- Opowiadanie: ocha - Sielskie okoliczności pewnego opętania

Sielskie okoliczności pewnego opętania

Opowiadanie powstało na konkurs wydawnictwa Genius Creations, “Niegrzeczni chłopcy”. Zdobyło miejsce szóste, premiowane antologią było pięć pierwszych. Życie nadał mu “Silmaris”. Jego redakcji, całej, ale ze szczególnym uwzględnieniem Rooms, dziękuję za cenne uwagi i pracę nad tekstem.

Trzy miesiące minęły, czas wrzucić je tutaj.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Sielskie okoliczności pewnego opętania

Poczekalnia gabinetu doktora Grzywacza, nowej gwiazdy poznańskiej medycyny, była wypełniona podekscytowanymi pacjentami. Coraz bardziej znudzony Borys Reiher przestał słuchać zachwyconych westchnień i pełnych nadziei szeptów, w trzeciej godzinie czekania zapadając w odrętwienie. Nie obchodziły go już cudowne właściwości niezwykłej mąki z żołędzi po osiem złotych za dziesięć deka ani niemal magiczne działanie tabletek z rosnących wyłącznie w ogrodzie doktora Grzywacza nasturcji, po dwa złote za sztukę. I fenomenalne skutki nasączania tych wszystkich wynalazków własną krwią. Na pierwszych stronach leżących na stoliku gazet wciąż królowały komentarze dotyczące podpisanej niedawno przez prezydenta Mościckiego konstytucji, co Borysa bez ustanku wprawiało w zły humor. Wchodzącym do i wychodzącym z gabinetu pacjentom przyglądał się tylko z obowiązku, próbując dostrzec w nich zmiany. Dostrzegał. Błyszczące oczy wpatrzone w jeden punkt, wyprostowana postawa, wyraz pewności siebie błąkający się po ustach. Jak gdyby sama wizyta potrafiła ich przemienić.

Zniecierpliwiony Borys wstał, by rozprostować kości i zerknąć w wiszące przy wejściu lustro. Skrzywił się. Poczernione włosy wyostrzały rysy i dodawały lat. Nie miał jednak wyboru – Reihera stosunkowo dobrze znano w Poznaniu w pewnych kręgach, więc przemiana przystojnego blondyna w nieco mniej atrakcyjnego bruneta była konieczna. Dobrze, że użył farby, którą łatwo dało się zmyć. Przynajmniej tak zapewniał producent.

Gdy wreszcie urocza recepcjonistka z miłym uśmiechem na ustach wywołała jego nazwisko, miał już wszystkiego dość. Wszedł do gabinetu, zamykając za sobą drzwi, i oparł się o nie plecami, przez chwilę oddychając głęboko i ciesząc się spokojem. Dopiero potem spojrzał na siedzącego w pomieszczeniu mężczyznę.

Doktor Grzywacz uśmiechał się nawet milej niż recepcjonistka. Ruchem pulchnej dłoni wskazał Borysowi krzesło przed biurkiem. Pacjent usiadł i wlepił spojrzenie w pełne cierpliwości oczy lekarza.

– Jakub Kalita, prawda? – spytał Grzywacz po zerknięciu w leżące przed nim papiery. – Co pana do mnie sprowadza?

Borys chciał wzruszyć ramionami, ale zdołał się powstrzymać. Postanowił jeszcze chwilę grać swą rolę.

– Nie potrafię spać. Dręczą mnie koszmary. Budzę się z bólem głowy i dusznościami. I tak od kilku miesięcy. Żaden lekarz nie jest w stanie mi pomóc. Jest pan moją ostatnią nadzieją.

I pana tabletki z nasturcji na wszystkie dolegliwości świata, dodał w myślach.

Grzywacz poważnie pokiwał głową.

– To przypadek nerwicy charakterystycznej dla dzisiejszych czasów – stwierdził zatroskanym głosem. – Ale niech się pan nie martwi, pomogę panu. Proszę zdjąć marynareczkę, podwinąć rękawek koszulki. Muszę utoczyć panu troszkę krwi. – Uśmiechnął się jeszcze szerzej.

– A po co? – zapytał Borys z miną pierwszego naiwnego.

– Och, mam swoje metody, na pewno pan słyszał.

– I swoje ceny – rzucił Borys, zanim zdążył ugryźć się w język.

Doktor spoważniał. Odchylił się na krześle. Jego łagodne oczy momentalnie straciły ciepły blask. Przemknął przez nie błysk podejrzliwości.

– Z czegoś muszę żyć – powiedział chłodno.

Borys energicznie pokiwał głową.

– Oczywiście, oczywiście. Proszę się nie gniewać. Słyszałem, że pana metody działają, a to dla mnie jest warte każdej ceny.

Zdjął marynarkę, wyjął spinkę z mankietu koszuli. Przy okazji dyskretnie lustrował pomieszczenie. Półki pełne fachowych książek, na ścianach powywieszane dyplomy, biurko zawalone dokumentami. Pod oknem kozetka i stolik wypełniony jakimś medycznym sprzętem nieznanego mu przeznaczenia. Nic interesującego. Wyostrzył zmysły. W powietrzu unosił się delikatny zapach ludzkich wydzielin, nasturcji, alkoholu. Probówki w drewnianym stojaku tylko pozornie były krystalicznie czyste. Borys dostrzegł w nich maleńkie czerwone plamki. Uniósł wzrok i spojrzał na dłonie lekarza. Opuszki jego palców pokrywały drobiny żółtego kwiatowego pyłku, ładnie komponujące się z niedokładnie zmytym szkarłatem krwi. Ale to przecież nic dziwnego. Jego pacjenci znali i godzili się na niekonwencjonalne metody. Tabletki z nasturcji najlepiej działały wówczas, gdy zamoczyło się je w świeżo pobranej krwi. Zapewne nie mieli pojęcia, co dzieje się z pozostałą częścią próbki i też pewnie o to nie pytali.

Zaczął powoli podwijać rękaw i zerknął na usta lekarza. Spomiędzy różowych warg wysunął się ostry koniuszek języka.

– Wie pan, że lekarze nazywają pana zachłannym oszustem. I dziwią się, co się stało z może niezbyt lotnym, ale solidnym internistą.

Język zniknął, Grzywacz uderzył dłonią w biurko.

– Nie obchodzi mnie, co mówią. Moja skuteczność mówi sama za siebie, prawda? Jeśli pan chce, proszę sobie iść. Mam wrażenie, że przyszedł pan mnie obrażać.

Borys w uspokajającym geście uniósł rękę.

– Proszę się nie denerwować. Powtarzam tylko, co mówią lekarze. Nie jestem tu po to, by pana obrażać. Wcale nie po to. Niech mi pan powie, doktorze Grzywacz. Dlaczego pan się na to zgodził? Dla sławy, władzy czy pieniędzy?

Po raz pierwszy w oczach lekarza ujrzał odrobinę strachu i niepewności.

– A może dla wszystkiego po trosze? Sławę pan już na pewno ma, sądząc po tłumach w poczekalni. Majątek szybko pan zbije. Bez urazy, ale te nasturcje i żołędzie w takich cenach… To jednak dość nieprzyzwoite. Pan coś tam zdaje się przysięgał jako lekarz. A stał się pan szarlatanem. No i władza… No cóż, ta już nie dla Grzywacza, co? Zresztą, z kim ja właściwie rozmawiam… Zostało tam coś jeszcze z pana, doktorze, w tej skorupie? Czy całkiem pana pożarł?

Lekarz zerwał się z krzesła. Zrobił groźną minę, lecz w oczach miał panikę. Borys uśmiechnął się i sięgnął do kieszeni spodni. Poczuł się bezpieczniej, gdy zacisnął palce na obłym kształcie.

– Jeśli umrę, ci ludzie, których ze sobą związałem, też zginą!

Borys Reiher wydął policzki.

– Nie sądzę – odparł spokojnie. – Ile to trwa? Dwa, trzy tygodnie? Za mało czasu, nawet jak na związek krwi. Nie przy tych umiejętnościach. Pewnie gorzej się poczują, część nawet trafi do szpitala z dziwnymi objawami. Ale to nieważne. Nie przyszedłem tu nikogo zabijać. Pomożemy panu. Demon, którego pan przyjął, to takie demoniątko raczej. Mnóstwo ambicji, niewiele umiejętności. Nie powinno być z nim problemu. Prawda? Bo chyba już bardziej z tobą rozmawiam niż z panem doktorem, co?

Twarz Grzywacza poczerwieniała, a jego dłonie, z rozczapierzonymi palcami, pomknęły w stronę szyi Borysa. Ten zrobił szybki unik i wyjął z kieszeni obły, metalowy przedmiot. Doktor syknął na jego widok, lecz – wbrew przewidywaniom Borysa – nie cofnął się. Jego prawa ręka nagle zmieniła kierunek i z całej siły uderzyła w nadgarstek fałszywego pacjenta. Wytrącony z dłoni przedmiot poszybował przez gabinet i wylądował w kącie. Wieczko odskoczyło, niebieskawy proszek rozsypał się na podłodze.

– Kurwa – skomentował Borys i ledwo uchylił się przed szybującą w stronę jego głowy grubą książką. Skoczył pod ścianę, w stronę utraconego proszku, jednak doktor poruszał się z godną podziwu u tak pulchnego mężczyzny zręcznością. Złapał Borysa za ramię i wbił mu paznokcie w skórę. Reiher poczuł ogarniającą go niemoc.

– Taki pewny siebie, co? Demoniątko, tak? To demoniątko pokaże ci, co potrafi!

Cios w skroń powalił Borysa na kolana. Jak przez mgłę zobaczył, że lekarz zaciska w dłoni jakiś długi, wąski przedmiot, któreś ze swoich medycznych narzędzi, i bierze szeroki zamach. Błysk wypolerowanego metalu otrzeźwił Reihera. Potrząsnął głową, skoncentrował się i wyciągnął przed siebie prawą dłoń. Efekt okazał się zadowalający. Zdołał wytworzyć siłę wystarczającą, by rzucić Grzywacza na stolik pod oknem. Odrobinę za mocno, bo gdy głowa lekarza uderzyła o parapet, rozległo się niemiłe chrupnięcie.

Zanim jeszcze zdołał stanąć na drżących nogach, wyczerpany nagłym wyrzutem energii, Borys zorientował się, że pokpił sprawę. Przykucnął przy rozsypanym proszku i zebrał go z powrotem do metalowego pojemnika. Z kieszeni marynarki wiszącej na oparciu krzesła wyjął scyzoryk i podszedł do leżącego pod ścianą bezwładnego ciała. W samą porę. Ledwie naciął kciuk doktora i połączył niebieskawy proszek z kilkoma kroplami krwi, ciało Grzywacza zadygotało, uniosło się o kilka centymetrów, by ponownie opaść. Ułamek sekundy później puzderko w dłoni Borysa zadrżało, jakby ożywione, ale uspokoiło się, gdy mężczyzna zatrzasnął wieczko i wsunął je w kieszeń spodni.

Borys rozejrzał się wokół i zagryzł wargę. Jeśli teraz stąd wyjdzie, rozwścieczeni unicestwieniem kochanego cudotwórcy pacjenci zrzucą go ze schodów, a potem powieszą. Westchnął ciężko, złapał słuchawkę stojącego na biurku telefonu i wykręcił numer. Gdy usłyszał głos szefowej, rzucił tylko:

– Spieprzyłem sprawę. Przyślij zaraz ludzi na ulicę Fredry, bo inaczej mnie zamordują.

 

***

 

Rita Balińska, szefowa poznańskiej Straży Nadnaturalnej, nawet nie spojrzała na podwładnego. Borys bawił się spinką mankietu i starał się za bardzo nie myśleć. Nawet nieźle mu to szło, bo głowa wciąż pulsowała bólem po ciosie Grzywacza.

– Daj mi to.

Wygrzebał z kieszeni puzderko i podał szefowej. Przez chwilę obracała je w palcach, a potem wstała, podeszła do wmontowanego w ścianę sejfu, pomanipulowała pokrętłem. Gdy grube drzwiczki się otworzyły, Balińska ostrożnie umieściła w środku pojemniczek. Wieczorem zostanie przeniesiony do opancerzonej piwnicy budynku Straży, jednego z najlepiej strzeżonych pomieszczeń w Poznaniu.

– Nie jesteśmy zabójcami – stwierdziła, ponownie siadając.

– To był wypadek – odparł. – Tak wyszło.

Westchnęła. Patrzył, jak unosi brwi i prostuje plecy. Była cholernie atrakcyjną kobietą, mimo to nawet nie próbował zaczynać czegokolwiek. Zjadłaby go na śniadanie. Wiedział, że jego szczupła, wysportowana sylwetka nie robi na niej wrażenia. A fakt, że miała zdolności telepatyczne czynił ją nawet bardziej przerażającą.

– Nie chciałem… – zaczął, ale przerwała mu:

– Wiem, że nie chciałeś. Jednak stało się, co się stało. Nie możemy biegać po mieście i zabijać niewinnych ludzi.

– No… nie był tak całkiem niewinny – mruknął. – Przecież…

– …Dał się przekabacić i przegrał ze swymi żądzami. Tak, wiem. Tyle że z boku to tak nie wygląda. Ludzie nie tak będą to widzieć. Nie możemy sobie pozwolić na złą opinię. To znaczy, jeszcze gorszą – poprawiła się. – Co tam się właściwie stało?

Wreszcie na niego spojrzała i już wiedział, że nie ma się co tłumaczyć. Został przeczytany jak otwarta książka. Dla dzieci. Rita ponownie westchnęła.

– To cię kiedyś zgubi, wiesz? Ta cholerna pewność siebie. Nieuzasadniona, jak się okazuje. Myślałeś, że tłusty doktorek nie będzie się bronił, co? Że wspaniały Borys Reiher pokona go jednym paluszkiem?

Cóż. Właściwie tak. Mniej więcej tak myślał.

