- Opowiadanie: Nikolzollern - Przypadki Fredegara... c.d.2

Przypadki Fredegara... c.d.2

Witam wszystkich średnio i wcale nie zainteresowanych dalszym ciągiem Przypadków. Z góry dziękuję za gorące zachęty do pisania opowiadań, ale niestety w najbliższych dwóch  miesiącach nie mam jak się  do tego zabrać. A więc, żeby czytelnik nie zapomniał o co chodzi w tej powieści, wykładam kolejny kawałek. Tym razem odwiedzimy dom głównego bohatera i wyruszymy na wyprawę wojenną. Batalistyka zacznie się od następnego fragmentu.

Oceny

Przypadki Fredegara... c.d.2

Rozdział II. W służbie króla Gilliomaru

 

Brukowana droga wznosiła się i opadała wśród pagórków pokrytych falującymi łanami zbóż. Słońce to chowało się, to wynurzało się zza poszarpanych chmur, szybko pędzonych mocnym wiatrem, który rozwijał i plątał długie włosy Fredegara, zapowiadając niezbyt miłe chwile z grzebieniem w ręku. Kralle z zainteresowaniem rozglądał się po nieznajomej krainie.

Konwertoplan królewskiej straży pożarnej podrzucił ich w okolice miasta Astual, skąd do domu Stettena było ze trzy godziny marszu. Fredegar chodził tą drogą wiele razy, często też przemierzał ją konno, ale tym razem pokonywał ją jakoś inaczej, bo być może po raz ostatni. „W zasadzie – pomyślał Fredegar, każdy raz może być tym ostatnim, ale człowiek jakoś o tym nie myśli…”

– Często u was tak wieje? – spytał Kralle, walcząc z powiewającym płaszczem.

– Owszem. W tej porze roku szczególnie.

– Teraz jest lato?

– Powiedzmy. Nie ma tu jako takiego lata, lub zimy. Planeta leży na boku i leci Północnym biegunem do przodu po prawie idealnie kolistej orbicie. W Imperium są cztery takie planety.

– Oprócz tej wiem, że Tormans i jeszcze dwie, których nie pamiętam.

– Od tego chlebowego drzewa na górce będzie już widać mój rossheim.

– Dom konia? To nazwa, czy pojęcie?

– Pojęcie. Jeśli zamiast zamku rycerz ma statek, to i tak potrzebuje jakiejś rezydencji na lądzie, w posiadłościach suzerena. Może tam mieszkać ktoś z rodziny oraz słudzy doglądający rumaka, na którym rycerz ma wyruszyć na wyprawę. Stąd ta nazwa. Wychowałem się tu z matką. Ojciec przez całe lata był w kosmosie.

– Przepraszam, to nie moja rzecz, ale czemu matka nie latała z ojcem?

– Moja matka i jej małżeństwo, to osobliwa historia – była zamężna, a zarazem jakby nie była.

– Spotkamy ją?

– Nie, odeszła do klasztoru, gdy tylko wyjechałem na studia. Zawsze tego chciała.

– Zdążysz ją odwiedzić, zanim wyruszymy?

– Zdążyłbym, ale teraz nie pojadę. Odwiedzę ją po wojnie.

Kralle nie dopytywał się dlaczego. Wtem ze szczytu wzgórza odkrył się widok na bielejącą wśród owocowych drzew i czerniejącą łupkowymi dachami na tle ciemnego błękitu nieba wioskę z kościółkiem o wysokiej kilkupoziomowej dzwonnicy. Nieopodal – o strzał z długiego łuku stał dwór – krępy piętrowy budynek z wieżyczką i wykuszami.

– Prawie jesteśmy. – powiedział Fredegar.

Przez wioskę w rytm bębnów maszerował oddział tarczowników.

– Obrona terenowa, mają punkt zbiorczy w Castro del Rosa. – poinformował towarzysza von Stetten – Ludzie z tej wsi też do niej należą. Pewnie są wśród nich chłopaki z naszej klasy.

