- Opowiadanie: tsole - Kot Schrödingera

Kot Schrödingera

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Kot Schrödingera

Miauczenie do­bie­ga­ją­ce gdzieś z głębi po­ło­żo­nej na­prze­ciw jego domu, nie­za­go­spo­da­ro­wa­nej jesz­cze po­se­sji było nie do wy­trzy­ma­nia. Erwin uchy­lił pro­wi­zo­rycz­ną, zbitą z kilku nie­he­blo­wa­nych desek furt­kę i po­biegł w kie­run­ku, z któ­re­go do­bie­ga­ły te mro­żą­ce krew w ży­łach dźwię­ki. To nie było wła­ści­wie miauczenie, ale szloch za­śle­pio­ne­go prze­ra­że­niem zwie­rzę­cia. Chło­piec znał wszyst­kie koty w oko­li­cy do tego stop­nia, że roz­róż­niał je po gło­sie – ten nie pa­so­wał do żad­ne­go. Była w nim trwo­ga, skar­ga, znak prze­szy­wa­ją­ce­go ciało bólu. Ale mógł na­le­żeć do każ­de­go z nich – na przy­kład po­trą­co­ne­go przez sa­mo­chód czy po­tur­bo­wa­ne­go przez któ­re­goś z wa­łę­sa­ją­cych się po dziel­ni­cy bez­pań­skich kun­dli.

Po­ty­kał się raz po raz o ja­kieś cegły, worki ze ska­mie­nia­łym ce­men­tem i ster­czą­ce z grun­tu ki­ku­ty uwa­la­nych wap­nem desek. W sza­rów­ce zmierz­cha­ją­ce­go dnia mi­gnął mu jakiś cień. “Kot czy złu­dze­nie?” – po­my­ślał. Przy­po­mniał mu się slo­gan „w nocy wszyst­kie koty są czar­ne”. No dobra, za­opo­no­wał, prze­cież jest sza­rów­ka, więc co naj­wy­żej szare.

To nie było złu­dze­nie. Teraz zo­ba­czył wy­raź­nie czar­ną kulkę zni­ka­ją­cą w ster­cie desek ob­ro­śnię­tych bujną trawą. Szloch nie usta­wał, wręcz rósł i po­ja­wi­ły się w nim tony bła­gal­ne, przy­naj­mniej tak Er­wi­no­wi pod­po­wia­da­ła wy­obraź­nia. Zdo­pin­go­wa­ny, pod­biegł do ster­ty i pró­bo­wał ro­ze­brać tę cha­otycz­ną kon­struk­cję, lecz za­da­nie było ponad jego siły. Ob­le­pio­ne be­to­nem i na­mok­nię­te po wczo­raj­szej ule­wie deski sta­wia­ły sku­tecz­ny opór sła­bym i nie­na­wy­kłym do fi­zycz­ne­go wy­sił­ku rękom chłopca. Na szczę­ście za ogro­dze­niem po­ja­wił się są­siad, także za­in­try­go­wa­ny do­cho­dzą­cy­mi od­gło­sa­mi.

– Pan po­mo­że, panie Fe­lik­sie! – stęk­nął Erwin, mo­cu­jąc się z deską.

Są­siad prze­ci­snął oka­za­ły brzuch przez dziu­rę w siat­ce i z ła­two­ścią upo­rał się ze ster­tą. Szyb­ko do­tar­li do kry­jów­ki kota, który, cały drżą­cy, nie usta­wał w szlo­chach, ale też nie ucie­kał.

– To twój? – spy­tał są­siad.

– Nie, pro­szę pana, Ale nie mo­że­my go tak zo­sta­wić, praw­da?

– Mnie tam wszyst­ko jedno, byle tak nie ha­ła­so­wał. – Są­siad wró­cił do sie­bie klnąc pod nosem, za­cze­piw­szy się swe­trem o wy­sta­ją­ce z siat­ki druty.

Erwin pod­niósł kotka. Mała, czar­na i drżą­ca ku­lecz­ka z ła­two­ścią mie­ści­ła się w jego nie­wiel­kich prze­cież dło­niach. Ze swoją na­stro­szo­ną sier­ścią kotek przy­po­mi­nał ra­czej jeża. Ogrom­ne oczy wy­ra­ża­ją­ce na prze­mian prze­ra­że­nie i bła­ga­nie były za­ro­pia­łe, a nosek po­kie­re­szo­wa­ny i za­krwa­wio­ny. Trzymając go delikatnie wrócił do domu.

„Tata nie bę­dzie za­chwy­co­ny” – po­my­ślał, za­my­ka­jąc furt­kę.

Na szczę­ście drzwi otwo­rzy­ła mama. Na widok znaj­dy otwo­rzy­ła sze­ro­ko oczy i usta.

– Bied­ne stwo­rze­nie! – roz­czu­li­ła się, przy­tu­liw­szy kotka, który już nie sko­wy­czał tylko po­miau­ki­wał ża­ło­śnie. Boże, jaki on zmal­tre­to­wa­ny!

– Skąd te rany na nosie? – do­py­ty­wał się Erwin – ktoś go prze­je­chał?

– Nie wiem, ale na ko­li­zję z sa­mo­cho­dem to nie wy­glą­da. Ani na spo­tka­nie z psem. Trze­ba z nim jutro iść do we­te­ry­na­rza. O ile prze­ży­je do jutra.

– My­ślisz, że z nim aż tak źle? – za­fra­so­wał się Erwin.

– Nie wy­glą­da do­brze, praw­da? Może ma ja­kieś urazy we­wnętrz­ne? Nie wia­do­mo, co mu się stało, ani jak długo błąka się sa­mot­ny. Prze­cież to jesz­cze dziec­ko, po­wi­nien być pod opie­ką mamy…

– Wiesz, przed kil­ko­ma dnia­mi tato wspo­mi­nał, że na są­sied­niej ulicy wi­dział prze­je­cha­ne­go kota. Może to była jego mama?

– Moż­li­we. Tak czy owak mu­si­my go na­kar­mić, tro­chę uła­dzić, umyć…

– Może spać u mnie?

– Chyba zwa­rio­wa­łeś! – obu­rzy­ła się mama. Nie wia­do­mo czy i na co może być chory! Trze­ba go ko­niecz­nie izo­lo­wać, także przed Ajak­sem. Zro­bi­my mu le­go­wi­sko w ko­tłow­ni, koło pieca.

 

***

 

– Geo­r­gi­no, po­win­naś być bar­dziej ostroż­na – po­wie­dział Ru­dolf, sta­ran­nie za­my­ka­jąc drzwi od piw­ni­cy. – Mamy dość kło­po­tów, Erwin to de­li­kat­ne, cho­ro­wi­te dziec­ko. Jakoś ścier­pia­łem tego psa i cho­mi­ka, ale ta znaj­da, która nie wia­do­mo skąd się wzię­ła i jakie za­raz­ki tu przy­wlo­kła…

– No i co mia­łam we­dług cie­bie zro­bić? Kazać mu od­nieść tego nie­szczę­śni­ka? Nie, nie będę uczy­ła wła­sne­go dziec­ka okru­cień­stwa! – obu­rzy­ła się Geo­r­gi­na.

– Ale mo­głaś go dziś uśpić, praw­da? Sam we­te­ry­narz, jak twier­dzisz, nie daje zwie­rza­ko­wi wiel­kich szans na prze­ży­cie, praw­da? Więc mó­wiąc Er­wi­no­wi, że to było je­dy­ne wyj­ście, nie­wie­le byś prze­sa­dzi­ła.

– Nie prze­ina­czaj moich słów. We­te­ry­narz po­wie­dział, że do jutra kot sam, bez po­mo­cy by nie prze­żył.

– Na jedno wy­cho­dzi. Po­wie­dział ci, jakie są ro­ko­wa­nia?

– No cóż, był ra­czej scep­tycz­ny, ale o uśpie­niu mowy nie było.

– Ależ ko­bie­to, to jego biz­nes! Są­dzi­łaś, że sam ci za­pro­po­nu­je uśpie­nie? Prze­cież im dłu­żej po­trwa le­cze­nie tym wię­cej kasy zgar­nie.

– Wiesz, chwi­la­mi mam cię dosyć. Wszyst­ko byś na pie­nią­dze prze­li­czał! Nie bój się, z two­ich nie wezmę! – Znów pod­nio­sła głos.

– Czy ja po­wie­dzia­łem… – za­czął Ru­dolf, lecz w tym mo­men­cie w drzwiach sta­nął Erwin.

– Za­wsze mu­si­cie się kłó­cić? Sły­chać was na końcu ulicy!

– Erwin, nie po­zwa­laj sobie – na­sro­żył się Ru­dolf, lecz dzie­ciak nie zwró­ciw­szy na to uwagi, zwró­cił się do matki:

 – Mamo, jak ma się mój kotek? Mogę zejść go obej­rzeć? Co po­wie­dział we­te­ry­narz? – strze­lał py­ta­nia­mi nie cze­ka­jąc na od­po­wie­dzi.

– Mo­żesz, tylko le­piej go nie do­ty­kaj! – ostrze­gła Geo­r­gi­na. – We­te­ry­narz zdia­gno­zo­wał jakąś in­fek­cję wi­ru­so­wą…

– No tak! – obu­rzył się Ru­dolf. – Tego nie ra­czy­łaś mi po­wie­dzieć!

– Bo nie dałeś mi dojść do słowa – od­pa­ro­wa­ła Geo­r­gi­na wciąż jesz­cze wście­kła na męża. – Nie martw się, te wi­ru­sy są nie­groź­ne dla ludzi.

– A dla Ajak­sa? – spy­tał pręd­ko Erwin.

– Dla psów także – uspo­ko­iła go matka.

Erwin bły­ska­wicz­nie zrzu­cił kurtkę i po­gnał do ko­tłow­ni. Ro­dzi­ce po­spie­szy­li za nim. Ich oczom uka­zał się za­ska­ku­ją­cy widok: kotek drze­mał wtu­lo­ny w futro Ajak­sa.

– A ten skąd tutaj? – zdzi­wił się Ru­dolf.

Ich pies miał swoje le­go­wi­sko w ką­ci­ku ko­ry­ta­rza na par­te­rze i nie miał w zwy­cza­ju od­wie­dza­nie piw­ni­cy.

– Wi­dzisz, nawet pies ma wię­cej em­pa­tii od cie­bie – burk­nę­ła Geo­r­gi­na.

Pod wpły­wem ha­ła­su kotek obu­dził się. Wy­glą­dał o wiele le­piej; wpraw­dzie włos wciąż jeżył mu się na całym ciele, ale nie wrzesz­czał roz­pacz­li­wie, tylko po­miau­ki­wał ra­do­śnie i zdu­mie­wa­ją­co gło­śno mru­czał, gdy Geo­r­gi­na, wło­żyw­szy ogro­do­wy far­tuch i gu­mo­we rę­ka­wicz­ki, podnio­sła go. Za­chwy­co­ny Erwin od­ru­cho­wo chciał go po­gła­skać, lecz matka krzyk­nę­ła:

– Ani mi się waż! Ostroż­no­ści nigdy za wiele.

