- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Księżycowa woda

Księżycowa woda

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Księżycowa woda

 

Maria spoj­rza­ła na zegar, który wi­siał nad lo­dów­ką. Go­dzi­na szó­sta trzy­dzie­ści dwa. Za trzy mi­nu­ty Janek po­wi­nien wstać. Obu­dził ją głód. Wła­ści­wie za­chcian­ka na ham­bur­ge­ra. Prze­szu­ka­ła całą lo­dów­kę, nie znaj­du­jąc ni­cze­go, co mo­gło­by po­słu­żyć za skład­ni­ki.

Sto­jąc przy otwar­tych drzwiach, po­czu­ła, że ktoś przy­tu­la się i do­ty­ka brzu­cha.

– Dzień dobry… – mruk­nął Janek i po­ca­ło­wał Marię w szyję. – Znowu głod­na?

– Tak. – Za­mknę­ła lo­dów­kę, od­wra­ca­jąc się twa­rzą do męża. – Zro­bię dla cie­bie śnia­da­nie, a ty mo­żesz od razu przy­go­to­wać się do pracy.

– Je­steś wspa­nia­ła. – Po­ca­ło­wał ją w po­dzię­ce.

Maria wy­mie­ni­ła wodę w eks­pre­sie, a potem wło­ży­ła kap­suł­kę. Wy­cią­gnę­ła pa­tel­nię i jajka. Za­czę­ła je mie­szać, ro­biąc z nich ja­jecz­ni­cę. Kiedy skoń­czy­ła, włą­czy­ła te­le­wi­zor:

– … Na Księ­ży­cu znaj­du­je się wię­cej wody niż przy­pusz­cza­no. Na­ukow­cy nie wie­dzą, skąd wzię­ły się złoża, czy woda jest zdat­na do picia. NASA ogło­si­ło już na­stęp­ną eks­pe­dy­cję na Księ­życ w celu prze­pro­wa­dze­nia badań…

– Och, wy­łącz to – ode­zwał się Janek, sia­da­jąc do stołu – Mamy wy­star­cza­ją­co dużo pro­ble­mów na Ziemi, żeby mar­twić się Księ­ży­cem.

– Janek, wiesz, że resz­ta ko­smo­su jest tak samo ważna jak nasza Zie­mia.

– No, dobra, ale… – Za­uwa­żył, że Maria się uśmie­cha. – Nie prze­ko­nam cię, praw­da?

Maria po­krę­ci­ła głową. Usia­dła na­prze­ciw męża.

– Jak ją na­zwie­my? – za­py­ta­ła, do­ty­ka­jąc brzu­cha.

– Może Jenny?

 

30 lat póź­niej…

 

Jenny wy­sko­czy­ła z łóżka. Spoj­rza­ła na ze­ga­rek. Szó­sta trzy­dzie­ści dwa. Spóź­nię się!, po­my­śla­ła. Ubra­ła się szyb­ko i wy­szła, je­dząc śnia­da­nie. Sto­jąc na przy­stan­ku, li­czy­ła se­kun­dy. Tik. Tak. Tik. Tak. Już od pię­ciu minut po­win­na je­chać au­to­bu­sem. Ile jesz­cze? W końcu zo­ba­czy­ła po­jazd wy­jeż­dża­ją­cy zza za­krę­tu. Sto­jąc w prze­peł­nio­nym au­to­bu­sie, słu­cha­ła mu­zy­ki. Cały czas prze­łą­cza­ła, nie od­słu­chu­jąc ani jed­nej pio­sen­ki do końca. Nie mogła się sku­pić.  

Wy­sia­da­jąc, za­czę­ła biec. Chwi­lę póź­niej przed jej ocza­mi po­ja­wił się nie­wiel­ki, jed­no­pię­tro­wy bu­dy­nek. Kilka me­trów przed wej­ściem stała ta­bli­ca, na któ­rej wid­niał napis: „Tym­cza­so­wy Dom Opie­ki HENRY”.

