- Opowiadanie: Peregrin - Cena samotności

Cena samotności

Jest to moje debiutowe opowiadanie, które pisałem pod limit: 18000 znaków ze spacjami. Publikuję je tutaj aby dostać od Was rady na przyszłość i konstruktywną krytykę. Nie jest to typowe fantasy, acz w opowiadaniu nie wątpliwie jest pierwiastek fantazji, w zależności jak je rozpatrzymy. Życzę miłego czytania.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Cena samotności

 

I

 

Gwar za oknem drażnił Witosa. Odwracał uwagę od lektury ‘Kruka’ Edgara Alana Poe.

„Może by ich wszystkich zabić, zapewniając sobie w ten sposób odrobinę ciszy i spokoju? – myślał, nie odrywając wzroku od kartki. – Gdyby to był sen, mógłbym to zrobić. A może to jest sen?”

 Nagle mężczyzna wzdrygnął się na tę myśl. Żądza mordu prześladowała go już nawet na jawie, narzucając od jakiegoś czasu, stając się coraz bardziej natarczywą.

Nie mniej przejmował go fakt tracenia świadomości: głosy, które zawsze były tylko szeptami, stały się wyraźniejsze i mąciły rzeczywistość, co więcej nie dawały się już łatwo zagłuszyć.

Drzwi pokoju cicho i przeciągle zaskrzypiały. Stanęła w nich kobieta mająca na sobie bogato zdobioną, jasną, falbaniastą suknię.

– Z domu nie wychodzisz? Spójrz, młodzież bawi się na podwórku, taki ładny dzień. No, idź do nich, pytali o ciebie.

Milczał, nie odrywając wzroku od tekstu. Litery rozlewały się na kartce, wiły niczym chmara much.

– Słuchasz mnie?

Młodzieniec spojrzał na kobietę. Patrzył znudzony, pełen jakiegoś niewysłowionego strachu, ale i gniewu. Wyglądał jak wyrwany z głębokiego snu. Zamyślony. Kawalkada myśli gnała w jego głowie od wielu dni. Były obce i wstrętne. Jakby z zewnątrz, a mimo to zdawały się dziwnie znajome.

Usta kobiety drgnęły prawie niezauważalnie pod wpływem tego przeszywającego spojrzenia, ale ów drobny szczegół poruszył szlachcica. W ostatnim przebłysku świadomości poczuł żal, że sprawił przykrość matce.

– Lusia chciała cię poznać – powiedziała. – Piękna ambitna dziewczyna, a ty siedzisz tutaj sam w stercie tych książek. Zobaczyłbyś chociaż, jak ona pięknie maluje.

– Wstrętni… Mamo – powiedział, patrząc gdzieś przed siebie. Czuł, że przegrywa walkę z wewnętrznym pragnieniem. Od kilku dni dusił w sobie potrzebę wygarnięcia wszystkim, co o nich myśli, jak bardzo zbrzydło mu ich jestestwo.

– Co? Kto wstrętny? – zapytała kobieta.

– Dla nich – Wskazał na okno – idolem staje się gamoń, który popisze się swym wątłym intelektem, wprowadzając w zakłopotanie ogrodnika. Dużo się nasłuchałem przez te parę dni, bo drą mordy specjalnie pod moim oknem – zaśmiał się. – Mają ambicje, oj mają je nad wyraz. Tyle, że niezbyt wygórowane są te ambicje. Dobrze zarobić, nażreć się, podupczyć, cała ich ambicja. Spójrz na to bydło! – Podszedł do okna, już nie panując nad tym, co mówi. Przemawiał ktoś obcy. – Mam się z nimi spoufalać? Nawiązywać kontakty? Prędzej zdechnę! Spędzę te, jak i każde następne dni mojego przeklętego życia z umarłymi idealistami, których myśli leżą na tych regałach. Sam! Hedoniści są wstrętni i ta hołota za oknem również jest mi wstrętna! Gdy któryś z tych śmieci ośmieli się pokazać w moim pokoju, przysięgam, że pożałuje, a wiesz, że zawsze dotrzymuję obietnic.

– Witoś, proszę…

– To ja cię proszę, mamusiu. Wiem, że jestem okrutny. Ja to wiem. Myślisz, że przesadzam? Wprawiam cię w rozpacz, widzę to. Jednej rzeczy tylko nie pojmuję. Myślisz, że samotność sprawia ból? Nie ma w tym wszechświecie większego bólu, niż słuchanie tej bandy za oknem. Pragnę jedynie, byście zniknęli, wszyscy, bo nienawidzę was bardziej niż samego siebie – zaczął mówić, nerwowo się śmiejąc. Po czym cedził przez zęby. – Więc odczepcie się, zniknijcie, bądź pozabijajcie, dajcie mi tylko spokój. Niech ta banda zajmie się tym, czym zwykła się zajmować w naszej stodole; niech żłopią piwo. To im przekaż, mamo. Powiedz, że gardzę każdym z nich. Powiedz… – urwał nagle.

Widział siebie z uśmiechem na ustach, przykładającego matce nóż do gardła. Nogi ugięły się pod nim. Chwycił się regału z książkami, inaczej upadłby niechybnie.

– Boże! Co się z tobą dzieje, Witos? – Kobieta podbiegła do syna i podtrzymała mu głowę. – Ty masz gorączkę! Czoło jak ogień! Cały zbielałeś jak ściana. Połóż się, każę przygotować napar z jęczmienia.

– Nie, nie trzeba, tylko na chwilę mnie zamroczyło. Wyjdę na dwór, muszę zaczerpnąć świeżego powietrza – mówił spokojniej, jakby odzyskał świadomość. – Przepraszam za ten wybuch. Ostatnio nie sypiam dobrze, to pewnie przez… przez to. Pójdę się przywitać, a ty się nie bój. Zirytowali mnie tymi krzykami, a wiesz przecież że nie lubię, gdy ktoś przeszkadza mi w lekturze.

Pocałował matkę w policzek drżącymi wargami i chwiejnym krokiem podszedł do drzwi. Wyjął ze stojaka czarną lakierowaną laseczkę i wyszedł.

– Uważaj na schodach! – krzyknęła.

Chciał coś powiedzieć, ale nie mógł. Stąpał z wolna długim korytarzem, który falował. Postaci na obrazach zdawały się ruszać i choć było południe, w jednej chwili wszystko pociemniało.

„Wariuję. Jakim prawem odzywasz się tak do mojej matki! – myślał, czekając na odpowiedź.”

“To również moja matka, nie zapominaj. – odpowiedział mu głos. Zuchwały. Podobny do jego własnego, lecz zupełnie inny.”

“Ty nie istniejesz. Żyjesz tylko w mojej świadomości. Stworzyłem cię, słyszysz! – Witos przystanął, skronie mu pulsowały, a okropny świst przeszył umysł. – Demony, to tylko demony. Nie! Demonów nie ma, są ludzie. To wszystko przez nich!”