Gdy de­li­kat­nie po­sa­dzi­ła kotka na wy­ściół­ce, ten na­tych­miast roz­po­czął marsz wzdłuż ścia­ny. Jego ruchy były sprę­ży­ste i dy­na­micz­ne.

– Wy­zdro­wiał, mamo, wy­zdro­wiał! – cie­szył się Erwin.

– Och, do tego jesz­cze da­le­ko – wes­tchnę­ła matka. – Zo­bacz, nosek wciąż krwa­wi, a oczy są mętne i za­ro­pia­łe.

– Mamo, jak go na­zwie­my? Prze­cież musi mieć ja­kieś imię?

– Ty go zna­la­złeś, więc masz przy­wi­lej wy­bo­ru imie­nia.

Erwin my­ślał przez chwi­le in­ten­syw­nie, trąc od­ru­cho­wo dło­nie.

– Już wiem – wy­krzyk­nął z trium­fem. – Smar­tuś!

– Co? – zdu­mia­ła się matka. – Co to niby ma zna­czyć?

– Jak to co? Zo­bacz jaki jest spryt­ny, zręcz­ny! No, co! – za­pe­rzył się, wi­dząc kwa­śną minę matki. – Może być Pikuś, Mru­czuś, to w czym gor­szy Smar­tuś?

Geo­r­gi­na z re­zy­gna­cją mach­nę­ła ręką.

 

***

 

Potem z kon­dy­cją Smar­tu­sia było jak z mar­co­wą po­go­dą. Przez pierw­sze trzy dni szyb­ko do­cho­dził do zdro­wia. Za­go­ił się nosek, oczy na­bra­ły bla­sku, a ruchy wi­go­ru. Tylko sierść wciąż stała na bacz­ność, przez co kotek przy­po­mi­nał du­że­go dmu­chaw­ca – tyle, że czar­ne­go. Wra­ca­jąc ze szko­ły, Erwin po­spiesz­nie zrzu­cał plecak i biegł do piw­ni­cy. Pu­pi­lek był rze­czy­wi­ście „smart”, bo szyb­ko za­czął go roz­po­zna­wać, oznaj­mia­jąc swą ra­dość zdu­mie­wa­ją­co gło­śnym mru­cze­niem. Wy­raź­nie za­przy­jaź­nił się też z Ajak­sem, który był teraz sta­łym by­wal­cem piw­ni­cy.

Gdy już wy­da­wa­ło się, że finał przy­go­dy bę­dzie po­myśl­ny (nawet ro­ko­wa­nia we­te­ry­na­rza były opty­mi­stycz­ne), trze­cie­go dnia wie­czo­rem Smar­tuś zmar­kot­niał. Za­szył się oso­wia­ły w ką­ci­ku klat­ki-trans­por­te­ra, która słu­ży­ła mu za domek. Za­nie­po­ko­jo­ny Ajaks bie­gał ner­wo­wo z kąta w kąt, po­pi­sku­jąc ża­ło­śnie. Erwin szyb­ko za­alar­mo­wał mamę, która wy­cią­gnę­ła kotka do świa­tła.

– O Boże – wes­tchnę­ła. – Zo­bacz tylko.

Smar­tuś na­pęcz­niał jak dmu­cha­ny balon.

Na­stęp­ne­go dnia we­te­ry­narz zdia­gno­zo­wał wodę w płu­cach.

– Nie wy­glą­da to do­brze – orzekł. – Naj­częst­szą przy­czy­ną płynu w klat­ce pier­sio­wej kotów jest wi­ru­so­we za­pa­le­nie otrzew­nej. Cho­ro­ba ta na­zy­wa się FIP, wy­wo­łu­je ją co­ro­na­wi­rus, ści­ślej jego zmu­to­wa­na forma, gdyż koty w więk­szo­ści są bez­ob­ja­wo­wy­mi no­si­cie­la­mi tego wi­ru­sa. To cho­ro­ba prze­wle­kła, a nie­mal w każ­dym przy­pad­ku ro­ko­wa­nie nie jest opty­mi­stycz­ne.

– Su­ge­ru­je pan uśpie­nie? – spy­ta­ła Geo­r­gi­na sła­bym gło­sem, bo w gło­wie ko­ła­ta­ła się myśl jak to za­ko­mu­ni­ko­wać Er­wi­no­wi.

– Po­wie­dzia­łem, co bywa naj­częst­szą przy­czy­ną; są też inne. Bywa, że taki płyn zbie­rze się na sku­tek urazu – choć­by po ko­li­zji z po­jaz­dem, czy upad­ku z dużej wy­so­ko­ści… Pro­po­nu­ję ścią­gnąć ten płyn punk­cją i za­cze­kać na efek­ty.

Po punk­cji Smar­tuś bły­ska­wicz­nie od­zy­skał humor; znów się łasił, wy­gi­nał w łuk trium­fal­ny i mru­czał do­no­śnie. Lecz po ko­lej­nych dwóch dniach, gdy w Er­wi­nie za­czę­ła od­ży­wać na­dzie­ja, sy­tu­acja się po­wtó­rzy­ła. We­te­ry­narz po­now­nie wykonał punk­cję i Smar­tuś znów po­wró­cił do formy.

Po ko­lej­nym cyklu Ru­dolf spy­tał ostroż­nie:

– To już tak bę­dzie za­wsze?

– Niby skąd mam wie­dzieć? – fuk­nę­ła Geo­r­gi­na, prze­czu­wa­jąc ko­lej­ną awan­tu­rę.

– Ty nie, ale we­te­ry­narz po­wi­nien. Nie spy­ta­łaś?

– Py­ta­łam, a jakże! Od­po­wie­dział, że FIP spra­wia nie­ste­ty duże pro­ble­my dia­gno­stycz­ne, trze­ba by­ło­by zro­bić spe­cja­li­stycz­ne ba­da­nia krwi, wy­ko­nać też test se­ro­lo­gicz­ny, a to kosz­tu­je.

– Ta­niej by­ło­by uśpić?

– Nie wy­zło­śli­wiaj się. Praw­do­po­dob­nie na tym się skoń­czy. Tylko żal mi Er­wi­na, tak się zwią­zał ze Smar­tu­siem emo­cjo­nal­nie. Czeka go cięż­ka trau­ma.

– Ajak­sa rów­nież – za­uwa­żył Ru­dolf.

– Bła­gam, daruj sobie te zło­śli­wo­ści! – prych­nę­ła Geo­r­gi­na – Każda śmierć jest dra­ma­tem.

– Ale śmierć to też ele­ment życia – wes­tchnął Ru­dolf. – Jest czymś zwy­kłym i na­tu­ral­nym w przy­ro­dzie. Wśród sa­mych tylko ludzi jest ponad sto zgo­nów na świe­cie w ciągu mi­nu­ty, czyli ponad sześć ty­się­cy w ciągu jed­nej go­dzi­ny.

– Ech ty cho­dzą­ca Wi­ki­pe­dio! – żach­nę­ła się Geo­r­gi­na. – I to cię uspo­ka­ja? Nie wie­rzę! Każdy czło­wiek, wię­cej – każde stwo­rze­nie boi się śmier­ci i broni przed nią wszyst­ki­mi si­ła­mi, bo w każ­dym ży­ją­cym stwo­rze­niu tkwi po­tęż­ny in­stynkt życia. Więc nie mów mi tu, że śmierć jest zja­wi­skiem zwy­kłym i na­tu­ral­nym, bo od­ru­cho­wo trak­tu­je­my ją jako coś nie­nor­mal­ne­go, ile­kroć wkra­cza i ni­we­czy ja­kieś życie. Nor­mal­nym sta­nem wy­da­je się wła­śnie życie, a nie śmierć. Nawet twój Jezus od­czu­wał przed śmier­cią bez­brzeż­ny smu­tek, lęk i nie­po­kój…

– Dla­cze­go „twój”? Czyż­by pro­te­stan­ci nie uzna­wa­li Chry­stu­sa?

– Tak mi się po­wie­dzia­ło. Nie za­czy­naj znowu tym swoim ka­to­lic­kim zwy­cza­jem dys­ku­sji re­li­gij­nych, prze­cież obie­ca­li­śmy to sobie bio­rąc ślub! Żad­nych spo­rów na tle róż­nic wy­zna­nio­wych, już nie pa­mię­tasz?

Ru­dolf wy­ba­łu­szył ze zdu­mie­nia oczy.

– Ja za­czą­łem? Ja? – roz­ło­żył ręce w bez­rad­nym ge­ście.

 

***

 

W samym środ­ku na­ra­dy kie­row­ni­ków dzia­łów Ru­dolf po­czuł de­li­kat­ne wi­bra­cje smart­fo­na. Wyjął go i zer­k­nął dys­kret­nie: SMS od Geo­r­gi­ny. Tylko dwa słowa: „Po Smar­tu­siu”. Scho­wał apa­rat na po­wrót do we­wnętrz­nej kie­sze­ni ma­ry­nar­ki. Szef, do­strze­gł­szy ten ruch i minę Ru­dol­fa, prze­rwał mo­no­log, py­ta­jąc:

– Stało się coś?

– Nic – mruk­nął w od­po­wie­dzi.

 

***

 

Ode­tchnął z ulgą. Geo­r­gi­na trzy­ma­ła fason. Żad­nych za­czer­wie­nio­nych oczu z opuch­nię­ty­mi po­wie­ka­mi, po­cią­ga­nia nosem, żad­nych dra­ma­tycz­nych ge­stów… Od­no­sił wręcz wra­że­nie, że opu­ści­ło ją na­ra­sta­ją­ce w ostat­nich dniach na­pię­cie.

– Gdzie on jest? – spy­tał nie­pew­nie.

– W kar­to­nie w piw­ni­cy – po­wie­dzia­ła rze­czo­wo. – Masz ocho­tę na kawę?

– Ra­czej na jacka da­niel­sa – od­rzekł i pod­szedł do barku. – Tobie też nalać?

– Do­brze wiesz, że nie pijam tego świń­stwa. Nalej mi kie­li­szek bur­gun­da.

– Jakoś dziel­nie to znio­słaś – za­uwa­żył, po­da­jąc jej tru­nek.

– A co, spo­dzie­wa­łeś się spa­zmu? Jak chcesz wie­dzieć, sama po­pro­si­łam we­te­ry­na­rza o uśpie­nie Smar­tu­sia.

– Coś po­dob­ne­go! Po­dej­rze­wa­łem cię o więk­sze za­so­by wraż­li­wo­ści.

– Po­wi­nie­neś wie­dzieć, że jak trze­ba, umiem być re­alist­ką.

– Nie to, żebym miał ci to za złe, ale…

– Ale co?

– No, jakoś mi to nie pa­su­je. Zo­bacz, to ja byłem w tej hi­sto­rii bar­dziej… jak to po­wie­dzieć… nie­czu­ły? obo­jęt­ny? Wręcz cię na­ma­wia­łem, żeby uśpić tego bied­ne­go ko­cia­ka. A teraz wy­glą­da na to, że prze­ży­łem jej epi­log moc­niej niż ty.

