- Opowiadanie: Lupus90Gno - Sztuka wojny

Sztuka wojny

Młody, pełen ideałów rycerz wyrusza na swoją pierwszą wojenną kampanię i dołącza do słynnej kompanii swego wuja. Doświadczony rotmistrz preferuje skuteczny, lecz niehonorowy sposób walki. Rzeczywistość wojny okazuje się być dla młodzieńca szokująca. 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Sztuka wojny

Sztuka wojny

 

I. Podstęp

Mistrz Davor wielokrotnie poucza, że wygrana wojna kroczy drogą podstępu. Wroga trzeba atakować, kiedy jest nieprzygotowany. Należy pojawiać się tam, gdzie najmniej się spodziewa”.

Sztuka wojny według mistrza Davora z Drakonii komentarzem anonima opatrzona

 

Rotmistrz Davor nie marnował czasu. Gdy tylko jego podkomendni udali się na spoczynek, schował się w smolarskim szałasie i rozpoczął pracę twórczą. Zainspirowane bitewnymi doświadczeniami myśli oraz zapamiętane ze znanych traktatów sentencje lądowały na pergaminie. Ten luźny zbiór zdań miał, w zamyśle dowódcy, przekształcić się kiedyś w poważną rozprawę o wojnie. Zaostrzone gęsie pióro zwinnie tańczyło między beżowym zwojem a kałamarzem. Ciemne plamy inkaustu co jakiś czas spadały na grabowy pieniek, który służył dowódcy za pulpit.

Podniesione głosy zaalarmowały wojownika. Słuch nie zdołał jeszcze wyłowić poszczególnych słów, ale umysł już podpowiadał, iż coś się stało. Koncept Davora rozpłynął się niczym poranna mgła. Wiarus wstał i zaczął chować pisarskie przybory do kuferka. U wejścia do szałasu zjawił się strażnik obozowy.

– Panie rotmistrzu! Przybył szlachetny Pavao z Dreworii wraz z pocztem.

Dowódca oddziału opuścił tymczasowe schronienie. Jego wzrok powędrował ku centrum leśnej polany. Na środku zaimprowizowanego placu pojawił się oddział złożony z kilkunastu ludzi, dwóch tuzinów koni oraz czterech wozów. Tuniki zbrojnych i kropierze sześciu rumaków były zdominowane przez czerwień w najróżniejszych odcieniach.

Pavao zszedł z najroślejszego wierzchowca. Wodze ogromnego destriera przekazał giermkowi. Młody rycerz o kruczoczarnych, trefionych włosach śmiało zmierzał w stronę rotmistrza. Davor uśmiechnął się w myślach, widząc bogaty strój przybysza. Złote hafty skrzyły się na karmazynowej tunice, częściowo przykrywającej stalowe płyty i kolczugę.

– Szlachetny panie rotmistrzu! – Młodzieniec pochylił z szacunkiem głowę. – Ja, Pavao z Dreworii, ofiarowuję swoje usługi i przesyłam pozdrowienia od mego rodziciela a twojego brata, Slavki, pana na zamku w Dreworii.

Kąciki ust rotmistrza uniosły się lekko.

– Odszykowałeś się jak laleczka. Pomyślałby ktoś, że idziesz na wesele, nie na wojnę.

Przez oblicze rycerza przemknął grymas niezadowolenia, jednak jego język milczał.

– Ojciec i matka zdrowi?

– Dziękuję, zdrowi.

– Witaj w kompanii wilczyków. My tu raczej nosimy skóry niż żelazo. Zgłoś się do oboźnego, ochędoż się, a następnie przybądź do chaty na skraju polany. Tam wydam dalsze rozkazy.

Pavao ponownie skłonił głowę i ruszył w stronę swojego pocztu.

***

Późnym popołudniem oficerowie wilczyków zgromadzili się na naradzie w opuszczonej chałupie. Promienie piekącego, jeszcze o tej porze, słońca wpadały do pomieszczenia przez spore dziury w sfatygowanej strzesze. Snopy światła rozjaśniały leżącą na stole mapę.

Rotmistrz wysłuchał meldunków podkomendnych. Miał zabrać głos, lecz gdy zaskrzypiały drzwi, zmienił swój zamiar. Próg pomieszczenia przekroczyli dwaj mężczyźni. Jednym z przybyszów był Pavao, przebrany już w skórzaną zbroję i szarą tunikę z wyhaftowanym wilczym łbem. Drugi gość nosił zwykły wełniany kaftan ciury obozowego. Był od rycerza lepiej jak dwa razy starszy. Więcej włosów liczyła jego pokaźna siwa broda niż rzednąca czupryna. Wydatny brzuch i jowialna twarz przywodziły na myśl bogatego karczmarza.

– Kazałem ci przyjść samemu, Pavao – oznajmił sucho Davor.

– Wybacz, przeszlachetny rotmistrzu, lecz prowadzę ze sobą znakomitego człowieka, znawcę wszelakich nauk – Młodzieniec mówił szybko, ale donośnie. – Oto przed wami profesor Dionisio z Zielonego Archipelagu, wielki stronnik Drakonii, który pragnie wspomóc nas w wojennych trudach.

Przedstawiony mężczyzna ukłonił się zgromadzonym w pas. Oficerowie patrzyli na profesora ze zdziwieniem, lecz i z zainteresowaniem.

– Szanowni wojenni mistrzowie, cieszę się, że mogę służyć w tak znanej chorągwi wilczyków.

– Pragniesz robić za czeladnika? – dziwił się Davor. – Co cię do nas sprowadza, profesorze?

Tęgi mężczyzna odchrząknął i spojrzał niepewnie po twarzach zgromadzonych.

– No cóż, można by rzec, iż badam świat. Swoje obserwacje na temat przyrody i historii ujmuję w traktaty naukowe. Interesują mnie różne rzeczy, w tym również sztuka wojenna. Chciałbym zostawić przyszłym pokoleniom memuary z tej kampanii.

Oczy rotmistrza rozszerzyły się.

– Piszesz wspominki o wojnie? Interesujące. Myślę, że niedługo zaproszę cię na konsultację. Ja też pracuję nad czymś podobnym.

Profesor uśmiechnął się szeroko i zaraz klasnął w dłonie.

– Znakomicie! Cieszę się z zaproszenia tym bardziej, iż mam jeszcze jedną kwestię do omówienia. – Mężczyzna zmarszczył czoło, poważniejąc. – Chodzi mi o moje ostatnie odkrycie. Znaczy się o… słowo nasączone magią. Słowo, które może odmienić losy wojny…

– Wystarczy – ton rotmistrza uległ ochłodzeniu. – Gdy cię wezwę, porozmawiamy o tym. Teraz wróć do pocztu.

Profesor nie polemizował. Ukłonił się w pas, a następnie wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi. Davor przeniósł wzrok na młodego rycerza.

– Pavao, podejdź do mapy, omówimy plan na dzisiejszą noc.

Bratanek rotmistrza dołączył do kręgu oficerów. Dowódca wilczyków jeszcze raz przyjrzał się krótko każdemu z podkomendnych. Dopiero wtedy rozpoczął przemowę.

– Pułkownik Katarina dała nam jedno jasne, lecz ważkie zadanie. Mamy odciągnąć armię margrabiego Edvina od naszych północnych ziem. Sprowokować do podjęcia walnej bitwy i wciągnąć go w pułapkę.

Przez większość zebrania mówił głównie Davor. Pozostali oficerowie rzadko komentowali bądź dorzucali uwagi. Pavao tylko słuchał. Był podekscytowany. Pierwsza kampania wojenna w jego życiu właśnie się rozpoczęła.

***

Kilka godzin później, gdy słońce zniknęło za horyzontem, a niebo zakryło się ciemnogranatową kotarą, chorągiew wilczyków zbliżyła się do granicy lasu. Jeden z tropicieli wyjechał na łąkę. Dowódca cierpliwie czekał.

Nim upłynęły dwa kwadranse, zwiadowca wrócił. Wiatr się zmienił. Davor wydał komendę. Pavao wraz z dziesięcioosobową grupą jeźdźców ruszył przez trawy i byliny ku lewemu brzegowi Duvoki. Ciężkie chmury powoli napływały z północy. Nadchodziło przesilenie. Spieczona ziemia niedługo otrzyma upragnioną wodę. Rycerza jednak niepokoiła ta bliskość burzy. Jeżeli misja ma się powieść, to cała kompania musi przedostać się na drugi brzeg rzeki jeszcze przed deszczem.

Oddział nieznacznie przyspieszył. Pavao jechał jako przedostatni z grupy. W tych ciemnościach niewiele był w stanie zobaczyć, więc trzymał się blisko drużyny. Wilczycy kluczyli wśród zeschłych traw i chaszczy zupełnie swobodnie.

Dotarli do samotnej wierzby, która pochylała gałęzie nad korytem rzeki. Dowodząca grupą sierżant Irma obróciła wierzchowca w lewą stronę i stanęła w strzemionach, wpatrując się w światła dwóch granicznych czworobocznych wież, wzniesionych po przeciwnych brzegach Duvoki.

– Ruszamy – rzuciła po dłuższej chwili ciszy. – Jadę pierwsza.

Nie będąc pewnym stanu wody w rzece, Pavao przewiesił przez plecy swój cenny miecz i poprawił puginał. Gdy nadeszła pora, zmusił niechętnego wierzchowca do wejścia w nurt rzeki. Na szczęście woda nie sięgała wysoko. Kiedy ostatni wojak bez większego trudu pokonał przeszkodę, cały oddział ruszył w stronę strażnicy należącej już do Weisslandu.

Światła dwóch wież rosły z każdą chwilą. Wysokie na kilkanaście metrów obronne budowle były podobne do siebie jak siostry. Dzieliła je tylko trawa i woda. Most, bramy i komory celne zostały spalone na początku wojny. Pavao przyspieszył. Zrównał się z Irmą.

– A jeśli nie będzie drabiny? – wyszeptał rycerz.

Obróciła głowę w jego stronę, lecz nie zdołał nic odczytać z jej twarzy. Oblicze kobiety ukryła noc.

