- Opowiadanie: Dreadmoore - Procent we krwi

Procent we krwi

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Procent we krwi

– Spaceru ci się zachciało, tylko ty mogłeś wybrać tę drogę – rzucił wyraźnie rozgniewany Wiktor.

– Dopiero co zabalowałeś, już marudzisz. Pić tak, wracać nie, leniwy zasraniec – podsumował Marek.

– Gdybym wiedział, wypiłbym zdecydowanie więcej.

– Ja wiem, potem ja musiałbym płacić za czyszczenie taksówki, a na koniec słuchać twoich obelg. Wiktor, masz problem.

– Spręż się po prostu panie idealny! – Wiktor uciął rozmowę. Nocne spacery mogą być przyjemne, jednak nie dla Wiktora. Nie w środku listopada, nie w takich ciemnościach a przede wszystkim nie po takiej ilości taniej wódki.

– Muszę się odlać – rzucił odchodząc na bok Marek.

– Mam ci jeszcze potrzymać królewiczu?

 Wiktor postanowił spocząć na pobliskiej ławce. Może i była zimna oraz wilgotna, jednak stanie prosto wymagało od Wiktora tak dużego skupienia, że oszczędzanie sił na dalszą drogę wydało mu się logicznym posunięciem. Nagle z krzaków wybiegł Marek. Był zdyszany jakby właśnie ukończył kolejny z tych półmaratonów, których teraz pełno. Wybiegł w takim pośpiechu, że nawet nie zapiął spodni.

– C-c-c-co-coś tam je-je-jest! – krzyknął wyraźnie przerażony Marek.

– Ta, tutaj też. Twój ptak na wierzchu. Zapnij te spodnie pajacu! – krzyknął Wiktor z wręcz namacalnym rozdrażnieniem spowodowanym zachowaniem kolegi.

– Poważnie mówię, spokojnie sobie lałem a tu nagle coś przeleciało mi przed twarzą i zniknęło za krzakami – tłumaczył zapinając spodnie.

– Nachlałeś się, spacerów ci się zachciało a teraz panikujesz bo zwidy masz. Nie umiesz, nie pij.

– Gówno nie pij, wiem co widziałem. O mało spodni sobie nie obszczałem.

– Dobra, uspokój się i chodź dalej. Chcę już iść spać. – Wiktor pogonił spanikowanego towarzysza podróży.

W ciągu kilku następnych minut nie odezwali się do siebie ani słowem. Marek nerwowo rozglądał się dookoła i co chwila przyspieszał kroku. Po sytuacji w krzakach, alkohol jakby wyparował z jego krwioobiegu. Był trzeźwy a to sprawiało, że każdy ruch gałęzi, każdy powiew wiatru straszył go jeszcze bardziej.

– Połamane gałęzie, butelki w krzakach, patrz tam nawet wisi skarpetka – wskazał palcem gałąź tuż nad ich głowami – moje miasto, takie piękne – skomentował z przekąsem Wiktor.

Jednak mimo usilnych prób wszczęcia rozmowy, Marek nie był skory do żadnej dyskusji. Nagle przed nimi pojawiła się sowa. W sumie nie powinien być to dziwny widok, jednak pierwszy raz zobaczyli sowę w tym parku, w dodatku wylądowała na ławce, obok nich.

– Ty, patrz jaka fajna!

– Zostaw ją i spierdalajmy do domu! – wrzasnął Marek.

Kiedy odeszli o kilka kroków od zwierzęcia, nagle usłyszeli cichy świst.

– Panowie, nie zostawiajcie dziewczyny samej w lesie.

Damski, niski, głos podążył za nimi. Kiedy tylko go usłyszeli, odwrócili się gwałtownie, jednak nikogo tam nie było. Nagle poczuli ucisk na ramionach, było to coś przypominającego dłoń, jednak zamiast palców wystawały ogromne szpony.

– Podzielcie się ze spragnioną dziewczyną – stwór wyszeptał im do uszu.

Marek usłyszawszy te słowa momentalnie zemdlał, natomiast Wiktor szybko odskoczył, żeby zobaczyć dziwną postać w całej okazałości. Jak się okazało, była to szczupła wysoka kobieta o kruczoczarnych włosach. Przynajmniej przypominała kobietę jeśli pominąć nienaturalnie długie ręce zakończone tymi cholernymi szponami przypominającymi bardziej noże niż palce. Ubrana była w czarno-czerwoną sukienkę, najwięcej uwagi przykuwały jednak jej oczy – duże, czarne jak smoła, wydawały się wciągać w ich pustkę przy dłuższym spojrzeniu.

– Bez przesady chłopaki, wiem, że moje piękno onieśmiela ale żeby mdleć od razu – skomentowała spoglądając na leżącego na ziemi mężczyznę.

– Z kim mam przyjemność? – zapytał skonfundowany Wiktor.

– Mariola – rzuciła bez zbędnych uprzejmości.

W mgnieniu oka usiadła okrakiem na leżącym Marku i wgryzła się w jego szyję. Śmiertelny pocałunek jednak nie trwał długo, już po chwili podniosła głowę i splunęła krwią.

– Tfu, myślałam, że popiliście a ten tu trzeźwy jak świnia, strzyga już nawet nie może się normalnie napić.

– Widocznie za mało wypiliśmy – odpowiedział podchodząc do kompana – skoro nie smakuje, to może ja już zabiorę kolegę?

– Grzecznie byłoby również się przedstawić jeśli sam kogoś o imię pytasz. Ani pić nie umiecie, ani kultury okazać, wy gówniarze, zero poszanowania dla tradycji.

 W głosie strzygi dało się wyczuć wyraźne zdenerwowanie. Kiedy Wiktor podszedł wystarczająco blisko, kobieta rzuciła się na niego. Była na tyle szybka, że zanim zdążył zrobić cokolwiek ogromne szpony już ściskały jego głowę a potworna twarz znajdowała się w odległości dwóch centymetrów od jego szyi. Nagle, odskoczyła.

– Macie szczęście, że zaraz obok idzie naprawdę narąbana dziewczyna. Kto to widział, sama, pijana po parku w nocy chodzić – powiedziała uśmiechając się – i żebyście mi się tu więcej trzeźwi nie pojawili, nie chcecie mnie rozeźlić, szczególnie jeśli sama będę trzeźwa – rzuciła.

 Zamieniła się w sowę i odleciała w pobliskie krzaki.

– Wiktor – chłopak rzucił w pustą przestrzeń gdzie wcześniej stała potworna kobieta.