– Prze­cież to tylko ko­ciak.

– Tylko? Żywe stwo­rze­nie, które do­pie­ro co za­ist­nia­ło, a już mu­sia­ło po­że­gnać się ze świa­tem.

– Nie po­zna­ję cię. Ty, za­wsze taki rze­czo­wy, cza­sem wręcz bez­dusz­ny, nagle uża­lasz się nad jakąś kocią przy­błę­dą?

– Wiesz, ostat­nio coraz czę­ściej prze­ży­wam coś w ro­dza­ju we­wnętrz­ne­go do­świad­cze­nia świę­to­ści życia. Na przy­kład cho­in­ka.

– Jaka cho­in­ka? – Geo­r­gi­na wy­ba­łu­szy­ła oczy.

– No, świą­tecz­na. Rok w rok oszu­ku­je­my młode, nie­win­ne drzew­ka, trzy­ma­jąc je w cie­peł­ku, w po­jem­ni­ku z wodą i wę­glem, a gdy za­czy­na­ją wy­pusz­czać nowe pąki, uśmier­ca­my je. Tylko dla­te­go, że okres świą­tecz­ny się skoń­czył. To takie okrut­ne, bar­ba­rzyń­skie, nie są­dzisz? Może z tego też bę­dzie­my roz­li­cza­ni? Wy­obra­żasz sobie sąd osta­tecz­ny i ten ma­sze­ru­ją­cy szpa­ler oskar­ża­ją­cych nas cho­inek – lep­sze niż w Mak­be­cie!

– Co ty mnie tu kar­misz ja­kimś niu­ej­dżem! Jesz­cze tro­chę i po­wiesz, że Smar­tuś za­si­lił grono anioł­ków!

– A żebyś wie­dzia­ła! Serio uwa­żam, że zwie­rzę­ta tra­fia­ją do nieba.

– Już cał­kiem ci od­bi­ja!

– W Pi­śmie ni­g­dzie nie jest po­wie­dzia­ne, że zwie­rzę nie ma duszy. Na py­ta­nie czy zwie­rzę­ta będą w raju nie­któ­rzy teo­lo­go­wie od­po­wia­da­ją: po­my­sło­wość Pana Boga jest nie­ogra­ni­czo­na.

– Toż to he­re­tyc­kie po­glą­dy!

– Za­pew­ne dla cie­bie, pro­te­stant­ki, Oj­ciec Świę­ty nie bę­dzie au­to­ry­te­tem, ale dla mnie ow­szem. Nie tak dawno pa­pież Fran­ci­szek po­wie­dział pu­blicz­nie… – prze­rwał się­ga­jąc po smart­fo­na – nie chcę cze­goś prze­krę­cić, zaraz ci to wy­gu­glam… o, jest, patrz! – Pod­su­nął mał­żon­ce ekran pod nos, jed­no­cze­śnie czy­ta­jąc:

Prze­ma­wia­jąc do tłumu, zgro­ma­dzo­ne­go na Placu Świę­te­go Pio­tra, pa­pież po­wie­dział: „Po raz ko­lej­ny wi­dzi­my nasze zwie­rzę­ta w Chry­stu­sie. Raj jest otwar­ty dla wszyst­kich stwo­rzeń Bo­żych”. W ten spo­sób pa­pież chciał uspo­ko­ić chłop­ca, który opła­ki­wał stra­tę psa.

– E tam, chciał po­cie­szyć to tak po­wie­dział, co miał zro­bić? Gdyby rze­czy­wi­ście zwie­rzę­ta miały duszę, to wszy­scy mię­so­żer­ni by­li­by ka­ni­ba­la­mi! I jak to w ogóle po­go­dzić z tym, że Bóg stwo­rzyw­szy ro­śli­ny i zwie­rzę­ta, prze­ka­zał wła­dzę nad nimi czło­wie­ko­wi? – Wy­rwa­ła mu smart­fo­na z dłoni i wy­szu­ka­ła sto­sow­ny cytat z Bi­blii. – O, masz, tu jest: A wresz­cie rzekł Bóg: Uczyń­my czło­wie­ka na Nasz obraz, po­dob­ne­go Nam. Niech pa­nu­je nad ry­ba­mi mor­ski­mi, nad ptac­twem po­wietrz­nym, nad by­dłem, nad zie­mią i nad wszyst­ki­mi zwie­rzę­ta­mi peł­za­ją­cy­mi po ziemi! Po­dob­ne­go Bogu, ro­zu­miesz? Wy­jąt­ko­we­go w świe­cie stwo­rze­nia!

– Takie do­słow­ne in­ter­pre­to­wa­nie Pisma to uzur­po­wa­nie sobie kom­pe­ten­cji Stwór­cy. Ow­szem, czło­wiek ma pa­no­wać nad przy­ro­dą, ale jako dobry wład­ca, opie­kun, trosz­czą­cy się o dobro po­wie­rzo­ne­go mu świa­ta. Jeśli po­tę­ga Boga prze­ja­wia się po­przez pełne mi­ło­ści zni­że­nie się ku lu­dziom, to czy nie po­win­ni­śmy prze­jąć tej po­sta­wy jako mo­de­lu na­sze­go ludz­kie­go za­cho­wa­nia wobec istot z niż­szych szcze­bli dra­bi­ny ewo­lu­cyj­nej?

– Oj, strze­lasz z ar­ma­ty do muchy! Zaraz mnie na­zwiesz mor­der­cą nie­win­ne­go Smar­tu­sia. Tym­cza­sem praw­da jest taka, że je­dy­nym wyj­ściem było skró­ce­nie jego cier­pień. Le­piej do­radź mi jak to po­wie­dzieć Er­wi­no­wi, zaraz wróci ze szko­ły.

Ru­dolf pod­szedł do barku, do­le­wa­jąc sobie da­niel­sa.

– Może po pro­stu… – za­czął, lecz w tej chwi­li w drzwiach sta­nął zdy­sza­ny Erwin.

– No i co? Mamo, co ze Smar­tu­siem?

Za­sko­czo­na Geo­r­gi­na nie po­tra­fi­ła wy­krztu­sić z sie­bie słowa.

– Idź sam sprawdź! – za­pro­po­no­wał sy­no­wi Ru­dolf, pra­gnąc za­po­biec kło­po­tli­we­mu mil­cze­niu.

Erwin wy­sko­czył jak z procy i znik­nął w cze­lu­ściach zej­ścia do piw­ni­cy.

– Idio­ta! – wark­nę­ła Geo­r­gi­na Ru­dol­fo­wi w twarz i po­bie­gła za synem, lecz omal się nie zde­rzy­ła z nim w drzwiach.

– Już zaj­rza­łeś? – spy­ta­ła zdu­mio­na.

– Nie. Nie chcę – od­po­wie­dział z po­nu­rą miną.

– Dla­cze­go?

– Do­pó­ki nie zaj­rzę, będę mógł my­śleć, że żyje, praw­da?

Ro­dzi­ce onie­mie­li ze zdu­mie­nia. Tylko Ajaks wy­rwa­ny z drzem­ki na swoim le­go­wi­sku pod­niósł łeb i prze­krzy­wił go, jakby chciał po­wie­dzieć: – Ech lu­dzie, lu­dzie…

Koniec

Komentarze

Całe studium weterynarii!

Biblia mówi, że dusza zwierzęcia jest we krwi (czyli nie jest nieśmiertelna), stąd się bierze zakaz spożywania krwi, zachowany przez apostołów dla chrześcijan nieżydowskiego pochodzenia, więc kaszanka odpada.

Еrwin mnie nie wygląda na nastolatka, nawet na dzisiejsze czasy jest zbyt infantylny. Góra 10 lat.

Przerażające mruczenie jakoś nie przekonuje. Może ogłuszające nawet, ale mruczenie ze wszystkich kocich odgłosów jest chyba najbardziej pozytywne.

Dzięki za wizytę i komentarz. Nie ma w tekście ie mowy o przerażającym mruczeniu, jest o przeraźliwym, też niefortunnie, zaraz zmienię :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Dobry tylko za duży. I tak mu groźnie z oczy patrzy…

Niestety nie zrobiłem zdjęcia, ale wyglądał jakoś tak:

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

No bajeczka. Kot Schrödingera jest tylko taki… płaski. Nie dziwi, nie zaskakuje. Zdechł zwierzak. Jak dla mnie, to on jednak padliną. Dość jednoznaczne.

No cóż, kot jest tu tylko ściemą przyciągającą czytelnika :) Opowiadanie ma drugą warstwę i to ją trzeba spenetrować :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Druga warstwa powiadasz. Kocia. Też płaska.

 

Ojej, zaraz będę tropiła drugie dno. Tytuł sugeruje, że chodzi o coś więcej, niż tylko opko z okazji 4 października :). Na razie pozwolę sobie na dwie uwagi techniczne:

Spazm” to nie dźwięk.

Punkcji się nie aplikuje. Można ją wykonać. 

Pozdrawiam smiley

 

Przybyłam tytułem zafascynowana.

 

Podobna rzecz mi się przydarzyła dzisiaj. W pudełku śpi sobie mały kot. Mam nadzieję, że nie skończy jak Smartuś, zapewniam, że jest pod dobrą opieką. 

 

Niestety, sam tekst aż tak nie zafascynował. Pierwsza połowa to bajka, druga – rozważania. Opowiadanie rozwija się w nieoczekiwanym kierunku. Owszem, ciekawe są to myśli, można o nich dyskutować, dyskutować… Napisane jest dobrze, czytało się płynnie, ale wciąż czekałam na coś więcej. Wciąż mi było mało tego tytułowego kota. 

Pozdrawiam! :)

Peter Barton: Nie, kocia jest pierwsza. Wskazówką do poszukania drugiej jest hasło konkursu: “Jak pies z kotem” (nie “Pies i kot”).

Facies_Hippocratica: Dzięki za uwagi, zaraz wprowadzę poprawki. Co do tropienia – polecam wskazówkę powyżej. :)

SaraWinter: Rozumiem Twoje rozczarowanie, spodziewałaś się fizyki kwantowej a tu taka mała, prozaiczna historia. :)

Podobna rzecz mi się przydarzyła dzisiaj. W pudełku śpi sobie mały kot. Mam nadzieję, że nie skończy jak Smartuś, zapewniam, że jest pod dobrą opieką.

Co za zbieg okoliczności! Opisana tu historia także wystąpiła naprawdę, lecz mimo dobrej opieki skończyło się jak napisałem :( Za samo wykorzystanie jej jako motywu opowiadania żona oskarżyła mnie że tym opowiadaniem trochę sprofanowałem tamtą historię.

ale wciąż czekałam na coś więcej

I słusznie bo jest tu druga warstwa, trzeba tylko wpaść na to, kto tu właściwie jest bohaterem tego opowiadania :)

Pozdrawiam wzajemnie!

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

“I słusznie bo jest tu druga warstwa, trzeba tylko wpaść na to, kto tu właściwie jest bohaterem tego opowiadania :)”

 

Pewnie pies.

Mam mieszane odczucia po przeczytaniu tekstu.