Dochodził już do schodów, gdy nagle… Krew. Była na ścianach, spływała po nich niczym wodospad, tyle że w górę. Strugą wiła się pod sam sufit. Witos spuścił wzrok, na próżno. Szkarłatna, lepka ciecz była na jego lakierowanych butach i lnianych czarnych spodniach. Ledwie widoczna, cuchnęła. Uderzenie metalicznego zapachu aż go zamroczyło.

„Matka patrzy… Muszę wytrzymać. Tylko te schody. Są zaraz po prawo, jeszcze kilka kroków i… – stanął jak wryty.”

W kałuży krwi leżał blady mężczyzna. Jego lewa skroń zapadła się w głąb czaszki, tworząc ziejącą dziurę, z której lała się posoka. Pokryła schody i barierki, była wszędzie. Obrzydzała swą obecnością. Witos chciał krzyknąć, ale głos uwiązł mu w gardle na widok nieboszczyka. Im dłużej wpatrywał się w jego bladą twarz, z kozią bródką i wąsem, w duże smutne oczy, które już zachodziły mgłą, tym bardziej uświadamiał sobie, że widzi samego siebie.

– Będziesz w stanie to zrobić, Witos? – Nieznana moc wyartykułowała słowa jego ustami.

 

II

 

Schody pokonał z zamkniętymi oczami, przytrzymując się balustrady. Przebiegł przez hol i szybkim ruchem szarpnął klamkę. Gdy otworzył powieki, poraził go blask słońca. Otarł z potu ciepłe czoło i rozejrzał się.

„Zebrała się cała rodzina. Jak ja ich nie znoszę. – była to jego własna myśl.”

Czyżby naprawdę ich nie znosił?

“Nie masz nade mną władzy, Wolfgang – pomyślał.”

Czekał na komentarz, lecz cicho, żadnych głosów. Już spokojniejszy i opanowany zszedł z ganku.

Spostrzegł, że rozweselone towarzystwo, które tak usilnie przeszkadzało mu swoją obecnością, przeniosło się pod sad. Witos wiedział, że matka będzie go obserwowała z okien salonu.

„O czym mamy rozmawiać? Czy rozmowa z nimi ma jeszcze jakiś sens? Przecież słucham ich od samego rana. To przez nich te myśli o… Jeżeli nie chwalą się bogactwem rodziców, tak jakby należało do nich, to wyzywają się nawzajem, kłócą o byle co. Bodajby zdechli i dali mi spokój.”

“Powinni zginąć? Witos?”

“Może tak byłoby lepiej? Życie w kompletnej samotności… Nie, to gorączka. Zamknij się! Zamilcz! Nie muszą ginąć wszyscy. Nie mieszaj się w to!”

Witos dotknął skroni. Przeląkł się, gdy wyczuł palcami mokrą substancję. Zobaczył znowu siebie zakrwawionego, z dziurą w głowie. Lecz na palcach była tylko przejrzysta ciecz. Wrócił równie szybko jak wyszedł.

„Świat po rewolucji Tesli stał się miejscem jeszcze mniej zdatnym do życia, a może to tylko ja zwariowałem? – myślał.”

“Technologia upośledziła ich emocjonalnie!”

“Milcz! Mówię po raz ostatni!”

Gdy wszedł do pokoju i przygotowywał się do snu, dopiero zobaczył, jak bardzo się poci. Jego biała koszula była cała mokra. Obmył się w miednicy, czując, jak z każdą chwilą słabnie. Obserwując swe odbicie w wodzie, wydało mu się, że mówi do niego.

 “Przegrywasz”

Mimo południa położył się tak jak stał i próbował zasnąć.

 

III

 

 

Zanim stracił przytomność, bił się z nowym natłokiem myśli, próbując skupić uwagę na jednej. Bez skutku. Im bardziej próbował odizolować choć jedną niewinną myśl, z tym większym impetem zalewały go inne. Nie spostrzegł chwili, w której przeszedł z jawy do snu. Trwał w koszmarach, zatracając poczucie czasu.

Zbudził się. Było cicho. Harmider za oknem ustąpił absolutnej wręcz, nienaturalnej ciszy. Miał to, czego chciał. Popatrzył przez okno: jeszcze widno, może piąta.

Cisza o takiej porze wydała mu się dziwna. Poszedł więc zobaczyć, co robią domownicy. Lecz gdy zbliżył się do drzwi, pobladł; zrobił kilka kroków w tył, potem znowu w przód. Stary parkiet nie skrzypiał. Nie wydawał charakterystycznego jęczenia, gdy naciskał go bosą stopą. Witosa przeszył dreszcz.

„Straciłem słuch – pomyślał”

Nerwowo pociągnął za klamkę. Otwierane drzwi również nie wydały z siebie choćby dźwięku. Gdy spojrzał w głąb korytarza, spostrzegł postać. Chwycił swą laskę i zwolna zaczął się zbliżać. Coś było nie tak. Przełykając ślinę, chciał krzyknąć, ale poruszył tylko wargami, nie wydając dźwięku. Hordy mrówek zaczęły przelewać się przez ciało z jeszcze większą częstotliwością, gdy uświadomił sobie, że wszystkie obrazy wzdłuż korytarza leżą na podłodze. Zbliżył się wystarczająco, by zidentyfikować postać. To była matka. Wyglądała tak jak wcześniej w drzwiach. Przyglądała się schodom. Tępo, z otwartymi ustami.

– Mamo? Wszyst…

Gdy położył rękę na jej ramieniu i obrócił ku sobie, zobaczył, że w miejscu krtani kobiety jest niewielka dziura, z której obficie wypływa krew. Odskoczył. Matka zdawała się go nie widzieć, wymachiwała ręką w jego stronę, a drugą przyłożyła do rany, próbując zatamować krwotok. Witos odsuwał się od niej, serce wychodziło z piersi. Inaczej wyobrażał sobie śmierć. Przeraziła go swoją grozą, bo po raz pierwszy w życiu ujrzał, jak zadaje swój cios tuż przy nim, tak bliskiej mu osobie. W końcu kobieta chwyciła się za gardło oburącz, padła na kolana. Witos, sparaliżowany, nie potrafił jej dotknąć. Matka nie wydała z siebie nawet cichego rzężenia, walczyła o każdy oddech. Bezgłośnie.

Powiał chłodny wiatr. Witos spojrzał przed siebie i zobaczył, jak żółte, suche liście pokrywają całą polanę. Z jesiennej mgły wyłania się młoda kobieta. Bawi się z synem. Oboje byli szczęśliwi, obrzucając się liśćmi. Minęło tyle lat, a on tak dobrze zapamiętał ten dzień, odzwierciedlając teraz każdy szczegół. Gdy skierował wzrok na nieruchomą już matkę, nie mógł uwierzyć, że pragnął życia bez niej i rodziny, w kompletnej samotności. Dopiero teraz dostrzegł, jak bardzo nie znosi ciszy. Gdy znów chciał spojrzeć w szczęśliwą wizję, w miejscu wspomnienia ział długi, mroczny korytarz.

