- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Półtorej duszy

Półtorej duszy

„Idę żąd­ny ot­chła­ni - z wiecz­ną klę­ską zbra­tan -
W Noc, w Roz­pacz - w samo ją­dro Cha­osu śmier­tel­ne”

~z wiersza Bogusława Adamowicza – Za kim?

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Półtorej duszy

Ostatki. Zawsze w tym czasie Psy miały najwięcej roboty. Eilert ostrożnie skradał się przez gęsty las. Ściskając kurczowo strzelbę, próbował cokolwiek wypatrzyć we wszechobecnej ciemności. Z niedaleka dobiegały dźwięki głośnej imprezy.

Gdzieś z przodu wyłowił ludzki głos i zamarł. Ruszył powoli, wpasowując kroki w rytm uderzeń basu. Gdy ujrzał prześwit między drzewami, przylgnął do ściółki i cicho się tam doczołgał. 

Na niewielkiej polanie oświetlonej słabym blaskiem księżyca stało dwoje ludzi. Mężczyzna opierał się o drzewo, pożerając wzrokiem kobietę naprzeciwko niego. Była ubrana w skąpą sukienkę, spod której wystawał długi puszysty ogon. Na głowie miała trójkątne kocie uszy. Z przeciągniętych ciemną szminką ust wystawały cienkie kły. 

 – Świetne przebranie, naprawdę świetne – mamrotał facet. 

Kobieta podeszła do niego. Eilert ostrożnie wycelował. Wiedział, że musi poczekać. Po chwili para na polanie zaczęła się namiętnie całować. Między ich ustami wykwitła biała poświata. Gdy znikła, mężczyzna legł bezwładnie na ziemię. To ten moment – pomyślał Eilert. Kotołaczkę ogarniała ekstaza po posmakowaniu czyjejś duszy i jej zmysły przez chwilę były stępione. Nie mogła teraz uniknąć pocisku. Strzelił. 

Kobieta drgnęła gwałtownie, gdy nabój zagnieździł się w jej piersi, ale nie upadła. Spojrzała nieprzytomnie na Eilerta, a potem wybuchła. Kawałki ociekających czerwienią wnętrzności poleciały we wszystkie strony. Eksplodujące pociski robiły wrażenie. W miejscu, gdzie przed chwilą stała kotołaczka, teraz lewitowała gromada świecących punkcików. Wszystkie oprócz jednego zadrżały i odleciały ku górze. Ten, który został, powędrował do ust leżącego pod drzewem mężczyzny. Nieszczęśnik ocknął się i zamrugał. Eilert podbiegł i szybko starł krew z jego nogi. 

 – Csooo jes… – wystękał facet. 

 – Za dużo wypiłeś, kolego. Idź do domu i odpocznij. 

Mężczyzna kiwnął głową i z największym trudem wstał. Następnie, nie zwracając uwagi na resztki ciała leżące wśród drzew, odszedł chwiejnym krokiem w stronę przystanku. Przypominał zombie. Właściwie, chwilę temu rzeczywiście nim był. Eilert zaśmiał się. Wesołość mu przeszła, gdy spojrzał na krwawe flaki rozwieszone po krzakach. Zadzwonił do ekipy sprzątającej, potem ruszył dalej. 

Las zaszumiał groźnie, zniekształcając muzykę z imprezy. Eilerta otaczała nieprzenikniona ciemność. Miał wrażenie, że drzewa zbliżają się, chcąc go zmiażdżyć. Może na to zasługiwał. Mordował przecież rozumne istoty. Zadrżał. Zabijasz, by ocalić innych – powiedział sobie w myślach. Robisz coś dobrego. Tylko uśmiercenie kotołaka pozwalało odzyskać dusze, nie było innego sposobu. Gdyby istniało lepsze wyjście…

A kotołaki? To, co robiły, zdawało się sprzeczne z naturą i odrażające, jednak, wbrew sobie, długie noce poświęcał na usprawiedliwianie owych istot. Posiadały tylko połowę własnej duszy, na zasadzie kompromisu – ponieważ człowiek ją miał, a zwierzę nie, one zaś były pół kotami, pół ludźmi. Właśnie to powodowało u kotołaków chęć pożerania innych dusz – ich organizmy domagały się zrekompensowania braku, uruchamiając spaczone łaknienie. Kotoludzie nie robili więc zombie z napotkanych osób „specjalnie”. 