Z jednej strony, część z rozważaniami religijnymi dłużyła mi się i trochę zabrakło fantastyki.

Z drugiej strony, ciekawie przedstawiłeś potyczki słowne małżeństwa, miałam wrażenie, że tytułowy “pies z kotem” dotyczy właśnie ich. Wiarygodnie pokazałeś też motywację bohaterów. 

Paradoks kota Schrodingera zestawiony z oczekiwaniami i decyzją chłopca, żeby nie zaglądać do pudełka, daje mocną końcówkę. 

Problem z FIP znam z własnego doświadczenia. Moją kotkę też dopadł ten paskudny wirus, historia skończyła się tak jak ze Smartusiem. W tekście odnalazłam ważny problem związany z tą sytuacją: uśpić czy ratować zwierzę, które cierpi.

Ode mnie klik.

 

SaraWinter: Ciepło, ciepło… Wskazówka: zwróć uwage na samo zakończenie. :)

ANDO: Dzięki za wizytę, komentarz i klika.

miałam wrażenie, że tytułowy “pies z kotem” dotyczy właśnie ich

Bingo!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

No dobrze, a gdzie tu fantastyka?

Babska logika rządzi!

Fantastyka jest w tym, że przeniosłem rodzinę Schrodingerów z przełomu XIX i XX wieku w drugą dekadę wieku XXI.

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

“Fantastyka jest w tym, że przeniosłem rodzinę Schrodingerów z przełomu XIX i XX wieku w drugą dekadę wieku XXI.”

 

Łoooo… surprise

Doceniam pomysł (zwłaszcza zakończenia, to jest cudne), ale po pierwsze nie rozumiem, po co przenosić rodzinę w XXI wiek, sam pomysł fabularny lepiej by się chyba sprawdził w realiach oryginalnych, cała technika XXI wieku nie jest tak naprawdę do niczego potrzebna, a imię też jakoś istotne nie jest. Realia weterynaryjne? Stosunku ludzi do zwierząt? W tym XIX wieku nie było aż tak źle, jak by można myśleć.

Tylko że to jest pomysł na typową obyczajówkę, całkiem zresztą przyjemną, a nie na fantastykę.

Niemniej największą wadą tego tekstu są dla mnie okropnie sztuczne, nienaturalne dialogi. Twoi bohaterowie wygłaszają okrągłe zdania, a nie rozmawiają. Zwłaszcza umieszczając akcję tu i teraz powinieneś te dialogi napisać lżej, naturalniej.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dziękuję za wizytę i komentarz. Oczywiście, szanuję Twoje zdanie i mam świadomość, że napisałabyś to opowiadanie zupełnie inaczej, ja jednak wybrałem sztafaż współczesny uważając że pisząc obyczajówkę wpadłbym w koleiny epigonizmu.

Jak zaznaczyłem w przedmowie, jest to historia prawdziwa podszyta fikcją. Prawdziwy jest (był) Smartuś, fikcją “podrzucenie” go Erwinowi Schrodingerowi. Dlatego nie rozumiem uwagi

 imię też jakoś istotne nie jest

Wedle zamysłu choć głównym motywem jest to, że małżonkowie żyją jak pies z kotem zaś pies z kotem tak jak powinni ludzie, to nawiązanie do Schrodingera jest istotnym elementem tego pomysłu.

Twoi bohaterowie wygłaszają okrągłe zdania, a nie rozmawiają

W niektórych domach tak bywa (także w np. moim “tu i teraz” laugh), zwłaszcza gdy ma miejsce dyskusja na sporne tematy. W innych z kolei lecą wulgaryzmy, jeszcze w innych talerze. Nie wiem jak to było u Schrodingerów, lecz zapoznawszy się z dostępnymi ich biografiami, uznałem taki styl za wiarygodny.

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Re: dialogi. Nie chodzi o to, że oni nie używają wulgaryzmów (to akurat pochwalam), ale kto mówi na co dzień, zwłaszcza dzisiaj, tak skomplikowanymi konstrukcjami? Masz okrągłe, nierzadko złożone zdania – jakby wygłaszali kwestie, a nie rozmawiali potocznie, że powtórzę. To drugie wcale nie wymaga wulgaryzmów, tylko nieco naturalniejszej składni.

 

Co do Smartusia – cóż, czytałam opowiadanie, nie komentarze (w przedmowie jest zbyt ogólnie), a że nadal nie widzę sensu pchania rodziny Schroedingerów w XXI wiek, nie mogłam wpaść na to, że imię jest istotne. W sumie mogłeś podszyć tę historyjkę odrobiną fantastyki – kot rzeczywiście żywy i martwy – i problem obyczajówki by znikł. Moim skromnym zdaniem to, co tu nazywasz elementem fantastyki, zostaje ścięte brzytwą Lema przy pierwszym podejściu, a na dodatek nic nie wnosi w samą historyjkę, która w wersji vintage by zyskała. Gdybyż jeszcze ci Schroedingerowie się przenieśli za pomocą jakiegoś fantastycznego pomysłu w nasze czasy… Nie, niestety, tego pomysłu z XXI wiekiem nie kupuję w sposób radykalny.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino, jest mnóstwo tekstów w literaturze fantastyczne, gdzie bohaterowie są przenoszeni w inne epoki bez podawania sposobów jak to się stało i nikt im brzytwą Lema nie macha. Cóż, jak napisałaś w innej naszej dyskusji, ”mamy kompletnie odmienną wizję literatury” i “nie ma się co o to rzucać, gusta są różne jak ludzie są różni, a różnorodność jest dobra”.

Pozdrawiam!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Hmmm. Ale nie rzuca się w oczy, że przeniosłeś rodzinę. Ja odniosłam wrażenie, że chłopiec, świadomie albo nie, nawiązuje do kota Schroedingera, znanego ludzkości od lat. Zresztą, nieznany stan oryginalnego kotka miał u podstaw fizykę kwantową, a tu wszystko jest jasne, tylko dziecko woli nie przyjmować stanu Smartusia do świadomości.

Babska logika rządzi!

Hmm… a ja uważam, że to opowiadanie to opowiadanie-zagadka, opowiadanie-zabawa. Można wpaść na to, co Autor zrobił, można nie wpaść. Jak ktoś na to wpadnie, jest fun i satysfakcja. Mylę się? surpriseJa nie wpadłam :(

Finklo, po pierwsze jest tytuł, wyraźnie wskazujący o kogo chodzi. Imię Schrodingera też nie jest typowe i powinno być od razu skojarzone (o imionach rodziców nie wspomnę bo ta wiedza nie jest już taka powszechna). W rzeczy samej Sara ma rację, to jest taka zabawa sugerująca gdzie Schrodinger zaczerpnął inspiracji tworząc swój eksperyment myślowy z kotem. Tyle, że w głębszej warstwie opowiadanie zabawą już nie jest tylko prowadzi do refleksji, że powiedzenie “jak pies z kotem” niestety bardziej pasuje do ludzi niż do zwierząt.

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Ja też myślałam, że chodzi o paradoks kota z fizyki kwantowej. A fantastyki doszukiwałam się w psie mówiącym ludzkim głosem w wigilię i w chłopcu, który rozróżniał głosy kotów.

Myślę, że takie rzeczy są nieuniknione przy pisaniu opowiadań, bo czasem czytelnicy interpretują tekst zupełnie inaczej niż autor zaplanował.

ANDO, lecz Ty bezbłędnie wyłuskałaś tę głębszą warstwę (”miałam wrażenie, że tytułowy “pies z kotem” dotyczy właśnie ich”).

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Zgadza się, ta warstwa jest dosyć wyraźna w Twoim opowiadaniu.

 

Też tak myślałem, lecz po wielu zamieszczonych tu komentarzach zwątpiłem…

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Imię “Erwin” faktycznie charakterystyczne, skojarzyłam od razu. Historia o dosłownym kocie Schrodingera z puentą “nie zajrzę do pudełka” – spodobała mi się, ładne nawiązanie do teorii :) Ale druga wpleciona historia o kłócącym się małżeństwie (tak, wyłapałam, że to ‘pies z kotem’) jak dla mnie zarżnęła opowiadanie w momencie, gdy “zamienili” się rolami i zaczęli prowadzić dysputy okołoreligijne. Nudne to było, a dialog wysoce nienaturalny. Fantastyki też za bardzo nie ma (choć przez moment myślałam, że kot w pudełku ożyje;)).

No cóż, mamy tu sytuację, w której małżonkowie zachowują się jak pies z kotem, a dla wzmocnienia efektu mamy też psa i kota. Nie pojmuję obrania za bohaterów rodziny Schrödingerów, bo cała historia mogłaby wydarzyć się wszędzie. Wywody religijne już mnie nie zaskakują w Twoich opowiadaniach, ale nieodmiennie nużą.

I tylko szkoda, że to jest takie smutne opowiadanie…

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

Miauk do­bie­ga­ją­cy gdzieś z głębi… ―> Miauczenie do­bie­ga­ją­ce gdzieś z głębi

Miauk, o ile mi wiadomo, to pojedyncze miaukniecie.

 

To nie był wła­ści­wie miauk… ―> To nie było wła­ści­wie miauczenie

 

Są­siad prze­ci­snął swój oka­za­ły brzuch przez dziu­rę w siat­ce… ―> Zbędny zaimek.

 

– Mnie tam wszyst­ko jedno, byle tak nie ha­ła­so­wał – są­siad wró­cił do sie­bie… ―> – Mnie tam wszyst­ko jedno, byle tak nie ha­ła­so­wał.Są­siad wró­cił do sie­bie

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

 „Tata nie bę­dzie za­chwy­co­ny” – po­my­ślał… ―> Wcześniej zapisałeś myśl bez cudzysłowu: Kot czy złu­dze­nie? po­my­ślał. ―> Byłoby dobrze, gdybyś ujednolicił zapis. Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

ktoś go prze­je­chał?. ―> Po pytajniku nie stawia się kropki.

 

– Chyba zwa­rio­wa­łeś! – obu­rzy­ła się mama. Nie wia­do­mo czy i na co może być chory! Trze­ba go ko­niecz­nie izo­lo­wać także przed Ajak­sem. Zro­bi­my mu le­go­wi­sko w ko­tłow­ni, koło pieca. ―> – Chyba zwa­rio­wa­łeś! – obu­rzy­ła się mama. Nie wia­do­mo czy i na co może być chory! Trze­ba go ko­niecz­nie izo­lo­wać, także przed Ajak­sem. Zro­bi­my mu le­go­wi­sko w ko­tłow­ni, koło pieca.

Unikaj dodatkowych półpauz w dialogach, bo sprawiają, że zapis staje się mniej czytelny.

 

– Mamo, jak ma się moje zna­le­zi­sko? ―> Mam wrażenie, że chłopiec powiedziałby raczej: – Mamo, jak ma się kotek?

 

Co po­wie­dział we­te­ry­narz?– strze­lał py­ta­nia­mi… ―> Brak spacji po pytajniku.

 

Erwin bły­ska­wicz­nie zrzu­cił palto i po­gnał do ko­tłow­ni. ―> Czy chłopcy jeszcze noszą palta?

