- Opowiadanie: stn - Suma wad i zalet

Suma wad i zalet

A taki szort, żeby z obie­gu nie wy­paść.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Suma wad i zalet

Cho­le­ra, znowu za­spa­łem.

Alfa spró­bo­wał wstać, ale ze zdzi­wie­niem spo­strzegł, że jest pra­wie w ca­ło­ści przy­kry­ty pia­skiem. Wy­pro­sto­wał się i po­pra­wił maskę na twa­rzy, spraw­dził, czy rura z sy­fo­nem są nadal szczel­nie po­łą­czo­ne i po uprzed­niej we­ry­fi­ka­cji, ro­zej­rzał się wokół.

Do środ­ka wle­wał się de­li­kat­ny re­fleks pod­rzu­co­ny przez księ­życ we wcze­snej kwar­cie i światło odbijało się od rozrzuconego gdzieniegdzie szafirowego żużlu. Niebieskie plamy tańczyły z bladymi smugami na ściankach namiotu. Umysł Alfy za­wie­szo­ny w sen­nym limbo pod­po­wia­dał mu o ta­jem­ni­czej ka­ta­stro­fie, przez którą pękło niebo i wy­sy­pa­ło gwiaz­da­mi na dywan. Do­pie­ro po chwi­li, kiedy wszyst­kie myśli i wspo­mnie­nia uło­ży­ły się na swo­ich miej­scach, błysz­czą­ca błę­ki­tem szla­ka przy­po­mnia­ła mu o nie­do­peł­nio­nym obo­wiąz­ku – tuż przed nim, na za­im­pro­wi­zo­wa­nym pie­de­sta­le, stała bryła z me­ta­sza­fi­ru. Od­gar­nął stopą kurz i nie­bie­skie okru­chy żeby do­strzec le­żą­cą obok ta­bli­cę ze szki­cem. Dłu­gie i grube kre­ski ry­so­wa­ły przed nim Esen­cję, którą miał za­miar wy­rzeź­bić.

Wcze­śniej na­le­ża­ło jed­nak tro­chę po­sprzą­tać – po­za­mia­tał i zło­żył pa­ne­le sło­necz­ne i ze zdzi­wie­niem stwier­dził, że ma wię­cej ener­gii niż po­wi­nien. Spraw­dził od­czyt z czuj­ni­ków i zro­zu­miał, że za­szedł pe­wien elek­tro­sta­tycz­ny fe­no­men. Wy­szedł na ze­wnątrz i wy­czuł za­pach ozonu. Pod­czas burzy po­de­rwa­ne okru­chy me­ta­kwar­cu tarły o sie­bie tak wście­kle, że nawet teraz po jego ska­fan­drze bie­ga­ły mrów­ki z uno­szą­ce­go się w po­wie­trzu na­pię­cia.

Przyj­rzał się pu­sty­ni. Z da­le­ka ma­ja­czył ka­dłub wiel­kie­go stat­ku, za­to­pio­ne­go dzio­bem w pia­sku. Nie pa­mię­tał, ile to już lat był roz­bit­kiem. Rzeź­bia­rze, któ­rzy prze­ży­li, mieli nie­dłu­go się tam ze­brać i zde­cy­do­wać, czyja forma Esen­cji jest naj­bliż­sza czło­wie­ko­wi. Alfa sku­pił wzrok i do­strzegł de­li­kat­ne świa­tło mi­ga­ją­ce do niego z od­da­li. Wie­dział, skąd ono po­cho­dzi. Znowu mnie uprze­dzi­ła – po­my­ślał. Omega już pra­co­wa­ła. Ale to ja je­stem Alfą i to mnie na­le­ży się pierw­szeń­stwo – dodał w my­ślach, po czym ob­ró­cił się na pię­cie i wró­cił do pu­styn­ne­go warsz­ta­tu.

– Nie. Nie. NIE. NIE! – krzy­czał do sza­fi­ro­we­go bloku, wście­kle ude­rza­jąc weń dłu­tem. Ka­wał­ki żużlu sy­pa­ły się wokół i mie­sza­ły z prze­kleń­stwa­mi, kiedy ostrze śli­zgnę­ło się w nie­ocze­ki­wa­nym przez rzeź­bia­rza kie­run­ku. On sam mógł przy­siąc, że iskry prze­zeń krze­sa­ne nie ro­dzi­ły się na styku ma­te­ria­łu i na­rzę­dzia, ale w nim samym – w tej samej za­zdro­ści, którą z furią z sie­bie wy­rzu­cał.

Alfa pa­mię­tał pro­jekt po­ka­za­ny mu przez Omegę i po­sta­no­wił się na nim wzo­ro­wać. Za­czął więc od koń­czyn i, nieco je wy­dłu­ża­jąc, spra­wił, że jego twór bę­dzie wyż­szy i groź­niej­szy. Po­dob­nie wy­kon­cy­po­wał sobie tułów, do­da­jąc ko­lej­ne mię­śnie i włók­na z me­ta­kwar­cu. Esen­cja Omegi miała być zwin­niej­szą i de­li­kat­niej­szą, Alfa po­sta­wił na siłę i wy­trzy­ma­łość. W cza­sie, kiedy on dawał upust tar­ga­ją­cym nim emo­cjom, dzie­siąt­ki drob­nych mró­wek po­wy­cho­dzi­ło z jesz­cze więk­szej licz­by szcze­lin, zaj­mu­jąc się sprzą­ta­niem okrusz­ków i od­bie­ra­niem od rzeź­bia­rza ukoń­czo­nych frag­men­tów nowej fi­gu­ry. Każdy z ro­bacz­ków świe­cił innym ko­lo­rem – za­leż­nie od po­dej­mo­wa­ne­go wła­śnie za­da­nia, dla­te­go ścia­ny na­mio­tu mie­ni­ły się całą pa­le­tą życia. Bił młot­kiem i dłu­tem na zmia­nę, oświe­tlo­ny czer­wie­nią i zie­le­nią, a kiedy ko­lej­na z koń­czyn zo­sta­ła ukoń­czo­na, po­ry­wał ją stru­mień żół­tych punk­ci­ków i skle­jał w błę­kit­no-bia­łą po­stać. Alfa za­wa­hał się i za­trzy­mał do­pie­ro przy gło­wie, kiedy tar­gnę­ły nim wąt­pli­wo­ści o tre­ści jego wła­snej Esen­cji. Czy jej psy­cha po­win­na iść w parze z ce­cha­mi ciała?