 Czuł, że traci zmysły. Chciał zemdleć, lecz oszalałe serce i pulsujące skronie wciąż utrzymywały jego świadomość. Witosowi pociemniało w oczach, łzy pociekły po policzkach. Nie czuł ich jednak; był jak w transie. Patrzył przez chwilę, która równie dobrze mogłaby być wiecznością w, zdawałoby się niekończący korytarz. Miał wrażenie, że ktoś patrzy na niego z tej gęstej ciemności. Gdy odwrócił wzrok, spostrzegł, jak drzwi od pokoju jego dziadka wylatują z futryny. Dobiegł tam w kilku dużych krokach, lecz w środku nie było nikogo. Jedynie chłód bił od otwartego okna. Gdy podszedł doń, spostrzegł leżących w sadzie ludzi. Nie zastanawiając się dłużej, postanowił do nich podążyć. Wybiegł na korytarz. Był pusty. Nie było nawet śladu po matce. Witos westchnął ciężko.

Ciemny hol przypominał wnętrze katedry. Przez okno wpadało tylko srebrzyste światło księżyca. Oświetlało podłogę, która była cała we krwi.

– Skąd tyle krwi? To nie dzieje się naprawdę. – wymamrotał. Odkrył, że słyszy już wszystko.

– Może jednak? – odezwał się znajomy głos.  

– Co zrobiłeś mojej matce?! Pokaż się!

– Ja? Mój drogi, jestem jedynie wykonawcą twej woli, narzędziem.

Wolfgang siedział na ogromnym drewnianym zegarze, poruszając nogą w rytm wahadła – Wiedziałem, że nie dasz rady, gdy zobaczysz śmierć. Wiedziałem, że stchórzysz! Bo zawsze byłeś tchórzem! Dlatego stworzyłeś mnie!

– Nie masz prawa! Cofnij to!

– Ty mi je nadałeś, Witos. Zawsze nimi pogardzałeś, a teraz wzrusza cię ich śmierć? Potrzebowałeś kilku wizji, żeby zmienić zdanie? Już niczego nie zmienisz.

– Precz ode mnie, czarcie! – Padł na kolana przed oprawcą. Głowa pulsowała.

– Nigdy więcej. – usłyszał za plecami ciche rzężenie. Jego matka, blada, z wciąż świeżą raną na szyi, stała z czarnym krukiem na ramieniu. Witos na klęczkach, obrócił się ku niej.

– Mamo… – zaszlochał – to…

– Bez znaczenia.

Kruk sfrunął z ramienia kobiety i runął wprost na Witosa.

Ten zerwał się z łóżka. Przebiegł przez pokój, tupiąc bosymi nogami o skrzypiącą podłogę. W pędzie otworzył z hukiem drzwi i choć przebudzony, wciąż nieprzytomny, szaleńczo biegł. Gdy dotarł na schody, nie wyhamował. Potknął się, uderzając głową o balustradę. Sturlał się w dół na zimną, marmurową posadzkę. Zanim stracił przytomność, ujrzał przerażoną matkę, która stała pośrodku holu, wpatrując się w niego z otwartymi ustami.

 

IV

 

Witos nie miał pojęcia, jak długo trwała ciemność. W przebłyskach świadomości słyszał głosy, krzyki, strzały. Czuł się jak wędrowiec między światem snów, które nie mają ze sobą związku. Czas nie miał znaczenia w tym więzieniu myśli. Któregoś dnia zaczął wyraźniej słyszeć głosy. Szczególnie jeden, który wykrzykiwał imię.

– Panie Wolfgang! – darł się ochrypły mężczyzna.

Gdy Witos otworzył oczy, ujrzał bandę obdartusów z widłami. Wciąż oszołomiony, zaczął odzyskiwać zmysły. Poczuł, że siedzi na koniu, widział, że jest wieczór i czuł w nozdrzach swąd spalenizny.

– Wszystko już gotowe. Śpicie, czy co?

Spojrzał na mężczyznę, który najwyraźniej krzyczał do niego.

– Co się dzieje? Gdzie ja jestem? – zapytał, rozglądając się na wszystkie strony.

– Ino szlim ich wyżynać.

– Kogo wyżynać? O czym ty mówisz, do cholery?!

Chłopi spojrzeli na siebie zdziwieni.

– Pytam po raz ostatni! Co tu się dzieje!? – syknął gniewnie.

Siwy starzec odważył się i zaczął mówić.

– Nu… kazaliście się zebrać. Bogactwo daliście, byle na panów iść.

– O czym wy…

– Olędrów kazaliście wyżynać! – przerwał mu. – Bo to ino wasza ziemia! Tak mówiliście.

– Wszystkie te paniska, postrzelune – powiedział szeptem rozczochrany starzec.

– Dlaczego nazywacie mnie Wolfgang?

– Nu, a jak? Tak się kazaliście nazywać.

„Boże – pomyślał – to nie może dziać się naprawdę. To tylko jedna z jego sztuczek.”

– Nikogo nie zarżniecie! Wracajcie do chałup i tam siedźcie! Inaczej każdego z osobna oćwiczę batem. No już, won!

Nie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje, ściągnął wodze i pogalopował leśną dróżką. Rozpoznał miejsce. Był jakiś kilometr od domu.

„Czy w gorączce mogłem zebrać tych chłopów? Nie. To on! To jego sprawka!”

Galopował aż do samego dworu. Gdy dotarł na miejsce, poraził go dreszcz. Okna były powybijane, a drzwi leżały na placu.

„Co ja zrobiłem…”

Zeskoczył z konia i jak strzała pobiegł ku gankowi, lecz już tam na widok krwi omal nie zemdlał. Stanął w drzwiach, porażony. Cała rodzina leżała na marmurowej posadce. Każdy miał na sobie dziesiątki krwawych punktów. Spojrzał na schody prowadzące na górę. Zakrzepły na nich szkarłat wiódł go jak ścieżka. Bez słowa, niczym lunatyk, szedł, wiedząc już co zobaczy.

„Mogłem coś zrobić?”

Kobieta w falbaniastej sukni, nasiąkłej wylewającym się z niej życiem, leżała na plecach z widłami wbitymi w szyję. Witos klęknął, chwycił je i wyciągnął. Krew popłynęła wąską strużką. Wziął kobietę w ramiona i wpił się rękoma we włosy, tuląc już ostygłe ciało, kołysząc je jak kołysze się dziecko. Nie myślał. Czuł jedynie żal, nie ronił nawet łez. Świat jawy czy snu nie miał już żadnego znaczenia. Zarówno w jednym, jak i drugim cierpienie zawsze było takie samo.