Jak naj­szyb­ciej we­szła do bu­dyn­ku, prze­bra­ła się i po­bie­gła do swo­ich pa­cjen­tów. Na ko­ry­ta­rzu na­po­tka­ła prze­ło­żo­ną. Niska ko­bie­ta, wiecz­nie uśmiech­nię­ta, wiecz­nie spo­glą­da­ją­ca znad oku­la­rów.

– Dzień dobry! Wiem, po­win­nam być wcze­śniej, ale…

– Prze­cież nic nie mówię – prze­rwa­ła i uśmiech­nę­ła się, krę­cąc głową.

– Woda już jest go­to­wa?

– Tak. Mo­żesz brać się do ro­bo­ty.

Jenny we­szła do pierw­szej sali, w któ­rej le­ża­ły je­dy­nie trzy pa­cjent­ki. Po­de­szła do jed­nej z nich.

– Jak się dziś czu­je­my – za­py­ta­ła.

– A jak mam się czuć? – Swoją twarz pełną zmarsz­czek wy­krzy­wi­ła w gry­ma­sie.

– Czemu mamy tak zły humor?

– A jak my­ślisz? Bo gniję tu, a nie ma mnie na Księ­ży­cu. – Spoj­rza­ła na te­le­wi­zor. Na ekra­nie z po­cząt­ku wid­nia­ło zdję­cie Księ­ży­ca, a na­stęp­nie po­ka­za­no pre­zen­ter­kę, która mó­wi­ła o tym, że ko­lej­na grupa ludzi zo­sta­nie wy­sła­na na sa­te­li­tę Ziemi. Na li­ście zna­la­zły się je­dy­nie osoby na tyle bo­ga­te, by mogły za­pła­cić za prze­jazd.

– Mnie też się to nie po­do­ba.

– Dla­cze­go z tym nic nie zro­bisz?

Jenny spoj­rza­ła pa­cjent­ce pro­sto w oczy.

– Pani Aniu, bo to i tak nie ma sensu.

– A po­zo­sta­nie tu i pro­wa­dze­nie wojen o wodę ma sens?

Jenny nie od­po­wie­dzia­ła, lecz przy­nio­sła miskę z wodą. Było jej nie­wie­le wię­cej niż pięć cen­ty­me­trów ponad dno na­czy­nia. Za­czę­ła myć pa­cjent­kę. Kiedy skoń­czy­ła, spię­ła jej cien­kie, siwe włosy w kok i prze­bra­ła łóżko. Miskę za­bra­ła do in­nych pa­cjen­tów. Woda mu­sia­ła wy­star­czyć na trzy inne osoby. Do­pie­ro wtedy mogła ją wy­mie­nić. Woda… W gło­wie Jenny po­ja­wi­ły się dwa py­ta­nia: Czy wy­star­czy? Czy będę mu­sia­ła zużyć wię­cej? Choć w szpi­ta­lach lub pla­ców­kach zaj­mu­ją­cy­mi się cho­ry­mi przy­słu­gi­wa­ło wię­cej, co­dzien­nie mu­sia­ła mie­rzyć się z tym samym pro­ble­mem. Nie chcia­ła się o to mar­twić. Mimo to myśl o tym, że pew­ne­go dnia może w zu­peł­no­ści za­brak­nąć wody nie da­wa­ła jej spo­ko­ju, wręcz przy­pra­wia­ła o ból.

Kiedy skoń­czy­ła z ką­pa­niem, za­ję­ła się in­ny­mi spra­wa­mi. Każ­de­mu z pa­cjen­tów zmie­rzy­ła ci­śnie­nie, tem­pe­ra­tu­rę, po­da­ła leki. Nie­któ­rym po­bra­ła krew. Na­stęp­nie za­bra­ła się za pi­sa­nie pro­to­ko­łu. Obok kom­pu­te­ra po­ło­ży­ła pu­de­łecz­ko z mar­chew­ka­mi. Chwy­ci­ła jedną z nich i ugry­zła. Wy­plu­ła ją na­tych­miast z obrzy­dze­niem.

