- Opowiadanie: Facies_Hippocratica - Czy leci z nami lekarz?

Czy leci z nami lekarz?

Od momentu publikacji dokonałam następujących zmian:

Dopisałam jedno zdanie klarujące, co bohater znajduje pod lewą piersią kobiety.

Dopisałam kilka akapitów odnośnie androidów starszej i nowszej generacji.

W końcu opowiadania zmieniłam nitroglicerynę na adrenalinę, w konsekwencji zmianie uległ też sposób podania leku.

Dziękuję czytelnikom za lekturę i cenne uwagi. Obiecuję, że następnym razem wrzucę najpierw swój płód na betalistę, żeby cyrków tu nie robić.

 

 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Minuskuła, katia72, drakaina

Oceny

Czy leci z nami lekarz?

Na przesiadkę w Moskwie była nieco ponad godzina. Trochę mało czasu, ale powinno wystarczyć, a nie miał bagażu rejestrowanego. Lubił podróżować Aerofłotem. Jedzenie nie było najlepsze, a stewardessy nie uśmiechały się tak nachalnie jak w innych liniach. Życie boli, nie ma co suszyć zębów po próżnicy – zdawały się mówić ich stalowe spojrzenia w obramowaniu ostrego makijażu. Andrzej cenił tę szczerość.

Zdrzemnie się w drodze do Tokio, a w czasie dwugodzinnego lotu do Moskwy przejrzy jeszcze raz swoje wystąpienie. Wykład poświęcony retinopatii cukrzycowej był mało odkrywczy i – stawiając sprawę uczciwie – powinien zostać przedstawiony jako komunikat. Andrzej sztucznie rozdął jego rozmiary i zrobił się z tego referat. Dawało to pewną nadzieję, że widmo wyrzucenia z kliniki nieco się oddali. Wykład na sesji plenarnej Kongresu Siatkówkowego to jest coś!

Tępo wpatrywał się w ekran walcząc z sennością, gdy nadęty personel leniwie przystąpił do rozwożenia przekąsek. Tylko najbardziej naiwni i zdesperowani pasażerowie wiązali z menu jakieś nadzieje. No, ale skoro dają, to brać trzeba, pomyślał i z ulgą zamknął laptopa. Dwa rzędy za nim niewysoki brodacz awanturował się chyba o posiłek halal. Stewardessa przekonywała go z kamienną twarzą, że drożdżówka i kawa spełniają dietetyczne wymogi jego religii, a linie prezentują najwyższy standard obsługi i dokładają wszelkich starań, czy mogę jeszcze w czymś panu pomóc? Nerwowość udzieliła się niemowlęciu podróżującemu w tym samym rzędzie, co Andrzej, ale na szczęście po drugiej stronie alejki. Jakaś postawna kobieta z burzą rudych włosów koniecznie chciała dostać się do toalety nie przyjmując do wiadomości, że nie przeciśnie się między fotelem a wózkiem z przekąskami. Sięgnął po gazetkę pokładową. Powieki opadały nawet pomimo świdrującego wrzasku dziecka…

 – Proszę pana? – Wprawdzie stewardessa mówiła po rosyjsku, jednak zbudził się tak raptownie, jakby ktoś krzyknął mu prosto w ucho „Halt! Hände hoch!”. – Życzy pan sobie kawę czy herbatę? Drożdżówki zostały już tylko z serem – dodała z satysfakcją.

Кофе – mruknął chcąc uchodzić za poliglotę.

Przez chwilę żonglował laptopem, gazetką i rozkładanym stolikiem, aby sprawnie znaleźć miejsce dla swojej kawy i bułeczki nie powodując opóźnień w pracy personelu. Tak już miał. Nie chciał sprawiać kłopotów.

