- Opowiadanie: All - Momenta A Eterna

Momenta A Eterna

Naprawdę chciałbym mieć czas i ochotę oraz siły żeby dokonać korekty. 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Momenta A Eterna

Czy życie jest marzeniem, które marnujemy?

Piekło istnieje, jednak to my je kształtujemy.

 

Kolejny dzień jestem trzeźwy i się boję, kolejny dzień czuję jakbym marnował każdy moment mojego życia. Po co robię to co robię, choćby na co dzień. Mam pieniądze, nie chce mi się ich wydawać bo nie wiem na co. A rzeczy sprawiające mi przyjemność, zgasły, jak niegdyś ten zapał jaki w sobie miałem za młodego. Im dłużej tkwię w tej niekończącej się wędrówce, im dłużej jestem w niej wbrew swojej woli. Kiedyś myślałem że moje życie będzie koleją cierpień i bólu a kiedyś indziej że będę szczęśliwy. Teraz natomiast nie czuje nic. Jedynie chemikalia napędzające mój organizm, kierując go w tok postępowania, który mimo że w danym momencie wydaje się dla mnie prawidłowy, w prawdzie jest niczym. Bo czym jest moment w porównaniu do wieczności. Gdy jest się na takim etapie istnienia, gdzie robi się coś nie dlatego że jest to przyjemne, tylko ciekawe. A gdy nic już nie jest ciekawe, myśli stają się wątłe i mgliste. Próbuje z każdym dniem wpaść na pomysł co mogę uczynić by zaspokoić swoją potrzebę, sam nie wiem czego. Nie potrafię już powiedzieć czego chce, czego pragnę, bo wydaje mi się jakby nie było żadnej takiej rzeczy. Inni ludzie stali się nudni, nie gorsi ode mnie lecz zwyczajnie nudni. Zresztą wszystko takie się stało. Rozmowa nie daje mi już tego, co dawała mi dawniej, czuje jakbym słuchał czyjegoś wzoru osoby, jakby była ona równaniem matematycznym, niczym więcej. Dążyłem by ujrzeć niebo jak i piekło, marzyłem o czymś co z widoku innej osoby zdawałoby się znakiem choroby psychicznej. Ciągle słyszę jak to jedni na drugich mówią, normalni, inni czy dziwni. A ja zawsze nie wiem co to znaczy. Wydaje się że można mieć zdanie o innej osobie, ale czy to że jest ona sobą, mianuje ją inną bądź dziwną, nie wiem. Przestałem przyjmować strony czy zdania, kieruje mną istna ciekawość i to ona decyduje o tym co mówię. Interesujące zdawały się dla mnie niegdyś reakcje jakie mógłbym wywołać u innych. Zazwyczaj jedynie mogłem się chwilę pośmiać nic więcej, i to stało się nudne i monotonne.

 

Ponoć w jednym miejscu położonym na Rhode Island, znajdowała się osoba, która pomogła wielu innym w moim położeniu, pozbawionych chęci czegokolwiek. Tam właśnie się znajdowałem. Padał gęsty deszcz, ja w moim długim, czarnym jednak dość cienkim swetrze mokłem niewybaczalnie. Ale coś chłodu nie odczuwałem, po prostu szedłem w stronę granicy miasta Providence, jako nic nie odczuwająca powłoka. Każda uderzająca kropla deszczu mogłaby równie dobrze być pojedynczym człowiekiem, z samych niebios uderza o podłoże, kruszy się i zanika, lecz chwilę istnieje, przed finalnym upadkiem. Idąc chodnikiem, po drugiej stronie ulicy mogłem zobaczyć siedzącego pod murem starszego człowieka, ubranego w cienką, podartą kurtkę, zakrywającego się gazetami przed deszczem. A pomyśleć że miał marzenia, zmarnowane. Wmawiane nam że życie najcenniejsze, a jednak jak bardzo się ono marnuje. Bo ci, którzy nie przeżywają tego co ten człowiek, nie będą mogli spojrzeć na życie w żaden negatywny sposób, przynajmniej znaczący. Dlaczego skoro tyle pieniędzy może zarobić jeden inny człowiek, który może dobrnął do swojego sukcesu krwią i potem, a może po prostu ma takich rodziców, dlaczego może być w posiadaniu takich sum, podczas gdy temu starcu, starczyłoby poświęcić niewielką sumę, by jego życie mogło się odmienić. Może już nie może pracować, może zdarzyło się coś co zabrało mu wszystko co miał, nie, to nie ma znaczenia. Życie jest planszą, po której przemieszczają się pojedynczy gracze, nie ważne co mówią, cenią jedynie swoje dobro. Żyj starcze żyj, ale spytaj się sam, po co?

