasunęło mi się pytanie, gdzie w tym natłoku myśli podział się Maart. Ciekawy zabieg bo bohater gra tu drugie skrzypce, liczą się przede wszystkim emocje

Fladrifie, dziękuję za poświęcony czas i komentarz.

Te pełne zdania pasowały mi tu o tyle, że ja nawet chciałem czegoś na pograniczu choroby psychicznej. Tak, jak zauważyłeś, gdybym ograniczył się do prostych, zdawkowych komunikatów czy to wiary, czy rozumu, wyszłoby trochę miałko. Druga sprawa, że to poszukiwanie takich myśli to taki trochę desperacki odruch człowieka, który jest sam. Któremu są one jedynym “towarzystwem”.

Maart faktycznie schodzi tu na drugi plan, bo i cały koncept był taki, żeby nadzieję i rozum postawić w roli (prawie) głównych bohaterów i sprawdzić, czy taki pomysł ma rację bytu. Ten Maart był mi bardziej narzędziem, niż takim faktycznym głównym bohaterem z prawdziwego zdarzenia.

 

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Czyta się płynnie, z zaciekawieniem, co też się tam wydarzy i jak się skoczy (choć coś przeczuwałam, że dobrze nie będzie). Sugestywnie opisujesz emocje i podoba mi się ten zabieg z wewnętrznym dialogiem. Niestety chwilami (zwłaszcza, kiedy występowali inni ludzie) gubiłam się, kto co mówi/myśli. Podobało mi się :).

 

Powodzenia w konkursie smiley

Monique, hej!

Podziękował za odwiedziny, poświęcony czas i opinię. Jeśli czytało się z zaciekawieniem, to mogę się tylko cieszyć, zwłaszcza, że taki tekst oparty głównie na dialogu wewnętrznym do szczególnie efektownych nie należy. Za wszelkie chwile zagubienia w tekście kajam się w siedemnastu językach. :) 

 

 

Na początku miałam mieszane uczucia. Z jednej strony pomysł na wyciągnięcie poszczególnych emocji i cech jako aktorów wewnętrznego nie tyle monologu, co właśnie dialogu bohatera, uczynienie ich członkami załogi, kiedy tym prawdziwym języka w gębie i odwagi zabrakło – dobre, pasuje do osamotnionej jednostki na obcej ziemi. Z drugiej jednak strony miałam wrażenie, że w wykonaniu nieco się to rozwlekło. To znaczy – zarysowałeś taki stan rzeczy od początku i bez większych zmian utrzymywałeś go bardzo długo, więc pod koniec troszkę już byłam znużona: ot, sytuacja ciągłego rozdarcia, raz jedna emocja, a raz inna już prawie bierze górę, ale jednak każdy spór odczuć kończy się tak samo – bo czy mógłby skończyć się inaczej? Trzeba wszak dotrzeć do celu, o czym byłoby opowiadanie, gdyby bohater ot tak zawrócił w połowie?

Ale końcówka, gorzka, smutna końcówka – to mnie wyrwało z tego delikatnego uśpienia. Tyle wysiłku, tyle stresu, a wszystko na nic, został tylko ukochany przez martwego już właściciela robot tłukący w nieskończoność wołanie o pomoc. Strasznie mnie to ujęło. Pojawiła się też myśl, że robot siedział przy Poelsie niczym wierny pies, ale Maart przyszedł do niego z własnej woli, niczym kot – wiem, że to nie na tym polu realizowałeś temat konkursu, ale i tak coś takiego przemknęło mi przez myśl :) A więc gdyby nie to zakończenie, to osobiście chyba byłabym trochę rozczarowana.

Niektóre dialogi wydawały się zbyt okrągłe, ale poza tym czytało się dobrze – gdyby tylko skrócić nieco środkowy marazm lub wrzucić tam coś, co by czytelnika z tego strumienia świadomości odrobinę wyrwało, wtedy byłoby super. Ale koniec końców uważam, że eksperyment jak najbardziej wart był przeprowadzenia :)

Nir, cześć!

Właściwie w swoim komentarzu potwierdziłaś to, czego sam trochę się obawiałem. Czułem, że ten tekst może być trochę monotonny. Ale wiesz, jak to jest z konkursami. Tworzysz pierwszą, właściwie koncepcyjną tylko wersję tekstu i nagle się okazuje, że termin upływa za kilka godzin. :) 

Pisząc (na złamanie karku:)) miałem świadomość, że to będzie taki trochę tekst do nauki i wyciągania wniosków. Sam eksperyment, który przyszedł mi do głowy już jakiś czas temu, jakoś za diabła nie chciał się złożyć w pełne opowiadanie, dlatego postawiłem tutaj na taką formę “sztuki dla sztuki”, żeby sprawdzić reakcje czytających na tę koncepcję. Tradycyjnie dziękuję za poświęcony czas i opinię, bo to znowu jest dla mnie parę fajnych uwag, z których będę w (niedalekiej) przyszłości próbował zrobić użytek. :)

 

Nowa Fantastyka