- Opowiadanie: Zielonka - Wszystko o Ewie Rose

Wszystko o Ewie Rose

“Wszystko o Ewie Rose” – historia będąca połączeniem powieści obyczajowej z fantastyką. Nie będę zdradzać w tym momencie  treści. Dodam tylko, że mam zamiar co tydzień “dorzucić” kolejny rozdział. Mam nadzieję, że  kolejne rozdziały znajdą zainteresowanie.  

Oceny

Wszystko o Ewie Rose

Część Pierwsza :

Piosenka dla pechowca

 

 

 

Rozdział 1.

 

 

"Głośniej, panie! Czas na show."

 

 

Tamtego feralnego dnia, gdy zaczęła się oficjalnie ta cała historia (dnia dwudziestego czwartego sierpnia dwa tysiące dziewiętnastego roku, godzina dwudziesta pierwsza czterdzieści pięć), Tadeusz odkrył, że rozpoznanie i utrwalenie tego, co niesie nam wyobraźnia jest co raz trudniejsze. Właśnie układał puzzle – reprodukcję obrazu Beksińskiego. Jego mieszkanie było pełne puzzli wszelakiego rodzaju, małych zagadek, w tym trójwymiarowych modeli poczynając od koloseum i Big Bena po diabelskie młyny. Zgadzał się w pełni z Terrym Pratchettem, co do właściwych pierwiastków, czy molekuł idei trafiających się twórcom zbyt rzadko lub zbyt często. Umysł Tadeusza był nimi wręcz zmasakrowany.

Miał do wyboru: zostać scenarzystą i reżyserem wybitnego horroru, albo udostępnić swoje wiersze pewnej niezbyt wybitnej grupie popowo – rockowej, jako teksty piosenek. Horror miał być kontynuacją pewnego klasyka powstałego w oparciu o prozę Stephena Kinga. Pierwotny film nie był być może arcydziełem, ale w głowie Tadeusza utknęło na wiele lat tych kilka scen, które sprawiły, że zapragnął happy endu dla tej całej historii.

Zespół muzyczny zaś nazywał się "Hermes", niczym dawny posłaniec bogów. Albo jak pobliska poczta kwiatowa lub zakład pogrzebowy. Coś niezwykłego było w naiwności tych młodych ludzi. Zdecydowali się na jego teksty, gdyż zapragnęli "swoim śpiewem połączyć światy, a jego teksty są najlepsze". Brzmiało to wyjątkowo banalnie. Z ich dalszej przemowy, między innymi padło słowo nekroperformans, nie zrozumiał nic, więc może to on jest naiwny? Do zespołu oraz do jego tekstów nie pasował jakoś temat Wielkiej Wojny. Zrobił w tym momencie, to co potrafił najlepiej, aby odreagować poczucie swojej wewnętrznej niespójności: poszedł poszukać towarzystwa i napić się.

 

***

 

Będąc już w pubie, Tadeusz przypomniał sobie o długo oczekiwanym zaćmieniu słońca, które przegapił, następnie o złośliwie wystawionej stopie kolegi, a raczej Schadenfreunda, któremu nie przeszkadzało okazać Tadeuszowi współczucia, a następnie spróbować zepchnąć go ze schodów. Wspomnienia te z jakiegoś powodu przykuły jego uwagę. Do tego stopnia, że był w stanie podać liczbę schodów, z których spadł.