– Zebrało ci się na sentymenty? Hm? – Zza pleców odezwał się znajomy głos. Witos położył matkę na podłogę i wstał. Gdy się obrócił, ujrzał samego siebie, tyle że z szyderczym, złym uśmiechem satysfakcji na ustach. – Nie tego chciałeś braciszku? – przemawiał elegancki szlachcic, bawiąc się lakierowaną laseczką.

Witos wpatrywał się w samego siebie, czując narastający gniew. Niewysłowiony, palący ciało i duszę gniew…

– Chciałeś samotności, czyż nie, Witosie? Zebrałem więc wieśniaków, by ruszyli na panów. Na początku byli nieufni, ale gdy obrabowaliśmy pierwszy dwór, jedli mi z ręki. – śmiał się. – Obłowili się, nie ma co. Przekonałem ich, że zanim ktokolwiek się pomiarkuje, dwory będą już należały do nich. Oczywiście wyrżną się między sobą, ale nas zostawią w spokoju. Tylko ty i ja – Mrugnął filuternie – głos ci odebrało, co? No, nie dziwię się: z nas dwóch to ja zawsze byłem geniuszem.

Witos spojrzał za siebie. Patrzył na porąbane siekierą drzwi.

– O, niestety, dziadek też. Samotność nie uznaje kompromisów, rozumiesz – Złożył ręce w udanej zadumie.

– Nigdy więcej. – szepnął Witos, zbierając się w sobie.

– Och, te twoje głupie romansidła… Wiedziałem, że kruk zrobi na tobie wrażenie, a atmosfera grozy doda ci jakiejś butnej determinacji – Gestykulował – Jaki ty jesteś prosty, Witos.

Witos sięgnął do lewej kieszeni. Miał rewolwer. Obrócił się do Wolfganga, otworzył bębenek. Były dwa naboje.

„Wystarczy jeden.”

Spojrzał tym samym, piorunującym spojrzeniem. Z satysfakcją odkrył, że Wolfgangowi zrzedła mina.

– O, strzelisz? Po tym wszystkim tak chcesz to zakończyć? Tak jak w jednym z tych twoich cholernych romansideł!?

– Jesteś pasożytem. Trułeś mi umysł od samego początku. Znienawidziłem przez ciebie ludzi, ale najbardziej znienawidziłem samego siebie. Zawsze, gdy chciałem nawiązać z kimś kontakt, ty stawałeś mi na drodze. Jeśli nie mogę żyć bez ciebie… Zakończę to.

– Witos… – zmienił ton – Naprawimy to. Uspokój się. Wszystko wyt…

– Nigdy więcej.

Przyłożył rewolwer do prawej skroni. Tego wieczoru we dworze zapadła cisza.

 

KONIEC.

Koniec

Komentarze

Podobały mi się części I oraz II. Najbardziej dialog matka-syn i opis, jak Witos schodzi po schodach i znajduje siebie samego; jest w tym element zaskoczenia, jest rozmowa-monolog wewnętrzny (podoba mi się opis “choroby” nękającej Witosa, kreowanie jego postaci i rozwijającego się szaleństwa oraz to, jak stara sobie z nim radzić) i działający na wyobraźnię opis krwi płynącej w górę. Masz też pierwiosnki wyrazistego stylu (np. dialog przeradzający się w monolog, sposób konstruowania wypowiedzi postaci), który może rozkwitnąć, ale trzeba go wziąć na warsztat, bo jest sporo usterek technicznych, niezręczności językowych. Taki ładny kamień, ale nieoszlifowany.

Po części II jest gorzej, a to dlatego, że rzecz zaczyna się powtarzać – znowu widzimy śmierć, tym razem bliskich, znowu te same dialogi. Potem jest jeszcze większy problem, kiedy odkręcasz sprawę i robisz twist z bratem – wszystko robi się dość niejasne i nawarstwione. Ci chłopi biorą się tam znikąd.

Widać, jednak że wiesz, co robisz – kiedy mamy scenę snu nie używasz cudzysłowu do wprowadzenia rozmowy z “bratem”. Rozumiem, że w nierzeczywistym świecie jest on na tyle prawdziwy, że zamiast głosem w głowie może stać się uczestnikiem dialogu. Podoba mi się ten zabieg.

Kilka rzeczy, które zauważyłam, choć rzecz jasna jest ich więcej:

Odwracał jego uwagę od lektury jednego z poematów Edgara Alana Poe „Kruk”.

Jakieś pod tytułem, dwukropek, przecinek?

Młodzieniec podniósł wzrok znad czarnych, rzadkich brwi i wbił go w kobietę.

Oczy są pod brwiami.

Krew popłynęła wąską stróżką.

strużką

 

Pewnie inni, bardziej sprawni w tej materii użytkownicy wypunktują błędy, ja tylko – jako fanka formy i stylu, które cenię bardziej niż warsztat i fabułę – daję znać, że coś się w tym tekście kryje: potencjał. Pozostaje mi życzyć powodzenia przy kolejnych tekstach.

Pozdrawiam!

Dziękuję za komentarz. Przeanalizuję tekst z uwagami i wyciągnę lekcję. Może trochę zbyt mało uwagi poświęciłem redakcji.

Jest tu jakiś pomysł, ale raczej na szort, a nie na 30k znaków, bo istotnie tekst się ciągnie i jest powtarzalny. Na dodatek napisany jest bardzo tak sobie pod względem stylistycznym: dialogi są sztywne, a niektóre sformułowania dość dziwaczne. Już na samym początku ten “szlachcic” ni z gruszki, ni z pietruszki. Takie określanie bohatera miałoby sens, gdyby opowiadanie było np. o konflikcie z chłopami, a tu jest mylące i pretensjonalne. Pokaż status bohatera, zamiast go nazywać. (Dalej zresztą parę wzmianek wskazuje na to, że mamy do czynienia z kimś z wyższych, a przynajmniej zamożnych sfer.) Dlaczego nie nazwiesz go od razu imieniem? Albo jakimś neutralnym określeniem w rodzaju “chłopak”? Poza wszystkim dość się zdziwiłam, kiedy okazało się, że chodzi o bardzo młodego człowieka… (szlachcic, mężczyzna – a potem okazuje się, że to nastolatek, który do matki mówi “mamusiu”…).

Mam też uwagę do imienia głównego bohatera – jest nietypowe (chyba wręcz przez Ciebie wymyślone), więc zwraca uwagę, a moim skromnym zdaniem niepotrzebnie kojarzy się z Wincentym Witosem, więc przynajmniej dla czytelnika uwrażliwionego historycznie jest zgrzytem. Nie jest nijak uzasadnione w tekście, więc nie bardzo widzę, dlaczego akurat tak. No i skąd ten Wolfgang? Klucz, że “polskie” imię to ten dobry, a niemieckie ten zły jakoś wydaje mi się prostacki, mam nadzieję, że to coś innego.

