- Opowiadanie: drakaina - Pan Samochodzik i Śpiąca Królewna

Pan Samochodzik i Śpiąca Królewna

Chcie­li­ście Gien­ka, no to go macie.

 

Chro­no­lo­gicz­nie mię­dzy “Psem czar­nym” a “Czymś w ma­szy­nie”, jak mnie­mam, ale zna­jo­mość obu po­zo­sta­łych tek­stów z uni­wer­sum Wy­dzia­łu Siód­me­go ab­so­lut­nie nie jest ko­niecz­na.

 

Edit (18.10.2019): zmie­ni­łam tytuł, bo pany Sa­mo­cho­dzi­ki miały za­wsze “i coś”, mam na­dzie­ję, że zo­sta­nie to wy­ba­czo­ne przez sza­now­ny nad­zór kon­kur­so­wy

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Pan Samochodzik i Śpiąca Królewna

– Co to jest? – Po­rucz­nik Gie­nek Widok wy­ba­łu­szył oczy.

Ada­mo­wicz stał na par­kin­gu, gła­dząc ciem­no­czer­wo­ny, lekko zma­to­wia­ły la­kier… po­jaz­du.

– Sa­mo­chód – od­parł. – Pan Sa­mo­cho­dzik.

Gie­nek rzu­cił mu spoj­rze­nie spode łba, ale na twa­rzy szefa nie drgnął żaden mię­sień.

– Wsia­da pan? – za­py­tał Ada­mo­wicz uprzej­mie.

Sa­mo­chód wy­glą­dał jak wy­cią­gnię­ty z mu­zeum albo planu fil­mo­we­go. Jak tu jeź­dzić czymś takim? Zwłasz­cza na akcję.

– A nie mo­że­my po pro­stu wziąć po­lo­ne­za? – Gie­nek wska­zał sze­reg nie­ozna­ko­wa­nych służ­bo­wych wozów sto­ją­cych na po­dwór­ku.

Ada­mo­wicz skrzy­wił się.

– Nie – od­parł krót­ko.

 

***

 

Sil­nik mru­czał jak kot, sa­mo­chód nie­wąt­pli­wie się to­czył, ale Gie­nek za­sta­na­wiał się, czy da­li­by radę ści­gać nim ko­go­kol­wiek nawet na nie­za­tło­czo­nej ulicy. Przy­po­mniał sobie wpraw­dzie, że Steve McQu­een dawał radę sta­rym for­dem mu­stan­giem, a ruch w San Fran­ci­sco w la­tach sześć­dzie­sią­tych był pew­nie więk­szy niż dwa­dzie­ścia lat póź­niej w Kra­ko­wie, ale też to cudo miało pół wieku wię­cej.

– Co dziś ro­bi­my… ka­pi­ta­nie?

Gie­nek nie miał pro­ble­mu z tym, że wy­glą­da­ją­cy na trzy­dziest­kę Ada­mo­wicz jest jego sze­fem. Od tego fa­ce­ci­ka w sta­ro­świec­kim płasz­czu i ka­pe­lu­szu zdar­tym z Hum­ph­reya Bo­gar­ta biła aura pro­fe­sjo­na­li­zmu i kom­pe­ten­cji. „Przed­wo­jen­na klasa” – my­ślał Gie­nek, ile­kroć sta­wał w drzwiach urzą­dzo­ne­go po sta­ro­świec­ku ga­bi­ne­tu, ukry­te­go w pod­zie­miach gma­chu na Mo­gil­skiej.

– Zo­ba­czy pan – od­po­wie­dział prze­wi­dy­wal­nie Ada­mo­wicz. Więk­szość spraw Wy­dzia­łu Siód­me­go tak wła­śnie się za­czy­na­ła. Tym razem jed­nak szef ode­rwał na mo­ment wzrok od ulicy za przed­nią szybą i spoj­rzał na pod­wład­ne­go, po czym oznaj­mił bez­na­mięt­nie: – Szu­ka­my czar­nej wołgi.

Gie­nek uznał, że Ada­mo­wicz żar­tu­je.

 

***

 

Wle­kli się naj­pierw długo przez Kra­ków, na drugą stro­nę mia­sta, wzbu­dza­jąc mniej­sze niż można się było spo­dzie­wać za­in­te­re­so­wa­nie prze­chod­niów przemykających w po­dmu­chach zim­ne­go wia­tru, a na­stęp­nie w Bro­no­wi­cach wy­je­cha­li na szosę ol­ku­ską. Je­sien­ne mgły i za­czy­na­ją­cy wła­śnie padać deszcz nie do­da­wa­ły oko­li­cy uroku, więc Gie­nek nawet nie za­re­ago­wał, kiedy w Szy­cach skrę­ci­li w prawo i mi­nę­li re­stau­ra­cję, do któ­rej cza­sem wy­bie­rał się w nie­dzie­lę na obiad. Po praw­dzie przy­sy­piał i ma­rzył o nie­do­pi­tej przed wy­jaz­dem kawie, sty­gną­cej teraz na biur­ku.

Albo o cze­ko­la­dzie. Praca w Sió­dem­ce miała jeden wiel­ki plus: Gie­nek prze­stał być za­leż­ny od ka­pry­sów ka­dro­wej Ha­lin­ki (a niech się nie­wdzięcz­na pusz­cza z tym przy­stoj­nia­kiem z dro­gów­ki!) ani przy­dzia­łu bonów do Pe­we­xu, po­nie­waż współ­pra­cu­ją­cy z wy­dzia­łem pso­łak Ste­fan Szwarc pod­rzu­cał cza­sem sło­dy­cze z Nie­miec.

– Cze­ko­la­dy? – za­py­tał Ada­mo­wicz, jak zwy­kle tro­chę za­glą­da­jąc w myśli Gien­ka. Choć, trze­ba było przy­znać, od­gad­nię­cie tego ma­rze­nia nie wy­ma­ga­ło wiel­kie­go pod­słu­chi­wa­nia.

– Mhm – od­parł Gie­nek.

Szef le­d­wie mu­snął scho­wek, który otwarł się jak do­tknię­ty ma­gicz­ną różdż­ką. W środ­ku le­ża­ła ta­blicz­ka w li­lio­wej okład­ce. Szwaj­car­ska, naj­lep­sza. Gie­nek po­wą­chał za­war­tość z roz­ma­rze­niem.

– Skąd tyś się wła­ści­wie urwał, Ada­mo­wicz? – za­py­tał, wpa­tru­jąc się w fio­le­to­wą krowę, sym­bol nie­osią­gal­ne­go luk­su­su, i po­wo­li roz­gry­za­jąc chru­pią­cy orzech la­sko­wy.

To było py­ta­nie ry­tu­al­ne. Szef jak zwy­kle uśmiech­nął się tylko le­d­wie za­uwa­żal­nie i mil­czał.

W końcu skrę­ci­li w jesz­cze bar­dziej bocz­ną drogę, na któ­rej naj­więk­szy śpioch mu­siał­by się obu­dzić w bez­po­śred­niej kon­fron­ta­cji z wy­bo­ja­mi. Sil­nik mru­czał nieco gło­śniej, ale sa­mo­chód piął się po­słusz­nie pod górę, pod­ska­ku­jąc na każ­dej dziu­rze.

– Wy­trzy­ma? – za­py­tał Gie­nek, usi­łu­jąc nie dać po­znać po sobie nie­po­ko­ju. W takie miej­sce pe­ka­es ra­czej nie do­jeż­dża, trze­ba by wra­cać do głów­nej, a dia­bli wie­dzą, czy w ogóle po­je­dzie. Po­ma­cał kie­szeń: le­gi­ty­ma­cja na miej­scu, w razie czego zmusi się ja­kie­goś pry­wat­ne­go do pod­wie­zie­nia.

– Wy­trzy­ma. Nie takie rze­czy wy­trzy­my­wał.

„Jasne” – po­my­ślał Gie­nek. „Wy­chu­cha­ne cacko z dwu­dzie­sto­le­cia”. Co temu Ada­mo­wi­czo­wi od­bi­ło, żeby czymś takim tłuc się po wio­skach?

– Może jesz­cze po­wiesz, że wal­czył na woj­nie – rzu­cił z prze­ką­sem.

Ada­mo­wicz zmru­żył je­dy­nie oczy i oczy­wi­ście mil­czał.

– Pierw­szej – dodał Gie­nek dla pod­trzy­ma­nia kon­wer­sa­cji, ale bez więk­szej na­dziei na od­po­wiedź.

Szef jed­nak go za­sko­czył.

– Ow­szem – od­parł.

I tyle.

 

***

 

– Co to jest? – Gie­nek wy­ba­łu­szył oczy po raz drugi tego dnia.

Przed nimi z mgły wy­nu­rzy­ły się ruiny. Ada­mo­wicz za­trzy­mał sa­mo­chód i zga­sił sil­nik.

– Niech pan wy­sia­da – po­wie­dział – ja mam tu jesz­cze coś do za­ła­twie­nia.

Gie­nek nie­chęt­nie wy­szedł w pa­skud­ną mżaw­kę. Się­gnął do kie­sze­ni płasz­cza, ale przy­po­mniał sobie, że od roku nie pali. Od kiedy le­karz po­ki­wał głową nad wy­ni­ka­mi EKG i rzu­cił mi­mo­cho­dem, że na miej­scu po­rucz­ni­ka dałby sobie spo­kój z pa­pie­ro­sa­mi. Obo­jęt­ny ton le­ka­rza, naj­wy­raź­niej nie­wie­rzą­ce­go w ludz­kość, po­dzia­łał. A Gie­nek od tego czasu wy­mie­niał z ko­le­ga­mi kart­ki na pa­pie­ro­sy na te na cu­kier. Drę­czy­ły go cza­sem wąt­pli­wo­ści, czy kar­dio­log uznał­by to za dobrą zmia­nę, ale jed­no­cze­śnie miał ko­ją­ce po­czu­cie, że po­słu­chał rady.