Eilert wiele razy zastanawiał się, co by czuł, gdyby sam był kotołakiem. Teraz znowu ta myśl przyszła mu do głowy. Próbowałby zapewne walczyć ze swoją naturą jako niechciany wyrzutek żyjący w ciągłym strachu przed Psami, nomada nieposiadający własnego miejsca na świecie, a sensem jego istnienia byłaby wieczna ucieczka donikąd… 

Zaklął. Miał nie dopuszczać do siebie takich myśli w ogóle, a zwłaszcza na polowaniu! Potrząsnął głową. Nagle zatrzymał się, a serce zabiło mu w szybkim rytmie. Słyszał lekkie kroki, bardzo blisko miejsca, w którym stał. Po chwili ucichły. 

Eilert, kierowany instynktem, powoli wykonał zwrot o sto osiemdziesiąt stopni, bezgłośnie unosząc strzelbę. Ktoś stał naprzeciwko niego, spowity nieprzeniknioną ciemnością.

Trzymając palec na spuście, mężczyzna wyjął telefon. Światło wyłoniło z mroku małą dziewczynkę w za dużej kurtce z postawionym kołnierzem zakrywającym dolną część twarzy. Zasłoniła oczy przed jasnością. 

 – Dziecko, co ty robisz sama w lesie? – zapytał zdumiony, opuszczając natychmiast broń. 

 – Zgubiłam się. Niech pan przestanie na mnie świecić, to razi! 

 – Ach, tak. – Eilert szybko skierował telefon w inną stronę. – Jak masz na imię?

 – Evie. 

 – Dobrze, Evie. Powiedz mi, czy jesteś tu z rodzicami? 

Dziewczynka zaprzeczyła, poprawiając grubą, wełnianą czapkę. 

– Jeśli podasz mi adres, odprowadzę cię do domu – zaproponował Eilert. – Pamiętasz go? 

 – Chyba tak. – Evie wyrecytowała nazwę ulicy i numer. 

 – To niedaleko. Chodźmy.

Ruszyli przez ciemny las. Gdy dotarli do ścieżki, Eilert schował telefon. Uważnie stawiał kroki, Evie natomiast szła szybko i pewnie. 

 – A pan? Co pan robił sam w lesie? – zaciekawiła się. 

 – Ee… Spacerowałem – skłamał Eilert. 

 – Ze strzelbą? 

 – No, polowałem trochę na jelenie… 

 – Po ciemku? 

 – Jak polowałem, to było jasno! Za dużo pytań zadajesz – zdenerwował się Eilert. 

 – Niech pan nie kłamie – mruknęła dziewczynka. – Wiem, że poluje pan na kotołaki. 

Mężczyzna stanął jak wryty. Istnienie kotołaków było informacją niedostępną dla zwykłych cywili. 

 – Evie… kto ci naopowiadał takich bzdur? Kotołaki nie istnieją – powiedział niepewnie. 

 – Moja ciocia należy do Psów – odrzekła dziewczynka. 

Eilert był oburzony. Psy nie powinny opowiadać nikomu o tym, co robią, a zwłaszcza dzieciom! 

 – Jak się nazywa ciocia? – zapytał. 

 – Nie pamiętam – odpowiedziała Evie wymijająco. – Ale o swoim zawodzie nie mówi zbyt dużo. Może pan opowie? Jestem bardzo ciekawa. 

 – Zapomnij! – wykrzyknął Eilert. 

 – Dlaczego się nazywacie akurat „Psy”? – pytała dalej dziewczynka, niezrażona. 

Eilert milczał. Po chwili jednak postanowił odpowiedzieć. 

 – To chyba logiczne. Psy polują na koty. Poza tym, są zazwyczaj większe i silniejsze, więc nazwa podnosi też morale…

 – Czy rzeczywiście jesteście silniejsi od kotołaków? – zaciekawiła się Evie. 

Mężczyzna westchnął. 

 – Nie. Jesteśmy zwykłymi ludźmi odpowiednio tylko wyszkolonymi, one zaś prastarymi istotami o niezwykłej mocy, potrafią poruszać się nieludzko szybko, mają wyostrzone zmysły… Trudno je pokonać i wielu z nas poległo, próbując… Dlaczego ja ci o tym mówię? – zreflektował się nagle. – Nie powinnaś wiedzieć. Nie zadawaj więcej pytań, bo zrezygnuję i cię tu zostawię. 

