- Opowiadanie: Fladrif - Czasem lubię się zabawić

Czasem lubię się zabawić

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Czasem lubię się zabawić

Pan Robert Czasowny wstał o godzinie szóstej pięćdziesiąt pięć, co było dość dziwne, bo w soboty zwykle wstawał o siódmej. Nie potrzebował budzika, lata pracy na stanowisku dyspozytora kolejowego wyrobiły w nim niezwykłe poczucie punktualności w każdym aspekcie życia. Przyjrzał się podejrzliwie eleganckiej cebuli na złotym łańcuszku, a w odpowiedzi usłyszał tylko niewinne tik-tak, które wcale nie wydawało się podejrzane.

Gdy zszedł do kuchni, nabrał dziwnego przeświadczenia, że nie jest we własnym domu, raczej w jego replice – czymś pomiędzy teatralną sceną i tłem obrazu. Wodził wzrokiem dookoła i szukał czegoś, co udowodniłoby, że przypuszczenie jest słuszne.

Jego uwagę przyciągnęły rośliny na parapecie. Nigdy wcześniej nie zwracał na nie szczególnej uwagi, ale dziś coś było z nimi nie tak. Gdy mrugał, lub na moment odwracał wzrok, zmieniały położenie. Raz paprotka, hibiskus i skrzydłokwiat, innym razem skrzydłokwiat, paprotka i hibiskus. Zupełnie jakby doniczkom wyrosły gliniane nóżki. 

Najpierw pomyślał, że śni i uszczypnął się w policzek. Ból był jak najbardziej realny, choć dziwnie odległy, zastygły niczym jego wspomnienie. To nie mógł być sen. Potem przez głowę przemknęło mu szybko kilka innych myśli – że to jakieś załamanie nerwowe, że dom jest opętany, a na końcu, że zwariował. Poczuł ukłucie w klatce piersiowej, serce zaczęło dziko tańczyć niczym zwierzątko ukryte pod koszulą nocną, które rozpaczliwie pragnie wydostać się na zewnątrz. Z każdym mrugnięciem kwiaty znów odstawiały szopkę z zamianą miejsc, więc machnięciem dłoni strącił je na podłogę. Gdy mrugnął, znowu były na swoim miejscu.  

Ze zgrozą odkrył, że kwiaty to jedynie wierzchołek góry lodowej. Zdjęcia na ścianach raz po raz zmieniały położenie, podobnie jak osoby na fotografiach. Wzory na dywanie w salonie wiły się i skręcały w rozmaite kształty, a książki na półkach zmieniły się w rząd znajomych okładek z rozmazanymi tytułami. Gdy wyciągnął jedną z nich, okazało się, że pismo jest nieczytelne, jakby ktoś zalał wilgotny jeszcze tusz wodą.

We wczorajszej gazecie dało się przeczytać tylko część napisów na nagłówkach. „WIELKI SUKCES DRUŻYNY PŁYWACKIEJ W […”], „OTWARCIE SKLEPU PRZY […] STOI POD ZNAKIEM ZAPYTANIA”, „RODZINA I PRZYJACIELE ŻEGNAJĄ ROBERTA […] ZASŁUŻONEGO […]”.

Przeczytał ostatnie zdanie na głos i zamarł na chwilkę. Żegnają Roberta… czyżby on…

Wypadł przez drzwi frontowe tak, jak stał, w samej piżamie, kapciach i szlafroku, cały czas z zegarkiem w kieszeni. Zerknął na tablicę ogłoszeń w poszukiwaniu klepsydry pogrzebowej ze swoim nazwiskiem. Odetchnął z ulgą, nie było żadnych kartek, a szaleństwo wokół jakby ustało. Ulica była taka, jak ją zapamiętał. Chodnik z kostki, ławka, pas zieleni. Naprzeciwko obrzydliwie różowa kamienica wciśnięta między dwie inne, których fasady przypominały starą czekoladę z białym nalotem. Na parterze jednej mieścił się sklep rybny, w drugiej urządzono zakład pogrzebowy.

– Złota Rybka i Hades, Złota Ryb… rybny? Przecież rybny zamknęli jakieś dwa miesiące temu, teraz jest tam… sklep z jakimś AGD. Chyba z pralkami.

Jak na zawołanie szyld ze złuszczoną złotą rybką zniknął, a w jego miejscu pojawił się niebieski napis „PRALKI” na szarym tle. Zupełnie tak, jakby jego wspomnienie ustępowało rzeczywistości. 

W gruncie rzeczy raz czy dwa złapał się na tym, że gdy tłumaczył komuś jak trafić do jego domu, jako punkt charakterystyczny podawał właśnie nieistniejący sklep rybny. Ale dziś przeszłość odżyła, jakby nie tylko myślami, ale również ciałem tkwił w przeszłości. 

Podrapał się po głowie i machinalnie, bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby wyciągnął zegarek. Otworzył klapkę, była siódma dwanaście.

– Dwanaście? – mruknął do siebie i przytknął cebulę do ucha.

Tik-tak, tik-tak.

Różnica była minimalna, tak niewielka, że po przebudzeniu nawet jej nie dostrzegł. Zarówno ucho, jak i cała świadomość Pana Czasownego była jednak wyczulona na upływ czasu, że wreszcie zrozumiał, co mogło pójść nie tak. Lata pracy na kolei, setki nadzorowanych pociągów dziennie, tysiące miesięcznie i miliony przyjazdów na stację o czasie – całe poczucie punktualności, jakie zyskał przez dziesięciolecia jakby czekało właśnie na ten moment, by się uaktywnić, pomóc Czasownemu zrozumieć, w czym tkwił problem.

Jego zegarek się późnił.

– Wihajmistrz! – wrzasnął, a jego głos był pełen mściwej satysfakcji, jakby przyłapał lisa w kurniku. – Cholerny bubel!

Teraz wszystko powoli nabierało sensu. Skaczące donice, zmieniające się sklepy i dom, który nie mógł być jego domem. Nie zważając na wczesną porę, ruszył gniewnie w stronę skrzyżowania, klnąc na czym świat stoi. Zamierzał wywlec starego capa za fraki z zakładu i cisnąć dowód jego niekompetencji prosto w twarz.