– Będzie. Nie martw się. W tej wieży siedzi strażnik, który mocno doświadczył pogardy zwierzchników… A poza tym jest łasy na złoto.

Znaleźli się kilkadziesiąt kroków od strażnicy. Irma zatrzymała wierzchowca i uniosła nagie przedramię w górę. Pochód stanął.

– Z koni – wydała komendę.

Przywiązali rumaki do młodych topól. Dwóch wilczyków zostało ze zwierzętami, reszta ruszyła pieszo ku samotnej budowli.

W małych okienkach wieży płonęły światła. Z pomieszczenia na drugim piętrze dochodziły wesołe odgłosy rozmowy. Napastnicy ostrożnie obeszli budowlę. Sznurowa drabinka zwisała z okna na trzecim piętrze.

Irma wyjęła nóż i wsadziła go sobie między zęby. Wojowniczka jako pierwsza zaczęła się wspinać. Czyniła to z niesamowitą zwinnością. Reszta wilczyków, wraz z Pavao, pięła się po murach zaraz za nią. Rycerz z Dreworii przecisnął się jeszcze przez wąskie okienko i wylądował na podłodze niewielkiego, oświetlonego oliwnymi lampkami pomieszczenia.

Młodzieniec zerknął w bok i ujrzał przygarbionego, korpulentnego mężczyznę. Weisslandczyk trzymał w lewej dłoni żółty polny kwiat, natomiast w prawej ściskał wypchany mieszek. Pavao nie widział go nigdy wcześniej, lecz od razu rozpoznał w nim zdrajcę. Gdy wszyscy wilczycy znaleźli się w pomieszczeniu, Irma za pomocą gestów wydała swym podkomendnym finalne instrukcje.

Schodzili po schodach we czterech, ustawieni parami. Kusznicy z przodu, ci z mieczami z tyłu. Drzwi pomieszczenia otworzyli kopniakiem. Weisslandczycy, którzy do tej pory pili i grali w karty, obrócili się gwałtownie w stronę wejścia. Dwóch nie zdążyło się nawet poderwać z krzeseł. Cięciwy kusz zaświergotały, bełty wbiły się w piersi zaskoczonych wojaków. Pozostali przy życiu strażnicy błyskawicznie sięgnęli po broń. Nie uczynili tego wystarczająco szybko. Moment zaskoczenia dał wilczykom kolosalną przewagę. Pavao wraz z towarzyszem uderzył z rozpędu. Jedno cięcie, obrót, jedno pchnięcie, odskok. Oszczędnie, szybko.

Zagrożenie zniknęło. Pulsująca w żyła adrenalina powoli malała. Świat znów przyspieszył. Rycerz zlustrował komnatę chłodnym okiem. Ostatni z czterech trupów osunął się bezwładnie na podłogę.

Usłyszeli krzyki dochodzące z położonych wyżej komnat. Pavao pobiegł wraz z kompanami po schodach w górę. Gdy drzwi do pomieszczenia na najwyższym piętrze stanęły otworem, młody rycerz ujrzał kamienną posadzkę splamioną szkarłatną posoką. Jeszcze więcej śmierci. Wystarczył rzut oka, aby stwierdzić, iż do walki tu w ogóle nie doszło. Wyrwani ze snu obrońcy nie zdążyli chwycić za broń. To była egzekucja.

Pavao oparł się plecami o ścianę. Zimny pot oblał całe jego ciało. Wypuszczony z dłoni miecz zabrzęczał na podłodze. Młodzian nie chciał na to patrzeć, ale nie potrafić oderwać wzroku. Zwycięstwo napełniło go żalem i rozczarowaniem.

– Gdzie tu honor? Gdzie chwała? – wypowiedział na głos swoje myśli.

Irma stanęła dwa kroki przed nim. Płonąca oliwna lampka rzuciła światło na czarną, umazaną węglem twarz wojowniczki. Kobieta uśmiechała się szyderczo.

– Witamy na wojnie, rycerzyku – powiedziała.

Pavao nie zdążył złożyć riposty. Jeden z wilczyków podbiegł do kobiety.

– Pani sierżant! Pochodnie z północy zbliżają się ku wieży! Tropiciele orłów nadchodzą.

Irma przyjęła tę informację ze spokojem, można by nawet powiedzieć, że z zadowoleniem.

– Zrzućcie ich flagę, wywieście naszą. Niech się o nas dowiedzą.

Ponownie skierowała spojrzenie na bratanka Davora.

– Zwiadowcy dostrzegą chorągiew i odjadą w pośpiechu na wschód, ku zamkowi. Ja, Drago i Szarak zostaniemy. Reszta oddziału opuści strażnicę. Pognacie ku samotnej wierzbie. Tam będzie na was czekał rotmistrz. Zrozumiano?

Chciał się zbuntować, lecz zamiast tego odruchowo przytaknął. Podniósł miecz. Pozostawał cały czas na służbie. Przysięga była dla niego najważniejsza.

***

Znajdowali się blisko samotnej wierzby, gdy zaczął padać deszcz. Mimo szumu wiatru już z daleka usłyszeli rżenie koni i plusk wody. Rotmistrz zdążył przeprowadzić większość kompanii przez Duvokę. Prawie dwie setki wilczyków przekroczyły rzekę, która stanowiła granicę między Drakonią, a Weisslandem.

– Kto idzie?! – pytał głośno chorąży.

– Wataha! – odkrzyknął hasło Pavao.

Szybko znaleźli rotmistrza. Zdali relację z wykonanej misji. Davor zaczął wydawać rozkazy zaraz po ostatnim słowie ich opowieści.

– Te trzy luzaki oddajcie pod opiekę czeladzi i stańcie w szeregu za chorążym. Jedziemy z wiatrem w stronę najbliższej dąbrowy, nie zbliżajcie się do jeziora i zamku. Dalej!

Kiedy wszyscy wilczycy znaleźli się po właściwym brzegu, cała kompania wyruszyła w stronę rosnącego gdzieś na południu lasu. Siekani deszczem i smagani wiatrem Drakończycy jechali prosto przed siebie, jakby po omacku. Tropiciele wilczyków jednak doskonale znali drogę. Ulewa spowolniła marsz najeźdźców, lecz dzięki oberwaniu chmury wojsko pozostawało w ukryciu.

II. Impet

U zręcznego wojownika impet musi być nieodparty, a wyczucie czasu precyzyjne. Impet, to napięcie w ramieniu kuszy. Wyczucie czasu, to zwolnienie cięciwy”.

Sztuka wojny według mistrza Davora z Drakonii komentarzem anonima opatrzona

 

Po deszczowej nocy nastał pogodny, słoneczny poranek. Rotmistrz Davor dał wilczykom dzień wytchnienia. Było ciepło, więc przemoczone ubrania miały szansę wyschnąć. Pavao przespał się kilka godzin, lecz gdy słońce stanęło w zenicie musiał już stawić się na naradzie wojennej, odbywającej się pod starym, rosochatym dębem.

– Podzielimy się na trzy równe grupy – mówił Davor. – Ja obejmę dowództwo nad pierwszą, Hozel nad drugą, Słowiczek nad trzecią. Jutro, godzinę przed świtem opuścimy las i zaatakujemy pobliskie wsie. Rzeki przejdziemy suchą stopą. Tych mostów nie spalili.

– Co uczynimy z chłopami? – spytał Pavao. W jego głosie dało się wyczuć zaniepokojenie.

– Połowa może uciec. Nie bierzcie kobiet siłą, nie ma na to czasu. Żywność rekwirujemy. Chaty palimy. Następnie wszystkie grupy kierują się chyżo na wschód, za Doriawę, ku zagajnikowi. Tam rozbijemy kolejny obóz.

– Znajdziemy się wówczas między wioskami, pół dnia drogi do miasta i do zamku – stwierdził jeden z oficerów.

Rotmistrz pokiwał głową. Uśmiech zawitał na jego twarzy.

– Tak. Prowokujemy, panowie, prowokujemy.

– A co z Irmą? – spytał Pavao – Zamkowy garnizon pewnie na nich uderzy.

– Muszą wytrzymać dwa dni – odpowiedział spokojnie Davor. – Pojutrze ta kraina zapomni o pani sierżant. Będzie widziała tylko nas.

Oficerowie oddalili się, aby przekazać rozkazy pozostałym wojakom. Wilczycy mieli jeszcze kilka dobrych godzin spokoju. Davor wyjął z juków zapisany wczoraj zwój. Rozwinął go i zaczął czytać. Kątem oka dostrzegł, iż ktoś mu się przygląda. Z głośnym westchnieniem schował lekturę do tobołka. Następnie zaś skinął na brodatego profesora, z którym ledwie wczoraj się zapoznał. Brzuchaty mężczyzna natychmiast podszedł do rotmistrza. Dwa razy ukłonił się w pas.

– Wielce szanowny rotmistrzu!

– Do rzeczy.

– Taaak, oczywiście! Mianowicie, ekhem… – Profesor był wyraźnie zbity z pantałyku. – Chciałem napomknąć o moim niedawnym odkryciu. Słowo nasączone magią… Czy w kompanii wilczyków są jacyś zaklinacze?

– Są. Jak w każdym wojsku.

– Mógłbym nauczyć ich potężnego słowa. Słowa mocy, dzięki któremu wrogowie będą przed nimi pierzchać niczym tchórzliwe zające.

– Chodzi o zaklęcie?

– Nie. W każdym razie nie do końca. To jest tylko jedno słowo. Samo jego wymówienie, ale wymówienie z wiarą, uwalnia ukrytą w świecie energię.

– Co to za słowo?

Profesor wyglądał na zdziwionego. Po chwili jednak otrząsnął się, zamknął oczy i z pełną powagi miną wyszeptał zapowiadane słowo.

– Patendia.

– Co takiego?

– Patendia – powtórzył nieco głośniej i otworzył oczy.

Davor przybliżył się do uczonego. Dionisio mimowolnie zadrżał i skurczył się pod zimnym spojrzeniem rotmistrza.