W bliżej niezidentyfikowanym momencie przysiadł się do stolika Tadeusza jak gdyby nic facet o imieniu Jonasz, jak się później okazało, Jonek dla bliskich. Tadeusz go nie znał, jednakże będąc przyzwyczajonym do nagabywania przez różnych obcych ludzi, nie był tym zdziwiony. Gdy usłyszał, jak tamten ma na imię, mimo woli pomyślał, że jednak zna, i go nie zna jednocześnie. Przypomniał sobie też o swoim własnym nazwisku: Nieboga, synonimie pechowca. W szkole dla odmiany wołali go "Moby Dick". A teraz siedzą tu we dwóch: Jonasz i Wieloryb. Tadeusz, przy wzroście metr osiemdziesiąt pięć był dosyć korpulentnym mężczyzną, co w jego przypadku nie przeszkadzało. Charakteryzowały go melancholijne spojrzenie i rude, gdzieniegdzie z nitką siwizny, kręcone włosy. Kiedy szedł zwykle szarą ulicą, rudzielec z daleka przyciągał spojrzenia pań. Nie zdawał sobie nawet z tego sprawy, gdyż był krótkowidzem, a zapomniane okulary zostawały zwykle na stole, parapecie, czy innym miejscu, przy którym ostatnio ich właściciel czytał, lub pisał.

Jonasz zaś był wyjątkowo chudy i, w tym przypadku należałoby stwierdzić, nie tyle wysoki, co długi, jak Tadeusz. Przypominał wręcz siwy dym, z którego utkano człowieka. Jedynie jego włosy znaczyły się płomieniem czerni. Również oczy, wpierw jakby łagodnie zdziwione, okazywały się bystre , a mamiący spokój łudzącej szarości nie tyle zasłaniał, co odsłaniał pewnego rodzaju drapieżność charakteru. W tym momencie Jonasz wydawał się być lekko wstawiony. Być może wypił wcześniej jakiegoś drinka przy barze.

 

***

 

Ludziom zwykle wydaje się, że gdyby, a nawet na pewno, znalazłby się chętny reżyser na film o ich życiu, to film ten byłby okraszony wspaniałą ścieżką dźwiękową. Nie byłoby tam nawet chwili ciszy. Zaś w moim "filmie" cisza jest głównym składnikiem, od bezruchu i pustki, po elektryczne drgania, tak silne, że zdają się grozić niemal śmiercią. Myśli i emocje. Cisza. Emocje i myśli – mówił, mieszając łyżeczką herbatę w białej porcelanowej filiżance przyniesionej przez kelnera. Ciepły opar znad naczynia wił się wąskim wężowym pasmem. Paradoksalnie w piwnym pubie zamiast alkoholem pachniało bergamotką. Wszelkie inne zapachy przestały istnieć, tak jak i czas. Po chwili Jonasz kontynuuje:

– Takich filiżanek już nie robią. Ostatnią widziałem w 1984 roku. Właściwie tylko jej resztki. I wiesz co, … . – Zamilkł.

Nagle w sali wybuchło małe zamieszanie. Jeden z klientów domagał się kolejnego drinka, nie płacąc przy tym za poprzednie. Obaj mężczyźni jednakże w ogóle nie zwrócili na to uwagi. Wpatrywali się intensywnie w pojawiającą się w drzwiach Ewę. Jednemu i drugiemu błyszczały w tym momencie oczy, chociaż każdemu z innego powodu.

Tadeuszowi ze wzruszenia na widok starej przyjaciółki, a być może kogoś bliższego. W tej chwili miał niestety obawę, że Ewa może go nie pamięta, albo może najzwyczajniej w świecie nie chcieć go pamiętać. W końcu minęło już dwanaście długich lat, odkąd widzieli się po raz ostatni. Czy Ewa w ogóle podejdzie? Jonasz powiedział tylko, bardziej do siebie, niż do nowo poznanego towarzysza: A oto idzie jego Muza. Czas ruszył z miejsca. Jednak idea nie bierze się znikąd to była myśl Tadeusza oraz następna może horror to byłby jednak błąd. Mimo tego, że nic nie rzekł na głos, miał wrażenie, że zarówno Ewa, która właśnie odwzajemniła spojrzenie Tadeusza, jak i Jonasz, chłoną każde słowo jego myśli, i że istnieje dziwne napięcie pomiędzy nimi, każące przypuszczać, że się znają. Po karku mimo woli zaczął spływać mu zimny pot, a przecież we wnętrzu panował upał. W radiu brzęczały słowa znanej piosenki "Ona jest stworzona do krzyku".