Po­czuł się zmę­czo­ny i po­sta­no­wił po­świę­cić chwi­lę na od­po­czy­nek i na­mysł. Odło­żył dłuto i wy­szedł na ze­wnątrz, żeby przyj­rzeć się ciem­nej od­da­li. W ten spo­sób naj­ła­twiej coś wy­my­ślić. Trze­ba po­zwo­lić ideom po pro­stu z sie­bie wy­pły­nąć – po­my­ślał. Ta naj­sil­niej­sza za­wsze wróci.

De­li­kat­ne bły­ski psuły ota­cza­ją­cą go czerń. Gdzieś tam była ona. Tylko przed sobą po­tra­fił się przy­znać, że cze­kał aż ją usły­szy, wo­ła­ją­cą, by do niej wró­cił.

Ob­ró­cił się na pię­cie i scho­wał we wnę­trzu warsz­ta­tu. Mu­siał jej coś udo­wod­nić. I zro­zu­miał czego po­trze­bo­wa­ła jego Esen­cja. Była nią pewna nie­kon­se­kwen­cja, którą prze­ła­mie wro­dzo­ną w tę formę de­ter­mi­na­cję. Zde­cy­do­wał się wy­rzeź­bić w niej cier­pli­wość i em­pa­tię.

Cięż­kie poły na­mio­tu za­sło­ni­ły go przed resz­tą świa­ta, tym­cza­sem od­le­głe i ko­lo­ro­we bły­ski nie chcia­ły znik­nąć.

 

Omega usia­dła przy wej­ściu do na­mio­tu i przy­glą­da­ła się od­da­li. W ręku trzy­ma­ła pal­nik, któ­rym nada­ła su­ro­we­mu blo­ko­wi smu­kłych i de­li­kat­nych kształ­tów. 

Wszyst­ko przez tę małą istot­kę – po­my­śla­ła. Ona i Alfa ry­wa­li­zo­wa­li ze sobą od za­wsze. Całe swoje życia szu­ka­li coraz to lep­szych form, które mo­gły­by ich opi­sać albo pa­so­wa­ły­by ich na­tu­rze. Każdy suk­ces Omegi – poza oczy­wi­stą ra­do­ścią – ro­dził w Alfie też pew­ne­go ro­dza­ju zadrę. Nie chcia­ła się tylko przy­znać, że ona była taka sama. Jej udało się pierw­szej, zna­la­zła swój kształt – i nie za­mie­rza­ła wtedy prze­stać mu o tym przy­po­mi­nać. Pew­nej nocy Alfa znik­nął, wy­szedł z warsz­ta­tu i nigdy nie wró­cił. Omega po­dej­rze­wa­ła, że dał się po­chło­nąć za­zdro­ści, któ­rej ona sama go na­uczy­ła. Wie­dzia­ła je­dy­nie, że gdzieś tam nadal jest. Zacisnęła palce na metalowym palniku. Mogła tylko liczyć, że uda jej się oświetlić mu drogę do domu.

Opu­ści­ła wzrok i spoj­rza­ła na de­li­kat­ny pło­myk, który tań­czył z po­dmu­cha­mi wie­czor­ne­go wia­tru. Świa­tło ucie­ka­ją­ce od ma­łe­go pło­mycz­ka od­bi­ja­ło się i roz­kle­ja­ło na odłu­pa­nych krysz­ta­łach.

Gdzieś za jej ple­ca­mi mru­czał krysz­ta­ło­wy kot, szu­ka­jąc cze­goś do za­ba­wy. Pierw­szy i ostat­ni, któ­re­go stwo­rzy­ła. Sie­dzia­ła cier­pli­wie i oto­czy­ła się ko­lo­ro­wą na­dzie­ją, cze­ka­jąc, aż uko­cha­ny do niej wróci.

 

Alfa nigdy nie wy­słu­chi­wał jej tak jak po­wi­nien, ale wiele po­tra­fił do­strzec. Uro­dził się z darem wi­dze­nia rze­czy ja­ki­mi na­praw­dę były. Przy­glą­dał się wła­śnie swo­jej Esen­cji i po­rów­ny­wał ją ze szki­cem na ta­bli­cy. Przy­po­mniał sobie ich prace, kiedy wspól­nie z Omegą pro­wa­dzi­li warsz­tat. On za­czy­nał, ona koń­czy­ła. Za­wsze wi­dzia­ła świat z góry, prze­wi­dy­wa­ła i na­tych­miast re­ago­wa­ła. Nie umiał po­wie­dzieć, czy sto­ją­ca przed nim isto­ta była go­to­wa. Twór, który pró­bo­wał na­zwać, wpa­try­wał się w niego rów­nie upar­cie jak on sam. Obaj cze­ka­li – jeden cał­ko­wi­cie od­da­ny woli swo­je­go Pana, drugi za­sta­na­wia­ją­cy się co z nimi po­cząć.

– Już wiem, jak cię nazwę. Je­steś prze­cież taki sam.