– Posłuchaj mnie, szanowny profesorze – mówił Davor – Nie wierzę w żadną magię ani zaklęcia. Trzymam w kompanii zaklinaczy, tylko dlatego, że wilczycy są ludem zabobonnym. Ale ja jestem pragmatyczny. Wroga wolę odganiać siłą i sprytem, nie żadną patendią.

Profesor opuścił głowę zafrasowany. Rotmistrz uspokoił się trochę. Postanowił nieco podnieść na duchu rozmówcę.

– Powiedz mi lepiej, profesorze, jakie są twoje spostrzeżenia na temat wojny. O tym możemy podyskutować.

Uczony, zupełnie jak dziecko, rozchmurzył się od razu, zapominając o niedawnej przykrości. Trzy bite kwadranse trwała ich dyskusja dotycząca filozofii oraz sztuki prowadzenia wojny.

***

Pavao trafił do grupy dowodzonej bezpośrednio przez Davora. Jego oddział przekroczył skraj lasu, jeszcze przed świtem, w godzinie wilka. Tym razem nie jechali w zupełnej ciemności, mieli zapalone pochodnie. Nie w ten sposób młody rycerz wyobrażał sobie wojnę. Znał reputację wilczyków, ale nie sądził, iż będzie musiał walczyć tak samo jak oni. Martwił się, co powie po powrocie pięknej Dobrochnie. Czy będzie jeszcze w stanie spojrzeć w jej jasne oczy?

Na polach stały już stogi siana – owoc suchego lata. Wilczycy jechali z początku gościńcem w ciasnym szyku, lecz gdy tylko dostrzegli pierwsze chałupy, natychmiast rozproszyli się po ścierniskach i łąkach, samorzutnie dzieląc na mniejsze grupki.

Pierwsze odezwały się zaniepokojone psy. Po chwili ich ujadanie zmieszało się z rżeniem koni. Następnie doszły okrzyki najeźdźców.

– Wataha! Wataha!

Wilczycy zapalali kolejne pochodnie i rzucali je na słomiane dachy domów. Stodoły i obory zostawiali w spokoju. Wilgotne strzechy nie paliły się dobrze, więc Drakończycy sięgnęli po bukłaki z oliwą. Podsycony płynem ogień rozprzestrzeniał się znacznie szybciej.

Z chat zaczęli wybiegać chłopi. Każdy z nich dzierżył broń. Najczęściej trzymali widły i siekiery, ale zdarzały się też proce i łuki. Czerwone łuny pożarów rozświetliły wieś. W stronę Drakończyków posypały się strzały i kamienie. Rzadko który pocisk dosięgnął celu. Niewiele większy efekt przyniósł atak wręcz. Jeden z wieśniaków przeszył brzuch konia widłami. Zwierzę zakwiczało dziko i upadło. Do właściciela wierzchowca doskoczyło dwóch chłopów i zarąbało go siekierami.

Na więcej wilczycy nie pozwolili. Szybko przeszli do kontrataku. Wykorzystując naturalną przewagę wysokości, jaką dawały im rumaki, przeszywali rohatynami obrońców wioski. Strzały posyłane z refleksyjnych łuków często wbijały się w ciała wieśniaków aż po lotki.

Walka skończyła się szybko. Jej miejsce zajęła paniczna ucieczka. Kobiety i dzieci wyskakiwały z chałup przez okna. Mężczyźni porzucili resztki odwagi wraz z bronią i pędem ruszyli w stronę rzeki. Wilczycy nie ścigali ich za bardzo, lecz nie mieli też litości dla tych, którzy stanęli im na drodze. Zabijali każdego, kto się przypałętał pod nogi. Nie czynili wyjątku dla niewiast, basałyków czy starców.

Dziewczyna z długim warkoczem uciekała wzdłuż płotu tylko w samej koszuli. Potknęła się o kamień i runęła jak długa na ziemię. Gramoliła się z błota, gdy ktoś pociągnął ją brutalnie za włosy. Ponownie upadła, tym razem na plecy. Żołnierskie kolano uderzyło w jej klatkę piersiową, pozbawiając na moment tchu. Silna ręka chwyciła niewiastę za szyję. Dziewczyna obiema rękoma szarpała przedramię wojaka. Nie dała rady się uwolnić. Dysproporcja sił okazała się zbyt wielka. Z oczu kobiety popłynęły łzy.

– No, zabawimy się teraz gamratko – oznajmił z lubieżnym uśmiechem napastnik.

Dziewczyna nie była w stanie dłużej się opierać. Brakowało jej powietrza. Już miała się poddać, gdy niespodzianie przyszła pomoc. Dyszący żądzą wilczyk otrzymał solidnego kopniaka w lewy bok. Natychmiast puścił swą niedoszłą ofiarę i przeturlał się o kilka łokci w prawo. Powstał szybko, lecz cały czas trzymał się za pulsujące bólem miejsce. Z dziką wściekłością spojrzał na Pavao, który stał obok kaszlącej dziewczyny.

– Zaatakowałeś mnie, zdradziecki psie! – ryknął poturbowany żołnierz.

– Boś dziewicę brał gwałtem, czarci synu – odpowiedział młody rycerz.

– Moje wojenne do tego prawo!

– Twoje prawo to srać pod brzozą, nie dziewki obracać! Rotmistrz zakazał, zapomniałeś?!

Niewiasta doszła już do siebie, zdołała nawet powstać z ziemi. W roztrzęsionych rękach mięła skraj ubrudzonej koszuli. Pavao obrócił głowę w jej stronę.

– Dziewczyno! Uciekaj czym prędzej do rzeki!

Krzyk młodzieńca przestraszył kobietę, ale równocześnie zmotywował ją do działania. Niewiasta szybko oddaliła się od wilczyków. Usatysfakcjonowany Pavao ponownie spojrzał na swojego przeciwnika. Uczynił to w ostatnim momencie. Wojak skoczył na rycerza z wyciągniętym nożem.

Pavao uchylił się od ciosu, jednocześnie łapiąc napastnika za rękę. Nie zdołał zachować równowagi, rozpędzony wilczyk obalił go na plecy. Ręka napastnika wystrzeliła ku szyi powalonego, lecz nie dotarła do celu. Dłoń wojaka zatrzymała się na dłoni rycerza. Pavao uderzył kolanami w nogi wroga. Przewrócili się razem na bok. Potem przeturlali się jeszcze raz i drugi. Nóż wypadł z dłoni starszego żołnierza. Wilczycy siłowali się ze sobą, zespoleni w zapaśniczym chwycie.

Nie wiadomo, kto by zwyciężył w tym pojedynku. Bolesne ciosy drzewców rohatyn przerwały walkę. Wojacy zostali rozdzieleni siłą przez współtowarzyszy. Następnie postawiono ich gwałtownie do pionu. Pavao dostrzegł przed sobą rotmistrza. Davor spojrzał wpierw na starszego wilczyka, następnie zaś na swojego bratanka. Twarz miał niewzruszoną, jakby wyrzeźbioną z marmuru. Jego głos był zadziwiająco spokojny.

– Nie czas teraz na sądy – zaczął dowódca. – Gdy wrócimy do obozu zostaniecie przesłuchani. Do tej pory Pavao trzyma straż przednią, a Ducca tylną. Gdy zobaczę, że znów rzucacie się sobie do gardeł, obwieszę was na najbliższym drzewie. Zrozumiano?

Przytaknęli równocześnie. Nawet na siebie nie spojrzeli. Cały oddział wrócił do rabowania domostw i stodół. Niektórzy żołnierze zaczęli wyprowadzać zwierzęta z obór. Z oddali doszedł ich dźwięk świątynnego dzwonu. Wilczycy palili kolejną wieś. Krwawy świt zawitał nad rubieżami Weisslandu.

III. Dyscyplina

Musisz jednoczyć oddziały ludzkim traktowaniem i wiązać je dyscypliną. Bądź konsekwentny w egzekwowaniu rozkazów i instrukcji, a ludzie będą wobec ciebie lojalni.”

Mistrz Davor wielokrotnie przypomina, aby tępić przesądne praktyki i rozmowy o złych znakach”.

Sztuka wojny według mistrza Davora z Drakonii komentarzem anonima opatrzona

 

Davor czekał na ruch przeciwnika dwa dni. W pochmurne przedpołudnie zwiadowcy wilczyków wrócili z informacjami o zbliżających się oddziałach nieprzyjaciela. Chorągiew w sile około stu koni nadjeżdżała od strony zamku, z północnego zachodu. Natomiast kompania licząca nie mniej jak cztery setki piechoty oraz stu jeźdźców wyruszyła z miasta Dreihoff i ciągnęła ku wilczykom wprost z północy. Dwie grupy Weisslandczyków oddzielała rzeka. Davor przypuszczał, iż oba oddziały będą chciały połączyć się lub zaatakować z dwóch stron naraz. Dowódca Drakończyków wiedział, iż nie wolno mu do tego dopuścić.

Pavao stanął na łagodnym stoku wzgórza, ramię w ramię ze spieszoną obozową czeladzią. Wojacy zajęli pozycje za zaimprowizowaną linią obrony złożoną ze ściętych drzew, a także ze skradzionych chłopskich wozów. Ich plecy osłaniał las. Młody rycerz mógł w końcu zaprezentować się w pełnej zbroi i karmazynowym surcocie. Na tle ubranych w wełniane kaftany ciurów wyglądał jak król. Nawet rotmistrz nie prezentował się tak okazale.

– Nie szukaj śmierci, Pavao – rzekł spokojnie Davor. – Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, nie zdążysz nawet unieść miecza. Gdy towarzystwo i pocztowi rozprawią się z zamkowym oddziałem, dołączą do was.

Młody rycerz nie patrzył na swego wuja. Jego głos był poważny i nieco smutny.

– Godnie jest zginąć, walcząc z hordami wrogów. Odzyskam honor.

Davor położył dłoń na opancerzonym ramieniu bratanka. Zbliżył usta do ucha młodzieńca. Mówił szeptem.

