- Opowiadanie: katia72 - Ostatni kurs

Ostatni kurs

Ostatnio mało piszę i jeszcze mniej publikuję... ale, hm, zainspirowała mnie ilustracja Wickeda...  a co z tego wyszło, hm... tak czy inaczej, nie usuwam :)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Ostatni kurs

Urodziłem się w podziemiach, byłem dzieckiem ciemności, krzyżówką człowieka z kretem. Moje powieki zszywała niewidzialna nić, a dłonie miałem tak wielkie, że nie potrafiłem utrzymać w nich długopisu, za to słuch swą wrażliwością znacznie przewyższał ludzki.

– Widzi pan, panie Molick… – Głos szefa, przez tych, którzy widzieli, przezywanego Wieprzem, pewnie ze względu na aparycję, wwiercał mi się w czaszkę. – Czasy poszły do przodu, tory w podziemiach zmodernizowano. Są teraz tak wytrzymałe, że transportowce mogą osiągać…

Nie chciałem go słuchać. Nie chciałem!

– …naprawdę zawrotne prędkości, a pański T72… – „Wieprz” chrząknął, po czym obrzydliwie kaszlnął, by po chwili na szczęście odrobinę ciszej, kontynuować: – T72 są niezdolne, za stare, za wolne, zbyt rozklekotane, zardzewiałe…

Moja ukochana dżdżownica – za stara?! Jak on mógł! Zacisnąłem pięści, wbijając zrogowaciałe paznokcie w miękką skórę dłoni. Zabolało.

– …by w pełni wykorzystywać możliwości naszych superszyn.

Do moich uszu dobiegło skrzypienie podłogi.

– O, przepraszam, chciałem panu pokazać zdjęcie najnowszego modelu… – Na ułamek sekundy zamilkł. – Ale pan nic nie widzi. Tak, panie Molick…

Szelest rozwijanego papieru.

– Za dwa lata przysługuje panu emerytura. I… – Skrzyp, skrzyp, skrzyp – przełożony podszedł zbyt blisko. Czułem odór zgnilizny z jego ust. Położył ciężką dłoń na moim ramieniu. – W związku z tym, że byliśmy z pana pracy wyjątkowo zadowoleni… Mhm… Przez te ostatnie… – Oddalił się i ponownie zaszeleścił – …prawie czterdzieści lat nigdy pan nas nie zawiódł, jesteśmy gotowi zapłacić za „nakrętki”, tylko po to, by mógł pan widzieć, panie Molick. Widzieć!

Auć. Tylko nie krzyk. Odruchowo sięgnąłem do kieszeni po zatyczki.

– O, przepraszam – wyszeptał, a ja gwałtownie się podniosłem, zacisnąłem dłonie na poręczy krzesła i powiedziałem, jak na mnie, wyjątkowo głośno:

– Ja nie chcę, ja… ja nie pozwolę… nie możecie mi zabrać mojej dżdżownicy.

– Panie Molick… Próbowałem być miły, ale tu nie chodzi o to, czego pan chce…

– Ja… ja proszę…

Nastała cisza, którą zakłócał jedynie świszczący oddech „wieprza” i przyspieszone bicie mojego serca. Świat się rozpadał, ogień buchający z jądra planety niszczył podziemia, szalał po korytarzach, trawił mieszkalne nory i ogromne hangary. Moja Kore… Nie, nie, nie… To, to jak morderstwo dziecka. Bezpodstawna eutanazja, żeby było nam wygodniej. Nie mogłem… Zacisnąłem zęby i ujrzałem migoczące w tunelu światełko.

– Ja… czy… mogę poprosić o ostatni kurs? Proszę – wybełkotałem.

– Ostatni kurs? – powtórzył przełożony. – Hm, jeśli tak panu zależy…

 

***

Cuchnące moczem, wysokoprocentowymi napojami i rozkładającą się wydzieliną szczekołapek – czyli stworzeń udających, hm, chyba bardziej psy, niż koty – hale podziemia. I ja. I moja laska. Szedłem wolno, ostrożnie. To nie był dobry czas na spacery po jednej z najbardziej zatłoczonych dzielnic Krosidium, podziemnego miasta, zamieszkiwanego głównie przez kolejarzy, recydywistów z krajów Powierzchni, podstarzałe prostytutki – rzadko kiedy stuprocentowe kobiety, zwykle krzyżówki z krocionogiem albo nicieniem, i opasłych menedżerów w stylu „wieprza”, którego gabinet właśnie opuściłem.

Zapach smażonego żuka gnojowego. Jeszcze dwa zakręty i będę u siebie. Zaburczało mi w brzuchu. Chyba skuszę się na…

– Panie Molick! – Mimo wetkniętych w uszy zatyczek usłyszałem sprzedawcę. – Proszę, proszę, dla pana bez kolejki. Z dodatkową porcją sosu. Ach i jeszcze dorzucę kawałek żuczka. Palce lizać.

Wygrzebałem z kieszeni pięciopunktową monetę.

– Proszę. Bez reszty.

– Dziękuję.

Wyciągnąłem dłoń, w której po chwili poczułem plastikową miseczkę z dyndającym z boku widelcem, którego i tak nie mogłem użyć. Aromat rzepakowego oleju i pikantnego, paprykowego sosu przyjemnie drażnił nozdrza, ale żeby zabrać się do jedzenia, musiałbym odłożyć laskę… Westchnąłem ciężko. Ja nie nadawałem się do tego życia. Byłem wzbudzającym współczucie ślepcem, kaleką, który… Pokręciłem głową w prawo i w lewo – to nie Kore, tylko ja zasługiwałem na nieistnienie. Przełknąłem ślinę i skierowałem się w stronę windy.

 

***

Moja nora mieściła się na parterze trzypiętrowego tasiemca, jednego z tych, które niczym pasożyty zagnieździły się w glebie poziomu „Minus trzy”. Gdy przekraczałem próg klatki i atakował mnie smród środka do zwalczania skoczkonogów, już w sumie nie potrzebowałem laski. Może mój mózg, a może ciało pamiętało drogę. Dwa malutkie stopnie, zakręt, dziesięć dużych kroków i byłem u siebie.

W swojej klitce. Inni, ci, którzy cieszyli się patrzeniem, nieustannie narzekali na brak miejsca, a ja… Mnie było łatwiej. Moja ślepota lubiła bliskość. A poza tym i tak większość czasu byłem w trasie, zespolony ze swoją dżdżownicą. Z dżdżownicą, którą chcieli uśmiercić. Wbiłem pazur w usmażonego żuka, wyobrażając sobie, że zabijam Ziemię, bo to Ziemia była matką wszelkiego cierpienia.

Rozgryzłem pancerzyk, poczułem smak mięsa, przełknąłem. To niby luksusowe dla biedoty żarcie za bardzo chrzęściło między zębami. Jedno z odnóży ukłuło mnie w podniebienie.

– Cholera – przekląłem i wyrzuciłem miskę z niedojedzonymi żukami do kosza.

Tak czy inaczej, nie czułem się już głodny. Zimny prysznic, miękka, flanelowa piżama i twarde łóżko. Przyłożyłem głowę do poduszki, wcisnąłem zatyczki głębiej w uszy, podkuliłem nogi i zacząłem liczyć pojawiające mi się przed oczami plamki, większość w różnych odcieniach czerwieni. Jedna, druga, trzecia… sto dwudziesta siódma… trzysta trzydziesta trzecia… Nie mogłem zasnąć. Plamki uparcie układały się w głowę Kore, w jej olbrzymie, rejestrujące najmniejszą zmianę otoczenia ślepia, w zawsze uśmiechnięty pyszczek… uśmiechnięty, nawet gdy była smutna, bo któż by chciał podróżować transportowcem o skwaszonej minie?

 

***

Obudziłem się ze zgagą, ze zdrętwiałą ręką, którą zapewne parę godzin przygniatałem pokaźnych rozmiarów brzuchem i ze zaślinioną brodą. Pospiesznie umyłem twarz i wstawiłem wodę na herbatę ziołową. To pewnie przez smażone żuki mam teraz taki syf w ustach – pomyślałem, po czym nacisnąłem stojący na półce obok biurka czasomierz. Po ułamku sekundy dotarł do moich uszu słodki, cichuteńki, elektroniczny głos:

– Piętnaście po ósmej.

Przeciągnąłem się, zalałem wrzątkiem zioła. Czekał mnie pracowity dzień – przyszykować samego siebie, a przede wszystkim zlecić przygotowanie dżdżownicy na trzytygodniowy wojaż. Nasz ostatni kurs – do Pilipolis i z powrotem. „Wieprz” chciał mi wcisnąć czterodniową wycieczkę do Miasta Bezsenności, ale… ale wręcz ubłagałem go o te trzy tygodnie. Gdzieś pod warstwą tłuszczu przełożonego chyba wciąż czaiło się serce. Zresztą, coś mi się przecież należało – jak sam stwierdził, nigdy nie sprawiałem im żadnych kłopotów. Byłem potulny niczym baranek, zawsze dbający o dżdżownicę i jej pasażerów.

Dopiłem herbatę, schrupałem wafla oblanego mleczną czekoladą, wcisnąłem się w roboczy kombinezon i z laską w ręce wyruszyłem do hangarów. Znałem drogę, mój kij raczej spełniał funkcję odgarniacza błąkających się wszędzie mieszkańców poziomu „minus trzy”, którzy o tej porze zachowywali się wyjątkowo flegmatycznie, jakby wciąż jeszcze spali.

Gdy minąłem sklep z pieczywem, mój kombinezon nadął się od gorącego powietrza, które wylatywało z rur Zakładu Wtórnego Przetwórstwa Plastiku. Lubiłem to uczucie „bycia poganianym”. Specjalnie ustawiałem się na „torze”, na którym najbardziej wiało. Taka trochę dziecinna zabawa, która niestety, dzisiaj nie sprawiła mi frajdy – za bardzo byłem zatopiony w myślach o Kore. Czy uda się ją uratować? – przygryzłem dolną wargę i zacisnąłem dłoń na lasce. – Muszę ocalić swoją dżdżownicę.

Hangary już z daleka przywitały mnie intensywną wonią spalanego kamienia ziarnistego i bijącym się z nią odorem czerwonego oleju. Przez pierwszy rok pracy na kolei po każdym kontakcie z tymi dwoma zabójczymi zapachami cierpiałem na coś w rodzaju przewlekłego kataru alergicznego, a że kontaktu z dziadostwem miałem niemało, prawie cały czas chodziłem wtedy z zasmarkanym nosem.

– Dzień dobry, panie Molick. Już otwieram. Już… może pan iść. – Zachrypły głos strażnika i skrzyp bramy.

– Dziękuję, panie Nordelck. – Wysiliłem się na smętny uśmiech, oczywiście mogąc jedynie zakładać, że strażnik odpowiedział mi tym samym.

Kore stacjonowała w ósmym hangarze na prawo od wejścia. Porządny spacerek, ale ja nie szedłem, lecz maszerowałem, machając rękoma i wysoko unosząc kolana. Moje buciory uderzały o chodnikowe płyty, a ich tupot odbijał się echem od otaczających mnie z każdej strony blaszanych ścian. Pewnie bez zatyczek te grzmoty uszkodziłyby mi mózg.

Dżdżownica spała. Nie mogłem tego zobaczyć, ale wiedziałem, że ma ślepia przesłonięte gumowymi powiekami, wyłączone światła, nieruchome koła… Miałem ochotę się do niej podłączyć, chwilę pogadać, ale mogłem to robić jedynie podczas jazdy, nie, kiedy znajdowała się w spoczynku. Taka była natura biotycznych transportowców-symbiontów – poza czasem symbiozy znajdowały się w stanie uśpienia. Ja również należałem do organizmów symbiotycznych, ale funkcjonowałem też poza okresem współistnienia z Kore, tylko… tylko, no właśnie, jak wyglądała moja samodzielna egzystencja? Potknąłem się o coś twardego na chodniku, chyba jakiś gruz, prawie tracąc równowagę.

– Panie Molick, ostrożnie. Wywaliło się z taczki trochę kamienia i jeszcze nie zdążyłem posprzątać. Zaprowadzić pana do transportowca? – Słowa zbyt głośne i zbyt chrzęszczące w uszach.

Wzdrygnąłem się, przełknąłem ślinę i wymamrotałem:

– Nie, wszystko w porządku. Dam sobie radę. I mógłby pan tak nie krzyczeć. – Zmarszczyłem czoło i chrząknąłem znacząco, po czym przejechałem laską po chodniku i ruszyłem do przodu.

Parę kroków i znalazłem się przy Kore. Położyłem dłoń na metalowym pysku, śliskim i chłodnym, podreptałem palcami do kontrolki awaryjnej i delikatnie ją posmyrałem.

– Hej, Molick!

Odwróciłem się gwałtownie.

– Słyszałem, że jutro ostatni kurs twojej dżdżownicy. Przyszedłeś przygotować swoje maleństwo do drogi?

– Mhm. – Przytaknąłem.

– Taka podróż pożegnalna?

Zacisnąłem wargi, rozszerzyłem nozdrza, po czym ignorując pytanie, powiedziałem:

– Będę potrzebował kamienia i oleju na trzy tygodnie.

– Okej, okej, Molick. Wypełnię brzuszysko dżdżownicy po brzegi. I porządnie ją wyszoruję. Jak ci bardzo zależy, to wymienię też szkiełko od lampki, tej z prawej strony. Pewnie nawet nie wiesz, że jest pęknięte. – Konserwator na chwilę zamilkł, by dodać o pół tonu ciszej: – A ty możesz umyć koła. Szczotki i płyn znajdziesz w magazynie na końcu hangaru.

– Dzięki.

Podreptałem wzdłuż Kore do blaszanej budy, bez problemu znalazłem wszystko, czego potrzebowałem i nucąc piosenkę o tęsknocie za niebem, zabrałem się do czyszczenia kół. Z każdej strony było ich trzydzieści siedem – cztery bardzo duże, dwadzieścia pięć średnich i osiem małych. Te ostatnie należały do moich ulubionych – wręcz z namaszczeniem je wyskrobałem, potem nałożyłem krem o konsystencji wody adhezyjnej, a następnie zacząłem polerować. Oczywiście nie byłem w stanie zobaczyć efektu moich starań, ale dotykając opuszkami palców powierzchni kół, oczyma wyobraźni widziałem, jak lśnią w świetle hangarowych lamp.

 

***

Ku mojemu własnemu zaskoczeniu, wieczorem, dzień przed kursem, nie miałem najmniejszych problemów z zaśnięciem, naliczyłem jedynie szesnaście czerwonych plamek i zatonąłem w morzu marzeń. Do samego rana dosiadałem dżdżownicy niczym prehistorycznego stwora i przemierzałem z nią znane jedynie z audycji radiowych stepy, zielone gaje i śnieżne pustynie. Kolory i kształty, doliny i góry, drzewa i lodowe skały. Wolność. To ja, a nie tory, decydowałem, w którą skręcę stronę. W moich snach pędziliśmy z Kore do przodu, ku nieznanemu, ku przygodzie, szybciej niż wiatr.

Melodyjny głos budzika wyrwał mnie ze snu pięć minut po siódmej. Przeciągnąłem się i z uśmiechem na ustach pobiegłem pod prysznic. Pospiesznie schrupałem tosty z topionym serkiem, wcisnąłem się w kombinezon, przerzuciłem przez ramię torbę wypełnioną puszkami z żarciem i butelkami z wodą, drugą taką chwytając wraz z laską w rękę i wyruszyłem do hangarów.