Gie­nek też nie bar­dzo wie­rzył w ludz­kość. Chwi­lo­wo jed­nak głów­nie tra­cił wiarę w po­czy­tal­ność Ada­mo­wi­cza, który po­chy­lał się nad kie­row­ni­cą i wy­glą­dał, jakby szep­tał coś do dyk­ta­fo­nu. Gie­nek pra­co­wał w Sió­dem­ce od kilku mie­się­cy i zdą­żył po­lu­bić szefa, nie wy­zbył się jed­nak przy­ro­dzo­nej po­dejrz­li­wo­ści. Co je­że­li nie zdał ja­kie­goś testu i do­sta­nie teraz kulkę w łeb, a kiedy na wio­snę ktoś znaj­dzie ciało, o Ada­mo­wi­czu wraz z jego dzi­wacz­nym sa­mo­cho­dem nikt nie bę­dzie pa­mię­tał?

Co to on po­wie­dział? Że szu­ka­my czar­nej wołgi? Gie­nek po­czuł zimny dreszcz. Nagle nie­ty­po­we za­cho­wa­nie szefa za­czę­ło na­bie­rać no­wych, zło­wiesz­czych zna­czeń. Zer­k­nął ukrad­kiem na sa­mo­chód. Nie czar­ny i nie wołga. Może się do­brze ka­mu­flu­je. Roz­są­dek usi­ło­wał pod­po­wie­dzieć, że na dyk­ta­fon zo­sta­ły za­pew­ne na­gra­ne in­for­ma­cje, gdzie ich w razie czego zna­leźć, ale takie coś zo­sta­wia się prze­cież w biu­rze, a nie sa­mo­cho­dzie za­par­ko­wa­nym w miej­scu, gdzie dia­beł mówi do­bra­noc!

Ga­lo­pu­ją­cą pa­ra­no­ję prze­rwał trzask drzwi­czek. Przed Gien­kiem stał Ada­mo­wicz w nie­na­gan­nie od­pra­so­wa­nym płasz­czu, spodniach z kan­tem oraz ele­ganc­kich bu­tach. Po­dróż po wy­bo­istych dro­gach i mżaw­ka jakby go nie do­ty­czy­ły. Zmie­rzył pod­wład­ne­go kry­tycz­nym wzro­kiem.

– Jak dobry jest pan we wspi­nacz­ce?

– Mam za­świad­cze­nie z te­stów spraw­no­ścio­wych – od­parł od­ru­cho­wo Gie­nek.

Ada­mo­wicz skrzy­wił się.

– Więk­szość z nich nawet za­li­czy­łem – obu­rzył się Gie­nek. – Nie­źle bie­gam, z wy­trzy­ma­ło­ścią nie jest bar­dzo źle, dam radę pod­nieść coś cięż­kie­go…

– Zna­czy ze wspi­nacz­ką jest nie­do­brze – prze­rwał mu szef. – Niech bę­dzie. Idzie pan pro­sto, a ja do­oko­ła i scho­dzę z góry.

– Pro­sto?

Ada­mo­wicz wska­zał na ma­ja­czą­ce mię­dzy drze­wa­mi ka­mien­ne łuki w murze, za­bi­te de­ska­mi. Drew­no nawet z tej od­le­gło­ści wy­glą­da­ło na zbu­twia­łe.

– Co jest w środ­ku?

– Sam chciał­bym wie­dzieć. I za chwi­lę się do­wie­my. – Ada­mo­wicz na­cią­gnął na dło­nie skó­rza­ne rę­ka­wicz­ki, po­pra­wił ka­pe­lusz i ru­szył w lewo, mię­dzy drze­wa, ku roz­pa­da­ją­cej się wieży. Gien­ko­wi nie po­zo­sta­ło nic in­ne­go, jak po­dejść wąską, za­ro­śnię­tą ścież­ką ku bra­mie.

Nie zdą­żył za­py­tać, czy po­wi­nien być bar­dzo ostroż­ny czy tylko ostroż­ny, więc na wszel­ki wy­pa­dek wy­brał pierw­szą opcję i do roz­mon­to­wy­wa­nia desek za­brał się po­wo­li i uważ­nie, wy­czu­la­jąc słuch na wszel­kie po­dej­rza­ne od­gło­sy. W lesie pa­no­wa­ła jed­nak cisza – jak do­brze po­my­śleć, dzi­wacz­na cisza, uświa­do­mił sobie. Nawet je­sie­nią po­wi­nien prze­cież sły­szeć sroki, mysz sze­lesz­czą­cą w ściół­ce albo choć­by szmer spa­da­ją­cych liści. A tu nie było sły­chać nawet kro­ków Ada­mo­wi­cza.

Gie­nek stłu­mił prze­kleń­stwo. Szef miał w sobie coś ta­kie­go, że od­uczył współ­pra­cow­ni­ka kląć w swo­jej obec­no­ści, nie­mniej wie­lo­let­nie przy­zwy­cza­je­nia nie­ła­two wy­ko­rze­nić cał­ko­wi­cie. Gie­nek wsłu­chi­wał się więc przez chwi­lę w ciszę, po­wta­rza­jąc w my­ślach co bar­dziej so­czy­ste okre­śle­nia na zło tego świa­ta.

W tej mar­two­cie dwa dźwię­ki, które roz­le­gły się nie­mal jed­no­cze­śnie, sta­no­wi­ły tym więk­sze za­sko­cze­nie. Naj­pierw tuż za zbu­twia­ły­mi de­ska­mi, któ­rych nie zdą­żył jesz­cze cał­kiem usu­nąć, coś sko­czy­ło mięk­ko na zie­mię, a na­stęp­nie ciszę prze­szył sko­wyt nie­po­dob­ny do cze­go­kol­wiek, co Gie­nek sły­szał w na­tu­rze albo na fil­mach przy­rod­ni­czych.

Moc­nym ude­rze­niem pod­nie­sio­ne­go z ziemi ko­na­ra roz­trza­skał po­zo­sta­łe desz­czuł­ki i sko­czył w otwór, po czym za­marł.

Przed sobą miał zruj­no­wa­ny dzie­dzi­niec, z pu­sty­mi okna­mi wy­glą­da­ją­cy­mi jak upior­ne oczo­do­ły, w któ­rych kłę­bi­ła się mgła. Na środ­ku dzie­dziń­ca stał Ada­mo­wicz, trzy­ma­jąc w że­la­znym uści­sku wi­ją­ce się wło­cha­te stwo­rze­nie, przy­wo­dzą­ce na myśl skrzy­żo­wa­nie nie­wiel­kiej małpy z ba­zy­lisz­kiem. Na widok Gien­ka stwór wydał ko­lej­ny prze­raź­li­wy sko­wyt, ob­na­ża­jąc przy tym dłu­gie białe kły.

– Niech pan uważa, gdzieś pew­nie czai się drugi! – za­wo­łał szef, nie spusz­cza­jąc wzro­ku z po­twor­ka.

Gie­nek za­klął tym razem bar­dzo zde­cy­do­wa­nie nie w duchu.

– Co… to… jest?! – wrza­snął.

– Mam pewne po­dej­rze­nia – od­parł z nie­zmą­co­nym spo­ko­jem Ada­mo­wicz, wpa­tru­jąc się w stwo­ra, który bez­sku­tecz­nie usi­ło­wał się wy­rwać, wy­ma­chu­jąc krót­ki­mi jak na małpę ła­pa­mi. – Ten eg­zem­plarz nie wy­glą­da bar­dzo groź­nie… – Od­po­wie­dzia­ło mu oczy­wi­ście obu­rzo­ne syk­nię­cie. – Ale za­wsze le­piej trzy­mać się z dala od pa­zu­rów.

Gie­nek roz­glą­dał się po dzie­dziń­cu, ale z kątów wy­su­wa­ły się tylko ko­lej­ne ję­zy­ki wil­got­nej mgły.

– Tu czai się coś ta­kie­go, a my je­ste­śmy nie­uzbro­je­ni? – za­py­tał z nie­do­wie­rza­niem.

Ada­mo­wicz wzru­szył ra­mio­na­mi. Przez dłuż­szą chwi­lę oglą­dał mał­po-ga­da ze wszyst­kich stron, igno­ru­jąc wście­kłe pry­cha­nie.

– Nie spo­dzie­wa­łem się cze­goś ta­kie­go – oznaj­mił, po czym po­trzą­snął stwo­rem i zwró­cił się do niego ostro: – Gdzie twój pan?

– Nie mam pana! – wy­sy­cza­ła masz­ka­ra.

– Je­steś fa­mu­lu­sem, to oczy­wi­ste, choć nie ta­kie­go ocze­ki­wa­łem – po­wie­dział Ada­mo­wicz ze spo­ko­jem, jakby roz­ma­wiał o po­go­dzie na imie­ni­nach u cioci. – A zatem gdzieś musi być twój pan. I po­bra­tym­cy.

– Nie je­stem fal­lu­sem! – ryk­nął stwór z obu­rze­niem. – I je­stem tu sam!

Ada­mo­wicz po­tak­nął.