 Po chwili pochylił się nad ciągle leżącym na ziemi kolegą. Wiktor nie miał litości, bił Marka z całej siły po twarzy.

– Obudź się tępy skurwysynu, czas do domu.

– Nie chcę do szkoły mamo – wymamrotał Marek. jednak po kolejnym, naprawdę mocnym uderzeniu w twarz w pełni się ocknął.

– Idziemy, wstawaj – pogonił go Wiktor.

– Co się działo? – zapytał wciąż lekko ogłupiały.

– W domu ci opowiem bohaterze od siedmiu boleści, o ile po drodze sam ci nie nakopię.

Dalsza droga do domu przebiegła szybko i bez większych niespodzianek. Marek jeszcze kilkukrotnie, próbował uzyskać jakieś wyjaśnienia jednak Wiktor tylko zbywał go machnięciem ręki i przyspieszał kroku.

Chłopak żałował swojej decyzji o spędzeniu nocy po imprezie w mieszkaniu Marka. Może i było bliżej, może i mogli się napić na miejscu ale co z tego skoro kolega nie dawał mu w spokoju wypić nawet jednego drinka. Ciągłe pytania o wydarzenia z parku doprowadzały go do szewskiej pasji.

– Napij się to pogadamy na spokojnie.

Głos Wiktora był spokojny i miarowy.

– Nie pierdol tylko gadaj co się stało, ostatnie co pamiętam to sowa na ławce.

– Powiedzmy, że to była sowa.

– Jak nie sowa to co? Na kaczkę to mi nie wyglądało – rzucił z urazem w głosie Marek.

Wiktor przerwał na chwilę, upił potężny łyk drinka, po czym westchnął głośno.

– Kojarzysz Draculę albo tego dziwaka co się świecił w słońcu? – Zapytał Wiktor.

Ewidentnie nie chciał zaczynać tej rozmowy.

– Noooo wampiry, krew piją, zamieniają się w nietoperza. Zabić takiego idzie jak kołek w serce zasadzisz – dumny ze swojej wiedzy wyrecytował Marek.

– W pewnym sensie tak ale… – przerwał na chwilę Wiktor i wypił kolejny duży łyk – ale u nas jest troszeczkę inaczej. To była strzyga. W sensie ta sowa, to znaczy strzyga, to taki człowiek, jakby wampir tylko się w sowę zamienia a nie w nietoperza. Ot, takie słowiańskie tradycje – uśmiechnął się wypowiadając ostatnie słowa.

– Ale to że co, że sowa nas zaatakowała?

– Debilu jeden, tłumaczę ci przecież, strzyga może zamienić się w sowę. To w parku, to akurat była ładna, szczupła wysoka kobieta. – tłumaczył usilnie Wiktor.

– I co, przed ładną kobietą spieprzaliśmy? To do ciebie niepodobne – zaśmiał się Marek, choć widocznie Wiktorowi wcale nie było do śmiechu.

– Tak, spierdalaliśmy jak króliki przed piękną kobietą, dokładnie rzecz biorąc przed jej szponami przypominającymi noże i długimi ostrymi zębami – tłumaczył w dalszym ciągu.

– No rozumiem, ale jak jej uciekliśmy?

– Gówno nie uciekliśmy, użarła cię ale widocznie masz niedobrą krew. Narzekała coś na to żeś trzeźwy ale nie wiem o co jej chodziło jak przecież piliśmy.

 Mówiąc to poklepał kolegę po ramieniu i uśmiechnął się. Niestety tym razem Marek nie był zadowolony z zaistniałej sytuacji. Nastała chwila przejmującej ciszy. Nie trwała ona jednak zbyt długo, nagle Marek odskoczył. Zrobił to jednak tak niefortunnie, że potknął się o krzesło pod swoimi nogami.

– Teraz ja umrę i zostanę wampirem? I dopiero teraz mi to mówisz kretynie? Pojebało cię? – Marek strzelał pytaniami leżąc na podłodze.

Jego oczy zaszkliły się, był bliski płaczu. Nagle Wiktor zasadził plaskacza w twarz spanikowanego chłopaka.

– Uspokój się i nie pajacuj, mówiłem, że to nie wampir tylko strzyga. Nie zamieni cię w potwora. No chyba, że urodziłeś się z dwoma duszami.

 Ponownie przerwał by napić się drinka, tym razem opróżnił szklankę.

– A nawet jeśli, to przeżyjesz normalnie swoje życie, dopiero po śmierci ta druga dusza przejmie kontrolę – wytłumaczył Wiktor.

Był dumny i zarazem zdziwiony swoimi pokładami cierpliwości.

– Ok, mogło być gorzej – westchnął z ulgą Marek – ale właściwie, skąd ty to wszystko wiesz?

– No… – zaczął tłumaczyć Wiktor.

Marek jednak szybko przerwał mu ruchem ręki, więc postanowił nalać sobie kolejnego drinka w międzyczasie. tym razem troszkę mocniejszego.

– Normalny człowiek by przecież ocipiał w takiej sytuacji, a ty alkoholiku pieprzony nic, stoicki spokój. tylko nie próbuj mi tu tego zwalać na wódę, obaj wiemy, że takie ilości jakie wypiłeś nie wpłynęły na Twój zdegenerowany organizm.

– Tak po prawdzie to sam nie wiem jak to się zaczęło, ale jakoś nagle nauczyłem się robić fajne sztuczki to i się spełzło tałatajstwo. Wiesz, poznaj wroga i tak dalej.

– Ty Houdini, jakie kurwa sztuczki? – zapytał wyraźnie zaciekawiony Marek.

– Trochę czytać w myślach, trochę przewidywać przyszłość, takie czary mary, ale nie zawsze mogę to włączyć, dlatego też próbuję się jakoś uczyć a na necie nie znajdziesz samouczka – tłumaczył cierpliwie Wiktor.

– I co, to tyle?

– No i jeszcze mam kilka pudeł ksiąg starszych od Malinowskiej spod piątki. Demonologia, czary, klątwy, chuj, nawet traktat o nekromancji mam ale wiesz głupio to jakoś tak na półkę wystawić.

– No to co panie znawca, co teraz? – zapytał Marek z głębokim zaciekawieniem.

– Jajco, pójdziemy polować panie majster – Wiktor odpowiedział bez cienia wątpliwości.

Mimo to, nie przekonał kolegi.

– Po co? I na co? Co my bohatery jakieś?

