- Opowiadanie: Peregrin - Wołchwowie i czarownice

Wołchwowie i czarownice

Przyznam szczerze, że dużo eksperymentowałem w tym opowiadaniu. Głównie bawiłem się absurdem i improwizowałem, by przekonać się jaki efekt da mieszanka różnych konwencji. Wszystkim zainteresowanym życzę miłej lektury i liczę na konstruktywną krytykę, bym mógł przeanalizować błędy.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Wołchwowie i czarownice

 

I

 

Dalebor, oparty o brzózkę pod sklepem spożywczo-monopolowym, rysował patykiem runy na piasku.

– Pokaż jeszcze raz ten list – powiedział Gniewosz.

Dalebor wyciągnął z torby przy pasie zmiętą kartkę, spod kiści kłujących gałązek jałowca. Czekali na sołtysa, który wzywał ich w liście do przybycia na godzinę siedemnastą do centrum wsi Józefin. Opisał dokładną lokalizację: sklep, brzózki i godzina się zgadzały, brakowało jedynie sołtysa… i nieboszczyka. Kondukt pogrzebowy miał ruszyć pod kurhan zaraz po załatwieniu formalności. Jednak od czasu przybycia wołchwowie nie widzieli żadnego człowieka.

Gdy zbierali się już do odejścia, zza sklepu wyszli dwaj mężczyźni i żywo o czymś rozmawiali. Widząc kapłanów, grubszy uciął rozmowę, szturchając chudszego łokciem.

– Bogów chwalić, miłościwi, żeście tak szybko dotarli. Jestem sołtysem. Mściwoj się nazywam, a to jest Zdunek – dodał, mierząc kapłanów wzrokiem.

– Ja się nazywam Dalebor, a to jest Gniewosz. Długo kazaliście na siebie czekać, zatem przejdźmy już do obrządku. Gdzie jest zmarły? – zapytał Dalebor.

– No, po prawdzie to nie ma. – Sołtys zmieszał się i kopnął staruszka.

Znaczy ja jestem yyy… miałem być tym nieboszczykiem… chyba. – Spojrzał na sołtysa.

– Ty kretynie! To była tylko taka podpucha – skarcił staruszka, po czym zwrócił się do wołchwów. – Znaczy umyśliliśmy, że napiszemy w liście z prośbą o obrządek, inaczej byście nie przyszli.

– Ściągacie nas kawał drogi, każecie czekać w taką duchotę i mówicie, że to podpucha. Musicie mieć cholernie dobry powód, jeśli nie chcecie, by kolega rzucił wam na gospodarstwa jakąś zarazę – zagroził Gniewosz.

– Pokaż Zdunek– Sołtys popchnął staruszka.

Mężczyzna podkasał rękaw. Przez całe przedramię ciągnęło się zadrapanie.

– To się wczoraj rano stało, tam, w tym monopolowym – wskazał na żółty budyneczek.

Dalebor przyjrzał się ranie, ignorując sołtysa. Zwierzę, które ją zadało, musiało mieć dużą łapę i przynajmniej trzy długie szpony. Wglądało na to, że powstała niedawno, krew nawet nie skrzepła. Lecz nagle Dalebor doznał dziwnego uczucia. W pobliżu musiał być ktoś, od kogo biła magiczna aura. On i Gniewosz w końcu nosili kaptury z wszytą srebrną nicią. Ta aura była obca.

Rozejrzał się, szukając źródła, aż spostrzegł ciemnowłosą dziewczynę wyglądającą zza sklepu – emanowało od niej lekko mgliste światło. Nieznajoma zniknęła za budynkiem natychmiast, gdy ich spojrzenia się zbiegły.

– Mistrzu, i co to mogło być? Może wąpierz? Tu w tym sklepie… – zaczął sołtys.

– To tylko jakaś dzie… – Dalebor ugryzł się w język w ostatniej chwili – …cinada sołtysie. Nie wiem, co mieliście w głowach, wymyślając tę bzdurę, ale mogliście postarać się bardziej… nie wiem… poczekać aż krew skrzepnie, na przykład. Obyście mieli naprawdę dobre powody…

– To musiało być jakieś cholerstwo, jak bogów kocham! – zarzekał się sołtys. – Nie goi się? To dlatego że zadało ją magiczne plugastwo, o!

– Na pewno – powiedział Gniewosz.

– Drwicie, a nie wiecie jeszcze wszystkiego.

– Nie drwimy. Wiemy tylko, że macie aż nazbyt często w zwyczaju wynajdować rożne plugastwa i potworności – powiedział Dalebor.

– Tutaj w tym sklepie jest dowód, że mówię prawdę. Sami sprawdźcie.

Sołtys otworzył drzwi, rozchylając kurtynę paskową i zaprosił kapłanów do środka. W wejściu uderzył ich odór zepsutego mięsa, mieszający się się z wonią suszonych roślin. W sklepie znajdowała się prosta podniszczona lada, a za nią puste półki – zapewne na alkohol. Zakratowane okno zasłaniały stojaki z nielicznym suchym prowiantem.

– Proszę tędy. – Sołtys podniósł część lady i otworzył drzwi.

Woń ziół wydobywała się z tego miejsca. Była to nieduża izba bez sufitu. Na krokwiach suszyły się pęki krwawnika, szyszki chmielu, żółty wrotycz, konopie. Wchodziło się tam przez półpiętro, na nie natomiast przez schody w prawej części izby.

– Miejscowa apteka? – zadrwił Gniewosz.

– Proszę się śmiać. Mina wam zrzednie, gdy wejdziemy na górę – oświadczył sołtys.

Weszli, stawiając każdy krok ostrożnie po skrachciałych deskach. Na półpiętrze stały słoje z przeróżną – w większości plugawą – zawartością. Najwięcej jednak było słoi z płodami myszy i kurzymi łapkami w przezroczystej cieczy oraz suszonymi ziołami. Pośrodku zaś stał oblepiony krwią i pierzem pień

– Jakaś baba bawi się w guślarkę? To ona się wam naprzykrza i dlatego nas wezwaliście, tak? – zapytał Dalebor pewny że odkrył lęki tutejszej wsi.

– Nie. To legowisko wiedźmy – powiedział sołtys nieco ochrypłym głosem.

– Oh, wiedźma! Lata nocą na szczotce? – zadrwił Gniewosz, oglądając słój z dziwną zawartością pod nikłe światło z oblepionego gazetami okna. – Czy krowom mleko spija?

– Nie… Zdecydowanie woli krew zawszonych, małych wołchwów! – głos sołtysa stał się wyższy, skrzeczący.

Gniewosz powoli odstawił słój. Stojący przed nimi mężczyzna zginał się i kurczył, aż zmienił w staruszkę z czarnymi oczyma. Spojrzała na drzwi, a gdy wykonała w ich stronę szybki gest, z jej rąk wyleciała jasnoczerwona mgiełka. Obnażyła bezzęb dziąsła zadowolona z wrażenia, jakie wywarła na wołchwach.

Dalebor ostrożnie schował rękę za siebie. Kilka cieni, jak żmije wijąc się po niej, splotło się razem, tworząc krótki kostur. Stojący obok Gniewosz trzymał sztylet.

Wiedźma warczała jak pies, poruszała się szybko i zwinnie, dezorientując kapłanów swymi skokami. Dalebor nie zauważył nawet, gdy staruszka rzuciła się na Gniewosza. Kiedy go przewracała, kilka dech na przegniłym półpiętrze nie wytrzymało i zwaliło się na dół wraz ze słojami; Wołchw i wiedźma spadli na dół.

Dalebor, stojąc wciąż na półpiętrze, machnął w stronę wiedźmy. Wystrzelona smuga cienia chwyciła ją i rzuciła o ścianę. Gniewosz wstał, rozglądając się za sztyletem, zaraz jednak ponownie znalazł się na ziemi powalony przez wiedźmę. Trzymał jej długie cienkie łapy, które próbowały sięgnąć jego twarzy. Dalebor machnął ponownie, zeskakując na ziemie, ciskał teraz w staruchę cień za cieniem.

– Co teraz!? – krzyknął Gniewosz.

– Nie wiem!