– Spryt­ne, ale nic z tego nie bę­dzie. W pierw­szym przy­pad­ku po­wie­dzia­łeś praw­dę, je­steś bo­wiem fa­mu­lu­sem, nie fal­lu­sem. Może więc i dru­gie stwier­dze­nie jest praw­dą. ­– Wzru­szył ra­mio­na­mi, mie­rząc po­twor­ka ba­daw­czym wzro­kiem, jakby sza­co­wał jego siłę. – Co nie zmie­nia faktu, że zo­sta­łeś stwo­rzo­ny i gdzieś musi być twój pan. Za­pro­wadź nas do niego.

Gie­nek wy­czuł w ostat­nich sło­wach zło­wiesz­czy ton. Nie miał naj­mniej­szej ocho­ty za­po­zna­wać się z czło­wie­kiem, który stwo­rzył to coś. Zanim jed­nak zdą­żył otwo­rzyć usta, po­czuł, jak w łydkę wbi­ja­ją mu się ostre pa­zu­ry. Jego nogi ucze­pił się po­dob­ny po­twór, acz­kol­wiek mniej­szy i przy­po­mi­na­ją­cy ra­czej mie­szan­kę małpy i ła­si­cy, i roz­ry­wał wła­śnie no­gaw­kę ulu­bio­nych spodni po­rucz­ni­ka.

– Ki dia­beł! – wrza­snął Gie­nek, usi­łu­jąc strzą­snąć ze sie­bie na­past­ni­ka.

– A więc jed­nak skła­ma­łeś – po­wie­dział z le­d­wie ha­mo­wa­nym gnie­wem, ale i nutą żalu Ada­mo­wicz. – Chro­nisz pana czy ją? – Przez chwi­lę przy­glą­dał się ła­si­co-mał­pie ucze­pio­nej no­gaw­ki Gien­ka. W końcu zmru­żył oczy i po­trzą­snął znów stwo­rem, zwró­cił się jed­nak do pod­wład­ne­go: – Niech pan to zła­pie, po­rucz­ni­ku. To roz­kaz.

Praca przy zwy­kłych wła­ma­niach do skle­pów mo­no­po­lo­wych i ła­pa­niu eks­hi­bi­cjo­ni­stów za­cze­pia­ją­cych stu­dent­ki ob­ja­wi­ła nagle nie­zna­ne do­tych­czas uroki. Nawet jeśli mia­ła­by ozna­czać za­leż­ność od ka­pry­sów Ha­lin­ki w kwe­stii to­wa­rów re­gla­men­to­wa­nych. Nie­mniej roz­kaz to roz­kaz, a Gie­nek wstą­pił do mi­li­cji tro­chę z nudów, ale głów­nie dla­te­go, że chciał łapać prze­stęp­ców. To coś, co szar­pa­ło pa­zu­ra­mi jego łydkę, było winne co naj­mniej na­pa­ści na funk­cjo­na­riu­sza, za co gro­zi­ły sto­sow­ne pa­ra­gra­fy.

Po­chy­lił się i omal nie wy­wi­nął orła w mokre li­ście, po­nie­waż stwo­rze­nie sko­czy­ło ku jego twa­rzy z szyb­ko­ścią bły­ska­wi­cy.

– Nie ze mną takie nu­me­ry – mruk­nął, uchy­la­jąc się od­ru­cho­wo i chwy­ta­jąc jed­no­cze­śnie rów­no­wa­gę oraz ogon stwo­rze­nia.

Wy­ry­wa­ło się i usi­ło­wa­ło wy­wi­nąć tak, żeby ugryźć Gien­ka w palec, ale bez po­wo­dze­nia.

– Do­sko­na­le – po­wie­dział Ada­mo­wicz do więk­sze­go fa­mu­lu­sa, który wpa­try­wał się w niego z nie­ukry­wa­ną zło­ścią. – To twoja sa­mi­ca, zga­du­ję. Nie ob­cho­dzisz mnie ty, ona ani nawet wasze po­tom­stwo, jeśli ta­ko­we ist­nie­je, do­pó­ki bę­dzie­cie sie­dzieć cicho. Za­wrze­my układ. – Oba stwo­rze­nia prze­sta­ły się wy­ry­wać. – Ob­cho­dzi mnie wasz pan, stwór­ca. Jeśli na­tych­miast nie po­wiesz, gdzie on jest… – Głos Ada­mo­wi­cza brzmiał teraz na­praw­dę zło­wro­go. – Mój współ­pra­cow­nik…

Ła­si­co-mał­pa spoj­rza­ła na Gien­ka z prze­stra­chem. Gie­nek spoj­rzał po­dob­nie na szefa.

– Ja nie mogę! – jęk­nął udrę­czo­ny fa­mu­lus.

– Liczę do trzech… Raz…

Stwór zawył.

– Dwa…

Stwór zawył jesz­cze gło­śniej.

– I…

Ła­si­ca wy­gię­ła się w uści­sku Gien­ka i w końcu ugry­zła go w palec. Gie­nek jęk­nął i omal nie wy­pu­ścił jej z rąk: zęby były ostre jak brzy­twy.

– Nie wiemy, gdzie jest pan! – prych­nę­ła.

– Trzy…

– Ale wiemy, gdzie jest to, czego szuka on! – pi­snę­ła, wijąc się jak osza­la­ła.

Gie­nek zer­k­nął na Ada­mo­wi­cza, ten zaś po­krę­cił głową, dając do zro­zu­mie­nia, żeby nie lu­zo­wać uchwy­tu.

– Do­sko­na­le. Pro­po­nu­ję wam układ. Na kla­sycz­nych za­sa­dach.

 

***

 

– Co tu wła­ści­wie miało sie­dzieć? – za­py­tał Gie­nek, kiedy go­dzi­nę póź­niej prze­dzie­ra­li się przez chasz­cze za ru­ina­mi zamku.

– Coś znacz­nie pa­skud­niej­sze­go – od­parł Ada­mo­wicz, ale nie wdał się w wy­ja­śnie­nia.

Wy­glą­dał dość ko­micz­nie z mał­po-ba­zy­lisz­kiem w ra­mio­nach, ale Gie­nek nie wąt­pił, że on sam, z ła­si­co-mał­pą ucze­pio­ną rę­ka­wa, nie przed­sta­wia dużo po­waż­niej­sze­go wi­do­ku.

– Po­zwo­lisz nam odejść? – upew­nił się po raz dzie­sią­ty więk­szy fa­mu­lus. Stwór w kółko po­wta­rzał wa­run­ki ukła­du, jakby nie do­wie­rzał czło­wie­ko­wi.

– Jeśli znaj­dę to, czego szu­kam. Jak stoi w umo­wie.

– Nie ka­żesz nam szu­kać pana? – To py­ta­nie też po­wta­rza­ło się co kilka minut.

– Nie – od­parł po raz enty ze świę­tą cier­pli­wo­ścią szef.

Stwo­rze­nie ode­tchnę­ło z ulgą.

– To jest tam. – Wska­za­ło nie­wiel­ką grotę w skal­nej ostro­dze po­bli­skie­go pa­gór­ka. – Wy­puść mnie.

Ada­mo­wicz przy­spie­szył kroku. Gie­nek le­d­wie za nim na­dą­żał.

– Wy­puść, wy­puść…

– Co tam, u dia­bła, jest? – nie wy­trzy­mał Gie­nek.

Ada­mo­wicz parł przed sie­bie.

– Do­brze pan mówi: u dia­bła – mruk­nął.

Gie­nek ze­brał się w sobie i pod­biegł do szefa. Chwy­cił go za ramię i za­trzy­mał.

– Ada­mo­wicz – wy­dy­szał. – Jeśli to ja­kieś twoje oso­bi­ste po­ra­chun­ki i wcią­gną­łeś mnie…

Na­po­tkał lo­do­wa­ty wzrok nie­bie­skich oczu.

– Po­rucz­ni­ku Widok, pro­szę się za­cho­wy­wać re­gu­la­mi­no­wo.

Nie pusz­cza­jąc ra­mie­nia Ada­mo­wi­cza, Gie­nek za­ci­snął drugą pięść. W mło­do­ści tro­chę się bok­so­wał, więc w razie czego po­ra­dzi sobie z sze­fem, któ­re­mu naj­wy­raź­niej od­bi­ło.

– Nie mam za­mia­ru nad­sta­wiać karku za ja­kieś twoje mrzon­ki! Dałem się wcią­gnąć w tę Sió­dem­kę, bo niby mam jakiś ta­lent czy co. Póki go­ni­my pso­ła­ki czy be­bo­ki, nie ma spra­wy. Wy­kro­cze­nie to wy­kro­cze­nie, nie­za­leż­nie od tego, kto je po­peł­nił. Ale…

Nie­bie­skie oczy nadal lu­stro­wa­ły go chłod­nym spoj­rze­niem.

– Za­pra­szam pana do kró­le­stwa zbrod­ni.

Jak gdyby nigdy nic strzep­nął dłoń Gien­ka i nie od­wra­ca­jąc się, ru­szył do przo­du, ku wej­ściu do groty. Chcąc nie chcąc, Gie­nek ru­szył za nim. Fa­mu­lu­sy krę­ci­ły się nie­spo­koj­nie, spra­wia­jąc wra­że­nie, jakby były go­to­we ze­rwać umowę z Ada­mo­wi­czem i uciec. Gie­nek chwy­cił ła­si­co-mał­pę, która prze­wi­dy­wal­nie ugry­zła go znów w palec. Od­no­to­wał w my­ślach, że trze­ba bę­dzie przejść się do ja­kie­goś do­bre­go ko­mi­su i po­szu­kać po­rząd­nych skó­rza­nych rę­ka­wic.