Był tak wściekły, że niemal nie zauważył zmiany, która zaszła w otoczeniu, gdy wyszedł z bezpiecznej bańki najbliższego sąsiedztwa. Wszystko wokół mieszało się i plątało w kolażu rozmaitych wspomnień i perspektyw. Ulica gwałtownie wydłużała się i skracała, niczym pełznąca gąsienica. Domy w oddali raz były rzędem takich samych fasad, a raz wyglądały niczym gotowy, jeszcze wilgotny malunek, przekreślony gniewnym machnięciem pędzla. Z wąskich uliczek wylewały się tumany mgły, która gęstniała w miarę, jak coraz bardziej oddalał się od domu.

Z mgły wyłaniali się też ludzie, bezszelestnie niczym zjawy. Najpierw niewyraźne zarysy majaczące na horyzoncie, potem zamazane sylwetki, które zawsze wyróżniał jakiś detal. Najpierw minęła go zjawa w jaskrawoczerwonych butach, potem inna, w charakterystycznej czapce z durnowatym pomponem i jeszcze inna z przejmującymi oczami o jasnobłękitnych, niemal białych tęczówkach zatopionych w rozmazanej twarzy.

Czasem słyszał, jak rozmawiają ze sobą.

– Nasza Klaudyna jest nie do podrobienia. Jak się nie ubierze, zawsze ją rozpoznam…

– Dlaczego mi to robisz, dziecko? Jestem twoją matką, a traktujesz mnie jak…

– Nyktofobia to nieuzasadniony lęk przed…

Szedł tak od dobrych dziesięciu minut, zatracając się coraz bardziej w mętnych bohomazach, przystając co chwila, by skupić wzrok i sprawić, że rzeczywistość nieco się wyostrzyła. W pewnym momencie przyłapał się na tym, że zaciska kurczowo dłoń na miedzianych prętach jakiegoś ogrodzenia. Ktoś złapał go za ramię, jakiś mężczyzna w okrągłych okularach na nosie. Jego włosy raz wydawały się rude, a raz ciemnobrązowe.

– …w porządku… zadzwonić po karetkę?

Głos młodzieńca brzmiał tak, jakby mówił do niego zza grubej ściany. Pan Czasowny rozumiał tylko poszczególne słowa, reszta tonęła w niepamięci.

– Nie, nie, nic mi nie jest. Jestem tylko, trochę spóźniony.

– …sprowadzić pomoc?

– Nie, dziękuję.

Za rogiem znalazł wreszcie zakład Wihajmistrza. Był jednym z tych niemal całkowicie rzeczywistych budynków, oazą normalności w świecie, który rozpadał się na jego oczach. Pan Czasowny nie wiedział, co prawda, czemu tak jest, nie wątpił jednak ani przez chwilę, kto jest za to odpowiedzialny. Odwiedzał starego capa regularnie i nie były to przyjacielskie wizyty. Dlatego wizerunek zakładu wypalił się w jego pamięci tak dokładnie.

Wpadł do środka z takim impetem, że dzwonek wiszący nad drzwiami, zamiast zadzwonić delikatnie, zrobił pełne salto i brzdęknął żałośnie. Uszy Pana Czasownego wypełniło upajające cykanie zegarów. Wszystkie były idealnie nastawione, co do milisekundy.

– Ej, hola! – pisnął staruszek z kozią bródką i wysokim czołem – dziś otwieramy o… Ooo. –  Prawidłowo rozpoznawszy intencje pana Czasownego, natychmiast wskoczył za kontuar i zniknął pod nim.

– Wyłaź, ty łachudro!

Mężczyzna wychylił się spomiędzy dwóch staroświeckich zegarów z kukułką. Okulary spadły mu z nosa, przez co wyglądał jak bezwłosy i śmiertelnie przerażony kret.

– Pan Czasowny! W czym mogę służyć? – zapiał z ewidentnie udawaną uprzejmością, niepasującą do sytuacji.

– W czym? Ja zaraz panu powiem, w czym! Ten bubel, co to go mi pan sprzedałeś, to jest najzwyczajniejszy w świecie szmelc! – Rzucił cebulę na ladę z takim impetem, że Wihajmistrz aż podskoczył.

– Jasny gwint, ostrożniej trochę. Pan chyba nie wie, co się może stać, jak to się zepsuje.

– Nie wiem? Otóż wyobraź pan sobie, że wiem. Bo się zepsuło. Późni się.

– To jest… niemożliwe

– Jak najbardziej możliwe, do jasnej cholery. Partactwo miało działać poprawnie, a się późni. Zaręczałeś mi pan tak samo, jak przy tym wydłużaczu snu, że to niemożliwe, a jednak! Ja mało co, a zawału bym dostał. Myślałem, że umarłem, albo co gorsza zwariowałem! Wszystko rozmazane, wszystko, a domy na moim osiedlu zmieniły się w jakieś… niedookreślenia.

– Zaraz, momencik, panie Czasowny, proszę się uspokoić, zaraz wszystko naprawimy. W trybie natychmiastowym. Heh… w TRYBIE, łapie pan?

Pan Czasowny najwyraźniej nie łapał, a już na pewno nie miał nastroju na żarty. Klient spojrzał na mistrza takim wzrokiem, że i jemu odechciało się żartować.

– Albo mi pan wyjaśnisz, co się właściwie stało, albo z zakładu kamień na kamieniu nie zostanie, gwarantuję to panu. 

Kipiąc z wściekłości streścił Wihajmistrzowi wydarzenia z całego poranka, począwszy od skaczących doniczek, a skończywszy na spacerze ulicą, która niepokojąco przypominała impresjonistyczny obraz. Gdy skończył, twarz Wihajmistrza rozjaśniła się. Najwidoczniej zrozumiał, w czym tkwi problem.