 

– A ten skąd tutaj? – zdzi­wił się Ru­dolf. Ich pies miał swoje le­go­wi­sko w ką­ci­ku ko­ry­ta­rza na par­te­rze i nie le­ża­ło w jego zwy­cza­ju od­wie­dza­nie piw­ni­cy. ―> Narracji nie zapisujemy razem z didaskaliami. Legowisko i leżenie nie brzmią najlepiej. Proponuję:

– A ten skąd tutaj? – zdzi­wił się Ru­dolf.

Ich pies miał swoje le­go­wi­sko w ką­ci­ku ko­ry­ta­rza na par­te­rze i nie miał w zwy­cza­ju od­wie­dza­ć piw­ni­cy.

 

wło­żyw­szy ogro­do­wy far­tuch i gu­mo­we rę­ka­wicz­ki, unio­sła go w górę. ―> Masło maślane ― czy mogła unieść go w dół?

 

Erwin po­spiesz­nie zrzu­cał tor­ni­ster… ―> Raczej: …Erwin po­spiesz­nie zrzu­cał plecak

 

– Ra­czej na Jacka Da­niel­sa… ―> – Ra­czej na jacka da­niel­sa

Nazwy trunków piszemy małymi literami: http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

o, jest, patrz! – podsunął małżonce… ―> …o, jest, patrz! – Podsunął małżonce

 

Raj jest otwar­ty dla wszyst­kich stwo­rzeń Bo­żych.” ―> Raj jest otwar­ty dla wszyst­kich stwo­rzeń Bo­żych”.

 

Ru­dolf pod­szedł do barku, do­le­wa­jąc sobie Da­niel­sa. ―> Ru­dolf pod­szedł do barku, do­le­wa­jąc sobie da­niel­sa.

 

za­pro­po­no­wał sy­no­wi Ru­dolf , pra­gnąc… ―> Zbędna spacja przed przecinkiem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bellatrix: Dziękuję za wizytę i komentarz.

zaczęli prowadzić dysputy okołoreligijne.

Rodzice Schrodingera byli różnych wyznań, co mogło generować konflikty i dyskusje w tych tematach. Były to osoby z intelektualnych elit, więc w dysputach używali właściwego tym elitom języka i stylu. Dla osób nienawykłych do takiego stylu wydaje się to sztuczne. Że nudne? Jak dla kogo.

Fantastyki też za bardzo nie ma

Jak wyżej napisałem, fantastyka jest w tym, że przeniosłem rodzinę Schrodingerów z przełomu XIX i XX wieku w drugą dekadę wieku XXI i tej wersji będę się trzymał :)

przez moment myślałam, że kot w pudełku ożyje

Żebyś wiedziała, że rozważałem taką opcję, jednak zrezygnowałem w obawie o to, że jeszcze bardziej przesłoni warstwę, którą, jak piszesz, dostrzegłaś, a która stanowi jednak istotę tego opowiadania (zwłaszcza w kontekście konkursu).

 

Reg: dziękuję za komentarz, w szczególności za łapankę, zaraz się nią zajmę.

Nie pojmuję obrania za bohaterów rodziny Schrödingerów, bo cała historia mogłaby wydarzyć się wszędzie.

Skoro wszędzie, to także w rodzinie Schrodingerów, więc czego nie rozumiesz? :) Aha, dlaczego właśnie tam? Ze względu na kota Schrodingera. A kot ze względu na hasło konkursu.

Wywody religijne już mnie nie zaskakują w Twoich opowiadaniach, ale nieodmiennie nużą.

Umiem to zrozumieć, mnie też nużyły gdy byłem ateistą.

 

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Skoro wszędzie, to także w rodzinie Schrodingerów, więc czego nie rozumiesz? :) Aha, dlaczego właśnie tam? Ze względu na kota Schrodingera. A kot ze względu na hasło konkursu.

Czy to znaczy, że państwo Schrödingerowie faktycznie żyli jak pies z kotem, a podrostek Erwin już wtedy przemyśliwał o kocie Schrödingera?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ależ Reg! Przecież to nie jest podręcznik historii tylko beletrystyka, czyli fikcja literacka!

podrostek Erwin już wtedy przemyśliwał o kocie Schrödingera

Dokładnie na odwrót. Autor sugeruje, że dorosły Schrodinger tworząc swój eksperyment myślowy z kotem zainspirował się wspomnieniem z dzieciństwa. Czy tak było naprawdę? Wątpię, lecz być mogło. Nie ma na to żadnych dowodów, więc jest to wymysł, czysta fantastyka!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Tsole, tylko ta fantastyka jakoś mnie nie przekonuje, albowiem jest raczej mało fantastyczna. I przypuszczam, że każde z nas pozostanie przy własnym jej wyobrażeniu. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fikcja literacka to jeszcze nie fantastyka ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Reg: Dobrze przypuszczasz :)

mr.maras: a przeniesienie króla Artura w nasze czasy? :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Zaraz, zaraz. Fikcją literacką jest niemal cała beletrystyka. Fantastyką zaś tylko jej część spełniającą określone warunki. Przeniesienie postaci króla Artura do czasów II wojny światowej to fantastyka, pokazanie współczesnej rodziny, która ma nazwisko i imiona zbieżne z rodziną pewnego naukowca sprzed wieku, nie czyni z opowiadania fantastyki tylko dlatego, że Autor tak twierdzi. Bo na pewno to nie wynika z tego opowiadania. Ja tu nie dostrzegłem żadnego przeniesienia w czasie, bo go zwyczajnie nie ma. Jest rodzina, jest normalna sytuacja z kotem. Nawet bardziej mi bliższa jest interpretacją, że młody bohater opowiadania zna ową "teorię" sprzed lat i do niej się odnosi. Nigdy bym nie wpadł na to, że to młody naukowiec, przeniesiony w przyszłość karkołomnym kaprysem Autora. O przenosinach w czasie wspomina dopiero właśnie Autor w komentarzach pod tekstem. I dopiero po zarzutach o braku fantastyki. Ale powtarzam. Nic w tekście tego nie sugeruje.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Zdumiewa mnie ta karkołomna argumentacja. Nic w tekście tego nie sugeruje chyba komuś kto nie ma pojęcia kto to Schrodinger, Kot Schrodingera, Georgina i Rudolf Schrodingerowie. OK, panie maras, umówmy się, że napisałem to opowiadanie nieudolnie i zakończmy te przepychanki.

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Spokojnie, Tsole. Jeszcze raz. Nie ma w tym tekście bezpośredniego, fantastycznego elementu, jakim byłoby dosłowne przeniesienie w czasie. W sensie świadomego przeniesienia się rodziny przy pomocy wehikułu na przykład, czy innego zjawiska, gadżetu lub magii. Jest autorskie przeniesienie w czasie. Tzn. Autor "wziął i przeniósł" w czasie rodzinę Schrodingerów i umieścił ją w realiach współczesnych. Dodając od siebie historię z kotem jako przyczynek do powstania teorii w przyszłości. Tylko teraz tak, nadal to nie jest jednak element fantastyczny moim zdaniem. Bo na przykład nie ma tu sugestii, że to rzeczywistość alternatywna, w której rodzina S. żyje później i teoria o kocie S. powstaje jeszcze później. Takie zmiany pewnie miałyby wpływ na cały świat przedstawiony, a tego nie sugerujesz. Więc mamy tu raczej taką jakby alegoryczną, metahistoryczną (chociaż nie zupełnie) opowiastkę, w której ani czas wydarzeń, ani żadne elementy nie wpływają na fantastyczność tekstu. Jest obyczajowa historia z zabawą wątkiem kota Schrodingera, ponadczasowa przypowieść dowolnie korzystająca z miejsca, czasu i postaci w imię przekazu. Ale bardziej to erudycyjna zabawa niż fantastyka. I to miałem na myśli.

 

Nic w tekście tego nie sugeruje chyba komuś kto nie ma pojęcia kto to Schrodinger, Kot Schrodingera, Georgina i Rudolf Schrodingerowie.

Dobre. Czyli 70 % ludzkości odnośnie kota i 99 % odnośnie reszty rodziny?

 

Edit. I chociaż na tym portalu akurat większość wie co nieco o kocie S. to jednak sporo osób tej fantastyki w tekście nie dostrzega.

Edit.2. Dodam coś jeszcze. "Nobilitujecie" się nawzajem z Rybakiem tymi "warstwami" jakby to nie wiem jakie wielopoziomowe dzieła były omawiane. Tutaj też wspominasz o warstwach. To żadne warstwy, do których mógliby się dokopywać czytelnicy i je odkrywać na miarę zróżnicowanych możliwości intelektualnych, obycia literackiego czy dogłębnej i wielokrotnej analizy utworu. Tutaj masz po prostu dwa wątki: ludzki i zwierzęcy, dwie linie czy płaszczyzny fabularne. Nie łechtajmy się więc tymi WARSTWAMI (zwłaszcza w odniesieniu do własnych tekstów), bo to nieco próżne jest moim zdaniem.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Kojarzę kota Schroedingera – taki eksperyment myślowy z fizyki kwantowej, próba przeniesienia zdarzeń na poziomie kwantów na poziom makro, widoczny gołym okiem. Ale nie znam imienia nikogo z rodziny, z Erwinem włącznie.

Babska logika rządzi!

Marasie, zaproponowałem ugodę, a Ty dalej drążysz temat i to w bardzo nieelegancki sposób. Swoje rady schowaj dla siebie i daj spokój z insynuacjami ad personam, bo Ci splendoru nie przynoszą.

 

PS. Naprawdę uważasz, że warstwa bardziej “nobilituje” niż płaszczyzna? :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Cóż, obaj wiemy jakiego typu to była “ugoda”, Tsole :) Ja naprawdę wiem, że potrafisz bardzo dobrze pisać i wiesz, co chcesz przekazać. No może poza dętymi dialogami, ale to chyba poniekąd kwestia wieku (bez urazy), teraz mówi się po prostu nieco inaczej i dlatego Twoim okrągłym wypowiedziom brakuje luzu i współczesnej naturalności. Czy to bardziej świadczy o Twoich umiejętnościach, czy o współczesnych odbiorcach, nie wiem. Ale jednak zgrzyta, zwłaszcza wśród młodzieży. 

Nie chciałem, żeby moje “insynuacje” zabrzmiały ad personam, po prostu przez moment zabawne wydało mi się to niezwykłe “porozumienie dusz” i poglądów, jakie zawiązałeś spontanicznie z Rybakiem, a które objawiało się wzajemnym swoistym pompowaniem “wielowarstowowym”. Ktoś nie był pewny, co chciałeś przekazać? – nie dotarł do głębszej warstwy (czytaj za głupi), ktoś ośmielił się skrytykować jakiś aspekt Twojej twórczości? – nie dotarł głębiej, tam gdzie Rybak zawsze docierał bezbłędnie (czytaj za głupi). A o splendor nie zabiegam. Prosty ze mnie człowiek, a przy tym podobno gruboskórny i nieczuły na portalowe wrażliwości.