Wiedźma warczała, cienie zdawały się nie robić jej krzywdy. W jej ręku zmaterializowała się mgła. Dalebor zakreślił szybko w powietrzu okrąg. Cienie wypełniły go, tworząc tarczę, która wytrzymała uderzenie, lecz jego impet był na tyle silny, że rozbił zaklęcie i cisnął kapłana o ścianę.

– Podpal jałowiec! – krzyczał Gniewosz. Podbiegł do Dalebora i włożył mu w rękę kilka gałązek.

– Po co!? Zgłupiałeś?

– Podpalaj!

– Agni – wyszeptał Dalebor. Gałązki zadymiły, po chwili w powietrzu czuć było przyjemny zapach. Stopniowo zajął je ogień. Dalebor, widząc szykującą się do kolejnego ataku wiedźmę, posłał pocisk.

Gniewosz ruszył na oszołomioną uderzeniem staruszkę i włożył jej pod obdartą koszulę płonące gałązki. Wiedźma ryknęła z bólu i zakrztusiła się duszącym dymem.. Zaczęła zdzierać z siebie płonącą koszulę. Rozejrzała się szybko, po czym wbiegła po schodach. Kapłani usłyszeli dźwięk tłuczonego szkła.

– Biegnij na zewnątrz! Ja spróbuję walnąć w nią z góry– Dalebor ruszył za wiedźmą, usiłując skoczyć w pędzie przez wybite okno, lecz płaszcz zahaczył mu się o kawałek wystającej krokwi. Wiedźma leżała na ziemi i zbierała się do ucieczki. Dalebor, po poradzeniu sobie z płaszczem, spróbował zeskoczyć na nią, i w locie cisnąć cienie. Jednak ta, widząc, że Dalebor depcze jej po piętach, cisnęła w niego szkarłatną mgiełkę. Dalebor ponownie opisał koło. Cienie jak przedtem zatrzymały pocisk, i jak przedtem rozbiły się z impetem, odrzucając go do tyłu. Przeleciał przez okno oraz półpiętro, uderzając plecami o ziemię, na chwilę tracąc oddech i władzę nad ciałem. Wstał, naciągając mocniej opadły kaptur i ruszył do wyjścia, nie ryzykując ponownego desantu z okna.

Pobiegł za sklep, gdzie Gniewosz próbował dźgać leżącą na ulicy wiedźmę. Złapała go za przedramię i wytrąciła sztylet, a potem kopnęła między nogi. Dalebor podbiegł i wymierzył kopnięcie w twarz staruchy. Zajęczała i upadła na plecy. Zebrał w sobie całą moc, jaką mógł w tej chwili skumulować, i cisnął pocisk prosto między czarne ślepia wiedźmy, która już materializowała mgłę. Uderzenie pozbawiło ją przytomności.

– Patrz – powiedział Gniewosz przez ściśnięte gardło. W ich stronę biegł tłum ludzi, z sołtysem na czele.

 

II

 

Sołtys wyglądał zupełnie jak przedtem. Był łysy, a jego twarz pokrywał kilkudniowy zarost. Jedynie ubrania miał inne, poza tym bez zmian.

– Nie atakujcie, mistrzowi! My swoi! – sołtys podniósł ręce, widząc jak Dalebor mierzy w niego kosturem.

– Wyjaśnij natychmiast co tu się dzieje! – powiedział Dalebor.

– Tak oczywiście – ożywił się sołtys. – Starucha pojawiła się z tydzień temu. Na początku nie sprawiała kłopotów, ale jak żeśmy jej nie chcieli drobiu dawać, to w szał wpadła, no i zarazą groziła. To się zebraliśmy na naradę i list do was wysłali wczoraj, że niby obrządek odprawić, ale przeczuło co się święci, bydlę, i nas wszystkich w remizie pozamykała. Także, miłościwi, stokrotne dzięki za uwolnienie od tej zmory. Wasz mistrz dostanie list o tym, że sprawiliście się jak należy. My weźmiemy wiedźmę i dostarczymy naszym kapłanom, oni ręką by nie kiwnęli, ale teraz na gotowe wezmą ją i ukarzą po swojemu. Zdunek! No, pomóż mi!

– Zaraz, zaraz… spokojnie i powoli. Chyba wam się do reszty w głowach pomieszało, jeżeli myślicie, że pozwolimy wam zabrać wiedźmę. – zdenerwował się Gniewosz.

Daleborowi wszystko to wydawało się dziwne. Wiedźma, której istnienie wkładał między bajki, okazała się istotą jak najbardziej rzeczywistą, co gorsza niebezpieczną. A to wymagało od niego jako wołchwa, zabezpieczenia jej i przewiezienia do najbliższego boru kapłanów. Problem w tym, że Dalebor i Gniewosz zajmowali się obrządkiem nad zmarłymi i wyprawianiem lokalnym społecznością świąt. Żaden z nich nigdy nie spotkał leszego, wąpierza, czy choćby beboka, uważali podobne monstra za wytwór wybujałej wyobraźni gminu.

Jednak wiedźma leżała nieprzytomna pod ich nogami, a oni byli w okolicy jedynymi kompetentnymi osobami, by się tym zająć. „Naszymi najbardziej ekstremalnymi zajęciami są rozmowy ze smutnymi i nierzadko wściekłymi duchami na dziadach” – zamyślił się nad swoim życiem wołchw.

– My dostarczymy ją waszym kapłanom. Najpierw dajcie jakiś wózek, trzeba ją przewieźć. – przemówił po chwili ciszy Dalebor.

– Może być taczka? – zapytał staruszek. Sołtys spojrzał na niego wściekle.

– Może być. Sołtysie, jakiś problem? – dopytał Dalebor.

– Nie, skąd, już idę. – powiedział uprzejmie sołtys i poszedł.

Wiedźmę przewieźli na taczce do najbliższej stodoły. Na ich szczęście okazało się, że gospodarz ma klatkę, dla świń – wiedźma zmieściła się idealnie. Wołchwów martwił jedynie stan owej klatki, nie wyglądała na specjalnie solidną. Sołtys zapewnił, że załatwi transport, po czym oddalił się wraz ze staruszkiem.

Dalebor, patrząc na klatkę, wyjął sztylet i zaczął skrobać coś na jej cienkich prętach.

– Co robisz? – zapytał Gniewosz.

– Kreślę znane mi ochronne słowa runiczne.

– Tureckie, czy germańskie?

– Germańskie, ty kreśl tureckie.

– Może napisać też coś sanskrytem?

– No to próbuj, jak ci się uda coś wyskrobać sanskrytem na tych cienkich prętach, to gratulacje.

Obaj pogrążyli się w pracy, zgrzytając po prętach.

– To wszystko jest jakieś dziwne, ci ludzie, ogólnie to miejsce – powiedział Gniewosz.

– Co ty nie powiesz?

– Wziąłeś jakieś ochronne zioła?

– Coś mam.

– Rozpalimy kilka kopczyków przy klatce, najwyraźniej działają na wiedźmy.

– Skąd w ogóle pomysł z jałowcem? – zapytał Dalebor.

– Pierwsze co mi przyszło do głowy, żeby ją podpalić. Nie czytałeś „Jasia i Małgosi”?

– Czytałem. Tyle że to była dwójka gówniarzy, a ty jesteś wołchwem, uzdolnionym magicznie sługą Welesa, dlaczego więc nie użyłeś czarów, kapłanie?

– Spieprzaj, dobra. W stresujących sytuacjach nie idzie mi czarowanie. Zresztą, gdyby nie ogień, nie wiadomo, czy byśmy teraz sami nie siedzieli w klatce, albo gorzej: w piecu.

– A! Przez to wszystko bym zapomniał ci powiedzieć! Tych wiedźm może być więcej, poza naszą w klatce, jest tu jeszcze przynajmniej jedna. Tyle że niczego sobie. Taka czarnowłosa. Patrzyła na nas zza sklepu.

– Miała mocną aurę?

– Nie mocniejszą niż ta. Ale może potrafią maskować. Jak ta nasza była sołtysem, to nic w niej nie wyczułem.

Gdy skończyli kreślić runy, rozłożyli w rogach klatki pęczki ochronnych ziół, które mieli przy sobie.

– Dobra, zapalaj – powiedział Dalebor.

– A nie możesz ty? – zawstydził się Gniewosz.

– Co, zbyt stresująco? Zapalaj, nie mamy całego dnia.