Tadeusz oszołomiony niezwyczajnością tego spotkania, zrzucił swoje odczucia na wypity alkohol. Horror będący ideą w jego głowie, którego obrazy odżyły pod wpływem obecności Jonasza, zszarzały następnie nieco i przygasły w obecności Ewy. Tak jak wszystko inne, w momentach, kiedy ją spotykam pomyślał. Gdy zobaczył ją pierwszy raz, właśnie trwała burza. Tadeuszowi wydawało się, że Ewa jaśnieje, światłem o wiele starszym od wszelkich błyskawic, a także, że była w jego życiu od zawsze. Nie dostrzegał jej do tej pory z prostego powodu: jej obecność go oślepiała. Świeciła światłem pierwotnym, bynajmniej nie będącym cudzym odbiciem. Być może myśli te naszły go pod wpływem wypitego alkoholu. Przypomniał sobie, że właśnie to na widok Ewy pierwszy raz od lat chciał się przyjrzeć kobiecie z bliska, na trzeźwo. Konkretnie właśnie tej kobiecie. Imię oraz jej nazwisko już znał. Nazywała się Ewa Rose. Gdy to po raz pierwszy usłyszał, roześmiał się serdecznie. Rzeczywiście, mogłaby być samą Ewą, jak i różą w rajskim ogrodzie. Słowa te wypowiedział kiedyś jego dziadek do babci. Przymilał się do niej w ten sposób w tak zwane "ciche dni".

 

***

 

Następnego dnia znowu się spotkali. Tadeusz wstał specjalnie wcześniej, aby dotrzeć w pobliże kawiarni, w której, jak już zdążył odkryć, Ewa często bywała o poranku. Miał szczęście. Przyszła. Teraz jego zadaniem było sprawić, aby uwierzyła w przypadkowe spotkanie. Pytanie, czy tak naprawdę go jeszcze pamięta z tamtych lat. Lat prawdziwej bliskości. W każdym razie uzyskał pożądany efekt zaskoczenia. Kobieta wydawała się rzeczywiście zdumiona, gdy się z nią witał.

Pamiętasz mnie jeszcze? – Zapytali jednocześnie Ewa i Tadeusz. Serce Tadeusza podskoczyło radośnie.

– Oczywiście, że tak. Jakbym mógł zapomnieć? Gdzie się podziewałaś tyle lat. Jak mogłaś mnie tak … – Tadeusz poczuł, że się mocno czerwieni i zrobiło mu się nieznośnie gorąco. Mogłaby powiedzieć równie dobrze, jak on mógł… . Pamiętał wciąż swoją miłość do niej. Mimo tego, że przyszedł specjalnie, aby móc choć przez chwilę mieć ją dla siebie, aby wyjaśnić, zrozumieć to coś, co się między nimi stało, a przecież było to tak dawno temu. Było bezsensowne wracanie wciąż do tego. Tadeusz uświadomił sobie, że całe dwanaście lat czekał na dziś, na to spotkanie.

– Widzisz, ja chciałbym wyjaśnić to całe twoje zniknięcie, milczenie i niepamięć wszystkich wokół. Przecież istniejesz. Wiem, że odeszłaś z mojego powodu, tak sądzę, ale mogłaś chociaż dać znać, czy wszystko w porządku. – Powiedzenie tych kilku niezdarnych słów stanowiło dla niego prawdziwą torturę. Jednakże udało mu się zadać wreszcie to najważniejsze dla niego pytanie – Kim ty jesteś, Ewo Rose? Pamiętam dziwne rzeczy i śnię dziwne sny, i skądś wiem, że to wszystko się wydarzyło. Kim jesteś? – Zapytał drugi raz. Ewa patrzyła na niego z zagadkowym uśmiechem.