Alfa pod­szedł do Esen­cji, która przy­glą­da­ła mu się sza­fi­ro­wy­mi ocza­mi. Poza nimi do­strze­gał setki mró­wek spa­ja­ją­cych ko­lej­ne frag­men­ty smu­kłe­go ciała. Gwiaz­dy scho­wa­ne za mru­ga­ją­cy­mi po­wie­ka­mi przy­po­mnia­ły mu o bły­skach z na­mio­tu Omegi.

– Prze­cież to ja cały ten czas sie­dzia­łem i przy­glą­da­łem się jej, pil­no­wa­łem i cze­ka­łem. Nie­waż­ne czy po­wo­dem tego była za­wiść albo za­zdrość, może nawet strach przed jej re­ak­cją, ale nigdy nie po­tra­fi­łem odejść. Dla­te­go w pełni świa­do­mie, choć wcze­śniej tego nie ro­zu­mia­łem, zna­la­złem formę tak bar­dzo mi toż­sa­mą.

Po­gła­dził Esen­cję po małej głów­ce.

– Nazwę cie­bie psem.

Wy­pro­sto­wał się i skie­ro­wał w stro­nę wyj­ścia. Jego to­wa­rzysz po­drep­tał tuż za nim.

 

Na cmen­ta­rzu po­my­słów było dziś wy­jąt­ko­wo tłocz­no. Setki nie­uda­nych Esen­cji i ich mniej­szych form – po­my­ślun­ków, tło­czy­ło się po­mię­dzy me­ta­lo­wym szkie­le­tem pra­daw­nej kon­struk­cji. Więk­szość z tych ży­ją­tek nigdy stąd nie wy­szła, ich twór­cy dawno nie żyli i nie było komu ich wspo­mi­nać. Alfa ski­nął do psa, zwie­rzak pod­biegł i sta­nął po­słusz­nie koło nóg swo­je­go wła­ści­cie­la.

– Mu­si­my ją zna­leźć – szep­nął w stro­nę sza­fi­ro­wych oczu.

Ro­zej­rzał się i za­uwa­żył je­dy­nie skut­ki upły­wa­ją­ce­go czasu. Wy­dmom nie udało się ich w ca­ło­ści ukryć, więc do­strze­gał trupy za­ło­gi i za­sty­głe ad­ro­idy, które wy­glą­da­ły jak po­są­gi po­rzu­co­ne mię­dzy że­bra­mi roz­bi­te­go ol­brzy­ma. Ma­szy­ny miały za­stą­pić zmar­łych ludzi, ale wkrót­ce za­czę­ły wy­czer­py­wać nie tylko swoje ba­te­rie, ale i sensy prze­ka­za­nych im przez wła­ści­cie­li wspo­mnień. De­li­kat­ny wiatr roz­wiał pył ero­du­ją­cych w ciszy Esen­cji. Alfa wie­dział, że i jego życie po­wo­li zbli­ża­ło się do końca. Spoj­rzał na me­ta­lo­we ciało, które nie­chcą­cy na­dep­nął. Praw­dzi­wy Alfa, kim­kol­wiek kie­dyś był, prze­ka­zał mu tylko garść pocz­tó­wek ze swo­je­go życia i jeden cel.

– Do­kończ moją pracę – kon­strukt wy­po­wie­dział swoje myśli.

Czy taki sam cel miał kon­strukt Omegi? Czy jesz­cze się spo­tka­ją?

Nie pa­mię­tał ich związ­ku ani mi­ło­ści – w pa­mięć wryto mu po­trze­bę bycia dla niej osto­ją. Za­rów­no praw­dzi­wy Alfa, jak i on, za­wie­dli.

Na cmen­ta­rzu wspo­mnień można było zna­leźć tylko od­po­wiedź na te­raź­niej­sze lub przy­szłe py­ta­nia. Na te z prze­szło­ści prze­cież już od­po­wie­dzia­no. Dla­te­go i tym razem Omega po­ja­wi­ła się ze swoją Esen­cją. Wy­star­czy­ła za­le­d­wie chwi­la, żeby pies i kot po­bie­gły ku sobie, cał­ko­wi­cie za­fa­scy­no­wa­ne od­kry­ciem, któ­rym dla sie­bie były. Nie­za­leż­ność spo­tka­ła się z przy­wią­za­niem, a sa­mo­dziel­ność z od­da­niem. Po­łą­czy­ła ich ra­dość nie­skrę­po­wa­na przez żadne słowo i zwy­czaj, nie rzu­ca­ły na sie­bie nawet cie­nia po­dej­rze­nia i za­wi­ści. Po­świę­ci­ły się za­ba­wie i od­kry­wa­niu – cza­sem któ­reś z nich za­war­cza­ło, cza­sem któ­reś po­ka­za­ło pa­zu­ry lub kły. Kiedy dzień do­biegł do końca i słoń­ce scho­wa­ło się za ho­ry­zon­tem, po­ło­ży­ły się obok i za­sty­gły. Za­rów­no Alfa i Omega zro­zu­mie­li, że sca­la­ją­ce je mrów­ki wy­czer­pa­ły swe ba­te­rie, a ich Esen­cje – pies i kot – za­snę­ły na dobre. Cmen­tarz po­my­słów i wspo­mnień przy­jął ko­lej­nych miesz­kań­ców.

Oba kon­struk­ty przez cały ten czas nie zbli­ży­ły się, przy­glą­da­jąc sobie z od­da­li i za­czy­na­ły ro­zu­mieć, czego ich twór­com bra­ko­wa­ło. Byli swoim prze­ci­wień­stwem, dla­te­go tak wspa­nia­le się uzu­peł­nia­li. Suma ich wad i zalet, nie­waż­ne jak czę­sto li­czo­nych, za­wsze wy­no­si­ła zero.

Za­bra­kło im po pro­stu czasu, żeby to zro­zu­mieć.