– Mó­wi­łam, żebyś ku­po­wa­ła tylko te, które są ozna­czo­ne. – Jenny za ple­ca­mi usły­sza­ła głos prze­ło­żo­nej. – Też są zmo­dy­fi­ko­wa­ne, ale przy­naj­mniej le­piej sma­ku­ją.

– Le­piej sma­ku­ją, ale za to są dro­gie.

Roz­mo­wę prze­rwał od­głos zbi­ja­ją­ce­go się na­czy­nia i ci­che­go prze­kleń­stwa. Jenny i prze­ło­żo­na po­szły do kuch­ni. Za­sta­ły tam zgar­bio­ną sa­lo­wą, pró­bu­ją­cą ze­brać roz­bi­ty ta­lerz.

– Prze­pra­szam, nie chcia­łam… Ja…

– Nic się nie stało. Ja po­mo­gę.

Jenny ski­nę­ła głową w kie­run­ku prze­ło­żo­nej, która lekko uśmiech­nę­ła się i wy­szła.

– Wszyst­ko u pani w po­rząd­ku? – za­py­ta­ła, zbie­ra­jąc ka­wał­ki por­ce­la­ny.

Sa­lo­wa opar­ła się o blat ku­chen­ny.

– Nic nie jest w po­rząd­ku.

Jenny spoj­rza­ła na ko­bie­tę, za­chę­ca­jąc do dal­szej roz­mo­wy.

– Mam tyle rze­czy do ro­bo­ty. Znowu wrócę późno do domu. A kiedy wrócę… Nawet nie chcę o tym my­śleć. Będę mu­sia­ła zając się dzieć­mi, ugo­to­wać, po­sprzą­tać. To dla mnie za dużo.

– Po­mo­gę pani. Po­po­łu­dniu mam tro­chę mniej pracy…

– Je­steś ko­cha­na… Wiesz, co? To jest nie­spra­wie­dli­we. My się tu mę­czy­my, a bo­ga­cze sie­dzą na Księ­ży­cu i piją tyle, ile chcą. Co z tego, że ci astro­nau­ci od­kry­li tam wodę? Co z tego, że bu­do­wa­li ja­kieś bazy, sa­dzi­li ro­ślin­ki? Co z tego wszyst­kie­go, jeśli my je­ste­śmy tu? A obie­ca­li, że wy­ja­dą na­ukow­cy, le­ka­rze i te de. A zaraz po nich my…

– Nie zmie­ści­my się wszy­scy na Księ­ży­cu. – Jenny lekko unio­sła ką­ci­ki ust, pró­bu­jąc się uśmiech­nąć.

– Może i tak. Ale gdyby speł­nia­li obiet­ni­ce, moje dzie­ci mia­ły­by szan­sę na lep­szą przy­szłość.

– Małą szan­sę.

– Małą, ale jed­nak by ist­nia­ła – Sa­lo­wa spoj­rza­ła na kran. – Tak bar­dzo chce mi się pić.

– Mnie też. Wodę można roz­dzie­lać do­pie­ro za pół go­dzi­ny.

Sa­lo­wa zmarsz­czy­ła czoło, jakby pró­bo­wa­ła sobie o czymś przy­po­mnieć.

– Mia­łam ci coś po­ka­zać. Chodź ze mną.

Ko­bie­ta za­pro­wa­dzi­ła Jenny do ma­ga­zy­nu, gdzie znaj­do­wa­ły się pod­pa­ski, ręcz­ni­ki, po­ściel i tym po­dob­ne. Na końcu stała nowa, jesz­cze pusta szafa. Otwo­rzy­ła jeden z kar­to­nów, wy­peł­nia­ją­cych pra­wie po­ło­wę po­miesz­cze­nia. W środ­ku znaj­do­wa­ła się nowa po­ściel. Róż­ni­ły się wy­glą­dem od po­przed­nich. Stare były białe bez żad­nych wzo­rów, a nowe – zie­lo­ne, w krat­kę.

– Za­mó­wi­łam i przy­szły. Wszyst­ko no­wiut­kie, ale nie to, co trze­ba.