– A po to, żeby w spokoju wracać z imprez do domu. A jak przy okazji uratujemy jakąś niewiastę… – przerwał i puścił oko do Marka.

– Teraz chcesz iść?

– Jutro pójdziemy, trzeba się przygotować – podsumował Wiktor.  

Kolejny dzień dłużył się niemiłosiernie. Co tu kryć, każdy dzień na potężnym kacu ma tendencje do wydłużania się w nieskończoność. Marek doszedł do siebie znacznie szybciej, jednak nie było to dla nich zdziwieniem, ponieważ wypił mniej od kolegi. Wiktor natomiast cierpiał katusze, obiecywał sobie po cichu, że już nigdy więcej nie sięgnie po alkohol. Jak się później okazało, nie wytrwał w przyrzeczeniu zbyt długo, w zasadzie, ani jednego dnia. Samopoczucie skłaniało Wiktora do bycia podrażnionym i agresywnym, względem każdego, każdego oddechu, każdego kroku, całego świata.

– Pakuj plecaki! – krzyknął Wiktor tonem nie cierpiącym sprzeciwu.

– Co, mam się wyprowadzić? – zaśmiał się Marek.

– Nie pajacuj kretynie tylko się kurwa przygotuj, niedługo idziemy na polowanie.

-Yyyy, no ok. – odpowiedział Marek.

Zdezorientowany wyruszył zbierać odpowiednie przedmioty. Po niespełna godzinie wrócił do Wiktora z wielkim uśmiechem na twarzy i dwoma plecakami w rękach. Podszedł do stołu i rzucił je na blat.

– Proszę cię bardzo alkoholowa księżniczko, z takim asortymentem to możemy zabić każdego stwora – zachwalał swoje zdobycze Marek.

Wiktor natomiast spokojnie, bez słowa sięgnął po jedną z toreb, przysunął ją do siebie i otworzył. Mimo usilnych starań nie potrafił powstrzymać irytacji. Otworzył plecak i rozłożył całą jego zawartość na stole.

– Noga od stołka, rozumiem że miał to być kołek, spoko, rozumiem to ale ta reszta, na chuj nam to? – zapytał wskazując ręką wystawiony inwentarz.

– No jak to na chuj? – zapytał zdezorientowany Marek – Na polowanie. – odpowiedział szybko aczkolwiek cicho, jakby niepewny poprawności swojej odpowiedzi.

– Woda? – Wiktor podniósł butelkę wypełnioną bezbarwnym płynem – Utopić ją chcesz? – zapytał z przekąsem.

– No woda, ale nie tak zwykła, święcona. Wiesz jakiego ninja musiałem odstawić w kościele, żeby to zgarnąć? – Zapytał Marek z wyraźną urazą w głosie.

– Dobra, idziemy dalej, Biblia. Czytać do snu jej będziemy? Może nawrócić ją chcesz tym wszystkim? Misjonarz się kurwa znalazł.

– Ale… – Marek próbował odpowiedzieć.

Nie miał jednak wystarczającej siły przebicia.

– Ale srale, kontynuując, krzyż? Serio? Masz się za księdza czy się filmów za dużo naoglądałeś? Egzorcyzmy omówimy innym razem, ok?

– Ok – odpowiedź Marka była krótka a on sam wydawał się niezmiernie smutny.

Słowa Wiktora nie tylko bardzo ostudziły jego zapał ale też wywołały tymczasowy zanik poczucia własnej wartości.

– Ooooo, a to co? Łyżka? Co ty kurwa chcesz zrobić z tą łyżką? Oko jej wydłubać?! Resztę mogę zrozumieć jeszcze, ale co tu kurwa robi łyżka?! – krzyczał rozzłoszczony Wiktor.

– Srebrna nooo…

– A srebrna, dobra, wybaczę ci to, ale na przyszłość trzeba by ją przetopić, żeby użyć.

– Ok.

– Dobra, nie zanoś mi się tu łzami teraz, mówiłem ci, strzyga, nie wampir. Słowiański demon, słowiańskie metody. Przydadzą się gwoździe, młotek, jakieś maczety czy coś, linka metalowa.

– Skąd ja ci to wezmę? Wyczaruję? Z rękawa wyciągnę? – Marek rzucał pytaniami.

Role się odwróciły, teraz to on był zły na Wiktora.

– Jak to skąd, ze sklepu mój przyjacielu, jadziem zanim zamkną.

– Ty płacisz.

-Byłbym zapomniał, łopata, łopata najważniejsza! – krzyknął Wiktor.

Na miejsce dotarli późnym wieczorem. Zaparkowali na osiedlu, które znajduje się naprzeciwko jednego z wejść do parku. Wypad na zakupy był ogromnym sukcesem, ich bagażnik był wypełniony potrzebnym sprzętem.

– Fajnie, że trafiliśmy akurat okazję na tę gwoździarkę pneumatyczną – zauważył pełny entuzjazmu Wiktor.

W ręce dzierżył wymienione narzędzie i oglądał z każdej strony. Po kilku minutach oględzin, wystrzelił gwóźdź nieopodal stopy Marka.

– Pojebało cię!!! – krzyknął Marek.

– Nie panikuj, cały jesteś. Bierz linę, łopatę i idziemy. – rozkazał Wiktor.

Sam zapinał pas narzędziowy wyposażony w młotek i pokaźny zapas gwoździ. Wspólnie wyglądali jak połączenie ukraińskich budowlańców z elitarnym oddziałem navy seals.

-Ty, a jak ty chcesz znaleźć tę całą strzygę? Cip, cip, cip? Taś, taś, taś? Może zagwiżdżesz na nią? – zapytał sarkastycznie Marek.

– Po to zabraliśmy ze sobą te flaszki, pochodzimy tam gdzie ostatnio, napijemy się, zobaczymy co z tego wyjdzie, – wytłumaczył Wiktor – ty lepiej się martw, żeby pały nas nie zobaczyły. ciekawe jak byśmy wytłumaczyli szlajanie się w nocy po parku, obwieszeni narzędziami i pijący wódkę.

– Faktycznie, trudno będzie. Może, że na budowę szliśmy ale zabłądziliśmy?

Marek kombinował, wysilając wszystkie szare komórki.

– Dobra nasz ty Arystotelesie, podumasz po drodze.

 Wiktor pogonił całą kompanię. Przez jakąś godzinę kręcili się po parku lecz na próżno. Noc była znowu ciemna i zimna. Wiatr zdawał się przenikać do kości. Mijając kolejną ze zdezelowanych ławek, Wiktor uznał, że najwyższa pora otworzyć jedną z flaszek. Pierwsza z nich została osuszona w trybie ekspresowym.