– Jestem tylko twoją Muzą – odpowiedziała. Nie tego spodziewał się Tadeusz. Weszli w milczeniu do kawiarni. Nie wiadomo skąd pojawił się kelner, i nie wiadomo kto złożył zamówienie. Między Ewą i Tadeuszem panowała cisza, tylko radio brzęczało cicho nadając wiadomości. Na stole między nimi stały talerzyki z croissantami z czekoladą i kawa zbożowa. Tadeusz poczuł głód. Jest prawie idealnie pomyślał. Nowy klient znalazł się we wnętrzu kawiarni.

– Dzień Dobry. Poproszę cztery brioszki na wynos i dużą kawę z mlekiem. – Złożył szybko zamówienie. Tadeusz poczuł, jak kontakt psychiczny z Ewą nagle się urywa, chociaż nawet nie drgnęła i dalej wpatruje mu się w oczy. Dotarło do niego, że dzieje się coś ważnego, chociaż niezauważalnego dla niego.

– Witam, cześć. – Przywitał się Jonasz. – Miło was znowu widzieć. -

– Dzień Dobry. – Odpowiedzieli jednocześnie Ewa i Tadeusz.

Nie sądziłam, że lubisz brioszki. – Odezwała się Ewa. A jednak. Znają się pomyślał Tadeusz.

– Hm, jednak mam przed tobą jakąś tajemnicę. – Jonasz wyszczerzył się groteskowo w parodii uśmiechu.

– Oj zdziwiłbyś się. Niejedną z twych tajemnic rozgryzam ze zdumieniem. – Powiedziała Ewa zupełnie poważnym tonem. Tadeuszowi przyszło na myśl Co ja tu robię? Ewa i Jonasz odwrócili się do niego w tym momencie jak dwa gończe psy. Po chwili się uspokoił. Postanowił wyjść i zapalić. Ku jego zaskoczeniu, dołączyła do niego Ewa, nie Jonasz.

– Nie wiedziałem, że palisz. – Rzucił bez przekonania, po chwili zaciągając się dymem.

– Bo nie palę. – Uśmiechnęła się Ewa. – Chciałabym się właściwie już pożegnać. -

– Ledwo co się zobaczyliśmy. – Powiedział Tadeusz – To znaczy chciałem powiedzieć,  czy zobaczymy się znowu? -

– Zobaczymy się. – Odpowiedziała.

– Wtedy też tak mówiłaś. – Mruknął.

Ewa nie odpowiedziała na to już nic, tylko dotknęła delikatnie jego policzka wnętrzem dłoni. Znowu patrzyli na siebie w milczeniu. Po chwili twarz Ewy spoważniała. Odwróciła się, przeszła kawałek na drugą stronę jezdni i zniknęła za sylwetkami przejeżdżających samochodów. Może wsiadła do autobusu pomyślał Tadeusz. Jednakże nie przypominał sobie żadnego autobusu, czy taksówki, które mogłyby przejeżdżać właśnie w tym momencie.

 

 ***

 

Jonasza też już nie było. Ulotnił się nawet zapach zamówionej przez niego kawy i brioszek. Tadeusz usiadł przy stoliku, tym razem przy oknie i złożył jeszcze raz zamówienie. Godzina dziewiąta trzydzieści już dawno minęła. Radio wysyła w świat pierwiastki niezłego jazzu i aurę dobrego samopoczucia. Blask słońca pnie się w górę wraz z coraz dłuższymi cieniami. Chociaż rozpoczyna się jesień, budleje w ogródku kawiarnianym ciągle kwitną przywabiając wciąż liczne motyle – głównie Rusałki – oraz pszczoły i trzmiele, tak samo jak drugi raz kwitnąca tegoroczną ciepłą porą wczesnej jesieni lawenda i róże Pomponella.