– No więc… – zaczął staruszek niepewnie. – Chodzi o to, że czas jest w gruncie rzeczy pojęciem bardzo mglistym. Z jednej strony mamy to, czego już nie ma, z drugiej to, czego jeszcze nie ma. A my dwaj żyjemy na wąskiej linii teraźniejszości. No, przynajmniej jeden z nas żyje. Bo widzi pan, teoretycznie ciałem jest pan ze mną, ale umysł utkwił panu w przeszłości. Jest pan opóźniony.

– Że co proszę?

– Nie chciałem szanownego pana obrazić, w żadnym wypadku. Problem tkwi jednak w tym, że… jakby to powiedzieć… późni się pan o pięć minut. Pański umysł sklasyfikował teraźniejszość jako przeszłość. Konkretnie przeszłość sprzed pięciu minut.

– Czyli… że jak? – Zdenerwowanie pana Czasownego powoli ustępowało dezorientacji. Wyglądał trochę jak goryl, który patrzy na banana recytującego właśnie monolog z “Hamleta”.

– Rejestruje pan tylko tyle, ile pana umysł będzie pamiętać o bieżących wydarzeniach za pięć minut. To wina opóźnionego zegarka.

– Aha… No, ale zaraz. Ten wihajster miał działać w inny sposób.

– Tak, drobne przekręcanie wskazówek do przodu istotnie przyspieszało upływ czasu tak, jak pan tego chciał. Nudne popołudnia, kolacja z teściami, beznadziejny film w kinie, wszystko mijało w mgnieniu oka i pozostawały po tym jedynie wspomnienia, których nie trzeba było przeżywać. Tutaj zegarek sprawdzał się znakomicie, prawda?

– No tak.

– Właśnie. Możliwość cofnięcia wskazówek była od początku zablokowana, czas płynie przecież tylko w jednym kierunku. Nigdy nie wpadło mi do głowy, że mogą pojawić się problemy z samym mechanizmem. Moje dzieła nie miewają takich defektów.

– Nie miewają defektów? No trzymajcie mnie, za każdym razem, jak do pana przychodzę, to są jakieś defekty. Potem mamisz mnie pan innymi wihajstrami, które mają rekompensować wady poprzednich i tak w koło. Z miesiąca na miesiąc jest coraz gorzej. Ja mam słabe serce, nie powinienem się tak denerwować. Zaczynam podejrzewać, że pan się nade mną pastwi, że specjalnie mi pan sprzedaje takie buble. Żądam, żeby pan to naprawił, inaczej gwarantuję, że do wieczora kamień na kamieniu tu nie zostanie.  

– Jasne, już się do tego zabieram. Każdy czasem lubi się zabawić. Heh, łapie pan? Czasem zabawić, bawić czasem.

Pan Czasowny wykonał dłońmi gest duszenia, a Wihajmistrz, zrozumiawszy aluzję, wziął się do roboty. Wyciągnął spod lady komplet miniaturowych narzędzi, przy pomocy których delikatnie otworzył tylną klapkę czasomierza. Majstrował przy nim przez kilka minut, co chwila mrucząc coś pod nosem i przeklinając siarczyście, gdy któryś z elementów mechanizmu wysunął się ze swojego miejsca.

– Proszę, teraz na sto procent nie będzie się późnić, niech pan go trzyma i sprawdzi czy działa. – Wihajmistrz oddał panu Czasownemu zegarek.

Pan Czasowny wyjrzał przez okno. Szare smugi zmieniły się w budynki, których wygląd i tak za chwilę utonie w słodkiej niepamięci. Po chodniku szło kilkoro ludzi o przyjemnie pospolitych i niegodnych zapamiętywania twarzach.

– No, działa. Masz pan to i nie chcę więcej widzieć pańskich wynalazków – warknął Czasowny.

– Ależ proszę to zatrzymać  na wszelki wypadek, przynajmniej do końca miesiąca. Mogą być jakieś skutki uboczne, a w razie czego zgłosi się pan do mnie po trzydziestym. Jak coś będzie nie tak, zwrócę całą kwotę za zegarek, ma pan moje słowo.

Pan Czasowny zdawał się przez chwilę wahać, w końcu jednak schował cebulę do kieszeni szlafroka i wyszedł kiwając głową na pożegnanie.

Gdy zniknął po drugiej stronie ulicy, z zaplecza wychyliła się głowa pani Wihajmistrzowej.

– Poszedł sobie? To jakiś wariat.

– Nawymyślał, nawymyślał i nawet nie zapłacił. No, nic nie poradzisz. Zaprzeszły buc.

– Czemu kazałeś mu zatrzymać zegarek?

Wihajmistrz uśmiechnął się od ucha do ucha. Teraz przypominał zadowolonego z siebie kota, który nie tylko zjadł kanarka, ale również gwizdnął z lodówki spory kawał szynki.

– Bo inaczej straciłbym królika doświadczalnego. A poza tym… dziś w nocy przestawiamy zegarki. – dodał niewinnie. – A nam przyda się mały urlop, najlepiej jak najdalej od zakładu.

Koniec

Komentarze

Przyjemnie się czytało, nie powiem. Fragment mówiący, że facet jest punktualny, bo pracował na kolei rozbawił mnie najbardziej, bo jak tak sobie patrzę na te nasze pociągi to nijak mi ten motyw nie pasuje. Żarciki Wichajmistrza jednak również przypadły mi do gustu, nie mam pojęcia, o co paniu Czasownemu chodziło. ;) 

Kilka bardziej konkretnych uwag:

 

“Wszystko wokół mieszało się i plątało w melanżu wspomnień i perspektyw.” – W tym miejscu zamiast melanżu bardziej pasowałoby moim zdaniu kolażu wspomnień.

 

“– Wyłaź, ty łachudro!” – Zabrakło przecinka.

 

I tytuł – złoto!

 

 

Zostaw ten żyrandol.

Versus dzięki za miłe słowa! Co do punktualności to można to potraktować jako jeden z elementów fantastycznych :) Ale faktycznie powinienem bardziej doprecyzować. 

Nie no, ja sobie z tej kolejowej punktualności żartuję, nie ma co precyzować w tej kwestii moim zdaniem. Gdyby wyjąć twór z kontekstu naszej polskiej kolei, jak najbardziej porównanie jest trafne. Możemy to z powodzeniem uznać za element fantastyczny. ;)

Zostaw ten żyrandol.