– Ja się uczę na leśnego gońca, nie na kapłana. Po co mi to?

– Podstawy musisz znać, no rzucaj.

Gniewosz wystawił przed siebie rękę, cienie powoli, jakby ociągając się, zaczęły ją oplatać.

– No zmaterializuj ten kostur! I naciągnij ten kaptur mocniej, już widzę jak wylatuje ci moc. Potem stoi i patrzy jak ciele na malowane wrota zamiast pomóc walczyć, bo cała moc mu wyleciała.

– Możesz się na chwilę zamknąć? Próbuję się skupić.

Cienie splotły się w kostur. Kapłan podniósł go do góry z wyraźną dumą. Spojrzał po kolei na każdą kupkę ziół w rogach klatki, po czym wyszeptał słowo – agni. Cztery cienie niosące iskrę, spadły po kolei na trzy kopczyki, czwarty uderzył w ziemię. Dalebor wskazał palcem na niedymiący kopczyk i również wyszeptał. Cień momentalnie uderzył w kopczyk, zapalając go.

– Dlaczego ja nie mogę bez kostura? – zapytał Gniewosz.

– Żebyś się nie zabił. Zresztą przecież ja sam używam go prawie zawsze. Teraz chciałem ci tylko pokazać, że jestem lepszy – powiedział Dalebor.

– Świnia.

Postali chwilę, obserwując swe dzieło. Klatkę zdobiły runy i spowijał ją dym. Pozostawała nadzieja, że wytrzyma transport, a wiedźma nie ocknie. Jednak, gdy tylko wiedźma poczuła w nozdrzach dym, zaczęła się poruszać. Dalebor zmaterializował kostur, Gniewosz był już w pogotowiu. Starucha rozejrzała się zdziwiona i chwyciła za głowę.

– Co za kretynki!

– Siostry nie wsparły w walce? – zapytał Dalebor.

– To ty mi przywaliłeś, gnoju!? – głos miała chrapliwy – poczekaj, tylko stąd wyjdę.

Chwyciła pręty, lecz zaraz je puściła, głośno klnąc.

– Jaka wyszczekana – powiedział Gniewosz.

– Gdyby nie ta klatka, już byś leżał podpalaczu.

– Dlaczego wcieliłaś się w sołtysa i nas zaatakowałaś? – zapytał Dalebor.

– Mieliście być prezentem dla mojego pana. Ale dawno nie walczyłam.

– Jest was więcej?

– Nawet nie masz pojęcia, dziecinko – starucha obnażyła dziąsła. – ale jeszcze dziś się przekonasz. Nasz mistrz sam po was przyjdzie, to na jego polecenie sołtys wysłał list.

– Nam mówił, że to na twoje polecenie.

– Łgał jak pies, stary pierdziel, umie łgać. – zaśmiała się podle – Nie odejdziecie stąd ze mną.

– Ciekawe. Kim jest ten wasz pan? Może leszym? – dopytywał Gniewosz.

– Leszy! Leszy!? Niby wołchw, a głupi jak cep. Leszych nie ma! Nasz pan jest piękny, może przyjmować formę zwierzęcą albo ludzką.

– Myślisz, że przyjdzie ratować staruchę, która dała się złapać dwom wołchwom, którzy ledwo rzucają czary? – zapytał Gniewosz.

– Mów za siebie, bardzo proszę. – sprostował Dalebor.

– Niee. Przyjdzie po was, mnie uwolni przy okazji – bąknęła wiedźma.

– Nie przypominam sobie, bym wchodził w drogę pięknemu panu, który potrafi przyjmować formę zwierzęcą i ludzką. Co on takiego chce od nas, babciu? – zapytał Dalebor.

– Ma wielkie plany, nie na wasz rozum takie rzeczy.

– Na twój na pewno… Zobacz jak tam z tym transportem. – zwrócił się do Gniewosza.

Gniewosz otworzył drzwiczki we wrotach stodoły i stał przez chwilę, po czym natychmiast je zamknął.

– Co jest? – zapytał Dalebor.

– Zobacz.

 Przed stodołą stały dziesiątki staruszek, obok nich czarnowłosa dziewczyna, a za nimi cała wioska. Wiedźma w klatce śmiała się radośnie.

 

III

 

– Ogień! We wszystkich bajkach i opowieściach prawie zawsze używali ognia! – Gniewosz rył na wrotach stodoły kolejne runy, sypiąc na ziemię wióry.

– Ten znowu z tym ogniem… Podpalimy stodołę czy ruszymy na nie z pochodniami? – Dalebor rozrzucał wzdłuż wrót stodoły koniczynę zmieszaną z sianem, jedyne rośliny ochronne jakie znaleźli.

– Nic wam to nie da, złociutcy, pan zaraz mnie uwolni. Nie zdążycie mnie spalić. – mówiła pobłażliwie staruszka.

Nie zdążymy…” – pomyślał Dalebor.

– Gniewosz, wcale niegłupia koncepcja z tym ogniem. Podprowadź klatkę do wrót, włożymy pod nią siana.

Gniewosz ochoczo przerwał skrobanie i pociągnął klatkę na sflaczałych kołach pod same wrota. Wiedźma przestała się uśmiechać.

Szybko podłożyli siano, wkładając je również do klatki wiedźmy. Jednak zaprzestali tej czynności, wiedźma natychmiast wyrzucała to co wrzucili jej do klatki.

– Dobra, polej to spirytusem, żeby lepiej się zajęło w razie czego – powiedział Dalebor.

– O nie, tego na mnie nie zwalisz. Ty miałeś wziąć wszystkie wymagane przedmioty do obrządku.

– Dobra. Pomożesz mi najwyżej nawrzucać iskier. Plan jest taki: otwieramy wrota, mówimy wiedźmom, że mają nas puścić, bo inaczej spalimy im siostrę. Biegniemy za stodołę do lasu. Ja wypuszczę cienie, które doprowadzą nas do najbliższych kapłanów. Zapamiętałeś?

– Przecież to nie ma sensu. Widziałeś jaka ta prukwa jest szybka? Nie zdążymy wbiec do lasu, a nas dorwą.

– Masz lepszy plan? Nie? To chodź.

Odbili dwa haki trzymające wrota. Dalebor zmaterializował kostur, zaczerpnął powietrza i machnął w ich stronę. Trzasnęło. Wrota otworzyły się na oścież, wpuszczając nikły blask zachodzącego powoli słońca.

– Jedna iskra i starucha zapłonie. – powiedział Dalebor.

Staruszki nawet nie drgnęły. Wyglądały jak zatwardziałe przekupki na targu. Każda z nich nosiła inne ubranie. Przypominały nieopierzone papugi, przebrane w ubranka dla lalek. Wszystkie łączyło jedno. Biły od nich świetliste aury, żadna jednak nie była silniejsza niż wiedźma w klatce. Jedna z eleganckich wiedźm, z długą sękatą lagą i w czarnym kapeluszu, wyszła im naprzeciw.

– Coś taki wyrywny, piękny chłopcze? Myślisz, że taką kupą nie zdążymy ugasić ognia? – zadrwiła, głos miała chrapliwy i niski.

– Dajcie nam odejść, inaczej ją spalimy! – krzyknął Dalebor.

– Rozejrzyj się, durniu. Złapałeś jedną i nabrałeś animuszu!

– Zobaczymy – szepnął Dalebor. – Rozpalę ogień, a ty pomożesz podtrzymać mi tarczę.

– Jesteś pewien?

– Nie jestem… Agni!

Cień wystrzelony z kostura poniósł iskrę, która powoli zaczęła zajmować siano pod wiedźmą. W tej samej chwili kostur Gniewosza rozmył się. Wiedźmy zawarczały, w ich dłoniach zbierała się mętna mgła w różnych kolorach.

Dalebor utworzył tarczę, tym razem jednak złapał kostur oburącz, wysyłając w nią strumień cieni. Ta zaczęła się rozrastać, chowając całkowicie Dalebora i klatkę.

– Gniewosz! Skup się, nie teraz!

Pierwsze uderzenie cofnęło go lekko, podtrzymywane cienie były w stanie zapewnić lepszą ochronę, lecz przy większym obciążeniu znów mogły się rozmyć.