 

ps. A co do płaszczyzn. Nie trzeba się do nich dokopywać i nie imitują głębi ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Miauczenie dobiegający gdzieś z głębi położonej naprzeciw jego domu, niezagospodarowanej jeszcze posesji był nie do wytrzymania

Coś się posypawszy.

To nie był właściwie miauczenie

Tu też.

pomyślał, zamykając furtkę rodzinnego domu.

Wydaje mi się, że furtka to element ogrodzenia. Do domu prowadzą drzwi.

 

Niby napisane poprawnie, ale były fragmenty na których się zawieszałam. Dialogi dość sztywne i nienaturalne. Wywody religijne też niekoniecznie do mnie trafiają, może są zbyt nachalne? No i fantastyki nie dostrzegłam.

Właściwie ładna historia i niewiele więcej mogę powiedzieć.

Najwięcej mojej sympatii zyskał chyba Ajaks, może dlatego, że był najbardziej naturalny. :)

 

 

 

 

 

"Fajne, a nawet jakby nie było fajne to i tak poszedłbym nominować, bo Drakaina powiedziała, że fajne". - MaSkrol

Najwięcej mojej sympatii zyskał chyba Ajaks, może dlatego, że był najbardziej naturalny

A może dlatego że o nim jest najmniej? :)

Dzięki za wizytę i komentarz. Te “posypane” fragmenty to konsekwencja mojego niechlujstwa przy wprowadzaniu poprawek wskazanych przez Reg. Zaraz zrobię porządek.

Zarzuty z dialogami i brakiem fantastyki powtarzają się. To pierwsze mnie nie dziwi, to drugie owszem.

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Panie Marasie, ja też prosty człowiek jestem, by nie rzec – potomek małorolnego chłopa. Lubię polemiki, lecz z użyciem intelektu, nie insynuacji. Tymczasem widzę, że insynuacje to Twoja specjalność, przynajmniej wobec mojej osoby. Pod „Nivriti Stream” sugerowałeś pornograficzne klimaty w tym opowiadaniu, tu sugerujesz jakieś tajemne “porozumienie dusz” z Rybakiem i pompowanie “wielowarstowowe”, cokolwiek by to miało oznaczać. Może opowiesz bliżej o tych rewelacjach, dokumentując to stosownymi cytatami?

Nadto insynuujesz jakobym sugerował komentatorom moich tekstów, że są za głupi by je pojąć. Jest to wysoce obraźliwe i także proszę o udokumentowanie tych oskarżeń.

 

Pojęcia „warstwa” używam w dwóch opowiadaniach: tu i w Noosferze. Wolę „warstwę” bo kojarzy mi się z orientacją poziomą (pewnie z racji tego że pracowałem w poszukiwaniach naftowych, gdzie na porządku dziennym mówi się o warstwach geologicznych).

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

A może dlatego że o nim jest najmniej? :)

Może dlatego, że był najbardziej naturalny? I nawet to jego zachowanie w stosunku do kotka wydało mi się bardziej naturalne, niż innych bohaterów.

Wiedziałam co nieco o kocie Schroedingera, ale należę do tej grupy, która o reszcie rodziny nie ma zielonego pojęcia. Dopiero teraz przeczytałam dokładnie komentarze i muszę się zgodzić z Marasem i jego teorią autorskiego przenoszenia w czasie.

Jako obyczajówka tekst się sprawdza świetnie, ale fantastyki trudno się doszukać. Miałam podobnie zarzuty do kilku swoich tekstów, więc wiem, o czym mówię. 

A teraz żeby nie być gołosłowną, to dam przykłady nienaturalnych, moim zdaniem, wypowiedzi:

– Na jedno wychodzi. Powiedział ci, jakie są rokowania?

– Możesz, tylko lepiej go nie dotykaj! – ostrzegła Georgina. – Weterynarz zdiagnozował jakąś infekcję wirusową…

 czy choćby:

– Nie wygląda to dobrze – orzekł. – Najczęstszą przyczyną płynu w klatce piersiowej kotów jest wirusowe zapalenie otrzewnej. Choroba ta nazywa się FIP, wywołuje ją coronawirus, ściślej jego zmutowana forma, gdyż koty w większości są bezobjawowymi nosicielami tego wirusa. To choroba przewlekła, a niemal w każdym przypadku rokowanie nie jest optymistyczne.

Dla mnie te wypowiedzi są jak żywcem wyjęte z jakiegoś artykułu medycznego. Nie spotkałam się nawet z tym, żeby lekarz używał w stosunku do pacjenta takich sformułowań (małżonkowie między sobą również), ale może mam pecha i trafiałam na jakichś konowałów, albo po prostu burak jestem. Niech się lepiej jakiś lekarz, albo lepiej weterynarz wypowie.

 

 

"Fajne, a nawet jakby nie było fajne to i tak poszedłbym nominować, bo Drakaina powiedziała, że fajne". - MaSkrol

Re: warstwy. Jeżeli dopiero Autor zwraca czytelnikom uwagę, że powinni penetrować głębsze warstwy, to znaczy, że nie są one widoczne gołym okiem ani nawet okiem uzbrojonym w zwykłą czytelniczą lupę. Znaczy, coś nie wyszło. Bo ja np. nie mam pojęcia, jaka tu ma być ta głębsza warstwa, jeśli nie liczyć dość płytko usadowionych dysput religijnych, które mnie też męczą, podobnie jak kilku przedpiśców, ale przez grzeczność wcześniej zmilczałam.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaina:

to znaczy, że nie są one widoczne gołym okiem ani nawet okiem uzbrojonym w zwykłą czytelniczą lupę.

Może to znaczyć, lecz może także (przynajmniej teoretycznie) świadczyć o pobieżnym “przekartkowaniu” tekstu. Ja przyjmuję do wiadomości te zarzuty i wnioskuję, że nieudolnie skonstruowałem opowiadanie w sposób zbyt hermetyczny jeśli chodzi o wyartykułowanie tego, co chciałem przekazać. Przekonuje mnie o tym statystyka (tylko dwie osoby zasygnalizowały dostrzeżenie owej “drugiej warstwy”).

Muszę wyznać, że ja często nie wyłapuję sedna niektórych tekstów, lecz przypisuję to swojej tępocie.

 

AQQ: Zarzuty w kwestii dialogów przyjmuję, natomiast co do fantastyczności pozostaję przy swoim zdaniu: opowiadanie spełnia moim zdaniem cechy przypisywane encyklopedycznej definicji gatunku https://pl.wikipedia.org/wiki/Fantastyka

 

Co do lekarzy, to pod tym względem zachowują się rozmaicie. Wedle moich obserwacji są tacy, którzy widzą się w roli “szamana” dysponującego tajemną wiedzą niedostępną (a nawet wręcz szkodliwą) dla pacjenta i tacy, którzy z ochotą i uczynnością odsłaniają przed pacjentem szczegóły medycznej wiedzy (zwłaszcza gdy widzą, że pacjent jest tym zainteresowany). I, oczywiście, mamy całe spektrum postaw pośrednich.

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

A skąd wiesz, że go nie wyłapujesz? Może niepotrzebnie zakładasz, że musi istnieć :P

 

Autor nie może wymagać od czytelnika analizowania każdego zdania. Za dużo jest rzeczy do czytania, żeby tenże czytelnik pochylał się nad każdym szczegółem każdej lektury – ma prawo sobie to zarezerwować dla rzeczy naprawdę go fascynujących, do których będzie wielokrotnie powracał. Jeśli więc autor chce wprowadzić drugie dno, głębsze warstwy itede i jest to dla niego priorytetem w odbiorze tekstu, to musi założyć, że czytelnik będzie czytał zwyczajnie – ani analitycznie, ani pobieżnie. I tak pokazać, że coś jest głębiej, żeby przy zwykłej lekturze było zauważalne. Może jednak być też tak, że odkrycie drugich den czy głębszych warstw jest jedynie bonusem, bez odkrycia którego opowiadanie nic nie traci. A ich adresatami są jedynie pasjonaci tematu, fani czy też specjaliści. Wtedy można dowolnie głęboko ukrywać, bo dla zwykłego czytelnika nie ma to znaczenia.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

A skąd wiesz, że go nie wyłapujesz?

A stąd, że czytam komentarze innych, mądrzejszych i widzę, że zobaczyli więcej niż ja :)

 

Masz oczywiście rację w tych uwagach, tyle, że osobiście nie odważyłbym się pisać dla całej ludzkości, za cienki na to jestem – z reguły utwory kieruję do konkretnego targetu. I ten target tutaj mnie właśnie pochlastał, za co niewymownie wdzięczny mu jestem :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Nie mylmy pojęć. Nie zarzucałem Tobie pornografii tylko szowinistyczne podejście do kobiety przedstawionej w tamtym tekście. Zdania nie zmieniłem.

Nie insynuuję również niczego, tylko wyrażam opinię, że te wspominki o warstwach (także pod tym tekstem i w Twoim wydaniu), w których, przyznaję, przodował zwłaszcza Rybak, wydają mi się oznaką próżności Autora. Odczytuje to jako: "Nie widzicie, jakie to głębokie, bo nie widzicie kolejnych warstw". Pompowaniem nazwałem dorabianie do tekstu jakiejś głębi, której nie widzę (nie tylko ja) poprzez wmawianie czytelnikowi, że są tam jakieś warstwy tylko on ich nie widzi. 

Nie będę grzebał i wyszukiwał cytatów, tym bardziej, że Rybaka i jego tekstów tutaj już nie ma. Kolejna sprawa. Nie mówisz oczywiście wprost, że ktoś jest niekumaty, ale w domyśle tak to wygląda, gdy odpierasz z sarkazmem zarzuty. Czy to np. Drakainy, czy Bellatrix. Odniosłem wrażenie, że raczej średnio znosisz krytykę swoich utworów lub pewnych ich elementów.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nikt nie pisze “dla całej ludzkości”, no – może megalomani i grafomani.

 

Natomiast co do targetu – nie bardzo rozumiem. Portal to społeczność o bardzo różnych zainteresowaniach i preferencjach i cięgi dostajesz od raczej nie-targetu, bo np. od osób, które nie przepadają za rozkminami religijnymi w literaturze (w tym ja). Ergo, te osoby nie bardzo są targetem Twoich tekstów i nie kupiłyby zbioru opowiadań w księgarni. Natomiast tu czytają, bo ta społeczność służy nie tylko zaspokajaniu głodu lubianej literatury, ale także wzajemnej pomocy technicznej i właśnie poznawaniu opinii niezupełnie targetu. Są np. ludzie, którzy nie bardzo sięgają po powieści fantasy, a jednak tu komentują nawet czasem fragmenty fantasy.

 

Odniosłem wrażenie, że raczej średnio znosisz krytykę swoich utworów lub pewnych ich elementów.

Ja też mam takie wrażenie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Odniosłem wrażenie, że raczej średnio znosisz krytykę swoich utworów lub pewnych ich elementów.