Kiedy lekko zziajany dotarłem do „ósemki”, przywitał mnie głos rozbawionego konserwatora:

– Molick, Molick, ale masz rumieńce, jakbyś właśnie z jakichś tańców wracał. Coś ty taki podekscytowany? Myślałem, że się będziesz smucił.

– Bo się smucę – odburknąłem, wyciągając wolną rękę do Kore w poszukiwaniu drzwi do kabiny sterowniczej, po czym, kiedy już je znalazłem, krzyknąłem – hm, jak na mnie to był krzyk: – Do widzenia, Bulliger.

– Do widzenia, szerokiej drogi.

Wcisnąłem guzik zamykający kabinę od środka, odłożyłem na bok torby i laskę, związałem włosy gumką na czubku głowy, pociągnąłem dźwigienkę podnoszącą gumowe powieki i chwyciłem zwisające z sufitu włóknotransmitory. Zbliżyłem je do skroni, a one, kiedy tylko wyczuły moją obecność, same, bez pomocy przyczepiły się do skóry i bardzo powoli, delikatnie zaczęły się wkręcać w czaszkę.

– Sadi!

– Kore!

Krzyki radości, nieuszkadzające mi uszu, bo rozlegające się jedynie w mojej głowie, a po krzykach rozmazany obraz.

– Dokąd jedziemy, mój dowódco? – Głos dżdżownicy był słodki, miękki, rozkosznie łaskoczący neurony.

– Do Pilipolis.

– Naprawdę?! Niesamowicie się cieszę. Trzy tygodnie życia!

Niesamowite ciepło zalało moje ciało, obraz uległ wyostrzeniu, ujrzałem hangar i Bulligera, powolnym krokiem oddalającego się w stronę „dziewiątki”. Barwy i kształty, które wykwitły mi przed oczami, były odrobinę przytłumione przez ekrany ochronne nałożone na ślepia dżdżownicy, ale i tak stanowiły raj dla spragnionego wrażeń wzrokowych mózgu. Wciągnąłem powietrze głęboko w płuca i przesłałem do Kore sygnał podziękowania – taki w sumie bezsłowny, bardziej jakbym ją przytulał, niż cokolwiek mówił. Odpowiedziała mi kolejną falą ciepła, a po chwili poczułem pierwsze drganie…

Dżdżownica przygotowywała się do startu. Powoli przetransportowywała ze zbiorników do połączonych z silnikami trzewi olej i kamień. Oddychała. Żyła. Zmieniała się z martwego mechanizmu w organizm biologiczny, brała ode mnie siły witalne, odwdzięczając się swymi zmysłami i magiczną energią, która nadawała sens mojemu istnieniu, która sprawiała, iż przestawałem być człowiekiem-kretem i stawałem się wojownikiem.

– Gotowy?

– Oczywiście!

Wyjechaliśmy z hangaru, w bardzo wolnym tempie pokonaliśmy kawałek trasy na poziomie „Minus trzy” i dotarliśmy do tunelu prowadzącego do poziomu „Minus cztery”, w którego wnętrznościach wyryte zostały niezliczone ilości korytarzy z torami oraz różnych rozmiarów jamy, kryjące w sobie stacje obsługi pasażerów, punkty serwisowe i sypialnio-jadłodajnie dla kolejarzy.

Przed zagłębieniem się w tunel czekała nas międzypoziomowa kontrola graniczna, polegająca na prześwietleniu dżdżownicy, a przy okazji i jej kolejarza przez ogromny laseroskaner – procedura znienawidzona zarówno przeze mnie, jak i przez Kore.

– Trzymaj się, maleństwo – wyszeptałem, w myślach bardzo się powiększając i mocno przyciskając dżdżownicę do swojej piersi.

– Ty, też – odpowiedziała drżącym głosem.

Poczułem wibracje, a potem coś – jakby wbijanie szpilek w ogon transportowca. Zacisnąłem szczęki, zrobiło mi się niedobrze i zaczęło piszczeć w uszach. Przypomniałem sobie słowa „wieprza”, gdy poskarżyłem mu się na bolesne prześwietlenia: „Molick, ty się za bardzo łączysz. To powinny być jedynie komunikaty związane z transportem. Powinieneś się izolować, a nie integrować. To tylko pieprzony transportowiec, a nie twoje dziecko…”.

– Pieprzony transportowiec… – powtórzyła Kore tak cicho, że prawie jej nie usłyszałem.

– Przepraszam, już… już…

Ściana laserów dotarła do części środkowej. Ujrzałem, jak dżdżownica wygina się niczym rażona prądem – oczywiście to była jedynie projekcja umysłu, ale… z żalu ukłuło mnie pod lewym żebrem.

– Sadi…

– Już… już…

Lasery przepłynęły przez moje ciało, ale to było bardzo szybkie, prawie niezauważalne. Jeszcze tylko uroczy „niuszek” Kore… Auć… Rozbłysło zielone światło i szlaban ruszył w górę.

Wypiłem porządny łyk wody, wytarłem spływający po czole pot, oblizałem wargi. Najgorsza część podróży za nami. Kore westchnęła, po czym słodko się roześmiała. Moim oczom ukazały się prowadzące pod dosyć ostrym kątem w dół tory. Stalowe szyny delikatnie połyskiwały w przygaszonym, zielonkawym świetle podłużnych lamp umieszczonych w suficie. Piękny widok. Próbowałem nie myśleć, lecz wyłącznie rozkoszować się patrzeniem. Dżdżownica bardzo powoli ruszyła do przodu…

 

***

Kiedy tylko dotarliśmy do poziomu „Minus cztery”, korytarz zrobił się szerszy. Był też znacznie lepiej oświetlony, a jego ściany dekorowały różnego rodzaju szlaczki, napisy – w większości cytaty z jakichś mądrych ludzi z powierzchni, rysunki. Z rzadka zdarzały się kolorowe malowidła, niektóre z nich tak śliczne, że aż zapierały dech w piersiach.

– Kore, patrz!

Zbliżaliśmy się do niesamowitego obrazu przedstawiającego nagą kobietę, chyba jakąś boginię leżącą na trawie pod rozłożystym drzewem i unoszące się nad nią płatki kwiatów. Niestety, tuż za nią znajdowała się narysowana białą kredą podobizna świni. „Wieprz”… Nie, nie mogę o nim myśleć. Nie teraz. Stop. Blokada. Brak przesyłania impulsów do transportera. Blokada. Blokada. Świnia zniknęła. Zacząłem czytać połyskujące srebrno litery ciągnące się wężykiem za rysunkiem: „Życie to pociąg – pociąg do szczęścia, pociąg do prawdy…”. Okej, przywróć impulsy. „Pociąg do prawdy…” – powtórzyłem.

– Molick… Uciekłeś. Tak nagle. – powiedziała dżdżownica podenerwowanym tonem. – Czy coś przede mną ukrywasz?

– Nie… Tylko „wieprz”… pokłóciłem się z „wieprzem”…

– O mnie? – Koła Kore nieprzyjemnie zaskrzypiały.

I… na szczęście zaczęliśmy wjeżdżać na pierwszą stację. Jej i moja uwaga skupiła się na pasażerach. Przełączyła wizję z ogromnych, przednich oczu na maleńkie ślepia boczne. Ujrzałem podróżnych kasujących bilety przy bramce wpuszczającej na peron, przepychających się jeden przez drugiego, machających rękoma, zapewne coś krzyczących… Pośpiech, zamęt, chaos. Kore chrząknęła, po czym otworzyła drzwi prowadzące do poszczególnych przedziałów, wysunęła schodki i pochyłe platformy, a następnie podświetliła napisy informujące o rodzaju przedziału: „Nocny”, „Kilkugodzinny”, „Ze szczególnymi udogodnieniami”, „Extra bagaże”, „Towarowy”. Były jeszcze inne, ale do nich nie prowadziły żadne drzwi z zewnątrz.

Do „Nocnego” wgramoliła się pokaźnych rozmiarów kobieta z dwójką dzieci. Wszyscy o wydłużonych twarzoczaszkach.

– A niech to! Zasyfią łóżka gumą do żucia! – Nieoczekiwanie wrzasnęła Kore.

– Skąd wiesz… – Nie dokończyłem, bo moją uwagę przykuł wyjątkowo chudy mężczyzna zmierzający do „Extra bagaży”. Z trudem ciągnął za sobą olbrzymią walizę w kolorze wściekłej pomarańczy.

– Patrz, jak ruszają ryjkami. – Ponownie spojrzałem na dzieci – rzeczywiście coś intensywnie żuły.

– Kore! – Tak czy inaczej, się obruszyłem. – One nie mają ryjków, tylko buzie.

– Mhm…

Dżdżownica nie cierpiała dzieciaków, bo… bo przyczepiały gumę do siedzeń, bo brudnymi palcami zostawiały paskudne ślady na ścianach, bo hałasowały, bo… powodów było bardzo wiele.

Do nocnego wsiadł jeszcze mężczyzna o długiej, siwej i mocno kręconej brodzie, a do „Extra bagaży” blondynka o przesadnie wymalowanych ustach, najprawdopodobniej skrzyżowana z nicieniem, targająca za sobą dwie różowe torby w kształcie serc. Większość podróżnych ulokowała się w „Kilkugodzinnym”. Do „Towarowego” dwóch bliźniaczo podobnych mężczyzn wtaszczyło pięć blaszanych beczek, a przedziału „Szczególne udogodnienia” jak na razie nikt nie zaszczycił swoją obecnością. Jako ostatni do dżdżownicy wpakowali się członkowie obsługi transportowca – kontrolerzy biletów, sprzątacze, kucharze, kelnerzy, konserwatorzy i mechanicy oraz drużyna przeciwawaryjna. Wszyscy ubrani w kombinezony, różniące się od siebie w zależności od wykonywanej funkcji jedynie kolorami. Ruszyliśmy.

– Lepiej się czuję, gdy mam puste trzewia – powiedziała Kore z żalem, kiedy tylko opuściliśmy stację.

– Wiem, ja też lubię podróżować tylko z tobą – odparłem.

 

***

Podróż między stacjami trwała kilka godzin. Do kolejnej dotarliśmy około południa, a do jeszcze następnej po dwudziestej. Ku mojemu zaskoczeniu Kore nie wracała do tematu kłótni z „wieprzem”, a ja starałem się go spychać w najgłębsze zakamarki umysłu i po prostu cieszyć jazdą. Tak czy inaczej, gdy już ostatni pasażer na ostatnim tego dnia przystanku załadował się do „nocnego” poczułem się senny.

– Sadi…

– Tak, kochanie?

– Chcesz się przełączyć w tryb snu?

Przez chwilę się zawahałem – w sumie było jeszcze dosyć wcześnie – ale ostatecznie odpowiedziałem:

– Tak, tak… – Ziewnąłem dwa razy, po czym dodałem:

– Tylko koniecznie obudź mnie przed Krawis. A i jeszcze skoczę do toalety.

– Okej.

Włóknotransmitery były tak rozciągliwe, że umożliwiały mi spacer do malutkiego pomieszczenia, usytuowanego tuż przy kabinie sterowniczej, służącego za WC i mini łazienkę. Szybko załatwiłem potrzeby fizjologiczne, umyłem się i wróciłem na fotel kolejarza, by parę sekund później zapaść w sen. Całkiem długi, ale bardzo czujny – gdyby działo się coś nieoczekiwanego i dżdżownica potrzebowałaby mojej pomocy, musiałem natychmiast reagować. Mgła, przemykające po skąpanych w półmroku ulicach cienie, dotyk metalu, odgłos kroków…

– Sadi… Sadi… Molick… – Cichuteńki głos dżdżownicy wyrwał mnie ze świata marzeń.

– Kore?! Czy coś się stało?!

– Spokojnie, nie, zbliżamy się do Miasta Śmierci.

Miasto… To miejsce było tak małe, że nie zasługiwało nawet na miano wioski – plac otoczony kilkoma domami-kopułami, pośrodku którego znajdowała się Świątynia Hadesa. Nie miałem pojęcia, kto wydał pozwolenie na jej budowę na poziomie „Minus cztery”, na którym z założenia nie powinny znajdować się obiekty niezwiązane z transportem, ale… gdy dostrzegłem w oddali pręgowane kolumny i osadzony na nich tympanon, krzyknąłem:

– Kore, zwolnij!

Dżdżownica powoli zaczęła hamować, prawie się zatrzymując, kiedy już znaleźliśmy się blisko świątyni. Z szeroko rozdziawionymi ustami, gapiłem się na siedzące na złotych schodach szczekołapki. Z pysków psopodobnych stworzeń wydobywały się opary błękitnego dymu – według legend Podziemia – dusze, tych którzy zginęli w katastrofach transportowców.

– Szkoda, że to nie tu jest nasza stacja – powiedziałem rozżalony.

– Ja nie żałuję. Budowla i zwierzęta i… to… to wszystko mnie przeraża. Czuję tu śmierć. – Kore nieoczekiwanie przyspieszyła.

Śmierć? No, tak, przecież właśnie minęliśmy Miasto Śmierci. Ostatkiem silnej woli powstrzymywałem się, by nie wstrzyknąć do umysłu dżdżownicy obaw o jej przyszłość. Strach, ból, rozpacz. Wycie szczekołapek w mrocznych korytarzach wszechogarniającego lęku.

 

***

Kolejne dni i noce, kolejne stacje, kolejni pasażerowie – ci, którzy wsiadali i ci, którzy kończyli podróż, ci, którzy spali na piętrowych łóżkach, ci, którzy grali w karty i ci, którzy balowali do białego rana w przedziale restauracyjnym. Ja i mój transportowiec T72 – śmiech, drobne sprzeczki, chwile milczenia, kiedy już powoli dopadało nas zmęczenie. Właśnie mijał dziewiąty dzień naszego kursu.

– Za dwie godziny powinniśmy dotrzeć do Grimblo… – oznajmiłem.

Kore stęknęła z niezadowoleniem, po czym przesłała mi projekcję swojego wykrzywionego w grymasie smutku pyszczka, który na zewnątrz, tak czy inaczej, szeroko się uśmiechał.

Grimblo to mini miasteczko, w którym znajdował się między innymi największy na naszej trasie punkt serwisowy. Zatrzymywaliśmy się tam na dwanaście godzin – ja, przede wszystkim, żeby uzupełnić zapas puszek i wody, a dżdżownica, by trafić do hangaru konserwacyjnego, gdzie, oczywiście w stanie uśpienia, odłączona ode mnie, podlegała rutynowej kontroli. Pasażerowie i obsługa udawali się do hotelu.

– Kore… Nie możesz zwalniać… To, że się spóźnimy…

Dżdżownica chrząknęła, po czym odrobinę przyspieszyła, wydając z siebie pomruk nieukrywanej złości.

Miasteczko widać i słychać było już z bardzo daleka – tonące w migotliwej, seledynowej poświacie, hałasujące pracującymi non-stop maszynami, ziejące gorącą parą. Zwykle pałałem do niego taką samą niechęcią jak Kore, ale tym razem… tym razem było inaczej.