Całkiem mi się podobało! Fajny pomysł, fajnie skonstruowany świat tych dwóch ludzi. A w kwestii punktualności kolei: ja to raczej wzięłam za coś innego. Nie, że pociągi się nie spóźniają, ale raczej dokładność – jak już jedzie, to trzeba pilnować, żeby się z innym nie zderzył, żeby zamknąć przejazd itp. Dokładność, precyzja.

 

Technicznie trochę baboli jest, wynotowałam nie wszystkie, bo mi się notatki zamknęły przez przypadek, więc tylko to, co za drugim przeglądaniem znów wpadło w oko. Dam klika na wyrost, bo zakładam, że poprawisz.

 

zmieniały swoje położenie

Zaimek “swój” jest w 90% przypadków słowem-śmieciem. Tu jest oczywiste, że nie zmieniały cudzego położenia ;)

 

Zarówno ucho, jak i sama świadomość

Już prędzej: cała

 

– Wichajmistrz! – wrzasnął tak, jakby przyłapał lisa w kurniku[+.] – cCholerny bubel!

Po wykrzykniku musisz zamknąć zdanie w didaskalium.

 

Nie zważając na wczesną porę[+,] ruszył gniewnym krokiem w stronę skrzyżowania[+,] przeklinając na czym świat stoi.

A tu bóstwo przecinków przysnęło ;)

 

– Dlaczego mi to robisz[+,] dziecko?

Jeśli mylę się co do znaczenia tej wypowiedzi, to powinien być inny szyk: “Dlaczego mi robisz to dziecko?” ;) Ale kontekst z mamą mówiącą do dziecka jednak przeczy takiej interpretacji.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaina cieszę się, że ci się spodobało. Co do kolei to dopisałem, że chodziło o stanowisko dyspozytora, bo wcześniej pan Czasowny był tylko anonimowym pracownikiem. Dziękuję również za uwagi, do tekstu wracałem codziennie przez ostatni tydzień przed publikacją, i ciągle coś poprawiałem. Mam problem z dostrzeżeniem belki w swoim oku

Bardzo fajny tekst, Fladrifie. Już sam tytuł przypadł mi do gustu, jak również to, jak nazwałeś swoich bohaterów. :)

Pomysł na zawirowania czasowe być może nie nowy, ale tekst zgrabnie napisany i czytałam z przyjemnością. Klikam. :)

"Fajne, a nawet jakby nie było fajne to i tak poszedłbym nominować, bo Drakaina powiedziała, że fajne". - MaSkrol

“Zaprzeszły buc” – taki smaczek.

“Wichajmistrz” – wyraz (określenie) zupełnie mi nie pasuje do obrazu kogoś, kto naprawia elegancką cebulę. Dlaczego “Wichajmistrz”? Bo naprawia w TRYBIE natychmiastowym?

“– Dlaczego mi to robisz, dziecko?” – a nie: Dziecko! Dlaczego mi to robisz?

 

Ogólnie fajne.

AQQ – dziękuję za miłe słowa :) chciałem rzucić coś w stylu “człowiek, który żył przeszłością” ale to by od razu zdradzało zbyt wiele

 

Ayerton – no bo to taki mistrz w robieniu wihajstrów – i właśnie uświadomiłem sobie, że zrobiłem babola. Zastanawiałem się jeszcze nad Wihajmajster, ale majster jakoś mi nie pasuje do postaci. Ogólnie w moim zamyśle miał być trochę postrzelony i ekscentryczny, a słowo wihajster pasuje mi do tego jak ulał 

Przyznam, że też się nad Wichajmistrzem zastanawiałam, bo powinien być Wihajstrmistrz, co brzmi potwornie :D Wihajmistrz z poprawionym ch → h powinno być ok

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dobry tekst oparty na ciekawym pomyśle. Intersujący tytuł i intersujący bohaterowie. Warsztatowo też nieźle. Ode mnie kliczek i powodzenia w konkursie :)

Fajne, takie trochę Kawka zalatujące. Bardzo zacny pomysł, zarówno na wihajster, który pozwala pominąć nudne momenty życia, z drugiej opóźnienie w stosunku do rzeczywistości i jego skutki, bardzo plastycznie zresztą opisane. Na początku obawiałem się, że całość opowiadania będzie w opisem takiej pomieszanej rzeczywistości – troszkę może zbyt dużo tego było. Ale potem już szybko i z przyjemnością dotarłem do końca.

Ciekawe, czy sen też można by tak przyspieszyć? Znaczy, zastanawiam się jak to rozwiązać od strony technicznej. Przesunąć wskazówki mogę tylko wtedy jak nie śpię. To gdybym wieczorem przesunął wskazówki o osiem godzin to co? Zasnę po drodze do rana, czy po prostu minie osiem godzin a ja będę nieprzytomny z niewyspania?

No i jeszcze wielki plus za tytuł, a raczej jego wykorzystanie w tekście. smiley

Drakaina od razu poprawiłem tego babola, Wihajmistrz jakoś też bardziej mi pasuje.

 

Katia72 dziękuję za klik i miłe słowa. Tytuł też mi się spodobał, gdy na niego wpadłem, od razu zapisałem. Miałem jeszcze ze dwa żarciki o czasie ale… w trakcie pisania o nich zapomniałem 

 

Fizyk111 w pierwotnej wersji tych opisów rzeczywistości było na oko ze dwa razy więcej, ale decyzja o ich wywaleniu chyba wyszła tekstowi na dobre. Teraz tak patrzę i początek faktycznie może być trochę ślamazarny. 

Co do snu, to wydaje mi się, że po przesunięciu wskazówek wieczorem nagle zrobiłoby się rano i pan Czasowny pamiętałby, jak położył się wieczorem spać i wstał po tych ośmiu godzinach. Tak jakby jego świadomość przeskoczyła o kilka godzin do przodu w ułamku sekundy. Gdyby dajmy na to użył go w kolejce do lekarza i przesunął o dziesięć minut do przodu, to kolejka by się w tym czasie skróciła, a w umyśle pojawiłoby się tylko wspomnienie dziesięciominutowego czekania. 

