- Opowiadanie: Nikolzollern - Przypadki Fredegara... cd. 2

Przypadki Fredegara... cd. 2

Witam wszystkich średnio i wcale nie zainteresowanych dalszym ciągiem Przypadków. Z góry dziękuję za gorące zachęty do pisania opowiadań, ale niestety w najbliższych dwóch  miesiącach nie mam jak się  do tego zabrać. A więc, żeby czytelnik nie zapomniał o co chodzi w tej powieści, wykładam kolejny kawałek. Tym razem odwiedzimy dom głównego bohatera i wyruszymy na wyprawę wojenną. Batalistyka zacznie się od następnego fragmentu.

Poprzednie i następne fragmenty

Przypadki Fredegara von Stettena

https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/22986

Przypadki Fredegara… cd.1 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23039

Przypadki Fredegara… cd.2 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23125

Przypadki Fredegara… cd.3 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23255

Przypadki Fredegara… cd.4 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23344

Przypadki Fredegara… cd.5 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23356

Przypadki Fredegara… cd.6 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23386

Przypadki Fredegara…cd.7 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23418

Przypadki Fredegara… cd.8 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23436

Przypadki Fredegara… cd.9 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23481

Burzyć – nie budować https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23457

Przypadki Fredegara… cd.10 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23514

Przypadki Fredegara… cd.11 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23525

Przypadki Fredegara… cd.12 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23555

Oceny

Przypadki Fredegara... cd. 2

Rozdział II. W służbie króla Gilliomaru

 

Brukowana droga wznosiła się i opadała wśród pagórków pokrytych falującymi łanami zbóż. Słońce to chowało się, to wynurzało zza poszarpanych chmur, szybko pędzonych mocnym wiatrem, który rozwijał i plątał długie włosy Fredegara, zapowiadając niezbyt miłe chwile z grzebieniem w ręku. Kralle z zainteresowaniem rozglądał się po nieznajomej krainie.

Konwertoplan królewskiej straży pożarnej podrzucił ich w okolice miasta Astual, skąd do domu Stettena było ze trzy godziny marszu. Fredegar chodził tą drogą wiele razy, często też przemierzał ją konno, ale tym razem pokonywał ją jakoś inaczej, bo być może po raz ostatni. „W zasadzie – pomyślał Fredegar, każdy raz może być tym ostatnim, ale człowiek jakoś o tym nie myśli…”

– Często u was tak wieje? – spytał Kralle, walcząc z powiewającym płaszczem.

– Owszem. W tej porze roku szczególnie.

– Teraz jest lato?

– Powiedzmy. Nie ma tu jako takiego lata, lub zimy. Planeta leży na boku i leci Północnym biegunem do przodu po prawie idealnie kolistej orbicie. W Imperium są cztery takie planety.

– Oprócz tej wiem, że Tormans i jeszcze dwie, których nie pamiętam.

– Od tego chlebowego drzewa na górce będzie już widać mój rossheim.

– Dom konia? To nazwa, czy pojęcie?

– Pojęcie. Jeśli zamiast zamku rycerz ma statek, to i tak potrzebuje jakiejś rezydencji na lądzie, w posiadłościach suzerena. Może tam mieszkać ktoś z rodziny oraz słudzy doglądający rumaka, na którym rycerz ma wyruszyć na wyprawę. Stąd ta nazwa. Wychowałem się tu z matką. Ojciec przez całe lata był w kosmosie.

– Przepraszam, to nie moja rzecz, ale czemu matka nie latała z ojcem?

– Moja matka i jej małżeństwo, to osobliwa historia; była zamężna, a zarazem jakby nie była.

– Spotkamy ją?

– Nie, odeszła do klasztoru, gdy tylko wyjechałem na studia. Zawsze tego chciała.

– Zdążysz ją odwiedzić, zanim wyruszymy?

– Zdążyłbym, ale teraz nie pojadę. Odwiedzę ją po wojnie.

Kralle nie dopytywał się dlaczego. Wtem ze szczytu wzgórza odkrył się widok na bielejącą wśród owocowych drzew i czerniejącą łupkowymi dachami na tle ciemnego błękitu nieba wioskę z kościółkiem o wysokiej kilkupoziomowej dzwonnicy. Nieopodal – o strzał z długiego łuku stał dwór – krępy piętrowy budynek z wieżyczką i wykuszami.

– Prawie jesteśmy. – powiedział Fredegar.

Przez wioskę w rytm bębnów maszerował oddział tarczowników.

– Obrona terenowa, mają punkt zbiorczy w Castro del Rosa – poinformował towarzysza von Stetten. – Ludzie z tej wsi też do niej należą. Pewnie są wśród nich chłopaki z naszej klasy.

Dom był zbudowany w kształcie podkowy. Od wewnętrznej, osłoniętej przed wiatrami strony miał taras i większość okien. Ze wzgórza widać było leżące za domem pastwisko na którym chodziło kilka koni, między innymi, potężny, kary rumak rycerski.

Fredegar zdecydowanie otworzył masywne drzwi i wszedł pierwszy. Był panem tego domu, a teraz, w czasie wojny, kimś w rodzaju dowódcy garnizonu. Kralle wszedł za nim nie czekając na zaproszenie – był knechtem pana domu – czyli automatycznie domownikiem. Na wprost drzwi pięły się czarne drewniane schody prowadzące na piętro. Po prawej znajdowała się obszerna sala z kominkiem i dużym stołem. Ściany zdobiły niezbyt liczne trofea myśliwskie, zdobyczny sztandar i parę okazów broni. Nad kominkiem wisiał olejny obraz w barokowej ramie. Przedstawiał statek kosmiczny, taki, jakie budowano jakieś trzysta lat temu, na tle opasanego pierścieniami gazowego giganta. Po lewej widocznie znajdowała się kuchnia, o czym świadczyły zapachy dochodzące zza niedomkniętych drzwi. Wyszła stamtąd drobna, siwa kobieta. Kralle zauważył, że ma nieco zaczerwienione, od dymu lub płaczu oczy.

– Paniczu Fredegarze! – Na twarzy kobiety Hans dostrzegł złożoną kompozycję uczuć: radość spotkania, troskę, miłość i coś jakby strach czy nawet niechęć.

– Ciociu Marto! – Fredegar pochylił się i serdecznie pocałował starszą panią w policzek. Marta objęła go za szyję i pogłaskała po splatanych wiatrem włosach, zerkając z zaciekawieniem na Krallego.

– Zaraz podam obiad, umyj się na razie – powiedziała do Fredegara, z intonacją typową dla starych niań, dla których dorosły już pan zawsze pozostaje małym paniczem, choćby wrócił do domu posiwiały i poznaczony bliznami – przedstawisz mnie swemu koledze?

– Hans Kralle, knecht jego miłości Fredegara, proszę pani – zameldował się Kralle, po wojskowemu trzaskając obcasami (lubił to robić).

– Marta Gutierez – przedstawiła się kobieta, podając Krallemu rękę, którą ten uprzejmie ucałował. – A mówiłeś, że będzie z tobą kolega ze studiów?

– To też jest prawdą – odpowiedział Fredegar – gdzie jest wuj Stefan?

– Szykuje się do wyprawy – głos Marty lekko drgnął – chyba czyści zbroję.

– Dobra, chodźmy się odświeżyć.

Marta skryła się w kuchni, zaś młodzieńcy ruszyli schodami na górę.

– Rada mi i nierada. Boi się, że zabiorę wuja Stefana na wojnę. Ale mam dla niej miłą niespodziankę. Ciebie. Są dla mnie jak rodzina, nawet nie jak, tylko po prostu rodziną. Ciocia Marta przytulała mnie częściej niż mama, a wuj Stefan uczył wszystkiego, czego zwykle uczy ojciec.

– Mają własne dzieci?

– Zamężną córkę i syna. Jest teraz na wojnie.

– W piechocie?

– W jinetach – lekkiej jeździe oszczepniczej.

– Nie znam takiej formacji.

– To nasza narodowa. Wuj Stefan służył w tej formacji dziesięć lat, zanim został majordomusem mojego dziadka. Z nim odbył jeszcze dwie kampanie. Jedną na Archernarze. Dziadek był gościem swojego przyjaciela ze studiów, coś jak Manfred u don Alonsa.

