- Opowiadanie: mr.maras - Własnymi drogami

Własnymi drogami

Zwierzęta są prawdziwe, sporo osob również. Tylko wydarzenia pozostają niepotwierdzone...

 

Akurat minęła kolejna rocznica lotu Łajki, więc mój okolicznościowy tekścik dedykuję wszystkim zwierzętom zamęczonym przez człowieka "w imię nauki".

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Własnymi drogami

Moskwa. Łubianka. Grudzień. Rok 1966.

Pułkownik KGB Siergiej Michajłowicz Orłow wzdycha ciężko i włącza lampkę stojącą na biurku – żarówka na suficie ledwo rozprasza zimową szarówę wdzierającą się do pokoju. Orłow ziewa i otwiera tekturową teczkę z dokumentami. Spogląda na pierwszą stronę, do której przypięto dwa zdjęcia przedstawiające psa i kota. Kiwa głową, a następnie zapala papierosa. Zaciąga się głęboko, wciąż ignorując gościa.

Wreszcie, dmuchając dymem w twarz mężczyzny siedzącego po drugiej stronie biurka, rozpoczyna przesłuchanie.

– Wasz pierwszy przydział to Sergiej Pawłowicz Korolow, zgadza się?

– Zgadza, towarzyszu pułkowniku – odpowiada Paweł Anatoliewicz Wasin, agent operacyjny. Wygląda przy tym, jakby próbował usiąść na baczność. – Początkowo był nim Główny Konstruktor. Przejąłem go zaraz po tym, jak wyszedł z Tupolewskiej szaraszki. Potem, gdy towarzysz Korolow został ulubieńcem pierwszego sekretarza, miałem większe baczenie na Władimira Jazdowskiego z Instytutu Medycyny Lotniczej, czyli Profesora.

Mówi to z dumą i pułkownik krzywi się z niesmakiem.

– Powiedzcie, skąd wziął się kot. I nie mówcie tylko, że to był jakiś Behemot.

– Behemot? – Wasin unosi brwi. – Aaa ten. Nie, no co wy, towarzyszu pułkowniku. Jaki Behemot. To przecież kotka. Nazwaliśmy ją Bradziaga, bo była z niej straszna łazęga. Sama do nas przylazła. Za Kudriawką…

Ręka pułkownika, która dotąd spoczywała na biurku, podpiera wysokie czoło. Orłow przymyka oczy.

– Jaka znów Bradziaga i Kudriawka? W papierach jest Félicette. I co z Łajką? Mówcie jaśniej, Wasin, bo szybko tracę cierpliwość.

– Zaraz wszystko wyjaśnię, towarzyszu pułkowniku. – Duma pryska i Wasin z trudem przełyka ślinę.

 

Moskwa. Styczeń. Rok 1955.

Śnieg sypie na Leningradzki Prospekt, kryje dachy, układa hałdy po obu stronach ulicy, nielicznym przechodniom wciska się za kołnierze. Nieopodal zejścia do stacji Dinamo kręci się dwóch mężczyzn w wojskowych szynelach i czapkach uszatkach. Trzeci, ubrany po cywilnemu, trzyma się z boku. Oparty plecami o drzwi czarnej pobiedy, tupie nogami i dmucha w dłonie ukryte w wełnianych rękawicach.

– Tu jest jedna, profesorze! Nada się idealnie. Mówiłem, to dobre miejsce. Tutaj znaleźliśmy kiedyś Dezika. – Jeden z wojskowych zdejmuje skórzaną rękawicę i wyciąga z kieszeni słoninę. Drobna suczka o żółtawej sierści wychyla się z zaułka i niepewnie merdając ogonem, zbliża do klęczącego człowieka.

Profesor podchodzi powoli i zerka mu przez ramię.

– Do auta z nią – decyduje. – To już dwunasta. Wystarczy.

– Czekaj! Jest jeszcze jeden! – krzyczy wojskowy. Zaraz uświadamia sobie pomyłkę, gdy zza węgła wychyla się mały, czarno-biały kot.

– Wy razem? – Mężczyzna wybucha śmiechem. – No to dawaj!

Zaintrygowany profesor kuca obok żołnierza. Kociak wskakuje mu na kolana, ociera pyszczkiem i wciska pod kurtkę.

Z wnętrza pobiedy całe zdarzenie obserwuje kierowca, Paweł Wasin.

 

Łubianka. Rok 1966.

Pułkownik odpina zdjęcie kota i ogląda z bliska.

– Więc mówicie, Wasin, że ta przybłęda brała udział w naszym programie kosmicznym?

– Ja to wiem, towarzyszu pułkowniku. Przeszła pełny cykl szkoleniowy. Przyzwyczajali ją do ubrania ochronnego i ciasnych pomieszczeń. Przygotowali na hałas, wibracje, przeciążenia i zmianę ciśnienia czy temperatury. Tak samo, jak psiarnię. Nawet żreć to gówno z podajnika nauczyli – kończy z uśmiechem Wasin.

Pułkownikowi nie jest do śmiechu.

– Wyjaśnijcie zatem, dlaczego ojciec radzieckiej kosmonautyki oraz towarzysze Władimir Jazdowski… – Orłow wyciąga z teczki ściągę i odczytuje kolejno: – …Oleg Guzin, Aleksandr Sieriapin, Natalia Kazakowa, Jelena Dubrowska, krótko mówiąc, cały Instytut, naraził się władzy ludowej, z powodu małego dachowca?

Wasin wzrusza ramionami.

– Bo to była taka piękna przyjaźń, towarzyszu pułkowniku.

– Przyjaźń?

Agent przytakuje.

– Wybrali trzy suczki. Albinę, Muszkę i Kudriawkę. Lecieć miała Albina, najlepsza na testach. Wiecie, czemu nie poleciała?

Orłow gasi papierosa i sięga po następnego.

– Wszyscy to wiedzą. Oszczeniła się i nie chcieli jej rozdzielać z młodymi.

– Dokładnie. A ja myślę, że z tego samego powodu upchali tam tego kota.

 

Moskwa. Instytut Medycyny Lotniczej. Rok 1957.

Sergiej Korolow przygląda się wirującej centryfudze. Jest zdenerwowany. I ma powody. Albina się oszczeniła, Muszki nie są pewni. A rocznica Rewolucji zbliża się wielkimi krokami. Trzeba będzie wysłać Łajkę, która razem ze swoją kocią towarzyszką stała się ulubienicą personelu. Chyba że posłuchają profesora. Podoba mu się ta myśl, ale wciąż się waha.

Tymczasem wirówka kręci się coraz szybciej. Z wnętrza kabiny dobiega pisk przerażonego zwierzęcia.

Obok, pod ścianą, stoi profesor Jazdowski. Trzyma na rękach kotkę, która prycha i wbija pazury w rękaw białego kitla.

– Martwi się. Tak samo, jak suka o nią – tłumaczy profesor.

Od niedawna personel Instytutu nazywa Kudriawkę Łajką. To dlatego, że ujada jak mała szczekaczka za każdym razem, gdy próbują oddzielić ją od Bradziagi.

Jak w łagrze – myśli Korolow. Masz jednego przyjaciela, z którym dzielisz łańcuch. Życie.

I już wie.

– Wystarczy! – woła.

Profesor pociąga za metalową wajchę i wyłącza maszynę.

 

Łubianka. Rok 1966.

Orłow odpala kolejnego papierosa. Z zadumą wpatruje się w niebiesko-białe opakowanie, z którego spogląda na niego Łajka. Potrząsa głową.

– Co wy mi tu pierdolicie, Wasin. Widziałem tę całą komorę HKZ. Sklecili ją w miesiąc. Projekt na kolanie rysowali. Przecież wszyscy byli wtedy na urlopach i ściągano ich na gwałt, bo Korolow obiecał coś nieopatrznie pierwszemu sekretarzowi. Małe aluminiowe pudło z podajnikiem jedzenia. Ledwie dziesięć porcji, ostatnia zatruta. Tam poza Łajką nie wcisnęłaby się mysz, a co dopiero kot!

Wasin przytakuje i sięga do kieszeni marynarki. Wyciąga z niej pomiętą, złożoną na czworo kartkę. Rozkłada na stole i wygładza grzbietem dłoni.

– Niezupełnie, towarzyszu pułkowniku. Korolow jeździł na zebrania Prezydium Akademii Nauk dwa lata przed lotem. Już wtedy planowali wysłanie psa na orbitę. Ja to sobie wszystko wyliczyłem. Waga nie ma znaczenia, R-7 to by i słonia wyniosła w kosmos. Ważne jest miejsce, a tego było mało. Taki kot normalnie żre ze sto gramów dziennie. Naszego żelu wystarczy mu nawet z pięćdziesiąt. Albo mniej skoro on tam siedzi bez ruchu. Czyli z półtora kilo na miesiąc. A woda? Żaden zwierzak nie wytrzyma bez wody. Może coś wymontowali?

Orłow unosi dłoń uciszając Wasina. Coś tu się nie zgadza. Olśnienie nadchodzi, gdy agent pokasłuje od dymu.

– Woda jak woda. Ale co z tlenem? – pyta.

– No właśnie. – Wasin składa swoje notatki wyraźnie zawstydzony. Jak mógł zapomnieć o tlenie. Z wodą przecież dobrze pomyślał. Cała robota psu na budę.

Nagle coś sobie przypomina. Uśmiecha się, wyciągając asa z rękawa.

– Ostatni człon rakiety nie odłączył się od sputnika. Tam by wszystko upchali.

Orłow drapie się po szczęce.

– Fakt. Mówili, że awaria była, ale oficjalnie TASS podała, że planowo.

– A jeśli naprawdę planowo?

Obaj intensywnie myślą.

– I wszystko to dla psa i kota? – pyta z niedowierzaniem pułkownik. – Przecież Łajka zdechła kilka godzin po starcie! Prawie się ugotowała!

– Łajka tak.

Orłow marszczy czoło.

– To co? Kot poleciał w kosmos? I przeżył lot?

– Może tak, może nie – odpowiada filozoficznie Wasin. – Podobno koty mają dziewięć żyć.

Zapada cisza. Pułkownik zamyśla się. Wspomina dzieciństwo na wsi, studnię za stodołą, bezzębną babkę i worek z kociętami. Nieprzespane noce z głową pod pierzyną. I przeraźliwe miauczenie pod drewnianą podłogą. Potrząsa głową. W partii nie ma miejsca na zabobony. Wiara w komunizm jest jak tarcza na te wszystkie gusła.

– Co wy opowiadacie. Sputnik spłonął w atmosferze. Cały świat to widział.

– Ano spłonął. Tyle że nie doszczętnie.

– Bzdura!

– Może i bzdura. Ale coś wam opowiem.