– Kiedy pułkownik Katarina przekroczy Doriawę, wówczas będziesz mógł opuścić wilczyków. Dołączysz do rycerskich hufców. Do tego czasu walcz i zwyciężaj. Nie czyń tego dla mnie, tylko dla swojego kraju. I dla tej, którą zostawiłeś w domu. Musisz do niej wrócić i spłodzić syna. Świat potrzebuje bohaterów.

Oczy rycerza rozszerzyły się ze zdziwienia. Zaskoczenie jednak szybko ustąpiło miejsca zadowoleniu. Uśmiech rozpromienił jego oblicze. Rotmistrz cofnął dłoń i odsunął się od bratanka. Mógł teraz ze spokojnym sumieniem udać się do chorążego. Pavao przez jakiś czas nie powinien sprawiać problemu.

Davor przekazał ostatnie rozkazy oficerowi, po czym dosiadł wierzchowca i czym prędzej pognał ku głównym siłom wilczyków. Towarzyszami i pocztowymi miał w zbliżającej się bitwie dowodzić osobiście.

Objechał zagajnik od północnej strony i dotarł do spalonej wsi. Gdy minął osmolone chaty, znalazł się nad rzeką, tuż przed mostem. Czekało na niego dziesięciu najbitniejszych, najbieglejszych w wojennym rzemiośle wilczyków. Jeźdźców bardzo ucieszył widok dowódcy. Wyciągali ręce w górę, wykrzykiwali kompanijne zawołanie. Elitarni wojownicy byli złaknieni walki. Nie tracili pewności siebie, nawet wówczas, gdy na horyzoncie zaczęły pojawiać się sylwetki wrogich jeźdźców. Prawie setka konnych.

– Będą starali się przebić przez most i ruszyć na północ, by wspomóc miejski kontyngent – oznajmił Davor – Są między nimi kusznicy. Ustawcie się szeroko.

Wilczycy zwiększyli odległości między sobą. Cała grupa wyciągnęła doskonałe refleksyjne łuki. Harcownicy Davora czekali. Zamkowy oddział zatrzymał się w sporej odległości od rzeki. Weisslandczycy nie kwapili się do ataku. Dowódca Drakończyków postanowił ich sprowokować. Wjechał na most i zatrzymał konia. Wydobył z sajdaka łuk, osadził strzałę na cięciwę, a broń skierował pod kątem, ku górze. Davor nie celował w żadną konkretną postać. Naciągnął łuk ile sił w ramionach. Wypuszczony pocisk poszybował bardzo daleko.

Rotmistrz nie dostrzegł, czy w kogoś trafił. Cel jednak osiągnął. Z gardeł Weisslandczyków wydobył się wojenny okrzyk. Jeźdźcy ruszyli w stronę mostu. Wpierw stępem, lecz po chwili już kłusem. Ich szyk przybrał formę klina. Davor wycofał się za most.

– Pięćset stóp!

Wilczycy wyjęli strzały z kołczanów i nałożyli je na cięciwy.

– Czterysta stóp!

Naciągnęli łuki i znaleźli konkretny cel. Mierzyli w wierzchowce wrogów. Jeźdźcy Weisslandu pochylili kopie. Większa część szykowała się do sforsowania rzeki, która nie była zbyt głęboka.

– Trzysta! Pal!

Kwik zranionych zwierząt wzniósł się ponad tętent kopyt. Dwóch jeźdźców wraz ze swoimi wierzchowcami runęło na ziemię. Jednocześnie w stronę Drakończyków poszybowały bełty. Żaden pocisk jednak ich nie zranił.

– Odwrót! – wydarł się Davor.

Zwinne konie wilczyków obróciły się w miejscu i od razu pognały galopem. Drakończycy popędzili na północny wschód. Rotmistrz zerknął przez ramię. Weisslandczycy wjeżdżali w rzekę, rozbryzgując jej spokojne do tej pory wody.

– Wataha! – krzyknął Davor.

Uciekający przeszli do kłusa i zboczyli w kierunku zagajnika. Weisslandczycy sforsowali rzekę, wyminęli spalone chaty. Gdy dostrzegli, iż nieprzyjaciel zwolnił, rzucili się za nim w pościg. Kopie wycelowali w plecy uciekinierów. Konni wojownicy krzyczeli z entuzjazmem.

– Adler! Adler!!!

Ścigających była setka, a uciekinierów jedenastu. Odległość między nimi szybko się zmniejszała. Pomimo tego Davor uśmiechnął się w myślach. Wiedział, że wygrał. W momencie, gdy przeciwnik przekroczył rzekę, był już tego pewien.

Z pobliskiego lasu wyskoczyli wyborowi jeźdźcy wilczyków. W pierwszej linii jechali towarzysze, a za nimi pocztowi. Wszyscy uzbrojeni w spisy bądź rohatyny. Nie były one tak groźne jak kopie Weislandczyków. Wilczycy nie posiadali też kolczug ani płytowych zbroi. Ich koni nie okrywały ladry. To wszystko jednak miało w tej chwili znaczenie drugorzędne. Najistotniejszym był fakt, iż wojownicy Davora atakowali z flanki i zjeżdżali ze zbocza.

Weisslandczycy próbowali obrócić szyk tak, aby przyjąć uderzenie od frontu. Na pełne wykonanie tego manewru zabrakło im czasu.

– Wataha!

Szarżujący wilczycy z impetem wbili się w jazdę Weisslandu. Wilk zatopił pazury w ciele ofiary.

***

Pavao zajął pozycję za powiązanymi kłodami. Zza zabudowań spalonej wsi zaczęły wyłaniać się zbrojne postacie. Mieszczanie z Dreihoffu formowali szyki. Centrum zajmowała piechota, na skrzydłach pojawiła się konnica. Chorąży wilczyków postanowił wcielić w życie ustalony wcześniej plan. Czeladź obozowa przyniosła zaostrzone, długie na siedem stóp drągi. Każdy z tych drzewców został ozdobiony proporcem. Ciury powbijali je w ziemię, głównie za wozami. Czeladnicy z pocztu Pavao również uwijali się przy tych robotach.

Wojacy wilczyków zajęli pozycje i czekali. Oddział z Dreihoffu również nie kwapił się do walki. Bratanek rotmistrza nie wiedział, czy zadziałał fortel z proporcami, czy po prostu mieszczanie czekają na przybycie zamkowych posiłków. Weisslandczycy co jakiś czas podnosili wrzawę. Do uszu Pavao dolatywały głównie zawołania „Adler”, „Gotfryd” oraz liczne przekleństwa w kilku językach. Drakończycy nie pozostawali im w tym względzie dłużni.

Dwukrotnie konnica Weisslandu ruszała w kierunku wilczyków i dwukrotnie cofała się. Piechota, głównie milicja miejska, posunęła się nieco naprzód, ale do frontalnego ataku nie przystąpiła. Mieszczanie podeszli już na odległość strzału. Solidne, duże pawęże dawały im poczucie bezpieczeństwa. Chorąży wilczyków widział ich potężne tarcze, więc nie zezwalał na salwę.

Sytuacja zmieniła się, gdy wody rzeki przyniosły ze sobą echo nieodległych walk. Wojacy z obu stron domyślili się, iż między oddziałem zamkowym, a częścią wojsk Davora doszło do konfrontacji. Prawe skrzydło Weisslandczyków, czyli lekkozbrojna jazda, odłączyło się od reszty wojsk i pogalopowało w stronę rzeki. Chorąży wilczyków dał sygnał. Lewa flanka Drakończyków ostrzelała wymijającą ich konnicę. Proste łuki w niewprawnych rękach ciurów nie były za bardzo skuteczne. Ledwie trzech jeźdźców zostało trafionych. Chorąży nie mógł puścić za nimi pościgu, nie dysponował żadną konnicą.

Do walki ruszyła milicja miejska. Jazda z prawego skrzydła Weisslandczyków postępowała na razie za piechotą. Pavao w lewą rękę chwycił tarczę, a w prawą miecz. Nadchodził jego czas. Rozejrzał się wokół siebie. Po twarzach obozowej czeladzi nie było znać odwagi ani pewności siebie.

– Synowie wilka! Dzieci królewskiego jednorożca! Bądźcie jak mur! Jak grad i wicher! Na pohybel orłom! – krzyczał Pavao.

Kilka głosów odpowiedziało na jego wezwanie.

Posypały się strzały i bełty. Po obu stronach padło parę osób. Milicja dotarła do prowizorycznej osłony wilczyków. Pierwsze szeregi złożone z pawężników rozstąpiły się. Do ataku ruszyli zbrojni dzierżący włócznie i glewie. Pavao mocno pracował mieczem i tarczą, chociaż walka z przeciwnikiem posiadającym dłuższą broń była bardzo trudna. Wśród ciurów ledwie co trzeci dysponował włócznią, reszta walczyła toporami bądź tasakami.

Wilczycy wytrzymali tyle, ile musieli. Nadal trwali w szyku, gdy z oddali zabrzmiał znajomy dźwięk rogów. Doborowa jazda Davora przybywała z odsieczą. Nowy duch wstąpił w obozową czeladź, natomiast do serc mieszczan zakradł się lęk. Stojąca do tej pory w odwodzie jazda Weisslandczyków ruszyła na spotkanie z nowym przeciwnikiem. Ich atak załamał się bardzo szybko. Uciekające z pola walki niedobitki prawego skrzydła mieszczan wpadły na współziomków i pomieszały ich szyki. W zdezorientowaną jazdę posypały się strzały. Konnica Weisslandu zamiast atakować, przystąpiła do odwrotu. Piechota, bojąc się okrążenia, również zaczęła się wycofywać.

Wilczycy szarpali uciekających mieszczan tylko do granicy spalonej wsi. Zdecydowane sygnały rotmistrza i chorążego wstrzymały pościg. Jedynie konni łucznicy posłali za przeciwnikami jeszcze kilka salw. Wojownicy z Drakonnii wiwatowali, lecz Davor nie pozwolił swoim żołnierzom na rozluźnienie. Za jego poleceniem wilczycy zwarli szeregi i wrócili na skraj lasu.