– Po­ga­dam z prze­ło­żo­ną. Nie wy­da­je mi się, żeby…

Zga­sły świa­tła, z ko­ry­ta­rza można było usły­szeć pod­nie­sio­ne głosy, czyjś krzyk. Jenny wy­chy­li­ła głowę przez drzwi ma­ga­zy­nu. Zo­ba­czy­ła męż­czyzn, wy­cią­ga­ją­cych pie­lę­gniar­ki na ko­ry­tarz. Trzy­ma­li w dło­niach broń. Mieli za­kry­te twa­rze.

– Scho­waj się do szafy. Za­dzwoń na po­li­cję. Po­wiedz, że mamy kod czer­wo­ny. – Jenny po­da­ła swój te­le­fon sa­lo­wej, która stała nie­ru­cho­ma, sztyw­na z prze­ra­że­nia. – No już – szep­nę­ła roz­ka­zu­ją­cym tonem.

Jenny nie mu­sia­ła długo cze­kać, zanim wła­my­wa­cze wy­cią­gnę­li ją siłą i zwią­za­li. Za­pro­wa­dzi­li do po­ko­ju, gdzie pa­cjen­ci jedli wspól­nie po­sił­ki. Tak samo jak resz­tę ko­biet przy­wią­za­no Jenny do krze­sła. W sali po­zo­sta­ło je­dy­nie dwóch męż­czyzn. Resz­ta pil­no­wa­ła pa­cjen­tów.

– Moje ko­cha­ne! – krzyk­nął jeden z nich. Miał nie­bie­skie oczy, któ­rym można by­ło­by za­ufać, gdyby nie miał broni. Miał wy­pię­ta klat­kę pier­sio­wą. Silna po­sta­wa spra­wia­ła, że wy­glą­dał dum­nie jak przy­wód­ca. – Która powie mi, gdzie trzy­ma­cie wodę? – Tylko dwie osoby z ca­łe­go per­so­ne­lu wie­dzia­ły, gdzie się znaj­du­je to, czego szu­ka­li męż­czyź­ni.

Żadna z pie­lę­gnia­rek nie od­po­wie­dzia­ła. Ko­bie­ty trzę­sły się, miały za­mknię­te oczy, nie­któ­rym bra­ko­wa­ło tchu. Spoj­rza­ła na wła­sne ciało. Mimo że była przy­wią­za­na do krze­sła, drża­ła.

– No, i gdzie ta woda? Mów­cie! No już, już! – Cho­dził po­mię­dzy sto­ła­mi. – A może do­wie­my się, który z pa­cjen­tów jest naj­bar­dziej chory? Nie. Nie. Ina­czej. Weź­mie­my tego, który ma WIĘK­SZĄ szan­sę na wy­zdro­wie­nie niż inni. Usa­dzi­my go tutaj. A potem! Pufff… – Mówił raz gło­śniej, raz ci­szej, od­gry­wa­jąc swoją rolę ide­al­nie. – Och, po­wiedz­cie. Chyba nie chce­cie zabić swo­ich pa­cjen­tów.

– Jeśli po­zwo­li­my za­brać wam wodę, za­bi­je­my wszyst­kich. – Prze­ło­żo­na na­ło­ży­ła na­cisk na słowo „wszyst­kich”.

– Nie zgry­waj mą­dra­li, tylko po­wiedz mi, gdzie jest ten pie­przo­ny zbior­nik! – Przy­ło­żył broń do głowy ko­bie­ty.

Jenny otwo­rzy­ła usta, by coś po­wie­dzieć, kiedy w ko­ry­ta­rzu roz­legł się krzyk. Wszyst­kie pie­lę­gniar­ki ze­sztyw­nia­ły. Chwi­lę póź­niej do po­ko­ju zo­sta­ła przy­pro­wa­dzo­na sa­lo­wa. Jej twarz była w jed­nym miej­scu czer­wo­na. Po po­licz­kach spły­wa­ły łzy.

– Ukry­wa­ła się.

– A to spry­ciu­la. – Męż­czy­zna cały czas trzy­mał broń przy gło­wie prze­ło­żo­nej. Teraz wy­pro­sto­wał się i pod­szedł do świe­żo schwy­ta­nej. – Dzwo­ni­łaś na po­li­cję?