– Dobrze, że jeszcze dwie mamy – powiedział Wiktor.

Zakręcił pustą butelkę z zamiarem odrzucenia jej na bok.

– Śmietnik – rzucił krótko Marek, nie patrząc nawet na kolegę.

– O chuj ci znowu chodzi?

– Wyrzuć do śmietnika a nie rzucaj znowu w lampę jak ułomne dziecko. – skwitował Marek, wstając z ławki.

Wiktor obrzucił go smutnym spojrzeniem jednak usłuchał i włożył do śmietnika stojącego obok ławki.

– Nawet nie strzaskałem,  świętoszek się znalazł.

– Dobra, nie cwaniakuj, tylko chodź szukać dalej.

– Czekaj, czekaj, jeszcze na drugą nóżkę, strzyga nie zając, nie ucieknie.

Wiktor wyciągnął drugą butelkę z plecaka i zaczął wypędzać z niej złe duchy.

– Dobrze, ale Wiktor, ty naprawdę masz problem – podsumował Marek.

Kiedy wypili pół zawartości flaszki usłyszeli znajomy świst gdzieś nieopodal. Postanowili to sprawdzić, Marek ruszył pierwszy, natomiast Wiktor w tym czasie pieczołowicie zamknął butelkę i schował ostrożnie w plecaku. Po przebyciu kilkunastu metrów usłyszeli krzyk, ewidentnie kobiecy.

– Dobra, przyspieszmy zanim wyssie kogoś na amen.

Wiktor przyspieszył. Po około dwóch minutach, między krzakami ujrzeli strzygę, a jej broda ociekała krwią. Nie widzieli ofiary ale podejrzewali, że raczej nie przeniosła się zbyt daleko przy takim ubytku krwi.

 – Nie ruszaj się bo przestrzelę ci ten nieumarły łeb – krzyknął Wiktor.

Celował z gwoździarki wprost w głowę strzygi.

– O proszę, to znowu ty. Łowców wampirów się naoglądałeś w telewizji czy co? – podsumowała.

Mówiąc to wycierała twarz w haftowaną chusteczkę, po czym rzuciła ją na młodego chłopaka leżącego na ziemi, zapewne swoją wcześniejszą ofiarę. W ułamku sekundy znalazła się tuż za Wiktorem, objęła go ręką i zaczęła obwąchiwać kark.

– Coś tam wypiłeś, ale nie za dużo – oceniła – jak się nie ma co się lubi to się dziabie co się nawinie – skomentowała.

Nagle rozwarła szczękę do niesamowitych rozmiarów. Kiedy jej zęby miały już przebić skórę chłopaka, nieoczekiwanie odskoczyła.

– CO JEST KURWA?! – krzyknęła.

Spojrzała na swoją stopę. Wystawał z niej łebek gwoździa.

– To może teraz się zabawimy? – zapytał Wiktor.

W dalszym ciągu był niepewny siebie i swoich umiejętności, cały czas celował do strzygi.

– Zabolało.

Wyciągnęła gwóźdź z stopy, która natychmiast się zagoiła.

– Ale mnie nie zatrzyma – dodała po chwili.

– Cholera – pisnął Wiktor.

Pozbył się plecaka i rzucił do ucieczki, nie udało mu się jednak zbiec zbyt daleko. Nagle przed nim pojawiła się ponownie.

– Smacznego kochanień… – nagle przerwała i osunęła się na ziemię.

– To co teraz? – zapytał zdyszany Marek, stojąc z łopatą w ręku nad potworem.

– Gdzieś ty był?

Zdziwienie Wiktora było wyraźnie słyszalne w tonie jego głosu.

– Obchodziłem was dookoła, styl ninja.

– Srinja. Nie wiem w sumie, myślałem, że gwoździe załatwią sprawę. Przebijemy to i tamto, ale widocznie to gówno prawda. Zwiążmy ją przede wszystkim.

– Ta jes panie majorze! – krzyknął Marek.

Wspólnie związali kobietę grubą liną. Strzyga ze związanymi rękami i nogami przypominała cielaka na plecach ranczera, w tym wypadku Wiktora.

– Dobra, to teraz zakopiemy ją, ułożymy twarzą do spodu i dla pewności upitolimy łeb tą łopatą.

Wiktor pośpiesznie przedstawił swój plan.

– Sam sobie upitalaj łeb – skwitował Marek.

Kiedy zagłębili się wystarczająco w krzaki Marek zaczął kopać, natomiast Wiktor usiadł obok i otworzył flaszkę. Kiedy tylko odkręcił pierwszą butelkę oczy strzygi otwarły się, jednak żaden z chłopaków tego nie zauważył. Kiedy Wiktor przykładał butelkę do ust, flaszka nagle znikła.

– Jeszcze jedna flaszka i wam może wybaczę – powiedziała strzyga.

 Siedziała na ławce nieopodal. Opróżniła już połowę butelki, nie wyglądała na specjalnie zdenerwowaną całym zajściem. Wiktor podsunął plecaki w jej stronę, był bardzo ostrożny w każdym ruchu.

– W plecakach są jeszcze trzy takie, częstuj się, Twoje zdrowie – rzucił, odsuwając się powoli.

– Ze mną się nie napijecie? – Zapytała na pożegnanie strzyga. Młodzieńcy byli już oddaleni tak bardzo, że nawet nie usłyszeli. W pewnym momencie Wiktor przystanął, postanowił zawrócić i z ukrycia przypatrzeć się potworowi.

– Idź do domu, może coś podpatrzę co nam pomoże – rozkazał koledze.

Postanowił przekraść się w okolice miejsca gdzie ostatni raz widzieli strzygę. Siedziała tam, piła pozostawioną przez chłopaków wódkę i coś mamrotała pod nosem jednak Wiktor nie dosłyszał całego przekazu. Postanowił się zbliżyć, przykucnął i stawiał pojedyncze kroki aby nie przyciągać niepotrzebnej uwagi.

„Ha, wiedziałem, że te filmy o ninja przydadzą mi się w życiu”, pomyślał stając oparty plecami o drzewo, maksymalnie dwa metry od kobiety.

– Musiał mnie zdradzać kurwiorz jeden, a ja głupia się zabiłam przez niego – żaliła się samej sobie – najgłupsza to byłam bo nie piłam, teraz nadrobię, będę nawalona latać całyyyy czaaas – chlipała cicho.