 

Przykład niepotrzebnie przegadanego zdania z samego początku:

 

Odwracał jego uwagę od lektury jednego z poematów Edgara Alana Poe „Kruk”.

A nie wystarczy “Odwracał uwagę od lektury ‘Kruka’ Edgara Alana Poe”. Zaimek jest niepotrzebny, bo wiemy, o kogo chodzi, a jeśli czytelnik nie wie, czym jest “Kruk” (skądinąd wierszem, a nie poematem), to wygugla.

 

Stanęła w nich kobieta mająca na sobie bogato zdobioną, jasną, falbaniastą suknię.

Piszesz dalej o świecie po Tesli, a ten opis kojarzy się raczej z latami trzydziestymi alb o czterdziestymi XIX wieku.

 

Młodzieniec podniósł wzrok znad czarnych, rzadkich brwi i wbił go w kobietę.

Znaczy był cyklopem i miał oko na środku czoła?

 

Schody pokonał z zamkniętymi oczyma

Raczej: oczami. Nie stylizujesz, więc jeden poetycki archaizm nie pasuje.

„– Świat po rewolucji Tesli stał się miejscem jeszcze mniej zdatnym do życia, a może to tylko ja zwariowałem? – myślał.

Myśl tylko z cudzysłowem, bez półpauzy na początku. I zamknij cudzysłów przed didaskalium.

 

Wszystko wyt…

(Wcześniej masz podobnie). Urwane wypowiedzi kończymy raczej samogłoską, aczkolwiek nie jest to absolutna reguła. Niemniej zazwyczaj jest to bardziej naturalne.

 

Tego wieczoru w dworze zapadła cisza.

→ we dworze

 

 

Masz też trochę błędów w zapisie dialogów i myśli (zajrzyj sobie np. na sjp.pwn do poradnika w tym względzie), podaję tylko przykłady, jest tego więcej:

 

„Matka patrzy… Muszę wytrzymać. Tylko te schody. Są zaraz po prawo, jeszcze kilka kroków i… – sStanął jak wryty.”

– Będziesz wstanie to zrobić, Witos? – nNieznana moc wyartykułowała słowa jego ustami.

– Nigdy więcej[-.] – szepnął Witos, zebrawszy się w sobie.

I tu raczej: zbierając się w sobie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dziękuję drakaina. 

Co do imienia Witos to nie widzę powodu by je uzasadniać. Jest to niezwykle rzadkie imię fakt, ale mój pradziadek się tak nazywał. Co zaś do Wolfganga, to miałem pomysł na kontynuację. Ojciec bohatera jest Niemcem, dlatego też bohatera ma dwa imiona: Witos (od matki) i Wolfgang (od ojca). Alter ego Witos po prostu przyjęło jego drugie imię za swoje. Nie myślałem, że ktoś odczyta to w taki sposób jak Ty, ale dziękuję za podzielenie się odczuciami, będę pamiętał, żeby lepiej to sprecyzować.

 

 “Kruk – poemat Edgara Allana Poego, pierwodruk 29 stycznia 1845” Fragment z wikipedii. 

 

Sugestię postaram się wprowadzić w tekst jak najszybciej.

 

 

 

Nie ufaj wikipedii, zwłaszcza polskiej!

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Też się trochę powymądrzam. Długość mi generalnie nie przeszkadza, choć w dialogach faktycznie są powtórzenia. Warto byłoby całość nieco skondensować.

Zwrotu “po moim trupie” używa się kiedy chcemy komuś w czymś przeszkodzić, czegoś nie dopuścić, a nie wtedy, kiedy czegoś nie chcemy zrobić. Bohater mógłby powiedzieć: “prędzej skonam” albo cos w tym rodzaju.

Dzięki Nikolzollern. 

drakaina wspomniała o sztywności w dialogach, też coś podobnego odczułeś? Jeżeli tak, to w czym leży problem?

 

Faktycznie “po moim trupie” trochę zgrzytało.

Mnie się akurat podobają dialogi – wiadomo, mowa potoczna to nie jest, ale właśnie to stylizowanie na monolog jest ciekawe. Także forma jest ok, ale tak czy inaczej myślę, że drakainie chyba chodziło o słownictwo i niejednorodny ton wypowiedzi – tu faktycznie mogło zgrzytnac. Popraw mnie drakaino, jeśli gadam bzdury w Twoim imieniu.

Właśnie jeżeli chodzi o słownictwo to takie właśnie miało być, myślałem że z formą jest coś nie tak. Błędy w stylu “ping ponga” itd.

Przeanalizuję to jeszcze z tekstami, które również zawierały podobne dialogi. Starałem się znaleźć złoty środek między sztywniackimi i suchymi dialogami Lovecrafta (które miały swój urok mimo wszystko), a żywymi i mocno emocjonalnymi dialogami w “Zbrodni i karze” Dostojewskiego.

Miałem wrażenie, że dialogi nieco się powtarzają. Odnośnie sztywności – nie, nie odczułem. W ogóle klimat trochę z domu Asherów Poe, romantyczny bohater mizantrop i rzeź galicyjska. Można by jeszcze popracować nad epoką? wystylizować pod XIX wieczną prozę.

Tak jak napisałam pod Twoim drugim opowiadaniem, ta historia bardziej mi się spodobała. Na początku myślałam, że będzie to zwykły zapis postępującej schizofrenii bohatera, podobał mi się zwrot akcji i wyjście szaleństwa na zewnątrz. Witos i Wolfgang przypominają doktora Jekylla i Mr Hyde’a. Myślę, że tekst zyskałby jeszcze bardziej, gdyby był krótszy.

Kilka rzeczy do poprawienia:

„– Świat po rewolucji Tesli stał się miejscem jeszcze mniej zdatnym do życia, a może to tylko ja zwariowałem? – myślał.

Myśli zapisujemy kursywą lub w cudzysłowach:

„Świat po rewolucji Tesli stał się miejscem jeszcze mniej zdatnym do życia, a może to tylko ja zwariowałem?” – myślał.

lub:

Świat po rewolucji Tesli stał się miejscem jeszcze mniej zdatnym do życia, a może to tylko ja zwariowałem? – myślał.

 

 

Dostaję od Was tyle sugestii i porad, że chyba jeszcze raz z nowym podejściem przeanalizuję ten tekst i może napiszę ostatnie rozdziały odnowa, aby tak jak napisałeś Nikolzollern zbliżyć go do prozy XIX wiecznej. Pozbędę się wzmianki o rewolucji Tesli. Nie był to błąd jak myślała drakaina, ale nie był to też element służący tej konkretnej historii. Świat w którym rozgrywa się akcja opowiadania rósł mi w głowie od kilku miesięcy, a “Cena samotności” była pierwszym opowiadaniem z tegoż świata. Świat miał być alternatywną rzeczywistością, gdzie już w XIXw. istnieje technologia zbliżona do naszej, a Witos i jego dwór są na uboczu tego wszystkiego, ale opowiadanie jednak za bardzo odbiegła od tego czym miał być ten świat pierwotnie. 