Dom był zbudowany w kształcie podkowy. Od wewnętrznej, osłoniętej przed wiatrami strony miał taras i większość okien. Ze wzgórza widać było leżące za domem pastwisko na którym chodziło kilka koni, między innymi, potężny, kary rumak rycerski.

Fredegar zdecydowanie otworzył masywne drzwi i wszedł pierwszy. Był panem tego domu, a teraz, w czasie wojny, kimś w rodzaju dowódcy garnizonu. Kralle wszedł za nim nie czekając na zaproszenie – był knechtem pana domu – czyli automatycznie domownikiem. Na wprost drzwi znajdowały się czarne drewniane schody prowadzące na piętro. Po prawej znajdowała się duża sala z kominkiem i dużym stołem. Ściany zdobiły niezbyt liczne trofea myśliwskie, zdobyczny sztandar i parę okazów broni. Nad kominkiem wisiał olejny obraz w barokowej ramie. Przedstawiał statek kosmiczny, taki, jakie budowano jakieś 300 lat temu, na tle opasanego pierścieniami gazowego giganta. Po lewej widocznie znajdowała się kuchnia, o czym świadczyły dochodzące zza niedomkniętych drzwi zapachy. Stamtąd pojawiła się drobna, siwa kobieta. Kralle zauważył, że ma nieco zaczerwienione, od dymu lub płaczu oczy.

– Paniczu Fredegarze! – na twarzy kobiety Hans dostrzegł złożoną kompozycję uczuć: radość spotkania, troskę, miłość i coś jakby strach czy nawet niechęć.

– Ciociu Marto! – Fredegar pochylił się i serdecznie pocałował starszą pani w policzek. Marta objęła go za szyję i pogłaskała po splatanych wiatrem włosach, zerkając z zaciekawieniem na Krallego.

– Zaraz podam obiad, umyj się na razie – powiedziała do Fredegara, z intonacją typową dla starych niań, dla których dorosły już pan zawsze pozostaje małym paniczem, choćby wrócił do domu posiwiały i poznaczony bliznami – przedstawisz mnie swemu koledze?

– Hans Kralle, knecht jego miłości Fredegara, proszę pani – zameldował się Kralle, po wojskowemu trzaskając obcasami (lubił to robić).

– Marta Gutierez – przedstawiła się kobieta, podając Krallemu rękę, którą ten uprzejmie ucałował. – A mówiłeś, że będzie z tobą kolega ze studiów?

– To też jest prawdą – odpowiedział Fredegar – gdzie jest wuj Stefan?

– Szykuje się do wyprawy – głos Marty lekko drgnął – chyba czyści zbroję.

– Dobra, chodźmy się odświeżyć.

Marta skryła się w kuchni, zaś młodzieńcy ruszyli schodami na górę.

– Rada mi i nie rada. Boi się, że zabiorę wuja Stefana na wojnę. Ale mam dla niej miłą niespodziankę. Ciebie. Są dla mnie jak rodzina, nawet nie jak, tylko po prostu rodziną. Ciocia Marta przytulała mnie częściej niż mama, a wuj Stefan uczył wszystkiego, czego zwykle uczy ojciec.

– Mają własne dzieci?

– Zamężną córkę i syna. Jest teraz na wojnie.

– W piechocie?

– W jinetach – lekkiej jeździe oszczepniczej.

– Nie znam takiej formacji.

– To nasza narodowa. Wuj Stefan służył w tej formacji dziesięć lat, zanim został majordomusem mojego dziadka. Z nim odbył jeszcze dwie kampanie. Jedną na Archernarze. Dziadek był gościem swojego przyjaciela ze studiów, coś jak Manfred u don Alonsa.

 

Pół godziny później Fredegar przebrany w świeże ubranie (nie ma to jak w domu) zszedł do jadalni. Stół był już w połowie zastawiony: pośrodku parowała duża gliniana misa zupy gulaszowej, obok stał kosz z ciemnym swojskim chlebem i taca z ziołami do przygryzania.