Właściwie to zdążył zgłodnieć. Dosypał do kawy aerofłotowej śmietanki w proszku, a papierową tutkę z cukrem schował do kieszeni. Pociągnął łyczek i z rozrzewnieniem wspomniał czasy, gdy kabiny samolotów były podzielone na strefy dla palących i niepalących. Z tamtego okresu pozostały tylko podświetlane piktogramy z przekreślonym papierosem nad głowami pasażerów. Kiedyś zapalały się tylko podczas startu, lądowania i turbulencji, a teraz świeciły się stale i niepotrzebnie go denerwowały. Oj, co to będzie podczas lotu do Tokio… Ech, jakoś będzie. Wystarczy, że wyobrażę sobie, że to zwykły dyżur. Przedrzemię i jakoś wytrzymam.

Ding-dong! Ding-dong! Внимание, дамы и господа! Attention! Ladies and Gentlemen! Внимание, дамы и господа! No, dżizas fak, nie można spokojnie nawet tej cholernej czerstwej halal-drożdżówki zjeść! Zaraz wraczia potrzebują i doctor needed, jakbyś nie zrozumiał! Duży samolot, może ktoś jeszcze jest…

 

Okazał się jedynym lekarzem na pokładzie. Zaprowadzono go do ciasnej kabinki służącej do rozdzielania przekąsek. Na podłodze leżała rudowłosa kobieta, której tak było spieszno do toalety. Nad nią rytmicznie kołysała się spocona Marina, jak to zdołał odczytać z jej identyfikatora. W klitce zmieścił się jeszcze nikczemnej postury młodzian z wąsem.

– Fiodor Stiepanycz Aleksiejew, drugi pilot – przedstawił się. – Nagłe zatrzymanie krążenia. Podróżuje sama, nie ma przy niej żadnych leków. Dobrze, że mamy lekarza na pokładzie, reanimujemy ją już czterdzieści minut…

No tak, automatycznego defibrylatora nie mają obowiązku mieć. To lot krótkodystansowy.

– Dlaczego nie wezwaliście mnie wcześniej?

Marina spojrzała na niego błagalnie.

Aha, chcą żebym stwierdził zgon. Spadłem im jak z nieba, gdyby mnie tu nie było, musieliby tak pompować do samej Moskwy… Dawniej było inaczej, posadziliby ją w kątku, gazetę dali, kocykiem okryli i szlus!

– Proszę się odsunąć.

Stewardessa z ulgą wstała z kolan i odgarnęła włosy opadające na rozpalone czoło.

– Rękawiczki! Latarka i stetoskop!

– Panie doktorze, stetoskopu i latarki nie ma w…

– To proszę o zgodę kapitana na użycie awaryjnego zestawu medycznego – warknął zniecierpliwiony.

– Tak, oczywiście. – Spojrzenie Mariny już nie było tak służbiście stalowe.

Andrzej pochylił się nad rudowłosą. Miała około pięćdziesiątki. Na twarzy gruba warstwa fluidu, wydatne usta powleczone agresywną czerwienią. Odchylił lewą powiekę. Blefaroplastyka jakaś tu była… Oho, i jakaś soczewka jest… Sferyczna, chyba… Dobra, dobra, nie mój interes.

O, cholera, jest odruch źreniczny!… A oni chcieli ją utrupić.

Bluzka kobiety była rozpięta aż do pasa. Biustonosz przecięty. Korpulentna Marina najpewniej połamała już żebra. Zdarza się. Nie miało to w tej chwili znaczenia. Ale, chwila, chwila, co to?…

– Proszę wyjść! – zakomenderował automatycznie, choć wiedział, że nie ma do tego prawa. Marina i Fiodor też to musieli wiedzieć, jednak wyszli bez szemrania, szczęśliwi, że ktoś przejmuje stery.  

Andrzej uniósł obfitą pierś kobiety odsłaniając obszar nad lewym łukiem żebrowym. Z obramowanego metalem okrągłego otworu wystawał czerwony kabelek zakończony żeńskim wtykiem.

– Cholera, przecież to jest dolka!