Ogień rozprzestrzeniał się powoli. Wiedźma zaczęła przebierać już nogami, próbując szarpać klatkę, lecz runy i unosząca się aura palonego jałowca wciąż działały. Kulę różnokolorowej mgły rozbijały się o tarczę raz po raz. A ich częstotliwość i siła nasilały się im bardziej wrzeszczała podpalana wiedźma.

– Gniewosz! Kurwa!

– Próbuję!

Tarcza ciągle się zmniejszała i kruszyła. Jedna z wiedźm wykorzystała to i cisnęła mgłą w Gniewosza. Kapłan upadł jak rażony gromem.

Dalebor był teraz zdany wyłącznie na swoje umiejętności. Wkładał w zaklęcie pełnię swej mocy, wyczerpywał się z każdą sekundą. Czuł to.

Świat dookoła robił się rozmyty. Wyglądał jak w sennym marzeniu. Huk rozbijanych pocisków o cienistą tarczę był coraz bardziej stłumiony. W uszach przemieniał się w piski, a ciało ogarniało zimno. „Nadchodzi” pomyślał. W tym momencie nie czerpał ze swej magii, wydzierał ją z miejsca, z którego żywym nie wolno było czerpać. Na szyi czuł coraz mocniejszy uścisk boga śmierci. Było to ostrzeżenie, mówiło: „Odejdź śmiertelny, zawróć”. Wiedźma w klatce wciąż wrzeszczała, lecz wrzaski cichły, zostawały tylko dreszcz, zimno, pustka. Nasilały się, a po chwili zaczęły stopniowo ustępować. Dalebor zbliżał się do granicy. Gdy dreszcz i zimno ustąpią, nadejdzie pustka, a wtedy będzie martwy. Mógł jedynie wyczuć moment, gdy będzie stawiał krok na tę nieprzekraczalną linię i wtedy może uda mu się zerwać zaklęcie.

Przez krzyki wiedźmy w klatce, zaczął przebijać się kobiecy głos, czysty, dziki, nienależący do niej.

– Przestańcie! – rozległo się w mroku.

Piski umilkły, nie czuł już uderzeń o tarczę. Zimno i dreszcze prawie ustały. Zerwał zaklęcie i poczuł ulgę jakby odetchnął po wynurzeniu z lodowatej wody.

Świat, mimo ciemności, porażał go swą wyraźnością. Oszołomiony nie zauważył, dwóch wiedźm, które ugasiły ogień pod swą siostrą. Gniewosz wciąż leżał na ziemi, lecz żył. Dalebor poczuł coś mokrego na ustach, to była krew kapiąca z nosa. Zanim stracił przytomność, podniósł głowę. Powoli, dumnie, szedł pomiędzy mieszkańcami i wiedźmami wysoki białowłosy mężczyzna, od którego biła silna oślepiająca aura, aż znikła, zmieniając się w tysiące gwiazd, a następnie w ciemność.

IV

 

Dalebor ocknął się przywiązany do drzewa. Las oświetlały promienie zachodzącego słońca. Koncert świerszczy i żaba, odbijał się echem pomiędzy drzewami. W powietrzu czuć było woń bagna i lasu tuż przed burzą. Pośrodku polany stał kamienny ołtarz, a dookoła niego piedestały, na których palił się ogień. Obok stały wiedźmy.

Gdy Dalebor przyzwyczaił się do ciemności, ledwie dostrzegł na ołtarzu Gniewosza, który w swym czarnym stroju zlewał się z nocą niemal całkowicie.

Dalebor spróbował wstać, lecz ręce miał przywiązane mocno do drzewa.

– Hej. Czekałam, aż się zbudzisz – stanęła przed nim czarnowłosa dziewczyna. Rozpoznał jej głos. To ona krzyknęła.

– Czekałyście aż się ockniemy i będziemy srali ze strachu przed śmiercią? Rozczarujemy was, my nie boimy się śmierci, służymy jej i widzimy na co dzień, obawiam się, że widowiska nie będzie.

– Hardy jesteś. Ale źle nas oceniasz, nie jesteśmy morderczyniami, nie tak to wszystko miało wyglądać.

– Tak… Twoja brzydsza siostra mówiła coś o jakimś panu, chyba go widziałem.

– Kazał sołtysowi wezwać dwóch wołchwów, a nam czekać tutaj dopóki z wami nie przyjdzie, ale Kaźmira jak zwykle nie chciała czekać.

– Czemu fatygował nas aż spod Chełma? Przecież kawałek stąd macie wiec żerców.

– Cóż, pan ma widocznie konkretne plany do waszego wiecu.

– Darzycie go szacunkiem. Jaki jest ten wasz pan?

– Sam się niebawem przekonasz.

Gdy dziewczyna odeszła, do Dalebora podszedł sołtys, jakby cały czas czekał na koniec rozmowy.

– Mistrzu, my nie chcieliśmy tego. Mieliśmy was tylko sprowadzić. Ta wiedźma się na was rzuciła, nie wiadomo po co, ale teraz jesteście pod protekcją pana, on wam krzywdy nie zrobi.

– Nie? A mojego przyjaciela położyli na ołtarzu, żeby sobie odpoczął? Nie bądź głupi, sołtysie.

– Mnie nie pytajcie, on o swoich planach nie mówi, ale to dobry człowiek, dba o nas i okolicę. Na pewno ma jakiś powód.

– Rozejrzyj się. Słyszysz te śmiechy i głosy? To są wiedźmy. Jesteśmy na sabacie… Uwolnij mnie zanim komuś stanie się krzywda.

– To nie sabat, to zryw ku wolności – mężczyzna w długiej białej todze stanął przed Daleborem. Był to ten sam, którego widział zanim stracił przytomność. Ponownie poraziła go jego aura, nigdy czegoś podobnego nie widział, nawet u swoich mistrzów.

– Ty jesteś tym słynnym panem. W imieniu swoim i związanego przyjaciela dziękujemy za tak miłe przyjęcie.

Mężczyzna uśmiechnął się i klęknął, patrząc mu jakiś czas w oczy. Przebijał swym spojrzeniem na wskroś jego osobę. Dalebor poczuł dopiero teraz, że nie ma kaptura na głowie, a jaźń mężczyzny przenika jego umysł. Czytał jego myśli. Szybko przestał, pomilczał chwilę i przemówił.

– Tak. Niektóre moje adeptki są nieokrzesane, wybacz mi za nie. Nie tak miało wyglądać nasze spotkanie. Lecz nic nie możemy już zmienić. Nazywam się Mirosław, ale ty znasz mnie jako Bielucha z legend. Podałbym ci rękę, ale na razie nie mogę zdjąć więzów, dopóki czegoś się o tobie nie dowiem.

Dalebor uśmiechnął się, „Przecież znasz moje myśli. Po co ta zabawa?”.

– Niezwykły dzień. I lekcja. Nigdy nie lekceważ istot, których istnienie wkładasz między bajki. Myślałem, że jesteś białym niedźwiedziem i straszysz w jaskiniach. Przebranżowiłeś się?

– W każdej bajce znajduje się ziarno prawdy.

– Co jest więc bajką, a co prawdą?

– Prawdą jest, że uwięziono mnie w jaskiniach, pieczętując ich wejście chramem. Bajką zaś, że wyszedłem, by go bronić, gdy najechali Tatarzy. Ciekawi cię moja krótka historia?

– Umieram z ciekawości.

Mężczyzna uśmiechnął się szczerze. Wstał i zaczął opowieść.

– Byłem jednym z wołchwów. Potężnym, cenionym przez zwykłych ludzi, lecz nie przez współbraci. Widzisz, bali się moich czynów, głosiłem bowiem, że każdy może używać magii, jeżeli wybrała go natura, i żaden kapłan nie ma prawa ingerować w sprawy między obdarzonym a magią. Traktowano mnie wówczas pobłażliwie, lecz im większą zdobywałem moc, tym niebezpieczniejszy się stawałem. Braciom coraz bardziej się to nie podobało, więc postanowili mnie wyeliminować. Zabić nie mogli – to było wieki temu, nie mieli jeszcze takiej mocy. Wiec użyli najpodlejszego podstępu. Wygnali do kredowych jaskiń i zapieczętowali je. Zapomniany i przez wszystkie te lat uwięziony do czasu, gdy znalazły mnie te kobiety, wiedźmy, jak je nazywacie, zaszczute, zniszczone, na które polowano jak na zwierzęta.