Balińska zastukała palcami w biurko i orzekła:

– Bywasz idiotą, Reiher. Ale potrzebujemy cię. Coraz trudniej o ludzi z twoimi talentami. Pojedziesz sobie gdzieś, powiedzmy, na dziesięć dni. Ja będę się za ciebie tłumaczyć, ty znikniesz. Idź już. Pa.

 

***

 

Pojechał nad morze do modnej Juraty, co o tej porze roku okazało się kiepskim pomysłem. Wczesną wiosną ścieżkami niemal martwego kurortu przechadzali się jedynie mieszkańcy albo turyści spragnieni spokoju i wyciszenia. On nie należał ani do jednych, ani do drugich. Zaczął się więc nudzić nazajutrz po przyjeździe. Przeszedł się po plaży, nazbierał nawet trochę muszelek, a potem, zażenowany tym faktem, cisnął je w morze. Przeszedł się molem, przypominającym raczej długi, wąski jeziorny pomost, ale szybko wrócił, bo wiało niemiłosiernie. Zjadł obiad w pustej restauracji, przeciął półwysep wszerz, podziwiając otwarte morze i zatokę, potem postanowił zmienić kierunek i ruszył na północ, docierając niemal do Jastarni. Pogoda zepsuła się jeszcze bardziej, więc zawrócił, kupił gazetę i zamówił kawę w jednej z nielicznych czynnych kawiarni.

Do pensjonatu nie chciało mu się wracać. Znudzona właścicielka trochę zbyt dużą atencją obdarzała jedynego gościa i bardzo szybko stało się to męczące. Chociaż, jak musiał przyznać, kobieta była całkiem przystojna i zaledwie kilka lat od niego starsza. Trochę żałował, że nie zdecydował się na pokój w hotelu „Lido”, o którym czytał w broszurce turystycznej i w którym latem zatrzymywały się same sławy. Kossak z córkami, Kiepura, Bodo, Mankiewiczówna. Jednak prostokątna bryła modernistycznego budynku zniechęciła go i wybrał uroczą, drewnianą willę blisko sosnowego lasu. Sprawiała wrażenie domu z tradycjami, chociaż była tak samo nowa jak wszystko wokół, co nie było naturą. Jurata powstała od zera kilka lat temu i błyskawicznie stała się jednym z najbardziej snobistycznych miejsc w Polsce.

Borys skrzywił się na samą myśl o wieczorze. Właścicielka pensjonatu na pewno już wypatrywała gościa przez okno, a gdy tylko go ujrzy, zajmie posterunek przy drzwiach, zacznie trajkotać i zapraszać na herbatkę, ciasteczka, rozmowy i zwierzenia. I będzie łypać tymi swoimi błękitnymi, zachwyconymi oczami.

Ech, wątpliwe uroki bycia atrakcyjnym mężczyzną, pomyślał Borys, ale w tym samym momencie uśmiechnął się do siebie. Nie było co narzekać. Zdecydowanie częściej ułatwiało to życie.

Zaczęło zmierzchać i kelner coraz częściej i na dłużej pojawiał się w zasięgu wzroku Borysa, mimo że ten z przesadną uwagą wpatrywał się w strony gazety. Dość długo udawało mu się ignorować jednoosobową obsługę, jednak gdy kelner zaczął dziwnie pochrząkiwać, Borys uniósł głowę i rzucił:

– Proponuję herbatę z tymianku. Pomoże panu.

Zagadnięty wytrzeszczył oczy i zrobił głupią minę, więc Borys wrócił do lektury. Po chwili kelner ponowił ofensywę, tym razem jeszcze intensywniej. Krzesła przy stolikach obok zaczęły szurać, zbierane sztućce nieznośnie hałasować, obrusy znikać ze stołów. Borys poczuł złośliwą chęć, by zamówić następną kawę i deser, po chwili jednak się rozmyślił. Uznał, że spędzenie w kawiarni kolejnych trzydziestu minut byłoby dla niego torturą równie wielką, jak dla kelnera. Rzucił więc na blat kilka monet i wyszedł, kierując się w stronę drewnianej willi ze stęsknioną właścicielką w środku.

Na ulicy, tuż przed furtką do ogrodu, stał samochód. Nowiutki, błyszczący, ciemnozielony opel olympia, wersja kabriolet, chociaż teraz oczywiście z zamkniętym dachem. Borys zwolnił. W lecie ulice Juraty zapełniały się zapewne nie takimi wozami, ale teraz, pod koniec marca, był to widok niecodzienny. Zerknął do wnętrza. W samochodzie panował nienaganny porządek, tylko na siedzeniu pasażera leżały niedbale rzucone skórzane rękawiczki.

– Ma pan gościa – przywitała go gospodyni już w progu, ponurym głosem. – Czeka w saloniku.

Z zagniewaną miną i zmarszczonymi brwiami wyglądała jeszcze ładniej i Borys niemal nabrał do niej sympatii.

Powinna się częściej irytować, pomyślał i poszedł we wskazanym kierunku.

Czekający mężczyzna miał mniej więcej pięćdziesiąt lat, był wysoki, szeroki w barach i wąsaty. Na widok wchodzącego gościa zerwał się z fotela i runął ku niemu z wyciągniętą ręką. Jego piwne oczy płonęły ekscytacją.

– Witam pana, panie Reiher! – wykrzyknął. – Jakże się cieszę, że pana widzę!

Borys uśmiechnął się niepewnie, przywitał grzecznie, a potem podszedł do pod stolika pod ścianą. Chwilę przestawiał stojące na nim butelki, wreszcie sięgnął po jedną z nich i pokazał etykietę starszemu mężczyźnie.

– Calvados? – zapytał.

– Odrobinę. Muszę zaraz prowadzić.

– Oczywiście. Panie…?

Gość ponownie zerwał się z fotela.

– Najmocniej przepraszam, gapa ze mnie. Tadeusz Stuczyński.

Borys podał mu kieliszek i usiadł naprzeciw, czekając. Stuczyński patrzył na niego z zakłopotaniem, przygryzając końcówkę wąsa.

– Pan jest tym Borysem Reiherem, prawda? – wydusił wreszcie, zaczynając od oczywistości. Zapytany skinął głową. – Z Poznania? Ze Straży Nadnaturalnej?

Reiher uniósł brwi i przekrzywił głowę. Cholera, wiadomości rozchodziły się tutaj niewiarygodnie szybko. Wątpliwe uroki małych, znudzonych miejscowości. Stuczyński zauważył jego zdziwienie i uśmiechnął się uspokajająco.

– Och, to czysty przypadek. Mam przyjaciół w Poznaniu, opowiadali mi kiedyś o pewnej sprawie, w której brał pan udział. Na pewno pan pamięta. Chodziło o młoda damę, córkę znanego adwokata, opętaną przez ducha angielskiego pirata z czasów królowej Elżbiety. Niesamowita historia! A w Juracie jestem od rana, to trochę plotek się nasłuchałem. Wczesną wiosną mało tu przyjezdnych, a młody, przystojny mężczyzna zwraca uwagę. Skojarzyłem fakty, ot, cała tajemnica.

– Rozumiem. A czego pan ode mnie chce tak właściwie?

Stuczyński wypił zawartość kieliszka na jeden raz, westchnął głośno i powiedział:

– Moja żona zachowuje się ostatnio dziwnie. Obawiam się, że coś ją opętało.

Borys zachował poważny wyraz twarzy i z troską pokiwał głową.

– Mówi, że słyszy głosy. Czasem nas nie poznaje. Rozmawia z niewidzialnymi istotami. Mówi basem, jakby przemawiał przez nią demon. Śmieje się bez powodu. Bywa agresywna. Wie pan, zawsze była wrażliwa, miała humory, zmienne nastroje, ale to przecież naturalne. Kobieca natura taka już jest, nie sądzi pan?

Borys tak nie sądził, jednak w tym momencie postanowił przemilczeć ten fakt.

– Może ma problemy psychiczne? Nie lepiej wysłać ją do lekarza?

Stuczyński cmoknął poirytowany.

– Widzieli ją lekarze. Tu, nasi, lokalni. To same konowały. A wie pan, nie chcę jej wywozić do Gdańska czy Warszawy, bo jeszcze zamkną gdzieś bidulę. Te szpitale psychiatryczne to podobno przerażające miejsca. Wejdziesz w miarę normalny, wyjdziesz skończonym wariatem. Niech pan ją najpierw obejrzy, dobrze? Błagam pana. Może uda się wypędzić to, co w niej siedzi.

– O ile cokolwiek siedzi.

– Tak. – Stuczyński zwiesił głowę i Borysowi niemal zrobiło się go żal. – To co, pojedzie pan? To trzydzieści pięć kilometrów stąd, zaraz za półwyspem zjedziemy trochę na południe. Mam ładny majątek, nad jeziorkiem. Wygodny. Będzie do pana dyspozycji, panie drogi.

Reiher zastanowił się. Co prawda miał odpoczywać na urlopie, ale okazało się, że nie za bardzo mu to wychodzi. Nudził się straszliwie. Właściwie nie było o czym myśleć.

– Jak? Już teraz? Dzisiaj?

– A choćby i dzisiaj. Mam auto, za godzinę będziemy w domu. Pomogę się panu spakować. Oczywiście, przewidziałem przyzwoite honorarium.

Dwa kwadranse później Borys Reiher siedział na skórzanym fotelu nowiutkiego opla olympii i machał na pożegnanie zrozpaczonej właścicielce pensjonatu. Wynagrodzenie, na które zgodził się chyba trochę za szybko i bez zastanowienia, nie było może specjalnie imponujące, ale cóż. Rozrywka też jest ważna.

 

***

 

Dwór Stuczyńskiego zapierał dech w piersiach, chociaż Borys starał się tego nie okazywać, przybierając minę człowieka, któremu trudno zaimponować. Dom otoczony był parkiem, wciąż nieodżyłym po zimowej martwocie, lecz łatwo dało się dojrzeć jego potencjał. Jeziorko, wspomniane wcześniej przez gospodarza, okazało się sporym stawem, z przycumowanymi do pomostu łódkami i sztuczną wyspą na środku. Przy samym dworze czyjaś znająca się na rzeczy głowa zaaranżowała ogród z urokliwymi ścieżkami i zadbanymi trawnikami. Niskie drzewa owocowe zaczęły wypuszczać liście, a pierwsze wiosenne kwiaty – tulipany, pierwiosnki, forsycje, krokusy – eksplodowały kolorami. Sielskiego charakteru posiadłości dopełniały huśtawki i ażurowe, ale solidnie wykonane, ogrodowe meble.

Dom wybudowano na planie kwadratu i przykryto typowym łamanym dachem polskim. Główne wejście prowadziło przez półokrągły, otwarty ganek, a jego proste kolumny podpierały balkon na piętrze. Nie był przesadnie duży, ale idealnie proporcjonalny. Borys, jako zdeklarowany mieszczuch, nigdy nie chciał mieszkać na wsi, jednak ta posiadłość mocno zachwiała tym postanowieniem. Przeszło mu, gdy sobie przypomniał, że pewnie i tak nie będzie go stać na taką posiadłość i jej utrzymanie.

Stuczyński wyjął z kieszonki kamizelki zegarek, otworzył go i uśmiechnął się.

– Świetnie – rzucił. – Za dziesięć minut podadzą kolację.

 

***

 

Wanda Stuczyńska musiała mieć co najmniej czterdzieści lat, lecz wciąż wyglądała olśniewająco. Czarne włosy opadały jej na ramiona w eleganckich lokach, a burgundowa bluzka cudownie kontrastowała z granatowymi oczami. Jednak łatwo dało się zauważyć nerwowość jej ruchów, niepokój w źrenicach i przypudrowane oznaki zmęczenia na twarzy.

Trzy dziewczyny, które również zasiadły do stołu, także były całkiem przyjemne dla oka. Dwie z nich stanowiły nieco bledsze kopie Wandy, trzecia za to nosiła się prosto i chłopięco. Rudawe włosy miała gładko zaczesane i utrzymane w ryzach przez kilka spinek, ale koloru oczu Borysowi nie udało się dojrzeć, bo dziewczyna szybko opuściła głowę i wbiła wzrok w stół. Skromnisia.

Reiher dawno tak dobrze nie jadł. Nawet krem z pomidorów, który zazwyczaj omijał szerokim łukiem, był wyśmienity. Potem czulent wołowy z kaszą i ogórkami, a na deser torcik czekoladowo-kawowy. Wszystko podane przez dyskretną, zwinną służącą.

Tylko rozmowa się nie kleiła. Co prawda Tadeusz Stuczyński gadał jak najęty, przynajmniej na początku, opowiadając o dniu spędzonym w Juracie i wychwalając nowy samochód, ale po kwadransie i jemu skończyły się tematy. Próbował zagadywać Borysa, jednak jego uprzejme, konkretne odpowiedzi nie pozwalały na ożywienie towarzystwa. Pani Wanda uśmiechała się grzecznie i blado, dłubiąc widelcem w talerzu, jej dwie młodsze kopie śmiało patrzyły na przystojnego gościa, chociaż niespecjalnie udzielały się w rozmowie, a ruda dziewczyna jadła pośpiesznie, nie podnosząc wzroku znad kolejnych talerzy. Po obiedzie wstała, podziękowała i opuściła towarzystwo, żegnana niechętnym spojrzeniem pani domu.

 

***

 

Po kolacji panowie usiedli w gabinecie gospodarza. Borys wyostrzył zmysły. Ciemnobrązowa skóra fotela przesiąkła zapachami niezliczonych cygar, które w nim wypalono, oraz luksusowych alkoholi, które na niego przypadkowo wylano. Unoszące się w powietrzu wspomnienie po rozmarynie, bergamotce czy grejpfrucie wyzwoliło w umyśle Borysa obrazy goszczących tu mężczyzn, dyskretnie skropionych luksusowymi wodami kolońskimi. Pewni siebie, w garniturach szytych na miarę, zamożni. Wszystko było typowe dla takiego gabinetu: zapachy, ciemne kolory, praktyczne, solidne wyposażenie.