Powinna lecieć w luku bagażowym. Androidy nie mogą podróżować bez opieki. Na lotnisku cały czas trąbią, żeby ich nie zostawiać bez nadzoru nawet na chwilę. Może ktoś chciał przyoszczędzić, bo nadanie jej jak Pan Bóg przykazał wyszłoby znacznie drożej niż bilet w klasie ekonomicznej. Kretyn, który ją wysłał, narażał się na naprawdę poważne konsekwencje, z kilkuletnim więzieniem włącznie. A zidentyfikować właściciela nie jest trudno, przecież wszystkie dane są na tabliczce znamionowej w wiadomym miejscu.

Jak przeszła kontrolę bezpieczeństwa? To ja muszę zdejmować pasek, buty, opróżniać kieszenie, włączać laptop, wybebeszają mi walizkę, a taki twór może sobie po prostu… Pewnie ma fałszywy paszport. Bo jaki inny może mieć dolka? Służby lotniskowe chyba się nie spisały. A wspaniale wyszkolony personel pokładowy przez niemal trzy kwadranse prowadził resuscytację cyborga!

Swoją drogą, co za zbok ją obstalował!? Dolka czterdzieści pięć plus, ciekawe… Dziad jakiś perwersyjny! Albo gołowąs dziany? Gdybym ja…

Nieważne. Jakimś cudem tu się znalazła. I jest. I to ja mam teraz problem.

Muszę to zgłosić. Nie, nie mogę tego zgłosić! Korowody w Moskwie trwałyby kilka godzin. Ugrzązłbym tam na dobre, a muszę dotrzeć na kongres. Nie jestem taką szychą, żeby mnie wydrukowali, jeśli fizycznie nie wygłoszę referatu. Kurwa!  

To może zgon. Stwierdzę zgon i tyle. Nie, bez sensu. Wyda się i będzie afera na cały kraj, jacy to ci lekarze niedokształceni. Kobiety od robota nie odróżnią. Ha, ha, ha…

Pozostaje jeszcze jedna możliwość. Trochę ryzykowna.

Sprawdził drugą stronę ciała „pacjentki”. Zgodnie z oczekiwaniami pod prawą piersią znalazł czarny kabelek z męskim wtykiem. Nie stać go było na dolkę, ale trochę o nich czytał, słyszał też to i owo.

Ruda musiała być maszyną starszej generacji. Lata temu kolega z rezydentury kupił sobie okazyjnie, z drugiej ręki coś podobnego. Opowiadał, że gdy wychodzi do pracy, rozłącza kabelki pod biustem, żeby baterie za szybko się nie wyczerpywały. Z czasem zaczął korzystać z tego rozwiązania także kiedy był w domu, a dziewczyna go wkurzała. Koniec końców wylądowała na strychu, kolega oblał egzamin specjalizacyjny i Andrzej stracił z nim kontakt.

Z lektury lifestyle’owych periodyków wiedział, że obecnie na rynku dominują bardziej zaawansowane modele, których czasowa dezaktywacja nie jest tak prosta. Żadne tam siermiężne kable. Trzeba dostać się do modułu sterującego, co legalnie może zrobić tylko autoryzowany serwis. Wyłączenie nowoczesnej dolki technicznie nie stanowi trudności. Problemem jest – nie licząc prawnych zakazów – tempo. Tylko doświadczony mechanik jest w stanie w minutę odkręcić tabliczkę znamionową, zdemontować panel ochronny, zlokalizować odpowiednie złącze i wypiąć z niego taśmę przewodzącą. Jeśli od wypowiedzenia hasła zawieszającego androida upłynie sześćdziesiąt sekund, a dezaktywacja nie nastąpi, dolka budzi się i wpada w autodestrukcyjny szał. Rwie sobie włosy z głowy i uderza nią we wszystko, co znajdzie w pobliżu. Dokonuje samookaleczeń do momentu, aż stanie się całkowicie niezdatna do użytku. Takie zabezpieczenie. Działa też przy reaktywacji.  