 

Morze Czarne. Kwiecień. Rok 1958.

Ponton odbija od burty lekkiego krążownika „Dzierżyński”, wchodzącego w skład Floty Czarnomorskiej i już po chwili pruje ciemną wodę. Na pokładzie znajduje się dwóch mężczyzn: marynarz i cywilny naukowiec. Ich obecność, misja i współrzędne celu objęte są tajemnicą.

Krótki rejs kończy się w miejscu, gdzie na powierzchni unosi się aluminiowa bańka. Jest rozerwana, powgniatana, ale jakimś cudem nie tonie.

Wojskowy przygląda się bez słowa, gdy pasażer z trudem wciąga obiekt na pokład. Ale kiedy naukowiec zagląda do środka pojemnika ciekawość zwycięża i marynarz przerywa milczenie.

– Jest? Żyje? – woła, przekrzykując wiatr i szum fal.

– Kto? – pyta naukowiec.

– No kto? Łajka!

Naukowiec zaprzecza ruchem głowy, ale na jego twarzy błąka się uśmiech. Zakrywa swój łup brezentowym workiem i ruchem dłoni daje sygnał do powrotu.

 

Łubianka. Rok 1966.

– Zostawmy te bzdury. Powiedzcie lepiej, co to ma wspólnego z Francuzami.

Wasin znów sięga do kieszeni i kładzie na biurko zdjęcie wyrwane z Paris Match.

– Tuż przed lotem kot Felix uciekł im z laboratorium. Zastąpili go kotką złapaną na ulicy – zaczyna.

Tego było już za wiele. Orłow nerwowo gasi papierosa i wali pięścią w blat. Czuwający za drzwiami strażnik zagląda do środka zaniepokojony i zaraz znika.

– Wystarczy, Wasin! – krzyczy pułkownik. Ale gdy zerka na fotografię z gazety i porównuje ze zdjęciem z akt, uspokaja się.

– Wszystkie uliczne koty wyglądają podobnie. Czarne, łaciate lub w paski – stwierdza.

A Wasin podejmuje opowieść.

– W Paryżu odbył się kongres. Nie było mnie tam. Ale pewien towarzysz, przyjaciel ze szkoły Kirowa w Leningradzie, pracował wtedy w ambasadzie i opowiedział mi ciekawą historię.

 

Paryż. Wrzesień. Rok 1963

Profesor żałuje, że nie przejdzie się po Polach Elizejskich i nie zwiedzi Luwru, który podobno mógł się równać z Ermitażem. Ale najbardziej, że nie zobaczy „Lamparta” z Claudią Cardinale, wciąż obecnego na ulicznych plakatach.

Spacerując nieopodal hotelu, w którym zakwaterowano go jako nieoficjalnego gościa czternastego Kongresu Międzynarodowej Federacji Astronautycznej, pamięta o zaleceniach przełożonych – pod żadnym pozorem nie oddalać się od kwatery. Oraz o towarzystwie dwóch ponurych mężczyzn w ciemnych płaszczach, którzy nie odstępują go nawet na krok. Oficjalnie, pierwszy z nich, ten z tępą twarzą kirgiskiego pasterza, pełni funkcję attaché kulturalnego, drugi, o poczciwej fizjonomii gruzińskiego górala, to attaché prasowy.

Dzień wcześniej, przed zaśnięciem, profesor zapoznał się z planem miasta i wie, że szczęśliwym trafem ich hotel znajduje się zaledwie kilka przecznic od budynków Centre d'Enseignement et de Recherches de Médecine Aéronautique, gdzie trwają przygotowania do kolejnego lotu suborbitalnego. Nie ma zatem potrzeby łamania służbowych poleceń.

Profesor przystaje na chwilę przed budką z gazetami i spogląda na odbicie w szybie. Dwaj towarzysze przysiedli na ławeczce i zerkają dyskretnie w tę stronę. A skoro on widzi tylko ich popiersia ponad klombem kwiatów, oni również nie widzą całej jego sylwetki – dedukuje. Sięga więc za pazuchę, zasłaniając ciałem ruch prawej ręki.

Gdy czarno-biała kotka zeskakuje z dłoni na chodnik, profesor schyla się i głaszcze zwierzę za uchem.

– Poradzisz sobie, prawda? Jasne, że sobie poradzisz. Dla ciebie to nie pierwszyzna. Idź, poszukaj przyjaciółki. Widzę jak tęsknisz.

Zwierzę mruczy cicho i ociera się o nogawkę spodni. Po chwili znika za węgłem. Zupełnie jakby magicznym sposobem wracało do miejsca, w którym spotkał je po raz pierwszy.

Profesor kładzie monetę na ladzie i zgarnia z niej gazetę. Odwraca się powoli. Mężczyźni stoją teraz tuż za jego plecami rozglądając się uważnie dookoła.

– Wracamy? – pyta z żalem, a „dyplomaci” przytakują bez słowa.

 

Tego samego dnia w centrum Paryża dochodzi do zabawnej sytuacji. Niebieski citroen DS hamuje z piskiem, gdy przed maską niespodziewanie pojawia się łaciata kotka. Dwaj pasażerowie w kitlach natychmiast wyskakują na ulicę i zachodzą zwierzę z dwóch stron. Kierowca również wysiada z auta i przysiada na niskiej masce. Przygląda się całej akcji znudzony, popalając gitanesa. Wolałby biełomora, ale nie palił ich od kilku lat.

Kot najwyraźniej nie ma zamiaru uciekać i kieruje się prosto w ręce jednego z pracowników CERMA.

– Niezła z ciebie szczęściara – śmieje się mężczyzna, gdy zwierzę pozwala się złapać.

– Raczej pechowiec – mruczy pod nosem kierowca.

– Czekaj. Ona ma obrożę.

Drugi pracownik rozgląda się wokół i wzrusza ramionami. Podchodzi i przygląda się tabliczce zawieszonej na kociej szyi.

– To chyba po rusku – zauważa ze zdziwieniem. Zerka na kierowcę i puszcza oko. Potem odpina skórzany pasek i chowa do kieszeni kitla.

– Bierzemy.

Kot ląduje w klatce umieszczonej w bagażniku, mężczyźni wskakują do samochodu. Po chwili niski citroen znika wśród innych aut uciekających przed szczytem.

 

Łubianka. Rok 1966.

– Kiedy zobaczyłem to zdjęcie w dziale prasowym, coś mnie tknęło – Wasin zaczyna spokojnym głosem. Pułkownik siedzi cicho, od czasu do czasu zaciągając się papierosem.

– Ale potem zacząłem szukać i wypytywać. W końcu trafiłem na film, który Francuzi puścili w telewizji. Nie miałem wątpliwości. Wredne spojrzenie, parszywa łaciata morda. To była Bradziaga. Żabojady nazwały ją Félicette, czyli Szczęściara. Nie mieli pojęcia, że to nasz kot kosmonauta.

Wasin już nie jest spokojny. Głos mu się łamie, spocone dłonie trą o spodnie, jakby swędziały.

– Co ty opowiadasz, człowieku – mówi Orłow.

Wasin kiwa głową.

– A jeśli wtedy nie o rozdzielanie zwierząt chodziło? Może to był manifest polityczny? Wiecie, co sekretarz mówił o kocie i musztardzie? Znacie przeszłość Korolowa? Profesor też był niepewny.

– Bzdury Wasin. Nikt o niczym nie wiedział. Po co to wszystko?

– Teraz się dowiedzą! Może o to chodziło?

– Moskwa, Tiuratam, Morze Czarne, Paryż i Sahara? Kosmos? Jeden kot? Niemożliwe.

– Przecież chodzą własnymi drogami…

– Kto niby? – pyta Orłow, odganiając w myślach natrętne miauczenie spod podłogi.

– No koty, a kto?

Pułkownik wstaje i obchodzi biurko. Kładzie rękę na ramieniu agenta. Nawet mu żal tego człowieka.

– Ja wam powiem tak. Macie tydzień wolnego. Idźcie do domu, napijcie się. Przemyślcie to. Zaraz będzie Małanka, a po niej rocznica śmierci wielkiego człowieka radzieckiego Sergieja Pawłowicza Korolowa. Naprawdę chcecie teraz bruździć władzy ludowej?

Wasin podnosi się wolno. Przytakuje. Składa swoje notatki i zerka na teczkę leżącą na biurku.

– Zostawcie – mówi Orłow. W oczach agenta pojawia się iskra nadziei. Potem wychodzi i zamyka za sobą drzwi. Najciszej jak potrafi.

 

Pułkownik jeszcze długo wpatruje się w zamknięte drzwi. Patrzy i duma. Duma i zaczyna się martwić. Przecież nie przekaże przewodniczącemu takich bzdur. Mogłoby się to źle skończyć nie tylko dla Wasina. Żadnego kota nie było – decyduje. Trzeba wracać do domu. Późno już, Tamara i dzieci na pewno nie czekały z kolacją.

Jeszcze tylko jeden telefon. Podnosi słuchawkę i wykręca numer, znany wyłącznie oficerom KGB od pułkownika w górę.

– Właśnie idzie do siebie. – Orłow zerka w papiery rozrzucone na biurku. – Stary Arbat trzynaście. Tak. Dziękuję. Dobrej nocy.

Zgarnia dokumenty do teczki i chowa ją do szuflady. Gasi lampkę, potem żarówkę. Cicho zamyka drzwi na klucz.

Na korytarzu wpada na strażnika. Przygląda mu się dłuższą chwilę i zastanawia. Tamten nawet nie drgnie.

– Spokojnej nocy, żołnierzu – mówi wreszcie.

– Spokojnej nocy, towarzyszu pułkowniku.

Orłow kiwa głową, ale wie, że nie będzie spokojna. Po tej opowieści te małe sukinsyny na pewno przylezą – myśli wędrując długim korytarzem wysłanym czerwoną wykładziną.

Wiara w partię może nie wystarczyć, po drodze trzeba będzie dokupić spirytusu.

 

Sahara. Kosmodrom Hammaguir. Październik. Rok 1963.

Pustynia wstrzymuje gorący oddech. W popłochu uciekają zwinne scynki i biczogony. Powietrze drży i drży spękana ziemia, gdy smukła Veronique unosi się na słupie ognia.

Silniki karmione mieszanką kwasu azotowego i terpentyny pchają rakietę i jej pasażera w górę. Wciąż wyżej, daleko poza linię Kármána.

Tam, gdzie kończy się niebo i zaczyna niebyt.

Bradziaga stroszy sierść i napina mięśnie. Podczas startu kadłubem rakiety mocno trzęsie.