Młody mężczyzna zakręcił kieliszkiem, podziwiając mahoniowy kolor koniaku. Aromaty korzenne, suszonych owoców, wanilii i dębu sprawiły, że zakręciło mu się w głowie. Uspokoił zmysły, by móc cieszyć się doskonałością alkoholu.

Gospodarz przeszedł w tryb familiarno-wścibski:

– Pan wybaczy, panie Reiher… To pana nazwisko… Czy pan jest Niemcem?

Borys uśmiechnął się pod nosem.

– A co, nie lubi pan Niemców?

Stuczyński nie zmieszał się.

– Ech, nie używajmy takich słów. Świetnie pan mówi po polsku, wnioskuję więc, że nasz kraj jest panu bliski. A to, co dzieje się za zachodnią granicą, jest trochę niepokojące, nieprawdaż? Powiedzmy, że odczuwam do Niemców pewien… dystans.

– Ładny eufemizm. Ale nie odczuwa pan dystansu do niemieckich samochodów?

Stuczyński podrapał się po głowie.

– No cóż. Do niemieckiej motoryzacji mam akurat słabość.

Borys spróbował koniaku. Był wyśmienity. Zrobiło mu się głupio, że wcześniej poczęstował gospodarza calvadosem znacznie niższej jakości.

– Urodziłem się w Poznaniu. Mój ojciec jest Niemcem, matka Polką. A mnie samego kwestie narodowościowe nie interesują. Uważam je za dziwny przeżytek, który do niczego ciekawego nie prowadzi.

Tym razem zdołał zaskoczyć Stuczyńskiego. Starszy mężczyzna przez chwilę gapił się na niego z otwartymi ustami. Borys postanowił zmienić temat.

– Niech mi pan coś opowie o swojej rodzinie – poprosił.

Stuczyński wyrwał się ze stuporu:

– Wanda jest moją drugą żoną. Poprzednia zmarła prawie dwa lata temu, zostawiając mi córkę, Olę. To ta rudowłosa pannica. Bliźniaczki, Karolina i Katarzyna, są z pierwszego małżeństwa Wandy. Widzi pan, też jest wdową. Los nas ukarał, by zaraz potem nagrodzić. Zwłaszcza mnie. Wanda… Jest absolutnie idealna. – Oczy mu rozbłysły, twarz pojaśniała. Bez pamięci zakochany mężczyzna.

– A dziewczyny? Wszystkie? Jak one do tego podeszły?

Oblicze Stuczyńskiego posmutniało.

– Karola i Kasia jakoś to przyjęły. To miłe panienki, rozumieją sytuację. Ale Ola… – pokręcił głową – Ola to utrapienie. Trudno to mówić ojcu, jednak serce mi się kraje, gdy widzę jej zachowanie. Wandzia ma rację, trzeba ją dobrze wydać za mąż, może małżeństwo, rodzina nadadzą jej życiu sens. Lecz kto by ją chciał? Tak naprawdę, a nie dla moich pieniędzy? Siedzi w tych swoich roślinach i książkach przyrodniczych, brudzi ręce ziemią, nic więcej jej nie interesuje. Wandzia mi poradziła, bym Olę zgadał ze służbą. Niech ją nauczą, jak gotować, jak dbać o dom. Może, jeśli stanie się świetną gospodynią, to znajdzie się mężczyzna, który będzie miał z niej jeszcze pożytek. Ale ona i tak ucieka do szklarni i ogrodu, a służba ją kryje. Wanda się denerwuje, bo chce dla niej dobrze, ja się martwię Olą i Wandzią i tak to wygląda. Trochę mi żal, kiedy Wandzia, Karola i Kasia każą sobie szyć fatałaszki, kupują biżuterię i wyglądają jak księżniczki, a ta moja Oleńka jak kocmołuch. Tylko nie wiem już, co robić.

Borys nie wytrzymał i parsknął śmiechem. Stuczyński spojrzał na niego z wyrzutem.

– Och, przepraszam – zmitygował się gość. – Po prostu coś mi to przypomina. Zna pan baśnie braci Grimm? No, wie pan, wdowiec z jedną córką, zakochany po uszy we wdowie z dwiema, tamte eleganckie i jaśniepańskie, a jego córeczka siedzi i oddziela mak od popiołu.

Gospodarz chwilę na niego spoglądał, a potem poczerwieniał.

– Ależ, co pan! Wandzia troszczy się o Olę, ja też! Chcemy wyłącznie jej dobra.

Borys przypomniał sobie wrogie spojrzenie, jakim macocha obrzuciła wychodzącą z jadalni pasierbicę, lecz postanowił nie drążyć tematu. W zamian zapytał:

– Od jak dawna pana żona ma te… objawy?

– Bo ja wiem? Od dwóch miesięcy? Trudno powiedzieć, bo początkowo miała po prostu napady melancholii, czasem chichotała bez powodu i mamrotała coś pod nosem, zdarzało jej się zdenerwować bez widocznej przyczyny. No i jak panu mówiłem – zawsze była bardzo wrażliwa. Ale od mniej więcej sześciu tygodni to już szaleństwo!

– Zdaje pan sobie sprawę z tego, że to mogą być problemy psychiczne?

Stuczyński z irytacją pokiwał głową.

– Oczywiście! Przecież mówiłem panu – sprowadzałem tu różnych konowałów! Nic nie stwierdzili, patałachy! Dlatego pan… – Zamilkł, zmarszczył brwi i wbił wzrok w drzwi. Na jego twarzy pojawił się wyraz boleści. – O, zdaje się, że będzie się pan mógł przekonać sam, co się dzieje – szepnął.

Po chwili i Borys usłyszał. Coś zaskrobało, a potem klamka powoli opadła. W uchylonych drzwiach ukazała się głowa pani Wandy. Kobieta miała nieco potargane włosy, szminkę niedokładnie startą z ust. Uśmiechnęła się lekko.

– O, tu jesteście. Szukałam cię, Tadziu. Mam ci coś ważnego do powiedzenia – Stuczyńska mówiła cicho, przesadnie słodkim tonem. – Muszę z tobą porozmawiać sama, bez tego… – Spojrzała na Borysa i nagle wzrok jej stwardniał, w oczach pojawiły się iskierki nienawiści. – Bez tego… – powtórzyła i zacięła się.

– Wandziu, pan Reiher jest przyjacielem. Chce nam pomóc.

– Nie! – Stuczyńska krzyknęła histerycznie, a Borys podskoczył w fotelu. – Nie wierz mu! Ja słyszałam, ja wiem… Chce nas rozdzielić, Tadziu. Ja słyszałam… Ostrzegają mnie… Popatrz na niego! – Oskarżycielsko wycelowała palec w stronę Borysa. – To diabeł! Już przy kolacji to dostrzegłam! Uwiódł cię! Mnie chce uwieść! Nas wszystkich!

Skierowana w stronę gościa dłoń zaczęła drżeć, głos kobiety się załamał. Ciało zwiotczało i osunęłaby się na dywan, gdyby mąż nie chwycił ją wpół. Delikatnie usadowił osłabłą żonę w fotelu. Borys przekrzywił głowę i z zainteresowaniem przypatrywał się Stuczyńskiej. Ta chwilę siedziała pobladła, z przymkniętymi powiekami, aż nagle ponownie szeroko otwarła oczy i wyprostowała się.

– Słyszycie? – syknęła przenikliwie.

– Co, słonko? – spytał Stuczyński.

– Ciiiii! – przerwała mu, nasłuchując w skupieniu. Po chwili kontynuowała: – Naprawdę nie słyszycie? Są głośniejsze niż zawsze. Ostrzegają…

Jej granatowe oczy otworzyły się jeszcze szerzej, choć przed chwilą Borysowi wydawałoby się to niemożliwością. Kobieta zerwała się z fotela, odskoczyła i przywarła plecami do ściany. Na jej twarzy odmalowała się groza. Reiher machinalnie podążył wzrokiem za jej spojrzeniem, ale nie zobaczył nic prócz regału ze skoroszytami.

– Są! – szepnęła Stuczyńska. – Są! Wreszcie się pojawiły! Musicie to widzieć! Musicie! Są takie śliczne! Cicho bądźcie! Mówią! Ostrzegają! Tak! Zły człowiek się pojawił. Zły człowiek w pięknym ciele! To on! – Znowu wyciągnęła rękę w stronę Borysa i tym razem na tym się nie skończyło. Runęła w jego stronę, wyginając palce zakończone polakierowanymi na czerwono długimi paznokciami.

Borys zareagował w ostatniej chwili, gdy szpony kobiety znalazły się centymetry od jego twarzy. Złapał ją za nadgarstki, odepchnął mocno. Wylądowała na dywanie, lecz zaraz powtórnie się zerwała, ponawiając atak. Znowu ją przytrzymał, tym razem przygotowany, ale wyswobodziła się z siłą, o jaką by jej nie podejrzewał. Do gabinetu wpadł jakiś mężczyzna, wraz ze Stuczyńskim odciągnął panią domu od Reihera, mąż podsunął żonie pod nos nasączoną czymś chusteczkę. Kobieta zwiotczała, uspokoiła się. Pan Tadeusz, szlochając cicho, odprawił służącego, wziął ukochaną na ręce i wyszedł na korytarz. Borys ruszył za nim aż do sypialni Wandy Stuczyńskiej.

Gdy tylko dotknęła plecami prześcieradła, wstąpiły w nią nowe siły. Ponownie zaczęła się miotać, krzyczeć coś bezładnie, wskazywać na gościa. Po chwili Reiher zdołał wychwycić kilka słów:

– Wyrzuć go! Coś mi siedzi… Nie mogę oddychać! Nie mogę! Zrzuć ten ciężar! Wyrzuć go! Nie mogę… Tadziu, pomóż mi. Pomóż. Wypędź go, wypędź ich wszystkich! Idźcie stąd, zostawcie mnie…

Mocny uścisk Stuczyńskiego po pewnym czasie odniósł skutek i Wanda zapadła w niespokojny sen. Mężczyzna spojrzał na Borysa, a w jego oczach czaiło się bezbrzeżne cierpienie.

– Nie powinien pan był coś zrobić? – zapytał z cieniem wrogości w głosie.

– Na razie tylko patrzę – odparł Borys.

– I co pan wypatrzył?

Reiher podszedł do śpiącej, położył dłonie na jej czole i stał tak chwilę bez ruchu. Potem wyprostował się i wzruszył ramionami.

– Szczerze mówiąc, nic ciekawego.

 

***

 

Śniadanie upłynęło w milczeniu. Wanda Stuczyńska się nie pojawiła, jej mąż wypił jedynie kawę, powiedział, że musi wyjechać w interesach, wróci w południe, i zniknął. Karolinie i Katarzynie zły nastrój chyba się nie udzielił, jednak dostosowały się do warunków, siedząc ze zwieszonymi głowami, bez słowa. Ale chętnie zerkały na gościa, a po wargach błąkały im się zalotne uśmiechy.

Ola zjadła szybko, z zamyśloną miną. Borys przyglądał się jej dłoniom, tak odmiennym od dłoni innych dziewcząt z jej sfery. Paznokcie miała krótkie, niektóre połamane, niezbyt czyste. Widać też było jasno, że przybrane siostry za sobą nie przepadają, chociaż pokazują to odmiennie. Karola i Kasia traktowały Olę z chłodem i niechęcią, ona odpłacała im stoicką obojętnością.

Po śniadaniu bliźniaczki wyszły na zewnątrz, korzystając z ciepłego przedpołudnia. Tylko Ola chwilę krzątała się po jadalni, potem zniknęła w kuchni, lecz i ona szybko znalazła się w ogrodzie. Borys stanął na ganku, oparł się o kamienną kolumnę i rozejrzał wokół. W zasięgu wzroku pojawiła się Wanda Stuczyńska. Szła ogrodową aleją, nerwowo gestykulując i mamrocząc coś do siebie. Z odległości kilkudziesięciu metrów nie zrozumiał ani słowa, chociaż wytężył słuch, jednak widział, że kobieta jest wzburzona i podenerwowana. Kilka kroków za nią podążała pokojówka, chyba w roli dyskretnej strażniczki, bo utrzymywała stałą odległość i nie spuszczała z kobiety uważnego spojrzenia. Wreszcie Stuczyńska popatrzyła na ganek, wzdrygnęła się, obnażyła zęby i Borys usłyszał przeciągły syk. Skłonił głowę i uśmiechnął się na powitanie. Pani Wanda nie odpowiedziała, podeszła do okrągłego stolika ogrodowego, sięgnęła po leżącą na nim papierośnicę. Włożyła papieros do lufki, zapaliła. Usiadła na krześle, tyłem do ganku, a służąca zajęła posterunek trzy metry za jej plecami.

Borys postanowił pospacerować. Zaszedł nad staw. Kilkadziesiąt metrów dalej Karola i Kasia wodowały jedną z łódek. Przykucnął, wygrzebał z ziemi kilka płaskich kamyków i zaczął puszczać kaczki. Dziewczyny zauważyły go i zachichotały unisono. Wyglądały bardzo malowniczo, w pastelowych sukienkach na tle odżywającej przyrody. Po chwili weszły do łódki i jedna z nich powiosłowała w stronę wysepki. Borys doskonale wiedział, co się za chwilę stanie i właściwie chciał odejść. Po chwili jednak postanowił dać dziewczynom odrobinę nadziei na przerwanie codziennej monotonii.

Rozpoczęły akcję wcześniej, niż się tego spodziewał. Odpłynęły ledwie kawałek od brzegu, gdy jedna z sióstr rozhuśtała łódkę. Nie szło jej to za dobrze, mimo to wystarczająco, by obie zaczęły piszczeć i znacząco spoglądać w jego stronę. Wstał, gotowy, by się dyskretnie ulotnić, zanim będzie za późno, ale wtedy jego uwagę zwrócił ruch od strony dworu. Pomiędzy drzewami ukazała się ruda głowa, a jej właścicielka szła w stronę położonej za domem szklarni. Ola trzymała w dłoniach narzędzia ogrodnicze, a nogawki szerokich spodni łopotały w rytm energicznych kroków.