Po zatrzymaniu się przed hotelem, wysadzeniu pasażerów, wjeździe do hangaru i odczepieniu się od dżdżownicy, nie udałem się do sklepu, ani do noclegowni dla kolejarzy, lecz skierowałem kroki do Muzeum Historycznych Transportowców, które zajmowało obszar niewiele mniejszy od hangarów z Krosidium. Niestety, szedłem bardzo powoli – raz, że moje mięśnie po tylu dniach tak zwanego stanu „względnego odrętwienia”, wciąż były właśnie odrętwiałe, dwa – przemierzałem nie do końca znany mi teren, ostrożnie badając laską podłoże i kilkukrotnie pytając o drogę. A kiedy wreszcie stanąłem przed wejściem, zanim jeszcze zdążyłem nacisnąć dzwonek, do moich uszu dobiegł piszczący, zdecydowanie zbyt donośny głos zarządcy muzeum – Sulo Hrogo:

– Dobry wieczór, panie Molick. Cóż to pana do nas sprowadza o tak później porze?

– Dobry wieczór, panie Hrogo. Kłaniam się nisko. Ja… – Zacisnąłem dłoń na lasce, przygryzłem dolną wargę.

– Tak? Proszę wejść. – Podał mi dłoń, a kiedy już znaleźliśmy się w środku pachnącego starymi papierami i wanilią pomieszczenia, dodał: – Niech pan spocznie. Tuż przed panem jest krzesło.

Ostrożnie zrobiłem krok naprzód, wyciągnąłem rękę.

– Jeszcze odrobinę. Więc? A… Może chce się pan czegoś napić?

– Nie, nie. Dziękuję. Ja… ja przy… przyszedłem z ogromną prośbą – wyjąkałem, czując spływające po czole i plecach strużki potu.

Sulo stuknął dwa razy placem, prawdopodobnie o plastikowy blat biurka. Mruknął.

– Tak, Molick? Wyduś to wreszcie z siebie.

– Chciałbym umieścić Kore w muzeum. – Odetchnąłem głęboko, jednocześnie wbijając paznokcie w uda.

Nastała kilkusekundowa cisza, po czym Hrogo podszedł do mnie i poklepał po plecach.

– Oj, Molick, Molick. A po co mi twoja dżdżownica? Mam na stanie trzy egzemplarze T72. Wszystkie, hm, dużo ładniejsze, hm, ciekawsze, hm, po prostu lepsze.

Poczułem gulę w gardle i suchość w ustach. Kaszlnąłem.

– Ja zapłacę… – wybełkotałem, trzęsąc się niczym osika.

– Zapłacisz? – powtórzył pytająco. – Ale… Tak w ogóle, to czemu chcesz swoją ulubienicę umieszczać w muzeum? Masz na to zgodę przełożonych? Przecież ona nie należy do ciebie, tylko do firmy.

– Bo… bo oni chcą ją zniszczyć. Zaaa… Zabić.

– Hm, rozumiem. Planują wymienić ją na nowszy model. Hm, w sumie, to nic w tym dziwnego, panie Molick. Tak czy inaczej, nie mogę umieścić jej w muzeum. Poza tym i tak potrzebne by było pozwolenie firmy.

– Oni się na pewno zgodzą, a ja panu zapłacę. Proszę. – Powoli się podniosłem.

– Molick, skąd ty niby weźmiesz pieniądze dla mnie?

– Zostały mi jeszcze dwa lata do emerytury, będę jeździł innym transportowcem – skłamałem, po czym dodałem niepewnym tonem: – a potem będę sobie jakoś dorabiał. I… i będę płacił każdego roku.

– Jak taki ślepiec jak ty może sobie na czymkolwiek dorabiać? Oj, Molick, Molick, ściemniaczu. Przecież z tymi wielkimi paluchami nawet brajlem nie możesz czytać. I co ty sobie myślisz? Że będziesz tutaj przyjeżdżał i się do niej podłączał? Z Krosidium do Grimblo? Molick, ty już całkiem zmysły postradałeś.

 

***

Uzupełniłem zapasy i ze spuszczoną głową poczłapałem do noclegowni. Pani z recepcji zaprowadziła mnie do pokoju, życząc kolorowych snów. I? Rzeczywiście były kolorowe. Tryskająca karmazynową krwią szyja dżdżownicy, jej leżąca na szynach, odcięta srebrną siekierą głowa, moja połamana laska mieniąca się fioletem i pomarańczem, moje dłonie ociekające czymś żółtym… Istne szaleństwo barw.

Kiedy ponownie podłączyłem się do Kore, po prostu nie byłem już w stanie spychać swojej rozpaczy w niedostępne dla niej lochy mózgu. Zaraz po tym, gdy odebraliśmy z hotelu pasażerów i członków obsługi, dżdżownica jakoś tak dziwnie zapiszczała i wymamrotała:

– Sadi, o co posprzeczałeś się z przełożonym?

Do moich ślepych oczu napłynęły łzy. Parę razy mrugnąłem, czując, że tracę połączenie. W głowie szumiały mi słowa:

– Nie uciekaj, Sadi, nie uciekaj. Molick, gdzie jesteś?

Musiałem wrócić, musiałem jej powiedzieć, bo… przede wszystkim już dłużej nie mogłem udawać i… chciałem myśleć, że pragnę się pożegnać, ale najzwyczajniej na świecie byłem mięczakiem.

– Kore, moja najdroższa. Oni podjęli decyzję…

– Żeby mnie unicestwić – dokończyła za mnie dżdżownica.

Grobowe, tak strasznie głośne milczenie – jej i moje. Przerażająca cisza, która krzyczała. Paradoks życia. Bez słowa, bez myśli, bez wyobrażeniowych projekcji, po pięciu martwych godzinach zatrzymaliśmy się na stacji. Patrzyłem na pasażerów, bo oni musieli tam być, ale widziałem tylko mgłę. Mlecznobiałą, zimną, wnikającą w komórki i zamrażającą krew.

– Molick! Przestań! – Głos dżdżownicy wdarł się do mojego mózgu i wszczął tam niedający się ugasić siłą woli pożar. – To musiało nastąpić. I… dobrze, że ja umrę pierwsza. Gdybyś to ty… Nie mogłabym się podłączyć do nikogo innego. Rozumiesz? Musimy cieszyć się czasem, który nam pozostał.

 

***

Cieszyć się czasem, który pozostał – powtarzałem w myślach te mądre słowa, zupełnie ich, nie, nie to, że nie rozumiejąc, ale nie czując. Starałem się być miły i pozytywny, ale…

– Za godzinę i piętnaście minut zaczniemy się przeprawiać przez Krwawe Jezioro. Sceneria w sam raz dla ciebie. – Zgryźliwie zakomunikowała Kore.

Coś, co wypełniało ogromną, podziemną jamę z pewnością nie było krwią, ale ta intensywnie czerwona barwa, ta gęstość, ten wdzierający się do transportowców smród rozkładu nicieni i mątwików burakowych… Brr. Wśród kolejarzy krążyły opowieści, że jezioro jest przeklęte i że to tutaj najczęściej zdarzają się nieoczekiwane wypadki i awarie.

Bardzo wolno wjechaliśmy do otoczonego ciemnoczerwoną zawiesiną tunelu, którego ściany, zupełnie nie miałem pojęcia, dlaczego, były przezroczyste. Może to miała być atrakcja turystyczna? A może prowadzono tu jakieś badania? Nie wiedziałem. Mnie widok czegoś udającego posokę przyprawiał o mdłości. I już po paru minutach jazdy tunelem udałem się do toalety, by przemyć twarz i odrobinę ochłonąć. Z cieknącą po czole i policzkach zimną wodą usiadłem na zamkniętej desce sedesowej, poprawiłem prawy włóknotransmitor, który jakoś nieprzyjemnie okręcił się wokół mojego ucha i odciąłem się od oczu dżdżownicy. Nie chciałem patrzeć.

– Nie możesz całą przeprawę przez Krwawe Jezioro ukrywać się w WC! Ej, Molick!

– Idź sobie. Ja… ja chyba się przełączę w tryb spania.

– W samo południe?

– Taka malutka drzemka, okej?

– Okej, tchórzu.

Westchnąłem. Nie byłem tchórzem, tylko nie lubiłem… W sumie nieważne. Najwygodniej czas nieprzyjemny przespać. Trzecie przykazanie – nie pamiętałem, czyje. Nastała ciemność, w której po chwili rozbłysnął płomień pochodni o fioletowozielonym płomieniu w kształcie baletnicy. Młodej, zgrabnej, wirującej w powietrzu… Jej stopy nie dotykały podłogi…

– Saaaaaaaaaaaaaaaaaadiiiiiiiiiiii!!!

Auć! Co się dzieje? Baletnica złamała nogę…

– Saaaaaaaaaaaaaaaadiii… iii… iii

BUM! Wróciłem. Jak oparzony podskoczyłem na sedesie i popędziłem do kabiny sterowniczej. Dopiero ułamek sekundy później włączyłem wizję, jednocześnie uświadamiając sobie, że się zatrzymaliśmy i…

– Kore! – krzyknąłem.

Nic.

– Kore!

Nic.

Widziałem pysk dżdżownicy wbity w kawał czegoś szkłopodobnego. Korzystając z panelu ręcznego, włączyłem podgląd na pasażerów i obsługę. Dzieci z ryjkami przytuliły się do matki, mężczyzna z pomarańczową walizką siedział na podłodze z podkulonymi nogami i brodą przyciśniętą do kolan, starsza kobieta w przedziale restauracyjnym uderzała pięściami w stół. Miała bardzo czerwone policzki. Członkowie obsługi biegali po wnętrznościach dżdżownicy, próbując uspokajać pasażerów.

– Panie Molick…

Uszkodzona głowa dżdżownicy na tle ciemnoczerwonej kurtyny. Teatralna scena śmierci. I ja aktor, który za wszelką cenę chce zmienić scenariusz.

– Już… już się rozłączam. – Ostrożnie wykręciłem włóknotransmitory i cały się trzęsąc, po omacku wyszedłem na zewnątrz.

– Musicie ją uratować – wrzasnąłem, nie widząc do kogo, bo przecież moje oczy już nie działały.

– Dawaj, dawaj! Teraz!

Moje zatyczki… Auć. Auć. Okropny pisk. Znalazłem gumowe stożki, zmiękczyłem je odrobinę w palcach i wcisnąłem w uszy. Oni cięli to sztuczne szkło, które zapewne oderwało się od jednej ze ścian. Oni działali, by uwolnić Kore… A ja? Ja byłem ofiarą losu.

 

***

Mechanicy i ci z przeciwawaryjnej uratowali Kore. Opatrzyli rany na pysku, pospawali blachy, wymienili kable, między innymi te, dzięki którym mogłem znowu z nią rozmawiać.

– Sadi…

– Kore… ja tak strasznie się o ciebie bałem. Ja…

Kilkusekundowa cisza.

– Dlaczego? Czy nie wszystko jedno, gdybym zginęła? Tak, tak wiem, ci biedni pasażerowie musieliby czekać na zapasowy transportowiec. A tu jest tak cholernie zimno. Nawet w moim brzuchu.

– Kore… Ja… ja jestem okropny i… ja nie martwiłem się o pasażerów…

Uśmiechnęła się, ale jakoś tak bardzo gorzko, po czym powiedziała:

– Za pół godziny będziemy w Pilipolis. Pięć minut przed planowanym czasem dojazdu. Czekają na nas fanfary.

Fanfary… Pilipolis oznaczało, że dwie trzecie podróży za nami. Wracać mieliśmy inną, krótszą trasą, bez Świątyni Hadesa i bez Krwawego Jeziora… Tak czy inaczej, wymieniłbym tydzień z dżdżownicą za nieprzyjemny widok krwi. Wymieniłbym… prawie wszystko bym wymienił.

– Molick, ale z ciebie sentymentalista, romantyk… – Znienacka do moich przemyśleń wtrąciła się Kore.

– Mięczak? – odpowiedziałem.

– Nie… Nieważne.

Pilipolis było wielkie, oświetlone sztucznym słońcem, bogate, szalone. Na poziomie „Minus cztery” mieściło się jedynie wejście do tej, jednej z największych pod ziemią, metropolii, ale nawet te drzwi do raju zachwycały przepychem. Gdyby nie zjadał mnie wewnętrzny robal rozpaczy, pewnie teraz z radością w oczach obserwowałbym ściany korytarza, na których wyświetlały się niesamowite pejzaże, piękne kobiety i zabytki Pilipolis.

Truuu tuuu tu… Truuu tuuu… tru… tu… Fanfary…

Kore zahamowała – wolno, dostojnie, z gracją. Z jej brzucha zaczęli wysiadać podróżni: kobiety, mężczyźni, dzieci z wydłużonymi ryjkami, które wbrew obawom Kore wszystkie przeżute gumy wyrzuciły do pojemnika na śmieci, mężczyzna, który z trudem ciągnął za sobą walizę, starcy, prostytutki, ci z laskami – ślepcy, tacy jak ja. A potem członkowie obsługi.

I kiedy zo­sta­li­śmy sami… Nie mogłem w to uwierzyć, ale Kore… Tym razem to nie ja, lecz ona się ode mnie odcięła. Mimo iż ciągle byłem podłączony do transportowca włóknotransmiterami, nic nie widziałem. Nastała nagła, przerażająca ciemność. Coś, co nie powinno mieć miejsca, bo to przecież ja dowodziłem.

– Kore! – krzyknąłem.

Odpowiedziała mi cisza, a po ułamku sekundy poczułem coś jakby falę zimnego powietrza, paraliżujący lęk, lecz nie swój, tylko jej. Moja dżdżownica strasznie się czegoś bała. To prawdopodobnie dlatego straciliśmy połączenie.

– Spokojnie, maleńka, spokojnie. Pokaż mi, co widzisz. Proszę… – wyszeptałem. – Jestem tu, żeby ci pomóc.

– Pomóc. – Głos jakby zza ściany.

– Proszę – powtórzyłem.

Po chwili obraz zaczął wracać. Zamglony, rozmazany, pozbawiony kolorów. I… nie byliśmy już na dworcu w Pilipolis, tylko… jechaliśmy, lecz nie miałem pojęcia dokąd. Co to za trasa? Nie było jej w mojej rozpisce. Jakiś boczny tor. To… to chyba droga do tunelu prowadzącego na powierzchnię.

– Kore! Stój! My nie możemy… – nie dokończyłem, próbując siłą woli zmusić dżdżownicę do hamowania.

Zwolniła. Obraz uległ wyostrzeniu, odzyskał barwy. Właśnie minęliśmy rzeźbę kobiety w powłóczystej sukni trzymającej w jednej ręce zegar, a w drugiej…

– Prze­stań mnie, do ja­snej cho­le­ry, za­trzy­my­wać, dupku! – Nieoczekiwany wrzask niemalże zrzucił mnie z siedzenia.

– Kore, stój!

– Nieeeeee! Przestań, bo znowu się rozłączę!

– Okej… – Zakręciło mi się w głowie, przez moment znowu nic nie widziałem, a gdy odzyskałem wizję, ujrzałem majaczącą w oddali stację.

– Maleńka, zatrzymaj się, proszę.

– Nie!

Jak ona szyb­ko je­cha­ła. Za­trzy­maj… – Mój głos nie dzia­łał.

– Muszę zdążyć, zanim za­mkną prze­jazd!

BUM! Me­ta­lo­wa belka ude­rzy­ła ją w głowę.

– Kore!

My­śla­łem, że wy­pad­nie z szyn. Nie mia­łem po­ję­cia, że jest w sta­nie tak pę­dzić, a „wieprz” za­rzu­cał jej, że jest powolna.