– Już rozumiem… Stworzyłeś sobie sabat kosztem ludzi, tłumacząc to wszystko niesprawiedliwością złych wołchwów. Ciekawe, że bracia postanowili cię uwięzić, gdy rosłeś w siłę… Zapewne otaczałeś się swoimi wiedźmami. Może dostrzegli w tym zagrożenie dla zwykłych ludzi? Podatnych na wpływy magicznie uzdolnionych. Z tego co pamiętam, to z większości opowieści wynika, że rzadko która wiedźma była pomocna dla gminu. Zazwyczaj traktowała go jak narzędzie, sługusów. Nie omieszkała też takie narzędzie poświęcić demonicznym bożkom w zamian za moc. Myślę, że jeżeli wołchwowie podjęli decyzję, by zabraniać im korzystać z mocy, musieli mieć ważny powód.

– Tak, mieli go. Jako jedyni uzurpowali sobie prawo do korzystania z mocy. Trzeba było dzielić się już z żercami, kolejna grupa roszcząca sobie pretensje do mocy i to taka, która walczyła o dostęp do tej mocy dla wszystkich, byłaby problemem. Rozsądniej było więc się jej pozbyć. Najpierw należało zdemonizować tę grupkę, zaszyć strach w umysłach większości, wskazać palcem, powiedzieć: oni to zło! Lecz spójrz: ci wszyscy ludzie tutaj za nic mają te kłamstwa, znają prawdę, chronią te kobiety, bo one chronią ich. Wołchwów czy żerców nie obchodzi los ludzi, liczy się pozycja i władza. Dlaczego się uśmiechasz?

– Bo bawi mnie, że próbujesz robić z siebie ofiarę i wmówić mi, jak to bardzo obchodzi cię los tych ludzi. A najbardziej bawi mnie, że stawiacie się w pozycji tych dobrych. To my, żercy i wołchwowie, o nich dbamy. Niech za przykład starczy ci ja i Gniewosz. Starszyzna wysłała nas, gdy tylko otrzymali list.

– Tak, przybyliście. Lecz gdy Kaźmira, zaczęła wam tłumaczyć pod postacią sołtysa, że w okolicy może grasować demon, zadrwiliście z niej i chcieliście odejść. Robiłeś to co kazał ci mistrz, los tych ludzi cię nie obchodzi, ty przyszedłeś do nich, bo taki wydano ci rozkaz i tym się różnimy.

– Nie odwracaj kota ogonem! – wściekł się Dalebor. – Wypełniam rozkazy, bo wybrałem, że chcę być wołchwem tak jak ty! Popełniłeś błąd, za który obwiniasz innych, dlatego straciłeś łaskę bogów i braci.

– Łaskę bogów? Nie wiesz o czym mówisz, chłopcze. Mnie Weles nie ściska za gardło, gdy czerpię z Nawii, bo poznałem jego wolę, to wy straciliście łaskę. Chcesz wiedzieć jak bracia mnie uwięzili? Używając ofiary z człowieka. Mojego przyjaciela. Tak, praktykę stosowaną przez znienawidzone przez ciebie wiedźmy. Lecz moje słowa są daremne, prawda? Podjąłeś decyzję.

– Przeceniasz chyba moje możliwości. Wyjaśnij dawne zaszłości ze starszyzną, a nas wypuść, nie jesteśmy tymi, którzy podejmują decyzję.

– Wybacz, ale wypuścić mogłem tylko jednego z was. Liczyłem, że jeden z braci zrozumie moje położenie. Lecz trafiłeś się ty. Klątwę może złamać tylko ofiara cienia i krwi, ofiara z innego wołchwa.

Ludzie i wiedźmy zaczęli szeptać.

– Jesteśmy zaledwie nowicjuszami, ale nawet mimo to wywołasz wojnę. Twoje wiedźmy nie mają szans z mistrzami wołchwów, pokonaliśmy jedną z nich, potem prawie paląc ją żywcem. Pomyśl, co zrobią elity? Nie skazuj tej garstki na śmierć, nie wyjawimy sekretu, przysięgam, pogódź się z karą.

– Pogodzić się… – zamilkł na chwilę białowłosy. – Wojna trwa od wieków. One przegrały wszystkie bitwy, gdy mnie uwięziono, lecz odnalazły swego pana po tylu latach. Nie, nie pogodzę się, zerwę kajdany i pozwolę korzystać z magii wszystkim istotom, chociażby za cenę życia.

Mężczyzna podszedł do ołtarza. Podniósł leżący obok sztylet. Wiedźmy ponownie się poruszyły, nawet one zdawały się zdziwione takim obrotem spraw. Do białowłosego podbiegła czarnowłosa, zaraz za nią sołtys, żywo dyskutując. Mężczyzna spojrzał na nich znacząco i zamilkli. Czarnowłosa nie spojrzała na Dalebora, znikła mu z oczu. Tylko sołtys wymienił spojrzenia. Był smutny i zawstydzony.

Dalebor złapał linę, mocniej szepcząc słowo „agni”, lecz żadna iskra nie zajęła więzów ogniem. Szarpał i nie przestawał próbować, aż niespodziewanie puściły. Dalebor zerwał się, za drzewem stała czarnowłosa. Nie miał chwili do stracenia. Cisnął cień w mężczyznę, który już gotował się do ciosu. Pocisk, gdy dotknął jego ciała, rozmył się i znikł. Dalebor spróbował ponownie, lecz na próżno. Mężczyzna spuścił sztylet. Ostrze wbiło się w pierś nieprzytomnego kapłana po rękojeść.

Dalebor ujrzał, jak krew i cienie płyną po ręce zabójcy, wysysającego życie z przyjaciela. Upadł na kolana, ciskając bezwładnie kolejne pociski. Gdy Gniewosz umarł, kapłan podszedł do Dalebora, który nie przestawał miotać w niego z narastającą zapalczywością im bardziej się zbliżał. Mężczyzna podszedł na wyciągnięcie ręki. Gdy ją wystawił Dalebor poczuł, jak coś zimnego zaciska się na jego gardle i unosi w powietrze. Nagle doznał silnego bólu w plecach. Spojrzał w niebo, było gwiaździste. Nie stawiał już oporu. Wsłuchiwał się w szmer wiatru.

– Idź do swych braci i powiedz, że ten, którego zamknęli wieki temu w podziemiach, uwolnił się i zrobi to, co dawno obiecał. Potem zgiń – powiedział białowłosy.

Poczuł, jak od brzucha promieniuje ból, potem jak w jego ciało wnika zimno, lecz i ono zniknęło. Uścisk zelżał. Nim Dalebor osunął się w pustkę, usłyszał jakby z daleka swój własny głos.

– Tak, panie.

 

 

Koniec

Komentarze

Początek czytało się dobrze, był ciekawy i napisany przejrzystym, dynamicznym językiem. Od sceny przemienienia się sołtysa w wiedźmę opowiadanie zaczęło się komplikować, a wraz z nim – styl i logika wydarzeń. Opis potyczki z wiedźmą nie przekonuje, a dalsza część opowiadania mogłaby być krótsza. Zastanawiam się, po co wprowadziłeś dziwne słowo “wołchw”, czy nie wystarczyło napisać po prostu kapłani lub magowie? Unikaj określania wielu bohaterów poprzez włosy (białowłosy, czarnowłosa). Zauważyłam też kilka potknięć językowych, ale ogólnie nie jest źle i myślę, że następne teksty będą coraz lepsze.

Dziękuję za miłe słowa. Przyznam, że jestem mocno zdystansowany do tego tekstu i nie liczyłem na pochwałę, tym bardziej Ci dziękuję.

Co rozumiesz przez: “Od sceny przemienienia się sołtysa w wiedźmę opowiadanie zaczęło się komplikować, a wraz z nim – styl i logika wydarzeń.” w tym momencie trochę straciłem kontrolę nad historią i pisałem o czymś innym, niż pierwotnie?

“Zastanawiam się, po co wprowadziłeś dziwne słowo “wołchw”, czy nie wystarczyło napisać po prostu kapłani lub magowie?”