 

Pół godziny później Fredegar przebrany w świeże ubranie (nie ma to jak w domu) zszedł do jadalni. Stół był już w połowie zastawiony: pośrodku parowała duża gliniana misa zupy gulaszowej, obok stał kosz z ciemnym swojskim chlebem i taca z ziołami do przygryzania.

Do pokoju wszedł niemłody mężczyzna z siwymi sumiastymi wąsami. Niósł dzban z winem. Ujrzawszy Fredegara śpiesznie odstawił dzban na stół i ukłoniwszy się rzekł:

– Witam w domu, panie. Zgodnie z twoimi zaleceniami konie i uzbrojenie są w pełnej gotowości. Wyruszymy…

– Wuju Stefanie! – Fredegar szybko podszedł do swego majordomusa i objął go serdecznie. – Dlaczego tak oficjalnie? Zaraz wuj zaczyna meldować. Jakie wieści od Diega?

– Walczy. Pisze, że bywa gorąco.

– Dwakroć był już ranny! – ze łzami w głosie odezwała się ciocia Marta – dzień i noc modlę się, żeby wrócił żywy, a teraz jeszcze Stefan…

– Przestań kobito! – warknął na nią Stefan, i dodał łagodniej – wstyd się tak roztkliwiać!

– Wuju Stefanie, ciociu Marto! – rzekł Fredegar uroczyście, uznał bowiem, że właściwa chwila już nadeszła – Mam wam coś do powiedzenia: wuj Stefan nie będzie musiał iść na wojnę – jest potrzebny tutaj i dość już służył królowi i naszemu rodowi. Zastąpi go ten oto bitny młodzieniec, Hans Kralle!

Kralle, który akurat schodził po stopniach został gwałtownie zaatakowany przez rozradowaną Martę, która jęła obsypywać go pocałunkami. Chwilę później zreflektowała i rzuciła się dziękować Fredegarowi, który patrzył na wuja Stefana wstydliwie ocierającego łzy ulgi.

– Zupa stygnie! – powiedział Fredegar stanowczo, z miejsca ucinając wylewności cioci Marty, po czym wszyscy zwrócili się w stronę wiszącego między wąskimi oknami krucyfiksu. Pan domu odmówił modlitwę i pobłogosławił stół znakiem krzyża.

Podczas posiłku panowała pogodna atmosfera, której stworzenie Fredegar z dumą zaczął był przypisywać sobie. „Gdyby Kralle nie zgłosił się do mnie, nawet bym nie wpadł na to, by nająć kogoś w zastępstwie wuja Stefana. A teraz jestem dobrodziejem – sycę swoją próżność” – skarcił siebie, spoglądając, jak ciocia kręci się wokół Hansa co rusz dokładając mu jedzenia i dolewając wina. Kralle uprzejmie odpowiadał na pytania cioci o rodziców, rodzeństwo oraz różne inne nudne rzeczy, o które starsze panie zwykle wypytują nowych znajomych.

– Krallego trzeba nieco dozbroić, wuju – powiedział Fredegar – dobierz mu jakiś hełm i kuszę.

-Dziryty?

– Nie sądzę, nie zna tej broni.

– Panie…

– Wuju?

– Dziękuję…

– Daj spokój, wuju… Jakiego konia dasz Hansowi?

– Sam bym jechał na Niñi, ale on jest cięższy, niech weźmie Bakałarza.

– Aha, i ostrogi też mu daj.

– Szkoda, że płytowa zbroja dziadka panu nie pasuje.

– W płatach i „psim pysku” będę staromodnie wyglądał. Ale żebyś widział, wuju, jaka pstrokacizna panuje w uzbrojeniu wasali trzeciej linii! Są nawet hełmy wielkie. Nie sądziłem, że ktoś jeszcze ich używa.

– Mieli pewnie na zamku, a tu przyszło iść na wyprawę i poszli w tym, co było. Takie są skutki oszczędzania na uzbrojeniu w nadziei, że się obejdzie.

Po obiedzie Fredegar poszedł przywitać się z koniem, zaś Kralle udał się ze starym Stefanem do zbrojowni. Z kilku hełmów najlepiej spasował mu pappenheimer z ruchomym nosalem, przechodzącym przez daszek, osłonami policzków i karku. Wybrał też sobie małą myśliwską kuszę, napinaną za pomocą „koziej nogi”, po czym udał się na pastwisko, by zostać przedstawionym koniowi – mocnemu łaciatemu wałachowi. Koń wydawał się akceptować nowego jeźdźca, choć daleko było jeszcze do poufałości z jaką Fredegar przemawiał do wielkiego czarnego ogiera, a ten czule przytulał się do niego swoim potężnym pyskiem.

 Reszta dnia upłynęła na przygotowaniach do jutrzejszego wymarszu. Po kolacji Kralle poprosił o papier oraz czystą kopertę i zamknął się w pokoju.

 

Najdroższa Matko,

Piszę ten list na wypadek, gdybym nie wrócił z wojny, na którą wyruszam jutro. Muszę przeprosić Cię za wiele rzeczy: zawiodłem Cię i okłamałem. Zostałem wyrzucony ze studiów z którymi wiązałaś duże nadzieję, toteż utaiłem to przed Tobą. Zaś żeby nie utkwić na beztlenowcu i nie prosić nikogo o pieniądze, zaciągnąłem się na wojnę, sądząc, że to dobry pomysł. Jeśli czytasz ten list, oznacza to, że pomysł ten nie był jednak dobry. Teraz nie żyję i nie będę mógł niczym Ci tego wszystkiego wynagrodzić. Uściskaj ode mnie Maksa, Moritza, Gertrudę i Monisię, wuja Hansa, Kurta i ciocię Barbarę, która, jak się okazało, miała rację, że nic ze mnie nie wyjdzie.

 Nie muszę prosić Cię o modlitwę za moją grzeszną duszę.

 Żegnaj Mamo.

Twój głupi lecz kochający syn Hans Kralle.

Hans przeczytał list i uznał, że może być. Włożył go do koperty, którą zaadresował:

Minna Kralle, Görbersstrasse 49, 117321, Cesarskie miasto Scharlottenheim na Tigamie.

 

Zakleił kopertę i zostawił u Marty. Wszystko to zajęło Krallemu niecałe pół godziny. Tymczasem Fredegar, który również postanowił napisać list, nadal siedział nad czystą kartką i coraz wyraźniej czuł, że nic nie napisze. W końcu wstał i wyszedł na taras. Matka często stała tu przy balustradzie, opierając na niej tylko ręce, wyprostowana, ze spojrzeniem skierowanym jakby do wewnątrz. Taką ją pamiętał odkąd w ogóle pamiętał cokolwiek. Zmieniała się tylko perspektywa, z której na nią patrzył. Kiedy był mały, podbiegał i przytulał się do jej biodra, a ona głaskała i przeczesywała dłonią jego czarne kędziory. Kiedy stał się większy i zaczął jeździć konno, machał do niej z siodła, ale ona nie zawsze odpowiadała na te pozdrowienia. Pogrążała się w modlitwie i jakby przestawała widzieć cokolwiek. Kiedy Fredegar wyruszał do szkoły, albo z niej wracał, zawsze szedł przywitać się z mamą i najczęściej, gdy było ciepło, znajdował ją na tarasie. Jeśli matka zwracała się w jego stronę, podchodził i rozmawiał z nią, jeśli nie – nie przerywał jej skupienia. Z czasem zaczął patrzyć na nią z góry, ale nie wiedzieć czemu miał wrażenie że jest mimo wszystko od niego wyższa, nie wzrostem, lecz stanem. Wiatr poruszał jej włosy i frędzle szala. Była ciągle taka sama, młoda tą dziwną młodością spotykaną niekiedy wśród ascetów. Przy całym tym rozmodleniu była bardzo rzeczowa i całkowicie dostosowana do życia codziennym. Sprawnie wykonywała swoje obowiązki matki i pani domu, tak jak mniszka wykonuje w klasztorze powierzone jej prace. Nie to stanowiło sedno jej życia, co ciocia Marta miała jej trochę za złe. Ale nie Fredegar. Nie był zazdrosny o Boga. Przeciwnie – grzał się w promieniach tej miłości, gdyż ogarniała i jego, i ojca, i domowników, i konie i resztę stworzeń. Fredegar czuł to, gdziekolwiek był, a szczególnie teraz, na tym tarasie. Podszedł do balustrady zwróconej ku ciemniejącemu wschodowi i stanął tam gdzie stawała matka. Zaczął odmawiać modlitwy wieczorne. Nigdy przedtem skupienie się na modlitwie nie dawało mu się tak łatwo, serca dotknęło kojące wzruszenie. Teraz już wiedział, że nie potrzebuje pisać do matki. Usiadł a potem położył się na plecionej kozetce. Odczuwał ciepło i miłość do całego stworzenia, odczuwał swoją grzeszność, która jednak nie wykluczała go z tej miłości, ale domagała się oczyszczenia. „Jutro wyruszasz stąd, by zabijać!” – wrzasnęło nagle sumienie, aż podskoczył. Ukojenie szybko znikało, pozostawiając za sobą bolesną tęsknotę połączoną z pragnieniem odnaleźć go znowu za wszelką cenę. „W takich chwilach wypada rzucić wszystko w cholerę i zostać mnichem – pomyślał – Boże, nie mogę uciec teraz”. Potem też nie dasz rady” – powiedziało złośliwie sumienie – bo tego nie chcesz. „To trudno” – grubiańsko uciął wewnętrzna dyskusję Fredegar. – “Mam w końcu obowiązki wobec swoich ludzi”.