Do pokoju wszedł niemłody mężczyzna z siwymi sumiastymi wąsami. Niósł dzban z winem. Ujrzawszy Fredegara śpiesznie odstawił dzban na stół i ukłoniwszy się rzekł:

– Witam w domu, Panie. Zgodnie z twoimi zaleceniami konie i uzbrojenie są w pełnej gotowości. Wyruszymy…

– Wuju Stefanie! – Fredegar szybko podszedł do swego majordomusa i objął go serdecznie. – Dlaczego tak oficjalnie? Zaraz wuj zaczyna meldować. Jakie wieści od Diega?

– Walczy. Pisze, że bywa gorąco.

– Dwakroć był już ranny! – ze łzami w głosie odezwała się ciocia Marta – dzień i noc modlę się, żeby wrócił żywy, a teraz jeszcze Stefan…

– Przestań kobito! – warknął na nią Stefan, i dodał łagodniej – wstyd się tak roztkliwiać!

– Wuju Stefanie, ciociu Marto! – rzekł Fredegar uroczyście, jako że uznał, że właściwa chwila już nadeszła – Mam wam coś do powiedzenia: wuj Stefan nie będzie musiał iść na wojnę – jest potrzebny tutaj i dość już służył królowi i naszemu rodowi. Zastąpi go ten oto bitny młodzieniec – Hans Kralle!

Kralle, który akurat schodził po schodach został gwałtownie zaatakowany przez rozradowaną Martę, która jęła obsypywać go pocałunkami. Chwilę później zreflektowała i rzuciła się dziękować Fredegarowi, który patrzył na wuja Stefana wstydliwie ocierającego łzy ulgi.

– Zupa stygnie! – powiedział Fredegar stanowczo, z miejsca ucinając wylewności cioci Marty. Po czym wszyscy zwrócili się w stronę wiszącego między wąskimi oknami krucyfiksu. Pan domu odmówił modlitwę i pobłogosławił stół znakiem krzyża.

Przy stole panowała pogodna atmosfera, której stworzenie Fredegar z dumą zaczął był przypisywać sobie. „Gdyby Kralle nie zgłosił się do mnie, nawet bym nie wpadł na to, by nająć kogoś w zastępstwie wuja Stefana. A teraz jestem dobrodziejem – sycę swoją próżność”. – skarcił siebie, spoglądając, jak ciocia kręci się wokół Hansa co rusz dokładając mu jedzenia i dolewając wina. Kralle uprzejmie odpowiadał na pytania cioci o rodzicach, rodzeństwie i różnych innych nudnych rzeczach, o które starsze panie zwykle wypytują nowych znajomych.

Krallego trzeba nieco dozbroić, wuju. – powiedział Fredegar – dobierz mu jakiś hełm i kuszę.

-Dziryty?

– Nie sądzę, nie zna tej broni.

– Panie…

– Wuju?

– Dziękuję…

– Daj spokój, wuju.… Jakiego konia dasz Hansowi?

– Sam bym jechał na Niñi, ale on jest cięższy, niech weźmie Bakałarza.

– Aha, i ostrogi też mu daj.

– Szkoda, że zbroja dziadka panu nie pasuje.

– W płatach i „psim pysku” będę staromodnie wyglądał. Ale żebyś widział, wuju, jaka pstrokacizna jest w uzbrojeniu wasali trzeciej linii! Są nawet hełmy wielkie. Nie sądziłem, że ktoś jeszcze ich używa.

– Mieli pewnie na zamku, a tu przyszło na wyprawę iść i poszli w czym było. Takie są skutki oszczędzania na uzbrojeniu w nadziei, że się obejdzie.

Po obiedzie Fredegar poszedł przywitać się z koniem, zaś Kralle udał się ze starym Stefanem do zbrojowni. Z kilku hełmów najlepiej spasował mu pappenheimer z ruchomym nosalem, przechodzącym przez daszek, osłonami policzków i karku. Wybrał też sobie małą myśliwską kuszę, napinaną za pomocą „koziej nogi”, po czym udał się na pastwisko, by zostać przedstawionym koniowi – mocnemu łaciatemu wałachowi. Koń wydawał się akceptować nowego jeźdźca, choć daleko było jeszcze do poufałości z jaką Fredegar przemawiał do wielkiego czarnego ogiera, a ten czule przytulał się do niego swoim potężnym pyskiem.