Evie posłusznie zamilkła. Eilert zamyślił się. Znowu dopadły go wątpliwości. Nie, na pewno czynił dobrze. Kotołaki nie powinny w ogóle istnieć. Zabijając te potwory, ratował wiele dusz. 

Z zadumy wyrwało go pociągnięcie za rękaw. 

 – Proszę pana… Słyszę coś – wyszeptała Evie. 

 – Hm? 

Przystanął, nasłuchując. Na początku nie dochodził do niego żaden niepokojący dźwięk, dopiero po dłuższej chwili usłyszał odległe pijackie okrzyki, które zdawały się przybliżać. 

 – Bez obaw, nic nam nie zrobią – rzekł Eilert, ścisnął strzeblę i pewnie ruszył przed siebie.

Niedługo później naprzeciwko pojawiło się pięć świecących ekranów, a powietrze przecięły męskie wrzaski, z których wynikało, że właściciele telefonów byli mocno nietrzeźwi. Eilert przełknął ślinę i szedł dalej, niewzruszony, a Evie trzymała go za rękę.

Gdy mężczyźni ich zauważyli, zamilkli. 

 – Grzyby są? – zawołał jeden zaczepnym tonem. 

Odpowiedziała mu cisza.

 – Pytam, czy grzyby są? – powtórzył tamten jeszcze głośniej. 

Eilert przełożył strzelbę z jednej ręki do drugiej. Prawdopodobnie przez ilość spożytego alkoholu nie przestraszyli się. Niski, lecz barczysty mężczyzna podbiegł do niego i popchnął na drzewo. Eilert się tego nie spodziewał. Runął na ziemię, a broń wypadła mu z ręki. 

 – Grzeczność nakazuje odpowiedzieć na pytanie! – warknął ten, który go popchnął. 

Kopnął strzelbę poza zasięg rąk Eilerta, którego potem ugodził w brzuch. Z prawej rozległ się wrzask Evie. 

 – Evie! – wystękał Eilert, nie mogąc się wyprostować z bólu. Kątem oka dostrzegł, że pozostała czwórka mężczyzn otoczyła dziewczynkę. 

Kolejne kopnięcie zamroczyło Eilerta. Zasłaniając brzuch rękami, bezradnie próbował uciec od pijanego mężczyzny, ale ten kopnął go po raz trzeci. Eilert skulił się w oczekiwaniu na następne uderzenia. Nie nastąpiły. Zamiast tego usłyszał wrzaski czwórki mężczyzn i dźwięk rozdzierania. 

Ocierając łzawiące oczy, spojrzał w tamtą stronę. Mężczyźni leżeli na ziemi z głębokimi ranami od pazurów, a na piersi jednego siedziała Evie. Jak pijawka przyssała się do jego ust. Białe światełko zniknęło w gardle dziewczynki. Potem skoczyła na skamieniałego ze strachu oprawcę Eilerta.

 – Evie? 

Ze ściśniętym gardłem, Eilert powoli podczołgał się do strzelby i wycelował, jednak nawet, gdy Evie zasmakowała piątej duszy i była bezbronna jak zwyczajne, ludzkie dziecko, nie strzelił. 

Dziewczynka, odzyskawszy zmysły, powoli wstała i zdjęła czapkę, odsłaniając wystające z potarganych włosów trójkątne uszy. Dłonie zakończone ostrymi pazurami ociekały krwią. 

 – Okłamałam cię. Nie mieszkam pod adresem, który podałam, tylko tu, w lesie. Chciałam po prostu… sprawdzić, czy jakikolwiek dialog między psami i kotami jest możliwy – powiedziała, dysząc ciężko. – Nieważne zresztą. No, dalej, strzelaj. 

 – Z łatwością rozbroiłabyś mnie, nim zdążyłbym dotknąć spustu – wyszeptał Eilert. 

 – Owszem. Ale nie chcę. Mam dość. Nie chcę tak żyć… Nie powinnam w ogóle istnieć. Strzelaj! 