 

Pięciodniową drogę do punktu zbiorczego Fredegar i Kralle pokonywali konno, robiąc codziennie trzydzieści – czterdzieści kilometrów. Bagaże wiozły dwa konie juczne. W zajazdach dostawali strawę, furaż i spanie podpisując jedynie kwity. Gdy jechali na wyprawę byli już na służbie i za nich płacił król. Na czwarty dzień spotkali trzech jednotarczowych rycerzy podążających w tym samym kierunku w asyście knechta powożącego wozem z bagażami. Dwóch miało już swoje lata, na oko po pięćdziesiątce. Wyglądali jak typowi ziemianie, którzy gadają tylko o chorobach owiec, czy o urodzaju brzoskwiń. Trzeci rycerz, don Cristóbal, był malarzem i oprócz rynsztunku (bardzo porządnego) wiózł składaną sztalugę. Wyraźnie nudził się przy rozmowach na tematy rolnicze, toteż bardzo ucieszył się z towarzystwa Fredegara. Don Cristóbal był mniej więcej w wieku rycerza von Apfelbauma, lecz był Gilliomarczykiem twardego rycerskiego chowu, co widać było się w każdym jego ruchu.

– Czasami myślę, don Cristóbalu, że gilliomarski chłop, czy ziemianin żyje prawie tak samo jak przed podbojem. Czasami komuś robi się ciasno i wyjeżdża z wioski na drugi koniec galaktyki. W jaki sposób to trwa? Jak jedno godzi się z drugim?

– Chyba właśnie dzięki temu to trwa, don Fredegarze. Niczego się nie niszczy, nie zastępuje jednego drugim, nie łamie kanonu sztuki, nie zmienia praw, nie podważa dogmatów wiary, nie porzuca tradycji, ale ją uzupełnia, dodaje. Chyba dlatego Rzesza ciągle się rozrasta, wchłania kolejne światy, by na wszystko starczyło miejsca.

– Mieliśmy szczęście, że podbito nas w miarę wcześnie.

– Niewątpliwie, choć twój ród, don Fredegarze, wywodzi się, mniemam, ze zdobywców, a nie autochtonów. Byłem na siedmiu planetach, w tym na dwóch wysoko rozwiniętych technicznie i głęboko zdegenerowanych w momencie podboju. Niewiele im zostało naprawdę swojego. I nie dlatego, że to uległo zniszczeniu przy podboju. Umarło dużo wcześniej przez pogardę do tradycji, przez sprzedajność kultury. Wiesz, kiedy gdzieś zapanuje podły ustrój, to z czasem sztuka staje się towarem coraz tańszym i dostosowanym do podłych gustów, robi się tandetę, bo to się opłaca! Albo też z nadmiaru ambicji i próżności, czy też w pędzie za nowością, sztuka zaprzecza sama sobie i zaczyna zamiast piękna służyć brzydocie i zamiast cnoty wychwalać plugastwo. Jednocześnie umiera dobre rzemiosło i ludzie już nie potrafią, choćby i chcieli.

– Smutne to wszystko. Mój ojciec był na planecie Wcielenia, brał udział w podboju. Był wstrząśnięty tym, co tam zastał.

– Musisz pan mi o tym opowiedzieć. Ale chyba już prawie dotarliśmy.

Teren tymczasem stawał się coraz bardziej górzysty. Wzniesienia były nierównomiernie zalesione, tu i ówdzie jaśniały biało-beżowe skały otoczone nieco ciemniejszymi rumowiskami, na których skąpo rosły jakieś krzaki i kolczaste rośliny. Droga wiła się w pionie i poziomie, wspinając się jednak coraz wyżej, aż znowu zaczęła opadać ku owalnej dolinie, gdzie wśród soczyście zielonych łąk malowniczo rozłożył się obóz gilliomarskiego rycerstwa. Fredegar włożył hełm i podjechał do Krallego, by wziąć od niego kopię, bo tak rycerzowi godziło się wjechać do obozu.

– Od dłuższego czasu się zastanawiam, dlaczego mamy punkt zbiorczy tu, u zachodniej granicy, skoro front jest na północy.

– Niebawem się dowiemy, Hansie.

– Ładnie tu, jak na miniaturze w iluminowanej kronice.

– Ano.

Wkrótce można było już rozróżnić powiewające nad obozem flagi. W centrum nad wielkim, ozdobnym namiotem leniwie poddawał się wiatrowi ciężki od haftu sztandar ze złotą, uwieńczoną zamkniętą koroną wieżą na tle czarno-zielonej szachownicy.

– Przewodzi nam don Carlos de Gilliomar, piąty w rodzie królewskim. To jego sztandar. Ten czerwony z panterą, Pfaffenberga, a zielono złoty z czarnym gryfem, don Alonsa.

– Zestaw barw ma jak wasz król.

– Masz rację. Ich rody są spokrewnione.

Przy wjeździe rycerzy przywitał herold don Carlosa, otaksował konie i uzbrojenie.

– Don Fredegar von Stetten, z jednym konnym knechtem… – herold przyjrzał się Krallemu – jest z twoich włości, panie? Nie wygląda na Gilliomarczyka.

– To Hans Kralle z Tigamy. Służy ochotniczo.

– O, i dwa konie juczne. Masz, panie, własny namiot?

– Owszem.

– Więc udaj się, panie, do don Alberta, kwatermistrza. Dostaniesz przydział do chorągwi.

– Don Fredegar raczy przyłączyć się do chorągwi don Alonsa de Salazar – powiedział po-rilgerdzku znajomy głos. Zza furgonu, na pięknym dereszu wyłonił się rozpromieniony rycerz– muzyk.

– Don Eliaszu! – ucieszył się Stetten. – Rad jestem pana widzieć. Pan znalazł się tu przypadkiem?

– Mam dyżur, don Alonso wysyła nas po kolei czatować na rycerzy z „Flusspferda”, którzy przeszli szkolenie po jego komendą.

– O tak, don Alonso dał nam wszystkim wycisk.

– Myślę, że wysiadłem ze statku lepszym wojownikiem niż wsiadłem, byłem żadnym, a teraz jestem przynajmniej marnym.

– Don von Apfelbaum? Jestem zaszczycony. Rycerz Cristóbal de Ylloa. – Don Cristóbal już zameldował się u herolda, i podszedł do rozmawiających.

– Don Cristobalu, to ja jestem zaszczycony; widziałem pańską wystawę na Archernarze – jakby Velasquez zmartwychwstał!

– Velasques… to jakby gilliomarskie nazwisko, ale nie znam takiego malarza.