Na szczęście Ruda nie jest takim cudem techniki. Połączę czarne z czerwonym i zmartwychwstanie. Czym ryzykuję? Iskry pójdą? Jakaś diodka się przepali? A sprawa znajdzie swój szczęśliwy finał jeszcze przed lądowaniem. Zdążę na samolot do Tokio, może nawet jakiś voucher dostanę? Na darmową drożdżówkę… Okej, działamy.

Uchylił drzwi i skinął na warującą nieopodal Marinę.

– Czy zawiadamialiście naziemne służby medyczne?

– Nie.

– Dobrze. Proszę tego nie robić, nie ma takiej potrzeby. Podam pacjentce dożylnie adrenalinę, ale w kabinie musi być wyższe ciśnienie. Proszę przekazać kapitanowi, aby zmniejszył wysokość lotu. – Oczy Mariny zrobiły się wielkie jak spodki.

– Tak jest, panie doktorze. – Podreptała pośpiesznie do kokpitu.

Zaryglował drzwi. W awaryjnym zestawie medycznym odnalazł adrenalinę w rozcieńczeniu 1:10 000, strzykawkę, igłę i gazik. Potem leciał już na autopilocie. Wyjął ampułkę z opakowania, postukał w nią, niedbale ułamał szyjkę. Podwinął „pacjentce” rękaw bluzki. Nie, no, bez przesady!

Zdjął nitrylową rękawiczkę i delikatnie wbił igłę w opuszkę własnego palca wskazującego. Kropelkę krwi wytarł gazikiem, który następnie wrzucił do mikroskopijnej umywalki w rogu pomieszczenia. Tam też opróżnił strzykawkę i położył ją na blacie obok. Otarł pot z czoła.

No to, raz, dwa, trzy: męskie do żeńskiego i cyk!…

 

Eksplozja rozświetliła niebo nad Witebskiem.

Do not leave your android unattended. It may affect your personal security – pomyślał okulista, zanim zgasła w nim świadomość.

 

Koniec

Komentarze

Fajnie opowiedziane, z nerwem, swadą, tylko…

…tylko historia mi sięjakoś rozłazi. Czy tabletki z nitrogliceryną tak łatwo wybuchają? Zdaje się, że nitro jest tam dość małe stężenie. Poza tym – takich durni lekarzy chyba nie ma. Kto normalny wywołujew eksplozję (nawet teoretycznie kontrolowaną) w samolocie? Skoro okulista zginął w wybuch, to jak mogła w nim świadomość “gasnąć”? To sugeruje dłuższy proces, a nie wybuch czy nagłą dekompresję.

Reasumując – ogólne fajnie się czytało, ale pomysł do mniejszego lub większego liftingu!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Obawiam się, że chyba nie zrozumiałam opowiadania ― nie wiem, jakie były zamiary lekarza i nie wiem, dlaczego doszło do wybuchu. :(

 

– Pro­szę pana? – wpraw­dzie ste­war­des­sa mó­wi­ła po ro­syj­sku, jed­nak zbu­dził się tak rap­tow­nie, jakby ktoś krzyk­nął mu pro­sto w ucho „Halt! Hände hoch!” – Życzy pan sobie kawę czy her­ba­tę? ―> – Pro­szę pana? – Wpraw­dzie ste­war­des­sa mó­wi­ła po ro­syj­sku, jed­nak zbu­dził się tak rap­tow­nie, jakby ktoś krzyk­nął mu pro­sto w ucho „Halt! Hände hoch!”. – Życzy pan sobie kawę czy her­ba­tę?

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

Po­cią­gnął łycz­ka i z roz­rzew­nie­niem wspo­mniał… ―> Po­cią­gnął łycz­ek i z roz­rzew­nie­niem wspo­mniał

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytane ;)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Melduję, że bilet został skasowany.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

W kwestii nitrogliceryny, to o ile zrozumiałam, on jej nie podaje, tylko tak ściemnia do załogi. Wybucha po prostu android, bo lekarz źle połączył kable albo android był bombą od początku, nastawioną na to, że ktoś go będzie próbował naprawić i w ten sposób spowoduje eksplozję.