***

Dzień po bitwie Pavao postanowił porozmawiać na osobności ze swoim wujem. Młody rycerz odnalazł dowódcę poza granicą obozu, niedaleko leśnego strumienia. Davor siedział na podróżnym płaszczu i czynił zapiski na pergaminie. Za pulpit służył mu tym razem zrabowany chłopski zydel. Pavao podszedł blisko zwierzchnika, lecz ten zdawał się go nie dostrzegać.

– Panie rotmistrzu.

Davor odłożył pióro, powoli obrócił głowę i spojrzał srogo na bratanka.

– Słucham.

Młody rycerz odchrząknął.

– Po pierwsze, to chciałem pogratulować zwycięskiej bitwy. Przed rozpoczęciem starcia nie sądziłem, że wygramy.

Rotmistrz uśmiechnął się nieznacznie.

– Mój honorowy chłopcze, gdybym nie był pewny wygranej, to w ogóle nie przystępowałbym do bitwy.

Pavao pokiwał głową ze szczerym uznaniem.

– Walczysz sprytem, panie rotmistrzu. Zacne. Dlatego też przysięgam, iż dopóki pułkownik Katarina nie przekroczy rzeki, ja będę służył uczciwie w chorągwi wilczyków.

Davor spojrzał na niego przeciągle.

– Zgoda. Niech tak będzie. Prosiłbym cię jeszcze tylko o jedną rzecz. Miej oko na swojego czeladnika, tego profesora. Nie chcę, aby rozmawiał z naszymi zaklinaczami. Niech nie mąci im w głowach tymi dziwnymi teoriami.

Twarz Pavao stężała. Rycerz wyglądał na zafrasowanego. Davor dostrzegł to i drgnął. Jego źrenice zmniejszyły się.

– Co. Się. Stało? – Głos rotmistrza mógłbym skuć lodem całe jezioro.

Bratanek dowódcy przełknął ślinę.

– Dionisio daje teraz wykład kilkunastu osobom…

Davor skoczył na równe nogi i wyminął krewniaka, zanim ten zdołał wypowiedzieć choćby jedno słowo. Ruszył w stronę największego skupiska ludzi. Zgromadzeni na polanie wojacy utworzyli koło. Davor zwolnił kroku. Żaden z podkomendnych nie zwrócił na niego uwagi. Wszyscy byli zapatrzeni w coś, co się działo w środku okręgu.

– I to jest właśnie symbol, który zastępuje to słowo. Patendia, słowo przed którym uciekają wrogowie.

Rotmistrz przecisnął się między wojakami. Dopiero wtedy dostrzegł klęczącego profesora. Dionisio narysował kijem na ziemi dwie duże złączone litery „PD”.

– Tego słowa mogą używać nie tylko zaklinacze, lecz każdy z was. Wypowiedzenie go z wiarą wywo…

Dionisio podniósł głowę i zamilkł w pół zdania. Tuż przed symbolem „PD” znalazły się rotmistrzowskie buty. Profesor spojrzał na twarz dowódcy i zbladł. Davor potrafił panować nad gniewem. Jego oblicze pozostawało spokojne, lecz w oczach czaiła się furia.

– Proszę zademonstrować działanie tego słowa na mnie – powiedział dowódca.

– A, ale, ja… Nie mam woli zmuszać rotmistrza do ucieczki. Bez mojej woli to słowo nie zadziała… – tłumaczył się profesor.

– Masz do wyboru dwa wyjścia – oznajmił rotmistrz. – Albo posiądziesz wolę porażenia mnie „patendią”, albo nabędziesz ochoty na czyszczenie koni całej chorągwi. Wybieraj.

Profesor wstał i zrobił krok w tył. Założył ręce na brzuch, jednocześnie kręcąc młynka kciukami. Koło otaczające profesora i rotmistrza przerzedziło się znacznie. Część wojaków zniknęła nie wiadomo kiedy. Tuż przed uczonym stanął Pavao. Posłał swemu wujowi dumne spojrzenie.

– To mój czeladnik. Jeżeli chcesz go ukarać, to mnie także musisz.

Davor pokiwał głową. Jego spojrzenie nieco złagodniało.

– Dobrze. W takim razie zabierz czeladnika i razem ochędożcie wszystkie konie. Możesz wziąć też innych ochotników, ale do wieczora wszystko ma być zrobione jak należy. Chorąży sprawdzi.

Pavao przygryzł dolną wargę i zmrużył oczy. Nie wypowiedział jednak słowa sprzeciwu. Ukłonił się tylko dowódcy, po czym skinął na profesora. Razem odeszli w stronę namiotów swojego pocztu.

***

Dzień chylił się ku zachodowi. Pavao wraz z giermkami i czeladnikami kończył wyznaczoną przez rotmistrza robotę. Schodzili już na spoczynek, gdy nagle zastąpił im drogę jeden z chorągiewnych zaklinaczy, będący jednocześnie tropicielem oraz znakomitym wojownikiem. Rycerz zatrzymał się i uniósł pytająco brwi. Łowca pospieszył z odpowiedzią.

– Wierzę w teorię profesora.

Pavao westchnął ciężko i spojrzał zmęczonym wzrokiem na uczonego. Dionisio z ociąganiem wyszedł przed grupę. Wyglądał na jeszcze bardziej zmarnowanego niż zwierzchnik.

– Przykro mi, ale dopóki rotmistrz nie przekona się do mojej teorii, nie mogę was niczego nauczać. Nie zgadzam się z nim, ale to on tu rządzi.

To oświadczenie nie dało nikomu satysfakcji, lecz skończyło dyskusję definitywnie. Pavao wraz z pocztem poszedł dalej, zostawiając za plecami niezadowolonego zaklinacza.

IV. Wygrana bez walki

Sto zwycięstw w stu bitwach nie jest największym osiągnięciem. Największą sztuką jest pokonanie wroga bez podejmowania z nim bitwy”.

Sztuka wojny według mistrza Davora z Drakonii komentarzem anonima opatrzona

 

Najbliższe dni upłynęły rotmistrzowskiemu bratankowi na przepatrywaniu dróg oraz na stróżowaniu. Wilczycy często zmieniali kryjówki. Wędrowali po kniejach i zagajnikach. Od czasu ostatniej bitwy Weisslandczycy nie podjęli już żadnych wypadów na Drakończyków. Wojownicy Davora przejeżdżali przez opustoszałe sioła. Wszyscy wieśniacy zbiegli do miast bądź zamków.

Równo tydzień po bitwie przybył zwiadowca pułkownik Katariny. Rotmistrz zorganizował naradę oficerów. Pavao również w niej uczestniczył. Zebranie nie trwało długo. Posłaniec przekazał rozkazy. Rotmistrz przyjął je i wydał podkomendnym dyspozycje. Po spotkaniu prawie wszyscy rozeszli się do swoich obowiązków. Pozostali tylko Davor i Pavao.

– To jest twój czas, Pavao. Możesz zebrać poczet i dołączyć do Katariny.

Młody rycerz zastanawiał się dłuższą chwilę, nim udzielił odpowiedzi.

– Sądzę, że powinienem jeszcze zostać. Jestem tu potrzebny. Musimy osłaniać oddziały pani pułkownik, gdy będą przeprawiać się przez szeroką Darnę. Awangarda margrabiego Edvina lada dzień dotrze pod Dreihoff. Stanowimy forpocztę naszej armii. Nie mogę się teraz wycofać.

Rotmistrz pokiwał głową z uznaniem.

– Poznajesz sztukę prowadzenia wojny. Również dla ciebie piszę swój traktat. Masz znacznego rodziciela. Za kilka lat zostaniesz dowódcą.

Pavao pokręcił przecząco głową.

– Moje zadanie to walka z równymi sobie. Nie będę napadał na bezbronnych, przelewał krwi niewinnych.

Davor zmniejszył dystans między sobą, a bratankiem i chwycił go za lewy łokieć. Pavao spojrzał na wuja zdezorientowany. Twarz rotmistrza była poważna, lecz próżno by się na niej dopatrywać złości.

– Właśnie o to chodzi, aby tej krwi jak najmniej przelewać. My pełniliśmy rolę prowokatora i przynęty jednocześnie. Gdy przybędzie margrabia wraz z całą swoją siłą, otoczymy jego wojska i zmusimy do kapitulacji. Niepotrzebne nam są trupy! Ba, niepotrzebna nam jest nawet walka! My pragniemy tylko zwyciężyć.

– A jeśli się nie poddadzą?

– Wówczas będziemy gryźć i szarpać. Ale i to krótko. Wierz mi, nikt nie walczy do ostatniego człowieka. A teraz zbierz poczet i szykuj się do drogi. Zajmiemy wsie po prawej stronie Darny.

Pavao skłonił się i wyszedł z namiotu rotmistrza. Davor wykorzystał nadarzającą się sposobność i wyjął z kuferka zwój z własnoręcznymi zapiskami. Zebrał już dość materiału. Po zakończeniu konfliktu będzie mógł spokojnie usiąść i zacząć komponować traktat.

***

Dzień był ciemny, pochmurny i duszny. Zanosiło się na burzę. Wilczycy patrolowali okolicę po północno-wschodniej stronie Darny. Najdalej zapuściła się grupa sierżant Irmy. Lekka jazda zajechała aż do wsi Grond, leżącej półtorej mili na północ od miasta Dreihoff. Dymy nie unosiły się nad strzechami, psy nie ujadały, bydło nie muczało. Wieś opustoszała.

Podjechali wolno pod zabudowania od strony łąk. Nadal byli bardzo ostrożni. Irma jako pierwsza wjechała na drogę. Po chwili jednak niespodziewanie wstrzymała konia i uniosła rękę. Jej wzrok zatrzymał się na kilkudziesięciu polnych kamieniach, leżących na środku przebiegającej przez wieś drogi. Otoczaki układały się w pewien wzór. Kilku wilczyków zsiadło z koni, aby z bliska przyjrzeć się dziwnym znakom. Pani sierżant lustrowała je z wysokości wierzchowca. W końcu rozszyfrowała znaczenie tej układanki.