Plusk, pisk, krzyk, wołanie o pomoc. Borys przewrócił oczami i zerknął na siostry. Jedna z nich, chyba Kasia, taplała się w wodzie, wzburzając leniwą toń stawu, a druga stała na rozchybotanej łódce i załamywała dłonie. Oczy jednak błyszczały im radością, a policzki czerwieniły się rumieńcami podekscytowania.

Tylko że on nie miał czasu na takie głupoty.

– Wody ma panienka po kolana. Wystarczy wstać i wyjść, a potem się przebrać – rzucił obojętnie i ruszył do dworu.

 

***

 

Postanowił zacząć od pokoi bliźniaczek. Chwilę potrwa, zanim wyczłapią ze stawu i przycumują łódź. Miał tylko nadzieję, że służba akurat ma co innego do roboty niż sprzątanie w tej części dworu. Na szczęście nie spotkał po drodze żywego ducha.

Sypialnie Kasi i Karoli były niemal identyczne i prawie tak samo banalne. Dużo pastelowych kolorów, delikatnych materiałów, takie same meble, lampki i lusterka. Gdy się skupił, wyczuł również podobne zapachy. Kwiatowe perfumy, krochmal, lawenda. I męskie nasienie, chociaż już mocno wywietrzałe. Wyjrzał za okna. Pokoje były na parterze, obok siebie, więc i widok z nich siostry miały podobny – zaciszny park, dające schronienie krzewy i drzewa. Tadeusz i Wanda Stuczyńscy okazali się naiwniakami. Borys z łatwością wyobraził sobie kryjących się w nocy dalekich kuzynów lub ich przyjaciół, czekających na znak od ponętnych dziewczyn. Przeskoczenie parapetu nie stanowiło żadnego problemu dla młodych mężczyzn. Borys wreszcie poczuł do dziewczyn cień sympatii.

Ale nic ciekawszego w sypialniach nie znalazł, wycofał się więc szybko, by nie dać się przyłapać wracającym znad stawu wściekłym i przemoczonym siostrom.

Następny pokój należał do Wandy Stuczyńskiej. Przez okno widział plecy wyprostowanej na baczność służącej, która wciąż pilnowała ćmiącej kolejnego papierosa gospodyni. A sama sypialnia wyglądała na ciut poważniejszą wersję sypialni córek. Kolory nieco ciemniejsze, meble trochę solidniejsze. Jednak zapachy już całkiem inne. Aromat kosmetyków ledwo przebijał się przez ostrą woń leków i ziół. Borys musiał odrobinę przytłumić zmysł powonienia, bo bał się, że rozboli go głowa. Z ciekawością obejrzał fiolki z tabletkami, buteleczki z syropami, słoiczki z kremami. Przytknął nos do pościeli i pokręcił głową. Wszystko to, czym faszerowała się w ostatnich dniach Stuczyńska, dało się wyczuć w prześcieradle i poszewkach. Jeszcze chwilę i jej organizm może tego nie wytrzymać. Nie wykończą jej demony czy choroby psychiczne, tylko sposoby, by się ich pozbyć.

Na dywanie znalazł drobiny tytoniu, wyblakłe plamki krwi, pochodzące zapewne z zadrapań i ran powstałych po którymś z napadów szału. Pokojówka, sprzątając, wykonała kawał dobrej roboty, ale Borys dostrzegał niemal wszystko. Na toaletce znalazł drobne zadrapania, a w nich odpryski czerwonego lakieru, takiego samego, jaki pokrywał paznokcie Stuczyńskiej. Sypialnia była polem walki między lokatorką a tym, co chowało się w jej głowie.

Do sypialni Tadeusza Stuczyńskiego wszedł bardziej z obowiązku niż ciekawości. Nie różniła się wiele od jego gabinetu. Te same kolory, podobny styl mebli, trochę inne zapachy. Kawałkiem drutu pootwierał szuflady i chwilę pogrzebał w wypełniających je papierach. Nuda.

Została jeszcze Ola. Jej pokoik jako jedyny znajdował się na piętrze. Był mniejszy od pozostałych, chociaż zapewne nieco większy niż służbówki służących. Jedną ścianę miał pochyłą, jak to na poddaszu. Proste łóżko stało pośrodku, dokładnie pod oknem połaciowym. Borys uniósł głowę i zobaczył niebo. W bezchmurne noce dziewczyna musiała mieć przepiękny widok na gwiazdy.

Na nocnej szafce leżała książka Bohdana Dyakowskiego, Z naszej przyrody. Podniósł ją i chwilę przeglądał, oczarowany. Cudowne ryciny i cytaty sławnych poetów sprawiły, że na moment zapomniał, po co tu przyszedł. Na łóżku znalazł równie piękny i szczegółowy Atlas motyli krajowych. Znowu skorzystał z wytrychu, by włamać się do szuflady dziewczęcej toaletki i wyjął z niej gęsto zapisany zeszyt. Nie był to jednak pamiętnik, jak mógłby się spodziewać, a raczej szkicownik, wypełniony odręcznymi rysunkami roślin i ich dokładnymi opisami. Ola rysowała pewnie, schematycznie i przejrzyście, ale pismo miała drobne i niezbyt staranne. Borys pobieżnie przejrzał notes, zatrzymując się na dłużej przy niektórych pozycjach. Potem popatrzył na zawartość ściennych półek – kolejne tomy roczników ogrodniczych, Doświadczenia z fizjologji roślin Czartkowskiego, Zasady botaniki Heilperna, Wiadomości z botaniki Kudelki, a nawet Faunę zwierząt Afryki Meyersa. I wiele innych pozycji. Dziewczyna miała godne podziwu zainteresowania, to jej trzeba było przyznać. Świat roślin fascynował ją najbardziej, jednak i o zwierzętach musiała mieć sporą wiedzę.

Ale on nie po to tu przyszedł. Zapachy u Oli oczywiście zdominowane były przez zioła i inne rośliny, mimo to nawet tu poczuł delikatną woń wody toaletowej.

Drzewo herbaciane, pomyślał z uznaniem. Podobało mu się. Na deskach podłogi znalazł grudki ziemi, pyłki kwiatów, trochę śladów po wyschniętych plamkach. Potarł palcem kilka z nich i przytknął opuszki do nosa. Zapach ziół, oczywiście. Na parapecie Ola poustawiała małe moździerze, fiolki, słoiczki. A na biurku, obok szkła powiększającego, znalazł drobiny tytoniu. Dokładnie takiego samego, jakiego używała macocha dziewczyny. Wyglądało na to, że nawet cicha Oleńka ma swoje tajemnice.

 

***

 

– Niech pan na chwilę przy mnie usiądzie.

No cóż, nie było to tym, na co teraz miał ochotę, ale gospodyni się nie odmawia. Przysunął krzesło i usiadł koło Wandy Stuczyńskiej.

– Muszę pana przeprosić. Wiem, jak się wczoraj zachowałam. Nie panuję nad tym.

– Rozumiem.

Była blada, a biała, zapięta pod szyję bluzka jeszcze to podkreślała. Nerwowo poprawiała czarne loki i Borys zauważył, że z jednego paznokcia odprysnął lakier.

– Musi mi pan pomóc, nawet jeśli znów będę nieprzyjemna. To nie moja wina.

– Wiem.

Westchnęła.

– Nie jest pan zbyt rozmowny.

– Mogę zapewnić, że zrobię, co będę mógł.

Ola przeszła koło nich bez słowa, wymachując trzymanym w dłoni koszyczkiem. Pani Wanda śledziła ją spod przymkniętych powiek, aż dziewczyna zniknęła za parkowymi drzewami.

– Nie lubi jej pani. – Borys bardziej stwierdził, niż zapytał.

Drgnęła, jakby przyłapał ją na czymś wstydliwym.

– Och, bez przesady. To trudna dziewczyna. Tadzio się o nią martwi, a kiedy on się martwi, to i ja. Staramy się, by wyszła na ludzi. A ona szwenda się bez celu. Powinna teraz uczyć się prowadzenia domu, a nie… – Machnęła ręką i zamilkła, mocno zaciskając usta.

– Zdaje się, że interesuje się przyrodą?

– Tak! Tylko co jej to da? To nie dla takiego dziewuszyska! Zamknie się w pustelni i będzie hodować roślinki? A z czego się utrzyma? Nie, proszę pana, powinna mieć normalny dom i rodzinę, a nie jakieś kwiatki w głowie!

Usłyszeli dźwięk silnika zbliżającego się opla olympii i kobieta straciła zainteresowanie gościem. Stuczyński zaparkował na wybrukowanym podjeździe i w podskokach pobiegł do żony. Borys zmarszczył nos, gdy zaczęło się powitanie, cmoknięcia, czułe słówka, pytanie o zdrówko, pełne westchnień odpowiedzi, całowanie rączek, maślane spojrzenia… Już chciał odejść, gdy gospodarz przypomniał sobie o jego istnieniu.

– Cieszę się, że sobie tak spokojnie rozmawiacie. Wandzia zawsze po nocy czuje się trochę lepiej, prawda, kochanie? I zawsze mamy nadzieję, że to był ostatni raz, że się nie powtórzy. I nic. Klops. Duchy się uwzięły. Złe duchy. Demony! Bo tylko one chciałyby skrzywdzić tak cudowną osobę.

– Rozmawialiśmy o Oli.

Oblicze Stuczyńskiego przybrało boleściwy wyraz.

– Tak. Ola. Ale staramy się, w końcu nam się uda.

– A jej zmarła matka? Też traktowała zainteresowania córki z niepokojem?

Borys zwrócił się do ojca, lecz to macocha odpowiedziała:

– Elżbieta… Znaczy, matka Oleńki była idealistką. Nie stąpała twardo po ziemi, nie rozumiała, jakie zagrożenia czyhają na młode dziewczęta. Popierała pragnienia córki, obiecywała jej złote góry. Nawet studia przyrodnicze! Była całkowicie zaślepiona. Cudowna, dobra kobieta, ale niepoprawna marzycielka. Prawda, moje serce?

– Tak, tak. I wstyd przyznać, że i ja uległem jej wpływom. A przecież jestem mężczyzną, powinienem kierować się rozsądkiem. Na szczęście zjawiła się Wandzia i wszystko naprostowała. Oj, kochanie, jakaś ty blada! Jadłaś coś, złoteczko? Gwiazdeczko moja!

Borys poczuł mdłości, pożegnał się więc pośpiesznie i ruszył tam, gdzie chciał iść już od dłuższej chwili. Za Olą.

 

***

 

Nie znalazł jej od razu. Przeszedł koło stawu, zagłębił się w park. Drzewa rosły coraz gęściej, a majątek Stuczyńskich zaczął przypominać las. Reiher musiał mocno się naszukać, by odnaleźć ślady, jakie pozostawiła za sobą dziewczyna. Jednak był w tym dobry, więc po niespełna dwóch kwadransach zobaczył Olę, przykucniętą pomiędzy krzewami.

Jej koszyczek stał przy ścieżce. Borys uniósł go za wiklinowy uchwyt i przyjrzał się zawartości. Jakieś korzenie, trochę pąków liści, kilka pomarszczonych owoców, które przetrwały zimę. Wyjął suchą, czarną kulkę i spokojnie podszedł do dziewczyny.

– Z tą wilczą jagodą to pani przesadziła – stwierdził.

Ola drgnęła. Musiała poznać go po głosie, bo nie obejrzała się.

– Prowadzę notatnik. Opisuję w nim znalezione w okolicy rośliny.

Zdał sobie sprawę, że usłyszał jej głos po raz pierwszy. Mówiła ciepłym altem, z cieniem naturalnej chrypki.

– Przecież wilczą jagodę opisała już pani bardzo szczegółowo.

Zamarła na chwilę, a potem wstała, odwróciła się i popatrzyła na niego.

– Czy dobrze rozumiem, że grzebał pan w moich rzeczach? I włamywał się do prywatnych szuflad?

– Nie tylko u pani.

Jej jasnobrązowe oczy cisnęły błyskawice. Ładnie to wyglądało.

– Obejrzałem sobie wasz dom dokładnie – kontynuował. – Ale to pani sypialnia okazała się najciekawsza. Sprytne to sobie pani wymyśliła. Choroba psychiczna albo opętanie. Na pierwszy rzut oka rzeczywiście tak wygląda.

– Na drugi i trzeci również – odparowała. – Pytanie jedynie, które z nich jest prawdą. Zwariowała czy zżerają ją duchy.

Borys pokręcił głową.

– Ech, przecież pani wie. Co tu u was rośnie ciekawego? Widziałem tatarak. Powoduje halucynacje wzrokowe, prawda?

Wzruszyła ramionami.

– Podobno. Ale to akurat najmniej mnie interesuje.

– Purchawki też pewnie tu macie. Słyszy się po nich dziwne głosy.

Ola się zirytowała.

– Tak, jest to możliwe, jak po wielu innych roślinach. Co pan sugeruje? Że nafaszerowałam kochaną Wandzię zielskiem i grzybami, a ona zaczęła wariować?!

– Z grubsza, w sumie tak. Tak, właśnie to sugeruję.

Bezpośredniość Borysa zaskoczyła dziewczynę. Stała chwilę z otwartymi oczami, a potem zmarszczyła brwi i fuknęła:

– To chyba jednak pan się czegoś nażarł. A teraz niech pan sobie idzie. Jestem zajęta.

– Dobrze. Pójdę. Prosto do pani tatusia, bo to on zlecił mi rozwikłanie tej tajemnicy.

– Zlecił panu egzorcyzmy, a nie śledztwo. Proszę więc egzorcyzmować. Chętnie to obejrzę.