Sa­lo­wa wbiła w niego prze­ra­żo­ny wzrok.

– Dzwo­ni­łaś na po­li­cję?!

– Nie… Nie.

– Je­steś pewna? – Po­cią­gnął za włosy.

– Nie! – krzyk­nę­ła z bólu i roz­pła­ka­ła się. – Nie. Pró­bo­wa­łam, ale nie zdą­ży­łam. Nic nie zro­bi­łam.

Jenny za­mknę­ła oczy i za­ci­snę­ła zęby. Szan­sa na ra­tu­nek prze­pa­dła.

– Dzię­ku­ję za ko­ope­ra­cję – Rzu­cił ko­bie­tę na zie­mię. Nie cze­ka­jąc ani chwi­li dłu­żej, jeden z wła­my­wa­czy przy­wią­zał ją do krze­sła.

Ten, który gro­ził bro­nią prze­ło­żo­nej, za­milkł. Cho­dził po sali, gło­śno od­dy­cha­jąc. Stu­kał bu­ta­mi. Bawił się swoim ka­ra­bi­nem, wy­da­jąc dźwię­ki nio­są­ce się echem po sali. Od czasu do czasu po­gwiz­dy­wał. STUK. STUK. STUK. STUK. Dźwięk prze­ra­żał pie­lę­gniar­ki. Choć Jenny pró­bo­wa­ła nie pa­ni­ko­wać, wy­obra­ża­ła sobie, jak jest tor­tu­ro­wa­na, jak jeden z jej pa­cjen­tów jest tor­tu­ro­wa­ny. Cały czas wier­ci­ła się na krze­śle. W pew­nym mo­men­cie męż­czy­zna pod­szedł do niej. Usiadł na stole. Kątem oka przez okno za­uwa­ży­ła nie­bie­skie świa­tło. Po­ja­wi­ło się je­dy­nie na se­kun­dę. Jed­nak za­dzwo­ni­ła?

– Wiesz, gdzie jest woda? – Jenny spo­strze­gła część czar­nej plamy wy­sta­ją­cej spod maski.

– Jeśli wiesz, po­wiedz mu! – krzyk­nę­ła jedna z ko­bie­ta.

– Wi­dzisz, nawet twoje ko­le­żan­ki chcą, żebyś zdra­dzi­ła se­kret.

– Je­steś chory, praw­da?

Męż­czy­zna par­sk­nął.  

– Twoja czar­na plama… To rak skóry?

Szczę­ka pod maską po­ru­szy­ła się. Mu­siał mocno ści­snąć zęby.

– Wy­star­czy! – Wstał i ude­rzył pię­ścią w stół. – Przy­pro­wadź mi tu ja­kie­goś pa­cjen­ta!

– Umie­rasz. I mimo to wła­mu­jesz się do ta­kiej pla­ców­ki. Nie masz nic do stra­ce­nia?

– Za­mknij się!

– Nie ro­zu­miem. Nie ro­zu­miem. Czemu ata­ku­jesz ludzi cho­rych? Brzy­dzisz się nimi? Uwa­żasz, że za­słu­gu­ją na śmierć tak samo jak ty? Dla­cze­go?

– Wi­dzia­łaś kie­dyś umie­ra­ją­ce dziec­ko z pra­gnie­nia? – ode­zwał się jego po­moc­nik.

– Czyli dla­te­go. Bo umar­ło twoje dziec­ko? I nie chcesz po­zwo­lić, żeby inni żyli tak jak ty? – Jenny chcia­ła mówić dalej. Prze­rwa­ła, kiedy zo­ba­czy­ła swoją pa­cjent­kę. Panią Anię.

Męż­czy­zna nie ode­zwał się. Od razu przy­ło­żył pi­sto­let do głowy ko­bie­ty. Wbił wzrok w Jenny, która ze łzami w oczach spo­glą­da­ła na pa­cjent­kę. Od­li­cza­ła. Pięć, czte­ry, trzy, dwa…

– Po­wiem! – krzyk­nę­ła Jenny. – Za­pro­wa­dzę!