ANDO zauważyłaś zapewne, że jest to dialog w myślach bohatera.

„– Świat po rewolucji Tesli stał się miejscem jeszcze mniej zdatnym do życia, a może to tylko ja zwariowałem? – myślał.

– Technologia upośledziła ich emocjonalnie!

– Milcz! Mówię po raz ostatni!”

 

Czy stosując się do twojej sugestii, powinienem zapisać to tak:

 

Świat po rewolucji Tesli stał się miejscem jeszcze mniej zdatnym do życia, a może to tylko ja zwariowałem? – myślał.

Technologia upośledziła ich emocjonalnie!

Milcz! Mówię po raz ostatni!

Nie uznałam rewolucji Tesli za błąd, ale opis sukienki pasował mi do innej epoki – to dwie różne kwestie ;) Wzmiankę o Tesli uznałam po prostu za wskazówkę co do czasu akcji, podczas gdy opis sukienki – cóż, jest typowo z męskiej perspektywy… I nie mam na myśli perspektywy bohatera/narratora, bo on raczej będzie uważał to, co się akurat nosi, za normalne, ale perspektywę autora.

 

I sugerowałabym na razie powstrzymanie się od stylizacji. Lepiej najpierw poćwicz warsztat na prostszych rozwiązaniach. Siląc się na stylizację, bardzo łatwo popaść w śmieszność.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Na wstępie dowiedziałam się o osobliwej fobii bohatera i zastanawiałam się, co powstrzymywało Witosa ― skoro był we własnej posiadłości ― przed wysłaniem kogoś ze służby z nakazem, aby hałasujący pod jego oknem znaleźli sobie inne miejsce do zabawy.

Od samego początku widziałam wiszący w powietrzu dramat, jednak opisy, choć dość sugestywne, nie zwiastowały niczego nowego, jak tylko to, że dramat ów jest nieunikniony.

Wykonanie, co stwierdzam z przykrością, nie ułatwiało lektury. Przeszkadzały nieczytelnie zapisane myśli i nie zawsze poprawnie zapisane dialogi. Trafiały się wymagające dopracowania, nie najlepiej skonstruowane zdania, a i interpunkcja pozostawia nieco co do życzenia.

Może przydadzą Ci się te poradniki: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

sta­jąc coraz bar­dziej na­tar­czy­wą. ―> …sta­jąc się coraz bar­dziej na­tar­czy­wa.

 

No, idź do nich, py­ta­li o Cie­bie. ―> No, idź do nich, py­ta­li o cie­bie.

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

kobieta podbiegła do niego, podtrzymując mu głowę. ―> Obawiam się, że to niemożliwe, aby kobieta, podbiegając, jednocześnie podtrzymywała mu głowę.

Ponadto dwa zaimki nie wyglądają tu najlepiej.

Może: …kobieta podbiegła do synapodtrzymała mu głowę.

 

Sta­nął jak wryty.” ―> Sta­nął jak wryty”.

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu kilkakrotnie.

 

Postaci z obrazów zdawały się ruszać… ―> Postaci na obrazach zdawały się ruszać

 

– Bę­dziesz wsta­nie to zro­bić, Witos? ―> – Bę­dziesz w sta­nie to zro­bić, Witos?

 

Scho­dy po­ko­nał z za­mknię­ty­mi oczy­mi, pod­trzy­mu­jąc się ba­lu­stra­dy. ―> Scho­dy po­ko­nał z za­mknię­ty­mi oczami, przy­trzy­mu­jąc się ba­lu­stra­dy.

 

„Ze­bra­ła się cała ro­dzi­na. ―> Zdanie zaczyna się cudzysłowem, a gdzie cudzysłów zamykający?

 

po­sta­no­wił do nich po­biec. Wy­biegł na ko­ry­tarz. ―> Nie brzmi to najlepiej.

Może: …po­sta­no­wił do nich podążyć. Wy­biegł na ko­ry­tarz.

 

– Co się dzieje? Gdzie ja jestem? – odezwał rozglądając na wszystkie strony. ―> Pewnie miało być: – Co się dzieje? Gdzie ja jestem? – zapytał, rozglądając się na wszystkie strony.

 

Bo­gac­two da­li­ście, byle na Panów iść. ―> Bo­gac­two da­li­ście, byle na panów iść.

Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Nie mogąc uwie­rzyć w to, co się dzie­je, ścią­gnął lejce i po­ga­lo­po­wał leśną dróż­ką. ―> Bohater jechał wierzchem, więc: …ścią­gnął wodze i po­ga­lo­po­wał leśną dróż­ką.

Lejce służą do powożenia zaprzęgiem.

 

Cała ro­dzi­na le­ża­ła na mar­mu­ro­wym bruku. ―> Nie bardzo umiem sobie wyobrazić marmurowy bruk. A może miało być: Cała ro­dzi­na le­ża­ła na mar­mu­ro­wej posadzce.

 

Spoj­rzał na scho­dy pro­wa­dzą­ce na górę. Za­krze­pły na nich szkar­łat pro­wa­dził go jak ścież­ka. ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję w drugi zdaniu: Za­krze­pły na nich szkar­łat wiódł go jak ścież­ka.

 

Ko­bie­ta w fal­ba­nia­stej sukni, na­sią­kłej od wy­le­wa­ją­ce­go się z niej życia… ―> Nasiąkamy czymś, nie od czegoś.

Proponuję: Ko­bie­ta w fal­ba­nia­stej sukni, na­sią­kłej wy­le­wa­ją­cym się z niej życiem

 

Witos odło­żył matkę na zie­mię i wstał. ―> Witos poło­żył matkę na podłodze i wstał.

Można odłożyć trzymana książkę, ale matki chyba odłożyć nie można.

 

Ze­bra­łem więc wie­śnia­ków, by ru­szy­li na Panów. ―> Ze­bra­łem więc wie­śnia­ków, by ru­szy­li na panów.

 

ale gdy zra­bo­wa­li­śmy pierw­szy dwór… ―> …ale gdy obra­bo­wa­li­śmy pierw­szy dwór

Gdyby faktycznie zrabowali dwór, powinni go zabrać ze sobą.

 

Drzwi do po­ko­ju dziad­ka były wy­rwa­ne z fu­try­ny. ―> Wiem to, bo wcześniej byłam światkiem, jak to się stało.

 

– O, niestety, dziadek też. Samotność nie uznaje kompromisów, rozumiesz – złożył ręce w udanej zadumie. ―> – O, niestety, dziadek też. Samotność nie uznaje kompromisów, rozumiesz.  – Złożył ręce w udanej zadumie.

 

– Nigdy wię­cej. – szep­nął Witos, zbie­ra­jąc się w sobie. ―> Zbędna kropka po wypowiedzi.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za wychwycenie tylu głupich błędów z mojej strony. Zmiany już wprowadzone.