Sta­nę­li tym­cza­sem w wej­ściu do groty.

– Gdzie ona jest? – za­py­tał Ada­mo­wicz. W jego gło­sie czuć było na­pię­cie.

Więk­szy fa­mu­lus, sie­dzą­cy u niego w ra­mio­nach, wy­su­nął małpi palec w kie­run­ku ka­mien­ne­go ru­mo­wi­ska. Na twa­rzy szefa po­ja­wi­ły się nie­spo­dzie­wa­ne uczu­cie: nie­pew­no­ści, lęku, nie­do­wie­rza­nia. I bólu.

„Ona?” – po­my­ślał Gie­nek. „Czyż­by dia­beł po­rwał mu te sto czy ile lat temu na­rze­czo­ną?” Na po­cie­sze­nie uznał, że jeśli bę­dzie zwy­kły trup, to bę­dzie i zwy­kłe do­cho­dze­nie, a więc coś, na czym Gie­nek Widok się zna.

– Od­suń­cie ka­mie­nie – za­ko­men­de­ro­wał Ada­mo­wicz.

Pod ru­mo­wi­skiem nie było trupa. Było za to coś, co wy­glą­da­ło jak trum­na. Nie­du­ża trum­na. „Nie na­rze­czo­na, tylko sio­stra albo córka” – sko­ry­go­wał swoje po­dej­rze­nia Gie­nek.

Fa­mu­lu­sy sko­czy­ły pod prze­ciw­le­głą ścia­nę, wpa­tru­jąc się w Ada­mo­wi­cza z prze­stra­chem. On zaś pod­szedł do skrzy­ni, zdjął rę­ka­wicz­ki i bar­dzo de­li­kat­nie po­ło­żył dło­nie na me­ta­lo­wym wieku. Gie­nek pa­trzył z boku, ale mógł­by przy­siąc, że po ob­li­czu szefa spły­nę­ło kilka łez.

Nagle w jego uszy wdarł się nie­spo­dzie­wa­ny od­głos. I uświa­do­mił sobie, że o ile w lesie po dro­dze po­wró­ci­ły zwy­czaj­ne dźwię­ki, o tyle tu znów pa­no­wa­ła ab­so­lut­nie mar­twa cisza, jakby te dwa miej­sca były za­klę­te. Cisza prze­rwa­na teraz przez nio­są­ce się z da­le­ka wycie klak­so­nu. „Cie­ka­we, kogo dia­bli nada­li” – po­my­ślał Gie­nek. „Miej­my na­dzie­ję, że to ka­wa­le­ria, a nie ten król zbrod­ni”.

Ada­mo­wicz pod­niósł głowę i spoj­rzał w kie­run­ku wej­ścia do groty. Echo klak­so­nu nio­sło się po jarze, nad któ­rym znaj­do­wa­ła się ja­ski­nia. Jakby ktoś je­chał dnem do­lin­ki. Po czym ja­zgot ucichł.

Gie­nek po­szu­kał wzro­kiem fa­mu­lu­sów i zna­lazł je sku­lo­ne w kącie, przy­tu­lo­ne do sie­bie. Ada­mo­wicz bar­dzo po­wo­li zwró­cił się ku nie­fo­rem­nym stwo­rze­niom.

– On ją zabił – po­wie­dział głu­cho, za­ci­ska­jąc pię­ści. – Wy­ko­rzy­stał, a potem zabił. – Echo przy­nio­sło słaby po­głos klak­so­nu.

Stwo­ry spu­ści­ły wzrok i skur­czy­ły się nie­mal do roz­mia­rów szczu­rów.

– On, kim­kol­wiek jest, kazał wam to zro­bić – ode­zwał się nie­spo­dzie­wa­nie dla sie­bie sa­me­go Gie­nek.

Po­tak­nę­ły.

– Kazał zli­kwi­do­wać i kazał pil­no­wać – syk­nę­ła ła­si­co­wa­ta sa­mi­ca. – A potem od­szedł.

Gie­nek wi­dział, że Ada­mo­wicz z tru­dem pa­nu­je nad emo­cja­mi i lada mo­ment wy­buch­nie. In­stynkt sta­re­go gliny włą­czył się au­to­ma­tycz­nie.

– Sze­fie – po­wie­dział po­rucz­nik, sta­jąc mię­dzy Ada­mo­wi­czem a fa­mu­lu­sa­mi i przy­go­to­wu­jąc się men­tal­nie na ewen­tu­al­ność, w któ­rej bę­dzie mu­siał dać prze­ło­żo­ne­mu po pysku. – Nawet jeśli to one za­bi­ły twoje dziec­ko, były tylko nie­wol­ni­ka­mi wy­ko­nu­ją­cy­mi po­le­ce­nia. – Przy­po­mniał sobie układ za­pro­po­no­wa­ny przez Ada­mo­wi­cza. Ob­wa­ro­wa­ny wie­lo­ma za­strze­że­nia­mi akt nie­lo­jal­no­ści wobec pana i stwór­cy. Nie żeby Gie­nek zro­zu­miał wiele z tego przy­po­mi­na­ją­ce­go praw­ni­czy beł­ko­tu, ale jedna rzecz utkwi­ła mu w pa­mię­ci. – Z tego, co sam mó­wi­łeś, wy­ni­ka, że nie są w sta­nie sprze­ci­wić się roz­ka­zo­wi swo­je­go pana…

Stwo­ry spoj­rza­ły na niego z wdzięcz­no­ścią.

– Kazał pil­no­wać – szep­nął Ada­mo­wicz. – A więc nie wszyst­ko stra­co­ne.

Gie­nek od­chrząk­nął. Wie­lo­krot­nie w trak­cie ka­rie­ry zda­rza­ło mu się cho­dzić do ro­dzin ofiar wy­pad­ków albo za­bójstw i znał ludz­ką skłon­ność do chwy­ta­nia się każ­de­go cie­nia na­dziei. Pod­szedł do trum­ny, roz­wa­ża­jąc otwar­cie jej, by una­ocz­nić sze­fo­wi nie­od­wra­cal­ność śmier­ci.

Przy­kuc­nął i prze­ko­nał się, że to, co w pół­mro­ku brał za trum­nę, nie jest nawet skrzy­nią. Miał przed sobą bryłę spra­so­wa­ne­go me­ta­lu, po­ły­sku­ją­ce­go od­pa­da­ją­cym gdzie­nie­gdzie czar­nym la­kie­rem, spod któ­re­go wy­glą­dał zma­to­wia­ły błę­kit. Prze­błysk sceny z hor­ro­ru, który kie­dyś oglą­dał, pod­po­wie­dział mu, co się stało i, praw­dę mó­wiąc, Gie­nek miał ocho­tę zwy­mio­to­wać. „Córka czy na­rze­czo­na?” – my­ślał go­rącz­ko­wo, jakby to miało ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie. Zer­k­nął jesz­cze raz na zgnie­cio­ny sa­mo­chód i miał wra­że­nie, że wśród warstw że­la­stwa widzi blady ogie­nek, jakby tkwi­ła tam za­klę­ta dusza za­bi­tej dziew­czy­ny.

– Za­bie­ra­my ją – po­wie­dział Ada­mo­wicz.

Po­zbie­rał się i stał teraz nad Gien­kiem, wy­glą­da­jąc jakby nagle przy­tło­czył go cię­żar lat. W jego oczach smu­tek mie­szał się z roz­pa­czą i gnie­wem. Ski­nął na fa­mu­lu­sy, które po­słusz­nie unio­sły po­sęp­ne brze­mię i skie­ro­wa­ły się z nim ku wy­lo­to­wi groty. Na ze­wnątrz Ada­mo­wicz nie skie­ro­wał się z po­wro­tem ku ru­inom i dro­dze, ale za­czął scho­dzić w głąb jaru, nie zwa­ża­jąc na błoto i chla­sta­ją­ce go mokre ga­łę­zie. Gie­nek nawet nie pró­bo­wał go po­wstrzy­my­wać.

Kiedy dzi­wacz­ny kon­dukt znalazł się na dole, nie­spo­dzie­wa­nie za­la­ło ich ja­skra­we świa­tło. Gie­nek od­ru­cho­wo się­gnął do paska, ale nie miał przy sobie żad­ne­go sprzę­tu. W Sió­dem­ce nawet kaj­dan­ki rzad­ko się przy­da­wa­ły.

Na ścież­ce bie­gną­cej do­lin­ką stał po­jazd przy­po­mi­na­ją­cy bar­dzo mały, nie­zbyt fo­rem­ny i po­zba­wio­ny wie­życz­ki czołg. A może trans­por­ter opan­ce­rzo­ny. Albo coś ze sta­re­go filmu scien­ce-fic­tion. Stał bez ruchu, omia­ta­jąc grupę świa­tła­mi re­flek­to­rów. Nagle ich blask sku­pił się w jeden wąski snop, skie­ro­wa­ny na lewo od Gien­ka.

Wy­ce­lo­wa­ny pro­sto w czar­ny kształt na ra­mio­nach fa­mu­lu­sów.

Metal za­drżał, a z wnę­trza dało się sły­szeć coś w ro­dza­ju stłu­mio­ne­go wes­tchnie­nia. „Sió­dem­ka” – uświa­do­mił sobie Gie­nek. „Tu wszyst­ko jest moż­li­we, ni­cze­mu nie na­le­ży się dzi­wić, jak po­wta­rza Ada­mo­wicz”.