Jeśli za znoszenie krytyki uważasz pochylenie głowy i pokorne jej przyjęcie a priori, to masz rację. Przyjmuję krytykę do akceptacji, jeśli zostałem przekonany, jeśli nie zostałem, staram się odeprzeć ją racjonalną argumentacją – bez inwektyw i wycieczek ad personam. Łatwo to sprawdzić. Uważam to za uczciwą postawę, choć nie wiem, czy nie łamię tym samym jakiegoś obowiązującego tu niepisanego prawa jak to dziecko z baśni Andersena krzyczące “Król jest nagi” :)

tym bardziej, że Rybaka i jego tekstów tutaj już nie ma

Rybaka komentowałem bodaj tylko pod jednym opowiadaniem, więc przykładów mojej próżności poszukaj pod moimi tekstami (mimo że ukułeś sobie spiskową teorię o jakimś “niezwykłym “porozumieniu dusz” i poglądów, jakie zawiązałem spontanicznie z Rybakiem“ ufam, że za potencjalną Jego próżność nie będziesz mnie obciążał odpowiedzialnością). Ja swoje komentarze dokładnie przejrzałem i takowych nie znalazłem, ale może Ty je dostrzeżesz, zwłaszcza że formułując opinie lubisz opierać się na swoich wrażeniach, a nie na materii napisanego słowa.

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Drakaina:

Ja też mam takie wrażenie.

Zatem uważasz, że autor powinien przyjmować krytykę od komentujących, nie będąc przekonanym co do słuszności ich argumentów?

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Tsole, Twój sposób obrony tekstów wywołał w Marasie i we mnie takie wrażenie, nie sam fakt, że ich bronisz. I tak, też uważam, że krytykujących traktujesz lekko protekcjonalnie, nawet jeśli ukrywasz to za żarcikami i pozorną pokorą.

Nie chcę, żebyś uważał, że jestem na Ciebie obrażona czy coś, więc staram się czytać na bieżąco Twoje teksty (wcześniejszych niestety szybko nie nadrobię, bo mam półroczne zaległości we wszystkim, co się da, z przyczyn losowych) i komentować je sine ira et studio. Ale nie powiem, żeby te dyskusje należały do najprzyjemniejszych na portalu, bo naprawdę dajesz krytykom do zrozumienia, że albo są za głupi i nie widzą ukrytej głębi, albo czytają niedokładnie i dlatego jej nie widzą. Nie jest to fajne. Przypomina troszkę to widzenie źdźbła, a niewidzenie belki – bo nie przyjmujesz argumentów, że tekst może być napisany tak, że po prostu tego nie widać bez głębokiego namysłu i analizy.

 

PS. Przeanalizuj swój upór, że zabieg ze Schroedingerami w XXI wieku to fantastyka, zgodna z definicją i zdolna dać odpór brzytwie Lema. To jest klasyczne “ale ja tak uważam i dlatego tak jest”. A jeśli fakty temu przeczą, tym gorzej dla faktów.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino, po raz drugi muszę napisać, że przeczytałem Twój komentarz z przykrością. Pod Nupolami zrobiłem Ci przegląd moich komentarzy wskazujących, że jest dokładnie odwrotnie niż mi zarzucasz.

uważam, że krytykujących traktujesz lekko protekcjonalnie, nawet jeśli ukrywasz to za żarcikami i pozorną pokorą.

Próbujesz mi imputować intencje których nie mam, jest to po prostu nieuczciwe. Podobnie jak Maras, piszesz nie o tym co napisałem tylko o tym jakie odnosisz wrażenie. Stawiasz tezę o protekcjonalnym traktowaniu i zarzucasz fałszywość (pozorna pokora). Nie siedzisz we mnie i nie masz prawa tak pisać. Moralnego prawa.

naprawdę dajesz krytykom do zrozumienia, że albo są za głupi i nie widzą ukrytej głębi

Proszę wskazać w którym miejscu w jakikolwiek sposób daję do zrozumienia komentatorom, że są głupi. Tylko proszę nie pisać o swoim wrażeniu, lecz o tym, co faktycznie zostało napisane.

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Amen!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Hm, trochę sztywny ten tekst. Pewnie by zyskał w dłuższym formacie, a tu rozpada się na część “zwierzęcą” i część “dialogową”, co czyni go trochę nienaturalnym.

Tym niemniej – mnie akurat takie “rozkminy” bardzo interesują :).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Dziękuję Staruchu za wizytę i klika!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Zaskoczyłeś mnie zupełnie, przyczytałam tytuł i spodziewałam się kwantów, a Ty przedstawiłeś dziecięcą interpretację eksperymentu myślowego Schrodingera, uśmiechnęło mi się na koniec, chociaż bardzo nie lubię, kiedy koty giną.

Fajnie pokazałeś konflikt rodziców, którzy faktycznie żarli się jak pies z kotem, kiedy tuż obok autentyczne zwierzaki natychmiast się zaprzyjaźniły. Chyba mocno się ci małżonkowie nie lubią, skoro robią nagle taką poglądową woltę.

Religijnie nie będę się czepiać, tam skąd pochodzę mieszane małżeństwo ewangelicko – katolockie nie są niczym niezwykłym, a kiedy ludzie przestają się lubić każdy argument, którym można zaatakować drugą stronę jest na wagę złota. Stąd takie przerzucanie się konfesyjnymi argumentami uważam za możliwe. Szczerze mówiąc nawet zaczęłam pisać opko o stale kłócących się przyjaciołach i tam też Luter i papież latają aż miło. Obawiam się jednak, że zajmie mi to nieco więcej znaków, niż dozwala limit i raczej nie pojaawi się w konkursie.

Dialogi masz momentami trochę sztywne, szczególnie przy relacjonowaniu choroby kociaka. Może i tak do niej mówił weterynarz, ale kiedy powtarza to w taki sam sposób, gubią się emocje, jakby w ogóle jej na tym kocie nie zależało. Zresztą może i tak jest, może kocur jest tylko pretekstem do handryczenia się z mężem.

Trochę brakuje mi fantastyki, nawiązanie do kota Schrodingera to trochę za mało. Ale i tak mi się podobało.

Klik. :)

 

Bardzo dziękuję Irko za wizytę, komentarz i klika. Ucieszyłaś mnie tymi spostrzeżeniami o kłótniach w małżeństwach religijnie “mieszanych”, bo ja przyjąłem to jako hipotezę na zasadzie logicznego wnioskowania, że tak właśnie może być (akurat moje małżeństwo jest pod tym względem monolitem, ale i tak pojawiają się takie dyskusje, co prawda nie w charakterze kłótni, ale zawsze).

Pozdrawiam :)

 

Edit: PS. Bardzo ciekaw jestem Twojego tekstu z Lutrem i papieżem na korcie :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Zaczynałem czytać zastanawiając się, czy dane mi będzie doklikać bibliotekę.

Trochę przydługawa ta pierwsza część. Taka ciągnąca się scenka rodzajowa, nie niosąca zbyt wielu emocji, fajnie jednak pokazująca stosunek dziecka do zwierząt. Na szczęście dla czytelnika, sytuacja dynamizuje się po śmierci Smartusia. Fajne odwrócenie ról małżonków, ciekawa dyskusja światopoglądowa (tak jakby z autopsji? ????) i na zakończenie wisienka na torcie.

Jest 100% psa z kotem, to doklikam.

Dziękuję za wizytę i komentarz.

tak jakby z autopsji? ????

O, tak! Jako nawrócony ateista uwielbiam dyskusje światopoglądowe!laugh

A skoro nawrócony, to Bóg zapłać za klika! :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Nie mogłem się powstrzymać i skopiowałem tu okolicznościowy wierszyk ogłaszający wejście Smartusia do biblioteki:

 

Proszę państwa, oto kicia.

Kicia w pudle siedzi dzisiaj. 

Trochę martwa, trochę żywa 

Albo tylko odpoczywa

 

Dopóki wieczka nie otworzymy 

Superpozycję kici robimy 

Że niby miauczy? Na wąs Diraca! 

Metodologia nie warta kłaka! 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

W oryginale była fiolka z trucizną zabijającą też przy otwarciu. Tu: wirus. Zakończenie jest poprawnym odczytem stanu kota. Choć pudełko wydaje mi się otwierane bardzo szybko, na początku. Oraz zastąpione drugim nieszczelnym pudełkiem – piwnicą. Po otwarciu kot jeszcze mruczy kilka dni. Błąd obserwacyjny? Można w tym upatrywać fantastyki. Też nie znam rodziny Schr/:odingerów.

umiesz liczyć - licz za siebie

Dziękuję za wizytę i komentarz. Ciekawy pomysł z tym mruczeniem…

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Dobrze skonstruowane opowiadanie i fajnie napisane.

Kiedy zobaczyłam tytuł, nie chciałam go zaraz przeczytać, ponieważ jestem uprzedzona do tej przekładni Schrödingera świata nano do makro, aczkolwiek mogło tak być, że sama metafora taki miała prapoczątek:), bo równanie już nie. Nie lubię tej metafory, ponieważ zniekształca – rozmyty obiekt nie oznacza istnienia i nie istnienia konkretnego obiektu makro w świecie i chociaż pewną ideę przenosi, to jednocześnie sprawia, że myślimy o tym na poziomie fantastycznym, w znaczeniu nie o to chodzi.

Opowiadanie jest fantastyczne, bez wątpienia, ponieważ do takich spraw się odnosi – zdarzenie  z biografii  twórcy równania, które stworzyło podwaliny mechaniki kwantowej, na której opiera się cała hard sf i światy równoległe.

Katolicyzm i protestantyzm, moim zdaniem trochę zmieszany. Rodzice nie zajmują wyraźnych pozycji z tego punktu widzenia. Nie widzę, aby za bardzo się spierali o TO. Raczej chodzi o pozycję w małżeństwie: żona uległa, mąż czasami ma więcej racji. W gruncie rzeczy są zgodnym małżeństwem. Tak wtedy było. Takie małżeństwa były rewolucyjne. Krucha równowaga. 

Opowiadanie dobre, kliknęłabym:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dziękuję Asylum, bardzo interesujący komentarz. Muszę się przyznać, ze popełniałem takie czyny jak przenoszenie mechanizmów ze świata nano do makro, chociażby w Fideinie, zasłaniając się (przed samym sobą, bo miałem świadomość, że to nadużycie) sztafażem SF. Z kotem Schrodingera jest jednak ciut inaczej: sam Schrodinger skonstruował tu eksperyment myślowy (było to podówczas modne), lokując to doświadczenie w świecie makro, lecz zrobił to tylko po to, by unaocznić paradoks tkwiący w interpretacji kopenhaskiej. Dlatego słusznie tu piszesz o metaforze, tymczasem kot zaczął funkcjonować w kulturze masowej jako byt całkowicie realny (czy też fantastyczny, lecz funkcjonujący w świecie makro). Dlatego też rozumiem Twoje uprzedzenie.

Ja w opowiadaniu sugeruję (jest to rzecz jasna fikcja, bo nie ma na to żadnych historycznych przesłanek), że Schrodinger, tworząc ów myślowy eksperyment nawiązał do pewnego traumatycznego doświadczenia z młodości.