– Kore?! Kore?! Już cię nie po­wstrzy­mu­ję. Sły­szysz?! Dokąd je­dzie­my?

– Na po­wierzch­nię.

– Na po­wierzch­nię? Osza­la­łaś?

– Może…

Ryk syren go­nią­cej nas stra­ży, krzy­ki z me­ga­fo­nów. Usta­wi­li za­po­rę to­ro­wą tuż przed nami. BUM! Kore ją znisz­czy­ła i pruła, i pruła, i pruła do przo­du, do po­wie­trza, do wol­no­ści. Węzeł trans­por­to­wy. Nie­eeeee! Mkną­cy z na­prze­ciw­ka, pro­sto w nas… Skrę­cił. W ostat­niej chwi­li skrę­cił, a ja prak­tycz­nie byłem pe­wien, że zgi­nie­my.

– Mo­lick! Patrz! Wy­jazd na po­wierzch­nię!

– Tylko… – Zba­ra­nia­łem. – To jakiś skrót przez trzy po­zio­my? Ale tu na pewno jest kon­tro­la…

BUM! BUM! BUM!

I uj­rze­li­śmy niebo.

Koniec

Komentarze

Gdy przekraczałem próg klatki i atakował mnie smród środka do zwalczania skoczkonogów, już w sumie nie potrzebowałam laski.

“nie potrzebowałem laski”

 

– A nich to! Zasyfią łóżka gumą do żucia! – Nieoczekiwanie wrzasnęła Cindy.

“A niech to!”

 

Stacje znajdowały się ode siebie w odległościach kilku godzin.

Chyba od siebie?

 

Takie literówki rzuciły mi się w oczy. Co do stylistyki i interpunkcji, nie wypowiem się, bo są tu osoby, które na pewno zrobią to lepiej ode mnie.

Początek tekstu bardzo mnie zaciekawił. Już pierwszy akapit, w którym dowiadujemy się kim jest główny bohater, był dla mnie w pewnym stopniu zaskoczeniem, a przy tym było to tak logiczne, że czytając resztę tekstu czułem się, jakby wielkie pociągi-dżdżownice i kreci kolejarze byli czymś zupełnie naturalnym.

Tekst wywołał na mnie przede wszystkim dwie emocje: smutek oraz coś, co można nazwać “oczekiwaniem na rozwój wydarzeń”. Z głównym bohater można było się zżyć, jego uczucia stały się moimi odczuciami podczas lektury tego tekstu. Też chciałem, aby Cindi została uratowana. Oczekiwaniem nazywam natomiast swoją chęć znalezienia punktu kulminacyjnego, jakiegoś znaczącego wydarzenia, które obróci akcję o co najmniej 90 stopni. Tutaj było trochę trudniej, bo tak naprawdę “ach” powiedziałem dopiero przy zakończeniu, na które jednak warto było poczekać.

Końcówka jest mocno dwuznaczna. Może oznacza, że przyjaciołom udało wydostać się na powierzchnię i ujrzeli błękit nieba. Z drugiej strony mogło to też oznaczać (na co wskazuje BUM BUM BUM), że zderzyli się z czymś i niebo nie oznacza tu tego, co mamy nad głową, ale świat po śmierci. W obu przypadkach są już razem, co jest pewnym rozwiązaniem problemu.

Tekst napisany jest na wysokim poziomie. Czytało się go płynnie, niemal bez zgrzytów. No, poprzeczka postawiona została wysoko. :)

Dużą część tekstu zajmują opisy kolejnych przystanków, a i przygotowanie do odjazdu można by było trochę skrócić, ale z drugiej strony byłoby to kosztem pewnym fragmentów, wskazujących na przywiązanie Molicka do dżdżownicy, a jest to motyw bardzo ważny w tym tekście.

Podsumowując moje wrażenia: zakończenie mocne, początek ciekawy, środek lekko przydługi jak dla mnie. Ale ogólnie – super.

 

Molick, ale z ciebie sentymentalista, romantyk

Sentymentalista to przedstawiciel sentymentalizmu, Molick jest chyba “sentymentalny”?

 

Czytało mi się świetnie. Gładko. Łezka mi się prawie w oku zakręciła, ale myślę, że uniknęłaś taniego sentymentalizmu…

Trochę mi zgrzytnęło niejednorodne menu Molicka: raz żuki, raz produkty mleczne, ale to pewnie dlatego, że jest krzyżówką kreta i człowieka.

Zakończenie skojarzyło mi się z finałem filmu “Thelma & Louise”.

 

To świetny tekst :)

Corrinn – bardzo dziękuję za przeczytanie i obszerny komentarz. Błędy poprawiłam :) Jeśli chodzi o logikę tego powiadania – muszę przyznać, że pisanie o krecie podłączonym do transportowca nie było łatwe. I mimo, iż starałam się, żeby wszystko w miarę trzymało się kupy, to i tak boję się, że gdzieś mogły pojawić się niezgodności…

Też się zastanawiałam, czy tekstu trochę nie skrócić, tak jak napisałeś – może obciąć trochę przygotowania i usunąć jedną ze stacji? Poczekam jeszcze na opinie innych.

Zakończenie – miało być dwuznaczne, ale raczej mieli przeżyć i wydostać się powierzchnie i dopiero tam, nie wiadomo, co by się z nimi stało, ale, hm, podoba mi się Twoja interpretacja.

Tak czy inaczej bardzo się cieszę, że tekst ogólnie wypadł na plus:) Pozdrawiam serdecznie.

 

Facies_Hippocratica – sprawdziłam sentymentalistę i według słownika, może użyć tego słowa też w odniesieniu do osoby przesadnie wrażliwej, więc chyba już zostawię tak jak jest… Odnośnie diety, hm, Molick jest taki trochę wszystkożerny :)

Bardzo mi miło, że sie dobrze się czytało i że ogólnie tekst Ci się spodobał. Dziękuję bardzo za wizytę i komentarz. Pozdrawiam serdecznie.

Melduję, że bilet został skasowany.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dziękuję :)

Jednym z największych atutów tego tekstu jest plastyczność przedstawionego świata. Nie opowiadasz, ale pokazujesz świat poprzez dźwięki, zapachy, smaki, emocje. To sprawia, że czytelnik przenosi się do świata Molicka i razem z nim przeżywa trudną sytuację.

Podobała mi się kreacja bohatera, rozbudowana, a zarazem trudna ze względu na jego wiek i szczególne cechy. Nie dałam rady go polubić. Mogłam mu tylko współczuć, chociaż w takiej symbiotycznej relacji czai się też groza. Dla mnie był to jednak przede wszystkim tekst o umieraniu i przemijaniu, największe emocje wzbudził fragment kalectwie i o postępującej niedołężności bohatera. Zakończenie nie zaskoczyło, lecz analizując tytuł myślę, że chyba tak miało być.

Podsumowując: tekst bardzo dobry warsztatowo, emocjonalnie trudny, ale taki, który zapada w pamięć po przeczytaniu i w pełni zasługuje na bibliotekę.

Ando, dziękuję bardzo za odwiedziny, za komentarz i za zgłoszenie do biblioteki. Chciałam, żeby tekst w odróżnieniu od innych moich opowiadań wyszedł trochę lżejszy i bardziej optymistyczny, ale cóż mnie chyba jakoś ciągnie do trudnych tematów… Tak czy inaczej, że dostrzegłaś w nim tyle plusów :) Pozdrawiam serdecznie.

Kurcze, czasu mam na tyle, żeby czytać króciaki. Ale do opka Katii muszę siąść nie w pośpiechu, ale statecznie i dostojnie :P.

Toteż – zapalę sobie gwiazdkę, żeby móc tu spokojnie wrócić!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Stworzyłaś osobliwy, podziemny świat, więc i bohaterowie nie mogli być zwyczajni. A jednak, jakkolwiek by nie byli dziwni, okazało się, że ich uczucia nie różnią się od naszych, a i zachowanie od naszego daleko nie odbiega.

Dałaś kolejny popis możliwości swojej wyobraźni, skutkiem czego powieść jest na swój sposób wzruszająca, zwłaszcza że uczucie łączące Molicka i Cindy jest długo przez oboje tajone i choć czytelnik wie o nim od początku, uwidacznia się dopiero w dramatycznej końcówce.

Katiu, mam nadzieję, że poprawisz usterki, bo chciałabym móc kliknąć Bibliotekę. ;)

 

– Widzi pan, panie Mo­lick… – Głos sie­dzą­ce­go na­prze­ciw­ko prze­ło­żo­ne­go prze­zy­wa­ne­go przez tych, któ­rzy wi­dzie­li, pew­nie ze wzglę­du na apa­ry­cję wie­przem wręcz wwier­cał mi się w czasz­kę. – Czasy po­szły do przo­du… ―> Unikaj dodatkowych półpauz w dialogach, bo wprowadzają czytającego w błąd i sprawiają, że zapis staje się nieczytelny.

 

– …by w pełni wy­ko­rzy­sty­wać moż­li­wo­ści na­szych super szyn. – Do moich uszu do­biegł od­głos skrzy­pią­cej pod­ło­gi. – O, prze­pra­szam, chcia­łem panu po­ka­zać zdję­cie naj­now­sze­go mo­de­lu… – Na uła­mek se­kun­dy za­milkł. – Ale pan nic nie widzi. Tak, panie Mo­lick… ―>

Podkreślone zdanie to nie didaskalia do kwestii wypowiedzianej przez „wieprza”, a odczucie Molika. Proponuję:

…by w pełni wy­ko­rzy­sty­wać moż­li­wo­ści na­szych superszyn.

Do moich uszu do­biegł od­głos skrzy­pią­cej pod­ło­gi.

– O, prze­pra­szam, chcia­łem panu po­ka­zać zdję­cie naj­now­sze­go mo­de­lu… – Na uła­mek se­kun­dy za­milkł. – Ale pan nic nie widzi. Tak, panie Mo­lick

 

i od­da­la­ją­ce­go się w stro­nę „dzie­wiąt­ki” po­wol­nym kro­kiem Bul­li­ge­ra. ―> Raczej: …i Bul­li­ge­ra, po­wol­nym kro­kiem od­da­la­ją­ce­go się w stro­nę „dzie­wiąt­ki”.

 

przez ogrom­ny la­se­ro­wy rent­gen –pro­ce­du­ra znie­na­wi­dzo­na… ―> Brak spacji po półpauzie.

 

Był też dużo bar­dziej oświe­tlo­ny… ―> Raczej: Był też znacznie lepiej oświetlony

 

Za­czą­łem czy­tać po­ły­sku­ją­ce na sre­bro li­te­ry… ―> Literówka.

 

Oni nie mają ryj­ków, tylko buzie. ―> Piszesz o dzieciach, więc: One nie mają ryj­ków, tylko buzie.

 

człon­ko­wie ob­słu­gi trans­por­tow­ca –kon­tro­le­rzy bi­le­tów… ―> Brak spacji po półpauzie.

 

Sta­cje znaj­do­wa­ły się ode sie­bie w od­le­gło­ściach kilku go­dzin. ―> Obawiam się, że odległości między stacjami nie mierzy się czasem.

Proponuję: Podróż między stacjami trwała kilka godzin.

 

spa­cer do ma­lut­kie­go po­miesz­cze­nia, miesz­czą­ce­go się… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …spa­cer do ma­lut­kie­go po­miesz­cze­nia, usytuowanego/ znajdującego się

 

plac oto­czo­ny kil­ko­ma do­ma­mi-ko­pu­ła­mi, po środ­ku któ­re­go… ―> …plac oto­czo­ny kil­ko­ma do­ma­mi-ko­pu­ła­mi, pośrod­ku któ­re­go

 

Dżdżow­ni­ca po­wo­li za­czę­ła ha­mo­wać, pra­wie, że się za­trzy­mu­jąc, kiedy już zna­leź­li­śmy bli­sko świą­ty­ni. ―> Dżdżow­ni­ca po­wo­li za­czę­ła ha­mo­wać, pra­wie się za­trzy­mu­jąc, kiedy już zna­leź­li­śmy się bli­sko świą­ty­ni.

 

ga­pi­łem się na sie­dzą­ce się na zło­tych scho­dach szcze­ko­łap­ki. ―> …ga­pi­łem się na sie­dzą­ce na zło­tych scho­dach szcze­ko­łap­ki.

 

spali na pię­tro­wych łóz­kach… ―> Literówka.

 

jedno, że moje mię­śnie po tylu dniach tak zwa­ne­go stanu „względ­ne­go odrę­twie­nia”, wciąż były wła­śnie odrę­twia­łe, dwa – prze­mier­z­łem… ―> …raz, że moje mię­śnie po tylu dniach tak zwa­ne­go stanu „względ­ne­go odrę­twie­nia” wciąż były wła­śnie odrę­twia­łe, dwa – prze­mier­z­ałem

 

Podał mi swoją dłoń, a kiedy już znaleźliśmy w środku pachnącego starymi papierami i wanilią pomieszczeniu, dodał: ―> Podał mi dłoń, a kiedy już znaleźliśmy się w środku pachnącego starymi papierami i wanilią pomieszczenia, dodał:

 

Zo­sta­ło mi jesz­cze dwa lata do eme­ry­tu­ry… ―> Zo­sta­ły mi jesz­cze dwa lata do eme­ry­tu­ry

 

będę jeź­dził innym trans­por­tow­cem– skła­ma­łem… ―> Brak spacji przed półpauzą.

 

moja po­ła­ma­na laska mie­nią­ca się fio­le­tem i po­ma­rań­czą… ―> Piszesz o kolorze, nie o owocu, więc: …moja po­ła­ma­na laska mie­nią­ca się fio­le­tem i po­ma­rań­czem

 

i chcia­łem my­śleć, że chcę się po­że­gnać, ale naj­zwy­czaj­niej na świe­cie byłem zwy­kłym mię­cza­kiem. ―> Czy to celowe powtórzenia?

 

Mu­si­my cie­szyć cza­sem, który nam po­zo­stał. ―> Mu­si­my cie­szyć się cza­sem, który nam po­zo­stał.

 

Trzecie przykazanie – nie pamiętałem kogo. ―> Trzecie przykazanie – nie pamiętałem czyje.

 

mu­sie­li­by cze­kać na za­pa­so­we­go trans­por­tow­ca. ―> …mu­sie­li­by cze­kać na za­pa­so­wy trans­por­towiec.

 

dwie trze­cie po­dro­ży za nami. ―> Literówka.

 

Sły­szysz?! Gdzie je­dzie­my? ―> Sły­szysz?! Dokąd je­dzie­my?  

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Staruchu – :) mam nadzieję, że znajdziesz chwilę, żeby tu wrócić :) To chyba jeden z najbardziej optymistycznych tekstów, jakie udało mi się naskrobać :), więc z chęcią poznałabym Twoją opinię.

 

Reg – niezmiernie się cieszę, że tekst Ci spodobał i bardzo, bardzo przepraszam za liczne błędy :( Wszystkie oczywiście poprawiałam i w najbliższym czasie zamierzam przypomnieć sobie odmianę przez przypadki, by nie mylić dopełniacza z biernikiem :(:(:( Będę też unikać półpauz w dialogach, bo to rzeczywiście wprowadza niepotrzebny zmęt.

Tak czy inaczej, bardzo Ci dziękuję za poświęcony czas. Pozdrawiam serdecznie.