Koniec

Komentarze

Przeczytam. Na razie tyle: uff, dawno Cię tu nie było, już się martwiłam.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Miałem kilka innych zajęć, ale przyglądałem się zyciu na forum. ;)

“Maszyny miał zastąpić zmarłych ludzi”

→ miały

 

“Dlatego i tym razem Alfa pojawiła się ze swoją Esencją”

pojawił się

 

Dużo metafor, dobre tempo naprowadzania na rozwiązanie, ciekawe. Bardzo spodobało mi się zdanie “zaczęły wyczerpywać nie tylko swoje baterie, ale i sensy przekazanych ich przez właścicieli wspomnień” – niby zwyczajne, a cholernie dużo mówiące na wielu warstwach, tak o ludziach, jak i o pomysłach i realizacjach ludzi.

Gdzieś po drodze był akapit-kolos, który warto by było podzielić, ale ogólnie czytało się bardzo nastrojowo.

Końcówka pozytywna, a smutna, dziwnie to się czytało, to takie… dobre zakończenie napisane pod gust pesymistów – jakkolwiek by to nie zabrzmiało. I gdzieś tam zasugerowane, ze dobre to gdzieś pod koniec czeka i koniec oznacza.

Dobra, nastrojowa lektura.

 

Ciekawe to było, smutne. Nawet samotność ich nie połączyła. Trochę mi żal, że te tak krótko żyjące Esencje też ich nie połączyły. Fajnie dobrane imiona. Jest klimacik, tajemnica w tle. Podobało mi się.

Trochę się waham, czy wahanie z błędem powinno się znaleźć w Bibliotece. ;)

 

Alfa zawachał się

Literówka, mam nadzieję. ;)

 

Zapalały one świeczki, próbując oświetlić im drogi do domów.

Komu?

 

Maszyny miał zastąpić zmarłych ludzi, ale wkrótce zaczęły wyczerpywać nie tylko swoje baterie, ale i sensy przekazanych ich przez właścicieli wspomnień.

Maszyny miały.

A zaimek ich sprawia, że nie rozumiem, o co chodzi.

 

Zarówno prawdziwy Alfa i on zawiedli.

A może: jak i on.

 

 

nie rzucały na siebie nawet cienia podejrzenia i zawiści.

Nie wiem, jakoś to nie brzmi.

 

Jest w tym głębia i ból egzystencji. Spodobało mi się.

Ładna, poetycko napisana historia. Alfa i Omega, pozornie dwa jednoznaczne określenia, w Twoim tekście zyskują głębię. Podobało mi się, że bohaterowie są skomplikowani wewnętrznie: podobni do bogów, a jednocześnie bardzo ludzcy, pełni różnych emocji. Pomysł na esencje też uważam za udany. Ode mnie klik :)

Opowieść bardzo podoba misię, bardzo dobra! lecz czytało się bardzo ciężko. W kilku miejscach,  tekst aż się prosi o wygładzenie i dopracowanie.

Na przykład, w pierwszym akapicie jest: prawie w całości przysypany i rozgląda się (wyprostowanie sprawy nie załatwia); po sprawdzeniu weryfikuje. Na „wlewanie się refleksu” poszukałbym innego słowa (pierwszego, albo drugiego).

Sama wizja – oszałamiająca, plastyczna i po części zrozumiała. Kryształy szafirowego kwarcu, mrówki spajające, i esencje. Odnajduję w treści przebłyski kilku światów i wielu myśli/wątków niedokończonych: bieżącego Alfy i Omegi; zgromadzenia rzeźbiarzy decydujących o formie esencji najbliższej człowiekowi, historię Alfy i Omegi (czy ich wypełnienie – zwyciężyło, czy stało się tak dlatego, że tylko oni przeżyli? – chyba nie, gdyż wspominasz tych, którzy przeżyli); wreszcie istota esencji (nie chcę spojlerować, więc użyłam wyrażenia „istota esencji”) – czy się dopełniają (zazdrość, a zawiść, wybrałabym).

Dobrze, tak czy tak, zwracam się o klik.

I ja cieszę się, że zamieściłeś tekst:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Alfa i Omego, związane ze sobą nierozerwalnie a jednocześnie odległe jak początek i koniec. Dobrze mi się czytało.

Bardzo żałuję, że usterki nie pozwalają mi odesłać szorta do Biblioteki.

 

Pod­czas burzy wzbu­rzo­ne i po­de­rwa­ne okru­chy… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

i to mi na­le­ży się pierw­szeń­stwo… ―> …i to mnie na­le­ży się pierw­szeń­stwo

 

Alfa za­wa­chał się… ―> Dlaczego ten byk ciągle kaleczy wzrok???

 

Twór, któ­re­go pró­bo­wał na­zwać… ―> Twór, któ­ry pró­bo­wał na­zwać

 

Nie ważne czy po­wo­dem tego była za­wiść… ―> Nieważne czy po­wo­dem tego była za­wiść

 

Więk­szość z tych ży­ją­tek nigdy stąd nie wy­szła, jej twór­cy dawno nie żyli… ―> Więk­szość z tych ży­ją­tek nigdy stąd nie wy­szła, ich twór­cy dawno nie żyli

 

Spoj­rzał na me­ta­lo­we ciało, które nie­chą­cy na­dep­nął. ―> Literówka.

 

Za­rów­no Alfa i Omega zro­zu­mia­ły… ―> Chyba: Za­rów­no Alfa i Omega zro­zu­mieli

 

Suma ich wad i zalet, nie ważne jak czę­sto li­czo­nych… ―> Suma ich wad i zalet, nieważne jak czę­sto li­czo­nych

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dlaczego ten byk ciągle kaleczy wzrok???

reg, bo uciekł z zagrody i hasał sobie przez weekend. ;)

Błędy poprawione, dziękuję wszystkim za czujność!