 

Boję się myśleć co by się stało, gdyby zegarek całkiem się zepsuł

Dość absurdalne opowiadanie, ale jednocześnie nieźle, a przy tym zabawnie, został przedstawiony układ panów Czasownego i Wi­haj­mistrza. Podoba mi się też opis omamów, których doświadczał Czasowny w drodze do zakładu. ;)

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

„WIEL­KI SUK­CES DRU­ŻY­NY PŁY­WAC­KIEJ W …”, „OTWAR­CIE SKLE­PU PRZY … STOI POD ZNA­KIEM ZA­PY­TA­NIA”, „RO­DZI­NA I PRZY­JA­CIE­LE ŻE­GNA­JĄ RO­BER­TA … ZA­SŁU­ŻO­NE­GO …”. ―> Albo zlikwiduj spacje przed wielokropkami, albo ujmij wielokropki w nawiasy: „WIEL­KI SUK­CES DRU­ŻY­NY PŁY­WAC­KIEJ W […]”, „OTWAR­CIE SKLE­PU PRZY […] STOI POD ZNA­KIEM ZA­PY­TA­NIA”, „RO­DZI­NA I PRZY­JA­CIE­LE ŻE­GNA­JĄ RO­BER­TA […] ZA­SŁU­ŻO­NE­GO […]”.

 

ka­mie­ni­ca wci­śnię­ta mię­dzy dwie inne, o fa­sa­dzie przy­po­mi­na­ją­cej… ―> Piszesz o dwóch kamienicach, więc: …ka­mie­ni­ca wci­śnię­ta mię­dzy dwie inne, o fa­sa­dach przy­po­mi­na­ją­cych

 

Był tak za­gnie­wa­ny, że nie­mal nie za­uwa­żył zmia­ny, która za­szła w oto­cze­niu po wyj­ściu z bez­piecz­nej bańki naj­bliż­sze­go są­siedz­twa. ―> Czy dobrze rozumiem, że z bezpiecznej bańki wyszła zmiana i zaszła w otoczeniu, a bohater tego nie zauważył?

 

Naj­pierw mi­nę­ła go zjawa ja­skra­wo­czer­wo­ny­mi bu­ta­mi… ―> Czy to znaczy, że zjawa te buty niosła?

A może miało być: Naj­pierw mi­nę­ła go zjawa w jaskrawoczerwonych butach

 

z przej­mu­ją­cy­mi ocza­mi o błę­kit­nych, nie­mal bia­łych tę­czów­kach… ―> Dodałabym: …z przej­mu­ją­cy­mi ocza­mi o jasnobłę­kit­nych, nie­mal bia­łych tę­czów­kach

 

– … spro­wa­dzić pomoc? ―> Zbędna spacja po wielokropku.

 

roz­po­znaw­szy in­ten­cje Pana Cza­sow­ne­go… ―> …roz­po­znaw­szy in­ten­cje pana Cza­sow­ne­go

Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

wsko­czył za kon­tu­ar i znik­nął pod ladą. ―> Wygląda to tak, jakby wskoczył za jeden mebel, a zniknął za innym.

Może: …wsko­czył za kon­tu­ar i znik­nął pod nim.

 

– No więc… – Za­czął sta­ru­szek nie­pew­nie. ―> – No więc… – za­czął sta­ru­szek nie­pew­nie.

 

Zde­ner­wo­wa­nie Pana Cza­sow­ne­go po­wo­li… ―> Zde­ner­wo­wa­nie pana Cza­sow­ne­go po­wo­li

 

– Jasne, już się za to biorę. ―> – Jasne, już się do tego zabieram.

 

Wi­haj­mistrz oddał Panu Cza­sow­ne­mu ze­ga­rek. ―> Wi­haj­mistrz oddał zegarek panu Cza­sow­ne­mu ze­ga­rek.

– Bo ina­czej stra­cił­bym kró­li­ka do­świad­czo­ne­go. A poza tym… dziś w nocy co­fa­my ze­gar­ki.Dodał nie­win­nym gło­sem. ―> – Bo ina­czej stra­cił­bym kró­li­ka do­świad­czo­ne­go. A poza tym… dziś w nocy co­fa­my ze­gar­ki – dodał nie­win­nym gło­sem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajny pomysł, nieźle napisane, przyjemnie się czytało. A tutuł – świetny. :)

Ciekawy pomysł, tytuł niby bardzo zwyczajny, a w trakcie lektury okazuje się niezwykle trafny. Całość fajnie wchodzi w absurd, by na końcu na moment zasugerować, że to szaleństwo Czasownego i chwilę później skręcić w sugestię, że jednak absurd tu króluje. Wesoło i z przytupem :-)

Są pewne niekonsekwencje logiczne (niby pamięć przesunięta o 5 minut, a przy sklepach chodziło o 2 miesiące), ale w przypadku takiej fabuły to w zasadzie kompletnie bez znaczenia.

 

 a jedynie miejscu

Hmm.

 na końcu że

Na końcu, że.

tak jak stał

Tak, jak stał.

 Odetchnął z ulgą, była pusta

Ta ulga?

różowa kamienica wciśnięta między dwie inne, o fasadzie przypominającej starą czekoladę z białym nalotem

To różowa – czy czekoladowa?

 złuszczoną, złotą rybką

Bez przecinka w środku grupy nominalnej.

 Różnica była minimalna, tak niewielka

W całym akapicie trochę dużo "tak" – ale to może zamierzone? (Tik-tak, tik-tak…)

 zrozumieć, co było nie tak.

Co jest nie tak (c.t.).

 jego głos był pełen wściekłej ekscytacji

Eee… yy?

 gniewnym krokiem

Krok – gniewny? Oj, poniosło Cię.

 przeklinając na czym świat stoi

Idiom: klnąc, na czym świat stoi.

 zagniewany, że niemal nie zauważył zmiany

Rym.

 Ulica gwałtownie wydłużała się i skracała, niczym organ, którym wstrząsały gwałtowne skurcze.