Wspomnienia nie dawały Tadeuszowi spokoju. A może tamte wydarzenia miały jednak miejsce? Na szybie okna siedzi mucha wygrzewając się w promieniach słońca, zaś druga lata zygzakowatym torem pod sufitem. Jest teraz. Jest idealnie pomyślał kolejny raz, acz z pewną dozą rosnącej niechęci Tadeusz. Po chwili otwierają się drzwi. No prawie idealnie. Czas zdawał się przybierać formę wstęgi Moebiusa według wizji Eschera, po której uparcie maszerowały mrówki. Przez chwilę Tadeusz odnosił wrażenie, że coś się zacięło. Dźwięki cofały się, jak na tyłem puszczanej taśmie w starym magnetofonie. Nagle radio zagrało: "Ona jest stworzona do krzyku / dla mnie, Pechowca, zaczyna się show / wszystko jaśnieje, powoli zanika / odchodzę od niej wprost w serce zachodzącego słońca / gdybym tylko wiedział, jaki ma sens / co wieczorne jej zostawianie (…)". Zapachniało dymem i bergamotką. Światło przebiło się przez biel filiżanki, która dźwięcznie stuknęła o spodek.

 

***

 

– A już myślałem, że mi się nie uda. – Za plecami Tadeusza rozległ się głos Jonasza i jego szczekliwy śmiech. Jonasz bynajmniej nie brzmiał przy tym radośnie. Było coś groźnego w jego postawie, kiedy już usiadł naprzeciwko Tadeusza.

– Witaj. O co chodzi? – Zapytał zdziwiony Tadeusz. Z jakiegoś powodu nie podobała mu się obecność Jonasza w tym miejscu. Jonasz odpowiedział dopiero po chwili. Wydawał się cyzelować słowa w taki sposób, aby jak najmniej powiedzieć i jednocześnie zyskać zaufanie.

– Tadeuszu, czy rozumiesz pojęcie palimpsestu? – Zapytał.

– Wydaje mi się, że tak. – Odpowiedział mężczyzna.

– A gdybym ci powiedział, że jesteś jednym z nich? -

– To znaczy? -

– Wyobraź sobie, że czas się zatrzymał w pewnym punkcie, a może raczej zapętliła się jego odnoga. Z jakiegoś powodu zapętlenie to dotyczy ciebie. Jesteś stałym elementem spośród ludzi, powracasz wciąż, a raczej nie opuszczasz tego momentu oraz tych kilku otaczających go chwil. Nie zauważasz tego, gdyż twoja pamięć jest wymazywana, a wspomnienia są modyfikowane. Co ciekawe, Ewa ustala wciąż podobny schemat. Nie wiem, kogo chce przyciągnąć, ale … -

– O czym ty mówisz? – Zapytał podenerwowany Tadeusz przerywając nagle przemowę Jonasza.

– To jakieś bzdury. Podoba ci się Ewa, to powiedz to normalnie. Jej, a nie mi. -

Jonasz wydawał się mocno zakłopotany. Westchnął, przewrócił oczami i teatralnie pstryknął palcami dłoni.

– Wiesz, czasami powinieneś więcej czytać. – Powiedział.

– Przecież ja prawie cały czas czytam. – Oburzył się Tadeusz.

Tamten tylko westchnął. – Nie chce mi się z tobą rozmawiać. Zrobimy według starej zasady: trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć. –

 

 ***

 

Jonasz jeszcze raz pstryknął palcami, jego ciało zmieniło się nagle w dym i rozpłynęło w powietrzu. Nie był to jednak koniec. Świat naokoło kawiarenki zaczął się zmieniać. Wypełniały go wspomnienia Tadeusza. Wydawać by się mogło, że nie ma w tym sensu ani logiki. Wpierw pojawiły się wspomnienia dotyczące bezpośrednio tego miejsca, następnie te, które zwykle miał w głowie zaraz po przebudzeniu. Ludzie, jak duchy, półprzezroczyści śmigali w sobie tylko znanych sprawach. Byli między innymi wśród nich jego bliscy.