 

dobre zakończenie napisane pod gust pesymistów

wilku, ciekawe spostrzeżenie. Miałem pomysł na treść, ale nie wiedziałem w jakim tonie ją zakończyć. Najwyraźniej osiągnąłem kompromis, bo końcówka i tak wydaje mi się raczej radosna.

 

W kilku miejscach,  tekst aż się prosi o wygładzenie i dopracowanie.

Asylum, to prawda. Wolałem opublikować niż obiecywać sobie, że “kiedyś poprawię”, bo “może jutro będzie na to chwilka”. Cieniu rzucił krótkim terminem, to musiałem się dostosować.

 

Zapalały one świeczki, próbując oświetlić im drogi do domów.

Komu?

Irka, mowa tu o marynarzach z poprzedniego zdania.

 

Zdziwiłem się, że tekst jest odbierany aż tak “boleśnie” i myślę tu o aromacie smutku i tęsknoty(?). 

W bajki ani morały bawić się nie umiem. Próbowałem stworzyć coś w miarę nastrojowego i spokojnego. No i raczej dobry humor miałem, kiedy ów szort pisałem. Nie mam zielonego pojęcia skąd wspomniane echo cierpiącej psychiki się wzięło. Być może w końcu udaje mi się budować atmosferę, której poniekąd oczekiwałem (a jej w danej chwili nie czułem) – czyli kłamać. ;)

Stn-ie, skoro byczki zostały ujarzmione, pozostaje mi kliknąć. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Bardzo mi się Twój tekst, Autorze, podobał. Zdanie po zdaniu powolutku budowałeś klimat i odsłaniałeś wizję przyszłości – oczywiście wypełnioną po horyzont melancholią, zewem przeszłości, smutkiem i samotnością. Tworzenie Esencji jest trochę niejasne, bardziej intuicyjne, np. jak to jest z tymi mrówkami co scalają fragmenty ukończonej rzeźby (?) z metakwarcu? Nie rozumiałam czy to łączone są całe kończyny, czy okruchy, jeśli okruchy, to czy można mówić o rzeźbieniu?

Motyw Cmentarza bardzo poetycki, przemawia do wyobraźni, a jednocześnie przykry jak wiele minionych rzeczy.

Na poziomie targania odpowiednich strun – cudo.

:)

Jeśli brakuje jeszcze klika, to ostatni będzie ode mnie :P

Świat fascynujący i niebanalny, ale przyznam szczerze, że trochę się w nim zagubiłem. I nie jestem też pewien ile z zamysłów autora zrozumiałem. Niby w zakończeniu jest wszystko wyłożone, ale mam wrażenie, że autor puszcza do mnie oko – tak, myśl sobie że wszystko zrozumiałeś, a tajemnicę poznają tylko nieliczni.

Dzięki za kliki, reg i aryo. ;)

 

Nie rozumiałam czy to łączone są całe kończyny, czy okruchy, jeśli okruchy, to czy można mówić o rzeźbieniu

Aryo, wersja kanoniczna, która uroiła się w mojej głowie (i prawdopodobnie ukryłem to pod płaszczykiem skomplikowanych zdań) – łączone są wyrzeźbione (odłupane?) kończyny, okruchy są odpadem po rzeźbieniu.

 

autor puszcza do mnie oko – tak, myśl sobie że wszystko zrozumiałeś, a tajemnicę poznają tylko nieliczni.

Fizyku, trochę tu murgnięć, trochę prawdy, że taki mam styl pisania (no nie umiem inaczej). Lubię zostawić pewne pole do interpretacji czytelnikowi (ale doświadczenie – bojowe, z dyskusji – stąd wyniesione, pozwoliło mi poprawić równowagę między wykładanymi sensami a tajemnicą. Skoro się reg spodobało i zrozumiała treść, to już pewnien kamień milowy dla mnie ;)).

Zresztą – nawet jeśli nie uda Ci się złapać króliczka, to możesz go wymyślić po swojemu. ;)

Tutaj koniec szorta to koniec opowieści – zaczeła się kolejna iteracja tego samego. Do czasu aż i te dwa ostatnie konstrukty wyczerpią swe baterie i przykryje je wydma.

Piękne. Nie zawiodłam się :) Oniryczne, plastyczne, dotykające istoty tworzenia, zarówno na poziomie sztuki jak i ontologii. Smutne, ale w taki nostalgiczno-refleksyjny sposób. Zdecydowanie jeden z najciekawszych tekstów w tym konkursie. Dla mnie piórkowe.

 

 

Nie chciałam sobie psuć lektury łapanką, bo u Ciebie zazwyczaj tekst gęsty i trzeba uważać, ale coś tam jednak rzuciło się w oczy:

 

Rzeźbiarze[+,] którzy przeżyli[+,] mieli niedługo się tam zebrać

Zaraz potem masz kolejne “który”

 

W przedostatnim akapicie namnożyło się “się”.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki!

Babole poprawione, zmieniłem też lekko układ dwóch przedostatnich akapitów i lekko je wyszlifowałem.

 

o u Ciebie zazwyczaj tekst gęsty i trzeba uważać

Mam wrażenie, że moje neurony najpierw chcą coś przekazać i dopiero później, przy kolejnych iteracjach szlifowania, zaczynają zastanawiać się “a może by to jakoś ładniej przedstawić?”. To też mój odwieczny problem – pomysł przed formą. Ciężko mi pisać “lekkim piórem”.

 

To akurat był komplement, bo w tej gęstości zawsze jest metoda :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jakaś tak, ale często i korekta przysporzyć może fizycznego wręcz bólu. ;)

Twoje historie są tak naprawdę bardzo klarowne, tylko czasem trzeba zajrzeć pod wiele warstw ;) Tu może nie, ale w “Sercu…”? A jednak, jak się połączy różne wątki i elementy, to wychodzą składne opowieści. Ta tutaj jest wręcz krystaliczna :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ładne, nastrojowe, przemyślane.