– Żył jakieś czterysta lat temu na planecie Wcielenia. Był Hiszpanem.

– Czy Hiszpanie są podobni do nas?

– Bardzo. Zwłaszcza ci dawni. Don Alonso jakby wyszedł z obrazu El Greca. Zechce pan przyłączyć się do nas?

– Jestem teraz jednotarczowy i mam z tymi panami wspólnie wynajętego knechta.

– Ja mam dwóch, przyjechali z mojego majątku, z koniem. Zaopiekują się pańskim koniem i resztą. Myślę, że don Alonso też będzie zadowolony.

– Malowałem dla niego krajobraz z zamkiem Villanueva.

– Widziałem, jest znakomity.

– Również miałem sposobność docenić pana wirtuozerię. Zabrałem na wyprawę pańską płytę Paganiniego i Mendelsona na skrzypce z orkiestrą. Wybawił mnie pan od ciągłego słuchania wywodów o hodowli świń.

 

Pod sztandarami don Salazara znalazła się zdecydowana większość pasażerów „Flusspferda”, z wyjątkiem tych, których włości leżały na północy i z tego powodu dołączyli do działającej tam armii don Pedra de Gilliomar, króla. Były też inne twarze, niekoniecznie wasali trzeciej linii: ozdrowieńcy i wykupieni z niewoli rycerze pierwszej i drugiej linii, kolejni zastępcy, w tym jeszcze jeden „kolorowy” rycerz, potężnej budowy z bardzo dużym zakrzywionym mieczem. Miał gęstą czarną brodę i krzaczaste brwi, które groźnie marszczył. Apfelbaum powiedział, że wygląda jak Tochiro Mifune w roli Kikuchiyo, i że jest ciekaw, kim ów rycerz był wcześniej. Fredegar znowu nie wiedział o co chodzi, ale zanim zapytał, don Eliasz zwrócił jego uwagę na nie mniej egzotycznie wyglądającą grupa rycerzy w lamelkowych zbrojach, bardzo ciemnej karnacji z wytatuowanym makijażem dookoła oczu i obfitością złotych ozdób. Mieli też osobliwe miecze, podobne jednocześnie do toporów, proste i tępe u rękojeści, a potem wyginające się niczym sierp, tyle że obosieczny.

– To się nazywa chopesz, starożytna broń, robiona niegdyś z brązu – powiedział Apfelbaum wyraźnie dumny ze swej erudycji w nietypowej dla niego dziedzinie – Mój lud używał takich mieczy, gdy Mojżesz wyprowadził go z Egiptu.

– Widziałem Stiermanny z taką bronią.

– Ich przywódca nazywa się Dżedkare Izezi.

– Przywódca Stiermannów?

– Nie, tych rycerzy.

– Jak się znaleźli w naszym wojsku? Są najemnikami, czy sojusznikami?

– Ani jednym, ani drugim – to, że tak powiem, goście. Na ich planecie Tepa jest tylko jeden kontynent, w większości niezamieszkały z powodu braku wody. Jest jeden władca, będący jednocześnie landgrafem cesarskim, więc nic militarnego się tam nie dzieje. Zachęca się więc rycerzy, by wojowali gdzie indziej, żeby nie zapomnieć jak to się robi. Więc patrzą w Internecie, gdzie toczy się wojna i wyjeżdżają grupami do dwudziestu osób, by nie zostało to uznane za interwencję zbrojną ich księstwa. Potem faraon, czyli ich książę zwraca im koszty wyjazdu.

Don Alonso wrócił od don Carlosa pod wieczór, w międzyczasie Fredegar i Kralle zdążyli rozbić namiot, zjeść obiad i rozejrzeć się po obozie. Pod pewnymi względami przypominało to zjazd absolwentów. Fredegar spotkał trzech kolegów z podstawówki, podstarzałego dyrektora liceum oraz dwóch młodych rycerzy, pasowanych razem z nim podczas zeszłorocznych wakacji. Wszystkich było ich wtedy dziesięciu, z czego sześciu już nie żyło, a jeden stracił wzrok trafiony w wizurę hełmu drzazgami strzaskanej kopii. Teraz czeka na przeszczep i pewnie niedługo dostanie nowe oczy z jakiejś odciętej głowy, których wojna dostarczała w nadmiarze. Te wieści nie pasowały do wręcz sielankowej atmosfery obozu, rozbrzmiewającego dźwiękami lutni i mandolin oraz śpiewem głównie lirycznych pieśni. Fredegar poczuł się dziwnie. Widmo śmierci i kalectwa, zwykle błąkające się w zakamarkach świadomości rycerza, pojawiło nagle niepokojąco blisko, łypiąc nań krwawiącymi oczodołami i wymachując zabandażowanym kikutem. „I to jest całkiem możliwe, niemalże jutro” – pomyślał.

Fredegar powlókł się z powrotem do kwater „chorągwi” don Salazara i zobaczył go wracającego z narady u don Carlosa w towarzystwie don Manfreda. Skupiony wyraz twarzy sugerował, że ma w głowie plan szeregu czynności poustawianych w odpowiedniej kolejności i musi donieść go w całości do miejsca realizacji. Fredegara pierwszy zauważył Manfred i pomachał mu ręką. Don Alonso skinął głową na ukłon Stettena i energicznie pomaszerował w stronę swojego namiotu.

– Panie von Stetten, masz pan przydział do szwadronu? – spytał von Laimsdorf,

– Nie, tylko do chorągwi.

– Wezmę cię do swego. Twój knecht jest z tobą?

– Oczywiście.

– Świetnie. Potrzebujemy liniowych knechtów.

– Ilu nas jest w szwadronie?

– Z wami – stu szesnastu. Sześćdziesięciu trzech rycerzy, osiemnastu giermków i trzydziestu ośmiu knechtów liniowych, czyli idących do boju razem z nami. Są zwolnieni z prac obozowych, którymi zajmują się ciury, specjalnie do tego wynajęci.

Gdy tylko don Alonso dotarł do swego namiotu jego herold zagrał „rotmistrzowie zbiórka”. Manfred opuścił młodego rycerza i pospieszył na odprawę.

Koniec

Komentarze

Moim zdaniem, ten fragment jest lepszy niż poprzednie: bardziej dynamiczny i urozmaicony. Dialogi też łatwiej się czyta, wydają się bardziej naturalne. Wiarygodni przedstawiłeś zwłaszcza scenę u ciotki i radość wuja, że nie będzie musiał iść na wojnę. Pod koniec fragmentu trochę pogubiłam się, gdy pojawiło się dużo nazwisk z “don”.

Zgaduję, że w dalszej części powieści Fredegar i Kralle będą głównymi bohaterami. Warto by było ich bardziej skontrastować. Skoro jeden z nich wspomina matkę, drugi mógłby myśleć o czymś innym. Jeśli jeden jest ascetą, drugi mógłby wzdychać do jakiejś damy. Tym bardziej, że w ideale średniowiecznego rycerza ważne miejsce zajmuje wybranka serca.

Na razie obaj panowie myślą głównie o matkach, tylko na chwilę w pierwszym fragmencie pojawiła się kobieta, ale chyba nie była zbyt ważna dla bohatera. Czy ten wątek rozwinie się w dalszej części?

Z pewnością sprawy sercowe będą powracać i panna Fay, będzie ważną postacią i ważną osobą dla aż trzech bohaterów (trzeci się jeszcze nie pojawił i zostanie aktywowany w drugim tomie). Matki bohaterów są różne: szlachcianka -zakonnica i wielodzietna mieszczanka. Każda wywarła na swojego syna swój wpływ. Ten temat też będzie rozwijany.

Co do nazwisk z don i von, niestety nie mogę od nich uciec. Będą się mnożyć, ale też powtarzać i przeplatać. Robię indeks miejsc i osób, bo i samemu idzie się pogubić.

Z pewnością sprawy sercowe będą powracać i panna Fay, będzie ważną postacią i ważną osobą dla aż trzech bohaterów (trzeci się jeszcze nie pojawił i zostanie aktywowany w drugim tomie).

Czyżby femme fatale?