 Reszta dnia upłynęła na przygotowaniach do jutrzejszego wymarszu. Po kolacji Kralle poprosił o papier oraz czystą kopertę i zamknął się w pokoju.

 

Najdroższa Matko,

Piszę ten list na wypadek, gdybym nie wrócił z wojny, na którą wyruszam jutro. Muszę przeprosić Cię za wiele rzeczy: zawiodłem cię i okłamałem. Zostałem wyrzucony ze studiów z którymi wiązałaś duże nadzieję, toteż utaiłem to przed Tobą. Zaś żeby nie utkwić na beztlenowcu i nie prosić nikogo o pieniądze, zaciągnąłem się na wojnę, sądząc, że to dobry pomysł. Jeśli czytasz ten list, oznacza to, że pomysł ten nie był jednak dobry. Teraz nie żyję i nie będę mógł niczym Ci tego wszystkiego wynagrodzić. Uściskaj ode mnie Maksa, Moritza, Gertrudę i Monisię, wuja Hansa, Kurta i ciocię Barbarę, która, jak się okazało, miała rację, że nic ze mnie nie wyjdzie.

 Nie muszę prosić Cię o modlitwę za moją grzeszną duszę.

 Żegnaj Mamo.

Twój głupi lecz kochający syn Hans Kralle.

Hans przeczytał list i uznał, że może być. Włożył go do koperty, którą zaadresował:

Minna Kralle, Görbersstrasse 49, 117321, Cesarskie miasto Scharlottenheim na Tigamie.

 

Zakleił kopertę i zostawił u Marty. Wszystko to zajęło Krallemu niecałe pół godziny. Tymczasem Fredegar, który również postanowił napisać list, nadal siedział nad czystą kartką i coraz wyraźniej czuł, że nic nie napisze. W końcu wstał i wyszedł na taras. Matka często stała tu przy balustradzie, opierając na niej tylko ręce, wyprostowana, ze spojrzeniem skierowanym jakby do wewnątrz. Taką ją pamiętał odkąd w ogóle pamiętał cokolwiek. Zmieniała się tylko perspektywa, z której na nią patrzył. Kiedy był mały, podbiegał i przytulał się do jej biodra, a ona głaskała i przeczesywała dłonią jego czarne kędziory. Kiedy stał się większy i zaczął jeździć konno, machał do niej z siodła, ale ona nie zawsze odpowiadała na te pozdrowienia. Pogrążała się w modlitwie i jakby przestawała widzieć cokolwiek. Kiedy Fredegar szedł do szkoły, albo z niej wracał, zawsze szedł przywitać się z mamą i najczęściej, gdy było ciepło, znajdował ją na tarasie. Jeśli matka zwracała się w jego stronę podchodził i rozmawiał z nią, jeśli nie, – nie przerywał jej skupienia. Z czasem zaczął patrzyć na nią z góry, ale nie wiedzieć czemu miał wrażenie że jest mimo wszystko od niego wyższa, nie wzrostem, lecz stanem. Wiatr poruszał jej włosy i frędzle szalu. Była ciągle taka sama, młoda tą dziwną młodością spotykaną niekiedy wśród ascetów. Przy całym tym rozmodleniu była bardzo rzeczowa i całkowicie adekwatna w życiu codziennym. Sprawnie wykonywała swoje obowiązki matki i pani domu, tak jak mniszka wykonuje w klasztorze powierzone jej prace. Nie to stanowiło sedna jej życia, co ciocia Marta miała jej trochę za złe. Ale nie Fredegar. Nie był zazdrosny o Boga. Przeciwnie – grzał się w promieniach tej miłości, gdyż ogarniała i jego, i ojca, i domowników, i konie i resztę stworzoń. Fredegar czuł to, gdziekolwiek był, a szczególnie teraz, na tym tarasie. Podszedł do balustrady zwróconej ku ciemniejącemu wschodowi i stanął na jej miejscu. Zaczął odmawiać modlitwy wieczorne. Nigdy przedtem skupienie na modlitwie nie dawało mu się tak łatwo, serca dotknęło kojące wzruszenie. Teraz już wiedział, że nie potrzebuje pisać do matki. Usiadł a potem położył się na plecionej kozetce. Odczuwał ciepło i miłość do całego stworzenia, odczuwał swoją grzeszność, która jednak nie wykluczała go z tej miłości, ale domagała się oczyszczenia. „Jutro wyruszasz stąd, by zabijać!” – wrzasnęło nagle sumienie, aż podskoczył. Ukojenie szybko znikało, pozostawiając za sobą bolesną tęsknotę połączoną z pragnieniem odnaleźć go znowu za wszelką cenę. „W takich chwilach wypada rzucić wszystko w cholerę i zostać mnichem… Boże, nie mogę uciec teraz”. „Potem też nie dasz rady”. – powiedziało złośliwie sumienie – bo tego nie chcesz”. „To trudno – grubiańsko uciął wewnętrzna dyskusję Fredegar – mam w końcu obowiązki wobec swoich ludzi”.