Żeby nie powtarzać po innych – dobry tekst.

Nie rozpatruje tego w kontekście wady czy zalety, bardziej przeszkody w pracy, którą trzeba wykonać (napisać). Pracuję nad tym, żeby konwergencja tych warstw była pełniejsza i łatwiejsza w odbiorze – to, że się przenikają powinno też oznaczać, że wciągną “w nurt” czytelnika i popłynie nimi jakby strumieniem. Nie umiem tego lepiej opisać. ;)

 

Dzięki, None. Doceniam nawet powtórzenia. ;)

Bardzo ciekawe obrazy i klimaty tu znalazłem. Takie poetycko-filozoficzne improwizacje na temat konkursowy, odsłaniające jego istotę i sens wykraczający poza te sympatyczne zwierzaki.

ędę musiał troszkę pobuszować w Twojej bibliotece… :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Dzięki za odwiedziny i zostawione słowo. Jeśli nie zraziła Cię forma, to próbuj z dowolnym z opowiadań (choć najcięższe i najgęstsze pod tym względem jest Kwantowego serca ostinato). ;)

Forma jest znakomita i to ona sprawiła moją frustrację (że tak nie potrafię, a chciałbym :) )

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Bardzo nastrojowe, coś jak przypowieść z dobrym zakończeniem, szkoda nazwać ją szortem.

Nigdy się nie poddawać

Bardzo to jest ładne. I nietypowo ładne też.

Może i mogłabym powiedzieć coś więcej, może się przyczepić, że raz czy dwa jakiś opis wydał mi się przegadany, ale chyba wolę siedzieć w ciszy i podziwiać tę pięknie słowami utkaną opowieść.

Będę trzymał się licznika, dziewięc i pół tysiąca znaków nie zasługuje na miano opowiadania. ;)

Co do formy – bez przesady. Żebym to ja jeszcze rozumiał (i znał) większość zasad gramatyki czy stylistyki, to chociaż bym je stosował – a tak to błądzę jak dziecko we mgle (dym z palonych słowników?).

Przegadanie – wiadomo. Ciężko było się pewnych zasad i rygoru nauczyć, ale nie odmówię sobie sporadycznego “płynięcia” w strumieniu skojarzeń/świadomości. To jest po prostu zbyt przyjemne. :D

Czy nie zasługuje na miano opowiadania? Skoro jest zdecydowanie dłuższe od szorta i zawiera pełną, wcale nie taką małą, a na dodatek rozbudowaną historię… Ergo: tak, zasługuje. W dodatku dobrego opowiadania.

Do środka namiotu wlewał się delikatny refleks podrzucony przez księżyc w nowiu.

Księżyc w nowiu jest niewidoczny na niebie, nie może zatem rzucać refleksów.

 

pozamiatałzłożył panele słoneczneze zdziwieniem stwierdził

Powtórzenie nie wygląda na celowe, stąd proponuję na przykład: “pozamiatał i złożył, a potem stwierdził” lub “pozamiatał, złożył i stwierdził”.

 

Wcześniej należało jednak trochę posprzątać – pozamiatał i złożył panele słoneczne i ze zdziwieniem stwierdził, że ma więcej energii niż powinien. Sprawdził odczyt z czujników i zrozumiał, że zaszedł pewien elektrostatyczny fenomen. Wyszedł na zewnątrz i wyczuł zapach ozonu.

Trzy zdania, a “i” funkcjonuje jako spójnik cztery razy. Nie wygląda to najlepiej.

 

Nie pamiętał[+,] ile to już lat był rozbitkiem.

 

Wiedział[+,] skąd ono pochodzi.

 

Orzeczenia w zdaniu powinno się rozdzielić przecinkiem.

 

iskry przezeń krzesane nie rodziły się na styku materiału i narzędzia, ale w nim samym – w tej samej zazdrości

Wywalając ozdobniki, zostaje “iskry nie rodziły się w zazdrości”. Można zrodzić coś z czegoś. Nie spotkałem się natomiast z wyrażeniem, by coś zrodzono w czymś, stąd też proponuję “iskry nie rodziły się z zazdrości”.

 

Zaczął więc od kończyn i[+,] nieco je wydłużając[+,] sprawił

“Nieco je wydłużając” uznałbym za wtrącenie.

 

Esencja Omegi miała być zwinniejszą i delikatniejszą…

…niż co? Jeśli w ślad za takim sformułowaniem nie idzie jakieś porównanie, postawiłbym jednak na formę “zwinna i delikatna”.

 

W czasie[+,] kiedy on dawał upust targającym nim emocjom

Źródło.

 

dziesiątki drobnych mrówek powychodziło z jeszcze większej ilości szczelin

Liczby szczelin, bo “szczelina” jest rzeczownikiem policzalnym. Liczba szczelin, ilość wody; nie: ilość szczelin, liczba wody.

 

Poczuł się zmęczonypostanowił poświęcić chwilę na odpoczyneknamysł. Odłożył dłutowyszedł na zewnątrz

 

Całe swoje życia szukali coraz to lepszych form

Całe swoje życie szukali. “Życie” nie posiada liczby mnogiej w kontekście innym niż odnoszenie się do gier. Źródło.

 

Większość z tych żyjątek nigdy stąd nie wyszła, ich twórcy dawno nie żyli i nie było komu ich wspominać.

Jeśli chcesz zachować powtórzenia, to “twórcy od dawna nie żyli”, jeśli nie, to “twórcy dawno zmarli”.

 

Zarówno prawdziwy Alfa[+,] jak i on zawiedli.