Z czasem kotka uspokaja się i tuli łepek do obudowy przenośnego pojemnika. Między uszami, na czubku kociej główki, niczym korona cierniowa, sterczą elektrody podłączone wprost do mózgu. Każdy jego impuls wysyłany jest na Ziemię, gdzie precyzyjne urządzenia rejestrują kocie fale mózgowe. Naukowcy analizują wykresy, porównują odczyty.

Ale nie mogą zajrzeć głębiej.

Tam, gdzie we wspomnieniach o moskiewskiej ulicy, mała Bradziaga kuli się ze strachu i zimna do ciepłego, psiego boku. Przytula pyszczek do uśmiechniętej psiej mordy, która liże mokrym językiem, gdy trzeba dodać otuchy.

Nie rejestrują też innych obrazów pojawiających się w kocich myślach. Wspomnienia ciasnej i dusznej komory, wyniesionej w kosmos na nosie wielkiej rakiety. Przerażonej psiej mordy, która tuli się do kociego pyszczka. Gorącego psiego boku, który unosi się i opada poruszany krótkim, szarpanym oddechem umierającego w cierpieniu zwierzęcia.

Bradziaga przymyka oczy i przywołuje jeszcze inny widok przyjaciółki – rozszczekanej i pełnej życia Kudriawki biegającej po korytarzach moskiewskiego Instytutu.

Wspomina i czeka.

Koniec

Komentarze

Mam tylko nadzieję, że ten ogonek czasowy, to nie była podpucha.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Skoro Cień powiedział, że ogonek dopuszczalny, to tego się trzymamy :)

No to super. Tym razem, dla odmiany, limitu długości nie.przekroczyłem ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Zacznę od tego, że opowiadanie pięknie wpisuje się w temat. Pod tym względem, chyba najlepsze z tych, które czytałem. 

Spędziłem dwie godziny na wielokrotnym czytaniu opowiadania i intensywnym googlaniu, bo tak czułem że ta cała historia jest do bólu prawdziwa – i nie myliłem się. (Swoją drogą, Staruch napisał na mitologie inaczej “Dziewczynę u Płota”, opowiadanie w bardzo podobnym klimacie). 

Potem przeczytałem opowiadanie raz jeszcze, tym razem z pełnym (prawie) zrozumieniem i satysfakcją. Aby oszczędzić innym czytelnikom trochę czasu, zamieszczam poniżej trochę przydatnych informacji.

I jeszcze, jeśli można to proszę o kilka wyjaśnień; 

Nie rozumiem znaczenia poniższych zdań (może już zbyt późno jest):

Podnosi słuchawkę i wykręca numer, znany wyłącznie oficerom KGB od pułkownika w górę.

Wiara w partię może nie wystarczyć, po drodze trzeba będzie dokupić spirytusu.

Nie wiem również czy rozdział “Paryż. Wrzesień. Rok 1963” jest wymyślony tylko na potrzeby opowiadania, czy ma jakieś umocowanie historyczne. W pierwszym przypadku byłby to dość karkołomny pomysł z punktu widzenia fabuły. Mam rozumieć że Jazdowski pojechał do Paryża z misją wysłania kotki w kosmos i wypuścił ją kilka przecznic od Instytutu, a łowcy kotów akurat wyszli na łowy i ją złapali?

 

Przydatne informacje

Kot, musztardza, sekretarz:

Kiedyś tam, spotkali się Chruszczow z Kennedym i zaczęli omawiać jakieś ważne problemy świata. Dogadali się, że czas skończyć jakiś lokalny konflikt. I dobrze by było, ale Kennedy miał wątpliwości:

– Co będzie, jeśli się nie zgodzą? – spytał.

– Nie martw się, zastosujemy przymus dobrowolny – odpowiedział Chruszczow.

Kennedy myśli, myśli i ni-jak mu się nie zgadza: "jeśli przymus, to nie dobrowolny, jeśli dobrowolny, to nie przymus". Poprosił dziadka Chruszczowa o wyjaśnienie.

– To tak, jak zmusić kota do zjedzenia musztardy – powiedział Chruszczow.

Jak to zrobić? Kennedy kota prosi, głodzi, próbuje oszukać, mieszając musztardę z rybą, a kot nic – musztardy nie chce.

Przyszła kolej na Chruszczowa: posmarował musztardą kotu pod ogonem, kota zaswędziało, wylizał do czysta i tak zjadł dobrowolnie musztardę.

To jest przymus dobrowolny.

 

Wybór psa

Każdy naukowiec pracujący w programie treningowym sporządził własny raport o fizjologicznych reakcjach każdego psa w poszczególnych etapach treningu. Wyniki zestawiono i porównano z wynikami badań weterynaryjnych. Ostateczny wybór padł na Kudriawkę (Kędziorek), czyli Łajkę, choć osiągnięte przez nią wyniki nie należały do najlepszych. Była spokojna, dobrze się przystosowywała do zmieniających się warunków, ale przynajmniej jeden z pozostałych psów – Albina – był lepszym kandydatem do lotu. Dobre wyniki osiągała też Muszka, której przypadła rola psa technicznego. Miała zastępować Łajkę przy testowaniu ekwipunku i sprzętu podtrzymującego życie. Albina była lubiana przez personel, mogła się poszczycić osiągnięciami (odbyła dwa wcześniejsze loty eksperymentalne), lecz urodziła miot szczeniąt i naukowcy nie chcieli jej od nich oddzielać.

 

Profesor

Jeden z trenerów, Wladimir Jazdowski, na dzień przed misją miał zabrać Łajkę do domu, żeby pobawiła się z jego dziećmi. – Chciałem zrobić dla niej coś miłego – wspominał po latach. – Zostało jej tak niewiele czasu…

 

Kot

18 października 1963 o 8:09, czarno-biała kotka Félicette wystartowała w kosmos na pokładzie rakiety sondażowej typu Véronique AGI 47. Po swoim locie kotka badana była przez naukowców w CERMA. (…) Dalsze losy francuskiej zwierzęcej astronautki nie są znane. 15 listopada 1963 roku telewizja francuska wyemitowała film dokumentalny o kotce-astronautce.

 

I jeszcze coś takiego znalazłem:

Czesław Niemen – Bradiaga  https://www.youtube.com/watch?v=BDvOuoqJS0k

 

U W A G A S P O I L E R Y C Z Y T A Ć P O O P O W I A D A N I U ! ! !

 

Dziękuję, Fizyku111, za wizytę, komentarz i głos do biblioteki. No i za wnikliwą (wielokrotną?) lekturę. Masz rację, starałem się mocno wpleść swoją opowieść w prawdziwe wydarzenia i okoliczności. Stąd też prawdziwe postacie – zarówno zwierzęce, jak i ludzkie.

Anegdota o musztardzie jest chyba mało znana, więc dziękuję za jej przytoczenie. Może ułatwi to lekturę innym czytelnikom.

Jeśli zaś chodzi o dwa przytoczone zdania, których nie zrozumiałeś – pierwsze z nich mówi o wyroku, jaki Orłow wydaje na Wasina. Pułkownik dzwoni zapewne do wydziału zajmującego się likwidacja/usuwaniem niewygodnych… pracowników KGB.

Drugie zdanie odnosi się do wcześniej wspomnianych koszmarów z dzieciństwa Orłowa, związanych z utopionymi kociętami, które wypierał "wiarą" w partię i komunizm, zapijając spirytusem ;). Chciałem pokazać, że to "nawrócony" na komunizm człowiek z ludu wsi, pełnej zabobonów i wiary w różne gusła, których partia nie toleruje. Może była to tylko projekcja sumienia człowieka odpowiedzialnego za śmierć wielu osób? A może element radzieckiego "realizmu magicznego" mojego autorstwa ;)?

Do tej "magii" poniekąd nawiązuje Wasin wspominając o dziewięciu kocich życiach i tajemnych kocich ścieżkach. Co w opowiadaniu jest prawdą, a co niedopowiedzeniem, co nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności, a co fantazją – pozostawiam to do wyboru czytelnikom. Chciałem, żeby tekst można było interpretować na kilka sposobów. 

Bo przecież Sputnik naprawdę spłonął w atmosferze (ale też naprawdę ostatni człon rakiety się nie odłączył) i nie było na jego pokładzie żadnego kota (;)). A gdyby był, nie przeżyłby wielomiesięcznego lotu i przejścia przez atmosferę.

Jednak koty są przecież magiczne i zagadkowe, prawda? Więc mój kot przeżył i cudownie znalazł się na Morzu Czarnym, akurat leżącym na linii z Kazachstanem (Bajkonur), co pasowało mi do trajektorii lotu orbitalnego. No i krążownik "Dzierżyński" też jest prawdziwy.

Myślę, że Profesor wiedział o tej kociej "magii" (po tym jak kotka przeżyła długie tygodnie w kosmosie i “twarde” lądowanie), a Moskwa znała przecież innego niezwykłego kota wspomnianego nawet w tekście (to się też zgrało, "MiM" publikowano w ZSRR akurat na przełomie 66/67).

"Mam rozumieć, że Jazdowski pojechał do Paryża z misją wysłania kotki w kosmos i wypuścił ją kilka przecznic od Instytutu, a łowcy kotów akurat wyszli na łowy i ją złapali?"

Dokładnie tak, ale niezupełnie ;) XIV Kongres MFA naprawdę odbył się we wrześniu 1963 roku w Paryżu, co bardzo mi przypasowało, kot Felix naprawdę uciekł Francuzom niedługo przed lotem i zastąpiono go kotką Felicette. Założyłem fikcyjnie, że Profesor mógł być nieoficjalnie na tymże kongresie, z racji swojej pracy związanej z astronautyką i zabrać ze sobą ulubioną kotkę. No i tam ją wypuścił, tknięty tym radzieckim "realizmem magicznym", albo wykonując gest bardziej symboliczny. A reszta to już kocia "magia" i własne, tajemne kocie drogi, którymi wędrują sobie w kosmos i z powrotem i w sumie po trzech kontynentach. A dlaczego Felix zwiał z laboratorium i jego miejsce zajęła Szczęściara? Trzeba by jej zapytać :) Pewnie miała swoje sposoby.

Warto też wspomnieć, że w wyniku czystek stalinowskich Korolew naprawdę spędził kilka lat młodości w łagrze (co prawda większość w dziale naukowym, tzw. szaraszce), i naprawdę na początku 1967 przypadła rocznica jego śmierci. No i podobno rzeczywiście już dwa lata wcześniej z Prezydium Akademii Nauk planował loty ze zwierzętami.