 

Pięciodniową drogę do punktu zbiorczego Fredegar i Kralle pokonywali konno, robiąc codziennie trzydzieści – czterdzieści kilometrów. Bagaże wiozły dwa konie juczne. W zajazdach dostawali strawę, furaż i spanie podpisując jedynie kwity. Gdy jechali na wyprawę byli już na służbie i za nich płacił król. Na czwarty dzień spotkali trzech jednotarczowych rycerzy podążających w tym samym kierunku w asyście knechta powożącego wozem z bagażami. Dwóch było w poczciwym wieku, na oko po pięćdziesiątce. „Typowi ziemianie, gadają tylko o chorobach owiec, czy o urodzaju brzoskwiń”. Trzeci rycerz, don Cristóbal, był malarzem i oprócz rynsztunku (bardzo porządnego) wiózł składaną sztalugę. Wyraźnie nudził się przy rozmowach na tematy rolnicze, toteż bardzo ucieszył się z towarzystwa Fredegara. Don Cristóbal był mniej więcej w wieku rycerza von Apfelbauma, lecz był Gilliomarczykiem twardego rycerskiego chowu, co widać było się w każdym jego ruchu.

– Czasami myślę, don Cristóbalu, że gilliomarski chłop, czy ziemianin żyje prawie tak samo jak przed podbojem. Czasami komuś robi się ciasno i wyjeżdża z wioski na drugi koniec galaktyki. W jaki sposób to trwa? Jak jedno godzi się z drugim?

– Chyba właśnie dzięki temu to trwa, don Fredegarze. Niczego się nie niszczy, nie zastępuje się jednego drugim, nie łamie się kanonu sztuki, nie zmienia się praw, nie odrzuca się dogmatów wiary, nie porzuca się tradycji, tylko się uzupełnia, dodaje. Chyba dlatego Rzesza ciągle się rozrasta, wchłania kolejne światy, by na wszystko starczyło miejsca.

– Mieliśmy szczęście, że podbito nas w miarę wcześnie.

– Niewątpliwie, choć twój ród, don Fredegarze, wywodzi się, mniemam, ze zdobywców, a nie autochtonów. Byłem na siedmiu planetach, w tym na dwóch wysoko rozwiniętych technicznie i głęboko zdegenerowanych w momencie podboju. Niewiele im zostało naprawdę swojego. I nie dlatego, że to uległo zniszczeniu przy podboju. Umarło dużo wcześniej przez pogardę do tradycji, przez sprzedajność kultury. Wiesz, kiedy gdzieś zapanuje podły ustrój, to z czasem sztuka staje się towarem coraz tańszym i dostosowanym dla podłych gustów, robi się tandetę, bo to się opłaca! Albo też z nadmiaru ambicji i próżności, czy też w pędzie za nowością, sztuka zaprzecza sama sobie i zaczyna zamiast piękna służyć brzydocie i zamiast cnoty wychwalać plugastwo. Jednocześnie umiera dobre rzemiosło i ludzie już nie potrafią, choćby i chcieli.

– Smutne to wszystko. Mój ojciec był na planecie Wcielenia, brał udział w podboju. Był wstrząśnięty tym, co tam zastał.