 

 

Potknięcia językowe tu i ówdzie, bardzo dyskusyjna interpunkcja, nadużywanie “i”, nie wiem nawet czy celowe, bo sporadycznie pojawiały się też inne spójniki, oraz Twój styl prowadzenia narracji sprawiły, że musiałem brnąć przez tekst i czuję się, jakbym przeczytał znaków o wiele więcej niż 9k. Przyznam, że gdyby nie piórkowa nominacja, nie doczytałbym tego szorta do końca.

I myślę, że mógłbym trochę żałować, bo kilka ostatnich akapitów wygląda klarownie, momentami wręcz lirycznie. Fajne odniesienie do tytułu i parę zdań wyróżnia się ponadprzeciętną urodą. Puenta zgrabna, choć potrzebuję wskazówek, by zrozumieć istotę stworzenia akurat kota i psa.

Z mojej strony bez zachwytów, ale myślę też, że forma szorta nie współgra mi z Twoją twórczością, bo potrzebuję trochę czasu, żeby obyć się z formą.

 

 

 

 

 

Wybacz kiepskie formatowanie tekstu – piszę z telefonu.

Z tym księżycem nasz rację, nie mam pojęcia jak mi to umknęło.

Zycia, życia – mowa o okresach działania konstruktow, które te życia zaczynały i kończyły (w ciągłej iteracji). Zostanę przy liczbie mnogiej.

Zrodzony w trudach? Zrodzony w może też wskazywać na jakąś lokalizację (w której zrodzenie się dokonało).

Liczba, ilość – prawda, poprawię.

 

To tylko szort nie wkładałem w to wielkiego serca, chciałem sobie potrenować. Nie dziwią mnie więc mieszane uczucia. Cieszę się, że nie było aż tak źle i coś tam wyłuskałeś. Na dopracowaną formę potrzebowałbym kilku dni więcej – jestem za słaby w języku polskim, żeby przychodziło mi to z łatwością. ;)

Melancholijnie, smutno, ale przede wszystkim pięknie. Ciekawe, metafizyczno-oniryczne podejście do konkursu i do kota i psa :) Bardzo mi się podobało :)

Piękny tekst. Jak zwykle u Ciebie fantastyczne światotwórstwo, z ogromną wyobraźnią i pomysłowością. Bardzo ludzkie w swoich emocjach postacie, nie tylko te ludzkie. Wzruszająca historia i zupełnie inna interpretacja tytułowego “jak pies z kotem”. Jestem zachwycona.

Początkowo trudno było mi odnaleźć się w wykreowanej przez Ciebie rzeczywistości. Jednak im dalej czytałam, tym było lepiej. Koniec dobry, choć smutny.

 

Powodzenia w konkursie :)

Siema żurku.

Katio, ninedin, dziękuję za ciepłe opinie (trochę przesadzone, ale próbuję uspokoić własne ego). ;)

Monique, nie przepadam za wesołymi zakończeniami, wolę gorzkie (szare?). Dziękuję. ;)

Bardzo nastrojowa, melancholijna narracja oraz imnóstwo interesujących i pełnych kolorów obrazów. Pierwszy raz przeczytałem twój tekst na szybko i od razu poczułem, że warto wrócić do niego na spokojnie, by móc delektować się słowami.

O, dziękuję za odwiedziny i komentarz. Ja też czytam ten szort już któryś raz i mam wrażenie, że wręcz niebo go przesyciłem. ;)

 

Wilku, zupełnie niechcący ominąłem Twój komentarz -ja chyba wolę trzymać się technicznej definicji szorta związanego z ilością znaków. Niby jest tutaj historia, ale to bardziej pocztówka. Dziękuję za te ciepłe słowa, ale ja technokratą jestem i liczb i objętości się będę trzymał. ;)

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Ciekawy tekst ukazujący tytułową sumę poprzez interakcję najpierw rzeźbiarzy, a potem ich dzieł (w wiadomym kształcie). Sporo tu ciekawych analogii, bawienia się opisami. Część jednak zdań brzmi niezręcznie. Najlepiej wypada końcówka.

Generalnie koncert fajerwerków o ładnym wydźwięku i niezłej kompozycji. Trochę chrzęści technicznie, ale generalni na plus.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Na plus: prosta, intymna opowieść o nieśmiertelnej tematyce. Kilka pięknych obrazów: rzeźbienie w szafirze, cmentarzysko kryształów.

Na minus: wciąż odbijam się od języka – kumulacji słów ze słownika wyrazów obcych (”I zrozumiał czego potrzebowała jego Esencja. Była nią pewna niekonsekwencja, którą przełamie wrodzoną w tę formę determinację. Zdecydował się wyrzeźbić w niej cierpliwość i empatię”), albo dziwnych związków frazeologicznych (“podpowiadał mu o tajemniczej katastrofie”).

Sorry, Winnetou, ale wciąż nie jestem pewna, czy zrozumiałam tekst.

Jak na Ciebie, to jest całkiem nieźle pod tym względem. Dużo skumałam. Ale nadal czegoś brakuje. Powiedzmy, że dostrzegam zarysy, jednak mgliście.

Ktoś wyżej napisał, że Alfa i Omega są jednoznaczne. Hmmmm, dla mnie nie są. Mnóstwo konotacji i możliwości. W końcu nawet nie wiem, kim są bohaterowie. Robotami? Posthumanami? Ludźmi? Bogami? Na korzyść każdej tezy dałoby się przytoczyć jakieś argumenty. I jakieś przeciwko. A może to jedno z powyższych, ale pełniące rolę alegorii dla innego?

Skąd wzięły się na tym świecie? Zostały skonstruowane na miejscu? Przyleciały? Zostały stworzone? Wyewoluowały? Jak wyżej.