Katiu, bardzo się cieszę, że uwagi przydały się. :)

A Ostatni kurs, istotnie, podoba mi się bardzo, więc daję temu wyraz klikiem do Biblioteki. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Katiu, to jest rewelacyjne, a w konkurs wpisuje się wręcz idealnie. Ty masz dopiero wyobraźnię: maszynista w symbiozie, wręcz przyjaźni ze swoją maszyną! I ten świat jak z obrazów Beksińskiego, tak wyrazisty, tak dojmujący swoją mrocznością, no po prostu zazdroszczę wyobraźni. I znakomity finał -czytając zadawałem sobie pytanie jak z tego wybrniesz – i zrobiłaś to znakomicie.

Kręci mi się w głowie po pierwszym wrażeniu, więc tu wrócę jak ochłonę. Na razie klik i duża buźka od staruszka :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Ninedin – bardzo dziękuję za przeczytanie i Selene?

 

Reg – Twoja pomoc jest zawsze nieoceniona, a jeśli jeszcze jesteś w miarę zadowolona z lektury, cóż pozostaje się tylko cieszyć :)

 

Tsole – Jak zwykle jesteś zdecydowanie dla mnie za miły. Dziękuję bardzo za przeczytanie, kliczka, miłe słowa i zgłoszenie do piórka… A staruszkiem to byś był, gdybym miała dziesięć lat :) Duża buźka od kobiety w wieku średnim ;) heart

Nic nie poradzę jeśli swoimi tekstami wprowadzasz mnie w euforię. Napisz jakiegoś gniota, to mnie trochę ostudzi :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Selene-Artemida na rydwanie zaprzężonym w łanie :)

Przeczytane ;)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Tsole – gnioty… pewnie, za jakiś czas się może jakaś wpadka zdarzyć :) chociaż raczej będę próbować ich unikać :):):)

 

Ninedin, Wicked – dzięki :)

 

Pozdrawiam wszystkich serdecznie i życzę miłej nocy :)

I ja zostawię gwiazdkę, jak Staruch. Przeczytałam, ale nieporządnie, bo ciągle mi przerywano. Muszę znaleźć chwilę.

Jedno muszę już napisać – Kret mnie zauroczył i jego ślepota, i łapki. Wiem jak wygląda.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum – cierpliwie czekam na komentarz :)

Bardzo efektowny świat. I to kompletny – pokazujesz nie tylko różne gatunki (czy tam rasy), ale sprzedawców na ulicy. Ciekawam, jak doszło do tego wszystkiego.

Niesamowity pomysł na pojazd. I podróż uczyniłaś osią tekstu.

Niezwykła relacja między bohaterami. Miejsce pracy dopełnia Molicka (cholera, nie wiem, czy mu zazdrościć, czy współczuć), nie dziwota, że chce go bronić. Bezduszność Wieprza (i pewnie jego przełożonych) dołująca.

No właśnie, jesteś pewna, że to optymistyczny tekst? Bo jakoś nie bardzo widzę ten optymizm. Nutkę pocieszenia – to bardziej.

Mnie też trochę się dłużyło w środku. Ale nie bardzo.

Zgłoszę do piórka, czyli.

liczyć pojawiające mi się przed oczami plamki, większość z nich w różnych odcieniach czerwieni, o kształtach atramentowych plam.

Czyli plamki mają kształt plamek, a wuj to wuj? ;-) Skąd Molick wie, jak wyglądają plamy atramentu, często spotykają je na trasie?

– Gdzie jedziemy, mój dowódco?

Nie lepiej “dokąd”?

Babska logika rządzi!

O, Finkla, hm, bardzo się cieszę. Dziękuję za nominację do piórka, wiem, że to tylko nominacja, ale i tak się bardzo cieszę :)

Plamki poprawione… Plamki w kształcie plamek, no tak… :) Aż się sama do siebie uśmiechnęłam :)

Odnośnie ewentualnego skracania – już wszyscy sędziowie przeczytali, więc chyba muszę zostawić, tak jak jest…

Jeśli chodzi o optymizm, hm, nikt przynajmniej nie zginął, chociaż końcówka dwuznaczna… ale tak czułam, że piszę o pozytywnych emocjach…

Jeszcze raz dziękuję za przeczytanie, komentarz, kliczka i nominację. Miłej nocy :)

Już po pierwszy zdaniu miała przeczucie, że to będzie coś niesamowitego i nie myliłam się. Zbudowałaś wspaniały, fantastyczny świat, który ciężko pojąć, a który wyłożyłaś nam tak pięknie, że widziałam to wszystko – od opisów otoczenia po emocje bohaterów. Znalazłam kilka perełek w tym tekście. Takie zdania czytało się z uwagą i podziwem. 

Masz, Katiu, swój specyficzny styl, który mi osobiście bardzo się podoba. 

Piękne zakończenie. To opowiadanie na pewno na dłużej pozostanie w mojej pamięci.

Do biblioteki już nominować nie muszę, ale w piórkowym wątku wspomnę.

Sara – bardzo mi miło, że to opowiadanie, mimo iż chyba trochę inne od poprzednich moich tworów, też Ci się spodobało :) Cieszę się, że tym razem nie popsułam tekstu zakończeniem, bo to element, z którym nierzadko mam problem.

Odnośnie stylu, moja mama “zarzuca”, że jest zbyt “poetycki :), ale ona tak czy inaczej, nie przepada za fantastyką…

Wielkie dzięki za przeczytanie, komentarz i oczywiście wzmiankę w wątku piórkowym. Pozdrawiam ciepło.

Katiu, udało Ci się stworzyć niesamowity świat i umiejscowić w nim piękną historię. Czytałam z ogromną przyjemnością. Zadbałaś o detale; te dzieci z ryjkami – rewelacja. Bohaterowie są wiarygodni i to wszyscy, nawet drugoplanowy Wieprz. Relacja między Cindy a Molickiem też niezwykle dobrze oddana i jakaś taka świeża. Ta ich wzajemna symbioza jest niezwykle oryginalna. Generalnie – rewelacja. :)

Minusik widzę tylko jeden, to opko pozostawia mnie z uczuciem niedosytu. Nie chodzi mi bynajmniej o zakończenie, jest perfekcyjne, ale chciałabym więcej tego niezwykłego świata. Chciałabym się w nim zanurzyć po uszy, poznać go. Jak oni się tam na dole znaleźli? Skąd te genetyczne zabawy? Ten świat jest tak intrygujący, że to wręcz zbrodnia poprzestać na jednym małym epizodzie. :)

Katiu, 

 

Dobrze czytało mi się Twoje opko. Świat stworzony przez Ciebie jest dość ciekawy i nietuzinkowy. Trafnie opisujesz emocje bohaterów. Obrazowo napisane. 

 

Co prawda zakończenia się spodziewałem. To znaczy zakładałem dwie opcje: wspólne samobójstwo lub wspólna ucieczka. Niemniej tak to już jest w historiach miłosnych, że pomimo iż spodziewamy się tragicznego lub szczęścliwego zakończenia, po którymkolwiek z wariantów, tak czy siak ocieramy łezkę. 

 

I tu chyba bardziej o wytworzenie właśnie takich emocji chodziło, niż specjalnie skomplikowanej fabuły. Tak to odbieram.

 

 

 

Irka – bardzo mi miło, że wpadłaś i jeszcze bardziej miło, że opowiadanie Ci się spodobało i dostrzegłaś w nim tyle plusów. Jeśli chodzi o świat przedstawiony w tekście, zanim skończyłam pisać chciałam go trochę bardziej przybliżyć, ale… cóż zabrakło mi miejsca, a nie chciałam w paru zdaniach zawierać zbyt wielu informacji, bo stwierdziłam, że zepsułby to całą konstrukcję…

Dziękuję za ciepłe słowa i życzę udanego weekendu :)

 

Cichy0 – bardzo dziękuję za wizytę i pozytywny komentarz. Jeśli chodzi o zakończenie… Hm, chyba nie za bardzo byłabym w stanie wymyślić inne, a przynajmniej takie, które w miarę by pasowało do tekstu :) Tak czy inaczej bardzo się cieszę, że ogólnie się podobało :)

Pozdrawiam serdecznie :)

Katiu, świat przedstawiłaś perfekcyjnie. Chodzi mi o to, że to jest uniwersum na coś więcej, na cykl opowiadań, albo wręcz książkę. :)

Popieram Irkę, książka musi być!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Irka, Tsole – jesteście super mili :) A podziemia… Zobaczymy :) Na razie bardzo się cieszę, że Molick się spodobał :) Miłej nocy smileysmileysmiley

Katiu, to piękne opowiadanie i jest cholernie optymistyczne! Świat, w którym przyszło żyć Molickowi i Cindy jednocześnie przeraża i fascynuje. Ich postaci i więź są wzruszające. Opisałaś ten świat głosami i zapachem, a wykorzystanie Cindy, aby nie utracić zmysłu wzroku było doskonale. Kiedy przedstawiałaś po raz pierwszy sny Molicka od razu zastanowiło mnie jak to możliwe, przecież był ślepy od urodzenia, a za chwilę  już wiedziałam dlaczego. W W-wie jest takie muzeum/miejsce, w którym widzący mogą doświadczyć świata z perspektywy osób niewidomych. Przewodnikami są niewidomi.

Bardzo plastycznie opowiadasz, sceny są filmowe i jest fabuła. Fabuła drogi, którą tak bardzo lubię. Jeszcze nie za wiele w jej trakcie się zdarza, ale wystarczająco jak na liczbę znaków.

Po mistrzowsku wprowadzasz postaci, a każda z nich jest osobna, czyli pozostaje sobą. O Molicku wiemy więcej, ale i Cindy nie jest papierowa, lecz charakterna, chyba silniejsza od swojego przyjaciela. Wzruszające są ich rozmowy.

Dobrze, że Cindy sforsowała bariery i choć nie wiemy, co dalej będzie, to jest nadzieja, a jeśli ona jest, to wszystko jeszcze może się zdarzyć. Nie podobałoby mi się inne zakończenie.

dobranocka, a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

No, w końcu. Kawa, spokój i trochę czasu. Idealne warunki do poczytania Katii!

I od razu – to jest optymistyczne opowiadanie?? Chyba jak napiszesz bardzo pesymistyczne, to czytelnicy będą się wieszać po lekturze ;)?

Po raz kolejny wykreowałaś niesamowity świat. Łączysz tak nieprzystające elementy z taką łatwością, że zazdrość bierze… Tym razem emocje na stałym poziomie, kibicujemy głównemu bohaterowi, ale wiemy, że happy endu nie będzie. Dla mnie to BUM na końcu jest jednoznaczne – oboje udali się w Krainę Wiecznych Kursów.

No ładne bardzo :).

Ale żeby nie było tak słodko, to trochę czepialstwa:

– “à la rzepakowego oleju i pikantnego, paprykowego sosu” – czemu “a la oleju”? samo “oleju” nie wystarczy?;

– “musiałabym odłożyć na bok laskę…” – parę razy mylisz rodzaje – wszak Molick to facet?;

– “funkcję odgarniacza od błąkających się” – a tu “od” jest moim zdaniem zbędne;

– rozszerzyłem dziurki nosowe” – “nozdrza” byłyby lepsze;

– “ogromny laserowy rentgen” – hm, wiem co chcesz powiedzieć; ale laser to światło widzialne, a rentgen – promieniowanie przenikliwe; czyli zbudowałaś coś niemożliwego; “laserowy prześwietlacz” czy coś? wymyślisz jakieś fajne słowo :);

– “Ja zapłacę… – wybełkotałam” – znowu ten rodzaj;

– “nawet Brajla nie możesz czytać” – hm, chyba “czytać brajlem”; Brajla mogłaby czytać, gdyby ten wydał jakieś swoje dzieło;

– “Starłem się być miły i pozytywny” – literówka;

– “mątwików buraczanych” – wiki podaje, że mątwiki są burakowe;

– “Ej, Molic!” – zabrakło “k”.

EDIT: Jeszcze jedna rzecz – pociąg raczej nie może niszczyć szlabanów, bo one są ustawione wzdłuż torów, wstrzymując ruch pieszy i kołowy na drodze pociągów. Te przeszkody torowe do spowalniania i zatrzymywania składów mają swoją kolejarską nazwę, ale już jej nie pamiętam ;).

 

I podsumowując – bardzo zadowolony jestem z lektury :D!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Asylum – Bardzo dziękuję za przeczytanie i komentarz, i zgłoszenie do piórka :) Bardzo się cieszę, że opowiadanie Ci się spodobało zarówno pod względem treści jak i wykonania, i że zakończenie też na plus.

Pozdrawiam serdecznie, życzę miłego dnia i jeszcze wielkie dzięki za ciepłe słowa :)

 

Staruch – Dziękuję bardzo za przeczytanie i wyłapanie kolejnych baboli… Wszystkie starłam się poprawić, a z tymi szlabanami – nie mam pojęcia, jak mogłam je ustawić na torach :) I będę pracować na optymizmem…

Tak czy inaczej, oczywiście bardzo się cieszę, że lektura okazała się zadowalająca :)

Pozdrawiam ciepło i życzę miłej niedzieli :)

:D

Muszę jeszcze przeczytać zaległe opka. Może za tydzień mi się uda?

Choć konkursy kuszą, a chyba już coraz lepiej zarządzam swoim czasem.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Te poprzednie… nie wiem, czy ma sens do nich wracać :) To o Molicku chyba najlepsze, jakie udało mi się stworzyć przez ostatnie kilka miesięcy :)

Lepiej napisz coś na konkursy – z chęcią zapoznam się z Twoją wersją LocoMotywnika :)

Lubisz pisać o robactwie, co? ;p

Była mucha, były karaluchy, teraz przyszła pora na faunę gleby…

Ciekawe, nietuzinkowe opowiadanie. Wyróżnia się na tle innych, co dla mnie jest największym plusem. Bohaterowie fajni.

Momentami pod względem uczuciowym tekst jest trochę mdły, przesadzony – jakbyś na siłę chciała wlewać ten optymizm niepotrzebnymi deklaracjami miłości. W tych miejscach lepiej by się sprawdziło trochę subtelniejszego “show” ;)

Początek bez fajerwerków, ale poprawny. Nie nudził. Zakończenie – symboliczne.

Fajny, bogaty worldbuilding, w którym udało Ci się uniknąć infodumpów – duży plus.

Scena kraksy nieco zbyt siermiężna. Chciałaś pewnie zrobić coś zaskakującego, burzącego spokój ostatniej podróży, ale wyszło… no, bez telemarku ;)

 

Tyle ode mnie, dobra robota.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Count – dziękuję bardzo za przeczytanie i komentarz. Cóż, chyba emocje rzeczywiście wyszły zbyt jednolite, a zakończenie zbyt kanciaste :( W tym tekście już tego nie zmienię, ale postaram się uniknąć tych problemów w kolejnych opowiadaniach :)

Pozdrawiam serdecznie.

Katiu, podziwiam Twoją wyobraźnię i to, jak pokręcone światy potrafisz stworzyć. :)

Bardzo przyjemnie płynie się przez tekst. Kibicowałam Molickowi, kibicowałam Cindy, choć z góry wiedziałam, że to historia bez happy endu. A może jednak nie? Końcówka, to oczywiste skojarzenie z Seksmisją. Być może tam na górze jest nowy, lepszy świat?