– Musisz pan mi o tym opowiedzieć. Ale chyba już prawie dotarliśmy.

Teren tymczasem stawał się coraz bardziej górzysty. Góry były nierównomiernie zalesione, tu i ówdzie jaśniały biało-beżowe skały otoczone nieco ciemniejszymi rumowiskami, na których skąpo rosły jakieś krzaki i kolczaste rośliny. Droga wiła się w pionie i poziomie, wspinając się jednak coraz wyżej, aż znowu zaczęła opadać ku owalnej dolinie, gdzie wśród soczyście zielonych łąk malowniczo rozłożył się obóz gilliomarskiego rycerstwa. Fredegar włożył hełm i podjechał do Krallego, by wziąć od niego kopię, bo tak rycerzowi godziło się wjechać do obozu.

– Od dłuższego czasu się zastanawiam, dlaczego mamy punkt zbiorczy tu, u zachodniej granicy, skoro front jest na północy.

– Niebawem się dowiemy, Hansie.

– Ładnie tu, jak na miniaturze w iluminowanej kronice.

– Ano.

Wkrótce można było już rozróżnić powiewające nad obozem sztandary. W centrum nad wielkim, ozdobnym namiotem leniwie poddawał się wiatru ciężki od haftu sztandar ze złotą, uwieńczoną zamkniętą koroną wieżą na tle czarno-zielonej szachownicy.

– Przywodzi nam don Carlos de Gilliomar, piąty w rodzie królewskim. To jego sztandar. Ten czerwony z panterą – to Pfaffenberga, a zielono złoty z czarnym gryfem to – don Alonsa.

– Zestaw barw ma jak wasz król.

– Masz rację – ich rody są spokrewnione.

Przy wjeździe rycerzy przywitał herold don Carlosa, otaksował konie i uzbrojenie.

– Don Fredegar von Stetten, z jednym konnym knechtem…, -– herold przyjrzał się Krallemu, – jest z twoich włości, panie? Nie wygląda na Gilliomarczyka.

– To Hans Kralle z Tigamy. Służy ochotniczo.

– O! …i dwa konie juczne. Masz, panie, własny namiot?

– Owszem.

– Więc udaj się, panie, do don Alberta, kwatermistrza. Dostaniesz przydział do chorągwi.

– Don Fredegar raczy przyłączyć sie do chorągwi don Alonsa de Salazar – powiedział po-rilgerdzku znajomy głos. Zza furgonu na pięknym dereszu wyłonił się rozpromieniony rycerz– muzyk.

– Don Eliaszu! – ucieszył się Stetten – Rad jestem pana widzieć. Pan znalazł się tu przypadkiem?

– Mam dyżur: don Alonso wysyła nas po kolei czatować na rycerzy z „Flusspferda”, którzy przeszli szkolenie po jego komendą.

– O tak, don Alonso dał nam wszystkim wycisk.

– Myślę, że wysiadłem ze statku lepszym wojownikiem niż wsiadłem, byłem żadnym, a teraz jestem przynajmniej marnym.

– Don von Apfelbaum? Jestem zaszczycony. Rycerz Cristóbal de Ylloa. – don Cristóbal już zameldował się u herolda, i podszedł do rozmawiających.

– Don Cristobalu, to ja jestem zaszczycony; widziałem pańską wystawę na Archernarze – jakby Velasquez zmartwychwstał!

– Velasques – to jakby gilliomarskie nazwisko, ale nie znam takiego malarza.

– Żył jakieś 400 lat temu na planecie Wcielenia. Był Hiszpanem.

– Czy Hiszpanie są podobni do nas?

– Bardzo. Zwłaszcza ci dawni. Don Alonso jakby wyszedł z obrazu El Greca. Zechce pan przyłączyć się do nas?

– Jestem teraz jednotarczowy i mam z tymi panami wspólnie wynajętego knechta.

– Ja mam dwóch, przyjechali z mojego majątku, z koniem. Zaopiekują się pańskim koniem i resztą. Myślę, że don Alonso też będzie zadowolony.

– Malowałem dla niego krajobraz z zamkiem Villanueva.