Eilertowi zadrżała ręka. Jeszcze nie trafił na kotołaka dziecko. Takie zjawisko nigdy nawet nie przyszło mu do głowy. Co musiał teraz zrobić? Zabić małą dziewczynkę i ocalić mnóstwo ludzkich istnień? Tym pijakom i tak już nie przywróci świadomości, bo zdążyli się wykrwawić… Ale ich dusze… Czy miał prawo skazywać dusze wszystkich ludzi, jakie pożarła Evie, na błąkanie się w ciemnościach, żeby ocalić jedno dziecko?

A czy miał prawo zabijać dziecko?

 – Strzelaj! Wiem, że myślisz tak samo. Uważasz, że nie powinnam istnieć – mówiła dalej Evie. 

Czy miał prawo zabijać kogokolwiek? Opuścił broń. 

 – Nie… To nieprawda. Jesteś częścią natury, jak każda istota – mruknął, odwracając się. – Ale… 

Evie wybuchnęła płaczem.

 – Przestań pieprzyć! – wrzasnęła. 

Eilert nagle z powrotem na nią spojrzał, przykucnął i złapał za ramię. Jej oczy z pionowymi źrenicami świeciły jak dwa odblaski. 

 – Evie… Obiecuję ci, że coś z tym wszystkim zrobię. Dla ciebie. Dla innych kotołaków. Musi być jakieś wyjście, musi! Będę szukał i nie spocznę, dopóki go nie znajdę. 

– Nie… – załkała dziewczynka. – Nigdy go nie znajdziesz! Nigdy nie będzie między nami dialogu! 

 – Na razie dialog nie jest możliwy, ale sprawię, że się taki stanie. Jestem pewien, że istnieje sposób inny niż zabijanie, tylko leniwym ludziom nie chciało się go szukać – ogłosił Eilert. 

Evie spojrzała na niego ze smutkiem. Całą twarz miała we łzach. Czubki trójkątnych uszu pochyliły się ku ziemi. Wyglądała żałośnie. 

 – Tymczasem… Nigdy więcej nie myśl, że nie masz prawa istnieć i… staraj się być wstrzemięźliwa.

Wstał i odszedł. Nie zabrał strzelby. 

Koniec

Komentarze

Przeczytane wczoraj, wracam z komentarzem. Koncepcja połowy duszy to pomysł ciekawy, ale potencjał zdecydowanie nie został wykorzystany w tekście. Całość wydaje mi się zwyczajnie naiwna i przegadana – rozterki bohatera można by było uchwycić ciekawiej, motyw Evie jest od pierwszej chwili bardzo przewidywalny. Nie mogę też zdzierżyć tego wybuchającego kotołaka – dlaczego on właściwie wybuchł? Wszystkie tak robią po śmierci? Ten jeden? 

Generalnie, widać, że masz jakąś wizję, pomysł, ale nad wykonaniem trzeba zdecydowanie popracować.

Dziękuję, Verus. Wybuchający kotołak był wynikiem eksplodujących pocisków – odpowiednie zdanie jest teraz w tekście.

Mam mieszane uczucia. Z jednej strony podoba mi się pomysł na kotołaki z połową duszy, rekompensujące sobie ten niedobór wysysaniem dusz ludzi i psy, które na nie polują. Fajnie przedstawiłeś dylemat łowcy zbijać czy nie. Z drugiej strony ani przez chwilę nie miałam wątpliwości, że Evie jest kotołakiem. Mała dziewczynka sama nocą w lesie i w dodatku posiadająca wiedzę, której mieć nie powinna. Toż to jasne, że jest jedną z nich. Dziwi mnie, że pies się nie zorientował.

Pomysł jest, ale wymaga dopracowania. Trzeba by jakoś logicznie wyjaśnić nagłe zaćmienie umysłu Eilerta.

Dziękuję, Irko. Jest mi miło, że pomysł na kotołaki się podoba. Będę bronić swojego opowiadania. Nie było moim zamiarem utrzymanie kotołactwa Evie w tajemnicy przed czytelnikiem, a Eilert nie domyślił się, ponieważ przez całe życie ani na chwilę mu przez myśl nie przeszło, że dziecko też może być kotołakiem.