Chyba ciut zbyt piętrowa ta metafora.

 gęstniała w miarę jak coraz bardziej oddalał się

Gęstniała w miarę, jak oddalał się…

zjawa z jaskrawoczerwonymi butami

Chyba jednak w butach.

 co chwila po to, by skupić wzrok

Co chwila, by skupić wzrok.

rzeczywistość na chwilę zyskiwała na ostrości

Fonetycznie nie tentego.

 w okrągłych okularach na nosie z włosami

Włosy w nosie? XD

 Nie, nie nic mi nie jest. Jestem tylko, trochę spóźniony

Przecinek się obsunął: Nie, nie, nic mi nie jest. Jestem tylko trochę spóźniony.

jednym z tych całkowicie rzeczywistych budynków

A ile ich było? Myślałam, że żadnego?

 nie wiedział co prawda czemu tak jest

Nie wiedział, co prawda, czemu tak jest.

 był pewien tego, kto jest za to odpowiedzialny

Niezgrabne. Może: nie wątpił ani przez chwilę, kto jest za to odpowiedzialny?

 częściej niż

Częściej, niż. Całe zdanie – trochę anglicyzm.

 dzwonek wiszący nad drzwiami zamiast zadzwonić delikatnie, zrobił pełne salto

Wtrącenie: nad drzwiami, zamiast zadzwonić delikatnie, zrobił…

 Prawidłowo rozpoznawszy intencje Pana Czasownego natychmiast

Prawidłowo rozpoznawszy intencje pana Czasownego, natychmiast…

 kompletnie niepasującą do sytuacji.

Wycięłabym, to zapewnienie.

 Ja zaraz panu powiem w czym!

Ja zaraz panu powiem, w czym!

 bubel, co to go mi pan sprzedałeś to jest

Wtrącenie: bubel, co to go mi pan sprzedałeś, to jest.

 wyobraź sobie pan

Szyk: wyobraź pan sobie.

 możliwe do jasnej cholery

Możliwe, do jasnej cholery.

 tak samo jak

Tak samo, jak.

 wyjaśnisz co się właściwie stało

Wyjaśnisz, co się właściwie stało.

 z tego miejsca

Anglicyzm.

 zdezorientowaniu

Dezorientacji.

 goryl patrzący na banana recytującego

Obrazek fajny, ale te dwa imiesłowy…

 No ale zaraz.

No, ale zaraz.

 delikatne przekręcanie wskazówek

Na pewno "delikatne"?

No trzymajcie mnie, za każdym razem jak do pana przychodzę to są jakieś defekty.

 No, trzymajcie mnie, za każdym razem, jak do pana przychodzę, to są jakieś defekty.

 które rzekomo mają rekompensować

"Rzekomo" już tu niepotrzebne.

 Wihajmistrz zrozumiawszy aluzję wziął się do roboty

Wtrącenie: Wihajmistrz, zrozumiawszy aluzję, wziął się…

 No nic nie poradzisz

No, nic nie poradzisz.

 królika doświadczonego

Na pewno nie doświadczalnego?

niewinnym głosem

Niewinnie. Głos przecież winny być nie może.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Regulatorzy dziękuję za uwagi i cieszę się, że opisy przypadły ci do gustu. Gdy pisałem ten fragment, próbowałem dokładnie przypomnieć sobie jak wygląda moja droga do pracy i spróbowałem przelać to na papier

Irka_Luz cieszę się, że tekst był lekki w odbiorze. Ostatnio mam z tym problemy. Liczyłem na to, że tytuł przyciągnie oko :)

Wilk-zimowy no właśnie ten fragment ze sklepami był zamierzony. Moi sąsiedzi przemalowali dom na szaro jakieś pół roku temu i ostatnio złapałem się na tym, że o tym zapominam. Kiedy ktoś spytał mnie, czy trzeba skręcić w uliczkę przy szarym domu, upierałem się, że nie jest szary

Tarnina doświadczony królik, o Boże. Dziękuję za uwagi, poprawiłem je z marszu, mam tylko nadzieję, że błędy nie zabiły tekstu

Nie zabiły, nie zabiły, bawiłam się świetnie. Aż żal tego królika :D

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Bardzo proszę, Fladrifie. Cieszę się, że mogłam pomóc. ;)

Fajną masz drogę do pracy. Inspirującą. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Albo to pamięć szwankuje :)

Pamięć szwankuje;) I ja mam z tym problem oraz wielu moich znajomych. Przyczyny nie ustaliłam, są złożone, i kulturowe, i organiczne. Tych fizycznych, cielesnych boimy się, lecz w gruncie rzeczy rzadko występują, a w każdym razie nie wtedy, kiedy ich się najbardziej spodziewamy.

Przeczytałam. I widzę, że miałeś co robić (komentarze), fajnie że wziąłeś je pod uwagę.

Pomysł kapitalny, bo zabawy z czasem są dla mnie wspaniałe. Dlaczego? Ponieważ upływ czas i mi sprawia kłopot. Nie rozumiem, jak to się dzieje, że czasami tyka szybko i umyka tak, że nadążyć za nim nie można, a czasami ciągnie się jak makaron.

Do końca nie rozumiem twistu, bo godzina to za mało. 

 

Mam uwagi, lecz są osobiste, czyli jednostkowe, indywidualne, wynikające z preferencji i nie wiem, czy ok, czy nie ok. Jednak napiszę słowo o nich:

* Trochę ogołociłabym tekst, poniżej przykład.

‚Pan Robert Czasowny wstał o godzinie szóstej pięćdziesiąt pięć, co było dość dziwne, bo w soboty zwykle wstawał o siódmej. Nie potrzebował budzika, lata pracy na stanowisku dyspozytora kolejowego wyrobiły w nim niezachwiane poczucie punktualności w każdym aspekcie życia. Przyjrzał się podejrzliwie zegarkowi – eleganckiej cebuli na złotym łańcuszku a w odpowiedzi usłyszał tylko niewinne tik-tak, które wcale nie wydawało się podejrzane.