– Co ty ro­bisz? – za­py­ta­ła prze­ło­żo­na.

– To, co wła­ści­we.

Jenny pod­nie­sio­no z krze­sła. Zwią­za­no jej ręce z tyłu. Po­wol­nym kro­kiem ru­szy­ła w kie­run­ku drzwi. Trzę­sła się. Nie mogła na ni­czym sku­pić wzro­ku. Do­pie­ro teraz zo­rien­to­wa­ła się, że od śnia­da­nia nie piła ni­cze­go. Po­li­za­ła suche usta. BUM. BUM. Od­wró­ci­ła się. Zo­ba­czy­ła oboje wła­my­wa­czy le­żą­cych na pod­ło­dze nie­ru­cho­mo po­śród ka­łu­ży krwi. Ode­tchnę­ła głę­bo­ko, wraz z po­wie­trzem wy­pusz­cza­jąc stres. W na­stęp­nej chwi­li po­ja­wi­li się po­li­cjan­ci. Mieli na sobie czar­no-nie­bie­skie mun­du­ry i ka­mi­zel­ki ku­lo­od­por­ne. Trzy­ma­li broń w po­go­to­wiu. Kiedy upew­ni­li się, że wszy­scy są bez­piecz­ni, roz­wią­za­li węzły krę­pu­ją­ce pie­lę­gniar­ki. Jenny po­de­szła do pani Ani.

– Czy wszyst­ko w po­rząd­ku? Nie jest pani ranna?

– Nic się nie stało. Nadal tu je­stem. Nie­zmien­nie stara. Czemu tak na mnie pa­trzysz?

– Miała pani rację. Chyba naj­wyż­szy czas coś z tym zro­bić.

Koniec

Komentarze

Anonimie, dodałeś opowiadanie dwa razy. Bądź tak uprzejmy usunąć jedno.  

 

Rozumiem, że na Ziemi brakło wody i w drugiej części tekstu opisujesz ten dramat, i nawet w pewnej chwili poczułam dyskomfort na myśl, że mogłabym znaleźć się w podobnej sytuacji, jednak od chwili, kiedy do akcji wkroczyli bandyci, wszystko się jakoś tak rozmyło i choć przez chwilę powiało grozą, to cała rzecz nie zrobiła na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia.

Nie wykluczam, że do nie najlepszego odbioru przyczyniło się wykonanie, pozostawiające bardzo wiele do życzenia.

 

Go­dzi­na szó­sta trzy­dzie­ści dwa. ―> Go­dzi­na szó­sta trzy­dzie­ści dwie.

 

… Na Księ­ży­cu znaj­du­je się wię­cej wody niż przy­pusz­cza­no. ―> – …na Księ­ży­cu znaj­du­je się wię­cej wody niż przy­pusz­cza­no.

 

– Och, wy­łącz to – ode­zwał się Janek, sia­da­jąc do stołu – Mamy wy­star­cza­ją­co dużo pro­ble­mów na Ziemi, żeby mar­twić się Księ­ży­cem. ―> Brak kropki po didaskaliach. Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

Szó­sta trzy­dzie­ści dwa. ―> Szó­sta trzy­dzie­ści dwie.

 

Spóź­nię się!, po­my­śla­ła. ―> Spóź­nię się! po­my­śla­ła.

Po wykrzykniku nie stawia się przecinka. Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

Wy­sia­da­jąc, za­czę­ła biec. ―> Nie wydaje mi się to możliwe.

Proponuję: Wy­sia­dłszy, za­czę­ła biec.

 

Swoją twarz pełną zmarsz­czek wy­krzy­wi­ła w gry­ma­sie. ―> Zbędny zaimek ― czy mogła wykrzywić cudzą twarz?

 

spię­ła jej cien­kie, siwe włosy w kok… ―> Kok się upina, nie spina, więc: …upię­ła jej cien­kie, siwe włosy w kok

 

prze­bra­ła łóżko. ―> …prześcieliła łóżko.