Odwróciła się, wyraźnie chcąc zakończyć rozmowę. Borys właściwie mógłby odejść zgodnie z jej żądaniem, lecz nic nie potrafił poradzić na to, że z całej rodziny to Ola wzbudziła w nim najwięcej sympatii. Spróbował więc jeszcze raz:

– Pójdę, tylko powiem panu Stuczyńskiemu, że nie ma żadnego opętania. Choroby psychicznej też nie ma. Jeśli chce żonę taką, jak miał kiedyś, niech po prostu na kilka tygodni odseparuje ją od pasierbicy. Efekty na pewno go przekonają. I co wtedy zrobi?

Ola pociągnęła nosem.

– Mówi pan od rzeczy – broniła się jeszcze, chociaż jakby mniej zażarcie. – Proszę się rozejrzeć. Z czego niby miałam robić te mikstury? Zima była, nic nie rosło.

– Przecież nie interesuje się pani przyrodą od pół roku, tylko znacznie dłużej. Zdążyła pani zebrać ciekawe zbiory. Nie życzę pani źle – zastrzegł szybko. – Wręcz przeciwnie. Chciałbym zaproponować rozwiązanie, które zadowoli każdego. A mnie zapewni trochę rozrywki.

Napięła mięśnie ramion i pojął, że źle go zrozumiała. Co jak co, ale nie czuł potrzeby wykorzystywania młodych kobiet za pomocą szantażu. Szybko więc zapytał:

– Proszę mi powiedzieć, co panią tu trzyma?

– Nic! – odparła gwałtownie i bez zastanowienia. – Nic! – Odwróciła się ponownie, a jej rude włosy zatańczyły w podmuchu wiatru. – Och, bardzo chciałabym stąd wyjechać! Miałam wyjechać! Jednak gdy umarła moja matka… – Posmutniała, pokręciła głową. – Zresztą, źle mówię. Coś mnie tu trzyma. Brak pieniędzy. Matka wymogła na ojcu obietnicę, że sfinansuje moje studia. Że będę mogła wyjechać, by się uczyć. Obiecał to! Ale potem zjawiła się ona – wyrzuciła ostatnie słowo ze wstrętem, brodą wskazując w kierunku dworu – i przekabaciła ojca. Wmówiła mu, że to brednie, wyrzucanie pieniędzy, nie tego potrzebuję. Chce wszystkiego dla siebie i dla tych dwóch głupich dziewuch. A ojciec… Jakby go coś zaczarowało, wie pan? Zgadza się na wszystko, co ona powie. Na wszystko! Moje studia zamieniają się w jedwabne bluzki, błyskotki oraz posag dla Karoli i Kaśki!

Wydawało się, że kiedy już zaczęła mówić, nie potrafiła przestać. Wyrzucała z siebie desperację i poczucie niesprawiedliwości, które gromadziły się od dawna.

– A to wszystko, ten mój pomysł, zaczęło się przypadkowo. Kiedyś chciała, żebym jej zrobiła herbatę. Był wieczór, ona cały czas miała jakieś żądania. Czytałam akurat fascynującą książkę o grzybach, a ta mi przeszkadzała. Zrób to, skończ tamto, przynieś nie wiadomo co. To dodałam jej do herbaty lulka czarnego, by się trochę… uspokoiła. I chwilę był spokój. A potem zaczęła biegać po ogrodzie, wrzeszcząc: „Ja latam! Ja latam!”, po chwili znowu chowała się pod stołem, szukając małych, niebieskich ludzików. Chyba do północy. Może nieco przesadziłam z tym lulkiem, może dodałam coś więcej, ale mimo wszystko… Jej reakcja była niesamowita! Wiadomo, rośliny mają różne dziwne działania, na sobie też eksperymentowałam, lecz czegoś takiego jeszcze nie widziałam. No to zrobiłam trochę ekstraktów i dodawałam jej do posiłków. Głównie do kolacji, dlatego najbardziej szalała nocami. A potem przyszli lekarze ze swoimi lekami i zrobiło się jeszcze ciekawiej. Moje ziółka, ich medykamenty. Istne szaleństwo! Było mi wszystko jedno. Choroba psychiczna czy opętanie. Byle ją zabrali na pewien czas, może zdołałabym przekonać ojca, by wrócił do starych planów. A przynajmniej przekazał pieniądze. Uciekłabym, zanim Wandzia by wróciła.

Zwiesiła głowę, westchnęła. Istny obraz skrzywdzonej niewinności.

– A do papierosów co jej pani nawciskała?

Zerknęła na niego z ciekawością. Odkąd wyrzuciła z siebie kaskadę zwierzeń, zmieniła się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Patrzyła śmiało, z ciekawością, a na policzki wystąpił jej rumieniec podekscytowania.

– Skąd pan wie?

– Nie wydaje mi się, by pani paliła, a na podłodze w sypialni znalazłem drobiny tytoniu.

Uśmiechnęła się.

– No tak. Ususzone pąki grzybienia. Lilii wodnej – wyjaśniła, widząc jego minę. – Niesamowite to było. Najpierw zaczęła coś tam mamrotać, potem lekko podskakiwać, aż w końcu roznamiętniona rzuciła się na mojego ojca. Chyba chciała się z nim kochać na podłodze w salonie, ale jakoś zaciągnął ją do sypialni. Jęczała na cały dom. Szkoda, że nie widział pan min Kaśki i Karoli! – Parsknęła śmiechem, lecz zaraz umilkła. Zakłopotana wygrzebała z koszyczka wszystkie pomarszczone czarne kulki, wyrzuciła je na ziemię i stwierdziła: – Chyba ma pan rację. Te wilcze jagody to przesada. Co prawda jedna czy dwie nie powinny specjalnie zaszkodzić, lecz kto wie? Z jej skłonnościami… Lepiej nie kusić losu.

Borys patrzył na nią i w zamyśleniu zagryzał dolną wargę.

– Powiedziałem pani ojcu, że to wasze urocze ognisko domowe coś mi przypomina – powiedział. – Baśń. Kopciuszka. Wdowa, wdowiec, trzy córki. Kogoś brakuje.

– Całkiem pan przystojny, jednak koło księcia to pan chyba nawet nie stał. Bez urazy.

Riposta dziewczyny była bolesna, ale przełknął ją dzielnie.

– O wróżce mówię. O dobrej wróżce. Taka rola mi się marzy. Czy mogłaby pani dziś na noc przyrządzić coś, co da naprawdę spektakularne efekty? No, wie pani, takie opętanie do kwadratu. I czy naprawdę jest pani gotowa na to, by – oczywiście z pieniędzmi – na dobre opuścić ten dom?

– Tak i tak – odparła, twardo patrząc mu prosto w oczy. – Tylko… Co to da?

Ukłonił się przed nią lekko.

– W tym już moja głowa. Pani przygotuje opętanie, ja sprawię, by demony tym razem wyraźnie przemówiły i jasno przedstawiły swą wolę. Jestem w końcu ze Straży Nadnaturalnej.

 

***

 

Po kolacji Wandę Stuczyńską zaatakowały wszystkie duchy, jakie znajdowały się w promieniu przynajmniej pięćdziesięciu kilometrów. Wyła, śmiała się i trzęsła ze strachu na przemian, słyszała dziesiątki głosów i widziała setki przedziwnych stworzeń, a każde coś od niej chciało.

Borys Reiher stwierdził, że nadszedł już czas. Służba zaprowadziła oszalałą panią do sypialni, gdzie rozpoczął egzorcyzmy. Kazał pozostawić się z pacjentką sam na sam i nie przeszkadzać, więc zrozpaczonemu mężowi pozostało warowanie na korytarzu i wsłuchiwanie się we wrzaski i dziwne, basowe pomruki rozlegające się za drzwiami. Jego tortury trwały do pierwszej w nocy, kiedy przerażające odgłosy wreszcie umilkły, a z sypialni wyszedł wyglądający jak siedem nieszczęść Borys. Młody mężczyzna poprawił zmierzwione włosy, obejrzał rozdarcie na rękawie koszuli i wytarł krew z rozbitej wargi, a potem zawyrokował:

– Śpi. Niech nikt jej nie przeszkadza. Odstawić wszystkie leki. Ja też idę spać.

I poszedł, zostawiając Stuczyńskiego rozdartego między miłością a czystą grozą.

 

***

 

Następnego dnia rano, ku zdumieniu wszystkich, Wanda Stuczyńska pojawiła się na śniadaniu. Była blada i wyraźnie zmęczona, ale z determinacją w oczach. Domownicy i Borys milczeli, patrząc, jak nakłada sobie na talerz szynkę, pieczywo i plasterki ogórka, a potem uśmiecha się serdecznie i zwraca do Oli:

– Moja droga, jak tam twoje rośliny? Cudowna pasja, warto ją rozwijać. Jestem z ciebie taka dumna. Musisz pomyśleć o przyszłości.

Ola z trudem uniknęła zakrztuszenia się herbatą, jej ojcu ta sztuka się nie udała. Serwetka, której róg wcisnął sobie za kołnierzyk, zabarwiła się głębokim kolorem klasycznej earl grey.

– Ależ, kochanie… – wyjąkał, gdy odzyskał zdolność mówienia.

Żona zmierzyła go surowym spojrzeniem:

– O co chodzi, Tadziu? Czyżbyś nie pamiętał o obietnicy, jaką złożyłeś matce Oli? Że zatroszczysz się o przyszłość i wykształcenie córki? To hańba, tak to zaniedbać. Na szczęście jestem jeszcze ja i mam zamiar naprawić skutki twojej indolencji. Ola bezzwłocznie dostanie należne jej pieniądze. I, moja droga – jej twarz, gdy ponownie popatrzyła na Olę, przybrała wyraz serdeczności – zostanie ci tylko wybór wymarzonego uniwersytetu. Resztę zostaw mnie.

 

***

 

Borys przestał wiosłować, gdy opłynęli wysepkę drugi raz. Siedząca naprzeciw niego Ola Stuczyńska promieniała szczęściem.

– Jak to zrobiłeś?

Wydął wargi.

– Mam swoje sposoby. Potrafię zasugerować różne rzeczy osobom, które nie całkiem kontrolują stan swego umysłu.

– Hipnoza?

– Nie całkiem, ale tak, coś podobnego.

Popatrzyła na niego zachwycona. Podobało mu się to.

– No więc, co jej zasugerowałeś?

– Oj, przecież się domyślasz. Nie wiem, czy chcesz to usłyszeć. Wykorzystałem przecież postać twojej matki.

– Ale nie ją samą?

– Nie mam pojęcia, co wy sobie wyobrażacie. Nie, nie ją samą. Nie mam dostępu do ducha każdej zmarłej osoby. To tak nie działa. Po prostu trochę ukierunkowałem halucynacje Wandzi. Wywnioskowała, że demony, które ją nawiedzają, zostały wysłane przez twą matkę, bo ta dowiedziała się, jak potraktowana została jej kochana córeczka. I sobie pójdą, kiedy krzywdy zostaną naprawione. Mam nadzieję, że się nie gniewasz?

– Nie, oczywiście. Mama byłaby z nas dumna.

– I wiesz, koniec z eksperymentami na macosze.

Dziewczyna zmarszczyła nos.

– No, tego to mi troszkę szkoda. – Zamilkła na chwilę, przypatrując się Borysowi. Potrząsnęła głową. – Chyba cię lubię. Mógłbyś mnie kiedyś odwiedzić, jak już się zadomowię w Paryżu.

– Kto wie, może to zrobię – odparł i ze zdziwieniem stwierdził, że mówi całkiem szczerze. – W Paryżu? Takie masz plany?

– Yhm… Daleko, aby im znowu się nie odwidziało.

– Ale muszą cię jeszcze na studia przyjąć.

Ola lekceważąco machnęła ręką.

– Oczywiście, że mnie przyjmą. – Wskazała na głowę. – Mam tu prawdziwą encyklopedię, gdybyś wciąż tego nie zauważył. A teraz powiedz mi. Tak właściwie, dlaczego to zrobiłeś? Dlaczego mnie nie wydałeś?

Mógł powiedzieć prawdę. Prostą prawdę – zwyczajnie uznał, że Ola jest w tym towarzystwie najciekawszą osobą i najbardziej ją polubił. Jednak to by było takie… emocjonalne.

– A dlaczego nie? Wszyscy są zadowoleni. Twój ojciec ma z powrotem kochaną żonę, Wanda ma co opowiadać wnukom. Musisz przyznać, atak duchów nie jest czymś, co zdarza się każdemu. Bliźniaczki mogą znowu zająć się sobą, a ty możesz jechać do Paryża. Natomiast ja utwierdziłem się w przekonaniu, jak niesamowicie cudowną osobą jestem.

Wiosenne słońce grzało rozkosznie i rozleniwiało, Borys przymknął więc powieki. Rozświetlone promieniami włosy Oli zamigotały ogniem i mężczyzna pomyślał, że pozostały tydzień przymusowego urlopu zapowiada się całkiem miło.

A potem zastanowi się, jak przyjemnie wydać honorarium, które otrzyma za skuteczne wypędzenie demonów. Poprzedniej nocy nie zapomniał o tym, by przekonać Wandę Stuczyńską o konieczności jego podwojenia.

 

Koniec

Komentarze

Świetny tekst, moim zdaniem.

Po pierwsze, bardzo się wciągnęłam w lekturę: akcja bardzo “filmowa” (łącznie z tymi dwoma epizodami, pierwszym na rozkręcenie i poznanie postaci, drugim – właściwym), z nieoczekiwanym rozwiązaniem. Efektowni, wiarygodni bohaterowie, trochę – zwłaszcza Ola – kojarzący mi się z postaciami Agathy Christie. Bardzo pomysłowe, zabawne nawiązanie do Kopciuszka. Fajnie oddane historyczne realia, słowem – historyczna urban fantasy na wysokim poziomie. Klik do Biblioteki ode mnie na pewno i proszę o więcej o Biurze i jego pracownikach!

 

EDIT: Drobne literówki ci się wkradły, mnie się rzuciło w oczy “z pozostałą częścią próbkią”

Dzięki. Bardzo to miło czytać takie słowa. :)

Literówkę poprawiłam, przejrzałam też tekst i polikwidowałam jeszcze kilka baboli. Wydawało mi się, że skopiowałam ostateczną wersję zatwierdzoną do Silmarisa, musiała to chyba jednak być przedostatnia, gdzie jeszcze kilka błędów się zakradło. 