Kolejna pusta butelka poleciała w stronę pobliskich drzew. „Tak jak myślałem, zdradzona, odrzucona kobieta”, rzucił w myślach Wiktor.

– Wszystko wypiję, każdego wypiję, jak się sama zabić nie mogę to się zapiję w pizdu – wykrzyczała w pustkę – uh, wódeczko, co ja bym bez ciebie zrobiła w tym życiu po życiu – powiedziała otwierając kolejną butelkę.

Wiktor stwierdził, że to ostatni moment na bezpieczne oddalenie się.

– Spadam, jak skończą jej się flaszki to może nie być ciekawie – wymruczał sam do siebie.

Spotkali się z Markiem dopiero w domu. Nie rzucili się jednak w wir dyskusji, obaj rozumieli, że muszą odsapnąć i zastanowić się przez chwilę w spokoju. Nie byli najlepszymi przyjaciółmi, poznali się jeszcze na studiach, wśród całej grupy trzydziestu osób byli jedynymi, którzy nie przyjechali do Katowic specjalnie na uczelnię, urodzili się tu, wychowali, znajomość miasta jakoś ich połączyła. Wiktor z reguły zachowywał się całkowicie normalnie. Mimo to, Marek przeczuwał, że od kiedy skończyli studia coś się zmieniło w Wiktorze i nie chodziło o robotę, którą miał zwyczaj nazywać kurwidołem.

– Wiktor – przerwał ciszę Marek – kumplujemy się, prawda?

– No taaa – odpowiedział zdziwiony pytaniem Wiktor.

– To powiedz mi proszę, po chuj narażasz nasze blade dupska?

– Życie mi się znudziło…

– Poważnie cię pytam, jaki jest powód tego nadstawiania karku? – Marek dalej drążył temat.

– A wolisz, żeby dziabnęło cię coś takiego jak się nie spodziewasz? Pomyśl o tych dziewczynach zabitych przez strzygę.

– No niby…

– Gówno nie niby – przerwał koledze Wiktor – miejże trochę kręgosłupa ty pseudoludzka galareto.

– Miałem dzisiaj i co mi z tego przyszło?

– Żeby wygrać, trzeba próbować.

– Masz plan czy się wymądrzasz, żeby lepiej się poczuć?

– Mam, jutro bazar zaliczymy.

– I co niby, kieckę nową jej kupisz? – zapytał rozbawionym głosem Marek.

– A ty znowu pajacujesz, jutro zobaczysz dzbanie jeden – uciął dyskusję Wiktor.

Jeszcze przez chwilę siedzieli w milczeniu oglądając jakieś kabarety dla rozluźnienia atmosfery. Wbrew pozorom Marek zdawał sobie sprawę z tego, że nie ma już odwrotu, muszą to zakończyć w taki czy inny sposób.

Bazar nie był specjalnie zatłoczony, czasy popularności targowisk minęły bezpowrotnie. Wiktor miał wrażenie, że nawet nazywanie tego miejsca bazarem było przesadą. W rzeczywistości składało się jedynie z kilku bud na krzyż, w których sprzedawane były tanie chińskie dresy i bielizna. Nie przybył tu jednak aby podziwiać dostępny asortyment. Podszedł do prowizorycznej toalety przy której swoją siedzibę miał cieć pilnujący bud po zamknięciu.

– Dobry Sasza – przywitał się Wiktor.

 Przekraczając próg śmiesznie małego pomieszczenia, w którym siedział samotny mężczyzna, uśmiechnął się do własnych wspomnień.

– Ooo Wiktor, czo ciebie przynosi? – rzucił cieć z wyraźnym, wschodnim akcentem.

– Saszka, spirol ale taki prima sort, masz ty coś specjalnego?

– Da – Sasza odpowiedział krótko.

Od razu zaczął czegoś szukać za szafką stojącą w rogu pomieszczenia.

– Co tam słychać u ciebie mój przyjacielu? Dalej dwadzieścia cztery na siedem robisz?

– Da – rzucił bez nawet krótkiego spojrzenia w stronę rozmówcy.

– Rozmowny jak zawsze

– Prosim – powiedział Sasza podając Wiktorowi butelkę wypełnioną zamgloną cieczą – prosto z domu, Vasilij przywiózł.

– Dzięki Sasza, pozdrów Tatiankę – powiedział Wiktor.

Po chwili przyglądania się, wręczył sprzedawcy banknot.

– Jebaju Tatiana, suka z Poliakiem pajszła a Wladzia malutkiego zostawiła – wyżalił się Sasza.

– To Twoje zdrowie, stary druhu.

Mówiąc te słowa, opuścił klitkę i powolnym krokiem wyruszył w stronę auta. Plan był gotowy, przygotowania zakończone, pozostało jedynie zaczekać do nocy. Może troszkę się pomodlić, bo nawet sam Wiktor nie był pewny czy mu się uda.

 

Kolejna noc przypominała w dużym stopniu dwie poprzednie. Największą zmianą jednak, było ryzyko, które świadomie podejmował. tym razem nikt nie mógł go uratować. Marek bardzo długo nie chciał przystać na plan kolegi, jednak wiedział, że nie ma dużo do gadania w tej kwestii. Wiktor bowiem postanowił wyruszyć samemu na spotkanie ze strzygą, podczas którego to, Marek miał cierpliwie oczekiwać w aucie na telefon przyjaciela. Sam plan był względnie prosty, skoro monstrum tak bardzo chciało pić, Wiktor postanowił dostarczyć samemu alkohol. Przyniósł ze sobą trzy butelki, dwie wypełnione były zwykłą sklepową wódką, jednak ta trzecia. Ostatnia z nich była wypełniona spirytusem nieznanego pochodzenia dostarczonym przez Saszę. Wiktor postanowił opróżnić wraz ze strzygą dwie pierwsze, po czym, pod pretekstem zgonowania, pozwolić aby tajemniczą miksturę wypiła sama.

– W najlepszym przypadku spirol ją zabije – tłumaczył jeszcze raz Wiktor swemu przyjacielowi – w najgorszym powinien przynajmniej ją spowolnić a wtedy spróbujemy ją pociąć i zakopać.

– No fajnie, a potem co, z ciałem przez park? A jak pały nas przyuważą? Chuj, ktokolwiek nas zauważy? – wrzeszczał Marek.

– Po to tu jesteś pajacu, jak ma tu wjechać suka, to musi tędy. Jeśli wjedzie to będziesz o tym wiedział i dostosujesz drogę naszej podróży!