Bardzo proszę, Peregrinie. Miło mi, że uwagi okazały się przydatne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Teraz już widzę, że korekta to najważniejsza część tworzenia i muszę się do niej lepiej przykładać:) 

Mogła byś mi wskazać przykład, gdy myśli bohatera wyrażone są niejasno? Najpewniej masz rację, ale bohatera miały mieć w sobie takie oznaki obłędu, które wyrażać miały się się w jego myślach. Chciałem, żeby był w tym jakiś chaos.

Uzbrój się w nieco cierpliwości, Peregrinie, bo jestem w tracie lektury Twojego drugiego opowiadania i wolałabym je najpierw dokończyć. Potem wskażę przykład, o który prosisz.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bez pośpiechu:) Dziękuję za pomoc merytoryczną.

Peregrinie, nie napisałam, że myśli bohatera wyrażone są niejasno, a tylko, że przeszkadzały mi nieczytelnie zapisane myśli, a to znaczy, że nie mam zastrzeżeń do tego co Witos myśli, a do tego, jak Ty to zapisujesz. Podałam Ci link do poradnika i byłam przekonana, że mając do wyboru kilka sposobów zapisywania myśli, będziesz potrafił zdecydować się na ten, który sprawi, że będą one zapisane prawidłowo, a czytelnik nie poczuje się zdezorientowany.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Starałem się trzymać drugiej formy, która przedstawiona jest w poradniku. Zaraz poprawię usterki.

Nie jestem tylko pewien co do tego zapisu:

 

Dialog tocz się w myślach bohatera:

 

„– Wariuję. Jakim prawem odzywasz się tak do mojej matki! – Myślał, czekając na odpowiedź.

– To również moja matka, nie zapominaj. – odpowiedział mu głos. Zuchwały. Podobny do jego własnego, lecz zupełnie inny.

– Ty nie istniejesz. Żyjesz tylko w mojej świadomości. Stworzyłem cię, słyszysz! – Witos przystanął, skronie mu pulsowały, a okropny świst przeszył umysł. – Demony, to tylko demony. Nie! Demonów nie ma, są ludzie. To wszystko przez nich!”

 

Może powinienem zapisać go tak?

 

„Wariuję. Jakim prawem odzywasz się tak do mojej matki! – Myślał, czekając na odpowiedź.

To również moja matka, nie zapominaj. – odpowiedział mu głos. Zuchwały. Podobny do jego własnego, lecz zupełnie inny.

Ty nie istniejesz. Żyjesz tylko w mojej świadomości. Stworzyłem cię, słyszysz! – Witos przystanął, skronie mu pulsowały, a okropny świst przeszył umysł. – Demony, to tylko demony. Nie! Demonów nie ma, są ludzie. To wszystko przez nich!”

 

 

 

Jeśli zapisujesz myśli kursywą, musisz zrezygnować z cudzysłowów.

W pierwszym przykładzie zbędne są półpauzy rozpoczynające myśl. Zbędny jest też cudzysłów.

Drugi przykład wygląda lepiej, ale i tu cudzysłów jest zbędny. Kursywą zapisujemy tylko myśli, didaskaliów już nie.

 

Wariuję. Jakim prawem odzywasz się tak do mojej matki! – myślał, czekając na odpowiedź.

To również moja matka, nie zapominaj – odpowiedział mu głos. Zuchwały. Podobny do jego własnego, lecz zupełnie inny.

Ty nie istniejesz. Żyjesz tylko w mojej świadomości. Stworzyłem cię, słyszysz! – Witos przystanął, skronie mu pulsowały, a okropny świst przeszył umysł. Demony, to tylko demony. Nie! Demonów nie ma, są ludzie. To wszystko przez nich!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Więc ten zapis będzie już jak najbardziej poprawny:

 

 “Wariuję. Jakim prawem odzywasz się tak do mojej matki! – myślał, czekając na odpowiedź.

To również moja matka, nie zapominaj. – odpowiedział mu głos. Zuchwały. Podobny do jego własnego, lecz zupełnie inny.

Ty nie istniejesz. Żyjesz tylko w mojej świadomości. Stworzyłem cię, słyszysz! – Witos przystanął, skronie mu pulsowały, a okropny świst przeszył umysł. – Demony, to tylko demony. Nie! Demonów nie ma, są ludzie. To wszystko przez nich!”

 

Wszystko jasne:) 

 

Czasowniki opisujące sposób wypowiedzi zapisujemy z małej litery w dialogach. W przypadku wyrażania myśli, wszystko zapisujemy z małej?

 

 

Ten dialog zapisał bym w taki sposób:

 

– Wariuję. Jakim prawem odzywasz się tak do mojej matki! – Myślał, czekając na odpowiedź.

 

Gdy zapisuje go jako dialog w “myślach” bohatera, poprawny jest ten zapis? 

 

”Wariuję. Jakim prawem odzywasz się tak do mojej matki! – myślał, czekając na odpowiedź.”

 

To ostatnie pytanie i już więcej nie męczę:) Wiem, że jak dobrze to wyrobię, będę robił mniej takich głupich błędów w przyszłości.

Klimacik jest, podoba mi się pomysł wyrwania się mrocznej części Witosa na wolność. Do momentu rewolty chłopów to mogły być majaczenia schizofrenika, fajnie, że okazało się inaczej. Stylizacja mi nie przeszkadzała w czytaniu, ale błędny zapis myśli bohatera, który wciąż tkwi w tekście już tak i to bardzo.

Dziękuję i przykro mi, że przeczytałaś tekst bez poprawek. Już je wprowadziłem. Byłbym wdzięczny, jeżeli zerknęłabyś na myśli jeszcze raz i dała znać, jak to teraz Twoim zdaniem wygląda.

„Wariuję. Jakim prawem odzywasz się tak do mojej matki! – myślał, czekając na odpowiedź.

Brakuje zamknięcia cudzysłowu.

 

To również moja matka, nie zapominaj. – odpowiedział mu głos. Zuchwały. Podobny do jego własnego, lecz zupełnie inny.

Ty nie istniejesz. Żyjesz tylko w mojej świadomości. Stworzyłem cię, słyszysz! – Witos przystanął, skronie mu pulsowały, a okropny świst przeszył umysł. – Demony, to tylko demony. Nie! Demonów nie ma, są ludzie. To wszystko przez nich!”

Pierwsze zdanie to chyba też zapis myśli. Czy on słyszał ten drugi głos w swojej głowie?

Nawomiast w drugim zdaniu brakuje otwarcia cudzysłowu.

 

„Zebrała się cała rodzina. Jak ja ich nie znoszę. – była to jego własna myśl. Czyżby naprawdę ich nie znosił? – Nie masz nade mną władzy, Wolfgang – Pomyślał. Czekał na komentarz, lecz cicho, żadnych głosów. Już spokojniejszy i opanowany zszedł z ganku.”