Jak zwykle grasz na emocjach i świetnie ci to wychodzi. :)

"Fajne, a nawet jakby nie było fajne to i tak poszedłbym nominować, bo Drakaina powiedziała, że fajne". - MaSkrol

AQQ – dziękuję bardzo za wizytę i bardzo się cieszę, że tekst Ci się spodobał. Końcówka miała być optymistyczna, mieli uciec… ale ostatecznie wyszło, wyszło trochę dwuznacznie :)

Wielkie dzięki za zgłoszenie do piórka :)

Urządziłaś mi, Katiu, niezły rollercoaster. I to już od pierwszego akapitu. Bardzo dobre pierwsze zdanie, a zaraz potem ten “walcowaty łożyskowiec” (?) – nawet jeśli ma to być synonim dla kreta, to zdanie pozostaje niegramatyczne. W kolejnym akapicie zachrzęściła zbitka brzmieniowa “naprzeciwko przełożonego, przezywanego” – to zdanie też do remontu, co najmniej interpunkcyjnego. Zwróciłem jeszcze uwagę na odwoływanie się przez ślepego Molicka do doznań wzrokowych (”światełko na końcu tunelu”) – na tym etapie opowieści sprawia to wrażenie sprzeczności logicznej. Ale potem, w miarę jak zagłębiałem się w tworzony przez Ciebie new weirdowy świat, machnąłem na ręką na problemy technicznie i dałem się zabrać w podróż. Świetny jest ten pomysł, postaci, dekoracje – zarazem bajkowe i koszmarne, groteskowe i wzruszające, a przy tym świadomie niedopowiedziane. I w tym nastroju zostałem prawie do końca, bo niestety przy słowach “I kiedy zostaliśmy sami…” coś się posypało. Nie wyszła Ci ta nagła zmiana tempa, klimat się rozwiał i końcówka zaskoczyła, ale nie mocą, tylko pospiesznością. Myślę, że brakuje tam co najmniej jednego akapitu pokazującego jak Cindy rusza ze stacji i kieruje się w stronę bocznicy, by dopiero stopniowo przyspieszyć, pokonując zapory i wjeżdżając na dawno zapomniane tory.

Katiu, Cobold ma rację. Jest przeskok w czasie, chyba za duży w tym miejscu, brakuje pauzy, którą zapewniłby nowy akapit i narastanie grozy, chyba lepiej byłoby zrobić to przez narratora (przez Cindy chyba nie można, ponieważ mieliśmy z nią –  jako czytelnik – kontakt z nią – pośredni przez wypowiedzi i refleksje Molicka, chociaż sama nie wiem, trzeba byłoby wypróbować, gdyż mogłoby być to jej wejście), który spostrzega/orientuje się. 

 

Edit. Po niewczasie przepraszam, że się wtrąciłam:(

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Cobold, Asylum – poprawiłam początek i rozwinęłam zakończenie… Nie wiem, czy nie zostanę za to zdyskwalifikowana w konkursie, ale oczywiście macie rację i akcja toczyła się w końcówce zdecydowanie zbyt szybko… Mam nadzieje, że teraz jest lepiej?

Nie chcę wchodzić w buty jurorów, ale poprawianie przed deadlinem zawsze było dopuszczalne.

W drugim zdaniu nadal jest niegramatycznie, poprawniej byłoby “kreciemu”. Kłopot tylko w tym, że krety mają bardzo dobry słuch ;)

Końcówka dużo lepsza. Spójrz jeszcze na te fragment, o którym wspominał Count.

Przeczytałam tekst wczoraj i też trochę uderzyła mnie pośpieszona końcówka, ale teraz widzę nową wersję i ta już jest zdecydowanie lepsza. Dzięki niej Cindy nabrała odrobiny charakteru, którego wcześniej jej trochę brakowało.

Zdecydowanie największą siłą tego tekstu jest wykreowany przez Ciebie świat – mimo całej swojej dziwaczności od razu się w nim zatopiłam. Świetna sprawa, aż chce się poznawać kolejne szczegóły pokazanych przez Ciebie realiów. Naprawdę, zachwyciło mnie to.

Cały ten brud, ciemność i ciasnota w dość ciekawy sposób kontrastuje z relacją Molicka z Cindy. Sam Molick to także świetnie wykreowany bohater, absolutnie nie jest idealny, ale bardzo łatwo było mi wczuć się w jego sytuację, polubiłam go. 

Jedynie czasem zazgrzytały mi dialogi, nie wszędzie wydawały się naturalne. Nie były to jednak zgrzyty na tyle duże, by wyrwać mnie z tego fascynującego świata czy nie wzbudzić we mnie emocji. Było też kilka perełek, chociażby:

Moja ślepota lubiła bliskość.

Podsumowując: jestem pod wrażeniem Twojej wyobraźni.

Cobold – nie mam pojęcia, co wymyśliłam z tym kretem – jeszcze raz skorygowałam to nieszczęsne zdanie… i wyrzuciłam “serduszka” i wyznanie miłości :)

 

Nir – Dziękuję bardzo za wizytę i oczywiście bardzo się cieszę, że tekst przypadł Ci do gustu, ale jednocześnie przyznaję, że opisywanie wykreowanego w tym opowiadaniu świata nie było proste… Chyba głównie bałam się logicznych nieścisłości…

Katiu to się zdarza (a’propos nieszczęsnego zdania), właściwie nonstop, szczególnie przy przeciwieństwach, bo one “zakręcają”. Też za chwileczkę przeczytam.

 

Edit: Dopisuję, dużo lepsze, nie ma już przerwy:), a i Cindy stała się wyraźniejsza, jej charakter.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Super :) W sumie do opowiadania pasował mi bardziej dobry słuch kreta, więc… rzeczywiście trochę się zakręciłam :(

Miłej nocy :)

Umiesz, Katiu, ukazywać uczucia postaci i mocno wiązać je z czytelnikami. Teraz dołożyłaś do tego ciekawe światotwórstwo – “new wierdowe”, jak to określono. Podoba mi się motyw podróży, pokazanie miejsc, dusznego i mrocznego klimatu. Uczynienie ślepca bohaterem było na swój sposób ryzykowne, zwłaszcza przez obecne metafory świetlne i wzrokowe – to z początku wywołało moje zdziwienie. Jednak późniejsze podłączenie do dżdżownicy część przynajmniej tych powiedzeń pozwala uzasadnić.

Parę razy też zachrzęściła kursywa, sugerująca przytoczenie bezpośrednie myśli bohatera. Tylko to tworzy dysonans, bo już przecież masz narratora pierwszoosobowego – a jego myśli to przecież rozważania postaci. Wychodzi więc z lekka “masło maślane” w odbiorze i mnie wytrąciło parę razy z uwagi.

Jednak te niedociągnięcia niewiele przeszkadzają bawić się podczas czytania tekstu, odkrywając nowe krajobrazy i miejsca, polane do tego soczystym sosem emocji bohatera i jego pojazdu. Tak więc koncert fajerwerków definitywnie udany i bardzo dobrze zaprezentowany :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereMan – dziękuję bardzo za wizytę, komentarz i cieszę się, że tekst przypadł Ci do gustu. Zmieniłam większość kursywy na antykwę , bo chyba rzeczywiście jej nadużywałam…

Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego wieczoru :)

Wiesz, co najbardziej urzekło mnie w tym opowiadaniu? Nawet nie sam pomysł, ani bohaterowie. Również nie emocje, bo tych akurat mogłem się u Ciebie spodziewać. Chyba nawet nie ten kapitalny pokaz wyobraźni przy kreacji świata. Najbardziej urzekła mnie ta “bezczelna” wręcz łatwość wciągnięcia czytelnika w swoją historię.

Napisałaś opowiadanie, któremu wystarcza ledwie kilka zdań, by oderwać czytelnika z kanapy, fotela, czy na tym on tam siedzi. Kilka zdań, by znikły monotonne cztery ściany, krople deszczu spływające po szybach, bajzel rozprzestrzeniający się po pokoju i świadomość, że wypadałoby go wreszcie ogarnąć. Słowem, nie tylko tworzysz efektowny, pomysłowy świat, ale jednocześnie potrafisz do niego zaprosić z taką niebywałą otwartością. Dzięki tym dbałościom o szczegóły, kompletności, odpowiednim opisom, pozwalasz się do niego przenieść. Naprawdę tam być. Jest to niesłychanie fajnie, bo też gwarantujesz ten rodzaj podróży, której nie kupi się za żadne pieniądze.

Skupiając się już bezpośrednio na samym opowiadaniu, nie napiszę w zasadzie nic nowego. Wszystko, co warte podkreślenia, pojawiło się już u przedpiśców. Powtórzę więc: dajesz niesamowity pokaz wyobraźni, budując świat z ogromnym rozmachem, taki, którego starczyłoby i na całą powieść, nie tylko na opowiadanie. Dostarczasz, jak zwykle, mnóstwa emocji. Opowiadanie czytałem kilka dni temu, a zatem zakończenie znam bez tych naniesionych poprawek. Tym nie mniej, nawet jeśli był w nim jakiś pośpiech, może próba pójścia na skróty to, przyznam Ci szczerze… guzik mnie to obchodziło. :) Ja już nieraz pisałem, że jeśli tekst jest naprawdę dobry, to zwyczajnie cieszę się nim tak, jak to tylko możliwe, odpuszczając sobie skupianie na jakichkolwiek błędach czy niedociągnięcia (muszą być naprawdę ewidentne i mocno rażące, żebym zachował się inaczej).

Wpadam, jak zwykle, spóźniony, więc niestety w wątku z najlepszymi opowiadaniami swojego głosu na “Ostatni kurs” już nie oddam. Tym nie mniej zasugeruję chociaż, że na pewno bym tak postąpił (a gdyby mojego głosu do nominacji Ci brakowało, próbowałbym zjawić się wcześniej).

Bez cienia wątpliwości jest to jedno z najlepszych opowiadań, jakie miałem przyjemność przeczytać na tym portalu.

P.S. To naprawdę jest optymistyczne opowiadanie?! XD

Rozumiem, że te skrajnie pesymistyczne czytamy w obecności psychologa lub psychiatry? ;-)

Pozdrawiam.

 

CM – niezmiernie mi miło czytać tak miły komentarz :) Bardzo się cieszę, że opowiadanie Ci się spodobało i dostrzegłeś w nim tak wiele plusów :) Poprzednie zakończenie było rzeczywiście zbyt pośpieszne, więc teraz jest chyba lepiej, ale jeśli chodzi o akcję, tak czy inaczej, niewiele się zmieniło.

 

Odnośnie optymizmu… osobiście postrzegam ten tekst jako bardziej optymistycznych na tle moich opowiadań, bo… hm, starałam się go oprzeć na pozytywnych emocjach między bohaterami i jakiejś takiej wierze w ludzi (hm, to nawet nie są ludzie)… Cóż, może jeszcze kiedyś stworzę coś bardziej radosnego :)

 

Pozdrawiam ciepło i życzę udanej niedzieli :)

Ostatnio mało piszę i jeszcze mniej publikuję…

Ech. Ale za to przyszłam się poczepiać, choć nie jest całkiem wykluczone, że będę konkurentką :)

 przewyższał zmysł ludzki.

"Zmysł" możesz wyciąć, jasne z kontekstu.

 Głos szefa, przezywanego przez tych, którzy widzieli, pewnie ze względu na aparycję wieprzem

Trochę się rozsypało. Przestawiłabym: Głos szefa, przez tych, którzy widzieli zwanego Wieprzem, pewnie ze względu na aparycję.

 wieprzem, wręcz wwiercał

"Wręcz" to już trochę za dużo, jak dla mnie.

 po chwili, na szczęście, odrobinę ciszej kontynuować

Jeśli "na szczęście odnosi się do zmniejszonej głośności, to: po chwili, na szczęście odrobinę ciszej, kontynuować.

 w miękką skórę śródręcza

To jest mocne, tylko to "śródręcze", takie techniczne, osłabia wrażenie.

dobiegł odgłos skrzypiącej podłogi

Nie rozmywaj: dobiegło skrzypienie podłogi.

 podszedł do mnie zbyt blisko

"Do mnie" możesz wyciąć, żeby było bardziej esencjonalnie.

 to znaczy sztuczne oczy, tylko po to

Troszku infodumpowe. Molick powinien wiedzieć, o co chodzi, a my powinniśmy móc się domyślić – i chyba moglibyśmy bez tego fragmentu. Nie musisz nawet nic więcej zmieniać, tylko nam zaufaj :)

nie możecie zabrać mi

Nie możecie mi zabrać. Chociaż wypowiedź podnieconego faceta nie musi być gładka.

 o to, co pan chce

O to, czego pan chce.

 monstrualnych wielkości hangary

Monstrualnej.To jest jedna wielkość, taka abstrakcyjna.

 morderstwo na bezbronnym dziecku

Morderstwo dziecka.

 powtórzył pytająco przełożony

Wycięłabym "pytająco", widać, że to pytanie.

 psy niż koty

Psy, niż koty.

 Aromat rzepakowego oleju

On ma jakiś zapach? Chyba, że Molick ma tak wyczulony węch, co by miało sens…

drażnił mi nozdrza

"Mi" zbędne – wiadomo, czyje.

 odłożyć na bok laskę

"Na bok" możesz wyciąć, to jasne.

 skórne pasożyty

Czemu skórne?

 niby luksusowe żarcie dla biedoty

To luksusowe – czy dla biedoty? Czy dla biedoty luksusowe?

 wcisnąłem głębiej zatyczki w uszy

Wcisnąłem zatyczki głębiej w uszy.

 plamki, większość z nich w różnych odcieniach

Możesz wyciąć "z nich". Hmm. To on jednak coś widzi…

 przyszykować samego siebie

Hmm.

 wręcz ubłagałem go

Hmm.

 Zresztą coś mi się przecież należało

Po "zresztą" przecinek.

 mój kij bardziej spełniał funkcję odgarniacza

Ciut za kolokwialne: kij spełniał raczej funkcję…

 „Minus trzy”,

W sumie czemu dużą literą?

 wyjątkowo drażniąco

Hmm.

 niż badacza terenu.

Zbędne – zdążyłam już zapomnieć, że mówisz o kiju, tak się skupiłam na mieszkańcach.

– Musiałem ocalić swoją dżdżownicę.

Jeśli to myśl narratora, to raczej: muszę. Bo on teraz o tym myśli.

 Przez pierwszy rok pracy jako kolejarz po każdym kontakcie z tymi dwoma zabójczymi zapachami, cierpiałem

Przez pierwszy rok pracy na kolei po każdym kontakcie z tymi dwoma zabójczymi zapachami cierpiałem…

 Zachrypiały głos

Zachrypły.

 spacerek, tylko ja nie szedłem

"Tylko" jakoś mi zgrzytnęło. Sama nie wiem.

 Pewnie bez zatyczek te grzmoty uszkodziłyby mi mózg.

Hmm.

potrzebował kamień i olej

Kamienia i oleju.

 krem o konsystencji wody adhezyjnej

Hmm?

 lśnią one w świetle

"One" niepotrzebne.

 Ku własnemu zaskoczeniu

Ku mojemu własnemu zaskoczeniu. Don't ask me why.

 przerzuciłem przez ramię wypełnioną puszkami z żarciem i butelkami z wodą torbę

Dałabym "torbę" przed opis jej zawartości, tak się łatwiej wyobraża.

rozbawiony głos konserwatora:

A to nie konserwator jest rozbawiony?

 rękę w kierunku Cindy w poszukiwaniu

Ja dałabym "do Cindy" – byłoby mniej "w" i bardziej intymnie.

to było krzyknięcie:

Lepszy jednak "krzyk". Albo "okrzyk".

 zaczęły wkręcać się

Naturalniej: zaczęły się wkręcać.

 obraz uległ wyostrzeniu

Hmm.