 Cierpliwe tłumaczenia nigdy nie były silną stroną Wiktora.

– Dobra, idź i miejmy to z głowy, cokolwiek się wydarzy.

– Gap się na telefon jak zawsze, żebym dwa razy nie musiał dzwonić. – rzucił Wiktor odchodząc.

Przechadzając się parkową alejką rozglądał się w każdą stronę. Musiał być pewny, że w bliskiej odległości nie znajdzie się jakiś przechodzień, który może chcieć dołączyć do spotkania, bądź, co gorsza, donieść do prokuratury o tym co Wiktor miał zamiar zrobić jeśli plan wypali. Po przejściu kilkuset metrów był pewny, że w okolicy nie ma nikogo innego, żadnej żywej duszy. Żywej to słowo klucz.

– Mariola, mam prezent, pogadajmy! – wykrzyczał w pustą przestrzeń między drzewami.

Nie zatrzymywał się, jednak w pewnym momencie poczuł zimny powiew. Zdjął szybko plecak i sprawdził zawartość.

– Ufff, gdyby był pusty miałbym srogo przesrane – powiedział pod nosem podnosząc się i zakładając z powrotem plecak.

– Maaaaaarioooooooolaaaaaaaaaaa – krzyczał coraz donośniej – pogadamy, napijemy się…

Nagle jego wypowiedź przerwał przeszywający świst. Zauważył, że tuż przed nim, na niewysoko rosnącej gałęzi pojawiła się znajoma już sowa. Widząc ją, przeszedł powoli, bez słowa do stojącej nieopodal ławki. Kiedy był blisko, zaprosił sowę ruchem ręki. Ta widząc zachowanie chłopaka kiwnęła jedynie głową i podleciała. Gdy była blisko Wiktora, jakby wybuchła a w jej miejsce pojawiła się strzyga, którą miał wątpliwą przyjemność spotkać już kilkakrotnie.

– Witaj chłopcze, znowu będziesz kombinować? – zapytała siadając na ławce.

– Nie ma sensu się rzucać skoro możemy się zaprzyjaźnić, prawda? – przysiadł się i położył plecak między nogami.

– Pitu pitu, czemu miałabym ot tak zapomnieć o ostatnim razie? Nogę skurwysynu mi przebiłeś. Nie wspominając już o twoim pożal się Boże koledze. Jak go spotkam, to mu tę łopatę w dupę wsadzę – wyliczała ze słyszalnym żalem w głosie.

– Ale flaszka dobra była? – zapytał z przekąsem – tym razem mam coś lepszego.

 Mówiąc to sięgnął do wnętrza plecaka i wyciągnął zwykłą butelkę wódki.

– Teraz mówisz z większym sensem. Czyń honory.

– Zgoda miedzy nami?

– Wypijemy to zobaczymy, kochanieńki – rzekła jakby flirtując z chłopakiem.

Po chwili chwyciła butelkę w ostre szpony i przechyliła ją do ust, połykając naprawdę potężny haust wódki.

– Twoje zdrowie – powiedział chłopak odbierając od strzygi butelkę.

Srogie tempo i szybkość przechodzenia wódki z ręki do ręki sprawiła, że w niecałe 15 minut Wiktor wyciągał już drugą butelkę. Strzyga ewidentnie była zadowolona obrotem spraw. Tak zadowolona, że drugą butelkę wypiła w zasadzie sama. Wiktor uznał, że nadszedł właściwy moment, w najgorszym razie może nawet się nie zorientuje, że coś miało pójść inaczej. Sięgnął do plecaka i wyciągnął dwie ostatnie butelki, jedną, zwykłą dla niego, drugą lekko zamgloną dla niej. Mariola jednak, była już na tyle wcięta, że nawet nie zauważyła różnicy, odkorkowała szybko butelkę, stuknęła się na zdrowie z chłopakiem i zaczęła pić.

-Uhh, w końcu coś mocniejszego niż te wasze siki – powiedziała pijąc z uwielbieniem.

– Specjalnie dla ciebie.

Nie zdążył nawet otworzyć własnej wódki, szczęka mu opadła i patrzał z podziwem na to jak strzyga bez wytchnienia wypija ukraiński specyfik. Na efekty jednak nie trzeba było długo czekać.

– Wi-wi-wiktor – jąkała się – gdzie jesteś, nic nie – przerwała po czym opadła na ziemię bez życia.

– Będę musiał jeszcze raz podziękować Saszce, ty łapczywa, kilkusetletnia alkoholiczko, trochę umiaru by nie zaszkodziło – powiedział pochylając się nad nieruchomym ciałem Marioli.

Po chwili wyciągnął telefon i zadzwonił po Marka. Przyjaciel dzierżył cały sprzęt, który przygotowali na tę akcję. Wyglądem przypominał terrorystę ale w sumie właśnie kogoś zabili i mieli zamiar poćwiartować, co z tego jak wyglądają.

– Ty za ręce, ja za nogi i zapieprzamy w busz gdzie ustaliliśmy.

 Wedle ustaleń podnieśli ciało z ziemi i udali się do opuszczonej części parku zaraz pod murami zoo.

Podróż przebiegła bez większych przeszkód. Na jednym z rozstajów parkowych dróżek usłyszeli czyjeś głosy, jednak jak się okazało, była to para nastolatków uprawiających seks w pobliskich krzakach. Na szczęście para kochanków była tak zapatrzona w siebie, że nawet nie zauważyli dwóch psychopatów niosących ciało środkiem parku.

– Dobra, dotarliśmy, czas wziąć się do brudnej roboty – zarządził Wiktor puszczając ciało strzygi na ziemię.

– Pewny jesteś, że to nie musi być poświęcona ziemia? – zapytał zmartwiony Marek opuszczając delikatnie na ziemię swoją część ciała.

– Co ty masz z tymi święceniami? Ty, może ty się polskiej fantastyki naczytałeś? Bimber zaczniesz zaraz w domu pędzić? Może gumiaki ci kupić?

 Wiktor zaczynał być zirytowany pytaniami kolegi, był już wystarczająco zestresowany całą sytuacją, nie potrzebował głupich pytań.

– No dobra, ale policja nas nie znajdzie po jakiś odciskach palców czy coś?

– Yhhh – westchnął Wiktor – nawet jeśli by znaleźli ciało na tym zadupiu, to raczej nie powiążą nas z kilkusetletnim ciałem. Poza tym, kazałem ci założyć rękawiczki. Pokaż łapska – rozkazał.