No i wielkie dzięki za bibliotekę i nominację!

Interesujące i dobrze napisane opowiadanie. Podobało mi się przedstawienie bohatera poprzez scenę z doktorem. Sprawnie operujesz szczegółami w opisach, wprowadzasz elementy zagadki, śledztwa – to też niewątpliwie plusy. Sama historia może nie jest nowa, ale ciekawie opowiedziana, z pewnością zasługuje na bibliotekę.

ANDO – dziękuję za komentarz i bibliotekę. Cieszę się, że Ci się podobało.

Bardzo zacne opowiadanie. Fajny pomysł i zajmująca intryga stanowią jego niewątpliwą zaletę, a kameralny, trochę niedzisiejszy klimat i lekkość, z jaką została świetnie oddana atmosfera dworu Stuczyńskich są dodatkowym, wiele znaczącym walorem.

Historia może nie jest zbyt odkrywcza, bo o opętaniach napisano sporo, nie jest także zbyt skomplikowana, ale sposób jej opowiedzenia sprawia, że czytałam z prawdziwą przyjemnością, niezwykle ciekawa finału. No i jeszcze wielki plus za wykorzystanie Kopciuszka.

Wykonanie bardzo porządne, nie licząc kilku usterek, które, na razie powstrzymują mnie od kliknięcia Biblioteki.

 

po osiem zło­tych za dzie­sięć deko… ―> …po osiem zło­tych za dzie­sięć deka

 

­– A po co – zapy­tał Borys z miną ostat­nie­go na­iw­ne­go… ―> ­– A po co – zapy­tał Borys z miną pierwszego na­iw­ne­go

 

Zdjął ma­ry­nar­kę, roz­piął spin­kę u man­kie­tu ko­szu­li. ―> Zdjął ma­ry­nar­kę, wyjął spin­kę z man­kie­tu ko­szu­li.

Spinek nie można rozpiąć.

 

Półki wy­peł­nio­ne me­dycz­ny­mi książ­ka­mi, na ścia­nach po­wy­wie­sza­ne dy­plo­my, biur­ko za­wa­lo­ne do­ku­men­ta­mi. Pod oknem ko­zet­ka i sto­lik wy­peł­nio­ny ja­kimś me­dycz­nym sprzę­tem… ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

– A może dla wszyst­kie­go po tro­chę? ―> – A może dla wszyst­kie­go po tro­chu?

 

ciało Grzy­wa­cza za­dy­go­ta­ło, unio­sło o kilka cen­ty­me­trów, by po­now­nie opaść. ―> Co uniosło ciało Grzywacza?

Pewnie miało być: …ciało Grzy­wa­cza za­dy­go­ta­ło, unio­sło się o kilka cen­ty­me­trów, by po­now­nie opaść.

 

pod­szedł do sto­ją­ce­go pod ścia­ną sto­li­ka. Chwi­lę prze­sta­wiał sto­ją­ce na nim bu­tel­ki… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

czy­jaś zna­ją­ca się na rze­czy głowa zor­ga­ni­zo­wa­ła ogród… ―> W ogrodzie można coś zorganizować, np. przyjęcie, ale nie wydaje mi się, aby można zorganizować ogród.

Może: …czy­jaś zna­ją­ca się na rze­czy głowa urządziła/ zaaranżowała/ zaprojektowała ogród

 

z uro­kli­wymi­ ścież­ka­mi i wy­god­ny­mi traw­ni­ka­mi. ―> Na czym polega wygoda trawników?

 

Trzy młode dziew­czy­ny… ―> Masło maślane ― dziewczyny są młode z definicji.

 

Ko­bie­ta miała nieco po­szar­pa­ne włosy… ―> Czy tu aby nie miało być: Ko­bie­ta miała nieco potargane włosy

 

lecz zaraz po­now­nie się ze­rwa­ła, po­na­wia­jąc atak. Znowu ją przy­trzy­mał, tym razem przy­go­to­wa­ny, ale wy­ry­wa­ła się z siłą, o jaką by jej nie po­dej­rze­wał. Do ga­bi­ne­tu wpadł jakiś męż­czy­zna, wraz ze Stu­czyń­skim ode­rwał panią domu… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …lecz zaraz powtórnie się ze­rwa­ła, po­na­wia­jąc atak. Znowu ją przy­trzy­mał, tym razem przy­go­to­wa­ny, ale wyswobodziła się z siłą, o jaką by jej nie po­dej­rze­wał. Do ga­bi­ne­tu wpadł jakiś męż­czy­zna, wraz ze Stu­czyń­skim odciągnął panią domu

 

Chwi­lę zaj­mie, zanim wy­czła­pią ze stawu… ―> Chwi­lę potrwa, zanim wy­czła­pią ze stawu

 

jest pani go­to­wa na to, by, – oczy­wi­ście z pie­niędz­mi, – na dobre opu­ścić ten dom? ―> Przed półpauzami nie stawia się przecinków.

 

Ser­wet­ka, któ­rej róg wci­snął sobie pod koł­nie­rzyk… ―> Obawiam się, że serwetka wciśnięta pod kołnierzyk, po chwili się wysunie.

Pewnie miało być: Ser­wet­ka, któ­rej róg wci­snął sobie za koł­nie­rzyk

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, Regulatorzy. Cieszę się, że opowiadanie przypadło Ci do gustu.

 

Historia może nie jest zbyt odkrywcza, bo o opętaniach napisano sporo, nie jest także zbyt skomplikowana – no, jak to u mnie. Nie przeskoczę. ;)

 

Błędy poprawiłam. Muszę przyznać, że nie znoszę wyrażenia “po trochu” (jakoś subiektywnie, absurdalnie mam awersję) i byłam przekonana, że jest błędne, a przynajmniej archaiczne. Sprawdziłam sobie, dopiero teraz, skąd się wzięło. Cóż, jestem mądrzejsza o tę wiedzą. Natomiast wybrałam inną możliwość, która również została podana jako poprawna, a może nawet poprawniejsza, czyli “po trosze”.

 

Dzięki za komentarz i łapankę.

Wyrzuciłam, żeby nie psuć zabawy ;)

 

 

 

Ech, spojlujesz. I to jak!

 

 

Tak. Mniej więcej.

OK, Ocho, kliknęłam. ;D

Został jeszcze zbędny przecinek przed półpauzą: I czy naprawdę jest pani gotowa na to, by, – oczywiście z pieniędzmi – na dobre opuścić ten dom?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy – wyrzuciłam.

 

ANDO – dzięki. :) Wyślę Ci pw z trochę obszerniejszą odpowiedzią na tamto pytanie.

Istotnie, nie ma go! ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo mi się podobało. Czytałam z zaciekawieniem do samego końca, lekturę uprzyjemniał mi dokonały warsztat, ładnie prowadzona akcja i dobrze nakreśleni bohaterowie. Niewątpliwym plusem opowiadania jest też samo zakończenie i umiejętnie oddane realia historyczne. Ode mnie ostatni biblioteczny kliczek i zgłoszenie do piórkowej nominacji :)

Dziękuję, Katiu. Bardzo mi miło, że Ci się podobało. Dzięki za komentarz, bibliotekę i zgłoszenie do nominacji. :)

Dobre opowiadanie! Pisane leciuchno staroświeckim stylem z początku dwudziestego wieku. Trawestacja Kopciuszka bardzo mi się podeszła. Fabularnie świetnie obmyślone – zazdraszczam.

 

Gdybym miała się do czegoś przyczepić to pewnie byłaby to postać Borysa, zdaje mi się jeszcze niewystarczająco spójny (jeśliby kontunuować): wiemy, że „oko na nim zawiesić można”, łasuch na płeć piękną, ciut próżny i logiczny. Punkt wyjścia niezły.

Zdaje mi się też (wrażenie), że można byłoby zmniejszyć liczbę słów opisujących stany emocjonalne bohaterów i wzbogacić tekst – będę nudna – o zmysły. Mało czuję ten czas, miejsca. Widze, ale takie kanciaste.

I ostatnie przejść na mpz (konsekwentnie), gdyż czasami to robisz, a niekiedy nie. W tym fragmencie chyba najlepiej to widać:

‘Borys skrzywił się na samą myśl o wieczorze. Właścicielka pensjonatu na pewno już wypatrywała gościa przez okno, a gdy tylko go ujrzy, zajmie posterunek przy drzwiach, zacznie trajkotać i zapraszać na herbatkę, ciasteczka, rozmowy i zwierzenia. I będzie łypać tymi swoimi błękitnymi, zachwyconymi oczami.

Ech, wątpliwe uroki bycia atrakcyjnym mężczyzną, pomyślał Borys, ale w tym samym momencie uśmiechnął się do siebie. Nie było co narzekać. Zdecydowanie częściej ułatwiało to życie.

 

Mamy jednocześnie narrację wysyconą myślami Borysa (jego POV) i dodatkowo wyróżnione jego myśli.

 

Czytało mi się bardzo dobrze:), zgłaszam do biblio, znaczy się wczoraj zgłosiłam. Całe szczęście, że napisałaś o braku komentarza. Lecę wykasować niepotrzebny offtop z nominacji bibliotecznych.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Co to znaczy mpz?

Co do tego, o czym piszesz – narracja wysycona myślami Borysa, i dodatkowo kursywą jego myśli – to przyznam, że gdy czytałam ten tekst tuż przed umieszczeniem go tutaj, zdziwiłam się, że zrobiłam coś takiego. Rzadko mi się zdarza i właściwie sama tę kursywę uważam za nienaturalną. Nawet ostatnio zaprotestowałam, gdy redaktorka innego mojego tekstu coś takiego zaproponowała. A tu, proszę. Jest. I to kilka razy. Zostawiłam, bo tak poszło w Silmarisie i wiem, że taki zapis się zdarza. Jednak sama poczułam się nieswojo, gdy to zobaczyłam po tych kilku miesiącach od napisania tekstu. :)

 

Co do Borysa. Hm, temat konkursu brzmiał “Niegrzeczni chłopcy”. Bohaterem miał być uroczy drań. A ja nie lubię drani, nawet uroczych i nie miałabym przyjemności tworzenia opowiadań z takim bohaterem. Więc owszem, uroczy, owszem, nie do końca szlachetny, jednak skrępowałam go sznurami empatii i swoistej moralności. Może dlatego wyszedł taki… No, nie do końca. ;)

 

Dzięki, Asylum. Bardzo się cieszę, że summa summarum opowiadanie Ci się spodobało. :)

Tekst całkiem solidny. Fabuła porządnie skonstruowana, choć niezbyt zaskakująca (ale nie wstrzeliłem się z rośliną, jak będzie widać poniżej). Narracja prowadzona sprawnie, choć jak na mój gust całość jest zbyt wolna, zbyt przegadana, przez co pod koniec trochę się już nudziłem. Postacie ładnie naszkicowane, choć raczej schematyczne. 

 

Podczas lektury kilka razy się potknąłem. Nie są to bardzo poważne zarzuty, raczej drobnostki, tym niemniej uwierały.

 

PONIŻEJ SPOJLERY

 

Borys i pan doktor urządzają sobie bójkę (i to łącznie z miotaniem sobą nawzajem po ścianach) w gabinecie, przed którego drzwiami kłębią się oczekujący. I co, nikt nic?

Krzywiłem się za każdym razem, kiedy czytałem frazę “obły przedmiot”. Ostentacyjnie enigmatyczna, zupełnie bez potrzeby, skoro to po prostu puzderko.

do opancerzonej piwnicy

Opancerzona piwnica? Ki czort? Jak opancerzyć pomieszczenie?

– To był wypadek – odparł. – Tak wyszło. 

Pojedziesz sobie gdzieś, powiedzmy, na dziesięć dni. Ja będę się za ciebie tłumaczyć, ty znikniesz. Idź już. Pa.

Nie brzmi to naturalnie. Szczególnie to “Pa”. Nie pasuje mi do wizerunku postaci.

Wczesną wiosną ścieżkami niemal martwego kurortu przechadzali się jedynie mieszkańcy albo turyści spragnieni spokoju i wyciszenia. On nie należał ani do jednych, ani do drugich. Zaczął się więc nudzić nazajutrz po przyjeździe. Przechadzał się po plaży,

chociaż była tak samo nowa jak wszystko wokół, co nie było naturą.

Trochę to niezręczne.

Wątpliwe uroki małych, znudzonych miejscowości.

Niedawno użyłaś już “wątpliwych uroków”. Nie dość blisko, by mówić o powtórzeniu, jednak jest to fraza na tyle charakterystyczna, że robi to niekorzystne wrażenie.

To same konowały

Będzie do pana dyspozycji, panie drogi.

Ten “pan drogi”… Do tej pory Stuczyński nie używa podobnych zwrotów, nie pasuje to do jego stylu wypowiedzi.

Przy samym dworze czyjaś znająca się na rzeczy głowa zaaranżowała ogród

Aranżująca ogród głowa… Brzmi to z deka makabrycznie.

Siedzi w tych swoich roślinach i książkach przyrodniczych, brudzi ręce ziemią, nic więcej jej nie interesuje.

W tym miejscu przyjmuję założenie odnośnie finału opowieści. Założeniu temu na imię bieluń.