 

Trzech bohaterów to będzie wyzwanie. Na razie Kralle wydaje się ciekawszy od Fredegara.

Czyżby femme fatale?

Raczej nie. Ale nie będę robił spojlerów. Czytaj dalej.

Kralle jest bardziej dynamiczny i w sumie fajniej się o nim pisze. Fredegar jest postacią refleksyjną i introwertyczną. W przyszłości życie będzie wymagało od niego podejmowania trudnych, czasem drastycznych decyzji i tylko wiara pomoże mu z tym się uporać. Więcej nie powiem, choć pewne zapowiedzi w tekście już są, nawet po usunięciu prologu.

Zacznijmy od tego, że mam wrażenie, że przesz z tym pisaniem do przodu jak torpeda. I moim zdaniem możesz trochę zwolnić. Jeśli ktoś zdecyduje się wydać Twoją książkę, to na pewno nie od razu wszastkie tomy. Wydadzą pierwszy, zaczekają, co się stanie i wtedy zdecydują, co z resztą. Tymczasem na razie nie masz nic, co mógłbyś w tej chwili wysłać do wydawnictwa. To, co napisałeś, to surowy materiał, który wymaga obróbki. Jeśli wyślesz to gdzieś w tej formie, odpadniesz w przedbiegach, polecisz choćby na błędnie zapisanych dialogach, a drugiej szansy może nie być. Może warto w pierwszej kolejności doszlifować to, co już masz.

 

Wydaje mi się, że Twój świat ma szansę, pod warunkiem jednak, że będzie spójny, wszystko w nim będzie grało i do siebie pasowało. A póki co, po przeczytaniu tego, co zamieściłeś na portalu mam pytania, na które w tekście nie znajduję odpowiedzi. I jakkolwiek bym nie kombinowała, to mi pewne rzeczy do siebie nie pasują. Być może okaże się, że wyjaśniłeś wszystkie moje wątpliwości w następnym akapicie, którego jeszcze tu nie ma. Taka już uroda fragmentów i dlatego ich nie lubimy.

 

Ale do rzeczy. Po przeczytaniu „Kodu naszej pani” myślałam, że rzecz rozgrywa się w odległej przyszłości, ludzkość skolonizowała całą galaktykę i z jakiegoś powodu wróciła do feudalizmu oraz zrezygnowała z nowoczesnej broni. To ostatnie dało by się stosunkowo łatwo wyjaśnić: jak już ludzie chcą się nawzajem zabijać, to powinni patrzeć w oczy przeciwnikowi, którego chcą pozbawić życia. Poza tym mniej ofiar i w ogóle. Koncepcję diabli mi wzieli po lekturze następnego opka („Szaber sakralny”), w którym pojawia się działko laserowe. To wjaśnia, w jaki sposób podbili Ziemię, ale jednocześnie nie pasuje mi do koncepcji tego świata. No, i nagle okazuje się, że chrześcijaństwo jakoś pojawiło się w jakiś bliżej nieokreślony sposób w całym Wszechświecie i to właśnie budzi moje największe wątpliwości. No, bo właśnie: jak? Koncepcji mam kilka, ale w każdej coś nie pasuje.

 

Możliwość pierwsza: Bóg objawiał się nie tylko ludzom na Ziemi, ale też na innych planetach. Ale wtedy nie byłoby jednego Pisma świętego, ale kilka. Stary testament jest opisem, przynajmniej teoretycznie, rozwoju narodu izraelskiego i jego relacji z Bogiem. Na innej planecie nie byłoby Abrahama, Izaaka i reszty. Mieliby własnych proroków. Nie byłoby Egiptu, z którego Mojżesz wyprowadził synów Izraela. To byłaby zupełnie inna historia. Każda planeta miałaby swoją własną. Nawet Nowy testament różniłby się ot tego, który znamy. Nie byłby relają, teoretycznie, świadków, ale zostałby opowiedziany prorokom przez Boga. A to już przecież inny punkt widzenia. Tymczasem Ty cytujesz w którymś momencie Biblię i to na dodatek z Babilonem w tle.

Przeciwko takiemu rozwiązaniu świadczą również języki. W opku „Szaber sakralny” przybysze z kosmosu posługują się archaicznymi wariantami współczesnych języków. Nie widzę możliwości, aby na innych planetach rozwój języka i historii przebiegał tak samo jak na Ziemi.

 

Możliwość druga: Kilku średniowieznych chrześcian z różnych zakątków Europy zostało porwanych przez kosmitów. Ich wiara była tak silna, że zdołali do niej przekonać swoich porywaczy. Tu przede wszystkim nie chce mi się wierzyć, że średniowieczni rycerze zdołaliby zaadoptować się w świecie wysoko rozwiniętej technologii. Dla nich najprostsze rzeczy musiałyby wydawać się cudem. Prędzej straciliby wiarę, niż zdołali kogokolwiek do swojej przekonać. Poza tym pozostaje kwestia języków. Językiem Kościoła Katolickiego jest łacina, w prawosławiu nie wiem dokładnie, jak to wygląda, ale na pewno nie jest to aramejski, który był językiem Jezusa i jego ludu. Praktycznie w każdym przypadku religia dopasowała się językowo do kultury, która przyjęła ją za swoją i nie ma powodu sądzić, że na obcej planecie wyglądałaby to inaczej.

 

Możliwość trzecia: Bóg wysyła kilku średniowiecznych chrześcian na inne planety, celem głoszenia dobrej nowiny. A czemóż to nie objawił się osobiście? Czemu przysyła obcych, zamiast wybrać proroków spośród miejscowej społeczności? I gdzie ich wysłał? Do światów rozwiniętych technologicznie? W dalszym ciągu pozostaje problem szoku kulturowego i języków. Do jakiś pierwotnych społeczności? To mogłoby wyjaśnik języki, ale z kolei rodzi problem zaawansowania technologicznego. Jakim cudem udało im się nas prześcignąć?

To jest niewątpliwie coś, co trzeba wyjaśnić. Tymczasem Ty rozwodzisz się nad zasadami feudalnych zależności, a o religii nie wspominasz ani słowem.

 

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Żadne z Twoich przypuszczeń nie jest trafne. Pierwsze jest najbardziej sensowne. Na wszystkich planetach pojawiały się religię, głoszące proroctwa o Chrystusie i planecie, na której Bóg stał się człowiekiem. W ten sposób pojawiło się sporo świętych ksiąg w różnych językach, ale na ten sam temat.

Wyczerpujące odpowiedzi na te pytania w pełni padną dopiero w drugiej części. W pierwszej są tylko podpowiedzi. Jeśli będę wykładał rozdziały po kolei, to więcej na ten temat będzie gdzieś w c.d. VI lub VII, albo jakoś tak. To co już zostało powiedziane, to to, że Ziemia jest jedyną w swoim rodzaju planetą, gdzie Bóg stał się człowiekiem. W tym sensie jest światem centralnym. To, że wszystkie języki galaktyki, poza byczą Stiermannów, są spokrewnione z ziemskimi, wskazuje na to, że w jakiś sposób wszyscy ludzie (i niektóre zwierzęta domowe np. konie) pochodzą z Ziemi. W jaki nie powiem, żeby nie spojlerować tego dość prostego rozwiązania.

Wiesz, tylko jeśli za długo będziesz trzymał czytelnika w niepewności, to w końcu się zirytuje i da sobie spokój z lekturą. I nie mówię tu o portalu, ale o potencjlnej książce.

Tym bardziej, że Twoi bohaterowie nie budzą mojej sympatii. Oni nas u licha podbili, narzucili ustrój, który uważaliśmy do tej pory za przeżytek. W którymś fragmencie opisujesz samobójcę, który bluzga na szlachcica, by ten go zabił. Możliwe, że przykład wziąłeś z przestępców, którzy sugerując użycie broni, zmuszają gliniarzy do ich zabicia. W tych przypadkach sympatia jest raczej po stronie gliniarzy, ale w opisanym przez Ciebie przypadku już nie. Współczuję samobójcy, bo to mógł być ktoś z Ziemian, a Ziemianin to swój, zaś baron Fredegar to obcy. Na dodatek jest różnica między bluzganiem, a wyjęciem broni.