Do Tadeusza nagle dotarło, że wspomnienia się dublują różniąc się co prawda drobnymi elementami, jednakże elementy te sprawiały, że zmieniał się cały ciąg dalszy jego życia. Teraz te alternatywne historie przelatywały przed jego oczami, wpierw jedna po drugiej, następnie krzyżując się, mieszając się i przenikając nawzajem. Przez chwilę, gdy wreszcie umysł Tadeusza przestał spostrzegać, to co się działo, jako chaos, Tadeusz zaczął mieć wrażenie, że ujrzał wzorzec idealny swojego życia. Potem wszystko nabrało niesamowitej prędkości, kolory i kształty zmieniły się w szary wir. Przez kilka uderzeń serca nie było nic. Tadeusz odsłonił oczy. Siedział w milczeniu intensywnie przy tym myśląc. Myśli w jego głowie przypominały wiatr napędzający żagiel łodzi – świadomości.

 

***

 

(…) zawsze to samo miejsce, mała kawiarnia w zacisznym kącie pełnym bujnej roślinności w zacementowanym mieście. Wydawać by się mogło, że nie powinna istnieć. A ona trwa, niby jakiś tajemny "dworzec" dla przybyszów, którzy wyglądają i zachowują się tak, jakby w kawiarni tej oczekiwali pojawienia się niewidzialnego pociągu, jakiegoś wyjątkowo dynamicznego pojazdu zakrzywiającego swym istnieniem czasoprzestrzeń. Nic nie przybywa. Znikają tylko "pasażerowie", jakby na tajny znak dany przez sam Czas. To on bowiem jest ich konduktorem, zaś maszyna o rdzeniu z pudełkowatej bryły kawiarenki jako jedynego elementu stałego, mknie, zawsze po stałym torze przeznaczonym dla konkretnego pasażera.

Kiedy znów, nawet po latach wracasz do tej kawiarni, wbrew wszystkiemu istniejącej wciąż, "cofasz się" do momentu, w którym byłeś tam po raz ostatni. Do wyjątkowo ważnego momentu, być może decydującego o wszystkich węzłach gordyjskich. Jedynie istoty pokroju Ewy Rose mogły wybrać i oznaczyć dany moment, tak aby przyciągnąć konkretną osobę, na przykład jego, Tadeusza. Nawet Jonasz nie posiadał tej zdolności. Jonasz zaś znowu siedział na przeciwko Tadeusza, do którego nagle dotarło, że prawdopodobnie w kawie był jakiś narkotyk, gdyż w przypadku prawdziwości wszystkich złudzeń, a raczej efektów specjalnych, oznaczałoby …

 

***

 

…. oznaczałoby to wszystko, iż jego "prawdziwe" życie nigdy nie miało miejsca. Ograniczało się jedynie do nieszczęsnej kawiarni, zaś elementy pozostałe stanowiły pewnego rodzaju ścieżkę, osłoniętą fałszywymi wspomnieniami, aby mógł łatwiej dotrzeć na miejsce. Jednakże nie rozumiał sensu samej podróży. Przecież jego "ścieżka" była pełna ludzi, jego bliskich.

Poczuł, że go oszukano. Tak jakby zamknięto go w pewnego rodzaju wąskim pasie możliwości, w kołowrotku niczym chomika, który ma za zadanie utrwalić ścieżkę, której znaczenia nie zna. Trochę tak, jakby nie był prawdziwy albo nie żył. Jego potencjał, wszelka możliwość bytu i jego wolność zostały mu odebrane. Był "czymś", w pewnym sensie nośnikiem materiału i jednocześnie maszyną do wykonania dzieła, jakiegoś zadania. Wiedział od Jonasza, iż artystów i wynalazców hodują Muzy, często doprowadzając ich do szaleństwa, gdyż przeważnie nie mają języka wspólnego. To co powinno rozumieć oko, rozumie ucho. Zapach czuć tam, gdzie powinien być tylko dźwięk. Jak wyłowić odpowiednie słowa przekazywane przez Muzę przygotowującą i szkolącą danego artystę, gdy ten nie rozumie jej przekazu?