– Widziałem – jest znakomity.

– Również miałem sposobność docenić pana wirtuozerię. Zabrałem na wyprawę pańska płytę Paganiniego i Mendelsona na skrzypce z orkiestrą. Wybawił mnie pan od ciągłego słuchania wywodów o hodowli świń.

 

Pod sztandarami don Salazara znalazła się zdecydowana większość pasażerów „Flusspferda”, z wyjątkiem tych, czyje włości leżały na północy i z tego powodu dołączyli do działającej tam armii don Pedra de Gilliomar, króla. Były też inne twarze, niekoniecznie wasali trzeciej linii: ozdrowieńcy i wykupieni z niewoli rycerze pierwszej i drugiej linii, kolejni zastępcy, w tym jeszcze jeden „kolorowy” rycerz, potężnej budowy z bardzo dużym zakrzywionym mieczem. Miał gęstą czarną brodę i krzaczaste brwi, które groźnie chmurzył. Apfelbaum powiedział, że wygląda jak Tochiro Mifune w roli Kikuchiyo, i że jest ciekaw, kim ów rycerz był wcześniej. Fredegar znowu nie wiedział o co chodzi, ale zanim zapytał, don Eliasz zwrócił jego uwagę na nie mniej egzotycznie wyglądającą grupa rycerzy w lamelkowych zbrojach, bardzo ciemnej karnacji z wytatuowanym makijażem dookoła oczu i obfitością złotych ozdób. Mieli też osobliwe miecze, podobne jednocześnie do toporów, proste i tępe u rękojeści, a potem wyginające się niczym sierp, tyle że obosieczny.

– To się nazywa hopesz – starożytna broń, robiona niegdyś z brązu, powiedział Apfelbaum wyraźnie dumny ze swej erudycji w nietypowej dla niego dziedzinie. – Mój lud używał takich mieczy, gdy Mojżesz wyprowadził go z Egiptu.

– Widziałem Stiermanny z taką bronią.

– Ich przywódca nazywa się Dżedkare Izezi.

– Przywódca Stiermannów?

– Nie, tych rycerzy.

– Jak się znaleźli w naszym wojsku? Są najemnikami, czy sojusznikami?

– Ani jednym, ani drugim – to, że tak powiem, goście. Na ich planecie Tepa jest tylko jeden kontynent, w większości nie zamieszkały z powodu braku wody. Jest jeden władca, będący jednocześnie landgrafem cesarskim, więc nic militarnego się tam nie dzieje. Zachęca się więc rycerzy by wojowali gdzie indziej, żeby nie zapomnieć jak to się robi. Więc patrzą w Internecie, gdzie toczy się wojna i wyjeżdżają grupami do dwudziestu osób, by nie zostało to uznane za interwencję zbrojną ich księstwa. Potem faraon, czyli ich książę zwraca im koszty wyjazdu.

Don Alonso wrócił od don Carlosa pod wieczór, w międzyczasie Fredegar i Kralle zdążyli rozbić namiot, zjeść obiad i rozejrzeć się po obozie. Pod pewnymi względami przypominało to spotkanie absolwentów. Fredegar spotkał trzech kolegów z podstawówki, podstarzałego dyrektora liceum oraz dwóch młodych rycerzy, pasowanych razem z nim podczas zeszłorocznych wakacji. Wszystkich było ich wtedy dziesięciu, z czego sześciu już nie żyło, a jeden stracił wzrok trafiony w wizurę hełmu drzazgami strzaskanej kopii. Teraz czeka na przeszczep i pewnie niedługo dostanie nowe oczy z jakiejś odciętej głowy, których wojna dostarczała w nadmiarze. Te wieści nie pasowały do wręcz sielankowej atmosfery obozu, rozbrzmiewającego dźwiękami lutni i mandolin oraz śpiewem głównie lirycznych pieśni. Fredegar poczuł się dziwnie. Widmo śmierci i kalectwa, zwykle błąkające się w zakamarkach świadomości rycerza, pojawiło nagle niepokojąco blisko, łypiąc nań krwawiącymi oczodołami i wymachując zabandażowanym kikutem. „I to jest całkiem możliwe – niemalże jutro” – pomyślał.

