- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Koniec świata?

Koniec świata?

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Koniec świata?

Spałem, kiedy spadły bomby. No dobrze, słowo „bomby” jest sporą przesadą. Po prawdzie była to tylko jedna bomba. Tyle, że atomowa. Nazywam się Łukasz Śruta i zapisuję te słowa jako moją osobistą, ostatnią wiadomość dla świata. O ile jeszcze jakiś istnieje.

Był to październik, tylko tyle pamiętam. Nie znam dnia ani godziny, w której cały świat szlag trafił. Alkohol skutecznie wymazał szczegóły.

Tego dnia byłem bowiem schlany jak świnia. Obudziłem się na podłodze, cały pokój wirował. Może od wczorajszej wódki, a może to po prostu fala uderzeniowa? Dość powiedzieć, że minęło trochę czasu, zanim przezwyciężyłem kaca i podniosłem głowę na tyle wysoko, aby móc spojrzeć przez okno.

Tam zobaczyłem coś, co zostanie mi w pamięci do końca życia (to niezbyt długo, wierzcie mi). Był to brudnożółty grzyb, taki atomowy oczywiście. Z wrażenia aż się zarzygałem. Kiedy podniosłem głowę, masując pulsujące czoło czubkami palców, grzyb wciąż tam był. Miałem wrażenie, że kłęby radioaktywnego pyłu układają się w twarz. Ta twarz miała oczy, których spojrzenie przechodziło przeze mnie jak promienie gamma.

Kiedy w końcu odwróciłem twarz od okna i zebrałem myśli, uznałem, że zrobię to, co każdy rozsądny człowiek zrobiłby na moim miejscu. Pójdę się schlać. Pomysł wydał mi się genialny i ruszyłem na wyprawę na drugi koniec mojej jednoosobowej klitki, aby go zrealizować.

Niestety plan ten zawiódł już przy drugim łyku boskiego, ciepłego spirytusu. Najpierw poczułem gwałtowny skurcz żołądka. Potem ból jakby ktoś postanowił wyrwać mi kawał układu pokarmowego. Cały proces trwał kilkanaście sekund i zakończył się na podłodze, wśród niemożliwych do przytoczenia dźwięków.

Kiedy gwiazdy przestały pląsać po wykładzinie, dostrzegłem coś wyjątkowo interesującego. Otóż treść mojego żołądka oprócz typowej żółtawej wydzieliny zawierała sporą domieszkę brunatnoczerwonego płynu. Zapach nie pozostawiał żadnych wątpliwości– krew.

Prawdopodobnie była ona skutkiem mojej przyjaciółki zza okna, ale równie dobrze mogła wynikać z długoletniego treningu, jaki zapewniłem swojej wątrobie, odkąd zacząłem studia (obecnie jestem bezrobotny, a naukę rzuciłem na drugim roku– filozofia).

Zrezygnowany rozejrzałem się po mieszkaniu i kiedy mój wzrok padł na komplet noży, który wczoraj zwinąłem z jakiejś plenerowej imprezy i przezornie schowałem, zanim ochroniarze przy użyciu paru kopniaków i niewybrednych określeń wskazali mi wyjście, w mojej głowie zaświtała pewna myśl.

Przez chwilę rozważałem argumenty za i przeciw, w końcu jednak uznałem, że trochę na to za wcześnie. Bądź, co bądź jeszcze nie skończyłem samogonu.

 

Od tamtej chwili minęły jakieś trzy godziny. Kac nieco zelżał, ale w ustach pozostał metaliczny posmak. Przed chwilą próbowałem sprawdzić godzinę na elektronicznym zegarku, który dziwnym trafem znalazł się pod łóżkiem. Na nic jednak zdały się próby przywrócenia tego cudu techniki sprzed dwudziestu lat do stanu używalności. Dopiero kiedy chciałem już rzucić nim o ścianę, przypomniałem sobie, że promieniowanie jonizujące uszkadza elektronikę. W ramach ułaskawienia cisnąłem zegarkiem w kąt.

 

Ciekawa sprawa, grzyb nuklearny nie rozprasza się. I wciąż mam wrażenie, że patrzy na mnie. Od czasu do czasu słyszę nawet dochodzące z jego strony słowa.