Jednak nie to było ważne w rozmyślaniach Tadeusza. Była to jedynie zasłona dla tego, co czuł. Palimpsest, tak go nazwał Jonasz. Z reguły przez palimpsest rozumie się codex rescriptus, rękopis, z którego został wytarty tekst pierwotny. Istnieje także palimpsest alkoholowy. Tadeusz nie był pijakiem, choć bywał czasem pijany, również nie ćpał, a nawet nie stosował leków przeciwbólowych. Zastanawiał się tylko, jaki jest cel tego gigantycznego show, które przecież nie może być prawdziwe. Jednakże, gdyby to wszystko było prawdą, co przeżył i zobaczył, należałoby zapytać, czego konkretnie oczekuje od niego Ewa Rose, a przede wszystkim kim ona, tak naprawdę, jest.

 

Koniec

Komentarze

Zielonko, masz źle zapisane dialogi i fatalnie wyedytowany tekst – taki zwarty blok czyta się bardzo źle. :(

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie wiem dlaczego, przy każdej edycji “przeedytowuje” formę zapisu. Stąd ten straszny efekt.

Nigdy się nie poddawać

Zielonko, nie wiem, skąd ten efekt, ale faktycznie – jest straszny.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Poprawione dialogi – mam nadzieję, że o to chodziło. Nad podziałem tekstu jeszcze pracuję.

Nigdy się nie poddawać

Poprawione dialogi – mam nadzieję, że o to chodziło.

Poprawiłaś, ale nadal nie jest dobrze – dlaczego wypowiedzi są zapisane kursywą? Sugeruję byś jednak zajrzała do wskazanego poradnika, przyjrzała się podanym tam przykładom i poprawiła dialogi w opowiadaniu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zielonko, w kwestii dialogów, np. w takim przypadkowo wyłapanym kawałku wszystko jest źle:

 

– Wiesz, czasami powinieneś więcej czytać. – Powiedział.

– Przecież ja prawie cały czas czytam. – Oburzył się Tadeusz. Tamten tylko westchnął. – Nie chce mi się z tobą rozmawiać. Zrobimy według starej zasady: trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć. –

A fragmenty nie cieszą się tu wielkim powodzeniem. Nawet jeśli będziesz wrzucała kolejne rozdziały co tydzień w czwartek, kiedy mamy wyjątkowo sumiennych dyżurnych, nie będą oni zobowiązani do lektury, bo fragmenty nie wpadają do grafiku dyżurów… Może jednak lepiej byłoby wrzucić zamknięte opowiadanie z Twojego uniwersum?

 

PS. Zajrzałam na Twój profil – jak na razie usunęłaś dwa opowiadania, które tu zamieściłaś, nie interesujesz się też tekstami innych. To jeszcze gorzej wróży Twoim fragmentom. Oprócz poradnika zapisu dialogów przeczytaj może również rady starej wyjadaczki:

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Witaj. Co to znaczy “wszystko”? Opowiadania usuwam właśnie z tego powodu i z ciągłej krytyki zapisu. Za każdy razem “przeedytowuje” mi tekst w ten sposób. Jak mogę właściwie coś przekazać, skoro właściwie nawet nie jest to czytane, tylko odrzucane na etapie “wszystkiego”? 

Mój profil – nie wiem, jak zaznaczyć, że czytam cudze opowiadania – ponieważ je czytam. 

 

Nigdy się nie poddawać

Wszystko w zapisie dialogu, w którym obowiązują pewne reguły. A co do czytania – popełniasz podstawowe błędy, jeśli chcesz być czytana: zamieszczasz niepopularne fragmenty, kasujesz teksty z powodu krytyki, nie poprawiasz błędów wg podanych poradników. Rada: napisz opowiadanie, w miarę krótkie, tak do 30k. Może wrzuć je na betalistę z fajnym opisem i tagami? Napisz o tym opowiadaniu na wątku o betaliście w Hyde Parku, żeby zachęcić betareaderów. Możesz też kogoś wprost zaprosić. Wtedy w bardziej komfortowych warunkach popracujesz nad tekstem, zanim go tu wrzucisz. A czytane opowiadania komentuj (wiem, że już zaczęłaś), to się pojawi na profilu, a ludzie zaczną Cię rozpoznawać :)

 

Jeśli chodzi o cytowany fragment:

 

– Wiesz, czasami powinieneś więcej czytać. – Powiedział.