Na twa­rzy szefa po­ja­wi­ło się nowe uczu­cie: lo­do­wa­ta żądza ze­msty.

– Tak, to ona – po­wie­dział za­ska­ku­ją­co ła­god­nie. Gie­nek nie bar­dzo wie­dział, do kogo: w do­lin­ce nie po­ja­wi­ła się żadna nowa osoba, a z czoł­gu też nikt nie wy­sia­dał. Szef ski­nął na fa­mu­lu­sy, które wy­su­nę­ły się przed obu męż­czyzn i sta­nę­ły na­prze­ciw­ko po­jaz­du. Sam pod­szedł i po­kle­pał we­hi­kuł po pan­ce­rzu. – Wró­ci­łeś do daw­nej po­sta­ci, stary przy­ja­cie­lu – po­wie­dział z czu­ło­ścią. – Wiem, ty je­steś jesz­cze bar­dziej nie­szczę­śli­wy ode mnie.

Po­jazd za­ko­ły­sał się, jakby wstrzą­sa­ny łka­niem.

Gie­nek po­czuł, że opada mu szczę­ka.

– Co to jest? – wy­szep­tał, wska­zu­jąc na mi­nia­tu­ro­wy czołg.

Za­py­tał, choć już wie­dział.

 

***

 

– Po­wsta­li pod­czas wojny. Pierw­szej. – Ada­mo­wicz uśmiech­nął się krzy­wo.

Sie­dzie­li koło czoł­gu, na któ­re­go po­kry­wie le­ża­ła teraz spra­so­wa­na czar­na ka­ro­se­ria. Mał­po­wa­te stwo­ry sku­li­ły się pod krza­kiem tar­ni­ny i po­gry­za­ły zwa­rzo­ne przez pierw­sze przy­mroz­ki owoce.

– Po­wsta­li jako para, fa­mu­lu­sy nie po­win­ny być same. Naj­le­piej dzia­ła­ją w dwój­kę. Ci byli wo­jow­ni­kiem i ele­ganc­ką pięk­no­ścią.

Gie­nek ob­ra­cał w rę­kach ta­blicz­kę cze­ko­la­dy, która wy­pa­dła z otwo­ru lu­fo­we­go czoł­gu. Tę samą, którą wcze­śniej miał w rę­kach, kiedy je­cha­li do ruin sta­re­go zamku.

– Ten… – wska­zał ku wzgó­rzu, na któ­rym się wzno­si­ły – ten czło­wiek stam­tąd, który znikł… Dla­cze­go ją zabił?

Ada­mo­wicz za­gryzł wargę, aż po­bie­la­ła.

– Kiedy się po­zna­li­śmy, wie­dzia­łem na­tych­miast, że jest ma­giem jak ja – po­wie­dział cicho, gło­sem na­ła­do­wa­nym zło­ścią.

Gie­nek po­wstrzy­mał się od gwizd­nię­cia. Od po­cząt­ku ich zna­jo­mo­ści wie­dział, że szef nie jest zwy­kłym czło­wie­kiem, ale takie otwar­te wy­zna­nie obo­jęt­nym tonem zro­bi­ło jed­nak na nim wra­że­nie.

– Po­wie­dział, że zde­zer­te­ro­wał z armii Ka­ise­ra, że chce ze mną współ­pra­co­wać. Byłem pod Ver­dun, byłem nad Sommą i usi­ło­wa­łem roz­pacz­li­wie wy­my­ślić coś, co po­mo­że prze­rwać ten kosz­mar. Jego pro­po­zy­cja była dla mnie, mło­dzi­ka, darem od losu. Wie­dział wię­cej, chciał mnie uczyć. Obie­cał pomoc. Oszu­kał mnie, zdra­dził. – Przez chwi­lę Ada­mo­wicz mil­czał, wpa­trzo­ny w ciem­nie­ją­ce niebo, jakby wi­dział na nim ob­ra­zy z wojny. – On był mi­strzem w two­rze­niu fa­mu­lu­sów, to on… – Za­ci­snął zęby.

– To on ich stwo­rzył, tak?

Ada­mo­wicz po­tak­nął.

– Nie wie­dział tylko jed­ne­go. Mag two­rzy fa­mu­lu­sy za po­mo­cą wła­snej krwi. To go z nimi wiąże. Wła­dzę można prze­ka­zać za po­mo­cą roz­ka­zu, można ją też wy­mu­sić, zwłasz­cza pod nie­obec­ność pana, ale ory­gi­nal­ne więzy krwi są za­wsze naj­sil­niej­sze.

Gie­nek na wszel­ki wy­pa­dek uszczyp­nął się ukrad­ko­wo, po­nie­waż sam nie wie­rzył, że bie­rze to wszyst­ko na serio i za­mie­rza zadać py­ta­nie, które zadał.

– Pod­mie­ni­łeś fiol­ki?

Szef po­krę­cił głową.

– Nie, ale pod­czas pracy ska­le­czy­łem się. Po­ma­ga­łem mu, uczy­łem się, nie wie­dzia­łem, że to ważne, nie po­wie­dzia­łem. Na szczę­ście. Oni są krwią z krwi nas obu. A potem on nas zdra­dził, prze­ka­zał Pru­sa­kom in­for­ma­cje zdo­by­te dzię­ki Ale­xo­wi – spoj­rzał wy­mow­nie na czołg. – Nie mogli wy­po­wie­dzieć mu po­słu­szeń­stwa, nie mogli nawet do końca wy­ja­wić jego zdra­dy, bo im za­ka­zał. Irène…

Gie­nek spoj­rzał na ster­tę me­ta­lu. Od­bi­ja­ło się w niej słabo świa­tło księ­ży­ca, który do­pie­ro co wy­chy­nął zza drzew. Blada po­świa­ta wy­do­by­wa­ła błę­kit­ne prze­bły­ski w miej­scach, gdzie od­padł czar­ny la­kier.

– Prze­ko­na­ła mnie, że zo­sta­nie z nim, bę­dzie go pil­no­wać. Do­pie­ro póź­niej, kiedy do­wie­dzia­łem się o zdra­dzie przy­ja­cie­la, zro­zu­mia­łem, co miała na myśli. My­śla­ła, że po­wstrzy­ma go od zbrod­ni. On ją uwię­ził, zmu­sił do współ­pra­cy i w końcu zabił.

„Nie do końca” – po­my­ślał Gie­nek. Są­dząc po minie, Ada­mo­wicz po­my­ślał to samo. Spoj­rzał na Gien­ka i py­ta­nie „po co” nie­mal­że ma­te­rial­nie za­wi­sło w po­wie­trzu.

– Tego nie do­wie­my się, do­pó­ki go nie znaj­dzie­my, a to nie bę­dzie łatwe. Jest ode mnie star­szy i po­tęż­niej­szy. To, że moja krew oka­za­ła się sil­niej­sza, mu­sia­ło go bar­dzo za­bo­leć, więc bę­dzie chciał się na mnie ze­mścić. Być może szuka mnie tak samo jak ja jego.

„Pew­nie dla­te­go za­sta­wił jakąś pu­łap­kę”. Gie­nek nie po­wie­dział tego na głos, bo nie mu­siał. Był pewny, że szef myśli to samo.

Dra­pał się po jak zwy­kle nie­zbyt sta­ran­nie ogo­lo­nej bro­dzie. Czuł się z tym nieco mniej nie­kom­for­to­wo niż zwy­kle, od kiedy po zej­ściu na dno jaru Ada­mo­wicz nie zro­bił nic z ubru­dzo­nym i lekko po­tar­ga­nym przez kol­cza­ste krze­wy płasz­czem i ubło­co­ny­mi bu­ta­mi.

– Skąd ona się wzię­ła pod Kra­ko­wem? – za­py­tał w końcu.

W od­po­wie­dzi zo­ba­czył po­nu­ry uśmiech.

– On, mój przy­ja­ciel, mistrz, zdraj­ca i wróg, był Po­la­kiem, jak ja. Tylko że ja uro­dzi­łem się na emi­gra­cji, w Szwaj­ca­rii, a on… nie wiem nawet skąd na­praw­dę po­cho­dzi ani ile ma lat… Twier­dził, że na­zy­wa się Al­brecht No­wo­gór­ski. Za­pew­ne kła­mał. Kiedy zdra­dził, uzna­łem, że od po­cząt­ku był pru­skim szpie­giem, a na­stęp­nie spryt­nie udał pol­skie­go de­zer­te­ra z armii. – Ada­mo­wicz znów spoj­rzał na niebo, na któ­rym mię­dzy ciem­ny­mi chmu­ra­mi prze­bi­ja­ły gdzie­nie­gdzie gwiaz­dy. – Szu­ka­łem go przez ponad pół wieku. A ra­czej szu­ka­łem Irène. Kon­kret­nie: Alex jej szu­kał.

Gie­nek zer­k­nął na niego po­dejrz­li­wie.

– I tak przy­pad­kiem zna­la­złeś tego Al­brech­ta pod Kra­ko­wem parę mie­się­cy po ob­ję­ciu tu sta­no­wi­ska, co? – za­py­tał z prze­ką­sem.

Ada­mo­wicz wstał i strzep­nął zie­mię wraz z li­ść­mi z płasz­cza. Pod­szedł do czoł­gu.

– Jego ślad tu się ury­wał – po­wie­dział. – Po raz drugi go nie do­ce­ni­łem.