A swoją drogą, chrześcijaństwo nie jest na Ziemi jedyną religią. Co zrabili najeźdźcy z wyznawcami islamu, buddyzmu, judaizmu? Mam nadzieję, że ich nie eksterminowałeś? ;)

 

 

 

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Jak się czyta po kawałku, faktycznie może się to stać. Sprawdzałem całość na różnych ludziach i raczej nie spotkałem się z konkretnie tym problemem. Czytali powiedzmy w ciągu tygodnia wszystko. Tutaj nie chcę wykładać materiału za szybko, żeby nie zawalać portalu, a z drugiej strony czytelnik zapomina o co chodzi, albo zniechęca się długimi przerwami. Nie wiem jak lepiej.

Moi bohaterowie odzwierciedlają mój stosunek do współczesnego świata i jego wartości. Dlatego też moja sympatia musi im wystarczyć. Twoja reakcja mnie poniekąd satysfakcjonuje. Zdziwiłbym się, gdyby ktoś tego nie powiedział.

Obrażanie szlachcica jest buntem, a bunt w tym świecie to śmierć. Zresztą Fredegar nie pochwala zabicia pyskatego delikwenta, i nie mówi Odo, że nie jest winny. I nie jest baronem, tylko zwykłym rycerzem.

Chrześcijaństwo nie jest jedyną religią, tylko jedynie słuszną religią. Przybysze są ciężko zszokowani, że akurat na planecie Wcielenia nie wszyscy są chrześcijanami, i w ogóle taki bałagan. Niemniej na siłę nawracać nikogo nie będą. W drugiej części jest dużo o relacjach ziemian ze zdobywcami, ale w pierwszej też pojawia się tu i ówdzie. Generalnie książka nie o tym.

Czekam na następne kawałki, zainteresowałeś mnie. Ale przejrzyj wiele razy przed wrzuceniem. Nie gniewaj się, ale dopracować naprawdę trzeba.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Zgadzam się. Jasne, że trzeba. Zrobię co można, a potem i tak trzeba brać redaktora. Jak widać, to stajnie Awgiasza. Uprzedzam, w najbliższych odcinkach będzie dużo batalistyki.

Nikolzollernie, ponieważ kolejne fragmenty czytam po coraz dłuższych przerwach, zaczynam gubić się w losach bohaterów i dlatego ograniczam się tylko do łapanki.

 

Słoń­ce to cho­wa­ło się, to wy­nu­rza­ło się zza po­szar­pa­nych chmur… ―> Słoń­ce to cho­wa­ło się, to wy­nu­rza­ło zza po­szar­pa­nych chmur

 

Moja matka i jej mał­żeń­stwo, to oso­bli­wa hi­sto­ria była za­męż­na, a za­ra­zem jakby nie była. ―> Moja matka i jej mał­żeń­stwo, to oso­bli­wa hi­sto­ria; była za­męż­na, a za­ra­zem jakby nie była.

Unikaj dodatkowych półpauz w dialogach; sprawiają, że zapis staje się mniej czytelny.

 

– Pra­wie je­ste­śmy. – po­wie­dział Fre­de­gar. ―> – Pra­wie je­ste­śmy – po­wie­dział Fre­de­gar.

Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

– Obro­na te­re­no­wa, mają punkt zbior­czy w Ca­stro del Rosa. – po­in­for­mo­wał to­wa­rzy­sza von Stet­ten – Lu­dzie z tej wsi też do niej na­le­żą. ―> – Obro­na te­re­no­wa, mają punkt zbior­czy w Ca­stro del Rosa – po­in­for­mo­wał to­wa­rzy­sza von Stet­ten. – Lu­dzie z tej wsi też do niej na­le­żą.

Zbędna kropka po wypowiedzi, Brak kropki po didaskaliach.

 

Dom był zbu­do­wa­ny w kształ­cie pod­ko­wy. ―> Dom był zbu­do­wa­ny na planie pod­ko­wy.

 

Na wprost drzwi znaj­do­wa­ły się czar­ne drew­nia­ne scho­dy pro­wa­dzą­ce na pię­tro. Po pra­wej znaj­do­wa­ła się duża sala z ko­min­kiem i dużym sto­łem. ―> Powtórzenia.

Proponuję: Na wprost drzwi pięły się czar­ne drew­nia­ne scho­dy pro­wa­dzą­ce na pię­tro. Po pra­wej znaj­do­wa­ła się obszerna sala z ko­min­kiem i dużym sto­łem.

 

jakie bu­do­wa­no ja­kieś 300 lat temu… ―> …jakie bu­do­wa­no ja­kieś trzysta lat temu

 

o czym świad­czy­ły do­cho­dzą­ce zza nie­do­mknię­tych drzwi za­pa­chy. ―> …o czym świad­czy­ły zapachy, do­cho­dzą­ce zza nie­do­mknię­tych drzwi.

 

Stam­tąd po­ja­wi­ła się drob­na, siwa ko­bie­ta. ―> Wyszła stam­tąd drob­na, siwa ko­bie­ta.

 

– Pa­ni­czu Fre­de­ga­rze! – na twa­rzy ko­bie­ty… ―> – Pa­ni­czu Fre­de­ga­rze! – Na twa­rzy ko­bie­ty

 

po­ca­ło­wał star­szą pani w po­li­czek. ―> Literówka.

 

– Rada mi i nie rada. ―> – Rada mi i nierada.

 

– W ji­ne­tach – lek­kiej jeź­dzie oszczep­ni­czej. ―> – W ji­ne­tach, lek­kiej jeź­dzie oszczep­ni­czej.

 

– Witam w domu, Panie. ―> – Witam w domu, panie.

Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

– Dwa­kroć był już ranny! – ze łzami w gło­sie ode­zwa­ła się cio­cia Marta – dzień i noc modlę się, żeby wró­cił żywy, a teraz jesz­cze Ste­fan… ―> – Dwa­kroć był już ranny! – Ze łzami w gło­sie ode­zwa­ła się cio­cia Marta.Dzień i noc modlę się, żeby wró­cił żywy, a teraz jesz­cze Ste­fan

 

– Wuju Ste­fa­nie, cio­ciu Marto! – rzekł Fre­de­gar uro­czy­ście, jako że uznał, że wła­ści­wa chwi­la już na­de­szła – Mam wam coś do po­wie­dze­nia: wuj Ste­fan nie bę­dzie mu­siał iść na wojnę jest po­trzeb­ny tutaj i dość już słu­żył kró­lo­wi i na­sze­mu ro­do­wi. Za­stą­pi go ten oto bitny mło­dzie­niec Hans Kral­le! ―> – Wuju Ste­fa­nie, cio­ciu Marto! – rzekł Fre­de­gar uro­czy­ście, uznał bowiem, że wła­ści­wa chwi­la już na­de­szła. – Mam wam coś do po­wie­dze­nia: wuj Ste­fan nie bę­dzie mu­siał iść na wojnę, jest po­trzeb­ny tutaj i dość już słu­żył kró­lo­wi i na­sze­mu ro­do­wi. Za­stą­pi go ten oto bitny mło­dzie­niec, Hans Kral­le!

 

Kral­le, który aku­rat scho­dził po scho­dach zo­stał… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Kral­le, który aku­rat scho­dził po stopniach zo­stał… Lub: Kral­le, który aku­rat zstępował po scho­dach zo­stał

 

Chwi­lę póź­niej zre­flek­to­wa­ła i rzu­ci­ła się dzię­ko­wać Fre­de­ga­ro­wi… ―> A może: Chwi­lę póź­niej zre­flek­to­wa­ła się i poczęła dzię­ko­wać Fre­de­ga­ro­wi

 

z miej­sca uci­na­jąc wy­lew­no­ści cioci Marty. Po czym wszy­scy zwró­ci­li się… ―> …z miej­sca uci­na­jąc wy­lew­no­ści cioci Marty, po czym wszy­scy zwró­ci­li się

 

po­bło­go­sła­wił stół zna­kiem krzy­ża.

Przy stole pa­no­wa­ła po­god­na at­mos­fe­ra… ―> Powtórzenie.