– „PD”. Duże „P” i duże „D”. Hm… ciekawe, co to może znaczyć.

Irma spojrzała na podkomendnych. Ku swojemu zdziwieniu zauważyła, iż nagle bardzo zbledli.

– Hej! Kompania, co jest?!

– Pani sierżant, to potężny znak – odpowiedział jeden z wilczyków. – Słowo nasycone magią. Patendia. Profesor o tym opowiadał.

Irma mimowolnie chwyciła zawieszony na szyi amulet

– E! Co za bzdury! Jedziemy dalej! – wykrzykiwała bez zawahania.

Mocny podmuch północnego wiatru uniósł pył z gościńca. Drzwi najbliżej stojącej chałupy otworzyły się z trzaskiem. Łucznicy natychmiast posłali kilka strzał w kierunku chaty. Salwa nie spotkała się z żadną reakcją. Dom dalej wyglądał na opustoszały.

– Patendia.

Irma rozejrzała się gwałtownie wokół siebie. Jej jabłkowita klacz zarżała i poruszyła się niespokojnie.

– Kto to powiedział?! – wykrzyknęła pani sierżant.

Odpowiedziała jej cisza.

– Wilczycy? Co z wami? Wiatru i kamieni się boicie? Baby jesteście, nie lud zbrojny! Przez sioło do końca tej drogi jedziemy! Dalej!

Ci, co zeszli z koni, z powrotem dosiedli wierzchowców. Wilczycy dojechali do połowy wsi, zanim Irma ponownie wstrzymała wierzchowca.

– Co to za trzaski?

Jak na komendę wszyscy obrócili głowy w stronę źródła hałasu. Okazało się, iż przyczyną ich niepokoju jest niska chałupa. A raczej jej zajmująca się ogniem strzecha.

– Są tu! – wrzasnęła Irma. – Galopem przed siebie!

Spięli konie ostrogami, zwierzęta ruszyły chyżo do przodu. Sierżant chciała jak najszybciej wyprowadzić grupę poza obszar zabudowań.

PATENDIA

Irma zadrżała na całym ciele jak w febrze. Ten głos nie dochodził z niczyich ust. Rozbrzmiewał w jej głowie.

Wyjechali poza wieś i wstrzymali konie. Pani sierżant spojrzała w stronę budynków. Dym z płonącej chałupy unosił się wprost do nieba.

– Objeżdżamy wieś i zawracamy do rotmistrza!

Pierwsze krople deszczu spadły na ziemię. Wilczycy wjechali na łąkę. Okrążali ulicówkę w bezpiecznej odległości.

– Pani sierżant! Te napisy na ścianach! – Krzyczał jeden z żołnierzy.

Irma spojrzała na chałupy. Nic nie dostrzegła. Deszcz padał coraz mocnej.

– Gorzałki pochlałeś żołnierzu! Nic tam nie ma!

PATENDIA

– Zamknąć pyski!

– Nikt nic nie mówił, pani sierżant.

Irma po raz pierwszy w życiu czuła jak ogarnia ją panika. Bała się już wiele razy. Zawsze jednak wiedziała z kim walczy. Teraz było inaczej. Deszcz lał jak z cebra, wiatr wył. Jadący na przodzie wilczyk wstrzymał konia i uniósł rękę. Nie musiał nic mówić. Irma również dostrzegła majaczące w oddali cienie, sylwetki konnych. Dobyła szabli.

– Do broni – rozkazała, po czym zaczęła bezgłośnie mówić modlitwę, którą w dzieciństwie nauczyła się od babci.

***

Deszcz przestał padać. Zza chmur wyjrzało gorące słońce, choć kolejne ciemne bałwany już gromadziły się na horyzoncie. Nadal panowała duchota. Zapowiadało się, iż w niedługim czasie znów może lunąć.

Davor oraz Pavao stali na szczycie pagórka. Obserwowali uważnie okolicę. Pozostali wilczycy trwali w gotowości u podnóża wzniesienia.

– Irma albo Słowiczek powinni już dać jakiś sygnał – stwierdził rotmistrz.

– Być może starli się z awangardą Edvina – wtrącił młody rycerz.

W głowie Davora kłębiły się dziesiątki pytań i teorii. W tym gąszczu wątpliwości, wzburzonym morzu myśli wypłynęło na wierzch jedno pytanie. Kwestia ta, choć pozornie błaha, coraz bardziej drażniła rotmistrza. Wiarus w końcu nie wytrzymał i dla świętego spokoju podzielił się swoimi myślami.

– Co teraz robi Dionisio?

Pavao podrapał się po czole.

– Profesor? Hm… Wczoraj źle się poczuł. Wyrzygał śniadanie, więc kazałem mu oddalić się od grupy i odpocząć. Nie chciałem, aby innych czymś pozarażał. Pewnie do teraz się kuruje. A może już jest przy taborach pani pułkownik. Ich armia zaczęła przecież przekraczać rzekę.

Wątpliwości Davora zostały rozwiane.

– Mądrze postąpiłeś, Pavao.

Obserwowali horyzont w milczeniu. Zza leszczyn w końcu wyłoniły się sylwetki konnych. Davor cierpliwie czekał na swoim miejscu. Kilkuosobowa grupa jeźdźców zbliżała się ku wilczykom. Dwóch zwiadowców wyruszyło im na spotkanie. Po chwili dało się słyszeć podwójne zawołanie „wataha”. Jedna z grup, która wyruszyła przed południem właśnie wróciła. Jeźdźcy od razu zostali skierowani do Davora. Jednym z nich był Słowiczek, dowódca pododdziału.

Wystarczył rzut oka, żeby zorientować się, iż coś się stało. Na poliku wojaka czerwieniła się świeża rana. Z kolei drugi z wilczyków miał urwany cały rękaw przeszywanicy. Jego przedramię zostało prowizorycznie opatrzone rozdartymi kawałkami materiału. Davor spojrzał na oblicze Słowiczka. Z twarzy wojaka przebijały strach i rozgoryczenie.

– Irma nie żyje – zaczął bez ogródek oficer.

Rotmistrz wybałuszył na niego oczy.

– Co się stało?!

Oddech Słowiczka był szybki i głośny jak u astmatyka.

– Padał deszcz. Krzyczeliśmy do nich zawołanie. Nie odkrzyknęli i rzucili się na nas. Sześć osób padło, nim pojęliśmy, że nawzajem się rzezamy.

Davor powstrzymał przekleństwo, które miał na końcu języka. Sytuacja robiła się trudna, musiał zapanować nad emocjami, swoimi i podkomendnych.

– Widzieliście wroga?

– Płonęła chata we wsi Grond, więc tam pojechaliśmy. Nie wiemy, kto ją podpalił.

Dowódca spojrzał oficerowi prosto w oczy

– Słowiczek, dasz radę walczyć?

W jego głosie nie znalazł zawahania.

– Oczywiście, rotmistrzu.

– Weź dziesięciu świeżych. Jedźcie pod Grond. Nie wjeżdżajcie do wsi. Zobaczycie coś, to od razu wracajcie. Nie podejmujcie walki.

– Tak jest!

Davor przejechał konno wzdłuż całej kompani. Pokrzepił wilczyków słowem i wydał rozkazy. Pavao został na szczycie wzgórza. Młodymi oczami wpatrywał się w horyzont. Wiatr czesał korony drzew, ciągnął za sobą kolejne kłębowiska ciemnych chmur. Burza jeszcze nie minęła.

Do kompani wróciły ciała zabitych wilczyków. W obozie zapanowała posępna cisza. Wojacy smętnymi spojrzeniami żegnali się z wieloletnimi towarzyszami broni. Nie starczyło czasu na ceremonię. Pogrzebać będą ich mogli dopiero po nadchodzącej bitwie.

Pavao patrzył na to wszystko z daleka. Spośród zmarłych znał tylko Irmę. Westchnął głęboko i zmówił krótką modlitwę o spokój jej duszy. Kiedy skończył, znów zajął się obserwacją okolicy. Po pewnym czasie ponownie dołączył do niego Davor. Twarz dowódcy stężała, jego czoło zrosił pot.

– Jak do tego doszło? – spytał Pavao.

– Gadali, iż Irma doznała pomieszania zmysłów – odpowiedział rotmistrz. – Przeprowadzę śledztwo na spokojnie, kiedy Katarina przeprawi się przez rzekę.

Znów zaczęło padać. Błysnęło się, ziemią wstrząsnął grzmot. Davor oraz Pavao dla bezpieczeństwa zjechali ze wzgórza. Wilczycy poukrywali się między drzewami.

***

Nie minął kwadrans, gdy usłyszeli krzyki i tętent kopyt. Momentalnie cała kompania stanęła gotowa do walki. Wilczyków uspokoiły jednak wyraźne zawołania.

– Wataha! Wataha!

Grupa Słowiczka zatrzymała się tuż przed kordonem współziomków.

– Co jest?! Rwaliście przed siebie jakby was czarty goniły – stwierdził dowódca.

– Rotmistrzu! Ścigają nas! – relacjonował Słowiczek – To są magowie! Takie zaklęcia rzucają, że nam konie w miejscu stają i zawracają!

Davor zacisnął dłoń na rękojeści miecza.

– Duby smalone bredzisz! Jacy magowie?! Konie zawraca wasz strach, nie zaklęcia! Gdzie oni są?!

– Wyjechali z lasu! – krzyknął Pavao.

Mimo padającego deszczu dostrzegli sylwetki jeźdźców. Było ich co najmniej pięćdziesięciu. Zbliżali się do Drakończyków powoli, w luźnym szyku. Davor wydał komendę. Wszyscy wilczycy ustawili się w dwóch zwartych szeregach. W pierwszym rzucie stanęli wojacy z rohatynami, natomiast druga linia wyciągnęła miecze i szable. Rotmistrz stanął w drugim rzędzie, ale zaraz przy brzegu. Obok niego był Pavao, natomiast po drugiej stronie ławy znalazł się chorąży. Deszcz nie ustępował ani na moment.