Po­gła­dził czar­ny metal.

– Nie do­ce­ni­łem ani jego okru­cień­stwa, ani prze­bie­gło­ści. Wie­dział, że fa­mu­lu­sy są słab­sze, kiedy się je roz­dzie­li. Wie­dział, że tracą więk­szość mocy po śmier­ci part­ne­ra. – Spoj­rzał wy­mow­nie na mał­po­wa­te stwo­ry.

Gie­nek przy­po­mniał sobie coś, co Ada­mo­wicz po­wie­dział wcze­śniej.

– Czar­na wołga… – za­czął nie­pew­nie. – Mó­wi­łeś, że on wy­ko­rzy­stał Irène, zanim ją zabił…

Szef po­tak­nął.

– Wie­dzia­łem, że by­stry z pana czło­wiek, po­rucz­ni­ku Widok. Tak wła­śnie kil­ka­na­ście lat temu tra­fi­łem na ich ślad.

 

***

 

Było już cał­kiem ciem­no, kiedy Ada­mo­wicz zdo­łał prze­ko­nać Alexa, by przy­jął kształt cze­goś in­ne­go niż mi­nia­tu­ro­wy we­hi­kuł wo­jen­ny.

– Po roz­sta­niu z Irène za­mie­nił się w li­mu­zy­nę, którą tu przy­je­cha­li­śmy – wy­ja­śnił. – Nie chciał być ni­czym innym. Jest słaby, prze­mia­ny są dla niego bo­le­sne, a nigdy za nimi nie prze­pa­dał.

Teraz Alex wy­glą­dał jak lekko sfa­ty­go­wa­ny, czar­ny te­re­no­wy tar­pan. Na jego skrzy­ni mał­pie fa­mu­lu­sy umie­ści­ły Irène.

– Co z nimi? – za­py­tał Gie­nek, wska­zu­jąc na stwo­ry.

Ada­mo­wicz wes­tchnął.

– Na­le­żą do swo­je­go stwór­cy. Nie prze­ko­nał­bym ich tak łatwo do współ­pra­cy, gdy­bym nie był jego uczniem. Ską­d­inąd nie po­dej­rze­wa­łem go o tak pro­stac­kie eks­pe­ry­men­ty – mruk­nął. Stwo­rze­nia spoj­rza­ły na niego z urazą. – Ale mam na­dzie­ję, że kie­dyś dzię­ki nim go wy­tro­pi­my. – Zer­k­nął spode łba na Gien­ka.

Ten po­dra­pał się po bro­dzie. Nie uśmie­cha­ła mu się wizja lo­jal­nych sług zło­wro­gie­go Al­brech­ta błą­ka­ją­cych się po pod­kra­kow­skich wio­skach. Nie wy­obra­żał sobie też jed­nak, że mie­li­by uśmier­cić te stwo­rze­nia. Nie po tym, co stało się z Irène. Za­sta­na­wiał się, co po­win­ni zro­bić – nie mogli prze­cież…

– Pan nie ro­zu­mie, po­rucz­ni­ku, praw­da? – do­biegł go głos Ada­mo­wi­cza.

Po­krę­cił głową. Ro­zu­miał i nie ro­zu­miał.

Ada­mo­wicz wska­zał na jego po­dar­tą no­gaw­kę i owi­nię­ty chu­s­tecz­ką do nosa palec. Do­pie­ro teraz Gie­nek przy­po­mniał sobie o pa­zu­rach sa­mi­cy wbi­tych w łydkę, o ugry­zie­niach. Rany nagle za­pie­kły bo­le­śnie.

– Myślę, że przy­naj­mniej ona bę­dzie miała teraz kon­flikt lo­jal­no­ści – po­wie­dział szef. Ski­nie­niem dał znak fa­mu­lu­som, że mogą odejść. Stwo­rze­nia przez chwi­lę jesz­cze wpa­try­wa­ły się w obu męż­czyzn, po czym śmi­gnę­ły w kie­run­ku ruin.

Gie­nek ­czuł się nie­swo­jo.

– Jesz­cze jedno py­ta­nie – mruk­nął w końcu, prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę jak uczeń przed na­uczy­cie­lem. – Wzią­łeś mnie tu, bo po­trze­bo­wa­łeś dru­gie­go kie­row­cy? Prze­cież one… Pan Sa­mo­cho­dzik, Alex, przy­je­chał tu sam… – Wska­zał na prze­mie­nio­ny w tar­pa­na czołg, po­mru­ku­ją­cy cicho, jakby śpie­wał ko­ły­san­kę swo­jej śpią­cej kró­lew­nie.

– Sa­mo­chód bez kie­row­cy za­nad­to zwra­cał­by uwagę – od­parł kwa­śno Ada­mo­wicz. – Jako mi­li­cjant chyba zdaje pan sobie z tego spra­wę, po­rucz­ni­ku.

Gie­nek po­tak­nął, choć czuł, że to nie cała praw­da. Gdzieś w ko­ro­nach drzew roz­legł się krzyk sójki. Na zbo­czu do­lin­ki za­sze­le­ści­ła ściół­ka, jakby prze­bie­gło przez nią małe zwie­rząt­ko. Szef stał przez chwi­lę pra­wie nie­ru­cho­mo, roz­gar­nia­jąc li­ście czub­kiem buta.

– Poza tym chcia­łem, żeby pan po­znał moją hi­sto­rię – po­wie­dział w końcu, siląc się na obo­jęt­ność.

Gie­nek po­kle­pał go po ra­mie­niu.

– Wiesz co, Ada­mo­wicz – mruk­nął. – Jedź­my do Szyc, tam jest knaj­pa, gdzie o tej porze roku mają pysz­ne sma­żo­ne rydze.

Fraza „to może być po­czą­tek pięk­nej przy­jaź­ni” za­wi­sła w po­wie­trzu.

Koniec

Komentarze

Nie znam poprzednich tekstów, ale ten mi się spodobał. Lubię łowców potworów, paranormalnych detektywów i takie tam. Czytało się szybko i przyjemnie, a Gienek to sympatyczny bohater. 

 

Tylko to jedno zdanie wybiło mnie z rytmu: „Przedwojenna klasa” – myślał Gienek, ilekroć stawał w drzwiach ukrytego w podziemiach gmachu na Mogilskiej gabinetu.

Dzięki, Rytmatysto. Mnie też coś cały czas w tym zdaniu zgrzytało, więc skoro zgrzyta i Tobie – coś z tym postaram się zrobić :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wlekli najpierw długo przez Kraków,

chyba zabrakło się.

 

Lubię te Twoje opowiastki w peerelowskim klimacie. Człowiek od razu zaczyna wspominać z nostalgią kartki na cukier i bony do Pewexu. :D

Podoba mi się pokazana przez ciebie relacja między Adamowiczem a Gienkiem, przywołanie miejskiej legendy – czarnej wołgi, no i wyjaśnia się zagadka samego Adamowicza.

Może brakuje mi nieco motywacji Albrechta i wyjaśnienia dlaczego zrobił to co zrobił (chyba że coś przeoczyłam). Myślę też, że przydałoby się kilka słów więcej o Alexie i jego metamorfozach.

A poz tym czytało się samo. Fajne ;)

"Fajne, a nawet jakby nie było fajne to i tak poszedłbym nominować, bo Drakaina powiedziała, że fajne". - MaSkrol

Tym razem mam duży zapas znaków, więc mogę coś pokombinować :D

 

Albrecht ma być powracającym czarnym charakterem, więc tu zakładam, że nawet Adamowicz nie wie zbyt dużo – po prostu jako młodzik natknął się na wrednego typa, który go oszukał i wykorzystał. Ale postaram się, żeby to było jaśniejsze w samym tekście.

 

Wielkie dzięki!

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Gienek heart

I jeszcze zapomniałam dodać, że Widok i Adamowicz przywodzą mi na myśl Borewicza i Zubka :D

"Fajne, a nawet jakby nie było fajne to i tak poszedłbym nominować, bo Drakaina powiedziała, że fajne". - MaSkrol

A to niezamierzenie, bo ja się akurat na peerelowskich serialach nie bardzo znam… Ale najwyraźniej utrafiłam mimo to w klimat.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przeczytane ;)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Jeszcze nie czytałem, ale tytuł nawiazuje do tytułu kultowego, więc jeszcze tu czytać przybędę :) 

Treść też miała bardziej nawiązywać, ale się rozeszło po kościach, bo tekst mi skręcił w niespodziewaną stronę…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Odlot. Podzielam sympatię Rytmatysty do paranormalnych policjantów czy detektywów, więc opowiadanie zdecydowanie przypadło mi do gustu. Z pewnością zajrzę do opowiadań wspomnianych we wstępie, bo nie miałam okazji ich czytać.

 

PS Tam w jednym miejscu gdzieś się zakręcił wykrzyknik połączony z kropką (!.).

Zostaw ten żyrandol.

heart

 

Kropkę zaraz wyrzucę!

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Fajne. ;-)

Szczególnie podobało mi się wykorzystanie czarnej wołgi jako famulusa. Oryginalne połączenie.

Babska logika rządzi!

Drakaina, żebym ja tak mogła od Ciebie ukraść odrobinę takiej, hm, jakby to określić, lekkości pisania? Nie uderzając w dramatyczne tony, potrafisz tak wciągnąć czytelnika, a na pewno mnie, w opowiadaną historię, że dopiero zaczęłam czytać, a tu już koniec :) Podobają mi się bohaterowie i pojazdy, i sama akcja, i czarna wołga… Ciekawie to wszystko wyszło :) Kolejny Twój tekst, który okazał się wyjątkowo satysfakcjonującą lekturą.