 Barwy i kształty, które wykwitły mi przed oczami były

Wtrącenie: Barwy i kształty, które wykwitły mi przed oczami, były.

 przy mojej codziennej ślepocie

To bym wycięła – wyraźnie pokazałaś, że jest ślepy, a powtarza dźwięk.

 Przed zagłębieniem się w tunel, czekała

Tu bez przecinka.

 ekstremalnie się powiększając

Ekstremalnie to inaczej "skrajnie". Jesteś pewna?

 Powinieneś się izolować, a nie integrować.

Trochę ten jego szef nielogiczny, przecież pilot po coś się podłącza.

 wyłączenie rozkoszować

Literówka.

 cytaty jakichś mądrych ludzi

Cytaty z ludzi.

 połyskujące na srebrno

Połyskujące srebrno.

brzmiała na podenerwowaną.

Oj, znowu to "brzmiała na" – to już jest w uzusie? Mam zacisnąć zęby i przestać zwracać uwagę? Bo nadal mi nie pasuje…

 „Extra bagaży” blondynka o przesadnie wymalowanej twarzy

Rym.

 nikt nie uraczył swoją obecnością

Chyba jednak nie zaszczycił.

 z żalem w głosie

"Z żalem" wystarczy.

 Chcesz przełączyć się

Chcesz się przełączyć.

 dżdżownica potrzebowałby

Uciekło "a".

 przemykające po tonących

Dwa ące. Może: po zalanych mrokiem? Skąpanych?

zbliżamy się jedynie

"Jedynie" bardzo dziwnie mi tu brzmi.

Z szeroko otworzonymi ustami, gapiłem się

 Z szeroko otwartymi ustami gapiłem się. Mogłoby też być "z rozdziawionymi", myślę, że pasowałoby do Molicka.

siedzące się na złotych schodach

To "się" chyba wpadło z następnego zdania (gdzie go brakuje po "wydobywały").

Szkoda, że tu nie ma naszej stacji

Masz na myśli: szkoda, że to nie tu jest nasza stacja?

rozżalonym tonem

To nie ton jest rozżalony.

 przecież, właśnie

Bez przecinka.

 oznajmiłem obojętnym tonem.

"Oznajmiłem" wystarczy.

 swojego wykrzywionego w grymasie smutku pyszczka, który na zewnątrz, tak czy inaczej, szeroko się uśmiechał.

Hmm.

stuknął dwa razy placem, prawdopodobnie o plastikowy blat biurka, mruknął

"Mruknął" oddzieliłabym kropką.

 w sumie to

W sumie, to.

 skłamałem, dodając

Jednocześnie?

 Starałem się być miły i pozytywny

"Pozytywny" takie telewizyjne…

 mątwików burakowe

"Burakowe"?

nie miałem pojęcia dlaczego

Nie miałem pojęcia, dlaczego.

 Może miała być to

Szyk: Może to miała być.

 Mnie widok czegoś udającego posokę, przyprawiał o mdłości.

Bez przecinka. Możesz też poprzestawiać: Mnie przyprawiał o mdłości widok czegoś udającego posokę. Na przykład.

 Nie możesz całej przeprawy przez Krwawe Jezioro ukrywać się

Przez całą przeprawę się ukrywać, albo całej przeprawy przesiedzieć.

 nie pamiętałem czyje

Nie pamiętałem, czyje.

 rozbłysła pochodnia o fioletowozielonym płomieniu

To płomień rozbłyska.

 szklanopodobnego

Chyba jednak szkłopodobnego.

 Droga powrotna prowadziła inną, krótszą trasą

Droga i trasa to to samo, więc może: wracać mieliśmy inną trasą?

 do tej, jednej z największych podziemnych metropolii

Pilnuj struktury zdania: do tej, jednej z największych pod ziemią, metropolii.

 zarzucał jej, że jest wolna

"Powolna" – bo "wolna" jest dwuznaczne, więc czytelnik się potyka.

 I ujrzeliśmy niebo.

 

Jak Ty to robisz? Z tymi emocjami, znaczy się? Choroba, no :D

 

Podoba mi się pomysł niewidomego narratora. Poza tym, że ładnie gra z tematem, pozwala na oryginalność i opisywanie świata przez zapachy i dźwięki, a nie ruch i kolory. No, i Molick ma swój głos, co jest miłe. I światotwórstwo całkiem, całkiem… aż by się chciało zobaczyć(usłyszeć?) więcej. Tylko zaimki trochę Ci się wymknęły spod kontroli (zaznaczałam).

heart

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Ooo, biedna Tarnina… tyle pomyłek :( Oczywiście za wyłapanie “baboli” jestem bardzo wdzięczna :) Dzisiaj już raczej nie dam poprawić, ale jutro zabieram się do walki :) A po walce do przeanalizowania błędów. Tak czy inaczej bardzo, bardzo dziękuję. I cieszę się, że pomysł się spodobał :)

Pozdrawiam ciepło i miłej nocy heart

 

Ooj, tylko się nade mną nie lituj heart nie było tak strasznie ;)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Błędy poprawione w około 97% :) heart 

 

Jeszcze raz bardzo dziękuję za poświęcony czas i życzę udanego poniedziałku :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Czy mogę sobie wyobrażać, że oni żyli długo i szczęśliwie na tej powierzchni? Proszę, powiedz, że mogę…

Jest to jeden z najładniejszych tekstów, jakie ostatnio czytałam, ale tak przeraźliwie smutny, że muszę sobie dać ten happy end. Masz fenomenalne postacie, niesamowity nastrój i właściwie ani jednego zbędnego słowa. No i zakochałam się w dżdżownicy i jej jeźdźcu, nic na to nie poradzę. (Minimalnie drażniło mnie imię Cindy, bo go wyjątkowo nie lubię, ale nie jest to w stanie zmienić mojej opinii o tekście…)

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaina, bardzo dziękuję za komentarz i oczywiście bardzo się cieszę, że tekst Ci się spodobał :) Pomysł na opowiadanie narodził się chwilę po przeczytaniu informacji o konkursie i spojrzeniu na ilustrację. I… i zakończenie miało być właśnie takie, jak napisałaś – mieli uciec na powierzchnię i cieszyć się wspólną jazdą, taką wolną, bez szyn, bez wyznaczonego celu podróży… I ja też wolę tak widzieć zakończenie historii o Molicku i Cindy… 

Cindy – już teraz nie będę zmieniać imienia, bo obiecałam sędziom więcej nie ingerować w treść… I to niby tylko imię, ale… W przyszłości będę mieć imiona trochę bardziej na uwadze. Nad Molickiem się zastanawiałam, a Cindy – po prostu się napisało, a może powinnam coś pokombinować z “earthworm”… 

Jeszcze raz dziękuję i życzę miłej nocy :)

Wracam, bo wczoraj z komórki napisałam krótko i emocjonalnie. Emocjonalnie będzie nadal, bo mnie ten tekst niesamowicie poruszył.

 

Uff, w takim razie w moim prywatnym uniwersum pan Molick i jego pani Dżdżownica żyją długo i szczęśliwie na powierzchni, a może znajdą sobie jakieś ustronne miejsce pod jakimś miłym pagórkiem. Uwielbiam wielkie nieforemne, dziwaczne stwory i zawsze bym im nieba przychyliła, więc trafiłaś w sam środek moich fantastycznych fetyszy, ale też całkowicie szczerze uważam, że jest to rewelacyjnie wykreowany świat i świetnie napisane opowiadanie, w którym każda scena jest na miejscu. Po prostu: chapeau bas. Cudownie opisałaś przyjaźń i troskę o drugą osobę. Wzajemność. Autentyczną, totalną symbiozę. Scena, w której Molick usiłuje przekonać muzeum – wielka. Płakałam.

 

Już w innym tonie odniosę się jeszcze do Cindy – mój problem poza subiektywnym nielubieniem imienia (po polsku brzmiącego jak odmiana: Cinda, Cindy…) jest jeszcze taki, że mi ono brzmi bardzo nowocześnie i amerykańsko. Aż zajrzałam do wikipedii i znalazłam, że ono pochodzi od Cynthia, przydomka Artemidy (Kynthia, od góry Kynthos) albo od Lucinda, co mnie zdumiało. Niemniej ta konkretna forma pojawiła się ewidentnie dopiero w XX w., bo pierwsze znane (? ja ich nie znam) osoby o takim imieniu urodziły się w drugiej połowie XX w. Czyli być może trafnie mi w tym staroświeckim, niemalże okołosteampunkowym świecie zgrzyta.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaina – to ja jeszcze raz napiszę, że niezmiernie się cieszę, że trafiłam w Twoje fantastyczne gusta :) I bardzo mi miło, że wszystkie sceny są na miejscu i emocjonalnie wyszło dobrze :)

 

Jeśli chodzi o Cindy – zmieniłam na Kore. Nie wiem, czy tak jest lepiej?

Może lepiej – dziewczyna z podziemi :) Ale ja się i tak w niej zakochałam, niezależnie od imienia :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Taka duża dziewczyna z podziemi :):):):)

Uff, to już czwarte czy piąte opowiadanie o umieraniu, które czytam, pod rząd. Czy Wy, drodzy Autorzy, już nie możecie o motylkach, pszczółkach, kwiatkach, tęczy i jednorożcach? Czy na palecie jest tylko czarny, czerwony, khaki i trupiobiały? A gdzie zieleń i błękit, złoto i srebro? Gdzie róż? 

Ekhm, no dobrze, z tym żądaniem różu to chyba jednak pod zły adres uderzam :-) 

Ani chybi łapię depresyjkę. O. 

 

 

Ale do rzeczy :-) 

Jak zapewne zauważyłaś, albo zauważysz gdy tylko NWM puści wyniki głosowania piórkowego, nie głosowałem za piórkiem. Fakt, zastanawiałem się potwornie długo i jeszcze żaden tekst nie sprawił mi takiego problemu. Na szczęście reszta była na tak, więc moje malkontenctwo nie ma znaczenia i sumienie może być spokojne. 

Ma się rozumieć, przyczyną nie jest zmęczenie smutnymi tekstami, ale o tym później. 

Opowiadanie mocno przypomina mi "Cerebro i Elfkę" Uznańskiego (w dobrym sensie, nie że zbyt podobne). Tam też był mroczny, ponury świat zaludniony przez wyspecjalizowane, hodowane do pełnienia konkretnych funkcji stworzenia, miłość "ponad podziałami" i końcowy rajd ku niebu. Właściwie Twoje podoba mi się bardziej, bo świat jest bogatszy, mimo że podziemny i smutny, to jednak pełen życia i aktywności. A miłość nietypowa i zdecydowanie bardziej złożona, niż zwykłe uczucie mężczyzny i kobiety. 

W ogóle światotwórstwo jest tu pierwszorzędne. Znakomity pomysł na te krzyżówki ludzi i (głównie) podziemnych zwierząt (prostytutka-krocionóg… Milcz, wredna wyobraźnio!) :-) na zależności między nimi, wreszcie na sam związek operator – maszyna. 

I Molick – znakomita postać, w całej swojej dobroci, nieporadności i ograniczeniach (które jednak w pewien sposób stanowią o jego sile) a przy tym desperacji w próbach uratowania Cindy. Znaczy Kori. Tu wyskakuje scena w muzeum – za Drakainą powiem, że to jedna z najlepszych scen, jakie od dawna dane mi było przeczytać. Zarówno pod względem emocjonalnej intensywności, napięcia, jak i kreacji postaci – dowiadujemy się tam więcej o Molicku, niż przez całą resztę tekstu. 

A Kori… Tutaj zacznę kręcić nosem. Ale to za chwilę, telefon mi pada i muszę dodać, co już napisałem, bo szlag komentarz trafi :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Już jestem. 

Zatem Kore. Podszedłem do Twojego opowiadania niedługo po lekturze "Hebanu…" Nir i chyba niestety lektura tamtego miała jakiś wpływ na odbiór "Ostatniego kursu", a przynajmniej na umiejętność zawieszenia niewiary. Zastanawiałem się tam dlaczego, u licha, zrobotyzowany lokaj o, jakby nie było, ograniczonym zakresie wykonywanych funkcji, został wyposażony w emocjonalną wrażliwość godną artysty i skomplikowaną osobowość? Tam można by było tłumaczyć sytuację snobizmem bogaczy – chcę mieć bardziej ekstraordynaryjnego lokaja, niż ten dorobkiewicz Middelton, wgrajcie mu wszystko, co się da. 

W przypadku Kore, pojęcia nie mam, dlaczego środkiem transportu uczyniono żyjące, czujące stworzenie. Stop, źle to określiłem. Wszak konie też żyją i czują (według mnie samochody również, ale nie odbiegajmy od tematu :-)) Ale właśnie – dlaczego Kore nie jest po prostu takim koniem? Zakładam, że jest efektem jakiegoś złożonego procesu produkcji, który stworzył ją jako specyficzną biomaszynę – trochę pociągu, trochę dżdżownicy, trochę (no właśnie) człowieka. Nie rozumiem powodów, dla których Kore jest samoświadomą, inteligentną istotą. Dlaczego jest człowiekiem. To zupełnie niepotrzebne w odniesieniu do funkcji, jaką pełni. Do tego sposób łączenia się pojazdu i operatora właściwie zakłada stworzenie głębokiej, osobistej więzi, może przyjaźni, a może miłości. Z tekstu wynika, przynajmniej dla mnie, że taka sytuacja jest typowa – takich Molicków i takich Kore, mniej jub bardziej nowoczesnych, musi być tam mnóstwo. Zatem, nawet jeśli jest to okrutny świat, w którym skazuje się na śmierć inteligentne, ludzkie istoty tylko dlatego, że przestają być użyteczne, to nagminne stosowanie takiego procederu jest jak proszenie się o poważne kłopoty. 

(Nawiasem mówiąc, przypomina mi to serial "Tomek i przyjaciele". Wszystkie lokomotywy się tam bały, że gdy przestaną być użyteczne, pójdą na złom) 

Dlatego dużo logicznej i bardziej naturalnie byłoby, gdyby Kore mentalnie nie była człowiekiem, tylko właśnie takim koniem lub psem – emocjonalny związek Molicka i Kore nie traciłby nic ze swojej autentyczności i intensywności, można byłoby mniemać, że ów związek nie jest czymś często spotykanym i oczywistym (daleko nie wszyscy maszyniści mogliby wykazywać wrażliwość Molicka) a oprócz tego sankcjonowałoby to "uśmiercanie" zużytych egzemplarzy – czyż nie dobija się koni? 

Poza tym, jeśli ich związek (miłość, przyjaźń) miała jakieś znamiona ludzkiej wzajemności, to dlaczego Kore naraziła Molicka na niebezpieczeństwo (potencjalną śmierć) wypadu na powierzchnię? 