Zaczynam zauważać moją tendencję to przekazywania zbyt wiele. Pisałem to opowiadanie z myślą o kontynuacji, gdzie ważny byłby podział na wołchwów i żerców. Kapłanów którzy parają się czymś zupełnie innym od siebie i mają konflikt. Myślisz, że z takim zamiarem powinienem napisać opowiadanie, które faktycznie przedstawiało by ten konflikt i poprzedzało “Wołchwy i czarownice”? Czy w tym opowiadaniu pisać o bohaterach po prostu kapłani, a w następnych rozdzielać ich na wołchwów i żerców?

Co rozumiesz przez: “Od sceny przemienienia się sołtysa w wiedźmę opowiadanie zaczęło się komplikować, a wraz z nim – styl i logika wydarzeń.” w tym momencie trochę straciłem kontrolę nad historią i pisałem o czymś innym, niż pierwotnie?

Myślę, że na pewno nie straciłeś kontroli nad historią i pisałeś o tym samym :) Chodziło mi o to, że od tego momentu trudniej jest podążać za wydarzeniami, które są opisane w bardziej skomplikowany sposób. Przykładowo: musiałam dwa razy przeczytać fragment z przemianą i początek kolejnego, żeby zrozumieć, co stało się z sołtysem.

W logice wydarzeń zazgrzytało mi to, że najpierw tworzysz dwóch silnych bohaterów, opisujesz ich walkę, a później nagle pokonuje ich głos jednej czarownicy.

Czy w tym opowiadaniu pisać o bohaterach po prostu kapłani, a w następnych rozdzielać ich na wołchwów i żerców?

Ja bym zrezygnowała z tych określeń, bo tekst można zrozumieć bez nich. Słowo “wołchw” kojarzyło mi się z czymś włochatym ;) Myślę, że opowiadanie powinno być samodzielną historią, bez takich odwołań do innych tekstów.

Przeczytałam też Twoje drugie opowiadanie. Tamta historia bardziej mi się podobała, ale ten tekst jest lepszy pod względem językowym. Później wrzucę drugi komentarz.

Dziękuję. Popracuję nad logiką w formię ćwiczenia, by tekst był przystępny i klarowny.

Opowiadanie zdało mi się dość chaotyczne, nazbyt długie i przegadane, w dodatku rzecz, moim zdaniem, jakby kupy się nie trzyma, choć nie wykluczam, że skupiona na wyłapywaniu usterek, nie nadążałam za akcją.

 Podzielam zdanie Ando ― dlaczego magowie cały czas radzą sobie z czarownicą/ czarownicami, a kiedy przychodzi co do czego, zachowują się jak żółtodzioby, pozwalają się zdominować i pokonać. Nie tak wyobrażałam sobie finał tej opowieści.

Zastanawia mnie jeszcze jedna sprawa ― kiedy dzieje się ta historia? Pierwsze zdanie: Da­le­bor, opar­ty o brzóz­kę pod skle­pem spo­żyw­czo-mo­no­po­lo­wym…  ― sugeruje, że chyba współcześnie, na co wskazują też niektóre z użytych słów i sformułowań, które nie mają prawa znaleźć się w opowieści fantasy.  

mó­wi­cie, że to pod­pu­cha. Mu­si­cie mieć cho­ler­nie dobry powód

nie ry­zy­ku­jąc po­now­ne­go de­san­tu z okna.

Na­szy­mi naj­bar­dziej eks­tre­mal­ny­mi za­ję­cia­mi…

– Co, zbyt stre­su­ją­co?

…wcale niegłu­pia kon­cep­cja z tym ogniem.

– Dobra, polej to spi­ry­tu­sem

Prze­bran­żo­wi­łeś się?

Jednocześnie nie potrafię przyjąć do wiadomości, że historia pełna czarownic, magów, wołchwów i innych sił magicznych, miałaby dziać się współcześnie.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia i, niestety, nie ułatwiło lektury.

 

– Bogów chwa­lić mi­ło­ści­wi, że­ście tak szyb­ko do­tar­li. Je­stem soł­ty­sem. Mści­woj się na­zy­wam, a to jest Zdu­nek – po­wie­dział soł­tys, mie­rząc ka­pła­nów wzro­kiem. ―> Powtórzenie.

Proponuję: – Bogów chwa­lić, mi­ło­ści­wi, że­ście tak szyb­ko do­tar­li. Je­stem soł­ty­sem. Mści­woj się na­zy­wam, a to jest Zdu­nek – dodał, mie­rząc ka­pła­nów wzro­kiem.

 

-No, po praw­dzie to nie ma – soł­tys zmie­szał się i kop­nął sta­rusz­ka. ―> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza. Brak kropki po wypowiedzi. Źle zapisane didaskalia.

Winno być: No, po praw­dzie to nie ma.Soł­tys zmie­szał się i kop­nął sta­rusz­ka.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

– Zna­czy ja je­stem…. yyy… mia­łem być tym nie­bosz­czy­kiem… chyba – spoj­rzał na soł­ty­sa. ―> Zbędna kropka w pierwszym wielokropku. Wielokropek ma zawsze trzy kropki.

Winno być: – Zna­czy ja je­stem yyy… mia­łem być tym nie­bosz­czy­kiem… chyba.Spoj­rzał na soł­ty­sa.

 

– Ty kre­ty­nie! To była tylko taka pod­pu­cha. – skar­cił sta­rusz­ka… ―> Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

– Pokaż panu, Zdu­nek – soł­tys po­pchnął sta­rusz­ka. Męż­czy­zna pod­ka­sał rękaw. Przez całe przed­ra­mię cią­gnę­ło się za­dra­pa­nie. ―> Nie mieszaj didaskaliów z narracją. Winno być:

– Pokaż panu, Zdu­nek. Soł­tys po­pchnął sta­rusz­ka.

Męż­czy­zna pod­ka­sał rękaw. Przez całe przed­ra­mię cią­gnę­ło się za­dra­pa­nie.

Dalsze błędy w zapisie dialogów musisz wyłapać sam, bo nie jestem w stanie pochylić się nad każdym błędem.

Mówienie o kapłanie per pan, brzmi dość dziwnie.

 

dziew­czy­nę wy­glą­da­ją­cą zza skle­pu –ema­no­wa­ło od niej… ―> Brak spacji po półpauzie.

 

– To tylko jakaś dzie… – Da­le­bor ugryzł się w język w ostat­niej chwi­li –

…ci­na­da soł­ty­sie. ―> Zbędny enter.

 

po­cze­kać aż krew się skrzep­nie na­przy­kład. ―> …po­cze­kać aż krew skrzep­nie, na ­przy­kład.

 

Soł­tys otwo­rzył drzwi, roz­chy­la­jąc cięż­kie taśmy z ma­sar­ni i za­pro­sił ka­pła­nów do środ­ka. ―> Co to są ciężkie taśmy z masarni?

 

Na wej­ściu ude­rzył ich odór ze­psu­te­go mięsa mie­sza­ją­cy się… ―> Raczej: Przy wej­ściu/ W wejściu ude­rzył ich odór ze­psu­te­go mięsa, mie­sza­ją­cy się

 

– Pro­szę tędy – soł­tys pod­niósł blat od lady i otwo­rzył drzwi. ―> Raczej: – Pro­szę tędy.Soł­tys pod­niósł część lady i otwo­rzył drzwi.

 

szysz­ki chmie­lu, żółty wro­tycz, ko­no­pia. ―> …szysz­ki chmie­lu, żółty wro­tycz, ko­no­pie.

 

We­szli, sta­wia­jąc każdy krok ostroż­nie po skrach­cia­łych de­skach. ―> Domyślam się, że to jakiś regionalizm, bo w SJP PWN nie ma tego słowa.

 

Oh, wiedź­ma. ―> Och, wiedź­ma!

 

Ob­na­ży­ła gołe dzią­sła za­do­wo­lo­na z wra­że­nia… ―> Dziąsła z reguły są gołe.

Pewnie miało być: Ob­na­ży­ła bezzębne dzią­sła, za­do­wo­lo­na z wra­że­nia

 

two­rząc tar­czę, która wy­trzy­ma­ła ude­rze­nie. Impet ude­rze­nia był jed­nak na tyle silny… ―> Powtórzenie.

Proponuję: …two­rząc tar­czę, która wy­trzy­ma­ła ude­rze­nie, lecz jego impet był na tyle silny

 

Wiedź­ma ryk­nę­ła od bólu i du­szą­ce­go dymu. ―> Skoro dym ją dusił, to raczej nie za bardzo mogła ryczeć.