A i fajny tytuł :)

Co tu dużo mówić – kolejna sprawa prowadzona przez Adamowicza i Gienka jest świetną kontynuacją ich poprzednich dokonań. Lektura to szalenie satysfakcjonująca, albowiem rzecz opisana jest zajmująco i porządnie. Jestem przekonana, że Wydział Siódmy wykaże się jeszcze wieloma sprawnie przeprowadzonymi akcjami.

Zastanawia mnie tylko jedno – dlaczego Adamowicz zwraca się do Gienka, podwładnego jak by nie było, per pan, a Gienek mówi do szefa per ty?

 

Gie­nek prze­stał byc za­leż­ny… ―> Literówka.

 

To jed­nak oka­za­ło się na tyle. ―> A co okazało się na przedzie?

Domyślam się, że jest to wersja zabawnego i bardzo nieprawidłowego powiedzenia, I to by było na tyle, które wymyślił satyryk, profesor mniemanologii stosowanej, Jan Tadeusz Stanisławski i kończył nim każdy swój wykład.

Proponuję: Okazało się, że to wszystko.

 

Kiedy dzi­wacz­ny kon­dukt zszedł na dół… ―> Masło maślane – czy mógł zejść na górę?

A może: Kiedy dzi­wacz­ny kon­dukt znalazł się na dole

 

w miej­scach, gdzie od­padł czar­ny la­kier . ―> Zbędna spacja przed kropką.

 

od kiedy po zej­ściu na dół jaru… ―> Dół jaru brzmi nie najlepiej.

Proponuję: …od kiedy po zej­ściu na dno jaru

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, dziękuję, babole poprawione :)

 

Co do form zwrotu: Gienek zasadniczo do wszystkich mówi per ty, bo tak go sobie wymyśliłam, jako lekko zgryźliwego, lekko znudzonego, chcącego być cynicznym i sprawiającym wrażenie tumiwisizmu profesjonalisty. A z kolei Adamowicz to przedwojenny szyk i nadmiar manier – w każdym razie taka jest jego przybrana persona. Na dodatek mimo odwróconych rol chciałam zachować układ, gdzie Vidocq mówi do Adama po imieniu, a ten drugi do szefa zawsze per pan, bo oni mają osobowości po swoich pierwowzorach z odwróceniem ról właśnie. Niemniej ten cykl zaczął się jako pastisz nie tylko mnie samej, ale też stereotypowego kryminału ze zmęczonym życiem policjantem/detektywem i jego sztampowymi problemami czyli kobietami i alkoholem, więc sporo rzeczy stoi tu na głowie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Melduję, że bilet został skasowany.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Zagadka Adamowicza została wyjaśniona :) Fajne i humorystyczne opowiadanie, które dobrze się czytało. Realia PRL-u i nawiązanie do Pana Samochodzika nadają tej historii interesujący klimat. Gienek, jak zwykle, jedyny w swoim rodzaju. Podobały mi się też postacie stworów-famulusów i magiczny pojazd. Nie mogę się doczekać, kiedy dojdzie do starcia Adamowicza z jego wrogiem.

Podobało mi się, sporo tutaj dobroci: i czarna wołga, i pan samochodzik. :) Bohaterowie też niczego sobie, Gienka nie można nie lubić, a Adamowicz bardziej przypomina przedwojennych inteligentów niż PRL-owskie służby, ale mimo tego jakoś tak pasuje. Mam nadzieję, że obaj panowie jeszcze się pojawią. :)

Irko, Adamowicz ma właśnie kogoś takiego przypominać, bo… nim jest :) Nawet z końca XIX wieku, tak po prawdzie, skoro go wrzuciłam w I wojnę światową.

 

Dziękuję za opinie i wizyty jurorów!

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No i dotarłem. Bez poganiania też bym dotarł ;-)

 

Tekst ma klimat, choć mam nieodparte odczucie, że tak jak bywają opowiadania, które można rozwinąć w dłuższą formę, tak tu mamy dłuższą formę zwiniętą do opowiadania. Trochę taka spójna i trzymająca się kupy niezależna wersja powstała przez umiejętne połączenie dłuższych fragmentów. To nie jest zarzut, ale…Jak często podkreślam, ze warto skracać, tak tu chyba mogłabyś wiele zyskać pozwalając zaszaleć powyżej limitu znaków.

Pierwsza połowa tekstu dość trafnie wskakuje w klimat książek przygodowych z opisanych w opowiadaniu. Potem zmienia się jakby podejście.

 

Dwie rzeczy, które nie pasują…

 

Jedna to ostatnie zdanie. Nijak. Ta samą treśc gdyby ubrać w inne słowa, można by wrzucić kilka zdań wcześniej, ale jako zdanie zamykające trochę skreśla uzyskany nastrój.

 

No i drugi niepasujący fragment: "tabliczka w liliowej okładce" – w samochodzie jedziew dwóch facetów i ani jednej kobiety. W tym kontekście dziwnie wygląda narracja, w której mowa o kolorze "liliowym", bo cholera wie jaki to liliowy :D Zielony jak liście lilii? Biały lub żółty jak kwiaty lilii? Jeszcze inny? A tu bach, akapit dalej okazuje się, że chodzi o Milkę, więc kolor fioletowy. No dezorientacja pełna :D

 

 

Dzięki, Wilku, za wizytę, ale te dwie piłeczki zarzutów muszę odbić i to mocno:

 

Jedna to ostatnie zdanie. Nijak. Ta samą treśc gdyby ubrać w inne słowa, można by wrzucić kilka zdań wcześniej, ale jako zdanie zamykające trochę skreśla uzyskany nastrój.

To ostatnie zdanie zawiera cytat. Cytat będący ostatnimi słowami jednego z najsłynniejszych filmów wszech czasów. Aktor grający główną rolę w tym filmie jest wcześniej przywołany w tekście… A zatem nie, nie może być inaczej :D

 

W tym kontekście dziwnie wygląda narracja, w której mowa o kolorze "liliowym", bo cholera wie jaki to liliowy :D

Nie wiem, jak z wiedzą cholery, ale słownik PWN nie ma w tym względzie wątpliwości:

 

liliowy

1. «jasnofioletowy»

2. «zrobiony z lilii»

 

 

A co do długości – tu akurat limitu miałam w nadmiarze, ale nie bardzo wiem, o co miałabym tę historię rozciągać. Dziwne uczucie, kiedy tak dużo poniżej limitu, przyznaję :D

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ok, jeżeli puenta z założenia opiera się na znajomości cytatu, to cofam uwagę. Nie jestem filmomaniakiem, więc jedyny film, który mógłbym kojarzyć z “wszechczasami” to “Metropolis”. Widocznie nie jestem targetem :(

Natomiast co do kolorów– niechże i będzie nawet tylko jedno znaczenie słowa “liliowy”, ale problem nie opiera się na znaczeniu, a na znajomości znaczenia ;-) Co prawda narrator jest spoza kadru (więc uzasadnienie użycia słowa jest), ale jednak forma sceny sugeruje męski sposób postrzegania. Bo to jest tak, że facet może nawet wiedzieć, ze istnieje taki kolor, jak np. umbra. Może nawet wiedzieć, że to żółty. Ale czy nazwie umbrę umbrą czy żółtym? ;-)

 

Casablanca. Z komórki więcej nie napiszę

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

O pięknej przyjaźni nawet ja słyszałam, chociaż nie oglądałam filmu.

Babska logika rządzi!

pany Samochodziki miały zawsze “i coś”

No, ba.

daliby radę ścigać nim kogokolwiek nawet na niezatłoczonej ulicy

Hmm.

nie miał problemu z tym

To pasuje do lat osiemdziesiątych? Nie za współczesne?

 odpowiedział przewidywalnie Adamowicz

Przewidywalnie?

 przez Kraków, na drugą stronę miasta

Wybrałabym jedno.

 mniejsze niż można się było spodziewać zainteresowanie

Wtrącenie: mniejsze, niż można się było spodziewać, zainteresowanie.

 czasem wybierał się w niedzielę na obiad

Ale nie docierał, hmm?

 Po prawdzie przysypiał

Po prawdzie – przysypiał. Albo przecinek, w każdym razie przedzieliłabym to.

 zależny od kaprysów kadrowej Halinki (…) ani przydziału

Od kaprysów i od przydziału.

 trochę zaglądając

"Trochę" chyba zbędne.

 zapytał, wpatrując się w fioletową krowę, symbol nieosiągalnego luksusu, i powoli rozgryzając chrupiący orzech laskowy.

Wszystko naraz?

 Szef jak zwykle uśmiechnął się

Wtrącenie: Szef, jak zwykle, uśmiechnął się .

 poczucie, że posłuchał

Jedno "po" zamieniłabym na "u", bo aliteruje.

 o Adamowiczu wraz z jego dziwacznym samochodem

"Wraz" zbędne.

 Może się dobrze kamufluje

Transformer? XD

 Galopującą paranoję przerwał trzask drzwiczek.

Hmm.

 Podróż po wyboistych drogach i mżawka jakby go nie dotyczyły.

Hmm.

 krytycznym wzrokiem

Argh. Spojrzeniem.

 jak dobrze pomyśleć, dziwaczna cisza, uświadomił sobie

Wiem, o co chodzi, ale nie brzmi to dobrze.