Tu już jest zupełny misz-masz. Na dodatek jest problem z dużymi i małymi literami. Proponuję:

 

„Zebrała się cała rodzina. Jak ja ich nie znoszę”. – Była to jego własna myśl.

Czyżby naprawdę ich nie znosił?

“Nie masz nade mną władzy, Wolfgang” – pomyślał.

Czekał na komentarz, lecz cicho, żadnych głosów. Już spokojniejszy i opanowany zszedł z ganku.

 

„O czym mamy rozmawiać? Czy rozmowa z nimi ma jeszcze jakiś sens? Przecież słucham ich od samego rana. To przez nich te myśli o… Jeżeli nie chwalą się bogactwem rodziców, tak jakby należało do nich, to wyzywają się nawzajem, kłócą o byle co. Bodajby zdechli i dali mi spokój.

Znowu nie zamknąłeś cudzysłowu.

 

– Powinni zginąć? Witos?

– Może tak byłoby lepiej? Życie w kompletnej samotności… Nie, to gorączka. Zamknij się! Zamilcz! Nie muszą ginąć wszyscy. Nie mieszaj się w to!”

Zakładając, że rozmowa toczy się w głowie Witosa, proponuję:

 

“Powinni zginąć? Witos?”

“Może tak byłoby lepiej? Życie w kompletnej samotności… Nie, to gorączka. Zamknij się! Zamilcz! Nie muszą ginąć wszyscy. Nie mieszaj się w to!”

 

„Świat po rewolucji Tesli stał się miejscem jeszcze mniej zdatnym do życia, a może to tylko ja zwariowałem? – Myślał.

Technologia upośledziła ich emocjonalnie!

Milcz! Mówię po raz ostatni!”

Mam wrażenie, że to dalej wewnętrzny monolog między Witosem, a jego alter ego. Jednak fakt, że wszystkie akapity znalazły się w jednym cudzysłowie sugeruje, że jest to zapis myśli jedynie Witosa.

 

„Straciłem słuch – pomyślał”

“Straciłem słuch” – pomyślał.

„Straciłem słuch – pomyślał”

“Straciłem słuch” – pomyślał.

 

Czy obie formy nie są poprawne?

http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

 

Myślałem, że taki zapis:

 

“Świat po rewolucji Tesli stał się miejscem jeszcze mniej zdatnym do życia, a może to tylko ja zwariowałem? – myślał.

Technologia upośledziła ich emocjonalnie!

Milcz! Mówię po raz ostatni!”

 

Zostanie odczytany jako dialog w głowie bohatera z jego drugim ego.

Uważasz, że ten zapis będzie lepszy?

“Świat po rewolucji Tesli stał się miejscem jeszcze mniej zdatnym do życia, a może to tylko ja zwariowałem? – myślał.”

“Technologia upośledziła ich emocjonalnie!”

“Milcz! Mówię po raz ostatni!”

 

 

Pierwsze zdanie to chyba też zapis myśli. Czy on słyszał ten drugi głos w swojej głowie?

Tak.

Zdecydowałem się na taką formę zapisu myśli:

 

 „Myśl – didaskalia. – Myśl”

 

Dialogi w myślach zapisałem, w zaproponowany przez Ciebie sposób:

 

“Głos Witosa – didaskalia. – Głos Witosa”

“Głos Wolfganga”

 

 

“Straciłem słuch” – pomyślał.

 

Czy obie formy nie są poprawne?

Zajrzyj jeszcze raz. Byłoby poprawne, gdyby po pomyślał był dalszy ciąg myśli, a nie ma.

 

Zostanie odczytany jako dialog w głowie bohatera z jego drugim ego.

Uważasz, że ten zapis będzie lepszy?

A mnie się właśnie wydawało, że to stale ta sama osoba. W ogóle to dość nietypowy przypadek, bo zapisujesz myśli niby dwóch osób, ale w jednej głowie. ;) I trochę Ci na czuja podpowiadam. Osobiście zastosowałabym tę drugą opcję.

 

To również moja matka, nie zapominaj. – odpowiedział mu głos.

W takim razie proponuję:

“To również moja matka, nie zapominaj” – odpowiedział mu głos.

Bez kropki po zapominaj.

Nieźle sobie pokomplikowałem robotę, tymi dialogami w myślach.

 Najbliższe opowiadania, skupią się na postaciach, bez gości w głowie;)

 

Podsumowując:

Dialogi w myślach zostają w tej formie:

 

“Świat po rewolucji Tesli stał się miejscem jeszcze mniej zdatnym do życia, a może to tylko ja zwariowałem?” – myślał.

“Technologia upośledziła ich emocjonalnie!”

“Milcz! Mówię po raz ostatni!”

 

Myśli w tej:

 

“Straciłem słuch” – pomyślał.

 

 

 

 

Dwa pierwsze rozdziały uważam za lepsze niż dwa kolejne. Może coś mi umknęło, ale czytając rozdziały I-III nie zorientowałem się, że akcja dzieje się w XIX wieku, może warto to bardziej zaakcentować? Gdy w rozdziale IV bohater wychodzi z domu, miałem wrażenie, że coś cofnęło go w czasie :) Jest w tej historii jakiś mroczny potencjał. Skupiasz się mocno na bohaterze, fabuły jest niewiele, więc, według mnie, albo przydałoby się to nieco skrócić, albo rozbudować fabułę.

Dziękuję za komentarz. Od jakiegoś czasu pracuję nad zmianą rozdziałów od II–IV by opowiadanie nie było tak surowe. Tyle cennych komentarzy nie może się zmarnować:) Lecz nie mogę powiedzieć kiedy skończę, na razie piszę inne opowiadania, krótsze i zwarte, na “Cenę” przyjdzie czas. Na pewno uwzględnię Twoje uwagi.

Pozdrawiam.

Skojarzenia z Wicentym Witosem (imię) oraz z Fight Clubem (zakończenie).

Przyznam, że tekst nie był dla mnie zbyt łatwy w odbiorze. Po pierwsze, ciężko było mi wczuć się w dramaty protagonisty. Po drugie, opisy zmagań z chorobą psychiczną, której elementem są halucynacje, rządzą się specyficznymi prawami i zapewne niełatwo oddać je w przystępnej formie. 

Myślę, że gdyby Cena Samotności była krótsza, mogłoby jej to wyjść na dobre, w każdym razie nie czuję się “targetem” tego tekstu : ).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dzięki za opinię :)

Co do opisów choroby. Fakt nie uniknąłem chaosu, a nawet celowo starałem się go zasiać. Wskazał byś elementy, które przestawały być przystępne? Może dało by się je przemodelować, bez uszczerbku dla tekstu.

Nie jesteś pierwszą osobą, która sugeruje skrócenie opowiadania. Jest to rzecz jak najbardziej do przemyślenia.

Nowa Fantastyka