Marek bez słowa, posłusznie wyciągnął dłonie, faktycznie miał założone lateksowe rękawiczki, takie jakich używają sprzątaczki w ich biurowcu.

– No to jak masz, to jakie odciski, skończ się srać, bez odżywiania ciało powinno się rozsypać w miesiąc, nawet nie zdążysz się z nią zabawić wariacie.

– Ale to jeszcze miesiąc – przerwał Marek, puszczając uszczypliwą uwagę mimo uszu.

– Dżizas – powiedział dobitnie Wiktor – tyle lat to zadupie stoi bez żadnych zmian a teraz w miesiąc przebudują zoo wraz z murami?

 Wiktor nie chciał kontynuować tej bezsensownej dyskusji, wyciągnął z plecaka metalową linkę i zaczął związywać nogi nieprzytomnej strzydze.

– Bierz drugą linkę i wiąż łapska a nie się gapisz jak debil – rozkazał Markowi.

Po chwili strzyga była związana niczym cielak na dzikim zachodzie. Wiktor wiedział, że Marek jest zbyt zestresowany sytuacją, więc podał mu łopatę i kazał kopać. Chłopak posłuchał bez zastanowienia. W tym czasie prowodyr całego zajścia pochwycił toporek zakupiony w sklepie budowlanym. Wziął potężny zamach i skierował ostrze w stronę szyi strzygi. Nie był specjalistą w tej dziedzinie, cięcie nie było czyste, głowa w dalszym ciągu mocno trzymała się tułowia.

– Ja wiedziałem, że tak będzie – syknął Wiktor z niezadowoleniem.

Dopiero po kilku kolejnych uderzeniach udało mu się odrąbać głowę potwora, która po ostatnim zamachu odleciała jakieś dwa metry w bok z oczami zwróconymi w mroczne nocne niebo. Marek kończył właśnie wykopywać dół. Obaj otarli pot i odetchnęli jak to mężczyźni po wykonaniu ciężkiej pracy. Nagle usłyszeli ciche pokasływanie. Zimny pot zlał ich plecy, zaczęli nerwowo obracać się. Przeszukiwali wzrokiem najciemniejsze zakamarki w obawie przed niechcianym gapiem, to był priorytet w tej chwili.

– Czemu ja nic nie widzę – powiedziała cicho – czemu nie mogę ruszyć rękami, co z moimi nogami, WIKTOR! – wykrzyknęła samotna głowa Marioli.

– Kurwa – powiedział cicho Marek na widok wciąż żywej głowy stwora.

– Zaraz przebijemy ci oczy i mózg gwoździami to skończą się Twoje problemy. Z tego co wiem, to powinno cię ululać do snu na zawsze – przedstawił plan strzydze.

– Ej no, chłopaki, nie szalejmy, po co to? – zapytała.

– Dla jaj, trzeba było nas nie atakować – odpowiedział zdenerwowany Wiktor sięgając po gwoździarkę.

– Mogę się przydać, służyć radą! Czterysta lat żyję, co nieco wiem! – błagała płaczliwym głosem – Nie potrzebuję dużo, drink z kapeczką krwi i przeżyję. Bądź człowiek, daj żyć!

Błaganiom nie było końca. Marek nagle otrząsnął się ze zdziwienia i szarpnął Wiktorem.

– Nie możemy jej zostawić przy życiu, zabij to skurwysyństwo zanim nas pozagryza.

Chłopak podjął już decyzję.

Wiktor wrócił do domu zmęczony. Kolejny dzień w pracy, której nienawidził. Zdjął buty, odwiesił kurtkę i udał się do kuchni. Wyciągnął z lodówki butelkę wódki oraz szklankę, przyrządził dwa mocne drinki z sokiem wieloowocowym po czym udał się do salonu.

– No w końcu wróciłeś, prawie uschłam.

– Nie marudź – uciął narzekania.

Chwycił nóż leżący na stole. Przeciął palec wskazujący i spuścił odrobinę krwi do jednego z drinków.

– Cham i prostak, zero klasy, ciało mi odebrałeś i jeszcze narzekać nie dasz.

– Mogłem zabić!

Wiktor przysunął szklankę do samotnej głowy, słomkę przyłożył bliżej ust.

– Teraz masz z kim pić samotna łajzo.

– To prawda Mariolu. To prawda – mówiąc to przybił swoją szklanką do szklanki strzygi.

Koniec

Komentarze

Przykro mi to mówić, ale nie spodobała mi się ani ta historia, ani sposób jej opowiedzenia. Sprowadziłeś całą rzecz do rozmów Marka i Wiktora, co, moim zdaniem, okazało mało ciekawe, a miejscami wręcz nudne. Sam pomysł na spotkanie nietrzeźwych przyjaciół ze strzygą, mającą wielkie upodobanie do alkoholu, jakoś mnie nie porwał, a fatalne wykonanie  i zlekceważona interpunkcja, dodatkowo utrudniały lekturę.

Ponieważ Procent we krwi dość obficie okrasiłeś wulgarnymi słowami i przekleństwami, byłoby wskazane abyś opatrzył opowiadanie tagiem WULGARYZMY.

Mam nadzieję, Dreadmoore, że Twoje kolejne opowiadania okażą się ciekawsze i znacznie lepiej napisane.

 

– Spa­ce­ru Ci się za­chcia­ło, tylko Ty mo­głeś wy­brać tę drogę… ―> – Spa­ce­ru ci się za­chcia­ło, tylko ty mo­głeś wy­brać tę drogę

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu bardzo wiele razy.

 

– Spręż się po pro­stu panie ide­al­ny! – Wik­tor uciął roz­mo­wę. Nocne spa­ce­ry mogą być przy­jem­ne, jed­nak nie dla Wik­to­ra. Nie w środ­ku li­sto­pa­da, nie w ta­kich ciem­no­ściach a przede wszyst­kim nie po ta­kiej ilo­ści ta­niej wódki. ―> Nie mieszaj didaskaliów z narracją. Winno być:

– Spręż się po pro­stu, panie ide­al­ny! – Wik­tor uciął roz­mo­wę.

Nocne spa­ce­ry mogą być przy­jem­ne, jed­nak nie dla Wik­to­ra. Nie w środ­ku li­sto­pa­da, nie w ta­kich ciem­no­ściach, a przede wszyst­kim nie po ta­kiej ilo­ści ta­niej wódki.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

Chce już iść spać. ―> Literówka.