,Kurcze, dla mnie nielogiczne, pięciominutowe opóźnienie w stosunku do świata to z jednej strony wieczność, a z drugiej niezauważalne. To za mało do przestania się doniczek, potem już łatwiej podążać. Chyba, że wcześniej podałbyś przykład/wyjaśnił z doniczkami, na przykład, że przestawiał codziennie szukając lepszego ustawienia, światła dla nich, obrazu dla siebie, bądź nawyk, rodzaj obsesji, akceptowalnej, gdyż już jedną mamy – czas.

,Tu nie rozumiem, czyja to wypowiedź Wihajmistrza, czy Czasownego? zwłaszcza w kontekście kolejnej.

– No, działa. Masz pan to i nie chcę więcej widzieć pańskich wynalazków.

 

Kliknęłabym bibliotekę, gdybyś w niej już nie był.

pzd srd :), a

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Świetne opowiadanie. Cieszę się, że je dzisiaj przeczytałem, bo bardzo poprawiło mi humor. Podobały mi się zwłaszcza te Twoje zabawne porównania i żart zawarty w tytule :)

Asylum dobrze, że nie jestem osamotniony w tym roztrzepaniu i fajnie, że tekst przypadł ci do gustu :)

faktycznie skróciłem troszeczkę wstęp, chociaż zostawiłem to niepodejrzane cykanie zegarka bo nie chciałem od razu pokazywać, że coś jest nie tak. 

Co do doniczek to ja szczerze powiedziawszy nie zwracam uwagi na to, jak są ustawione i mimowolnie powiązałem to z Czasownym. Miałem w zanadrzu jeszcze kilka pomysłów: kubek po kawie, który raz był na stole a raz w zlewie, zdjęcia, na których pojawiały się inne osoby niż w rzeczywistości albo odbicie w lustrze, na którym Czasowny wyglądałby lepiej niż zwykle. Ale jakoś ten fragment z doniczkami wyszedł mi najmniej niezgrabnie i postawiłem na niego :)

A ostatnie przytoczone zdanie wypowiedział Czasowny. Wihajmistrz specjalnie chciał, żeby Czasowny zatrzymał zegarek, bo w nocy mieli przestawiać zegarki, a to by mogło trochę namieszać 

 

Rytmatysta dziękuję i cieszę się, że się podobało. Wygląda na to, że jak specjalnie próbuję być śmieszny, to wychodzi na siłę, a jak piszę na luzie to wychodzi… na luzie. Powoli uczę się nie przesadzać ze śmiesznostkami żeby nie wyszło głupawo :)

Tak, domyślałam się tego po przebiegu dialogu, lecz dlaczego powiedział, że nie chce “pańskich wynalazków”, przecież nie były Czasownego, bo jego były tylko sugestie/propozycje/żądania. Jak to zrobić należało do Wihajmistrza.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Tu chodziło o to, że Wihajmistrz wymyślał te rzeczy, a potem dawał je do wypróbowania biednemu królikowi – Czasownemu. Potem wychodził na jaw jakiś defekt wynalazku, Czasowny wracał po zwrot pieniędzy, a Wihajmistrz w międzyczasie proponował mu inny wynalazek w ramach rekompensaty. Gotowe i przetestowane produkty sprzedawał pewnie za duże pieniądze :)

Tak, ale Czasowny miał pomysły, to Wihajmitsrz oblekał je w czyn-wynalazek. Chodzi mi o słowo tylko i aż. Może przesadzam, weź to pod uwagę.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

A gdzieżby tam on miał pomysły, to beta-tester :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

To wszystko już zależy od czytelnika. Nie wpadłem na to, że Wihajmistrz mógłby robić rzeczy na zamówienie

Przyczajony tygrys :) dziękuję za przeczytanie

Przeczytane :) Bardzo intetersujące opowiadanie.

Nigdy się nie poddawać

Dzięki!

Fajnie, dowcipnie napisane. Bardzo spodobało mi się jak opisujesz otaczającą bohatera rzeczywistość. Historia wciąga, a zakończenie zabawne:)

 

Powodzenia w konkursie :)

Podobało mi się. Obrazowy, żywy język świetnie pasuje do całej konwencji, jakbyś cały ten groteskowy świat malował słowem. Tytuł boski, końcówka też świetna.

Faktycznie ładne. I w sumie taki fajny powiew świeżości w konkursie, bo też do tej pory, przynajmniej w tych tekstach, które miałem okazje czytać, dominowały albo bajki, albo mniej lub bardziej ponure bądź refleksyjne interpretacje tematu konkursu. Tutaj jest lekko, żartobliwie, z przyjemną dawką absurdu. Taką, która z jednej strony potrafi wywołać uśmiech, z drugiej nie powoduje zagubienia (o co, przy absurdzie, czasem naprawdę łatwo).

Masz tu bardzo fajny pomysł wyjściowy. On z jednej strony dobrze pasuje do samej konwencji opowiadania. Z drugiej też potrafi zaintrygować. Wzbudzić zaciekawienie tym, jaką miałeś koncepcję na jego rozwinięcie. Bohaterów masz charakterystycznych, zakończenie trzyma poziom samego tekstu. Ja pewnie nie jestem w stanie ocenić Twojego opowiadania w pełni obiektywnie, bo też i bardzo lubię takie lekkie, żartobliwe teksty. Tym nie mniej, nawet jeśli się lubi dany gatunek opowiadań, to nie oznacza z góry, że każdy tekst z tego gatunku przypadnie do gustu. Twój przypadł mi jak najbardziej. 

Daruj taki trochę ogólny komentarz, ale przy tylu opiniach przedpiśców ciężko czasem napisać coś nowego. Odbiór Twojego opowiadania jest pozytywny, opinie z grubsza podobne, więc też i ciężko, żebym szukał na siłę jakichś odmiennych odczuć, zwłaszcza, kiedy moja opinia o Twoim opowiadaniu pokrywa się w wielu miejscach z przedpiścami.

Zapomniałem o najważniejszym: świetny tytuł!

Wybacz wizytę trochę po czasie… hehe.