Wilczycy zajęli dogodną pozycję u podnóża wzgórza. Ich boki przed szarżą przeciwnika chroniły zarośla. Także liczebnie Weisslandczycy ustępowali pola Drakończykom. Mimo to ewidentnie dążyli do zwarcia.

– Gdy przestanie padać drugi szereg wyjmuje łuki i strzela! – krzyczał rotmistrz.

– Oni blefują, chcą nas wciągnąć w pułapkę – powiedział Pavao.

Davor przyjrzał się przeciwnikowi. Byli to lekkozbrojni dzierżący spisy, tasaki lub maczugi. Nic wyjątkowego. Ot, zwykli harcownicy.

– To musi być pułapka – przyznał Davor – Nie pokonają nas w bezpośrednim starciu.

Weisslandczycy znaleźli się kilkadziesiąt kroków przed wilczykami. I wtedy zaczęli śpiewać. Następnie zaś skandować.

– Co oni wrzeszczą? – spytał dowódca.

Pavao przysłuchał się uważniej.

– Pade… Nie, zaraz, oni krzyczą „Patendia”!

Davor pokręcił głową z niedowierzaniem.

– Znowu ta „Patendia”? Co się wszyscy na to…

Nagłe olśnienie spadło na niego jak grom z jasnego nieba. Przed oczami rotmistrza stanął obraz jowialnej, okrągłej twarzy Dionisia. Twarzy budzącej sympatię i zaufanie. Jego umysł podsunął mu wszystkie związane z profesorem obrazy, które teraz układały się w sensowną całość. Davor pokiwał głową ze zrozumieniem.

– Ty sukinkocie – powiedział rotmistrz do swoich myśli.

– Wataha! – krzyknął ile sił w płucach chorąży wilczyków.

– Wataha! – odpowiedziały mu liczne okrzyki kompanów.

Darli się Weisslandczycy, darli się Drakończycy. Tak, jak przed bitwą tydzień temu. Z tą różnicą, że jedna ze stron zamiast „Adler” krzyczała „Patendia”.

Ta sytuacja nie trwała w nieskończoność. Weisslandczycy przy akompaniamencie padającego deszczu ruszyli w końcu na przeciwnika. Przystąpili do całkowicie bezsensownego manewru, atakując lepiej uszykowanego, trzykrotnie liczniejszego wroga.

Davor i Pavao chwycili miecze i spięli konie ostrogami. Zderzyli się z przeciwnikami, wpadli w wir walki. Rąbali z rozmachem, cięli oraz parowali ciosy. Deszcz zaczął słabnąć. Davor powalił już drugiego wroga. Wziął głębszy oddech, obrócił koniem i rozejrzał się wokół siebie. Zamarł. Patrzył, ale nie dowierzał własnym oczom. Jego wzrok podsuwał mu nierealny obraz. Ujrzał wizję, w której cała jego kompania uciekła już na początku bitwy. Uciekła przed słabszym wrogiem. Pozostał przy nim jedynie Pavao…

Rotmistrz zaklął siarczyście, po czym zwrócił się do bratanka.

– Pavao! Odwrót! Okrążają nas! Uciekaj!

Młody rycerz nie wypełnił rozkazu. Potężne uderzenie maczugi wysadziło go z siodła. Pavao z impetem gruchnął na ziemię. Stracił przytomność. Rotmistrz odwrócił głowę i pokierował konia w stronę wzgórza. Zostawił swojego bratanka, najwierniejszego wojownika. Przeklinał się za to, ale nie mógł inaczej postąpić. Wiedział, że jako dowódca musi przeżyć. Musi jak najszybciej ostrzec pułkownik Katarinę. Musi zatrzymać uciekających wilczyków. Musi…

Atakujący z flanki przeciwnik przerwał potok myśli rotmistrza. Drakończyk nie zdążył zareagować w porę. Włócznia przeciwnika wbiła się w bok ukochanego wierzchowca Davora. Zwierzę zawyło dziko, straciło równowagę i runęło na ziemię, tym samym pociągając ze sobą swego jeźdźca. Wilczyk przeturlał się kilka razy po trawie, lecz szybko wstał i puścił się pędem w stronę lasu. Biegł ile tchu w płucach. Gdyby zdążył dotrzeć do pierwszych drzew, zyskałby dobrą osłonę przed konnymi. Zagajnik był już na wyciągnięcie ręki. Jednak tego dnia nie miał szczęścia. Nie wiedział nawet czym dostał, nie był pewny gdzie. Ból eksplodował tak samo gwałtownie jak jasność przed jego oczami. A zaraz potem nastała ciemność.

V. Poznanie wroga

Mistrz Davor wielokrotnie poucza jak walczyć. Jednak równie ważną rzeczą jest, aby wiedzieć z kim walczyć. Trzeba poznać, kto jest twoim największym wrogiem.”

Sztuka wojny według mistrza Davora z Drakonii komentarzem anonima opatrzona

 

Rotmistrz powoli odzyskiwał świadomość. Resztki sennych widziadeł schodziły z jego oczu. Ich miejsce zastąpiła jasna powała, rozświetlana zapewne płomieniami świec, a także trzaskającym w kominku ogniem. Pachniało żywicą. Wraz ze świadomością wrócił ból, pulsujący w całym ciele. Delikatnie poruszył członkami. Na szczęście nie stracił żadnej kończyny. Obrócił głowę na bok i syknął.

– Kapitanie, więzień się obudził. Związać go?

– Nie trzeba. Pomóżcie mu się oprzeć i napójcie go. Chcę z nim porozmawiać.

Głos kapitana wydawał się Davorowi znajomy. Dwaj mężczyźni w pikowanych kaftanach podeszli do Drakończyka i bez ceregieli zmusili go do zajęcia pozycji półsiedzącej. Następnie przyłożyli mu bukłak do ust i przechylili. Davor pił chętnie, kilka kropel pociekło po brodzie. Gdy wojacy zabrali pojemnik, rotmistrz rozkaszlał się. W klatce piersiowej rwało go niezmiernie.

Davor otarł łzy roztrzęsionymi rękami, a następnie opadł na poduszki. Dopiero wtedy spojrzał na kapitana. Znał go dobrze. I równocześnie nie znał go wcale. Przynajmniej nie takiego. Dionisio, którego pamiętał, cały czas nosił poplamiony watowany kaftan obozowego ciury. Natomiast siedzący przed nim mężczyzna był odziany w elegancką, czarną szatę z wyhaftowanym złotym orłem na piersiach. Złote guzy brygantyny zdobiły wierzch jego stroju. Łokcie położył na stole, splecionymi dłońmi podpierał sobie podbródek. Obserwował rotmistrza zmrużonymi oczami. Na twarzy Dionisia zagościł ironiczny uśmiech. Nie zostało w nim nic ze starego, dobrodusznego profesora.

– Jeżeli cię to interesuje, to Pavao żyje i leży w izbie obok – powiedział sucho kapitan.

Davor odchrząknął głośno.

Roz… – zaczął ochrypłym głosem – Rozchlastam cię… od ryja aż po rzyć.

Dionisio parsknął śmiechem.

– Teraz? Nawet nie uniósłbyś miecza.

Milczeli przez chwilę.

– Od dawna służysz Gotfrydowi? – podjął Davor.

– Od kiedy osiągnąłem męski wiek – odpowiedział nie bez dumy Dionisio – Urodziłem się w Weisslandzie. Od zawsze służyłem mojej ojczyźnie, najczęściej jako szpieg. Wiadomo, również odpowiadam za, szeroko rozumianą, propagandę.

Davor był zbyt słaby, aby okazywać jakiekolwiek emocje. Spoglądał na profesora spod półprzymkniętych powiek.

– Długo mnie obserwowałeś?

– Ponad rok – pospieszył z odpowiedzią Dionisio. – Zebrałem wiele informacji o tobie, twojej kompani, twoim bratanku… Zdobyłem zaufanie Pavao, wymyśliłem plan…

– Nie ma słów nasyconych magią, prawda? – przerwał mu rotmistrz.

Weisslandczyk wyprostował się na krześle i założył ręce na brzuchu.

– A skąd ja mam to wiedzieć? Czy ja jestem czarodziejem? No, ale za dużo o mnie, chciałbym powiedzieć coś, co się tyczy ciebie.

Dionisio rzucił porozumiewawcze spojrzenie jednemu z żołnierzy. Ten zaraz poderwał się z zydla, otworzył skrzynię, wyciągnął z niej skórzaną torbę i podał ją kapitanowi. Szpieg wydobył z niej kilka zrulowanych arkuszy pergaminu. Davor od razu domyślił się, co to jest. Zadrżał z przejęcia. Dionisio dostrzegł to i uśmiechnął się.

– Nie martw się. Twoja praca nie pójdzie na marne. Doceniam wagę tych zapisków. Stworzę z nich znakomity wojskowy traktat.

– To moje dzieło! – podniósł głos rotmistrz i od razu skrzywił się z bólu – Nie masz prawa…

– Spokojnie, rotmistrzu, spokojnie. Pozostaniesz na zawsze autorem traktatu. Ja jedynie ukryję się za anonimowym komentatorem. Chociaż, ty też częściej parafrazujesz, niż wymyślasz. Niektóre sentencje przeniosłeś wprost ze starożytnego manuskryptu.

– Król Luka mnie wykupi. Sam dokończę traktat. Odnajdę ciebie, zapłacisz mi za wszystko…

Dionisio schował zwoje do torby, ujął ją pod pachę i wstał. Obdarzył Drakończyka uśmiechem prawie przyjaznym i prawie szczerym.

– Zróbmy tak, jeżeli w przeciągu roku nie będziesz w stanie napisać traktatu, wówczas uczynię to za ciebie.

Zmęczony rozmową rotmistrz powoli zamknął oczy.

– Jeszcze się kiedyś spotkamy…

Kapitan pokiwał głową.

– Wielu tak mówiło.

Po tych słowach Dionisio wyszedł z pomieszczenia. Davor natomiast zasnął.