Karola i Kasia jakoś to przyjęły. To miłe panienki, rozumieją sytuację. Ale Ola… – pokręcił głową – Ola to utrapienie. Trudno to mówić ojcu, jednak serce mi się kraje, gdy widzę jej zachowanie. Wandzia ma rację, trzeba ją dobrze wydać za mąż, może małżeństwo, rodzina nadadzą jej życiu sens. Lecz kto by ją chciał? Tak naprawdę, a nie dla moich pieniędzy? Siedzi w tych swoich roślinach i książkach przyrodniczych, brudzi ręce ziemią, nic więcej jej nie interesuje. Wandzia mi poradziła, bym Olę zgadał ze służbą. Niech ją nauczą, jak gotować, jak dbać o dom. Może, jeśli stanie się świetną gospodynią, to znajdzie się mężczyzna, który będzie miał z niej jeszcze pożytek. Ale ona i tak ucieka do szklarni i ogrodu, a służba ją kryje. Wanda się denerwuje, bo chce dla niej dobrze, ja się martwię Olą i Wandzią i tak to wygląda. Trochę mi żal, kiedy Wandzia, Karola i Kasia każą sobie szyć fatałaszki, kupują biżuterię i wyglądają jak księżniczki, a ta moja Oleńka jak kocmołuch. 

Trochę zbyt gęsto w tym akapicie od imion.

służbówki służących

Powtórzenie tak brzydkie, że musi chyba być celowe. Ale czemu ma służyć?

Zapachy u Oli oczywiście zdominowane były

Zdominowane zapachy?

Wyjął suchą, czarną kulkę i spokojnie podszedł do dziewczyny.

W marcu?

– Ech, przecież pani wie. Co tu u was rośnie ciekawego? Widziałem tatarak. Powoduje halucynacje wzrokowe, prawda?

W dużych dawkach. Trudno byłoby taką ilość dyskretnie dodać do posiłku.

– Purchawki też pewnie tu macie. Słyszy się po nich dziwne głosy.

Ale poza tym działają silnie wyciszająco, nawet nasennie.

– No tak. Ususzone pąki grzybienia. Lilii wodnej – wyjaśniła, widząc jego minę. – Niesamowite to było. Najpierw zaczęła coś tam mamrotać, potem lekko podskakiwać, aż w końcu roznamiętniona rzuciła się na mojego ojca. Chyba chciała się z nim kochać na podłodze w salonie, ale jakoś zaciągnął ją do sypialni.

Za wikipedią: [Wyciągi z grzywienia] Działają ogólnie uspokajająco, nasennie (z natężeniem zależnym od wrażliwości osobniczej) oraz hamują pobudzenie seksualne. 

Wyła, śmiała się i trzęsła ze strachu na przemian

Niezgrabne.

a każde coś od niej chciało

Czegoś od niej chciało.

Summa sumarum to bardzo koncept mi się podoba!

Mpz to mowa pozornie zależna, w skrócie narrator zdradzający myśli postaci. Nie może być ich więcej niż trzech-czterech, i muszą być cholernie charakterystyczne, tj. odróżniać się. Jeden, dwa łatwe, powyżej już mega trudne. W Forsytach pięknie to widać, tam jest nawet grupowe mpz.

Dla mnie kursywa jest ok, tzn. przekonałam się do niej, kiedy czytam opowiadania na NF i po zapoznaniu się z trzema poradnikami zapisu (wydrukowałam je, bo ciągle coś mi wypada z pamięci, niby oczywiste, kiedy czytam, a potem tabula rasa). Jednakże, jeśli widzę myśli zapisywane na dwa sposoby w bliskości to dziwię się. O, przypomniał mi się jeszcze jeden fragment z polskiej powieści, nie pamiętam tytułu, ale zaraz sprawdzę czyj to i co.

Borys generalnie jest ok, to krótkie opowiadanie, więc powalczyć byłoby z jego przedstawieniem trudno. Zdaje mi się, że znalazłaś się pod kreską przez empatię (mogę nie mieć racji), lecz za mały z niego drań. Coś czuję, że gdyby był z niego większy bufon, mniej świadomy i byłaby też relacja ze strony Kopciuszka byłoby ok w konkursie, ponieważ opko jest dobre:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dziękuję, None! I bardzo Cię proszę, daj na początek swojego komentarza wielki napis SPOILER ALERT!!! Właściwie Twój komentarz wyjaśnia intrygę i co prawda nie wszyscy zaczynają lekturę od komentarzy, ale się zdarza.

Jak będę miała wolną chwilę, usunę zbędne powtórzenia. Dzięki za puzderko – to rzeczywiście sporo ułatwia.

 

Są jednak rzeczy w Twoim komentarzu, z którymi za cholerę nie mogę się zgodzić. ;) Zarówno “pa”, jak i “panie drogi” idealnie pasują mi do wizerunku obu postaci. Zwłaszcza z tego “pa” jestem bardzo dumna. ;)

 

Dialogi rządzą się swoimi prawami, mają brzmieć przede wszystkim naturalnie, niekoniecznie superpoprawnie. Trudno, żeby Stuczyński w swoim słowotoku zastanawiał się, jak zastąpić imiona, żeby monolog brzmiał bardziej elegancko.

 

SPOILER ALERT!

Asekuracyjnie zastrzegłam, że Wanda jest wyjątkowo wyczulona na pewne rzeczy, a spektakularne efekty nastąpiły po reakcji chemicznej z lekami. Wydaje mi się, że więcej wyjaśniać nie trzeba.

KONIEC SPOILERÓW.

 

Wyjął suchą, czarną kulkę i spokojnie podszedł do dziewczyny.

W kwietniu, konkretnie. Ale może być i w marcu. Tak, właśnie dlatego jest sucha. Zeszłoroczna.

 

Dzięki!

 

EDIT: Asylum, Tobie również dziękuję za wyjaśnienia. :)

 

I bardzo Cię proszę, daj na początek swojego komentarza wielki napis SPOILER ALERT!!!

Klient nasz pan.

Zarówno “pa”, jak i “panie drogi” idealnie pasują mi do wizerunku obu postaci. Zwłaszcza z tego “pa” jestem bardzo dumna. ;)

Widocznie mamy różny obraz tych postaci. :P Zdarzyć się może.

W kwietniu, konkretnie. Ale może być i w marcu. Tak, właśnie dlatego jest sucha. Zeszłoroczna.

No niech będzie, jakoś nie załapałem.

Asekuracyjnie zastrzegłam, że Wanda jest wyjątkowo wyczulona na pewne rzeczy, a spektakularne efekty nastąpiły po reakcji chemicznej z lekami.

Wrażliwość to jedno, ale działanie odwrotne niż faktycznie udokumentowane to co innego.

SPOILERY

 

Trudno mi się z Tobą kłócić, bo zapewne znasz się na zielsku bardziej niż ja. Ja musiałam posiłkować się źródłami internetowymi (chyba w tym przypadku nie była to Wikipedia, chociaż już nie pamiętam). Owszem, lilia wodna ma działanie uspokajające, natomiast, z tego co wyczytałam, objawami zatrucia nią jest m.in. stan silnego pobudzenia. Jak wiadomo, różnica między lekiem a trucizną to różnica w dawkowaniu tego samego specyfiku. Dawkowanie może zupełnie zmienić działanie specyfiku, jak mi się wydaje. Stąd ważna jest jednak wrażliwość “pacjentki”. 

Ale, jako laiczka w ziołoznastwie, postanowiłam zaasekurować się podwójnie, czyli dodać lekarstwa, będące bombami chemicznymi, potrafiącymi namieszać w sposób właściwie niekontrolowany. Jak pewnie zauważyłeś, Ola radośnie eksperymentowała, wcale nie będąc pewna kolejnych wyników.

None, nie zrozum mnie źle. Uznaję Twoją wyższość, jeśli chodzi o znajomość ziół. Pisałam ten tekst ze świadomością, że mogę polegać jedynie na źródłach. Stąd zabezpieczenia, które jednak, moim zdaniem, zadowalająco wyjaśniają zachowanie Wandy Stuczyńskiej.

Hej, to są czepy formalne. Jak pisałem – nie rozbija to lektury, nie utrudnia jej zrozumienia, nie zaburza porządku wydarzeń. Po prostu ja się na tym potknąłem. Większość łyknie to pewnie bez problemu, bo i wybrałaś sobie mało popularne rośliny. 

Zresztą, kto wie, może i faktycznie taka mieszanka by podziałała? Ziołolecznictwo bywa nieprzewidywalne.

Ocha, to jedno z tych opowiadań, które nie tylko czytam z przyjemnością i na jednym wdechu, ale też jedno z tych, no… nazwałabym je wzorcem opowiadania. :)

Już na początku przykuwasz uwagę czytelnika świetną sceną i przedstawieniem bohatera. Scena z lekarzem jest wręcz kinowa. Jak dobry wstęp do niezłego filmu lub serialu. Po takim czymś nie wciska się pauzy, a przystawia nos bliżej ekranu.

Idąc dalej, zwalniasz, by umiejętnie, w odpowiednim tempie rozwijać akcję, przedstawiać nowych bohaterów, zaciekawiać, a wszystko to jest napisane porządnym językiem, bogate w zajebiste opisy otoczenia, sytuacji itp. 

Moim zdaniem, w tym opowiadaniu wszystko jest jak trzeba.

Dodatkowo, udało Ci się zaciekawić mnie tematem, mimo że tego typu opowiadania są dla mnie ok, ale na kolana nie powalają. 

Ode mnie plusik za poznańskie akcenty. ;)

Zatem nie pozostaje mi nic innego jak wspomnieć o pewnym opętaniu w piórkowym wątku.

 

No, po takim komentarzu zarówno skrzydła, jak i ego rosną do niebotycznych rozmiarów! ;)

Saro, wielkie dzięki, że przeczytałaś i skomentowałaś. I bardzo się cieszę, że Ci się podobało.

Dziwne to opowiadanie.

Przybyłam zwabiona nominacjami i sukcesami w konkursie GC (bo szóste miejsce to sukces!), i chyba – jak to zwykle bywa – zawyżone oczekiwania wpłynęły na ocenę.

Po przeczytaniu tej opowieści mam wrażenie, że to część serii opowiadań, a może nawet opowiadanie napisane na boku do jakiejś książki. Początkowe sceny z doktorem Grzywaczem, dobre i charakterystyczne przedstawienie Rity Balińskiej, puzderko z proszkiem – to wszystko można by wyciąć, a sama historia nic by na tym nie straciła. Czy czytelnik odczułby różnicę, gdyby wydarzenia z Poznania zostały streszczone w dwóch zdaniach w momencie, gdy Borys przyjeżdża już do Juraty? Uważam, że nie, mało tego, opowiadaniu dobrze zrobiłoby solidne odchudzenie. 

A Rity szkoda, bo dałaś jej fajny wstęp.

Intryga właściwa podobała mi się, obronną ręką wyszłaś z milionowej próby retellingu znanej wszystkim historii. Na podziw zasługuje solidny research, który przekonująco oddał nietypowe zainteresowania Oli. Dwór rodzinny ma urok postawionego na pustkowiu zamczyska, czym odwołuje się w podświadomości czytelnika do długiej tradycji horrorów, tworząc jednak własną narrację i korespondując ze znanymi nam motywami bez próby ich skopiowania.

Trochę zawiedziona jestem samym Borysem, bo nie tego spodziewałam się po opowiadaniu napisanym na konkurs “Niegrzeczni chłopcy”. Ja tej niegrzeczności tu nie widzę, chyba jedynie odrobinę zarozumialstwa. Zabójstwo Grzywacza to wypadek, do Rity (ani trzech córek) nie startował, intrygę rozwiązał trochę kręcąc, ale zrobił to w najlepszym interesie wszystkich zebranych i tak, by wszyscy byli zadowoleni.

No, małomówny był przy obiedzie.

Warto przy tym zaznaczyć, że trzeba naprawdę dobrego pióra i zdolnego pisarza, by opowiadaniem nie na temat zająć w konkursie szóste miejsce :) Uściski!

www.facebook.com/alecojak

Kam, bo to taki niegrzeczny chłopiec na miarę moich możliwości. ;)

Nie jest to część serii, chociaż przeszło mi przez myśl, żeby może coś jeszcze w tym świecie stworzyć. Tyle że chwilowo mam dość serii opowiadań. Tak, Rity też mi szkoda. ;)

Masz oczywiście rację, że pierwszej sceny mogłoby nie być. Mnie się przydała na potrzeby wstępu, przedstawienia bohatera, okoliczności. No i gdyby nie ona, nie pojawiłaby się Rita. ;)

 

Dziękuję, Kam, za wizytę i dogłębny komentarz.

Skądś znam ten tekst…

No, potrafisz przerabiać bajki. Twoja wersja “Kopciuszka” też miodna.

Babska logika rządzi!

No, ta powyższa. :-)

Wdzięczny, wdzięczny…

Babska logika rządzi!

Polski John Constantine wkracza do akcji ;) Z początku myślałem, że dostaniemy coś w klimatach “paranormalnego noir”, ale od momentu, gdy bohater podejmuje się zlecenia i przybywa do domu klienta, miałem wrażenie czytania powieści detektywistycznej z dziewiętnastego wieku.

Postacie wyraźne, choć bohater tak bardzo standardowy jako “niegrzeczny chłopiec” (czy aby na pewno? Jakoś na mnie takiego wrażenia nie zrobił), że wyleciał mi z głowy szybciej niż inne postacie. Tempo tekstu odpowiednie dla opowiadania detektywistycznego. Sama sytuacja raczej przewidywalna, ale mimo to czytałem ją z przyjemnością. Widać wyrobione pióro. 

Tak więc koncert fajerwerków na plus.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki, NWM. No, coś ten Borys nie tylko Tobie do końca nie pasuje. ;)

Zadowolonam, że czytało Ci się z przyjemnością.

Podoba mi się początkowe przedstawienie głównego bohatera. Twardziel, nieco próżny i przesadnie pewny siebie, a w dodatku myślący logicznie i potrafiący wykorzystać okazję. Króciutki moment kiedy na moment wychodzi z roli i zbiera muszelki, by potem je wyrzucić wywołał u mnie uśmiech na twarzy. Zgrzytnęła mi jedynie motywacja decyzji o pomocy Oli. Wynegocjowanie większej stawki za zlecenie pasowało mi do jego charakteru, a pomoc ze względu na sympatię już mniej. 