Proponuję w drugim zdaniu: Podczas posiłku pa­no­wa­ła po­god­na at­mos­fe­ra

 

„Gdyby Kral­le nie zgło­sił się do mnie, nawet bym nie wpadł na to, by nająć kogoś w za­stęp­stwie wuja Ste­fa­na. A teraz je­stem do­bro­dzie­jem sycę swoją próż­ność”. – skar­cił sie­bie… ―> „Gdyby Kral­le nie zgło­sił się do mnie, nawet bym nie wpadł na to, by nająć kogoś w za­stęp­stwie wuja Ste­fa­na. A teraz je­stem do­bro­dzie­jem, sycę swoją próż­ność” – skar­cił sie­bie

 

jak cio­cia kręci się wokół Hansa co rusz do­kła­da­jąc mu je­dze­nia i do­le­wa­jąc wina. Kral­le uprzej­mie od­po­wia­dał na py­ta­nia ciociro­dzi­cach, ro­dzeń­stwieróż­nych in­nych nud­nych rze­czach… ―> …jak cio­cia kręci się wokół Hansa, co rusz do­kła­da­jąc mu je­dze­nia i do­le­wa­jąc wina. Kral­le uprzej­mie od­po­wia­dał na jej py­ta­nia o ro­dzi­ców, ro­dzeń­stwo róż­ne in­ne nud­ne rze­czy

 

Kral­le­go trze­ba nieco do­zbro­ić, wuju. – po­wie­dział Fre­de­gar – do­bierz mu jakiś hełm i kuszę. ―> Kral­le­go trze­ba nieco do­zbro­ić, wuju – po­wie­dział Fre­de­gar – do­bierz mu jakiś hełm i kuszę.

Brak półpauzy rozpoczynającej wypowiedź. Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

-Dzi­ry­ty? ―> Dziryty?

Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

– Daj spo­kój, wuju.… ―> – Daj spokój, wuju

Po wielokropku nie stawia się kropki.

 

przy­szło na wy­pra­wę iść i po­szli w czym było. ―> …przy­szło iść na wy­pra­wę i po­szli w tym, co było.

 

za­wio­dłem cię i okła­ma­łem. ―> …za­wio­dłem Cię i okła­ma­łem.

To zdanie z listu, więc wielka litera.

 

Kiedy Fre­de­gar szedł do szko­ły, albo z niej wra­cał, za­wsze szedł przy­wi­tać się… ―> Kiedy Fre­de­gar szedł do szko­ły, albo z niej wra­cał, za­wsze podchodził przy­wi­tać się z mamą

 

jeśli nie, – nie prze­ry­wał jej sku­pie­nia. ―> …jeśli nie – nie prze­ry­wał jej sku­pie­nia.

Przed półpauza nie stawiamy przecinka.

 

Z cza­sem za­czął pa­trzyć na nią z góry… ―> Raczej: Z cza­sem za­czął pa­trzeć na nią z góry

 

Wiatr po­ru­szał jej włosy i frędz­le szalu. ―> Wiatr po­ru­szał jej włosy i frędz­le szala.

 

Przy całym tym roz­mo­dle­niu była bar­dzo rze­czo­wa i cał­ko­wi­cie ade­kwat­na w życiu co­dzien­nym. ―> Przy całym roz­mo­dle­niu była bar­dzo rze­czo­wa i cał­ko­wi­cie dostosowana do życia codziennego.

 

Nie to sta­no­wi­ło sedna jej życia… ―> Nie to sta­no­wi­ło sedno jej życia

 

i konie i resz­tę stwo­rzoń. ―> …i konie i resz­tę stwo­rzeń.

 

Pod­szedł do ba­lu­stra­dy zwró­co­nej ku ciem­nie­ją­ce­mu wscho­do­wi i sta­nął na jej miej­scu. ―> Mimo kursywy ze zdania wynika, że stanął na miejscu balustrady.

Może: Pod­szedł do ba­lu­stra­dy zwró­co­nej ku ciem­nie­ją­ce­mu wscho­do­wi i sta­nął tam, gdzie stawała matka.

 

Nigdy przed­tem sku­pie­nie na mo­dli­twie nie da­wa­ło mu się tak łatwo, serca do­tknę­ło ko­ją­ce wzru­sze­nie. ―> Nie bardzo rozumiem to zdanie.

A może miało być: Nigdy przed­tem sku­pie­nie się na mo­dli­twie nie przyszło mu tak łatwo, ko­ją­ce wzru­sze­nie do­tknę­ło serca.

 

„W ta­kich chwi­lach wy­pa­da rzu­cić wszyst­ko w cho­le­rę i zo­stać mni­chem… Boże, nie mogę uciec teraz”. „Potem też nie dasz rady”. – po­wie­dzia­ło zło­śli­wie su­mie­nie – bo tego nie chcesz”. „To trud­no – gru­biań­sko uciął we­wnętrz­na dys­ku­sję Fre­de­gar – mam w końcu obo­wiąz­ki wobec swo­ich ludzi”. ―> Mam wrażenie, że ten wewnętrzny dialog z sumieniem nie jest poprawnie zapisany, ale nie bardzo wiem, co Ci zaproponować, aby oddzielić myśli Fredegara od głosu sumienia.

Może: „W ta­kich chwi­lach wy­pa­da rzu­cić wszyst­ko w cho­le­rę i zo­stać mni­chem… Boże, nie mogę uciec teraz”. Potem też nie dasz rady – po­wie­dzia­ło zło­śli­wie su­mie­nie – bo tego nie chcesz. „To trud­no” – gru­biań­sko uciął we­wnętrz­ną dys­ku­sję Fre­de­gar. „Mam w końcu obo­wiąz­ki wobec swo­ich ludzi”.

 

Pię­cio­dnio­wą drogę do punk­tu zbior­cze­go Fre­de­gar i Kral­le po­ko­ny­wa­li konno, ro­biąc co­dzien­nie trzy­dzie­ści czter­dzie­ści ki­lo­me­trów. ―> Czy oni na pewno robili kilometry?

Proponuję: Pię­cio­dnio­wą drogę do punk­tu zbior­cze­go Fre­de­gar i Kral­le przemierzali konno, pokonując co­dzien­nie trzy­dzie­ści, czter­dzie­ści ki­lo­me­trów.

 

Dwóch było w po­czci­wym wieku, na oko po pięć­dzie­siąt­ce. ―> Na czym polega poczciwość wieku?

Za SJP PWN: poczciwy 1. «życzliwy w stosunku do innych; też: wyrażający taką postawę» 2. «wzbudzający życzliwe uczucia»

 

Ni­cze­go się nie nisz­czy, nie za­stę­pu­je się jed­ne­go dru­gim, nie łamie się ka­no­nu sztu­ki, nie zmie­nia się praw, nie od­rzu­ca się do­gma­tów wiary, nie po­rzu­ca się tra­dy­cji, tylko się uzu­peł­nia, do­da­je. Chyba dla­te­go Rze­sza cią­gle się roz­ra­sta… ―> Siękoza.

Proponuję: Ni­cze­go się nie nisz­czy, nie za­stę­pu­je jed­ne­go dru­gim, nie łamie się ka­no­nu sztu­ki, nie zmie­nia praw, nie od­rzu­ca do­gma­tów wiary, nie po­rzu­ca tra­dy­cji, ale ją uzu­peł­nia, do­da­je. Chyba dla­te­go Rze­sza cią­gle się roz­ra­sta

 

i do­sto­so­wa­nym dla pod­łych gu­stów… ―> …i do­sto­so­wa­nym do pod­łych gu­stów

Coś dostosowuje się do czegoś, nie dla czegoś.

 

Teren tym­cza­sem sta­wał się coraz bar­dziej gó­rzy­sty. Góry były nie­rów­no­mier­nie za­le­sio­ne… ―> Proponuję: Teren tym­cza­sem sta­wał się coraz bar­dziej gó­rzy­sty. Wzniesienia były nie­rów­no­mier­nie za­le­sio­ne

 

Droga wiła się w pio­nie i po­zio­mie… ―> Droga może prowadzić dość ostro pod górę, ale chyba jednak nie w pionie.