Pomysł na kotołaki niezły, czytało się całkiem dobrze, i tylko spotkanie z dziewczynką zdało mi się mocno niewiarygodne ― nie przyjmuję do wiadomości, że Eilert nigdy nie myślał, skąd się biorą coraz to nowe kotołaki, że nie przyszło mu do głowy, że one się zwyczajnie rozmnażają, więc muszą być też kotołaki dzieci.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

Na nie­wiel­kiej po­la­nie oświe­tlo­nej sła­bym świa­tłem księ­ży­ca… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Może: Na nie­wiel­kiej po­la­nie rozjaśnionej sła­bym świa­tłem księ­ży­ca

 

Męż­czy­zna kiw­nął głową i z naj­wyż­szym tru­dem wstał. ―> Nie wydaje mi się, aby trud mógł być wysoki, tak jak nie może być niski.

Proponuję: Męż­czy­zna kiw­nął głową i z największym tru­dem wstał.

 

Za­bi­jasz, by oca­lić in­nych, ro­bisz coś do­bre­go – po­wie­dział sobie w my­ślach. ―> Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

one zaś były pół-ko­ta­mi, pół-ludź­mi. ―> …one zaś były pół ko­ta­mi, pół ludź­mi.

 

Ko­to-lu­dzie nie ro­bi­li więc… ―> Ko­tolu­dzie nie ro­bi­li więc

 

serce za­bi­ło mu w ryt­mie stra­chu. ―> A jakim rytmie objawia się strach?

 

Za­bi­ja­jąc te po­two­ry, ra­to­wał wiele żyć. ―> Życie nie ma liczby mnogiej.

Proponuję: Za­bi­ja­jąc te po­two­ry, ra­to­wał życie wielu ludzi.

 

na­prze­ciw­ko po­ja­wi­ło się pięć świe­cą­cych ekra­nów. Z to­wa­rzy­szą­cych im mę­skich wrza­sków… ―> W jaki sposób męskie wrzaski mogły towarzyszyć ekranom?

 

wark­nął ten, co go po­pchnął. ―> …wark­nął ten, który go po­pchnął.

 

Jesz­cze nie tra­fił na ko­to­ła­ka-dziec­ko. ―> Jesz­cze nie tra­fił na ko­to­ła­ka dziec­ko.

 

Evie wy­bu­chła pła­czem. ―> Evie wy­bu­chnęła pła­czem.

Dziękuję za łapankę, Reg. Poprawki wprowadzone. Z kotołakami dziećmi jest trochę tak, jak z cukrem wanilinowym – po prostu Eilert sobie uświadomił, że całe życie żył “w błędzie”. 

Iluzjo, ten kot jest najlepszy!

No to mi, Anonimie, zabiłeś ćwieka – całkiem nie pojmuję związku małych kotołaków z cukrem, a już najmniej z wanilinowym. :(

Już wyjaśniam. Czasami w życiu mamy małe zaćmienia i jakaś niby oczywista i dobrze nam znana rzecz okazuje się całkiem nowa. Np. wielu ludzi myślało, że cukier wanilinowy to cukier waniliowy, a gdy się wreszcie dowiadują prawdy, to mają poczucie, że całe życie żyli w błędzie. Tak samo z Eilertem – polowanie na kotołaki to jego zawód, owe istoty są mu zatem dobrze znane, a jednak nigdy nie zastanawiał się, jak to jest z ich dziećmi, więc w jego głowie panowało nieświadome przekonanie, że kotołaki pojawiają się “z powietrza”. Prostu są i tyle. Gdy wreszcie spotkał jakieś dziecko kotołaka, to znana rzecz zaczęła być dla niego nowa i uświadomił sobie, że całe życie żył w błędnym przekonaniu.

Dzięki, Anonimie. ;)

Jednakowoż zdaje mi się, że z takim myśleniem Eilert chyba daleko nie zajdzie. ;)

W zasadzie zgadzam się z poprzedniczkami – pomysł na kotołaki, istoty z połową duszy, jak i sposób ich polowania to mocne strony tekstu, dosyć ciekawa koncepcja. Po intrygującym, zachęcającym do dalszej lektury początku jednak jakoś się rozjechało – główny bohater okazał się zbyt naiwny, by być wiarygodnym. Dziewczynka z kolei zupełnie nie brzmiała jak dziecko (jeśli u kotołaków sprawy dojrzewania wyglądałyby inaczej, niż u ludzi, to zabrakło jakiegoś wytłumaczenia).

Dziękuję, Nir. Skoro już cztery osoby mają podobną opinię, to widzę, że spory kawałek fabuły jest do wymiany, czego raczej nie mogę zrobić w tym konkursie. 

Cień Burzy + Gravel = kot w kropki :D

Nowa Fantastyka