Co jeszcze. Prawdziwe są nazwiska naukowców z Instytutu i pies-kosmonauta suborbitalny Dezik, podobno naprawdę złapany w okolicach stacji Dinamo. Wiadomo też co spotkało Felicette (podałeś fragment, w którym piszą, że jej dalszy los był nieznany). Otóż uśpiono ją by powyciągać te elektrody z mózgu i przebadać. Ale przecież my wiemy, że to nie było ostatnie życie Bradziagi ;)

No właśnie. U mnie jest Bradziaga, bo takie spolszczenie napotkałem. Oryginalnie jest właśnie Bradiaga (czyli włóczęga) jak u Niemena.

Dodam tylko, że to jeszcze nie wszystkie historyczne motywy wplecione w opowiadanie, ale wiadomo, że te wszystkie fakty ponaciągałem, odrealniłem i powiązałem po swojemu, tworząc tekst na konkurs fantastyczny. Ale skoro władze radzieckie mogły kłamać przez tyle lat np. o prawdziwym losie Łajki i trzymać wiele rzeczy w głębokiej tajemnicy (nawet nazwisko Korolewa – tzw. Głównego Konstruktora) to i ja chyba mogę sobie pofantazjować po swojemu na temat opisanych wydarzeń…

Jeszcze raz dziękuję za miłe słowa i fajny komentarz :)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Bardzo dobre, klimatyczne, można film kręcić.

Drobne uwagi: 1) Małanka w Rosji nie jest znana, to coś specyficznie łemkoskiego. 2) Język psa nie jest szorstki, kota – owszem.

Dziękuję za wizytę i komentarz, Nikolzollern. I za miłe słowa oraz uwagi/podpowiedzi. Mówisz, że wyszło filmowo? Cieszę się w sumie. Nawer trochę taki klimat sensacyjnego kina z lat 60-tych miał się tu pojawić.

Hmm. Małanka. Ja słyszałem o Małance ukraińskiej. Moje źródła podają, że w czasach miszmaszu narodowościowego w ZSRR była tam powszechniejsza niż teraz. Załóżmy, że Orłow lub Wasin byli powiązani z Ukrainą. Ale nie chcę się spierać z kimś obytym w temacie z racji pochodzenia. 

Co do języka nie mam pewności. Mój pies (przed laty) miał szorstki dosyć :).

Po przeczytaniu spalić monitor.

Jeśli zaś chodzi o dwa przytoczone zdania, których nie zrozumiałeś – pierwsze z nich mówi o wyroku, jaki Orłow wydaje na Wasina.

 

Taka też była moja pierwsza interpretacja, jednak później przyszło zastanowienie, a właściwie to dlaczego Orłow chce się pozbyć Wasina? Raz jeszcze przeleciałem przez tekst i odkryłem, że nie napisałaś dlaczego Wasin był przesłuchiwany, może tu leży mój problem? Czy przyszedł do Orłowa z własnej woli (ale dlaczego dopiero teraz, całą tą wiedzę posiada przecież od dłuższego czasu), czy też wezwany przez Orłowa (ale tutaj też nie widzę motywu, bo Orłow wydaje się nie mieć żadnej wiedzy w temacie).

No tak sobie drążę, bo wciągnąłem się w temat.

Pewne kwestie lepiej zostawić domysłom, Fizyku111, dawne KGB nie śpi ;) Oczywiście zakładam, że powodem przesłuchania może być materiał jaki zebrał Wasin, który próbował zainteresować całą sprawą swoich zwierzchników. Wydawało mi się logiczne, że poczekał z tym do śmierć Korolewa, ulubieńca Chruszczowa. A potem pewnie, gdy zebrał "dowody", zbierał się na odwagę. A może to węszenie Wasina dotarło do Orłowa i ten postanowił ukrócić łeb sprawie? A może Orłow jednak miał coś do kotów i to go przyciągnęło do tematu? ;)

A poza tym Autorowi pasowało sporo dat w chronologii tekstu i rok 1966 był idealny do ogarnięcia perspektywy wydarzeń.

 

Ps. Cieszę się, że wzbudziłem Twoje zainteresowanie tematem. Znaczy się tekst ma walory edukacyjne ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Mój pies (przed laty) miał szorstki dosyć :).

Może był kotem? :) Mam aktualnie dwa duże psy. Języki mają miękkie. Ale mniejsza z tym.

Dobrze zbudowany klimat, lubię czytać o czasach zimnej wojny, a wydaje mi się, że dobrze zadbałeś o realia opowiadania. Sama fabuła może nie powala, ale jest ciekawa, rozwija się dwutorowo i trzyma w zainteresowaniu. Może nie do końca wybrzmiała puenta, ale ogólnie czytało mi się całkiem przyjemnie.

Powodzenia w konkursie :)

Ale wycelowałeś w ilość znaków! ;)

Marasie, zupełnie mi nie przeszkadza, że do opowiadania nie wplotłeś wszystkich faktów, tak jak nie przeszkadza i to, że niektóre z nich ponaciągałeś. Ważne że przekazałeś to, co sobie zamierzyłeś, a jeśli przy okazji pofantazjowałeś, to bardzo dobrze, bo zabieg okazał się szalenie korzystny dla tej niezwykle satysfakcjonującej historii. ;)

 

– … Oleg Guzin, Alek­sandr Sie­ria­pin… ―> Zbędna spacja po wielokropku.

 

gdy pró­bu­ją od­dzie­lić ją od Bra­dzia­gi . ―> Zbędna spacja przed kropką.

 

Zerka na kie­row­cę i mruga okiem. ―> Okiem raczej nie mógł mrugnąć.

Może: Zerka na kie­row­cę i puszcza oko. Lub: Zerka na kie­row­cę i mruga znacząco.

 

Kot lą­du­je w klat­ce umiesz­czo­nej w ba­gaż­ni­ku, męż­czyź­ni wska­ku­ją do sa­mo­cho­du. ―> Czy ludzie nie mogą zwyczajne wsiadać do samochodu, czy muszą do niego wskakiwać? Pytam, bo nigdy nie widziałam, aby ktoś wskakiwał do samochodu osobowego, tak jak nie udało mi się zobaczyć kogoś, kto by zeń wyskakiwał. ;)

 

wę­dru­jąc dłu­gim ko­ry­ta­rzem wy­ło­żo­nym czer­wo­ną wy­kła­dzi­ną. ―> Nie brzmi to najlepiej.

Może: …wę­dru­jąc dłu­gim ko­ry­ta­rzem pokrytym/ wysłanym czer­wo­ną wy­kła­dzi­ną.

 

Ale nie mogą wnik­nąć głę­biej. Tam, gdzie we wspo­mnie­niach mo­skiew­skiej ulicy, mała Bra­dzia­ga kuli się ze stra­chu i zimna do cie­płe­go, psie­go boku. ―> Czy dobrze rozumiem, że chodzi o niemożność dotarcia do wspomnień moskiewskiej ulicy?

A może miało być: Tam, gdzie we wspo­mnie­niach o mo­skiew­skiej ulicy, mała Bra­dzia­ga kuli się ze stra­chu i zimna do cie­płe­go psie­go boku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, Belhaju, za odwiedziny, sympatyczny komentarz oraz klika bibliotecznego. Przyznaję, puenta jest trochę zakopana i zdawać się może nieco rozmyta, ale chyba można ją wyłuskać po głębszym zastanowieniu.

PożeraczuBułek, trafiłem, ale pewnie po poprawkach (przecinki itd.) licznik już nie będzie tak imponująco wyglądał ;)

Dziękuje i Tobie, Reg, za wizytę i te ciepłe słowa. Jeśli lektura okazała się dla Ciebie satysfakcjonująca, to jej autor też jest usatysfakcjonowany. Dziękuję również za uwagi i poprawki. Oczywiście wprowadzę je jak tylko to będzie możliwe i legalne w świetle konkursowego regulaminu.

Po przeczytaniu spalić monitor.

I ja także już po lekturze. Zgadzam się, że bardzo klimatycznie wyszło, choć te klimaty nie do końca moje. Mam wrażenie, że brakuje zamknięcia całości, rozumiem, że zakończenie pewnie miało mieć charakter otwarty, ale wydaje mi się, że końcówka jest napisana specjalnie, tylko by zmieścić się w ramach założeń konkursowych. Tak więc podsumowując, czytało się przyjemnie, ale nie do końca zrozumiałam, o co chodziło. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dziękuję za lekturę i komentarz, Morgiana89. Rozumiem, że klimaty nie Twoje, ale fajnie, że chociaż przyjemnie się czytało i wyszło klimatycznie.

Scena końcowa powstała jako druga (po otwierającej). Nie jest dorobiona pod konkurs. Wiedziałem od początku skąd i dokąd zmierzam. Jeśli niedopowiedzenia i otwarte zakończenie powodują, że opowiadanie wydaje Ci się niezrozumiałe, biorę winę na siebie i swoje braki warsztatowe. Nie będę tłumaczył swoich intencji, bo tekst powinien bronić się sam :)

Do zobaczenia pod Twoim opowiadaniem!

Po przeczytaniu spalić monitor.

Jasne, wychodzę z tego samego założenia i też nigdy się nie tłumaczę ze swoich zamysłów, a przynajmniej staram się tego nie robić. Możliwe, że to moja wina, że nie zrozumiałam, bo jak widać inni zadowoleni. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Bardzo proszę, Marasie. Cieszę się, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

 

UWAGA DELIKATNY SPOJLER – – – – – – – – – UWAGA DELIKATNY SPOJLER 

 

Podoba mi się, bo nie jest szortem :-) 

No dobra, naprawdę się podobało. Narracja w czasie teraźniejszym, ciężar fabuły oparty na dialogach, kompozycja z krótkich, dynamicznych scen – to wszystko gra dobrze i co najważniejsze świetnie sprawdza się przy ograniczeniach limitowych. Do tego czysty i przejrzysty (kryształowy?) marasowy styl nie przysłania historii, która może nie jest skomplikowana, ale niesie mnóstwo informacji (plus za risercz i oddanie realiów). 

Jednak przede wszystkim ujęła mnie jedna rzecz. Kiedy tekst zaczyna się od Łubianki w latach sześćdziesiątych, czytelnik od razu spodziewa się mrocznej, ciężkiej, być może krwawej opowieści, a przynajmniej jakiegoś dramatu polityczno-szpiegowskiego. A tu się okazuje, że opowiadanie skręca w stronę dość prostej, ciepłej, wzruszającej historii, gdzie radzieccy naukowcy i częstokroć-wielokroć demonizowani agenci specjalnych służb okazują się po prostu ludźmi. 

Zakończenie w pierwszej chwili nieco mnie zawiodło – zupełnie odruchowo, jak z tą Łubianką na początku, spodziewałem się jakiegoś "większego" rozwiązania historii kota. Jakichś typowo fantastycznych, bombastycznych akordów – kosmici, bogowie, czort wie co jeszcze. Ale po namyśle doszedłem do wniosku, że może to jednak dobrze, że zamiast ogólnowszechświatowych spisków główną rolę grają ludzkie (choć często ze zwierzęcej perspektywy) uczucia. 