 

Deszcz nie ustępował, a ja w końcu dotarłem na miejsce. Przed sobą miałem starą, czarną ruderę, nie różniącą się zresztą od wszystkich innych w pobliżu. Czyli tu żyli ci, których życie miało mniejsze znaczenie. Jedno piętrowy dom, z podziurawionym trójkątnym dachem, z deskami wystającymi ze ścian. Otworzyłem rozpadającą się furtkę i podszedłem bliżej do skrzypiących z samych siebie drzwi. Zapukałem delikatnie żeby niczego nie zniszczyć, a po chwili drzwi otworzył mężczyzna ubrany w szary płaszcz. Pierwsze co zwróciło moją uwagę była jego łysina na samym środku głowy z wystającymi po bokach szarymi włosami. Poprawił swoje okrągłe okulary spojrzał na mnie dokładniej, zadzierając jego ogromnym nosem. Podał mi rękę bez słowa poczym zaprosił do środka. Wnętrze również nie należało do zadbanych albo i nawet do godnych człowieka, nawet nie psa bo żadnemu żywemu nie życzyłbym mieszkania w czymś takim. Po boku mała kuchnia, cała czarna w sadzy, naprzeciw coś, co mogłoby służyć za salon, jednak ilość unoszącego się kurzu z podartej kanapy odpychała niemiłosiernie. Na prawo od salonu znajdowało się zasypane książkami starymi jak ze starożytnej biblioteki. Poza tym w rogach sufitu mieszkały hordy małych, czarnych pająków, poruszających się po sieciach z podziwiającą prędkością. Gdy mężczyzna otworzył drzwi, kompletnie drzwi nie przypominające, pomiędzy salonem a łóżkiem, ujrzałem schody prowadzące na dół, zaprosił mnie żebym z nim zszedł. Gdy jednak postawiłem kilka kroków w tamtą stronę spod nóg mojego gospodarza wyskoczył jak torpeda czarny kot, skoczył gdzieś do kuchni i tyle go było widać. Zeszliśmy oboje na dół, a tam czekał na mnie bardziej zadbany mały pokój z dwoma siedzeniami i małym stołem pomiędzy, na którym stał dzban z jakimiś przedziwnymi, czarnymi kwiatami. Usiadłem wraz z człowiekiem, który miałem nadzieje zdoła mi pomóc.

 

Jednak nie odbyła się żadna rozmowa.

Doktor wiedział że by nie podziałała.

Pacjent liczył na pomoc…

 

Gdy chciałem wydobyć z siebie jakieś słowo, obraz zaczął nabierać koloru czerni, a wszystko kręciło się i zmywało ze sobą. Twarz mojego gospodarza, jak on cały, zniknął po chwili, zostałem sam. Nie wiedziałem też, gdzie i jak byłem. Poczułem jedynie jak jakiś pył w coraz to większych ilościach przedzierał się przez moje nozdrza. Jaka ekstaza. Wstałem. Wyjąłem ze swoich ust jedną wielką ośmiornice poczym rzuciłem ją w samego siebie. A leciała jak pięknie i długo. Przyssała mi się do ciała, jednak ja wyrwałem ją wraz ze swoją skórą. Zdeptałem ją a następnie coś poczułem, nie wiedziałem co to, więc postanowiłem wyjąć swoje serce żeby sprawdzić. Muszę powiedzieć że nigdy dotąd tego nie robiłem. Ból był znikły w porównaniu do zaskoczenia gdy w rękach trzymałem własne, bijące serce, czarne i ociekające smołą. Nic jednak mi to nie dało, ale jednocześnie coś zrobiło. Gdy za sobą poczułem dotyk ludzkiej delikatnej ręki, przestraszyłem się. Jako iż nigdy nie miałem okazji trzymać za rękę prawdziwej kobiety. A może mi się wydaje? Nie, ociekająca maź coraz to bardziej okrywająca moje ciało zdawała się tak podobna. Zdziwiłem się bo nie było mi obojętne co się ze mną działo, więc oddaliłem się od kobiety albo smolistej mazi. Schowałem serce do środka wypluwając z siebie jeden wielki kilof. A dziwny się on zdawał, bo taki prawdziwy. Nie zastanawiając się dłużej, postanowiłem wrócić do domu. Ale czy coś czułem, czy coś czuje? Nie wiem, ale za to jestem tego świadom, a to chyba dobrze. Wchodząc po czarnych, skrzypiących schodach, czułem jak moje stopy stawały na kawałach szkła, za sobą zostawiałem szlak krwi. Nagle postanowiłem spaść ze schodów. Znalazłem się ku mojemu zdziwieniu w jeszcze innym miejscu. A przy mnie stała istota, która… Którą kocham… Wiedziałem już w tedy że nie istniałem. Musiałem znajdować się w świecie tak nieprawdziwym, jednak w swoim sensie realnym. Ale czułem się tak dobrze. Tak jak nigdy nie mogłem poczuć się żyjąc. Trzymaliśmy się za ręce a czarny świat zmieniał się w gęsty, aż lśniący zielenią las. Tak, to tutaj chciałem być. W moich snach zawsze marzyłem żeby znaleźć się w tym miejscu. Ale nie żyłem. Więc marzenia nie są prawdziwe, są marnowane, przez życie. Jak mam dalej postępować, jak iść do przodu. Zaśmiała się głupio całując mnie w policzek, zamknąłem oczy na pół sekundy a wszystko zaczął obejmować pył. Okropna czarna bestia, z podziurawioną twarzą, z robactwem z niej cieknącym, wyskoczyła przed moją twarz. Zaczęła wysysać moją skórę, krew, kości. Przestraszyłem się i jakimś cudem wyrwałem się z uchwytu potwora. Biegłem przez wybuchy dymu gdy nagle zobaczyłem otwierające się drzwi. Spłoszony wybiegłem przez nie, ktoś stał przede mną ale za bardzo się bałem żeby zwrócić uwagę i…

 

Siedziałem chwilę nie wiedząc co powiedzieć, przez piękne żółto-czerwone kwiaty widziałem uśmiechającego się doktora. Odezwał się pierwszy.