Czym się zajmują? Rzeźbią czy jednak przy pomocy mrówek konstruują roboty z wytworzonych wcześniej elementów? A może tylko zabijają czas, bo naprawdę myślą o partnerze?

Niby tacy pogniewani, nie odzywają się do siebie, zapewne od dawna, ale jedno bazuje na szkicu drugiego, chociaż psa i kota zrobiły w jeden dzień…

No, za dużo opcji do wyboru.

księżyc we wczesnej kwarcie

Księżyce mają kwadry. Kwarty to raczej od galonów albo innej jednostki.

Babska logika rządzi!

@NWM – przyznam się, że tekst jest wyjątkowo niedopracowany pod względem szlifów i nie mogłem poświęcić mu więcej czasu. Niestety, nie tym razem. :)

 

Coboldzie, zarzut o słowniku obcych ciekawy. Muszę się przyjrzeć temu, serio, nie zwracałem uwagi. Być może codzienna praca z kalkami z angielskiego powoduje u mnie jakieś źle nawyki i skojarzenia. Sprawa do zbadania.

Z drugiej strony, co w tym związku dziwnego?

 

Finkla xD

To zwykły szorciak, pocztówka, migawka. Wyluzuj i zwolnij czasem ten zaprzęg logiki, bo szukanie dziury w całym zakrawa o śmieszność. Jakkolwiek agresywnie to brzmi, to przez (konkretnie ten) komentarz (czytając go) parsknąłem. Napisałem coś dla zabawy, a szukasz tutaj instrukcji projektu układu cyfrowego w mikrokontrolerze zaworu podajnika paliwa w rakiecie kosmicznej. :)

Z księżycem racja, poprawię. Coś rozkojarzony byłem, kiedy to pisałem.

Opowiadać można o czymś, ale podpowiadać – coś.

Odnośnie do tych obcych słów – z różnych odmian fantastyki wybrałeś tę bardziej naukową, ale pod kostiumem techniki opowiadasz przecież o ludziach (bo i o kim miałbyś opowiadać?), i to opowiadasz w dość poetyckiej konwencji. Dlatego, choć pewien “techniczny” sznyt Twoim tekstom przystoi, to nadmiar wydaje się być szkodliwy. Dla mnie takie kumulacje są męczące, wolałbym jedno mocne słowo wieńczące czy kontrapunktujące akapit. Ale ja się wychowałem na Lemie i jego kontrastach stare/nowe, swojskie/naukowe.

Aaa, okej, rozumiem.

 

bardziej naukową, ale pod kostiumem techniki opowiadasz przecież o ludziach (…) w dość poetyckiej konwencji

Nie widzę sensu robienia tego w inny sposób, szczególnie w formie utworu literackiego (pomijając wszystko związane z fonią i wizją, jak scenariusze które wymagają innej formy itp.). To wręcz idealna przestrzeń, żeby zabawić się językiem, a przez to skojarzeniami czytelnika.

Dlatego się staram, ale:

(…) to nadmiar wydaje się być szkodliwy. Dla mnie takie kumulacje są męczące (…)

Mnie z kolei tak po prostu wygodniej, tak piszę. Jak wspominałem, może być to związane z ciągłą pracą w dziedzinie, gdzie słownik języka polskiego rozkłada bezradnie swoje strony i szukaj wiatru w polu…

Pozostają kalki z angielskiego i te się w mowie i piśmie utrwalają. Dlatego zdziwiłem się (i ucieszyłem), kiedy zwróciłeś na to uwagę – sam nie miałem o tym pojęcia (nie czułem tego).

 

Ale ja się wychowałem na Lemie i jego kontrastach stare/nowe, swojskie/naukowe.

Mnie z kolei Lem strasznie męczy – językiem operuje jak fechmistrz swoją szpadą, ale jego narracją z jakiegoś powodu czuję się bardzo szybko przesycony.

Choć to nieco inna forma zmęczenia niż taką Peanatema Stephensona.

Taki “Twój” ten tekst. Skondensowany, enigmatyczny, przedstawiający sprawy proste w sposób skomplikowany. Piszesz tak, że nie wiem, czy rozumiem tekst, czy raczej błądzę.

Niektóre zdania ładne, inne przesadnie poetyckie, jakby ważniejsza była dla Ciebie zabawa słowem niż opowiedzenie historii.

Sam pomysł z rzeźbiarzami na plus, forma sprawiła jednak, że przez treść brnąłem dość opornie.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Patrzę na ten fragment na przykład: “Do środka wlewał się delikatny refleks podrzucony przez księżyc we wczesnej kwarcie i światło odbijało się od rozrzuconego gdzieniegdzie szafirowego żużlu. Niebieskie plamy tańczyły z bladymi smugami na ściankach namiotu. Umysł Alfy zawieszony w sennym limbo podpowiadał mu o tajemniczej katastrofie, przez którą pękło niebo i wysypało gwiazdami na dywan”. – i tego jest za dużo, tu jest dotknięta granica, po której w moim odczuciu zaczyna się grafomania. Nie chcę cię urazić, bo to słowo jest bardzo mocno nacechowane cała gamą negatywnych rzeczy, dlatego zdaję sobie sprawę, że przy jego użyciu rozlega się syk czytającego i wewnętrzne pomstowanie na tego, kto je napisał. Chodzi mi o to, że tutaj dla mnie jest za dużo poetyckości, a w dodatku mam wrażenie, że kompozycja jest niekonsekwentna, bo w niektórych fragmentach nie ma tej poetyckości wcale, a w innych nie ma nic poza nią.

Z trudem dotarłam do końca i generalnie musiałam się upewnić, że to ty jesteś autorem ;) Ale nie zawsze wszystkie teksty muszą się podobać. Ja lubię twoje konkretne, sajfajowe opowiadania.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Nowa Fantastyka