Bardzo fajny tekst. Ciekawy pomysł, szczegółowo podany – widać, że rozgryzałeś koncept na kawałki, które w różnych formach plączą się po całym opowiadaniu. Od tych większych, w których pokazujesz różne efekty zaburzenia czasu, samą naturę relacji bohaterów (na początku nie rozumiałam źródła aż takiej złości na Wihajmistrza, ale wszystko się wyjaśniło) opierającą się na korzystaniu z interesujących wynalazków, po te malutkie, chociażby żarciki Zegarmistrza i tytuł. Udany zabieg z użyciem malowniczej i mocno obrazowej metaforyki w opisach zaburzeń czasoprzestrzeni, zrobiło to fajny, oniryczny klimat.

Przez tekst płynęłam z lekkością, nie potknęłam się praktycznie nigdzie, może tylko tu zazgrzytało mi powtórzenie (wiem, że konteksty są różne, ale mimo to rzuciło się w oczy):

Spomiędzy domów wylewały się tumany mgły, która gęstniała w miarę, jak coraz bardziej oddalał się od domu.

Relacja między Wihajmistrzem a Czasownym wydała mi się bardziej grą w kotka i myszkę, niż draką psa i kota, ale w sumie to szczegół, bo interpretacja tematu konkursu oryginalna, a to się ceni.

 

Monique.M dzięki, bardzo się starałem żeby tekst był jak najbardziej treściwy 

 

PożeraczBułek również dziękuję za wizytę. Opisy zawsze były moją słabą stroną więc cieszę się, że ci się podobało

 

CM każda opinia się liczy i też dziękuję za słowa uznania :) pomysł kiełkował mi w głowie już od jakiegoś czasu i postanowiłem, że jak już wezmę udział w konkursie to najpierw napiszę, a potem będę czytał konkursowe teksty. No i w ten sposób uderzyłem w nieco inne tony

 

Nir ja też ciągle jestem w niedoczasie :) dzięki za wyłapane powtórzenie, ten fragment faktycznie gryzł się z resztą. Skorzystam z pozostałego czasu i szybko poprawię. Faktycznie, Wihajmistrz jest tu kotem do kwadratu

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Moim zdaniem jeden z lepszych tekstów konkursu. Niby niepozorny, ale naprawdę sympatyczny, napisany z biglem, ładnie pod względem stylistycznym i językowym. Czuć tu pewną elegancję, czuć też ducha retro, a może nawet klimat opowieści z przełomu XIX i XX wieku. Wrzucasz na portal pierwszy (drugi po szorcie) tekst napisany już na jakimś tam poziomie. Widać, że wiesz, o co chodzi w pisaniu i będą z Ciebie ludzie.

Fajnie opisujesz zachowania postaci, niby przerysowanych, a jednak naturalnych, podobać się mogą również opisy otoczenia, zwłaszcza jego "czasowych deformacji". Całość lekko absurdalna, ale umiejscowiona w jakby znajomych lokacjach i dekoracjach. Znajomych z literatury, filmu, popkultury. Pan Czasowny jest pod Twoim piórem odpowiednio dynamiczny i pełen wigoru, pewnie dlatego wiarygodnie pcha akcję do przodu.

Pomysł na podobne zabawy z czasem nie jest nowy. Ale w takiej formule i limicie sprawdza się bardzo dobrze. Ja jednak, w przeciwieństwie do Nir, nie uważam, że wszystko to jest kompletnie i logicznie przemyślane w ogóle i w detalach. Choćby ta bańka czasu, o której wspominasz. Bo niby czemu w domu zjawiska zachwiania czasu są tak wyraźne, następnie w okolicy ulegają wyciszeniu, by potem znów się nasilić? No i z jakiego powodu (poza wyobraźnią Autora) same zjawiska mają taki, a nie inny charakter?

Równie chaotycznie i nie do końca zrozumiale brzmią wyjaśniania zegarmistrza odnośnie zasady działania jego niezwykłych urządzeń. Samo zakończenie (z urlopem) też nie rozbłysło z siłą supernowej. Jest w sumie konsekwencją stylu, formuły i fabuły. Bez zaskoczenia.

Ale nie narzekam, bo z lektury jestem usatysfakcjonowany i czekam na Twoje kolejne teksty z zainteresowaniem.

PS. Tytuł ok. Ja bym dał "czasem" na końcu zdania.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

mr.maras dzięki za miłe słowa i za uwagi, dobrze napisany tekst powinien bronić się sam, a tu faktycznie czegoś zabrakło, zwłaszcza w tej bańce, o której wspominasz. Podczas pisania założyłem, że Czasowny codziennie rano pije kawę patrząc przez okno na ulicę – sam robiłem tak na studiach i mieszkałem wtedy naprzeciwko rybnego i zakładu pogrzebowego :) – ale oczywiście zapomniałem o tym wspomnieć. Gdybym to zrobił, to fakt, że każdego ranka patrzył w to samo miejsce wyryłby się w jego pamięci. 

 

Dziękuję również za kropki i koty :)

Fladrif, Bożesz, takie poranki z widokiem na zakład pogrzebowy musiały być iście nastrojowe :P

Dickens byłby zachwycony :) Ja nie miałem dużego wyboru, z drugiej strony było podwórze i jakieś upiorne popiersie na oknie w opuszczonej oficynie, które prawie każdego dnia było obrócone w inną stronę. 

Co tu dużo mówić – historia mnie wciągnęła. Z humorem i swoistym napięciem, w idealnych proporcjach. Bardzo dobre zakończenie. Czy przy tworzeniu cebulki, inspirowałeś się filmem: Klik: I robisz, co chcesz? W trakcie lektury to było moje pierwsze skojarzenie.

adam84 dzięki za odwiedziny i cieszę się, że ci się podobało. Faktycznie kojarzę film, ale pomysłem wyjściowym był dla mnie człowiek opóźniony względem rzeczywistości. Teraz też zobaczyłem podobieństwo :)

upiorne popiersie na oknie w opuszczonej oficynie, które prawie każdego dnia było obrócone w inną stronę. 

Podróżnicy w czasie? XD

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Albo płaczące anioły w wersji mini

Skąd wiesz, do czego to popiersie jest umocowane…

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Nowa Fantastyka