Bardzo dobry tekst i fajnie wpisuje się w tytuł konkursu – "Jak pies z kotem" 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Jak ty ładnie piszesz, marasie.

 

Tekst klimatem bardzo przypominał mi inne opowiadanie Starucha, choć tu historia jest bardziej wielowarstwowa i jakby… głębiej opisana.

 

Śliczne zdania – “Pustynia wstrzymuje gorący oddech”.

 

No i zakończenie smutno-sentymentalne. Grasz na emocjach.

 

Przepraszam, że komentarz taki krótki i na szybko, chcę zapisać, nim wyleci mi z głowy, a zaraz wychodzę. W każdym razie, z przyjemnością dobijam do zasłużonej biblioteki.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Witam, Thargone,. Miło, że wpadłeś. Dziękuję za rozwinięty i konkretny (a przy tym miły dla autora) komentarz oraz wyprzedzającego kliczka.

Z tym kryształowym stylem mocno przesadziłeś, ale prawdziwym komplementem jest dla mnie nazwanie go marasowym. Posiadanie własnego stylu tu przecież rzecz bardzo ważna w tym rzemiośle ;) Jak już wielokrotnie pisałem, "walczę" tutaj o uznanie dla przejrzystych, prostych stylistycznie tekstów, które opierają się na historii i pomyśle, a nie fajerwerkach językowych i poetyckich uniesieniach. Z różnym efektem. Na przykład Kam_Mod chwali mnie powyżej za ładne zdania, więc nadal coś robię źle najwidoczniej ;P

Cieszę się, że ogólnie tekst przypadł Ci do gustu. No i że mimo wahania jednak doceniłeś ścieżkę, jaką wybrałem dla fabuły oraz wyciszone zakończenie.

 

Bardzo dziękuję i Tobie, Kam_Mod, za wizytę i bardzo miły komentarz. Czy piszę ładnie, nie wiem, ale cieszę się z każdego zadowolonego czytelnika. Mam natomiast nadzieję, że piszę nienajgorzej ;)

Masz rację, te finały "grające na emocjach" to jakaś plaga u mnie ostatnio ;). Bo jak tak patrzę na "Husarza Śmierci", "Wczoraj będzie jutro" czy "Mit założycielski"… Hmm. Mam nadzieję, że nie przekraczam granicy kiczu i żenady.

No i dziękuję bardzo za klika otwierającego mi drzwi Biblioteki!

Po przeczytaniu spalić monitor.

O:o, Korolow i moja ulubiona historia o francuskiej kotce Félicette. Od czasu, kiedy pierwszy raz usłyszałam o tej kotce, myślałam i o niej i o Felixie, który wyczuł pismo nosem i zwiał, a co dalej z nim było nie wiadomo. Może wiódł życie szczęśliwego, bezdomnego kota. Spryciarz, a Szczęściara, niestety. Zwierzęta do lotów przygotowywali naukowcy z rosyjskiej (radzieckiej, sowieckiej) szkoły behawiorystycznej. Trzeba było, aż osiemdziesięciu lat, aby ujawniono śmierć Łajki. W Francji, koteczce nadano imię, ale dopiero po jej powrocie, aby się nie przywiązywać do niej. Bóg Ci zapłać Marasie, że zaoszczędziłeś szczegółów.

Najpiękniejsze opowiadanie na psokoty, które przeczytałam. Jest mi bliskie, ponieważ z kotami się wadzę, respekt przed nimi czuję i jest jeszcze coś, o czym nie napiszę. Nad zakończeniem rozmyślałam chwilę, dla mnie jest ok.

Jedna rzecz mnie raziła, jest moją rzeczą, o której często tutaj juz pisałam – zamienniki. Jeden przykład:

‚Ręka pułkownika, która dotąd spoczywała na biurku, podpiera wysokie czoło. Orłow przymyka oczy.

Półkownik to Orłow, a użycie zamienników sprawiło, że zawahałam się trzy razy przebiegłam wzrokiem te dwa zdania, po czym wróciłam do początku opowiadania, aby się upewnić.

Zgłaszam piórkowość.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Szef agencji kreatywnej w 2017 chciał upamiętnić ją, nie wiem, czy stoi ten pomnik.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nie do końca moje klimaty, ale nie narzekam. Podobało mi się. Jedyne, co mi nie grało, to tempo opowiadania. 

Hmmm. Interesująca historia, ładnie ponaciągałeś różne fakty. Czuć radziecki klimat, duszoszczipatielno-gułagowy. Imponujący research.

Ale jakoś nie widzę, co z tego wszystkiego wynika. Kotka sobie polatała, bo chciała i miała spory zapas żyć. I? Dlaczego nie wystarczyła jej jedna podróż i pchała się po więcej? Po co? Kim była Bradziaga?

Ktoś wyżej wspominał, że jest tu puenta, tylko słabo widoczna. Cóż, ja jej nie wyłapałam. Być może poszło o te wszystkie rzeczy, które Fizyk umieścił w komentarzu, a których nie zauważyłam sama i o których nie wiedziałam.

Babska logika rządzi!

Zapasu żyć nie miała, niestety, a latanie nie było przyjemnością.

Myślisz, że ona się pchała w tym Paryżu, czy los, przypadek?

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dziękuję, Asylum, za Twój komentarz. Bardzo się ciesze, że trafiłem ze swoją historią w Twoje ulubione opowieści, a kocie przygody z tego opowiadania, przypadły Ci do gustu. Serdecznie dziękuję również za głos na nominację, ale wiesz, te nominacje dostaję ostatnio i na nich się kończy więc przyjmuję takie honory z coraz większym dystansem ;).

Oczywiście nie chciałem epatować za bardzo tragicznymi losami Łajki i Felicette. Może jednak kotka nie na darmo tam tak czeka w ostatnim zdaniu opowieści?

Zamienniki. Hmm. Rzadko to robię, ale w tym tekście zaraz w pierwszej scenie przedstawiłem obu bohaterów z imienia i nazwiska oraz funkcji właśnie w celu swobodnego operowania zamiennikami w celu uniknięcia powtórzeń. W przytoczonym przez Ciebie fragmencie mamy więc pułkownika, o którym czytelnik wie, że nazywa się Orłow. Gdybym w drugim zdaniu wyrzucił Orłowa, wyszłoby, że to ręka przymyka oczy. Wstawianie tam np. "mężczyzny" byłoby jeszcze gorszym zamiennikiem. A powtórzenie pułkownika wyglądałoby słabo. Zatem ten pułkownik i Orłow wydają mi się jednak najszczęśliwszą zbitką.

PS. Rosjanie nie czekali z ujawnieniem prawdy o losie Łajki aż osiemdziesięciu lat na szczęście. Ujawnili ją w 2002 roku.

 

Dzięki, SaraWinter, za lekturę. Klimaty jak klimaty, fajnie, że się w sumie podobało. Thargone pisał o krótkich, dynamicznych scenach, Ty z kolei narzekasz na tempo. No nie dogodzę wszystkim ;)

 

Witam szanowną Iluzję jury :)

 

Finklo. Ja wiem, że takie niedopowiedziane i ulotne banialuki bez ostrej jak brzytwa puenty to nie dla Ciebie i nie w Twoim guście. Ty lubisz konkret, czarno na białym: kto, po co, dlaczego i z kim. Logika, logistyka, przyczyna i skutek. Na, ale nie zawsze tak musi być. Nie każda historia jest taka oczywista i konsekwentna. A ja nie będę tłumaczył "co autor miał na myśli?", bo moim zdaniem to bez sensu i tekst ma się bronić sam.

Poza tym mam wrażenie, że zostawiłem wystarczająco wyraźne ślady prowadzące do celu/sensu. I ma rację Thargone, że to bardzo prosta historia w gruncie rzeczy. Bradziaga to po prostu mała Włóczęga i Szczęściara (Felicette), a Kudriawka vel Łajka to jej przyjaciółka na śmierć i życie.

Powiedzmy zatem w uproszczeniu, że tam, na orbicie się pożegnały i widziały ostatni raz więc Bradziaga po prostu leci spotkać raz jeszcze swoją przyjaciółkę. Z tęsknoty. Czy taka odpowiedź jest satysfakcjonująca? ;P

Po przeczytaniu spalić monitor.

To jedna z tych historii, które głęboko zapadają w pamięć. Mistrzowskie operowanie emocjami – niby są stosowane, pokazane przez jedną myśl, gest, ale bardzo silne. Może dlatego, że takie prawdziwe. I nie chodzi wyłącznie o historię psa i kota, ale o cały system i realia. Szczególnie jedno zdanie to podkreśla:

Jak w łagrze – myśli Korolow. Masz jednego przyjaciela, z którym dzielisz łańcuch. Życie.

Poruszyło mnie też zderzenie bezduszności systemu i empatia naukowców wobec zwierząt.

Sama konstrukcja również bardzo ciekawa. Przeplatanie dwóch planów czasowych wymaga dużej sprawności warsztatowej. Zwróciłam uwagę na udane dialogi, zwłaszcza dyplomatyczne odpowiedzi Wasina. Dobrze, że opowiadanie trafiło do biblioteki.

Hmm, w takim razie ktoś coś przekręcił z tymi osiemdziesięciu latami, teraz sprawdziłam w wiki i przeliczyłam: 1957 i 2002, lekko powyżej pięćdziesięciu. Widocznie autor artykułu, który czytałam liczyć nie potrafił, a ja sama tego nie sprawdziłam, koncentrując się na czymś innym. Cóż wszystkiego nie można;) Jednak ciekawe muszę tego autora wygooglać z innej strony.

Z nominacjami – prawda, ale chciałam, w jakiś sposób zaznaczyć poziom podobało misie.

Edit wygląda na to, że i u mnie z liczbami na bakier, powyżej czterdziestu.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Czy taka odpowiedź jest satysfakcjonująca? ;P

Do pewnego stopnia. Sama nie rozumiem, że można ryzykować życie, żeby odwiedzić miejsce, w którym ostatni raz widziało się nieżyjącego przyjaciela. Być może dlatego nawet przez myśl mi nie przeszło, że taki może być cel Bradziagi.

No, ale mocno nielogiczna istota mogłaby tak postąpić. Zapewne.

Babska logika rządzi!

Przeczytałem, ale musiałem chwilę odczekać z komentarzem. Dość specyficzne opowiadanie. Thargone napisał, ze tekst skręca w stronę ciepłej historii. Mam odwrotne odczucie – jest tu i szarzyzna byłego bloku wschodniego i końcówka sugerująca tęsknotę kotki. Jakoś wcale nie wygląda to na ciepłe i pozytywne, raczej na smutne. Nawet ten gest przesłuchującego względem przesłuchiwanego (położenie ręki na ramieniu) ma w sobie coś z beznadziei.