 

Witajcie, nie wiem, ile czasu minęło, ale na pewno więcej niż dzień. W mojej przenośnej lodówce powoli zaczyna brakować jedzenia (na szczęście samogonu jest wciąż pod dostatkiem), ale boję się wyjść na zewnątrz po więcej. Nie, nie chodzi tu o promieniowanie, otóż od kilkunastu godzin słyszę głosy i ruch za swoimi drzwiami. Jacyś ludzie mnie wołają, krzyczą coś, ale ja wiem, że to nie są ludzie. To mutanty, już pewnie się potworzyły przez promieniowanie, a kiedy wyjdę zeżrą mi mózg jak w „Nocy żywych trupów”, czy jakoś tak. Radioaktywny obłok wciąż stoi nieruchomo, jednak od ostatniego wpisu zrobił się bardziej rozmowny. Powiedział mi, że nazywa się Roman i narodził się z bomby zrzuconej przez reptilian, w celu zamienienia ludzi w bezmyślne, radioaktywne zombie. Mówi, że jestem ostatnią nadzieją ludzkości, i że niedługo mutanty przyjdą i po mnie. O nie, nie dam im się, cały czas trzymam pod ręką nóż. Nie wezmą mnie żywcem, chociaż w sumie to trochę nielogiczne.

 

teraztaksiebojealemuszebycdzielnymoszesluchacchmuryojmamusiujakteskniezaswiatlem

 

Hihihihihihihihihi hahahaahahahahaaaaaaaaaaaaaaaaaa

 

Wiedziałem, że do tego dojdzie. Słyszę jak te zombie dobijają się do drzwi. Krzyczą, że policja, ale ja wiem swoje. Nie dam im się. Roman mnie poprowadzi, on da mi siłę do uratowania świata. Naprzód! Za ludzkość, za Polskę!!!

 

Koniec

Komentarze

Trochę to to mdłe.

Pomysł nie powala, bo tytuł spojleruje twist. A i bez tego nie zachwycałby pewnie – twisty w stylu “ale to był tylko sen/haluny/zwidy” zwykle nie zachwycają.

Tekst miałby szansę obronić się wykonaniem, ale wykonanie też nie powala. Nie to, że jest złe, ale nie dość dobre, nie dość barwne, by zamaskować miałkość fabuły i płaskość bohatera.

Finałowe fragmenty całkiem wybijają z lektury, bo na milę walą sztampą i stereotypami. 

 

No nie podeszło.

Wykonanie nie jest złe. Jednak rozmyślania stereotypowego gościa-filozofa-alkoholika średnio mi podeszły.

Strumień świadomości skacowanego pana Łukasza Śruty, niestety, do mnie nie dotarł. Nie wiem, Anonimie, co miałeś nadzieję opowiedzieć. :(

Jakiś zamysł tu jest – opowiedzieć standardową historię o ostatnim dniu świata po nuklearnej zagładzie, co fantastyka robiła przecież wielokrotnie, i powoli odsłaniać nam fakt, że narrator jest niewiarygodny, z tych czy innych powodów (choroba, alkohol) i nic takiego nie zaszło – ale po pierwsze, nie jest tu zbyt rewelacyjnie podany (trochę za dużo schematycznych pomysłów na bohatera-pijaka), po drugie, to nie do końca jest temat na forum fantastyki; tej przecież w tym tekście, jak by nie było, nie ma.

Właśnie z powodu tych schematycznych pomysłów dodałem tag “absurd”.  

Niepotrzebnie w tytule sugerujesz zakończenie. Wolałabym stopniowo odkrywać w tekście, kim jest Łukasz i dlaczego widzi zombie. Opowiadanie jest napisane mniej więcej poprawnie, ale nie zaskakuje. Brakuje czegoś, co zaciekawiłoby czytelnika.

O, zmiana tytułu! Jak na Onecie. Nie pomogła.

No właśnie, jakiś pomysł jest, jednak przaśne wykonanie go zabiło. A właściwie mógłby powstać całkiem ciekawy tekst.

Anonimie, a nie lepiej napisać nowe, porządne opowiadanie, zamiast tracić energię na coraz to nowe tytuły? ;)

Wyobraź sobie, że napisanie nowego (szczególnie jeśli ma ono być porządne) opowiadania zajmuje nieco więcej czasu i pochłania ODROBINĘ więcej energii niż zmiana tytułu, na który wszyscy narzekają.

Ech, no nie powaliło, aczkolwiek muszę przyznać, że z gadającym atomowym grzybem o imieniu Roman jeszcze się nie spotkałam.

Nowa Fantastyka