Proponuję: Wiedź­ma ryk­nę­ła z bólu i zakrztusiła się du­szą­cym dymem.

 

Ro­zej­rza­ła się chwi­lę, po czym wbie­gła po scho­dach. ―> Ro­zglądała się chwilę, po czym wbie­gła po scho­dach. Lub: Ro­zej­rza­ła się szybko, po czym wbie­gła po scho­dach.

 

Ja spró­bu­ję wal­nąć w nią z góry – Da­le­bor ru­szył za wiedź­mą, pró­bu­jąc sko­czyć… ―> Powtórzenie.

Proponuję: Ja spró­bu­ję wal­nąć w nią z góry. – Da­le­bor ru­szył za wiedź­mą, usiłując sko­czyć

 

lecz płaszcz za­ha­czył mu się o ka­wa­łek wy­sta­ją­cej żagwi. ―> …lecz płaszcz za­ha­czył o ka­wa­łek wy­sta­ją­cej ramy.

Czy płaszcz na pewno zawadził o wystającą żagiew? A może miałeś na myśli krokiew, albo wystającą ramę okna…?

Za SJP PWN: żagiew  1. «płonący kawał drewna» 2. «coś, co daje początek gwałtownym i dramatycznym wydarzeniom» 3. zob. huba.

 

spró­bo­wał ze­sko­czyć na nią, i w locie ci­snąć cie­nie. Jed­nak ta, wi­dząc, jak Da­le­bor wy­ska­ku­je… ―> Powtórzenie.

Proponuję w drugim zdaniu: Jed­nak ta, wi­dząc, że Da­le­bor depcze jej po piętach/ jest tuż, tuż

 

– Nie ata­kuj­cie, pa­no­wie! My swoi! ―> Zwracanie się do kapłanów per panowie, tu też brzmi dość dziwnie.

 

„Na­szy­mi naj­bar­dziej eks­tre­mal­ny­mi za­ję­cia­mi są roz­mo­wy ze smut­ny­mi i nie­rzad­ko wście­kły­mi du­cha­mi na dzia­dach.” Za­my­ślił się nad swoim ży­ciem wołchw. ―> „Na­szy­mi naj­bar­dziej eks­tre­mal­ny­mi za­ję­cia­mi są roz­mo­wy ze smut­ny­mi i nie­rzad­ko wście­kły­mi du­cha­mi na dzia­dach” – za­my­ślił się nad swoim ży­ciem wołchw.

 

– Kre­ślę ochron­ne słowa ru­nicz­ne, jakie znam. ―> – Kre­ślę znane mi ochron­ne słowa ru­nicz­ne.

 

Potem stoi i pa­trzy się jak ciele na ma­lo­wa­ne wrota… ―> Potem stoi i pa­trzy jak ciele na ma­lo­wa­ne wrota

 

-Sio­stry nie wspar­ły w walce? –za­py­tał Da­le­bor. ―> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza. Brak spacji po półpauzie.

 

– Cie­ka­we. Kim jest ten wasz pan? Może lesz? – do­py­ty­wał Gnie­wosz. ―> – Cie­ka­we. Kim jest ten wasz pan? Może leszym? – do­py­ty­wał Gnie­wosz.

Za SJP PWN: lesz «popiół z miałem węglowym lub tłuczeń żużlowy używany do wysypywania dróg dojazdowych, boisk i placów»

 

Gnie­wosz rył na wro­tach sto­do­ły runa za runą… ―> Runy są rodzaju męskiego, więc proponuję: Gnie­wosz rył na wro­tach sto­do­ły kolejne runy

 

„Nie zdą­ży­my…”. Po­my­ślał Da­le­bor. ―> „Nie zdą­ży­my…” – po­my­ślał Da­le­bor.

 

– Gnie­wosz, wcale nie głu­pia kon­cep­cja z tym ogniem. ―> – Gnie­wosz, wcale niegłu­pia kon­cep­cja z tym ogniem.

 

Pod­pro­wadź klat­kę, do wrót wło­ży­my pod nią siana. ―> Co to znaczy do wrót włożyć pod nią siana?

A może miało być: Pod­pro­wadź klat­kę do wrót, wło­ży­my pod nią siana.

 

– Dobra, polej to spi­ry­tu­sem, żeby le­piej się za­ję­ło w razie czego – po­wie­dział

Da­le­bor. ―> Zbędny enter.

 

nikły blask za­cho­dzą­ce­go po woli słoń­ca. ―> …nikły blask za­cho­dzą­ce­go powoli słoń­ca.

 

Żadna z nich nie miała tych sa­mych ubrań. ―> Dwie lub więcej osób nie mogą mieć tych samych ubrań, ale mogą mieć takie same ubrania. Dodam jeszcze, że ubrania wiszą w szafie, leżą w szufladach i na półkach – odzież, którą ktoś ma na sobie to ubranie.

Pewnie miało być: Każda z nich nosiła inne ubranie. Lub: Każda z nich była inaczej ubrana.

 

żadna jed­nak nie była sil­niej­sza niż wiedź­my w klat­ce. ―> Zdaje mi się, że klatce jest tylko jedna wiedźma, więc: …żadna jed­nak nie była sil­niej­sza niż wiedź­ma w klat­ce.

 

Jedna z ele­ganc­kich wiedźm, z długą sę­ka­tą lagą i czar­nym ka­pe­lu­szem… ―> Jedna z ele­ganc­kich wiedźm, z długą sę­ka­tą lagą i w czar­nym ka­pe­lu­szu

 

Przez krzy­ki wiedź­my w klat­ce za­czął prze­bi­jać się ko­bie­cy głos, czy­sty, dziki, nie­na­le­żą­cy do wiedź­my. „Prze­stań­cie!” roz­le­gło się w mroku. ―> Dlaczego wypowiedź jest w cudzysłowie?

Przez krzy­ki wiedź­my w klat­ce, za­czął prze­bi­jać się ko­bie­cy głos, czy­sty, dziki, nie­na­le­żą­cy do niej.

Prze­stań­cie! roz­le­gło się w mroku.

 

Pu­ścił i po­czuł ulgę jakby ode­tchnął po wy­nu­rze­niu z lo­do­wa­tej wody. ―> Co puścił?

 

Było już ciem­no. Do­oko­ła był las, żaby i świersz­cze da­wa­ły swój kon­cert. W po­wie­trzu czuć było woń… ―> Lekka byłoza.

 

Gdy dziew­czy­na ode­szła, do Da­le­bo­ra pod­szedł soł­tys, jakby cały czas cze­kał na ko­niec roz­mo­wy.

Mi­strzu, my nie chcie­li­śmy tego. Mie­li­śmy was tylko spro­wa­dzić. Ta wiedź­ma się na was rzu­ci­ła, nie wia­do­mo po co, ale teraz je­ste­ście pod pro­tek­cją pana, on wam krzyw­dy nie zrobi. ―> Brak półpauzy rozpoczynającej wypowiedź.

 

Nie tak miało wy­glą­dać nasze spo­tka­nie. Lecz wy­glą­da wła­śnie tak… ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

by go bro­nić, gdy na­je­cha­li go Ta­ta­rzy. ―> Czy oba zaimki są konieczne?

 

Lako je­dy­ni uzur­po­wa­li sobie pra­wo­pra­wo… ―> Literówka. Dwa grzybki w barszczyku.

 

Da­le­bor po­czuł, jak coś zim­ne­go za­ci­ska się na jego gar­dle i unosi w po­wie­trze. Nagle po­czuł silny ból w ple­cach… ―> Powtórzenie.

Może w drugim zdaniu: Nagle doznał silnego bólu w ple­cach

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

 

Co to są ciężkie taśmy z masarni?

Chodziło mi o kurtyny paskowe, które najczęściej widziałem w małych sklepach na wsi i masarniach.

 

Podzielam zdanie Ando ― dlaczego magowie cały czas radzą sobie z czarownicą/ czarownicami, a kiedy przychodzi co do czego, zachowują się jak żółtodzioby, pozwalają się zdominować i pokonać. Nie tak wyobrażałam sobie finał tej opowieści.

Kiedy Dalebora ogłusza krzyk, jest już wyczerpany po podtrzymywaniu zaklęcia. Myślałem, że dostatecznie mocno to podkreśliłem.