No i właśnie ta końcówka. Tak jak w przypadku opowiadania Ochy, od połowy tekstu modliłem się do Croma – Ocho, proszę, nie idź na łatwiznę i nie rób z Oli trucicielki, tak w połowie "Ostatniego kursu" prosiłem Przedwiecznego Cthulu byś nie zakończyła tekstu w stylu "Thelmy i Louise". Niestety :-) 

Mój wewnętrzny jednorożec mocno domagał się drakainowego zakończenia – niech oni sobie wyjadą na powierzchnię, niech turlają się radośnie po zapomnianych szlakach, niech Molick cieszy się ciepłem słonecznych promieni na twarzy a Kore niech poluje na dzikie krowy i owce, które zapałętały się na torowisko, tudzież łapie pioruny w czasie burzy (bo nie wiem czym ona się tak naprawdę żywi). 

Ale przecież z jakichś powodów jest to świat ukryty w podziemiach, więc powierzchnia taka cudowna nie jest. A nawet jeśli jest, to coś (ktoś) utrzymuje ten podziemny świat w nieświadomości istnienia wspaniałej i zdatnej do życia powierzchni, zatem "wyskoczenie" na nią takie proste zapewne by nie było. Do czego zmierzam – Kore świadomie, samolubnie naraża Molicka na śmierć, a przynajmniej poważne niebezpieczeństwo (bo niestety nie wierzę w jednorożcowy happy end, całość tekstu absolutnie nie sugeruje możliwości takiego) Molick był przecież w tym rajdzie biernym pasażerem, by nie powiedzieć – ofiarą. No i jeszcze sam charakter owego zakończenia… 

Tak jak wspominałem, spodziewałem się takiego zakończenia i chciałem byś rozwiązała to w jakiś inny sposób, ale to akurat wcale nie jest takie złe. Rzecz w tym, że w tym tekście, podobnie jak w innych Twoich opowiadaniach, poruszasz się w najwyższych rejestrach emocjonalnej intensywności (dlatego zresztą robią one z reguły tak duże wrażenie) a w tym konkretnym przypadku zakończenie (w moim mniemaniu) przekroczyło granicę, wpadając w przerysowaną ckliwość. Niezbyt mocno, ale wystarczyło, by włączył mi się Syndrom Finkliński i bym odebrał wszystko jako nadmierne epatowanie intensywnymi uczuciami, jako zbyt duży emocjonalny nacisk na czytelnika. Podkreślam – bardzo to subiektywne wrażenie, co więcej nikt inny, wliczając w to Lożę najwyraźniej go nie podzielał. Dlatego piórko jest jak najbardziej zasłużone, a moje kręcenie nosem nie ma znaczenia :-) 

Gratuluję (kolejnego) znakomitego tekstu i pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Thargone – dziękuję bardzo za obszerny komentarz i cóż… trudno mi dyskutować z Twoimi zarzutami. Oczywiście, że akcja, a w szczególności dżdżownica jest “naciągana”, to znaczy nie potrafię dla niej znaleźć logicznego wyjaśnienia, a tym samym odpowiedzieć na Twoje pytania. A czarny i czerwony to rzeczywiście moje ulubione kolory i chyba nie za bardzo chcę to zmieniać :(

Pozdrawiam serdecznie i jeszcze raz dziękuję za przeczytanie, komentarz i Muminka :)

Czy Wy, drodzy Autorzy, już nie możecie o motylkach, pszczółkach, kwiatkach, tęczy i jednorożcach? Czy na palecie jest tylko czarny, czerwony, khaki i trupiobiały? A gdzie zieleń i błękit, złoto i srebro? Gdzie róż? 

Challenge not exactly accepted, but will be considered. Bo zarobiona jestem :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Thargone, zastanawiałam się nad Twoim komentarzem, ponieważ dla mnie było naturalnym, że w podziemiach wykorzystywano jako mózg środka transportu czującą, żywa istotę (człowieka) i połączenie z innym do wspomagania i uruchamiania. 

Sądzę, że kryterium była efektywność i oszczędność. Hodowla ludzkiego mózgu i przetrenowanie go było  po prostu tańsze, a jeśli dać mu jeszcze nadzorcę i więź, tworzymy narzędzie idealne. Dlaczego lepiej  sprawdzi się AI w sytuacjach transportowych. pewnie dlatego, że to usługi i logistyka w trudnych warunkach, żadna AI temu nie sprosta – nowości.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hodowla ludzkiego mózgu i przetrenowanie go było po prostu tańsze, a jeśli dać mu jeszcze nadzorcę i więź, tworzymy narzędzie idealne.

Zapewne tak, w idealnym świecie. Ale świat idealny nie jest (a już na pewno nie świat katiowy :-)) 

Kore nie tylko żyje i czuje, ale też myśli, abstrakcyjnie rozumuje, porozumiewa się w złożony, wielopoziomowy sposób, przewiduje konsekwencje swoich i nie tylko swoich działań. Jest człowiekiem, wszystko jedno w jakim ciele. No i ma wolną wolę, nie potrzebując w zasadzie operatora/nadzorcy, co udowadnia samowolką na końcu. 

To mogłoby działać, gdyby wszystko grało, świat był gruntownie dobry, a stare lokomotywy nie szły na złom (patrz – "Tomek i przyjaciele") Ale w świecie Molicka… 

Takich T72 musiało być tam mnóstwo. Takich Molicków też. Czy każda przestarzała dżdżownica, poza Kore, potulnie pójdzie na śmierć bez cienia buntu? Czy każdy operator, poza Molickiem, będzie emocjonalnie upośledzony i nie zrobi nic, by ratować ukochany pojazd? Chyba nie. Daleko nie. 

Dla linii kolejowych to byłaby katastrofa, coś więcej, niż (jak mawiał Gruby Zawiadowca) chaos i opóźnienia. Dlatego zupełnie nielogiczne byłoby pakowanie (lub dopuszczanie do wytworzenia się) bogatej, ludzkiej osobowości do (bio)maszyny i traktowanie jej jak Łyska z pokładu Idy. I to tylko z pragmatycznego punktu widzenia, nie ruszam kwestii moralnych, bo w sumie cholera wie jak to tam w katiowym opowiadaniu wygląda. 

Co innego, gdyby Kore była jedyna w swoim rodzaju. Ale nic w tekście nie wskazuje na to, że tak jest. 

 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dzięki, Thargone, że odpowiedziałeś.

Czy każda przestarzała dżdżownica, poza Kore, potulnie pójdzie na śmierć bez cienia buntu? Czy każdy operator, poza Molickiem, będzie emocjonalnie upośledzony i nie zrobi nic, by ratować ukochany pojazd? Chyba nie. Daleko nie.

Tak, każdy operator pójdzie, bez wahania. Molick – nie, właśnie dlatego, że jest upośledzony, więc jedyny. Układ jest idealny do zaprojektowania. Niezbędne są dwa warunki (pewnie jeszcze więcej, ale te widzę wyraźnie). Marzycielski umysł – Kore (nawiasem mówiąc Cindy, była lepsza, ponieważ sugerowała masową produkcję, te laleczki) i upośledzenie Malicka – miał tylko ją. Oboje mieli tylko siebie.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Tak, każdy operator pójdzie, bez wahania. Molick – nie, właśnie dlatego, że jest upośledzony, więc jedyny.

Aaaa, widzisz. Bo ja mam wewnętrznego jednorożca i czasami widzę świat jego oczami :-) 

Zupełnie odruchowo założyłem, że kiedy tworzysz tak złożoną i głęboką więź, kiedy tak mocno łaczysz się z inną istotą, tym bardziej z inteligentną i o bogatej osobowości, silne uczucie (przyjaźń, miłość) jest czymś oczywistym. I że trzeba być bezdusznym psychopatą, by do tego nie doszło :-) Do głowy mi nie przyszło, że właśnie to drugie może być normą, a związek Kore – Molick wyjątkiem. 

Co zresztą nie zmienia mojej opinii, że nagminne pakowanie ludzkich osobowości do, było nie było, maszyn, pzyniosłoby znacznie więcej szkody niż pożytku. Nie, wróć, źle się wyraziłem. Traktowanie istot o ludzkiej osobowości jak maszyn, pzyniosłoby więcej szkody niż pożytku. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Cudnie:

Traktowanie istot o ludzkiej osobowości jak maszyn, przyniosłoby więcej szkody niż pożytku. 

To właśnie dla mnie jest kluczem (clue, bo niby to samo , ale niekoniecznie). Dla mnie pożytek nie ma  tu nic do rzeczy, kierujemy się doraźnym pożytkiem, bo szkoda, to już nie nasza. Takie uwarunkowanie jest łatwe statystycznie.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, Thargone – relacja Molicka i dżdżownicy miała należeć do wyjątkowych, tylko… no, właśnie, niewystarczająco odpowiednio zasygnalizowałam to w tekście :( Próbowałam unikać infodumpu, ale cóż wpakowałam się w inne problemy…

Miłej nocy :)

Co zresztą nie zmienia mojej opinii, że nagminne pakowanie ludzkich osobowości do, było nie było, maszyn, pzyniosłoby znacznie więcej szkody niż pożytku. Nie, wróć, źle się wyraziłem. Traktowanie istot o ludzkiej osobowości jak maszyn, pzyniosłoby więcej szkody niż pożytku. 

TAK.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Przeczytałam to opowiadanie już jakiś czas temu, ale z komórki fatalnie wstawia się komentarze, więc nic nie napisałam. Teraz wrażenia już trochę przyblakły, jednak pamiętam wzruszenie losem bohaterów, przejęcie faktem, że to, co stare, schorowane i niemodne, często trafia poza nawias, często niesłusznie. Ale też pamiętam ciepło, jakie płynęło z uroczej relacji kreta z dżdżownicą. I to ciepło zostało ze mną. I fantastyczny pomysł na podziemny świat. Bardzo mi się podobało.

Ufff, zdążyłem przeczytać przed skatiowaniem tekstu ;-)

 

Z drobiazgów:

– Za dwie godziny powinniśmy dotrzeć do Grimblo… – oznajmiłem tonem.

coś ucięło.

 

Z niedrobiazgów: z jednego ostatniego kursu (trzytygodniowego) zrobiły się dwa.

 

Natomiast całość jest naprawdę solidna, pełna treści, z dobrym zagęszczeniem, nie ma fragmentów niepotrzebnych. Inność świata, sposób przedstawienia historii, a przy tym wszystkim choć opowiadanie chyba nie do końca w Twoim standardowym trybie, to bardzo dobrze wskoczyłaś na taki styl.

No i końcówka… dająca pole dla wyobraźni: co takiego jest na powierzchni, że nie można tam było się przedzierać. Trochę przypomina to scenę z jakiegoś filmu, gdzie bohaterowie lecieli w górę, by przebić się przez chmury i przebiwszy się przez nie, na moment ujrzeli słońce. Dobra scena.

 

Opowiadanie na plus.

 

Z niedrobiazgów: z jednego ostatniego kursu (trzytygodniowego) zrobiły się dwa.

Przecież go nie skończyli :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Jeżeli dobrze zrozumiałem, to w czasie podróży spał wewnątrz dżdżownicy, a przed ostatnią podróżą jest wizyta w muzeum. Ale tak, można to interpretować również w ten sposób, ze mimo wszystko wyjścia się zdarzały. Odebrałem to w ten sposób, jednak przyznaję, że to raczej nadinterpretacja z mojej strony.

Rooms – bardzo dziękuję za wizytę i bardzo miło mi, że opowiadanie Ci się spodobało :)

 

Wilku-zimowy – również dziękuję za odwiedziny. Styl, rzeczywiście, trochę nie mój, ale postanowiłam choć na chwilę odpocząć od tekstów o umęczonych życiem kobietach… :) 

Jeśli chodzi o kurs to miał być trzytygodniowy, ale po dwóch docierali do Pilipolis, a potem przez tydzień mieli wracać do Krosidium inną krótszą drogą…

Fajnie, że opowiadanie na plus :)

 

Tarnina – śliczny ślimaczek :)

 

Pozdrawiam wszystkich serdecznie, życzę miłego wieczoru i spokojnej nocy :)

Prawda? Słodziuchny ^^

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Słodziuchny :)

Przyszłam ze spóźnionym komentarzem.

Już pierwszy akapit mówi o tym, że czułaś to opowiadanie i pisałaś je z polotem. Pierwszy akapit jest obietnicą, która potem zostaje spełniona.

Zrobiłaś to, czego oczekuję od opowiadania. Jest klimat, robaczano-zwierzęcy, jest własny oryginalny świat. Bohater, z którym natychmiast się można zaprzyjaźnić przez sprytny zabieg współczucia i grę słów. Fajnie podkreśliłaś nadwrażliwość na dźwięki, podobnie “za mocne” łączenie z dżdżownicą. Żywy pociąg, do tego uciekający, może zbyt innowacyjny nie jest, ale z kretem za sterami na pewno ;) Utrzymałaś ładny język, rzucający się w oczy zwłaszcza przy snach czy przemyśleniach, wagony zamieniłaś w trzewia, podziemia w tajemnicze trasy. Zakończenie ciut wymyka się z rąk (za mało mam rysu psychologicznego Kore, by przełknąć zryw i nagłe przeniesienie ciężaru z Molicka na Kore), ale nie psuje ogólnego odbioru. Podobało mi się, opowiadało po swojemu o swoim świecie i dziwacznej korelacji ;)

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Naz – dziękuję bardzo za komentarz i za “taka”. Niezmiernie mi miło, że opowiadanie Ci się spodobało :) Zgadzam się, że zakończenie wypadło najsłabiej i nie będę ukrywać, że wciąż zakończenia pisze mi się (może nie pisze, ale wymyśla) najtrudniej. Tak czy inaczej cieszę się, że doceniłaś pomysł, kreację świata i język. Pozdrawiam serdecznie :)

To jeszcze ja, bo w przeciwieństwie do wielu komentujących wcale nie byłem taki pewien werdyktu.

Tak już mam, że zwracam uwagę na technikalia, dojrzałość formy, piękno języka – i z tym, w moim odczuciu, było tutaj tak sobie. Ale była jeszcze wizja – potężna i, jak się okazało, zostająca w głowie. I pomyślałem sobie, że gdybym prowadził kiedyś swoje pismo (cóż za niedorzeczny pomysł), to szukałbym właśnie takich tekstów, niedoskonałych, ale niezwykłych, żeby powierzyć je najlepszym redaktorom, jako diamenty do szlifowania.

:)

Tak, diamenty Coboldzie:)

Dla mnie wizja jest nie do przecenienia i odczucia czytelnika. Rozumienie pulsu rzeczywistości, obaw, lęków i oczywistości.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Coboldzie, szczerze pisząc, myślałam, że zagłosujesz na “nie”… Jeśli chodzi o technikalia, formę i język – chciałabym obiecać, że będzie lepiej, ale… pomysł na Molicka i dżdżownicę przyszedł tak szybko i szybko musiałam go napisać i… No cóż, cieszę się, że wizja się spodobała i życzę dobrej nocy :)

No widzisz – nie taki cobold straszny, jak go malują.

smileysmileysmiley

Ale gdybyś była górnikiem… :D

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Podobny obraz

A ja dokładnie te koboldy właśnie zabijam w pewnej grze, z której ten obrazek pochodzi… ale może niebezpiecznie to mówić, bo jeśli jeszcze kiedyś trafi mnie nominacja, to Cobold może się czuć zniechęcony :D

I zdecydowanie – katiowe opowiadanie to jest prawdziwy popis wyobraźni.

Dzięki Nir :) A obrazek rzeczywiście z gry :) Ale ten kobolt, tak naprawdę, bardzo sympatyczny :)

Podobny obraz

A ten to w ogóle całkiem milutki smiley

Nowa Fantastyka