Fredegar powlókł się z powrotem do kwater „chorągwi” don Salazara i zobaczył go wracającego z narady u don Carlosa w towarzystwie don Manfreda. Wyraz twarzy miał skupiony, jak ktoś, kto ma w głowie plan szeregu czynności poustawianych w odpowiedniej kolejności i musi donieść go w całości do miejsca realizacji. Fredegara pierwszym zauważył Manfred, który pomachał mu ręką. Don Alonso skinął głowa na ukłon Stettena i energicznie pomaszerował w stronę swojego namiotu.

– Panie von Stetten, masz pan przydział do szwadronu? – spytał von Laimsdorf,

– Nie, tylko do chorągwi.

– Wezmę cię do swego. Twój knecht jest z tobą?

– Oczywiście.

– Świetnie. Potrzebujemy liniowych knechtów.

– Ilu nas jest w szwadronie?

– Z wami – stu szesnastu. Sześćdziesięciu trzech rycerzy, osiemnastu giermków i trzydziestu ośmiu knechtów liniowych, czyli idących do boju razem z nami. Są zwolnieni z prac obozowych, którymi zajmują się ciury, specjalnie do tego wynajęci.

Gdy tylko don Alonso dotarł do swego namiotu jego herold zagrał „rotmistrzowie zbiórka”. Manfred opuścił młodego rycerza i pospieszył na odprawę.

Koniec

Komentarze

Moim zdaniem, ten fragment jest lepszy niż poprzednie: bardziej dynamiczny i urozmaicony. Dialogi też łatwiej się czyta, wydają się bardziej naturalne. Wiarygodni przedstawiłeś zwłaszcza scenę u ciotki i radość wuja, że nie będzie musiał iść na wojnę. Pod koniec fragmentu trochę pogubiłam się, gdy pojawiło się dużo nazwisk z “don”.

Zgaduję, że w dalszej części powieści Fredegar i Kralle będą głównymi bohaterami. Warto by było ich bardziej skontrastować. Skoro jeden z nich wspomina matkę, drugi mógłby myśleć o czymś innym. Jeśli jeden jest ascetą, drugi mógłby wzdychać do jakiejś damy. Tym bardziej, że w ideale średniowiecznego rycerza ważne miejsce zajmuje wybranka serca.

Na razie obaj panowie myślą głównie o matkach, tylko na chwilę w pierwszym fragmencie pojawiła się kobieta, ale chyba nie była zbyt ważna dla bohatera. Czy ten wątek rozwinie się w dalszej części?

Z pewnością sprawy sercowe będą powracać i panna Fay, będzie ważną postacią i ważną osobą dla aż trzech bohaterów (trzeci się jeszcze nie pojawił i zostanie aktywowany w drugim tomie). Matki bohaterów są różne: szlachcianka -zakonnica i wielodzietna mieszczanka. Każda wywarła na swojego syna swój wpływ. Ten temat też będzie rozwijany.

Co do nazwisk z don i von, niestety nie mogę od nich uciec. Będą się mnożyć, ale też powtarzać i przeplatać. Robię indeks miejsc i osób, bo i samemu idzie się pogubić.

Z pewnością sprawy sercowe będą powracać i panna Fay, będzie ważną postacią i ważną osobą dla aż trzech bohaterów (trzeci się jeszcze nie pojawił i zostanie aktywowany w drugim tomie).

Czyżby femme fatale?

 

Trzech bohaterów to będzie wyzwanie. Na razie Kralle wydaje się ciekawszy od Fredegara.

Czyżby femme fatale?

Raczej nie. Ale nie będę robił spojlerów. Czytaj dalej.

Kralle jest bardziej dynamiczny i w sumie fajniej się o nim pisze. Fredegar jest postacią refleksyjną i introwertyczną. W przyszłości życie będzie wymagało od niego podejmowania trudnych, czasem drastycznych decyzji i tylko wiara pomoże mu z tym się uporać. Więcej nie powiem, choć pewne zapowiedzi w tekście już są, nawet po usunięciu prologu.

Nowa Fantastyka