 

 

Jednocześnie nie potrafię przyjąć do wiadomości, że historia pełna czarownic, magów, wołchwów i innych sił magicznych, miałaby dziać się współcześnie.

A rural fantasy? Chciałem przenieść magie i dziwactwa do współczesnego świata, konkretnie na wieś.

Zdaje sobie sprawę, że może być tu sporo chaosu, ale jak już pisałem wcześniej: to było eksperymentalne opowiadanie. Chciałem pobawić się mieszankami różnych konwencji.

Zmienię elementy, które nie zagrały i uszczuplić historię o zbędne linie tekstu.

 

Dziękuję za pomoc:)

Cho­dzi­ło mi o kur­ty­ny pa­sko­we, które naj­czę­ściej wi­dzia­łem w ma­łych skle­pach na wsi i ma­sar­niach.

Okazuje się, że robiliśmy zakupy w całkiem różnych sklepach. ;)

 

Kiedy Da­le­bo­ra ogłu­sza krzyk, jest już wy­czer­pa­ny po pod­trzy­my­wa­niu za­klę­cia. My­śla­łem, że do­sta­tecz­nie mocno to pod­kre­śli­łem.

Ależ ja wiem, kiedy i dlaczego do tego doszło. Trochę mnie tylko dziwi, że poprowadziłeś fabułę w taki sposób, że pozwoliłeś, aby czarownice pokonały bohaterów, by magowie zginęli.

 

A rural fan­ta­sy? Chcia­łem prze­nieść magie i dzi­wac­twa do współ­cze­sne­go świa­ta, kon­kret­nie na wieś.

Zdaje sobie spra­wę, że może być tu sporo cha­osu, ale jak już pi­sa­łem wcze­śniej: to było eks­pe­ry­men­tal­ne opo­wia­da­nie. Chcia­łem po­ba­wić się mie­szan­ka­mi róż­nych kon­wen­cji.

Skoro to eksperyment, to muszę wyznać, że nie przypadł mi do gustu.

Mam wrażenie, że byłoby lepiej, gdybyś pierwej świetnie opanował klasyczne gatunki, a eksperymenty chwilowo odłożył i zajął się nimi, kiedy poczujesz, że jesteś do nich należycie przygotowany. No i kiedy porządnie opanujesz warsztat.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Teraz będę skupiał się na krótszych i bardziej skupionych formach, by więcej uwagi poświęcać analizie napisanego tekstu.

I to jest bardzo dobre postanowienie! ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pod “Ceną samotności” zadałem Ci pytanie, ale byłaś zajęta. Odpowiesz w wolnej chwili?

Oczywiście, że odpowiem. Przecież obiecałam, ale też poprosiłam, abyś uzbroił się w nieco cierpliwości.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Myślałem, że zapomniałaś. W końcu sprawdzasz tyle tekstów.

No, pruje się to opko na wszystkie strony. Niezrozumiałą porażkę kapłanów już wytknęły Ci przedpiśczynie. Ja doczepię się jeszcze do niejednoznacznej postawy ludności wioski z sołtysem na czele. Wydaje mi się, że oni się majtają między jedną a drugą stroną i sami nie wiedzą czego chcą. Sam białowłosy też jakiś taki niekonsekwentny, nie wiem, czy to w końcu postać pozytywna, czy nie. Chce rzeczywiście otworzyć magię dla wszystkich, czy też pragnie tylko zemsty.

Ramy czasowe opka też jakoś nie pasują, jeśli chciałeś przenieść magię i prastarych bogów w czasy współczesne, to trzeba to uniwersum jakoś przedstawić, a tego brakuje.

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Myślę, że będzie trzeba napisać je jeszcze raz i zdecydować się na konkretne kroki. Albo chociaż dopieścić to co już jest, połatać logikę i wyklarować bohaterów.

Znalazłam jeszcze jednego babola przeoczonego przez Reg: “lokalnym społecznością świąt” –> powinno być “lokalnym społecznościom. 

 

– No to próbuj, jak ci się uda coś wyskrobać sanskrytem na tych cienkich prętach, to gratulacje.

Obaj pogrążyli się w pracy, zgrzytając po prętach.” –> powtórzenie. 

 

 

“a wiedźma nie ocknie.” → ocknie się

 

“Co on takiego chce od nas, babciu?” → tu głowy nie dam, ale wydaje mi się, że poprawnie jest “czego on chce”. 

 

Widziałam jeszcze kilka innych usterek – głównie składniowych czy logicznych, ale nie chciało mi się wypisywać wszystkiego. Zgadzam się z opiniami poprzednich czytelników. Opowiadanie ma dobry i ciekawy początek, ale dość szybko wytraca tempo przemieniając się w przegadaną historię, gdzie czytelnik dowiaduje się wszystkiego z ust bohaterów, a niewiele z rozgrywających się wydarzeń.

Niespecjalnie rozumiałam, w jaki sposób w trakcie walki Gniewosz “wsunął” płonącą gałąź pod koszulę do tej pory sprawnie biegającej i rzucającej zaklęcia wiedźmy.

Kiedy sołtys mówi, że nie wie, dlaczego wiedźma napadła na magów, a potem tego nijak nie wyjaśniasz, to wychodzi na to, że Ty sam (autor) nie wiesz, dlaczego ona tak postąpiła i że zrobiła tak, bo tak pasowało do fabuły. 

Jak na tak krótkie opowiadanie, za dużo tu masz bohaterów i żaden nie jest rozbudowany. Czarnowłosą wiedźmę wprowadzasz wyłącznie po to, żeby przerwała walkę między wiedźmami a magami (dlaczego to zrobiła?) a potem uwolniła Dalebora (znowu, nie wiadomo dlaczego). Ta dziewczyna jest narzędziem fabularnym a nie postacią. Podobnie jak wszyscy, może z wyjątkiem Gniewosza i Dalebora, których charaktery i doświadczenie oraz zdolności, mamy możliwość troszeczkę poznać. 

Nie jest tragicznie, bo ogólnie mimo wszystkich wypisanych wyżej “ale” opowiadanie czytało się w miarę sprawnie i było przyjemnie relaksujące. Tyle tylko, że właśnie nadmiernie dramatyczne zakończenie bardzo kontrastowało z całym zbudowanym wcześniej klimatem. 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Dziękuję za miły komentarz. 

Jak już pisałem wcześniej, dużo tu eksperymentowałem i bawiłem się, bez większego celu. Mam ochotę napisać opowiadanie jeszcze raz, ale w ramach nauczki i pracy nad warsztatem, oszlifuję historię do skupionej formy. Na ten moment pracuję nad nowym opowiadaniem i mam nadzieję, że wykorzystam wszystkie rady od czytelników jak należy:)

Zapraszam Cię również w wolnym czasie do przeczytania “Ceny samotności” jest bardziej udane.

Cóż, trzymam kciuki za Twoje kolejne opowiadanie, a międzyczasie może rzeczywiście zapoznam się z “Ceną samotności” :)

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Tekst przyzwoity, choć raczej na dłużej w pamięci się nie zostanie. Historia prosta, ale nawet wciągająca, podążająca w kierunku, którego się nie spodziewałem. Całość, z uwagi na liczne odniesienia do rzeczy, których nie ma w opwiadaniu, wydała mi się częścią czegoś większego. Dwaj główni bohaterowie zlewali mi się w jednego, mało charakterystyczni, nad tym trzeba popracować w kolejnym tekście.

Dziękuję za opinię zygfryd:)

Właśnie przeglądałem sobie Twój dorobek, i wybierałem opowiadania do przeczytania. Cieszę się, że mimo licznych potknięć warsztatowych i lekkiego chaosu, tekst się podobał.

Celnie zauważyłeś, że opowiadanie jest częścią czegoś większego. Tak naprawdę historia pierwotnie, była czymś innym, ale stwierdziłem, że zaadaptuję ją do konkursu, który miał odwoływać się do legend Chełma. Mam teraz nauczkę, że to tylko niepotrzebnie zmienia historię.

Właśnie pracuję nad nowym opowiadaniem, które obecnie jest w fazie bety. Mam nadzieję, że napiszę jeszcze historię, która zapadnie czytelnikowi na dłużej w pamięci:)

Fajne :)

Przynoszę radość :)

Nowa Fantastyka