Koniec

Komentarze

Opowiadanie zupełnie nie przypadło mi do gustu.

Nie znam się na sztuce prowadzenia wojen, obce są mi wszelkie zagadnienia z nią związane, więc opisy bitew, potyczek i innych działań nużyły mnie. Przez opowiadanie raczej brnęłam, bo niełatwo się czyta treści, które nie potrafią zainteresować.

Moralne dylematy rycerza Pavao zdają się sugerować, że pomylił on wojnę z turniejem rycerskim.

Zastanawiam się też, kiedy dzieje się opisana historia. Miecze, zbroje, łuki i kusze sugerują, że dość dawno, dlatego bardzo przeszkadzały mi niektóre słowa i terminy używane w opowiadaniu.

Obecność magów w szeregach wojska i jedno tajemnicze słowo to, moim zdaniem, jeszcze nie fantastyka.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

Mistrz Davor wielokrotnie poucza, że wygrana wojna kroczy drogą podstępu. Wroga trzeba atakować, kiedy jest nieprzygotowany. Należy pojawiać się tam, gdzie najmniej się spodziewa.” ―> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu. Ten błąd pojawia się we wszystkich cytatach mistrza Davora z Drakonii.

 

jed­nak jego język mil­czał. ―> Nie wydaje mi się, aby język mógł milczeć.

 

– Wy­bacz, prze­szla­chet­ny rot­mi­strzu, lecz pro­wa­dzę ze sobą zna­ko­mi­te­go czło­wie­ka, znaw­cę wsze­la­kich nauk – mło­dzie­niec mówił szyb­ko, ale do­no­śnie. ―> – Wy­bacz, prze­szla­chet­ny rot­mi­strzu, lecz pro­wa­dzę ze sobą zna­ko­mi­te­go czło­wie­ka, znaw­cę wsze­la­kich nauk.Mło­dzie­niec mówił szyb­ko, ale do­no­śnie.

 

– No cóż, można by rzec, iż badam świat. Swoje ob­ser­wa­cje na temat przy­ro­dy, hi­sto­rii i et­no­lo­gii uj­mu­ję w trak­ta­ty na­uko­we. ―> Obawiam się, że pro­fe­sor Dio­ni­sio nie miał prawa wiedzieć, czym jest etnologia.

 

Do­tar­li do sa­mot­nej wierz­by, która po­chy­la­ła swe ga­łę­zie nad ko­ry­tem rzeki. ―> Zbędny zaimek. Czy wierzba mogła pochylać inne gałęzie?

 

Na szczę­ście woda nie się­ga­ła wy­so­ko. Kiedy ostat­ni wojak bez więk­sze­go trudu po­ko­nał wodną prze­szko­dę… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

Pul­su­ją­ca w żyła ad­re­na­li­na po­wo­li ma­la­ła. ―> Skąd w tym świecie wiedziano o adrenalinie?

 

z wia­trem w stro­nę naj­bliż­szej dą­bro­wy, nie zbli­żaj­cie się… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

Same jego wy­mó­wie­nie… ―> Samo jego wy­mó­wie­nie

 

Ale ja je­stem prag­ma­tycz­ny. ―> Czy to na pewno najwłaściwsze słowo?

 

Na po­lach stały już po­wią­za­ne snopy siana – owoc su­che­go lata. ―> Siana nie wiąże się w snopy. Siano układa się w kopki, stogi. W snopy wiąże się zboże.

 

Z chat za­czę­li wy­bie­gać ple­be­ju­sze. ―> Chyba: Z chat za­czę­li wy­bie­gać chłopi.

 

Młoda dziew­czy­na z dłu­gim war­ko­czem… ―> Masło maślane – dziewczyna jest młoda z definicji.

 

Dłoń wo­ja­ka za­trzy­mał się na dłoni ry­ce­rza. ―> Czy to celowe powtórzenie? Literówka.

 

Na­to­miast kom­pa­nia li­czą­ca nie­mniej jak czte­ry setki pie­cho­ty… ―> Na­to­miast kom­pa­nia li­czą­ca nie ­mniej jak czte­ry setki pie­cho­ty

 

Na tle ubra­nych weł­nia­ne ka­fta­ny ciu­rów… ―> Chyba miało być: Na tle ubra­nych w weł­nia­ne ka­fta­ny ciu­rów

 

– Je­że­li wszyst­ko pój­dzie zgod­nie z pal­nem… ―> Literówka.

 

Zbli­żył swoje usta do ucha mło­dzień­ca. ―> Zbędny zaimek.

 

Eli­tar­ni wo­jow­ni­cy byli złak­nie­ni walki. ―> Z całym szacunkiem, ale to zdanie brzmi tak, jakbyś pisał o oddziale współczesnych komandosów.

 

Zgro­ma­dze­ni na le­śnej po­la­nie wo­ja­cy utwo­rzy­li koło. ―> Masło maślane – czy może być inna polana, nie leśna?

 

jed­no­cze­śnie krę­cąc mły­nek kciu­ka­mi. ―> …jed­no­cze­śnie krę­cąc mły­nka kciu­ka­mi.

 

Tuż przed uczo­nym sta­nął Pavao. Po­słał swemu wu­jo­wi dumne spoj­rze­nie.

– To mój cze­lad­nik. Je­że­li chcesz go uka­rać, to mnie także mu­sisz. ―> Czy dobrze zrozumiałam, że profesor był czeladnikiem Pavao? Na czym to czeladnikowanie polegało?

Za SJP PWN: czeladnik «wykwalifikowany rzemieślnik pracujący pod kierunkiem majstra»

 

Davor zmniej­szył dy­stans mię­dzy nim, a bra­tan­kiem… ―> Davor zmniej­szył dy­stans mię­dzy sobą a bra­tan­kiem

 

Nie po­trzeb­ne nam są trupy, ba! Nie po­trzeb­na nam jest nawet walka! ―> Niepo­trzeb­ne nam są trupy! Ba, niepo­trzeb­na nam jest nawet walka!

 

do wsi Grond, le­żą­cej pół­to­ra mili na pół­noc… ―> Mila jest rodzaju żeńskiego, więc …do wsi Grond, le­żą­cej pół­to­rej mili na pół­noc

 

wstrzy­ma­ła konia i unio­sła rękę w górę. ―> Masło maślane – czy można unieść rękę w dół?

Wystarczy: …wstrzy­ma­ła konia i unio­sła rękę.

 

le­żą­cych na środ­ku je­dy­nej ulicy we wsi. ―> Skąd ulica we wsi?

 

Irma mi­mo­wol­nie chwy­ci­ła za za­wie­szo­ny na szyi amu­let ―> Brak kropki na końcu zdania.

Winno być: Irma mi­mo­wol­nie chwy­ci­ła za­wie­szo­ny na szyi amu­let.

http://portalwiedzy.onet.pl/140056,,,,brac_sie_wziac_sie_do_czegos_brac_sie_wziac_sie_za_cos,haslo.html

 

Okrą­ża­li uli­ców­kę w bez­piecz­nej od­le­gło­ści. ―> Czy w czasach, kiedy dzieje się ta opowieść, na pewno istniały wsie ulicówki?

 

Ja­dą­cy na przo­dzie wil­czyk wstrzy­mał konia i uniósł rękę w górę. ―> Masło maślane.

 

za­czę­ła bez­gło­śnie mówić mo­dli­twę, którą w dzie­ciń­stwie nauczyła się… ―> …za­czę­ła bez­gło­śnie mówić mo­dli­twę, której w dzie­ciń­stwie nauczyła się

 

Do kom­pa­ni wró­ci­ły ciała za­bi­tych wil­czy­ków. ―> Same wróciły???

 

Davor i Pavao chwy­ci­li za mie­cze… ―> Davor i Pavao chwy­ci­li mie­cze

 

Davor pił chęt­nie, kilka kro­pel po­cie­kło po jego bro­dzie. ―> Zbędny zaimek. Czy, skoro pił Davor, krople mogły ciec po cudzej brodzie?

 

Złote guzy bry­gan­ty­ny zdo­bi­ły wierzch jego stro­ju. ―> Czy dobrze rozumiem, że wierzch stroju kapitana zdobiły guzy zdjęte z brygantyny?

 

Wia­do­mo, rów­nież od­po­wia­dam za, sze­ro­ko ro­zu­mia­ną, pro­pa­gan­dę. ―> Propaganda też nie pasuje mi do tej opowieści.

 

Cho­ciaż, ty też czę­ściej pa­ra­fra­zu­jesz, niż wy­my­ślasz. ―> Parafrazowanie też nie brzmi najlepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Teraz rozumiem, ale w tekście nie było zbyt czytelne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Batalistyka jest możebna, tylko kobieta-sierżant jest nie na miejscu – taka danina dzisiejszej modzie. Kobiety żołnierze pojawiają się, kiedy na wojnie brakuje chłopa, albo mężczyźni są do bani. Wyjątki są ale w specyficznych kulturach koczowniczych. We współczesnej literaturze fantasy to prawdziwa zmora.

In maiorem Dei gloria!

Po przeczytaniu odnoszę wrażenie, że ten tekst stanowi fragment większej całości.

Dość sprawnie prowadzisz opowieść, budujesz poprawne zdania, konsekwentnie opisujesz bohaterów. Początkowo ta historia zainteresowała mnie, ale później trochę rozczarowała. Kolejne sceny bitew wydają się podobne, akcja zaczyna za bardzo pędzić do przodu. Czasem mniej znaczy więcej. Może lepiej opisać dokładnie jedną lub dwie potyczki, ale dodać więcej opisów okolicy i emocji.

Postać rotmistrza jest dość ciekawa, ale główny bohater został ukazany jednowymiarowo, zabrakło jakiegoś rysu sprawiającego, że mogłabym go polubić. Irmę opisujesz jeszcze oszczędniej.

Przed napisaniem opowiadania zastanawiałem się, czy umieszczać kobiety w roli żołnierzy/wojowniczek. Zgodnie z realiami epoki powinienem tego nie robić, ale faktycznie chyba uległem współczesnej tendencji. 

 

Nowa Fantastyka