 Szef miał w sobie coś takiego, że oduczył współpracownika kląć w swojej obecności

Hmm.

 W tej martwocie dwa dźwięki, które rozległy się niemal jednocześnie, stanowiły tym większe zaskoczenie.

Może trochę bardziej to pokaż?

 dziedziniec, z pustymi oknami wyglądającymi jak upiorne oczodoły

Dziedziniec z oknami? I – "wyglądającymi" wycięłabym.

 badawczym wzrokiem

 podobny potwór

Aliteracja.

 przewidywalnie ugryzła go znów w palec

Jak było do przewidzenia, może?

 w lesie po drodze powróciły zwyczajne dźwięki

No, nie, nie bardzo. Słychać je było, ale czy powróciły?

 Cisza przerwana teraz przez niosące się z daleka wycie klaksonu.

Hmm.

 , nad którym znajdowała się jaskinia.

To bym wycięła. Less is more.

 Po czym jazgot ucichł.

Po tym, jak ktoś jechał?

 Nie żeby

Nie, żeby.

 chwytania się każdego cienia nadziei

Chwytania się cienia?

 rozważając otwarcie jej, by unaocznić szefowi nieodwracalność śmierci.

Hmm, no, nie wiem. Ale za to dzieje naszego zrzędy zaczynają się układać w logiczną całość ;)

 połyskującego odpadającym gdzieniegdzie czarnym lakierem, spod którego wyglądał zmatowiały błękit

Skróciłabym: połyskującego czarnym lakierem, spod którego gdzieniegdzie wyglądał zmatowiały błękit.

 W jego oczach smutek mieszał się z rozpaczą i gniewem.

Nie zapewniaj tak usilnie.

 posłusznie uniosły posępne brzemię

Aliteracja. I – posępne?

 głosem naładowanym złością.

Hem?

 otwarte wyznanie obojętnym tonem

Hmm.

uszczypnął się ukradkowo

Czemu nie ukradkiem?

 podczas pracy skaleczyłem się

Naturalniej byłoby: skaleczyłem się podczas pracy.

 tak samo jak ja jego

Tak samo, jak ja jego.

 nie wiem nawet skąd naprawdę pochodzi ani ile ma lat

Nie wiem nawet, skąd naprawdę pochodzi, ani ile ma lat.

 

Jest napięcie. Zdecydowanie jest napięcie. I tak samo zdecydowanie – to jest część większej całości. Bardzo obiecująca część. Nie porównałam tej serii do Rivers of London? Jeśli nie, robię to teraz. Kawał dobrej roboty.

 Drakaina, żebym ja tak mogła od Ciebie ukraść odrobinę takiej, hm, jakby to określić, lekkości pisania

Katiu, musimy ją dorwać i dokonać mrocznego rytuału. ^^

 To ostatnie zdanie zawiera cytat. Cytat będący ostatnimi słowami jednego z najsłynniejszych filmów wszech czasów. Aktor grający główną rolę w tym filmie jest wcześniej przywołany w tekście… A zatem nie, nie może być inaczej :D

Zostawić! Bo bunt!

 narracja, w której mowa o kolorze "liliowym", bo cholera wie jaki to liliowy :D

W XXI wieku faceci rozróżniają tylko czarny, biały, czerwony i ażurowy, ale czytam teraz wykłady Twardowskiego i on chyba by wiedział ;)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Hmm, a ja trochę pokręcę nosem. Bo że sprawnie napisane i fajne, to wiedziałem przed lekturą. Ale jako samodzielne opowiadanie… Tu nic się właściwie nie kończy. To jakby rozdział książki. Jakby ująć trochę grozy i zmienić czasy i bohaterów, to idealnie pasowałoby do “Mysiej Wieży II”.

Toteż – ciut jestem rozczarowany. Ale tylko ciut ;).

Natomiast się doczepię do paru spraw:

– “kapeluszu zdartym z Humphreya Bogarta” – zdarta to może byc skóra albo ubranie, ale czy kapelusz się zdziera?;

– “tabliczka w liliowej okładce” – czekolady mają okładki? i zgodzę się z Wilkiem – żaden facet nie powiedziałby liliowy, tylko fioletowy; bo faceci rozróżniają tylko trzy kolory (ale to bardzo seksistowski i homofobiczny żart, to nie przytoczę);

– “z otworu lufowego” – a to brzmi paskudnie – z lufy po prostu!

 

Czyli – świetnie napisane, ale bez efektu “wow”!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

zdarta to może byc skóra albo ubranie, ale czy kapelusz się zdziera?;

W sumie kapelusz to ubranie… ale można by go faktycznie gwizdnąć czy coś w ten deseń.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Tarnino, przejrzę wszystkie uwagi w wolnej chwili, których ostatnio mało :(

 

Co do tej lekkości pisania, mam nadzieję, że nie jest nieznośna, jak bytu :P

 

Staruchu, dzięki i za marudzenie. Tak, to jest wstęp do większej historii, ale kiedy ona się napisze? Jest też trzecią odsłoną cyklu, oczywiście.

 

Co do okładek – w dzieciństwie zbierałam papierowe… no, okładki z czekolad? A jak to inaczej nazwać? I tak to chyba nazywałyśmy z koleżanką takoż kolekcjonerką. Mam te zbiory zresztą do dziś.

Liliowy – jest dlatego, że chwilę później jest fioletowy i marudzilibyście, że powtórzenie :P

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zapytam współkolekcjonerki, co myśmy zbierały :D Było to w czasach bliskich opowiadaniu…

 

Mam pomysł na powieść rozwijającą to opowiadanie, aczkolwiek wstępem powinien być jednak “pies czarny”, więc nie wiem, jak to poukładam.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino – najpierw Orlątko, potem Mysia Wieża, w trakcie Fantazmatowy wiek XIX, a dopiero potem Gienek. Nie przesadzaj!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Heh. Najpierw Śpiący Rycerze (drugi tom MW), potem kilka rzeczy na raz ;) Orlątko ma jeszcze czas, a ja właśnie kombinuję nowy grant…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Czy któreś z Was sypia czasami? Jada? Bo mam kompleksy…

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Jest fajny i lekki, peerelowski klimacik. Jest sympatyczne puszczanie oka do czytelnika i kilka udanych grypsów. Są mniej lub bardziej naciągane nawiązania do legend miejskich i popkultury, chociaż moim zdaniem niewykorzystane. Bo ani legenda czarnej wołgi, ani Pan Samochodzik, poza pojawieniem się w fabule (dialogach, nazewnictwie) niewiele mają do ugrania w tekście. Można więc powiedzieć, że dobrze piszesz, fajnie kombinujesz, dużo obiecujesz i nie spełniasz swoich obietnic. Warsztat bardzo dobry na poziomie języka, ale zdecydowanie gorzej na poziomie konstrukcji akcji i kompozycji.

Ogólnie tej historii jakoś brakuje polotu, luzu, wciągającej opowieści. A wątki z samochodami, krwią itd. są jakieś takie karkołomne moim zdaniem i wydumane. Naciągane wydają mi się również "pomysły" odautorskie na powiązane w pary famulusy i te uzębione, i te zmechanizowane. Także ich wzajemne korelacje i wpływ na akcję oraz wcześniejsze losy w opowiadanej historii są jakoś tak zagmatwane i ciężkie do przełknięcia (łyknięcia).

Całość wyraźnie cierpi na syndrom "osadzenia" w większym uniwersum i większej historii. I z tego także wynika największa wada opowiadania – brak jakiegokolwiek finału. Nie ma tutaj ostatecznej konfrontacji, brakuje rozwiązania akcji i satysfakcjonującego zakończenia. Główny antagonista olał finał opowieści i się zwyczajnie nie pojawił. W zastępstwie mamy dwóch podwładnych, którzy zmieniają stronę i poddają się niemal bez walki (famulusy). Oraz jakieś gadki wyjaśniające zawiłe losy Adamowicza, które są potrzebne czytelnikom innych tekstów z tej serii, ale nie wystarczają jako uwieńczenie tego akurat opowiadania.

A brak zakończenia otwartych wątków, brak podsumowania wydarzeń, brak finału wieńczącego MISJĘ to jawne lekceważenie podstaw prowadzenia i budowanie fabuły i jest gorsze nawet od zbyt otwartego zakończenia. I zabawne nawiązanie do ostatniej sceny "Casablanki" niestety nie wystarczy.

Podobnie jest z emocjami. Kiedy wyjeżdżamy z bohaterami na tajemniczą misję, spodziewamy się TAJEMNICY, wykonania MISJI, zwrotów akcji, a ostatecznie osiągnięcia celu, zdobycia trofeum, pokonania wroga, czegokolwiek. Jaki cel tutaj został osiągnięty? Żaden (Ok, niby odnajdują czarną wołgę, ale co z tego wynika? Obiecywałaś znacznie więcej). A emocje siadają zaraz po tym, jak dochodzi do drobnej potyczki z famulusami i właściwie reszta akcji to opowieść jednego z bohaterów, z której akurat dla tej historii nic nie wynika. Owszem, wynika dla uniwersum, ale to miałoby być przecież samodzielne opowiadanie, które spełnia się jako autonomiczne dzieło i spełnia oczekiwania czytelnika akurat tego tekstu.

PS. Aha. Powtarzasz dwa razy to "przewidywalnie" i nie brzmi to zbyt dobrze.

PS.2. A Czarna wołga jako tytułowa Śpiąca Królewna (dobrze zrozumiałem?) to imo już za dużo popkulturowych grzybów w barszczu. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nowa Fantastyka