 

Choć w szpi­ta­lach lub pla­ców­kach zaj­mu­ją­cy­mi się cho­ry­mi… ―> Choć w szpi­ta­lach lub pla­ców­kach zaj­mu­ją­cy­ch się cho­ry­mi

 

pew­ne­go dnia może w zu­peł­no­ści za­brak­nąć wody… ―> …pew­ne­go dnia może zu­peł­nie za­brak­nąć wody

 

Kiedy skoń­czy­ła z ką­pa­niem… ―> To nie było kąpanie, więc: Kiedy skoń­czy­ła z myciem

 

Na­stęp­nie za­bra­ła się za pi­sa­nie pro­to­ko­łu. ―> Na­stęp­nie za­bra­ła się do pisania pro­to­ko­łu.

 

Roz­mo­wę prze­rwał od­głos zbi­ja­ją­ce­go się na­czy­nia… ―> Raczej: Roz­mo­wę prze­rwał od­głos tłukącego się na­czy­nia

 

Po­po­łu­dniu mam tro­chę mniej pracy… ―> Po ­po­łu­dniu mam tro­chę mniej pracy

 

nowa po­ściel. Róż­ni­ły się wy­glą­dem od po­przed­nich. Stare były białe bez żad­nych wzo­rów, a nowezie­lo­ne, w krat­kę. ―> …nowa po­ściel. Róż­ni­ła się wy­glą­dem od po­przed­niej. Stara była biała bez żad­nych wzo­rów, a nowazie­lo­na, w krat­kę.

 

Jenny nie mu­sia­ła długo cze­kać, zanim wła­my­wa­cze wy­cią­gnę­li ją siłą… ―> Jenny nie mu­sia­ła długo cze­kać, gdy wła­my­wa­cze wy­cią­gnę­li ją siłą

 

Miał nie­bie­skie oczy, któ­rym można by­ło­by za­ufać, gdyby nie miał broni. Miał wy­pię­ta klat­kę pier­sio­wą. ―> Lekka miałoza. Literówka.

 

Weź­mie­my tego, który ma WIĘK­SZĄ szan­sę na wy­zdro­wie­nie niż inni. ―> Dlaczego wielkie litery?

 

– Wi­dzia­łaś kie­dyś umie­ra­ją­ce dziec­ko z pra­gnie­nia? ―> – Wi­dzia­łaś kie­dyś dziecko umie­ra­ją­ce z pra­gnie­nia?

 

Zo­ba­czy­ła oboje wła­my­wa­czy… ―> Piszesz o mężczyznach, więc: Zo­ba­czy­ła obu wła­my­wa­czy

Oboje to mężczyzna i kobieta.

Historia mnie zaciekawiła, ale tekst jest wklejony dwa razy. Zaczyna się od tego miejsca:

– Nic się nie stało. Nadal tu jestem. Niezmiennie stara. Czemu tak na mnie patrzysz?

– Miała pani rację. Chyba najwyższy czas coś z tym zrobić.

lodówką. Godzina szósta trzydzieści dwa. Za trzy minuty Janek powinien wstać. Obudził ją głód. Właściwie zachcianka na hamburgera. Przeszukała całą lodówkę, nie znajdując niczego, co mogłoby posłużyć za składniki.

 

Interesujący pomysł z brakiem wody, ciekawie wybrane miejsce akcji.

To bym zmieniła:

Kiedy skończyła, spięła jej cienkie, siwe włosy w kok i przebrała łóżko. → prześcieliła łóżko

Zabrakło mi grozy, kiedy pojawili się przestępcy, ale poza tym to całkiem dobre opowiadanie. Wiarygodnie przedstawiłeś (przedstawiłaś) trudności pracy w domu opieki i problemy związane z brakiem wody. Natomiast nie przekonała mnie zupełnie motywacja przestępcy.

Opowiadanie na pewno porusza istotne tematy. Napisanie tekstu o takiej tematy w kenwencji sensacyjnej to ciekawy pomysł. Czytało się bez bólu, choć nie porawało. Brakuje trochę ciekawszego zarysowania postaci. Język na poziomie zdania dałoby się podszlifować.

Nowa Fantastyka