Co do małżeńskich polemik – istotnie nie wszystkie toczyły się wokół zagadnień światopoglądowych, ale starałem się zasugerować (może nieudolnie), że różnice wyznaniowe w większości przypadków leżały w tle małżeńskich kłótni. Np. tu Georgina mówi: “Nie zaczynaj znowu tym swoim katolickim zwyczajem dyskusji religijnych, przecież obiecaliśmy to sobie biorąc ślub!” choć po prawdzie to ona zaczęła.

Być może po konkursie przekonstruuję to opowiadanie, uwzględniając krytyczne uwagi komentatorów. Pierwsza myśl jest taka, że w epilogu okazuje się, że jest to wspomnienie Schrodingera zawarte w znalezionym i wyszperanym po latach pamiętniku. Druga, że Schrodinger sam opublikował to wspomnienie, by pokazać światu (a przede wszystkim wścibskim dziennikarzom) co go zainspirowało do wymyślenia eksperymentu.

Dzięki za wirtualnego klika! :)

Serdeczności!

 

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Fajny pomysł ze wspomnieniem.

Masz rację, że był to czas eksperymentów myślowych, teraz chyba też są, ale nie wiem tego. Może mało nagłaśniane, może szybko znikają, w każdym razie do mnie nie docierają :( Lubię eksperymenty myślowe, wydają mi się cholernie wartościowe, gdyż upraszczając rzeczy próbują dociec istoty, a przynajmniej jakiegoś jej aspektu. Cieszę się, że rozumiesz moje uprzedzenie, chociaż stosunkowo mętnie o nich napisałam.

Odnośnie spraw religijnych,  uznaj, że się czepiałam:) Czasami „łapię się” na zdecydowanie zbyt dużych wymaganiach.

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Rzeczywiście, ja też nic nie słyszałem o eksperymentach myślowych w okresie ostatniego półwiecza. Może dlatego, że w tamtych czasach mieliśmy przewrót w fizyce, a teraz jest raczej stagnacja (przynajmniej jeśli chodzi o fundamenty, bo empiria daje popalić (choćby miszmasz z czarną materią i energią).

Co do wątków religijnych, to mnie osobiście rajcują i mam nadzieję, że nie tylko mnie :) ale będę musiał to w przyszłości sygnalizować w przedmowie, żeby ostrzec tych, których one drażnią.

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Wątki religijne mnie też interesują:) 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Bo Ty jesteś kobieta nowoczesna, żadnych wątków się nie boisz! laugh

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

surprise

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Tak trochę późno przybywam… I nawet kliknąć nie mogę :) Smutno mi, że kotek umarł :( Ale ogólnie mi się podobało. Ciekawy pomysł na pokazanie eksperymentu myślowego kota Schrödingera z perspektywy dziecka. Rozważania światopoglądowe też na plus. Powodzenia w konkursie :)

Katiu, bardzo dziękuję, miło że wpadłaś, zawsze mi humor poprawiasz, bo zależy mi na Twojej opinii. :) Pozdrawiam serdecznie!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Pełznę sobie powolutku przez konkursowe teksty. Przystanek: tsole :)

Najpierw muszę nakrzyczeć: jak tak można małe kotki zabijać! I tak dawać nadzieję, że wyzdrowieje, zabierać. Dawać, zabierać. Toż to chwyt poniżej pasa. 

Początek był super – od razu wyobraziłam sobie miejsce akcji, po podobnych w końcu łaziłam, dzieckiem będąc. Potem ten cały rollercoaster ze stanem zdrowia kotka oraz wątek który najmniej mi przypadł go gustu – filozoficzno-teologiczne spory matki i ojca. Nie ze względu na samą ich naturę, po prostu nie wszędzie ich rozmowa brzmiała mi naturalnie, jakbyś bardziej skupiał się w momencie pisania na treści, niż formie podania. Chociaż ostateczny rozdźwięk między słowami a czynami był ciekawy. A potem była końcówka. Bardzo mi się podobała – przełożenie eksperymentu na rozbrajającą logikę dziecka. Zupełnie się takiego ujęcia tego wątku nie spodziewałam, a okazało się to w pokazanej przez Ciebie perspektywie takie oczywiste… naprawdę mnie to urzekło :)

Fantastyki faktycznie nie widzę tu wiele, bo mam wrażenie, że cała ta historia mogłaby się przydarzyć i w innej współczesnej rodzinie. Ale to już szczegół, bo ogólnie mi się podobało.

Hm, bodaj trzecie Twoje opowiadanie, jakie czytam na portalu (plus wspominałeś coś o tekście z NF sprzed kilku lat?) i… w przeciwieństwie do poprzednich to raczej mnie nie porwało. Nie chodzi o brak fantastyki, raczej o “całokształt”. Po prostu zbyt… fabularne? Cyba zwyczajnie nie jestem targetem.

Nie zmienia to jednak faktu, ze to, co opisuje, to jednak kwestie, które warte są przemycania w literaturze – chociażby to, jak czasem ludzie, gdy przyjdzie co do czego, zamieniają się rolami. Albo jak łatwo potrafią czasem odskoczyć od swoich “ogólnych” poglądów.

Tak nawiasem w większości tłumaczeń Starego Testamentu znajdują się fragmenty, które można interpretować jako przyznawanie zwierzętom duszy. Chociażby w Genesis jest wzmianka o tchnięciu życia, a czym jest dusza, jeśli nie własnie takim “tchnięciem”? Do tego dochodzą jeszcze niektóre apokryfy, choć one oczywiście nie są kanonem.

Natomiast to, co mi się bardzo, ale to bardzo spodobało, to ostatni akapit. Doskonałe podsumowanie nie tylko scen z opowiadania, ale też codziennego życia i większości sporów, jakie ludzie toczą między sobą, czy wypierania różnych spraw (zresztą to to wypieranie, to chyba wszyscy bohaterowie opowiadania w różnych kwestiach związanych ze swoim podejściem do kota wykazali, tyle że pod różnymi kątami).

 

Nir: Dziękuję za “przypełznięcie” i komentarz. Ja się do morderstwa na kocie nie przyznaję! W przedmowie stoi jak wół: “Historia prawdziwa podszyta fikcją.” I nie jest to ściema, Smartuś to postać historyczna i zabił go FIP, ale duch Smartusia “wytchnął” z jego ciała i wędruje po świecie, może nie jako tulpa, lecz jako kwantowa superpozycja :)

Swoją opinią potwierdzasz statystykę komentujących wcześniej, zarówno co do wad jak też zalet opowiadania. Wypada mi się cieszyć z tego co Ci się podobało, martwić tym, z czym nie podołałem (albo na odwrót, już sam nie wiem). Pozdrówka!

 

wilk-zimowy: Jak fajnie, że wpadłeś, już straciłem nadzieję, że jeszcze kiedyś odwiedzisz moje progi!

Po prostu zbyt… fabularne

Czy to znaczy, że za dużo fabuły? Hmm… (”Za dużo nut” powiedział ponoć cesarz Mozartowi, żeby tamten nie zadzierał nosa) :)

Cyba zwyczajnie

Cyba zwyczajnie chyba siedzi :)

a czym jest dusza, jeśli nie własnie takim “tchnięciem”?

To złożony problem. Nie wszyscy wierzą w istnienie duszy, w religii oznacza co innego niż np. w filozofii, a odkąd przyplątała się kwantowa teoria świadomości to dusza zyskała jeszcze inny wymiar (dusza może być stanem kwantowym, albo generowana jest w mikrotubulach komórek mózgowych). Ja tam myślę, że nie ma zwierzętom duszy żałować, niech sobie mają. Tylko jest problem czy wszystkie czy tylko od pewnego poziomu ewolucyjnego zaawansowania? No bo jak wszystkie to bakterie też, ale np. zlepek komórek też czy nie? Same dylematy. :)

Cieszy mnie, że podoba się samo zakończenie. I tym optymistycznym akcentem zakończę moją odpowiedź :”) Pozdrawiam!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Nie no, nie chodzi o fabułę, raczej o ten typ scenariusza, który w przypadku filmów z braku choćby okolic gatunkowych, podsumowuje się stwierdzeniem “film fabularny” ;-)

Co do duszy, odnoszę się do aspektu religijnego – a skoro w religii dusza jest w największym uproszczeniu niematerialną kwintesencją danej istoty, to w tym znaczeniu właśnie coś tak niematerialnego, jak “boskie tchnięcie życia” wydaje się adekwatne (nie mylić z “ludzkim tchnięciem życia”, jak w przypadku golemów – tu już można się spierać.

Ale tak, bakterie itp. mogą tu być problemem dogmatycznym, tyle że… zakładam, że ten typ organizmów nie był znany w czasach, w których ten dogmat powstawał ;-) Ale jest jeszcze inny, jeszcze ciekawszy problem – gdyby bakterie miały, to jak interpretować sumę flory bakteryjnej danego zwierzęcia (w tym również danego człowieka)? Tu się robi dopiero wesoła dyskusja :D  

 

Kurde, Tsole, muszę przyznać, że nawet przy okazji “zwykłego” opowiadania, dyskusja z Tobą wchodzi na ciekawe tematy :-) Choćby dlatego warto zaglądać do Twoich tekstów :-) 

zakładam, że ten typ organizmów nie był znany w czasach, w których ten dogmat powstawał ;-)

Akurat tutaj mam taką spiskową teorię, że elicie żydowskiej był znany. Przesłanką jest tzw. koszerność. Elity wiedziały, że są zarazki i trzeba przestrzegać zasad higieny by się przed nimi uchronić, lecz prostego ludu nie sposób było nakłonić do tego jakiś abstrakcyjnym argumentem, więc użyto metody tabu, argumentu z przestrzeni wiary, na który ów lud rezonował :)

to jak interpretować sumę flory bakteryjnej danego zwierzęcia (w tym również danego człowieka)?

No tak, to rzeczywiście rodzi problemu, np. taki: Kowalski umiera, św. Piotr zatrzymuje go przy bramie: chwila Kowalski, wg moich papierów macie prawo wniesienia trzystu mld dusz bakteryjnych do nieba, a wy mi tu wnosicie pół miliarda! :)

dyskusja z Tobą wchodzi na ciekawe tematy :-)

Niektórzy znajomi mówią, ze mają ze mną problem, bo nie wiedzą, kiedy mówię serio, a kiedy żartuję. No to ja im odpowiadam, że mam ten sam problem ze sobą :-)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

No bo jak wszystkie to bakterie też,

Tak technicznie rzecz biorąc, to bakterie nie są zwierzętami. Ostatnio królestwa się cudownie rozmnożyły.

Koszerność. To, IMO, nie musi oznaczać, że wiedzieli o bakteriach. Chyba można zaobserwować, że wieprzowina w upale szybko się psuje, nie znając mechanizmu ani przyczyn gnicia mięsa.

Babska logika rządzi!

Technicznie nie – dla nas. Ale to jeszcze osobne zagadnienie: jak w czasach, gdy powstawała kosmologia spisana później w Starym Testamencie zinterpretowano by “istoty tak małe, ze nie widać ich gołym okiem”, gdyby ktoś ówczesnym ludziom zaczął opowiadać właśnie o bakteriach.

Nowa Fantastyka