 

le­ni­wie pod­da­wał się wia­tru cięż­ki od haftu sztan­dar… ―> …le­ni­wie pod­da­wał się wia­trowi cięż­ki od haftu sztan­dar

 

Przy­wo­dzi nam don Car­los de Gil­lio­mar, piąty w ro­dzie kró­lew­skim. To jego sztan­dar. Ten czer­wo­ny z pan­te­rą to Pfaf­fen­ber­ga, a zie­lo­no złoty z czar­nym gry­fem to don Alon­sa. ―> Prze­wo­dzi nam don Car­los de Gil­lio­mar, piąty w ro­dzie kró­lew­skim. To jego sztan­dar. Ten czer­wo­ny z pan­te­rą, Pfaf­fen­ber­ga, a zie­lo­no-złoty z czar­nym gry­fem, don Alon­sa.

 

– Masz rację ich rody są spo­krew­nio­ne. ―> – Masz rację. Ich rody są spo­krew­nio­ne.

 

– Don Fre­de­gar von Stet­ten, z jed­nym kon­nym knech­tem…, -– he­rold przyj­rzał się Kral­le­mu, – jest z two­ich wło­ści, panie? ―> – Don Fre­de­gar von Stet­ten, z jed­nym kon­nym knech­tem… – Herold przyj­rzał się Kral­le­mu.Jest z two­ich wło­ści, panie?

Po wielokropku nie stawia się przecinka. Czemu służy dywiz po zbędnym przecinku? Przed półpauzą nie stawia się przecinka.

 

– O! …i dwa konie jucz­ne. ―> – O, i dwa konie jucz­ne!

 

– Don Fre­de­gar raczy przy­łą­czyć sie do… ―> Literówka.

 

po­wie­dział po-ril­gerdz­ku zna­jo­my głos. Zza fur­go­nu na pięk­nym de­re­szu wy­ło­nił się roz­pro­mie­nio­ny ry­cerz– muzyk. ―> …po­wie­dział po ril­gerdz­ku zna­jo­my głos. Zza fur­go­nu, na pięk­nym de­re­szu, wy­ło­nił się roz­pro­mie­nio­ny ry­cerz-muzyk.

 

– Don Elia­szu! – ucie­szył się Stet­ten – Rad je­stem pana wi­dzieć. ―> Albo: – Don Elia­szu! – ucie­szył się Stet­ten – rad je­stem pana wi­dzieć. Albo: – Don Elia­szu! – ucie­szył się Stet­ten. – Rad je­stem pana wi­dzieć.

 

– Mam dyżur: don Alon­so wy­sy­ła nas… ―> – Mam dyżur, don Alon­so wy­sy­ła nas

Dwukropek jest tu zbędny, albowiem niczego nie wyliczasz, niczego nie cytujesz.

 

– Don von Ap­fel­baum? Je­stem za­szczy­co­ny. Ry­cerz Cri­stó­bal de Ylloa. – don Cri­stó­bal już za­mel­do­wał się… ―> – Don von Ap­fel­baum? Je­stem za­szczy­co­ny. Ry­cerz Cri­stó­bal de Ylloa. – Don Cri­stó­bal już za­mel­do­wał się

 

– Ve­la­squ­es to jakby gil­lio­mar­skie na­zwi­sko, ale nie znam ta­kie­go ma­la­rza. ―> – Ve­la­squ­es to jakby gil­lio­mar­skie na­zwi­sko, ale nie znam ta­kie­go ma­la­rza.

 

– Żył ja­kieś 400 lat temu na pla­ne­cie Wcie­le­nia. ―> – Żył ja­kieś czterysta lat temu na pla­ne­cie Wcie­le­nia.

 

– Wi­dzia­łem jest zna­ko­mi­ty. ―> – Wi­dzia­łem, jest zna­ko­mi­ty.

 

Za­bra­łem na wy­pra­wę pań­ska płytę… ―> Literówka.

 

więk­szość pa­sa­że­rów „Flus­sp­fer­da”, z wy­jąt­kiem tych, czyje wło­ści le­ża­ły na pół­no­cy… ―> …więk­szość pa­sa­że­rów „Flus­sp­fer­da”, z wy­jąt­kiem tych, których wło­ści le­ża­ły na pół­no­cy

 

i krza­cza­ste brwi, które groź­nie chmu­rzył. ―> Raczej: …i krza­cza­ste brwi, które groź­nie marszczył.

 

wy­glą­da jak To­chi­ro Mi­fu­ne w roli Ki­ku­chiyo… ―>> …wy­glą­da jak Toshirō Mi­fu­ne w roli Ki­ku­chiyo

 

eg­zo­tycz­nie wy­glą­da­ją­cą grupa ry­ce­rzy w la­mel­ko­wych zbro­jach, bar­dzo ciem­nej kar­na­cji z wy­ta­tu­owa­nym ma­ki­ja­żem do­oko­ła oczu i ob­fi­to­ścią zło­tych ozdób. ―> Raczej: …eg­zo­tycz­nie wy­glą­da­ją­cą grupę ry­ce­rzy o bar­dzo ciem­nej kar­na­cji, z wy­ta­tu­owa­nym ma­ki­ja­żem do­oko­ła oczu, noszących la­mel­ko­we zbro­je i ob­fi­to­ść zło­tych ozdób.

 

– To się na­zy­wa ho­pesz sta­ro­żyt­na broń, ro­bio­na nie­gdyś z brązu, po­wie­dział Ap­fel­baum… ―> – To się na­zy­wa chepesz/ chopesz, sta­ro­żyt­na broń ro­bio­na nie­gdyś z brązu po­wie­dział Ap­fel­baum

 

kon­ty­nent, w więk­szo­ści nie za­miesz­ka­ły… ―> …kon­ty­nent, w więk­szo­ści nieza­miesz­ka­ły

 

przy­po­mi­na­ło to spo­tka­nie ab­sol­wen­tów. Fre­de­gar spo­tkał trzech ko­le­gów… ―> Proponuję w pierwszym zdaniu: …przy­po­mi­na­ło to zlot/ zjazd/ zgromadzenie ab­sol­wen­tów.

 

Widmo śmier­ci i ka­lec­twa, zwy­kle błą­ka­ją­ce się w za­ka­mar­kach świa­do­mo­ści ry­ce­rza, po­ja­wi­ło nagle nie­po­ko­ją­co bli­sko… ―> Widmo śmier­ci i ka­lec­twa, zwy­kle błądzące w za­ka­mar­kach świa­do­mo­ści ry­ce­rza, po­ja­wi­ło się nagle nie­po­ko­ją­co bli­sko

 

„I to jest cał­kiem moż­li­we nie­mal­że jutro” – po­my­ślał. ―> „I to jest cał­kiem moż­li­we, nie­mal­że jutro” – po­my­ślał.

 

Wyraz twa­rzy miał sku­pio­ny, jak ktoś, kto ma w gło­wie… ―> Proponuję: Skupiony wyraz twarzy sugerował, że ma w gło­wie

 

Fre­de­ga­ra pierw­szym za­uwa­żył Man­fred, który po­ma­chał mu ręką. ―> Raczej: Fre­de­ga­ra pierw­szy za­uwa­żył Man­fred i po­ma­chał mu ręką.

 

Don Alon­so ski­nął głowa na ukłon Stet­te­na… ―> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czekałem na nią z utęsknieniem. Po wprowadzeniu poprawek wkleję poprawiony tekst z powrotem do książki. Szkoda oczywiście, że to tylko łapanka, ale jaka!

Tak sobie właśnie myślałam, Nikolzollernie, że pewnie się ucieszysz. Kiedy uporam się z bieżącymi opowiadaniami, zajrzę też do kolejnego fragmentu. Mam nadzieję, że wykażesz się cierpliwością. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jak do tej pory to mój ulubiony fragment. Całkiem sporo się tu dzieje i nie chodzi mi o walki, lecz o emocje. Zarówno bohaterowie jak i akcja nabierają kolorów :) Dialogi też na plus :)

Zobaczymy jak pójdzie dalej. Teraz będą aż trzy odcinki wojenne.

Ten fragment bardziej mi się podobał niż poprzedni :)

Przynoszę radość

Nowa Fantastyka