 

Ale to tylko moje domysły.

 

Ogólnie czytało się okej, ale czterech liter nie urywa, choć gdyby pewne rzeczy dopracować, mogłoby być fajniej.

 

Technicznie trochę zgrzyta mi narracja: zaczynasz od zewnętrznej, potem masz dużo refleksji mocno z punktu widzenia bohatera, ale nijak ich nie zaznaczasz, tak że w sumie wychodzi trochę narracyjny chaos.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

 

Dziękuję wszystkim, którzy poświęcili czas i uwagę na czytanie moich wypocin.

StaruchuRegulatorzy, macie rację co do niejasnej końcówki: skoro przynajmniej dwoje czytelników nie rozumie, o co chodzi, albo rozumie nie tak, to niechybnie oznacza, że rzecz jest źle napisana :(.

Regulatorzy, błędy już poprawiłam.

Drakaino, cieszę, że jednak znalazła się osoba, która załapała fabułę (tak, nitrogliceryna to taki wybieg, że będzie niby przywracał akcję serca!). Z pokorą przyjmuję uwagi dotyczące narracji, postaram się być bardziej uważna w tym względzie.

Tak, nie urywa… Pocieszam się, że gdyby każde opowiadanie urywało, to niewielu pozostałoby czytelników, którzy mieliby na czym siedzieć…

Jeszcze raz dziękuję smiley

 

 

Miło mi, że uwagi okazały się przydatne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Popracuj nad tekstem – masz czas do połowy listopada, aczkolwiek jurki już się podpisały, ale zawsze możesz wpisać raport zmian do przedmowy, może uwzględnią. Bo moim skromnym masz tu potencjał, którego do końca nie wykorzystałaś :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki, Drakaino, chętnie jeszcze nad tym posiedzę.

A czy “raport zmian” ma jakąś ustrukturalizowaną formę? Pytam, bom tu nowa surprise

Nie, w przypadku zwykłego opowiadania mogłabyś go w ogóle nie podawać, tylko na bieżąco poprawiać tekst wg tego, co we wskazówkach uznasz za sensowne. W przypadku konkursów istotne jest to, żeby jurorzy wiedzieli, co się zmieniło od ich lektury. Jedni to uwzględnią, inni nie, ale warto zaznaczyć.

Pomysł z nitrogliceryną jako zmyłką jest fajny, ale rola lekarza nie była też dla mnie całkiem jasna, aczkolwiek podejrzewam, że nie chciał spowodować eksplozji. Niemniej może warto by pewne wątki nieco rozwinąć (także te bezpośrednio dotyczące roli androidów w społeczeństwie i tego, jak się je rozpoznaje?), żeby fabuła stała się bardziej klarowna. Masz jeszcze mnóstwo znaków w zapasie, bo to prawie szort. A skądinąd warto na przyszłość pomyśleć o betaliście, zwłaszcza w początkach portalowej kariery :)

 

Masz tu przydatny ogólny poradnik portalowego życia, może się do czegoś przyda:

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Na nitro się złapałem jak nowoprzyjęty, przyznaję :).

Ale rzeczywiście, troszkę dałoby się to opko rozwinąć.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Jako jurorka mogę obiecać , że ja na pewno zajrzę jeszcze raz tuż przed ogłoszeniem wyników :)

Aha, no i oczywiście nie musisz podawać zmian wszystkich przecinków, a nawet drobiazgów stylistycznych. Przede wszystkim to, co dotyczy fabuły :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Fajnie prowadzisz akcję, trzymasz w napięciu, pomysł na opowiadanie też niezły. Przychylam się do opinii innych komentujących – rozwiń zakończenie i będzie dobrze :) Ogólnie mi się podobało.