 

Co na plus… Zakończenie z tą tęsknotą. Także sposób narracji. Gdzieś powyżej widziałem sugestię podobieństwa do tekstów Starucha – nie do końca, Staruch idzie raczej w styl narracji przywołujący skojarzenia z tekstami Strugackich, tutaj mimo chyba podjętej próby stylizacji „ze wschodu” wynik jest jednak inny; nie zestawiałbym tego. Zaszycie dodatkowych wątków w tle (w tym przypadku historycznych) to też fajna sprawa, zwłaszcza, jeśli dostrzega się je nie od razu.

 

Natomiast miałem takie trochę odczucie, że coś tu było skracane (co w sumie pokrywa się z tym, co pisałeś na szałtboksie). To znaczy opowiadanie jest dobre, nawet bardzo dobre, ale trochę jednak widać, ze „chyba było coś jeszcze, czego brak nie psuje odbioru tekstu, ale fajnie by było to przeczytać”. Tu pytanie do Ciebie: czy faktycznie skrócona została nie tylko forma, ale też coś, co wnosiło jakąś dodatkową informację, scenę itp?

 

Trochę nie rozumiem sceny, w której kotka jest podrzucana Francuzom. Dlaczego Rosjanie mieliby to zrobić, w dodatku chyba zadając sobie w tym celu potencjalnych problemów? Trochę psuje ona obraz realizmu (ale być może tylko dlatego, że nie zrozumiałem), choć nie wpływa na nastrój.

 

Czy całość mi się podobała? Tak, choć trudno mi określić konkretne odczucia względem tekstu. Nie w sensie ich braku, a w sensie właśnie problemu z ich określeniem.

 

Dziękuję za odwiedziny, ANDO. Napisałaś sporo miłych rzeczy, za które serdeczne dzięki. Miała być i bezduszność systemu i empatia naukowców. Cieszy mnie, że zapadło w pamięć i poruszyło. Operowanie emocjami, dialogi, konstrukcja – nad tym wszystkim nieustannie pracuję. Człowiek uczy się całe życie. Osobne podziękowania za głos na nominację i do zobaczenia pod Twoim tekstem.

Asylum, oj tam, oj tam, każdemu zdarzają się pomyłki.

Wybacz, Finklo, ale innego wyjaśnienia nie będzie ;). Jak się nie broni w Twoich oczach, to nie poradzę.

Witam, Wilka Zimowego. Ja do Ciebie też wkrótce dotrę. Pasuje mi to Twoje zawieszenie – "w sumie podoba się ale trudno określić odczucia". Tekst jest niedopowiedziany, uchylony, zatem takie wrażenia u czytelnika Autorowi odpowiadają. Oczywiście masz rację, jest tutaj smutek i tęsknota, ale również Thargone ma rację, bo i ciepła to w sumie opowieść o przyjaźni czworonogów na tle szarego, beznadziejnego systemu.

Porównania do Starucha mnie też trochę zaskoczyły. Znam jego tekst, jest tam pewien klimat zbliżony, ale zapewne to wynika bardziej z czasu i miejsca akcji, a nie ze stylu. Choćby już sama narracja w czasie teraźniejszym implikuje inne doznania stylistyczne. Co do skracania. Żadna scena tym razem nie wyleciała, są wszystkie. Wycinałem tzw. wypełniacze, zaimki, nadmiar przysłówków itd. Odchudzałem zdania, a nie fabułę. Plan scen zarysował mi się w głowie dosyć szybko.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Przeczytałam, i aż mi głupio, że odebrałam ten tekst całkowicie emocjami, a nie rozumowo i analitycznie. No, wzruszyłeś mnie, a to nie jest całkiem proste. Ponieważ mogłam przy tym tekście całkowicie zanurzyć się w emocjonalnym odbiorze, to znaczy, że musi być napisane płynnie i bardzo sprawnie, bo się nie zatrzymywałam i nie wybijałam z nastroju, żeby zastanowić się, co mi nie gra. Generalnie, bardzo udany tekst. 

Może więc zwyczajnie zdążyłem już trochę poznać Twój styl pisania, Marasie, i stąd wrażenie, ze “chyba było więcej”. Ale jak wspomniałem, nie jest to wrażenie “szatkowania”, a jedynie istnienia “wersji deluxe” ;) 

Niekończącej się walki Marasa z limitami odcinek kolejny ;) Ej, bo napisałbyś w końcu coś poza konkursem, tak bez ograniczeń!

No dobra, tym razem nie mam zastrzeżeń do rozmiarów; ewentualne cięcia nie rzucają się w oczy. Historia piękna, sam pamiętam, że odkrycie prawdziwego losu Łajki było dla mnie ważniejszą cezurą dzieciństwa niż demaskacja św. Mikołaja. Klimaty radzieckie zawsze na propsie, pióro sprawne a końcówka rzeczywiście wzruszająca, pozwalająca zamaskować niektóre wcześniejsze słabości.

A z tych zwróciłem uwagę na problem, który jest i moim problemem – balans między solidnym riserczem a czytelnością. Przygotowując się do pisania zagłębiasz się w fakty, których czytelnik nie zna (w efekcie dla Ciebie tworzą one spójny świat, przeciętnemu odbiorcy jednak obcy) a potem mrugasz i mrugasz do czytającego, a on myśli, że to jakiś tik nerwowy. Powtarzam – to też mój problem. Trzeba uważać. Nie jest łatwo, bo nie lubimy infodumpów, dlatego czasem najlepiej trochę ograniczyć faktografię.

Zawiesiłem się na chwilę w epizodzie paryskim – dlatego, że sprawia wrażenie jakbyś nagle zmienił narratora. Wcześniejsze retrospekcje są z perspektywy Wasina, a tutaj pojawia się punkt widzenia Jazdowskiego (albo narrator wszechwiedzący). Właściwie scena czarnomorska też jest inna, ale ona mnie jakoś mniej pod tym względem raziła.

Ładny ten powracający motyw kotów spod podłogi. Spodobała mi się też swoista klamra z łowami na bezdomne zwierzęta po obu stronach żelaznej kurtyny.

 

No, zapadnie w pamięć. Może nie tyle opowiadanie, co fakty w nim zawarte, ale sam tekst też oczywiście ma w tym swój udział. Nie wiedziałam, że sprawa z Łajką ma takie szerokie tło, a o kocie to już w ogóle nie słyszałam – zatem opowiadanie i komentarze nieco poszerzyły moją wiedzę w tych tematach. 

Z czasem kotka uspokaja się i tuli łepek do obudowy przenośnego pojemnika. Między uszami, na czubku kociej główki, niczym korona cierniowa, sterczą elektrody podłączone wprost do mózgu. Każdy jego impuls wysyłany jest na Ziemię, gdzie precyzyjne urządzenia rejestrują kocie fale mózgowe. Naukowcy analizują wykresy, porównują odczyty.

Ta scena mnie najbardziej uderzyła. Najpierw myślałam, że to tylko fantazja, ale po lekturze komentarzy okazuje się, że niestety nie… Moją reakcją było oburzenie i malownicza wiązanka przekleństw w myślach. Każdego dnia dowiaduję się o nowych potwornościach, jakie wymyślają ludzie… Ale sam opis sceny jest mistrzowski. Z jednej strony straszne elektrody , precyzyjne urządzenia, fale mózgowe, a z drugiej zdrobnienia i delikatne słówka – “tuli łepek”, “kocia główka” – genialny kontrast. Porównanie do korony cierniowej bardzo trafne.

Zgadzam się z wątpliwościami Finkli. Odniosłam wrażenie, że kotka robiła wszystko dobrowolnie, a tłumaczenie, że poleciała, by zobaczyć miejsce, w którym ostatnio widziała przyjaciela, mnie też nie przekonuje.

Również to, że Rosjanie tak kombinowali i trudzili się z tą rakietą tylko po to, żeby nie rozdzielać psa i kota mnie nie przekonuje. Jakoś nie wierzę w aż taką ich dobroć. Może uprzedzenia? A może to, że moja wiara w ludzi spadła o kolejne kilka procent pod wpływem historii o kotce z elektrodami w łebku? 

Szorstki język kojarzy mi się jednoznacznie z kotem i na końcu zastanawiałam się, kto kogo liże:

Przytula pyszczek do uśmiechniętej psiej mordy, która liże szorstkim językiem, by dodać otuchy.

Czy to literówka i powinno być którą, czy to pies miał szorstki język? (Teraz już wiem, bo czytałam komentarze, ale podczas lektury tekstu tak się zastanawiałam).

Klimaty też nie moje i mam małą wiedzę o całej sprawie, więc zamierzałam napisać z ostrożności tylko kilka zdań, a tu widzę, że mój komentarz się nieco rozrósł, także możliwe, że coś pokręciłam i źle zrozumiałam, w takim wypadku proszę nie bić!

Spośród wszystkich Twoich opowiadań, które do tej pory czytałam, to podobało mi się najbardziej i pewnie najdłużej zostanie mi w pamięci. Podobało mi się, jak powiązałeś fakty z fikcją. O francuskiej kotce w kosmosie czytałam wcześniej i wiedziałam, że wróciła żywa na Ziemię, a mimo to miałam wrażenie, że Twoja Bradziaga sama wlazła w łapy naukowców, chciała jeszcze raz polec ieć w kosmos, by umrzeć tam, gdzie jej przyjaciel. I tym gorszy wydaje mi się jej prawdziwy los. Z nijakim wstydem przyznaję, że na koniec trochę mi oczy zwilgotniały.

Dziękuję, Ninedin, za wizytę i ciepły komentarz. To zawsze wielki komplement dla autora, gdy czyta, że tekst wywołał emocje i one wzięły górę podczas lektury. A skoro nic w tej lekturze nie przeszkadzało, tym bardziej jestem kontent. Oczywiście również bardzo dziękuję za głosy na nominację. Do zobaczenia pod Twoim opowiadaniem.

Wilku. Zawsze istnieje jakaś wersja "deluxe". Ale akurat jestem świeżo po seansie filmu "Geniusz" (polecam) i uwierz mi, jestem pewien, że czasem te wersje deluxe powinny pozostać w szufladzie ;)

Witam, Cobolda. Dziękuję za tak rozbudowany komentarz. Masz rację, końca tej walki nie widać. Skusił mnie ten konkurs, nie powiem. Zresztą, nie mogłem zawieść Cienia swoją absencją. Piszę, piszę sporo. Ale bez limitu i deadline końca tego pisania nie widać. Mówisz, o nadmiarze faktów i informacji. Miałem nadzieję, że wyciągnąłem wnioski po "Clas Myrddyn" i mocno ograniczyłem ten pęd do dzielenia się wiedzą i efektami dokładnego researchu. I że nie na tu klasycznych infodumpów, których rzeczywiście nie lubimy.