-Wiesz że był już u mnie ktoś bardzo podobny do ciebie?

-Jak to?

-Nie ważne haha. Stary już jestem może mi się wydaje. No, dziękuję ci za rozmowę.

-Ja..Ja również.

 

Wszystkie te myśli obciążają mnie w dół.

Wszystkie te urojenia bywają nadzieją.

Wszystkie te marzenia

 

Było już późno, skończyłem pisanie mojego wiersza, nie byłem zbyt pozytywnie do niego nastawiony, jakoś nie miałem smykałki do pisania takich tworów. Cały czas obgryzałem paznokcie i grzebałem w ranie po zgaszeniu papierosa na swoim palcu. Spoglądałem na napis nożem wyryty na mojej drugiej dłoni, ale zaraz. Dlaczego to wszystko robię? Może dla przyjemności?

 

Szczerze?

 

Nie mam pojęcia.

Koniec

Komentarze

Drogi Allu! Przeczytałem i radzę Ci zmienić opowiadanie na kopię roboczą i poprawić je przed kolejną publikacją na portalu, gdyż roi się w nim od błędów chyba wszystkich możliwych rodzajów. Polecam Ci przeczytać je na spokojnie jeszcze raz.

 

Oprócz masy błędów, to opowiadanie to jeden trudny do przebrnięcia, pozbawiony akcji, monolog i szczerze mówiąc nawet nie wiem o czym czytałem.

Allu, skoro nie masz czasu, ochoty i sił, aby poprawić swoje opko, dlaczego liczysz na to, że ktoś będzie miał czas, ochotę i siłę, żeby je czytać?

Tu jest pełno błędów.

Kolejny dzień jestem trzeźwy i się boje, kolejny dzień czuje jakbym marnował każdy moment mojego życia.

Boję, czuję i nie się boję, tylko boję się.

A to tylko pierwsze zdanie. Do tego Twoja interpunkcja to katastrofa.

 

Gdybyż jeszcze to opko było o czymś, ale nie jest. Nie mam pojęcia, co właściwie chciałeś powiedzieć. Kim był ten tajemniczy lekarz? Pomógł bohaterowi? Co się w ogóle działo z bohaterem w trakcie tej sesji?

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Naprawdę chciałbym mieć czas i ochotę oraz siły żeby dokonać korekty. 

Jak znajdziesz czas, ochotę i siły, dokonaj korekty i dopiero wtedy wstaw.

Czuję się zażenowana.

Przynoszę radość :)

Naprawdę chciałbym mieć czas i ochotę oraz siły żeby dokonać korekty. 

Obawiam się, Allu, że po przeczytaniu przedmowy straciłam ochotę oraz siły i chyba nie będę miała czasu, aby przeczytać ten tekst.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za wszystkie opinie smiley

All

Dziel akapity, bo tak, jak to obecnie wygląda, to trudno zabrać się za czytanie.

To nie jest komentarz złośliwy. Po prostu taka ściana bez akapitów utrudnia skupienie się.

Zgadzam się z wilkiem. Chętnie przeczytam Twój tekst po poprawkach, kiedy podzielisz go na akapity. Sprawdź też przecinki i powtórzenia.

Naprawdę chciałbym mieć czas i ochotę oraz siły żeby dokonać korekty. 

I naprawdę myślisz, że po takim wstępie znajdzie się tutaj wielu chętnych czytelników, którzy będą mieli czas i ochotę czytać Twoje "dzieła"? Zwłaszcza napisane tak niechlujnie?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nie jest tragicznie, ale dobrze też nie. Strumień świadomości nie jest łatwą narracją, a kiedy jest dodatkowo przedstawiona w postaci zwartych bloków tekstu, z dużą ilością literówek, usterek i ogromnym niedoborem przecinków, to czyta się to po prostu źle i niełatwo skupić się na treści.

Dream big.

@dogsdumpling Łoo wartościowy komentarz, dziękuję. Osobiście lubię ściany tekstu oraz długie zdania, jeśli chodzi o błędy to przyznaję rację oczywiście, dziwię się że przecinki leżą według ciebie bo na nich się skupiam najmocniej, literówki to po prostu moje lenistwo, może zbiore się kiedyś za dokładne korekty, dziękuję za opinię!

All

Jak będę miała czas i siły to przeczytam.

Nowa Fantastyka