– Przecież ja prawie cały czas czytam. – Oburzył się Tadeusz. Tamten tylko westchnął. – Nie chce mi się z tobą rozmawiać. Zrobimy według starej zasady: trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć. –

 

– Wiesz, czasami powinieneś więcej czytać – powiedział.

– Przecież ja prawie cały czas czytam – oburzył się Tadeusz. Tamten tylko westchnął. – Nie chce mi się z tobą rozmawiać. Zrobimy według starej zasady: trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć.

 

Wyboldowane: nie wiadomo, kto to mówi, Tadeusz czy “tamten”?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Też umieszczam przeważnie fragmenty, więc przeczytałem ten solidarnie. Fragmentaryści powinni się wspierać w obliczu dyskryminacji naszego gatunku.

Prawdę mówiąc ciężko mi się czyta podobne teksty, są zbyt pokrętne i ten kierunek fantastyki do mnie nie przemawia. To oczywiście kwestia osobistych upodobań, ale niezależnie od fabuły większa przejrzystość narracji jest wskazana. Przy lekturze tego dzieła zawieszam się w połowie akapitu.

Powtórzę to, co już wiesz – dialogi nadal nie wszędzie są właściwie zapisane. Czasem brakuje kreski przed wypowiedzią lub pojawia się nadmiarowa, jak tutaj:

Tamten tylko westchnął. – Nie chce mi się z tobą rozmawiać. Zrobimy według starej zasady: trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć. –

Zajrzyj do odnośnika, który podała Regulatorzy, tam znajdziesz wskazówkę, kiedy powinna być duża lub mała litera po wypowiedzi postaci.

Przy zapisie myśli zdecyduj się albo na samą kursywę, albo na cudzysłowy.

Ogólnie, w kolejnych tekstach spróbuj opisywać rzeczy prościej, skup się tylko na tym, co najważniejsze. Staraj się pisać o tym, co widać i słychać, a zmniejszyć ilość myśli bohaterów. Poczułam się zmęczona, kiedy musiałam przebijać się przez długie przemyślenia Tadeusza. 

Popatrz na ten fragment:

W bliżej niezidentyfikowanym momencie przysiadł się do stolika Tadeusza jak gdyby nic facet o imieniu Jonasz, jak się później okazało, Jonek dla bliskich. Tadeusz go nie znał, jednakże będąc przyzwyczajonym do nagabywania przez różnych obcych ludzi, nie był tym zdziwiony. Gdy usłyszał, jak tamten ma na imię, mimo woli pomyślał, że jednak zna, i go nie zna jednocześnie. Przypomniał sobie też o swoim własnym nazwisku: Nieboga, synonimie pechowca.

Lepiej pokazać taką sytuację niż o niej informować, przykładowo:

 

Do stolika Tadeusza podszedł ciemnowłosy mężczyzna.

– Cześć, jestem Jonasz, dla bliskich Jonek – zawołał i nie czekając na zaproszenie, zajął krzesło naprzeciwko.

“Kolejny dziwak” – pomyślał Tadeusz, ale uśmiechnął się i powiedział:

– Nieboga, miło pana poznać.

 

Witam :) Przeprosiny za zbyt długie odpowiadanie. Dzięki wielkie za konkrety. To co napisaliście do mnie w komentarzach dało mi dużo do myślenia :) 

Chciałam dodać, że nie jestem przyzwyczajona do takiej formy pisania, a publikowanie swoich tekstów jest naprawdę stresujące. Jeszcze raz dzięki. Niedługo umieszczę jeszcze coś, ale muszę przepisać teksty do laptopa. 

Nigdy się nie poddawać

Nowa Fantastyka