Epizody paryskie i czarnomorski w dużej części opierają się na domyślnych świadkach wydarzeń. Czy to marynarzu, agentach-dyplomatach czy podwójnych agentach jak kierowca-palacz gitanesów (to rzeczywiście mogło być zbyt głęboko ukryte), którzy relacjonowali te wydarzenia Wasinowi. Ale poniekąd jest to pewnego rodzaju narrator wszechwiedzący. Cieszę się również, że znalazły się tutaj jakieś elementy, które jednak Ci się spodobały.

Tobie również dziękuję, Sonato, za lekturę i rozbudowaną opinię. Jeśli nie samo opowiadanie, ale chociaż opowiedziana historia wydała się interesującą, to także się cieszę. Oczywiście skoro faktów ponaciągałem, ale dużo jest w tej historii prawdy. I masz rację. Część tej historii bulwersuje i oburza. Czy Rosjanie zrobiliby aż tyle w imię przyjaźni kota i psa? No to już czysta fantastyka, ale mi się taka koncepcja spodobała. Może rzeczywiście to miała być zemsta Korolewa albo manifest polityczny? Aha. Mój pies naprawdę miał język szorstki. Ale skoro to już drugą osobę zastanawia, to może po wynikach zmienię na wilgotny? Przemyślę. Fajnie, że udało mi się napisać sceny, które zrobiły na Tobie wrażenie i wzbudziły emocje.

Irka_Luz. Bardzo dziękuję za wizytę i komentarz. Nie ma się czego wstydzić. Wyznanie dotyczące wilgotnych oczy to prawdziwy komplement dla autora. Nie miało być ckliwie, ale na pewno zależało mi na wzruszeniu i poruszeniu czytelnika. Cieszę się, że się tekst się podobał.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Czyli co, Marasie, jednak #teamKompresjaTekstu czasem przeważa nad #teamWiecejZnakow? ;) 

Marasie, napisałeś na prawdę dobry tekst i to nie podlega w ogóle dyskusji. Pod względem dbałości o szczegóły, kreacji bohaterów, nawiązania do historycznych wydarzeń nie ma się do czego przyczepić. Jednak gdyby nie lektura komentarzy, to niewiele zrozumiałabym po pierwszym czytaniu, bez szukania informacji w sieci. Dodam jeszcze jedną łyżkę dziegciu, otóż zupełnie nie rozumiem tej akcji z wypuszczaniem kota w Paryżu, pomijając już fakt, że trzeba było tę kotkę jednak jakoś przewieść do Francji (chyba że przybyła oficjalnie). To mi zgrzyta.

Podoba mi się za to, jak pokazałeś wewnętrzną walkę Orłowa. Z jednej strony ludzkie odruchy, traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa, powracający koszmar, a z drugiej wiara w partię, która powinna być lekarstwem na wszystko. A nie jest. Na pewne rzeczy pomaga (doraźnie) tylko duża dawka spirytusu.

No i emocje. Nafaszerowałeś tekst emocjami, zwłaszcza relację między zwierzętami, i bardzo dobrze ci to wyszło. Ja lubię, kiedy tekst wzbudza emocje i nie zostawia czytelnika obojętnym.

O ile wcześniej nie byłam pewna, to teraz już wiem, co powinnam zrobić.

"Fajne, a nawet jakby nie było fajne to i tak poszedłbym nominować, bo Drakaina powiedziała, że fajne". - MaSkrol

Dziękuję bardzo, AQQ, za odwiedziny i głos na nominację. I to po namyśle i wątpliwościach, jak zrozumiałem. Tym bardziej mi miło, że jakiś element opowiadania przeważył na moją korzyść.

Jak rozumiem, miałaś problem z rozwikłaniem fabuły. Być może nie jest taka prosta, jak myślałem, a może podana jest w sposób nieco zawikłany.

Epizod paryski. Hmm. Załóżmy, że kotka była bagażem dyplomatycznym nieoficjalnego gościa kongresu zza żelaznej kurtyny ;)

Jednak przede wszystkim jestem zadowolony z tego, że udało mi się wzbudzić u czytelnika emocje. No i również za wszystkie inne pochwały odnośnie bohaterów, researchu itd. serdecznie dziękuję. No i cieszę się, że doceniłaś kreację Orłowa.

Do zobaczenia pod "Wodą"…

Po przeczytaniu spalić monitor.

Mr Maras – trafiłeś tym tekstem w mój czuły punkt, przeczytałam i zrobiło mi się bardzo, bardzo smutno, mimo iż to pewnie zasługa albo raczej wina mojej nadmiernej wrażliwości, bo sam tekst chyba aż taki smutny nie był :) A teraz tak już bardziej na temat – wnikliwy research zaowocował rewelacyjnym opowiadaniem :) Świetnie to wszystko połączyłeś, tworząc wciągającą i emocjonalną historię, umiejętnie opartą na faktach i Twojej wyobraźni. Jak najbardziej popieram nominację do piórka :)

Cieszę się, że tu zajrzałaś, Katiu72 i bardzo dziękuję za komentarz oraz głos na nominację! Mam nadzieję, że ten smutek, który u Ciebie wywołałem, nie był smutkiem głębokim i przygnębiającym, ale jeśli był z tych smutków pełnych zadumy to chyba powinienem być zadowolony. Nie wiem czy zasłużyłem na te wszystkie miłe słowa na temat opowiadania, ale za nie też bardzo dziękuję.

Tobie również dziękuję za głos nominujący, Irka_Luz!

Po przeczytaniu spalić monitor.

Zawsze kupisz mnie zimną wojną i ZSRR. Ten klimat psychozy, zaszczucia i przeraźliwego bezsensu ich problemów wynikającego z samego ustroju wyszedł Ci tutaj przednio. Podziwiam za oddanie realiom historycznym zarówno od strony języka i słownictwa opisującego przeszłe ubiory czy samochody (a brak rusycyzmów czy wtrąceń nawet mi się podoba, tło i historia są już wystarczająco przeżarte “radzieckością”). Świetnie mi się to czytało… aż nastał koniec. Pierwsza część opowiadania utrzymana jest w klimatach pewnej tajemnicy, zaszczucia związanego z przesłuchaniem – a tuż przy końcu bardzo skrajnie uciekasz w uczuciowość i pewnego rodzaju smutek. Wydaje mi się, że skrot był zbyt odważny i mam wrażenie “rozklejania” się początku z końcem pod względem emocji. Innymi słowy – atmosfera zakończenia nie wynika z początku (albo została zbyt słabo rysowana w miarę przebiegu akcji). Ale to może i ja mam skrzywione emocje, ciężko mi się “wczuć w opowiadanie" (jestem długodystansowcem, wolę objętość książki ;). Tak czy inaczej – bardzo fajnie to przemyślałeś i rozpisałeś.

Dziękuję, STN, że wpadłeś i zostawiłeś mi prezent w postaci komentarza. A skoro Ciebie kupiłem "środowiskiem" mojej historii i nie zawiodłem wykonaniem, tym bardziej się cieszę. Te detale dotyczące np. garderoby czy motoryzacji też uważam za wystarczające i nie chciałem wyjeżdżać z rusycyzmami. Łatwo było np. nazwać żołnierza sołdatem, ale przecież wszystko niemal miało być w fabule transferowane z realiów ZSRR, także język, więc rusycyzmy byłyby imo przesadą. 

Co do oderwanego klimatycznie zakończenia. Hmm. Czy rzeczywiście gwałtownie skręciłem w smutek? Nie wiem. Finał przesłuchania Wasina wydał mi się sensowny. Takie, a nie inne podsumowanie wędrówki kota również miało uzasadnienie w fabule. Na tym polegał poniekąd pomysł wyjściowy. Jeden kot Włóczęga, który odwiedza trzy kontynenty, dwa systemy, dwa programy kosmiczne i zahacza dwukrotnie o kosmos. W imię przyjaźni.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dlatego cieszę się, że znalazłeś złoty środek (przynajmniej dla mnie – ale to zawsze mnie obchodziło, nie innych ;).

Może “oderwane” jest zbyt mocnym słowem, po przemyśleniu skłaniałbym się ku… nie wiem. :D

Zgodzę się, że zakończenie (w sensie wydarzeń) jest w pełni uzasadnione i powiązanie logiczne (przyczyna-skutkek) nie został zaburzony. Ale – nie siadło mi coś na poziomie emocjonalnym, atmosfera nie skleiła się tak, jak zamierzałeś. W tym sensie, że pasaż pomiędzy przesłuchaniem, ulicami kolejnych miast (ustrojów), kapsuła w rakiecie, w moim przypadku nie zadziałał – ten “emocjonalny lejek”, którym miałem spłynąć, wydał mi się lekko przyśpieszony i luźno splątany. 

Brzmi to jak twardy zarzut, a to tylko próba opisania swoich uczuć. Podobało się, nawet bardzo, ale na poziomie emocjonalnym “coś mi się nie skleiło”. Tylko tyle. ;)

STN. Mam ten tekst wciąż w głowie poniekąd, a przynajmniej jego echo, bo piszę już coś innego, dlatego moje subiektywne odczucia odnośnie emocjonalnego lejka są klarowne. Ten uskok, o którym wspominasz, mi umyka. Może gdybym dodał z dwie sceny i płynniej rozegrał kompozycyjnie linię emocjonalną, takiego wrażenia byś nie miał. Ale byłoby to jednocześnie zbędne lanie wody. Wszystkie wydarzenia, prawdziwe i nieprawdziwe się zazębiły na płaszczyźnie fabularnej. A emocję w jednym miejscu wątku wyciszyły (Wasin) ostatecznie, w drugim "eksplodowały" w smutnym finale.

Na ten rozdźwięk czy może uskok emocjonalny nikt wcześniej nie zwracał uwagi, więc zakładam, że to Twoja literacka wrażliwość odgrywa tutaj sporą rolę.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nie miało być ckliwie, ale na pewno zależało mi na wzruszeniu i poruszeniu czytelnika.

Marasie, ckliwym bym tego opka w żadnym razie nie nazwała. :)

Ano, Marasie, chyba zgodziłabym się z STN. Gdyby dopracowywać to opowiadanie (droga ku doskonałości) pewnie prosiłoby się o uzupełnienie przeskoków.