Fajne. Opowiadanie dobrze się czytało, pomysł na bohatera też ciekawy. Chętnie zajrzę jeszcze raz po zmianie zakończenia. Nie zrozumiałam, dlaczego lekarz najpierw bał się, że nie zdąży na kongres, a później wysadził pojazd.

Ładnie napisane, ale zbyt pośpieszne, an czym cierpi finał – eksplozja samolotu zdarza się jakby “od czapy”, bez żadnego umocowania w fabule.

Ale czytało się przyjemnie.

 

None, tak, teraz to widzę, pracuję jeszcze nad końcem.

Dzięki za lekturę.

Czytało się na prawdę nieźle, potrafisz fajnie opowiadać. Jednak podobnie jak przedpiścy nie za bardzo załapałam (a właściwie wcale), o co chodziło w końcówce. Dołączam do apelu o zmianę zakończenia. A tak poza tym, to podobało mi się. :)

"Fajne, a nawet jakby nie było fajne to i tak poszedłbym nominować, bo Drakaina powiedziała, że fajne". - MaSkrol

A ja będę bronić fabuły, bo ona ma sens, włącznie z finałem. Nie zmieniałabym nic fabularnie, ale co najwyżej bym to jaśniej wyłożyła.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

I taki właśnie mam zamiar, Drakaino, pracuję nad tym smiley. Żeby jasno, ale nie jak krowie na rowie, tylko subtelniej…

Dwie uwagi techniczne:

 

Stewardessa przekonywała go z kamiennym spokojem → chyba stoickim?

 

Nerwowość udzieliła się niemowlęciu podróżującemu w tym samym rzędzie, co Andrzej, ale na szczęście po drugiej stronie alejki. → dałabym bez przecinka przed “co”, bo zgubiłam sens zdania.

 

Poza tym: językowo bardzo mi się podobało – wiarygodna narracja z punktu widzenia Andrzeja, stylistycznie bardzo dobrze, mnie te przeskoki narracyjne akurat nie przeszkadzały. Na mój stan wiedzy wszystko brzmi przekonująco albo wystarczająco przekonująco, żebym uwierzyła. Podobał mi się twist z androidem. Tylko ta końcówka jest dość mocno urwana. Myślałam, że historia dopiero się rozkręca.

Niemniej klikam bibliotekę.

Dzięki za odwiedziny, Minuskuło.

 

Nie, nie chodziło mi o “stoicki spokój”, ale istotnie miałam na myśli coś innego, niż napisałam: “kamienną twarz”! Dzięki za zwrócenie uwagi, już to poprawiłam.

Z przecinkiem to jeszcze sprawdzę, bo czasem zbyt dużo ich wstawiam. 

 

Co zaś do zakończenia to już je rozbudowałam, co streszczę za chwilkę w przedmowie. Fabuła się nie zmienia, ale dopisałam kilka akapitów o androidach.

 

I dzięki za bibliotekę, mam nadzieję, że te dopisane akapity nie sprawią, że zmienisz zdanie ;)

 

Odkrywcze to to spejalnie nie jest. Szczerze mówięc dość szybko pomyślałam: nie grzeb w niej, bo jeszcze wybuchnie, więc zaskoczenia nie było. Ale całkiem przyzwoicie napisane. :)

No, nie jest. Nie będę się upierać.

Dzięki za lekturę :)

Chyba przeczytałam już po zmianach i… podobało mi się. 

Ale wciąż na początku masz narrację zewnętrzną, a później większość dzieje się w głowie bohatera.

Poza tym fajne opowiadanie. Lekkie, momentami zabawne, końcówka dla mnie ok. :)

Dzięki za lekturę, SaraWinter,

Każdy czytelnik, któremu się (po prostu!) podoba, to dla mnie nagroda.

Z narracją to mam trochę problem, próbowałam zmieniać, ale na kilku frazach padłam, bo sama nie wiedziałam, czy to jeszcze zewnętrzna, czy już bohater… Chyba jednak nie do końca nad tym panuję :(. 

Nowa Fantastyka