 

Tak jak poprzednikom spodobał mi się również początek opowiadania. Po pierwsze jest czas na rozkręcenie się i przedstawienie postaci, po drugie fajnie byłoby poczytać coś więcej o poznańskiej Straży Nadnaturalnej. Początkowo spodziewałem się, że doktor Grzywacz będzie jakimś wampirem, ale opętanie wyszło o wiele bardziej “naturalnie”. 

 

 

Dzięki, Faldrifie.

 

Wynegocjowanie większej stawki za zlecenie pasowało mi do jego charakteru, a pomoc ze względu na sympatię już mniej.

No właśnie, bo u mnie nawet ci niegrzeczni muszą mieć miękkie serca, o ile odgrywają główną rolę. ;) Nie nadaję się do tworzenia takich postaci.

Właśnie postać była bardzo dobrze wykreowania poza tym małym zgrzytem ale pewnie to ja się czepiam

Podobało mi się i to bardzo. Fajnie budujesz tę opowieść, najpierw epizod z opętanym lekarzm, który pozwolił Ci wprowadzić bohatera, a potem właściwa historia. Uwspółcześniona wersja Kpciuszka też niczego sobie. Relacje między bohaterami przedstawiłaś wiarygodnie, dodałaś trochę smaczków, które dodatkowo ożywoają historię, na przykład przygoda z łódką. Bardzo mi się podobało, że nie śpieszysz się z wyjaśnieniem, a jednocześnie snujesz tę opowieść tak, że czytelnik się nie nudzi.

Ciekawa jestem, czy Borys jeszcze się pojawi. I kim on właściwie jest, bo z jednej strony przedstawiasz go jako swego rodzaju agenta specjalnego, a z drugiej jako tradycyjnego detektywa.

Z lektury bardzom zadowolona i wnioskuję o jeszcze. :)

Dziękuję, Irko. Bardzo mnie Twój komentarz ucieszył.

Kim jest Borys? No, taki agent specjalny – detektyw. ;)

 

Fajne, ale opowiadań tego typu jest na pęczki. I niczym szczególnym Opętanie się nie wyróżnia, więc podejrzewam, że na długo nie zapamiętam.

Początek jest dość dziwny, bo oderwany od reszty treści. Wydaje mi się, że chciałaś dać jakiś mocny  akcent na początek, a przy okazji pokazać fach bohatera i to wyszło dobrze, tyle że dalsza część jest zupełnie niezwiązana. Tak naprawdę opowiadanie można by okroić do historii Wandy.

Z bohaterów wyróżniała się Ola (fajna dziewczyna), główny bohater niestety dość stereotypowy. Pozostali – ot, są.

Fabuła zrozumiała, ale trochę rozwleczona. Zabrakło mi nieco dynamizmu i dramaturgii, choćby w scenie “nawiedzenia”. Tę znalazłem tylko w prologu z doktorem, który to pod względem widowiskowości naprawdę daje radę.

Zakończenie słitaśne.

Tytuł, jak na Ciebie, bogaty ;) Podobał mi się.

 

Słowem – poprawne opowiadanie, do przeczytania.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Ha, widzę, że wstęp okazał się zdecydowanie kontrowersyjny, co mnie jednak trochę dziwi. ;) Większość uważa go za fajny pomysł, niektórzy za element kompletnie od czapy. Ja oczywiście należę do tej pierwszej grupy. ;)

 

Dzięki, Count, za komentarz. Nawet nie mam się z Tobą za bardzo jak kłócić, bo w sumie, no tak, to rozrywkowy tekst, bez podwójnego dna i dziwnych rozkmin. Cieszę się, że niektórym przypadł do gustu, ale trudno mi gniewać się na tych, którym nie za bardzo.

 

A tytuł mi się za cholerę NIE podoba. Tekst wysyłałam na ostatnią chwilę, nie mogłam wymyślić żadnego sensownego, więc dałam taki. Rozwleczony, pretensjonalny, do niczego. ;P

Wiadomo, lepszy byłby “Las”, bo “Nad morzem” to już przesadne wodolejstwo. ;-)

Babska logika rządzi!

Kawał solidnej roboty. Klasyczny motyw policjanta, który w intro zawala jakąś sprawę, udaje się na przymusowy urlop i tam, działając na własną rękę rozwiązuje lokalną zagadkę, przy okazji wdając się w niezobowiązujący romans. Fajnie oddane realia epoki, nutka zmysłowości (te wszystkie zapachy i barwy), szczypta albo i dwie dobrego humoru (dialog o niemieckich samochodach, bliźniaczki w łódce), błyskotliwa analogia do Kopciuszka. Kompozycja bez zarzutu, język bogaty i płynny jak zawsze, tytuł intrygujący jak nigdy.

Z minusów: jak dla mnie trochę zbyt narzucające się od początku rozwiązanie zagadki opętania i właśnie ta sztampowość postaci – widać świetnie odrobioną lekcję, ale brakuje elementu przełamania konwencji.

No, Coboldzie, zaskoczyłeś mnie. Myślałam, że Ty będziesz w tym przypadku z tych mocno marudzących.

Dzięki za komentarz. Z pochwał się cieszę, minusy z pokorą przyjmuję. ;)

 

Finklo – no zgadza się, co mogę napisać. ;) “Las” lepszy niż “W lesie”, “Morze” lepsze niż “Nad morzem”.

Myślałam, że Ty będziesz w tym przypadku z tych mocno marudzących.

Ale dlaczego? Cenię sobie inteligentną zabawę konwencją, czy umiejętność stylizacji. A tak się składa, że właśnie poczytuję sobie Chandlera.

Dlaczego? Bo nie ma pięćdziesiątego dna ani dziwnych rozkmin. ;)

 

-----UWAGA KRYTYCZNY SPOILER!!!-----

 

W ramach "Dzień dobry!" powiem, że znakomicie się bawiłem. 

Opowiadanie czytałem w pracy, w tak zwanym międzyczasie, pojedynczymi akapitami (cholerna praca w drukarni angażuje obie ręce, wzrok, słuch i mózgownicę, czytanie czegoś na telefonie "w międzyczasie" to trochę jak szachowa symultanka :-)) a mimo to nie mogłem się oderwać. 

Bo rzecz napisana jest znakomicie. Dynamicznie, wciągająco, lekko, choć bez heheszkowania i obijania się o pastisz. Umieszczenie akcji w międzywojniu też jak najbardziej trafione, bo po pierwsze klimat, a po drugie sankcjonuje założenia świata – demony, duchy i opętania są realne i istnieją organizacje zajmujące się ich zwalczaniem. Współcześnie nie byłoby tak… Uroczo Chandlerowsko, że się tak wyrażę, co więcej w odniesieniu do fabuły tego konkretnego tekstu – posłaliby Wandę na toksykologię i tyle. 

Opowiadanie sprawia wrażenie wycinka z czegoś większego, ale w pozytywnym sensie. To znaczy nie straszy dziurami i niedopowiedzeniami, ale mimo że jest fabularnie zamknięte, sugeruje istnienie złożonego i przemyślanego literackiego świata i przedstawia ogromny potencjał na jego rozwinięcie. Coś jak ten słynny tekst o wiedźminie i strzydze :-) 

Kompozycja jest prosta, sprawdzona i skuteczna jak karabinek Kałasznikowa – scena akcji, jednocześnie wprowadzająca czytelnika w charakter przedstawionego świata, coś idzie źle, skomoromitowany protagonista się wycofuje, ale (trochę przypadkowo i "pod stołem" dostaje kolejne zlecenie, potem ekspozycja miejsca zbrodni, przedstawienie aktorów dramatu, zbieranie poszlak… Aż do (zaskakującego?) finału. Rzecz mielona po tysiąckroć, ale narzekać nie będę, bo w przypadku literatury rozrywkowej jest jak najbardziej na miejscu (patrz fakt, że oderwać się nie mogłem :-)) 

Problem w tym, że… 

Kiedy tylko pojawiła się Ola, z jej zainteresowaniami i nawiązaniami do bajki o Kopciuszku, pomyślałem sobie:

Ocho, na Srygława i Twaroga, tylko tego nie spieprz i nie zrób z Oli trucicielki i prowodyrki całego zamieszania. Zbyt to proste, oczywiste i banalne. Niestety… :-) 

Niestety, mimo że dobrym pomysłem było "przyziemne" rozwiązanie zagadki, bez mieszania w to sił nadprzyrodzonych, co sugerował wstęp, to jednak tekst aż prosił się o coś naprawdę innego i zaskakującego na koniec. Zwłaszcza, że poprowadziłaś go w sposób idealnie wręcz typowy: detektyw wkraczający do posiadłości bogatej rodziny, w której każdy ma jakieś tajemnice i każdy może mieć motywy… Wiesz o co mi chodzi. Jeśli myśleć o kryminalnej historii sprzed stu lat, to myśleć właśnie o czymś takim. Choć nie ma tam Orient Ekspresu, ani nawet Lukstorpedy :-) 

Dlatego fajnie by było, gdybyś jakoś mniej stereotypowo i bardziej zaskakująco zakończyła całą historię. W sposób, który naprawdę zapadałby w pamięć. Bo opowieści o organizacjach i detektywach, zajmujących się rozwiązywaniem nadprzyrodzonych spraw było legion, i to odmienionych przez wszystkie przypadki fińskiej gramatyki. 

Ewentualnie rozwinąć sprawę, bo jak zaznaczałem wcześniej, tekst jest idealny jako wstęp do powieści albo pierwsza część cyklu. 

A teraz trochę czepialstwa z mojego ulubionego rejonu:

Dlaczego opel olympia? 

W przypadku Twojego tekstu rzecz ma znaczenie minorowe, ale przypadek chciał, że wykorzystam go do wygłoszenia bardziej ogólnego twierdzenia: 

Nie cierpię dokładnego podawania nazw modeli pojazdów, broni, urządzeń i tak dalej, jeśli nie ma to wyraźnego znaczenia dla fabuły. Najczęściej (choć nie w przypadku Twojego tekstu) brzmi to sztucznie:

"Odbezpieczył swój karabinek szturmowy heckler & Koch G36 sniper mk2 i wypuścił długą serię…" 

Oraz stanowi pożywkę dla wszelkiej maści fascynatów i oszołomów:

"Hola hola, w osiemdziesiątym siódmym, kiedy dzieje się akcja opowiadania, nie było jeszcze modelu mk2, tylko mk1! Do dupy z Twoim riserczem, autorze!" 

Wracając do nieszczęsnego opla, model olympia zaprezentowano na wystawie w Berlinie, w lutym 1935. Biorąc pod uwagę fakt, że akcja Twego opka toczy się (nawiązania do konstytucji Mościckiego i pory roku) pod koniec kwietnia lub na początku maja 1935, jakie są szanse, że ktoś w Polsce będzie takim jeździł w dwa miesiące po premierze? Może i mógłby, gdyby był zagorzałym miłośnikiem i miał pieniądze na sprowadzenie poza mechanizmami normalnej sprzedaży (co w sumie jest zaznaczone w tekście) ale dlaczego wybrał pierdzibączka dla ludu, w stylu późniejszego garbusa, a nie na przykład dużo lepszego i bardziej reprezentacyjnego audi czy mercedesa? 

Wracając do tekstu – tak jak pisałem, rzecz ma znaczenie znikome (zresztą jakby co, to wystarczy wykreslić słowo "olympia" i już) tak mnie tylko naszło na wynurzenia o ogólnym charakterze, zwłaszcza że niedawno o podobnej sprawie pisałem pod tekstem Wiktorii :-) 

Zatem nie przedłużając i reasumując: świetnie napisany i wciągający tekst, choć brak w nim powiewu świeżości i nietuzinkowych rozwiązań fabularnych. Pociąg toczy się po zbyt oczywistych, wybudowanych wiele lat temu torach i po bardzo uczęszczanej trasie. 

Ale podobało się! 

Pozdrawiam!

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

A, boś Ty taki domyślny, Thargonie! ;)

A z tym oplem to dłuższa historia. Rozumowałam tak jak Ty. Od razu myślałam, żeby akcję dać w połowie lat 30., szukałam więc odpowiedniego auta. Wyszedł mi jakoś ten opel, więc uznałam, że skoro debiut miał w 35, to akcja będzie w 36. I tak poszło na konkurs (znaczy, bez dokładnego określenia roku, ale w głowie miałam 36). Potem poszło do Silmarisa i redakcja zaczęła narzekać, że dopiero nad morzem można się tak naprawdę zorientować, że to międzywojnie. Chciałam na to machnąć ręką i napisać redakcji, że się czepia, ale wtedy Rooms wpadła na genialny pomysł, żeby jakoś wpleść konstytucję kwietniową. No to wplotłam, ale o oplu zdążyłam zapomnieć.

Więc widzisz – koncept był dobry i nawet przemyślany, tylko w ostatecznej redakcji wypuściłam jedną z nitek z ręki. :)

Dzięki za wnikliwy komentarz. Cieszę się, że w ogólnym rozrachunku się spodobało.

My się czepialiśmy?! ;-)

Babska logika rządzi!

No. Nawet Wam to parę razy napisałam przecież. ;)

Chyba nas z kimś mylisz. A że człowiek czasem coś tam napisze… Ech, te rozszalałe emocje Autora… ;-)

Babska logika rządzi!

Właśnie się zorientowałem, że w komentarzu wyspojlerowałem wszystko, co się dało. Zupełnie jakbym na pierwszej stronie kryminału napisał na czerwono nazwisko zabójcy. Mam tylko nadzieję, że takich kobylastych komentarzy nikt poza autorem nie czyta :-) 

Ale na wszelki wypadek już spieszę edytować z odpowiednim ostrzeżeniem :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

No widzisz, Thargone, niedawno fukałam na ANDO i None za spojlery w komentarzach, a na Ciebie nawet nie mruknęłam. Może dlatego, że pewnie kto miał przeczytać, ten już przeczytał, więc i moja wrażliwość na spojlery się stępiła. :)

Ładne. Dobre. Podobało mi się :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Aleś się rozpisała! ;) Dzięki, Drakaino!

Nowa Fantastyka