Jakich, jeszcze nie wiem, nie zastanawiałam się nad tym. Może: ludzie-zwierzęta; może tylko zwierzęta z perspektywy ludzie; może tylko ludzie, bo Francuzi niereprezentowani. Ja sporo wiem o wysyłaniu zwierząt w kosmos, “ekipach trenujących” i historii tych konkretnych bohaterów. Przy czym, Twoja opowieść jest zdecydowanie świeża, inna, oryginalna, to nie są niczyje kalki, a to cenię bardzo, wysoko! Poza tym pięknie złożona historia plus język.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Opowiadanie jest prześwietne. Bardzo podobało mi się powolne ujawnianie relacji psa i kota i porównanie relacji Łajki i Bradziagi do suki i jej szczeniąt. Zakończenie jest wyjątkowo poruszające, szczególnie opis ostatnich chwil przyjaciół. Również fragmenty przesłuchania wypadły świetnie, zwykle w poszatkowanej narracji jeden z wątków zaczyna mnie nużyć, tutaj tworzą spójną całość. Dodatkowo plus za siedzenie na baczność:)

Dziękuję, Irka_Luz :)

Asylum. Oczywiście, każde opowiadanie można ulepszyć. Ja w tej drodze do "doskonałości" zazwyczaj poprawiam i poprawiam teksty w nieskończoność (pewnie jak każdy). Konkursy mają limit i deadline, czyli oferują bat nad głową. Wypuszczony tekst jest jak dziecko, które wyszło z domu rodziców.

Dziękuję za wizytę i miłe słowa, Fladrifie. Cieszę się, że aż tyle składowych mojej opowieści przypadło Tobie do gustu. No i że dwutorowa narracja nie okazała się nużąca.

Do zobaczenia pod Twoim opowiadaniem.

Po przeczytaniu spalić monitor.

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dzięki za kropkę, Cieniu Burzy. Jakieś tam poprawki naniosłem, jak widać po przekroczonym limicie, ale czy na darmo, to się okaże, TY PODŁY, OKRUTNY ŻARTOWNISIU BEZ SERCA!

Akurat wczoraj minęła kolejna rocznica lotu Łajki, więc mój okolicznościowy tekścik dedykuję wszystkim zwierzętom zamęczonym przez człowieka "w imię nauki".

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ja Ciebie też, mr.Marasie. Ja Ciebie też.

 

Peace!

 

P.S.

Dedykacja absolutnie… absolutna. Dałbym Ci za nią dodatkowy punkcik, gdybym jeszcze mógł.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

He! Teraz to dodatkowy punkcik, a przecież ledwie kilkunastu zabrakło żeby przejść dalej.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Normalnie Bradziaga i Kudriawka ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dobrze napisane, w dobrym stylu. Ciekawa historia, pomimo że z poszatkowaną narracją czyta się płynnie. W sposób nienachalny końcówka wzbudza emocje.

Dziękuję, Cichy0, za wizytę i komentarz. Oczywiście dzięki za miłe słowa. Cieszę się, że końcówkę odebrałeś jako nienachalną. Do zobaczenia pod Twoim opowiadaniem.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Bardzo mi się Twój tekst podobał, nie wymyślę nic więcej ponad to, co już zostało podniesione w komentarzach. Po słowach z przedmowy trochę bałam się czytać to opowiadanie. Obawiałam się, że będę łkała jak w trakcie lektury “Białego Bima, Czarne Ucho”… Oczywiście, wzruszenie było, ale subtelne, bez wyciskania łez przemocą.

Pozwolę sobie tylko na jedną małą uwagę: “uszatka” to taka sowa, a czapka to “uszanka”.

Pozdrawiam smiley

Tobie też dziękuję za lekturę i opinię na temat tekstu, Facies_Hippocratica. Dobrze, że nie doszło do wyciśnięcia łez i wyszło subtelnie. Ta przedmowa dodana została później, ale pisząc tekst pamiętałem o zbliżającej się rocznicy i w sumie poniekąd gdzieś w tyle głowy ta inspiracja się błąkała.

Przyznam szczerze, że zawsze myślałem, że to czapka uszatka i tak zawszę ja nazywano w moich stronach. Internety podają obie formy, widocznie ta druga, podobno żartobliwa, też sie przyjęła. Ale faktycznie, u źródeł to była jednak uszanka. Pomyślę nad zmianą po konkursie.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ach, panie Marasie! O ile Twoje fantasy to raczej nie moja para kaloszy, tak Twoje sf czyta mi się niezwykle przyjemnie. Choć akurat tutaj zastanawiałem się chwilę, co w ogóle można zakwalifikować jako tę fikcję i wyszło mi, że chyba fakt, że kotka przeżyła lot w warunkach gorszych niż spartańskie. A potem przejrzałem komentarze i okazało się, że dobrze dzwoniło, choć może niekoniecznie w dobrym kościele. :p

Jako osoba wciąż jeszcze młoda, nie znam z autopsji realiów zimnowojennych, toteż większość postaci, wydarzeń, miejsc brałem na wiarę jako efekt Twojej inwencji. Z komentarza-rzeki (:p) dowiedziałem się, że właściwie wszystko to były fakty i chciałbym tutaj Cię przestrzec, że łatwo przeszarżować z liczbą informacji, przez co tekst dla laika staje się ciężkostrawny. Ale nie oceniamy komentarza, tylko opowiadanie, w którym ten zabieg akurat nie wywołał zgagi – przynajmniej u mnie. ;)

Konstrukcja tekstu bardzo dobra. Krótkie sceny, duży nacisk na dialogi, przeplatanie płaszczyzn czasowych. Czyta się samo. Profeska!

A witam, panie Jasna Strono, dziekuję za wizytę i obszerny komentarz. Więc powiadasz, że moje s-f ok, a fantasy nie pasi? :) Hmm. W najbliższym czasie będzie jednak s-f. Fantasy dojrzewa.

Tych elementów fantastycznych jest trochę w tekście. Sam kot i jego lot to czysta fikcja, szanse na przeżycie zerowe, tutaj już wybitnie zadziała tajemnicza moc Bradziagi ;).

Orłow i Wasin to fikcyjne postacie, reszta prawdziwa (nie licząc pracowników CERMA, marynarza, dyplomatów, żołnierza w korytarzu i wojaków łapiących psy ;)).

Realia zimnowojenne znam mgliście z dzieciństwa, ale urodziłem się już pod koniec wojny wietnamskiej ;)

Prawdziwych informacji jest sporo, ale głównie dlatego, że żonglowałem faktami przeplatając je z fikcją i naginając, i tak właśnie zbudowałem fabułę. A skoro zgagi nie było to się cieszę. Za pochwały w ostatnim akapicie serdecznie dziękuję, zwłaszcza za "profeskę!".

Po przeczytaniu spalić monitor.

Bardzo ładne, klimatyczne opowiadanie z naszej strony Żelaznej Kurtyny. Szczypta zwierzęcej przyjaźni, odrobina nauki, fajny pomysł na formę historii. Tekst napisany też lekko, toteż nie czuć, ze na siłę wciskasz do niego dużą ilość faktów. Trochę jednak gubiłem się w ilości imion i nazwisk Rosjan, gdy zapodałeś ich sporą ilość.

Tak więc bardzo ładny koncert fajerwerków, z odpowiednimi emocjami :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Ech, skrzywdziłeś mnie tym tekstem, Marasie. Bardzo nie lubię historii o Łajce (ogólnie, jako faktu). Przepełnia mnie szczególnym żalem. Być może dlatego, że śmierć w przestrzeni kosmicznej wydaje się jeszcze bardziej okrutna; że nieświadome zwierzę musiało przeżywać tyle cierpienia przed i już w trakcie… ale nie o tym, historii się już nie zmieni.

Tak więc zorientowawszy się, o czym będzie tekst, byłam zniechęcona. Mimo to historia mnie pochłonęła. Napisana jest świetnie, bardzo przypasował mi wybrany przez Ciebie sposób narracji (troszkę przypomina mi moje rozwiązanie w psokotowym opku) – dialogi nie nużą, ale fajnie wprowadzają kolejne elementy układanki, wyszło więc bardzo filmowo, tak szpiegowsko :) i chociaż tyle pocieszenia, że Łajka miała się do kogo tulić, bo te koty, skubańce, zawsze się jakoś wyłgają z opresji. Subtelny, ale naprawdę fajny pomysł na wątek fantastyczny, na dodatek bardzo sprawnie wpleciony w historyczną materię.

Naprawdę mi się podobało. I naprawdę mi teraz smutno.

Dzięki za komentarz i dobre słowo, NWN. Ładne, klimatyczne, lekko napisane i z emocjami – miło to czytać. Czyli Twoim zdaniem w porządku. Nazwiska lecą raz, gdy Orłow je wymienia, istotne są tylko dla tej sceny, wymowy jego słów. Nie mają znaczenia dla całości. Faktów jest sporo. Ale też sporo tych faktów naciągnąłem.

Tobie także dziękuję za wizytę i bardzo miły komentarz (do Twojego tekstu wkrótce wrzucę), Nir. Przykro mi, że wprawiłem Ciebie w smutny nastrój. Cóż, w mojej historii Łajka miała przynajmniej w chwili śmierci przyjaciela, który ją wspierał. Chociaż tyle mogłem dla niej zrobić.

Narracja dla mnie nowa. Nie to żeby jakaś trudna w prowadzeniu, ale wcześniej jej chyba nie stosowałem.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Solidne opowiadanie, Marasie.

Jeśli chodzi o hrabiowski gust, to tym razem utrafiłeś w sedno. Czytałem jakiś czas temu artykuł o zwierzakach w kosmosie, Twój tekst był ciekawą na ten temat wariacją faktu i fikcji.

Bradziaga jest, zdawałoby się, zwykłym kotem, a jednak przez pryzmat wielu miejsc i na przestrzeni lat, wykreowałeś w jej kociej osobie ciekawą, tajemniczą bohaterkę. W tekście jest sporo smaczków, jednak wydaje mi się, że i bez detalicznej wiedzy można czerpać sporą przyjemność z jego lektury.

Napisane bez zarzutu, zakończenie niezłe, a tytuł, choć prosty, bardzo pasuje do treści.

Dobra żonglerka tempem i konsekwentna immersja, którą pomagały budować historyczne osobistości.

Słowem – podobało mi się.

 

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

No proszę, trafiłem w sedno hrabiowskiego gustu! I to nie horrorem!

A tak serio. Dzięki za Lożowskie odwiedziny i komentarz, CountPrimagenie (nie wszyscy Lożownicy pamiętają o krótkim chociażby uzasadnieniu swoich wyroków, jak ostatnio zauważyłem).

Cieszę się, że, chyba jako pierwszy, zwróciłeś uwagę na tytuł. Fajnie, że tekst wydał Ci się ciekawy i napisany bez zarzutu, a kocia bohaterka tajemnicza :). No i ogólnie solidnie Twoim zdaniem. I że się podobało. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nowa Fantastyka