 

wska­zał pal­cem gałąź zaraz nad ich gło­wa­mi… –> …wska­zał pal­cem gałąź, tuż nad ich gło­wa­mi

 

wy­lą­do­wa­ła na ławce zaraz obok nich. ―> …wy­lą­do­wa­ła na ławce, obok nich.

 

już po chwi­li pod­nio­sła swoją głowę i splu­nę­ła krwią. ―> Zbędny zaimek. Czy podnosiłaby cudza głowę?

 

od­po­wie­dział pod­cho­dząc do ko­le­gi – skoro nie sma­ku­je, to może ja już za­bio­rę ko­le­gę? ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

zanim zdą­żył zro­bić co­kol­wiek jej szpo­ny już ści­ska­ły jego głowę a jej twarz znaj­do­wa­ła się w od­le­gło­ści 2 cen­ty­me­trów od jego szyi. ―> …w od­le­gło­ści dwóch cen­ty­me­trów od jego szyi.

Nadmiar zaimków. Liczebniki zapisujemy słownie.

 

wziął po­tęż­ne­go łyka drin­ka… ―> …upił/ wypił po­tęż­ny łyk drin­ka

Łyków się nie bierze.

 

wziął ko­lej­ne­go du­że­go łyka… ―> i wypił kolejny duży łyk

 

To do Cie­bie nie po­dob­ne… ―> To do cie­bie niepo­dob­ne

 

że po­tknął się o krze­sło pod jego no­ga­mi. ―> …że po­tknął się o krze­sło pod swoimi no­ga­mi.

 

Jego oczy prze­szkli­ły się, był bli­ski pła­czu. ―> Jego oczy za­szkli­ły się, był bli­ski pła­czu.

Poznaj znaczenie słów przeszklićzaszklić się.

 

Tylko nie pró­buj mi tu tego zwa­lać na wódę, oboje wiemy… ―> Piszesz o dwóch mężczyznach, więc: Tylko nie pró­buj mi tu tego zwa­lać na wódę, obaj wiemy

Oboje to mężczyzna i kobieta.

 

-Tak po praw­dzie to sam nie wiem… ―> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza. Ten błąd pojawia się kilkakrotnie w dalszej części opowiadania.

 

– No to co Panie Znaw­ca, co teraz? ―> Dlaczego wielkie litery?

 

– Jajco, pój­dzie­my po­lo­wać Panie Maj­ster… ―> Jak wyżej.

 

A jak przy oka­zji ura­tu­je­my jakaś nie­wia­stę… ―> Literówka.

 

i dwoma ple­ca­ka­mi w ręku. Pod­szedł do stołu i rzu­cił nimi na blat. ―> Raczej: …i dwoma ple­ca­ka­mi w rękach. Pod­szedł do stołu i rzu­cił je na blat.

 

Wiesz ja­kie­go ninje mu­sia­łem od­sta­wić w ko­ście­le… ―> Wiesz ja­kie­go ninja mu­sia­łem od­sta­wić w ko­ście­le

Ninja nie odmienia się.

 

– Dobra, idzie­my dalej, bi­blia. ―> – Dobra, idzie­my dalej, Bi­blia.

 

wy­da­wał się bar­dzo smut­ny, słowa Wik­to­ra nie tylko bar­dzo ostu­dzi­ły… ―> Powtórzenie.

 

– Fak­tycz­nie, cięż­ko bę­dzie. ―> – Fak­tycz­nie, trudno bę­dzie.

 

Wiatr zda­wał się prze­ni­kać przez kości. ―> Wiatr zda­wał się prze­ni­kać do kości.

 

Mi­ja­jąc ko­lej­ną zde­ze­lo­wa­nych ławek… ―> Mi­ja­jąc ko­lej­ną ze zde­ze­lo­wa­nych ławek

 

– Nawet nie strza­ska­łem Świę­ty Marku. ―> Skąd tu święty i dlaczego wielką literą?

 

Kiedy osu­szy­li pół flasz­ki… ―> Kiedy wypili pół flasz­ki

Wypicie połowy zawartości flaszki nie osuszy jej. Osuszona będzie dopiero wtedy, gdy wypije się wszystko.

 

po­go­nił tempo Wik­tor. ―> Czy tempo można pogonić?

 

wy­cie­ra­jąc twarz w ha­fto­wa­ną chu­s­tecz­kę, po czym rzu­ci­ła na mło­de­go chło­pa­ka le­żą­ce­go na ziemi, za­pew­ne jej wcze­śniej­szą ofia­rę. ―> Czy dobrze rozumiem, że chłopak był wcześniejszą ofiarą haftowanej chusteczki?

Proponuję: …za­pew­ne swoją wcze­śniej­szą ofia­rę.

 

ob­ję­ła go jedną ręką w pasie i za­czę­ła ob­wą­chi­wać jego kark. ―> Czy oba zaimki są konieczne?

 

po czym roz­war­ła swoją szczę­kę… ―> Zbędny zaimek.

 

po czym zrzu­cił ple­cak i rzu­cił się do uciecz­ki… ―> Brzmi to nie najlepiej.

 

– Ta jes Panie Ma­jo­rze! ―> Dlaczego wielkie litery?

 

Wspól­nie zwią­za­li ko­bie­tę grubą liną. Strzy­ga ze zwią­za­ny­mi wspól­nie rę­ka­mi… ―> Brzmi to fatalnie.

 

Osu­szy­ła już po­ło­wę bu­tel­ki… ―> Opróżniła już po­ło­wę bu­tel­ki

 

– W ple­ca­kach są jesz­cze takie… ―> – W ple­ca­kach są jesz­cze trzy takie

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach.

 

Po­sta­no­wił się zbli­żyć, przy­kuc­nął i sta­wiał po­je­dyn­cze kroki aby nie wy­wo­łać nie­po­trzeb­nej aten­cji. ―> Czy na pewno miałeś na myśli atencję?

 

– Tak jak my­śla­łem, zdra­dzo­na, od­rzu­co­na ko­bie­ta – rzu­cił w my­ślach Wik­tor. ―> Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

oboje ro­zu­mie­li, że muszą od­sap­nąć… ―> …obaj ro­zu­mie­li, że muszą od­sap­nąć

 

wśród całej grupy 30 osób… ―> …wśród całej grupy trzydziestu osób…

 

– A wo­lisz, żeby dzia­bło Cię coś… ―> – A wo­lisz, żeby dzia­bnęło cię coś

Choć rozumiem, że Wiktor nie musi wyrażać się poprawnie.

 

– No niby ―> Brak wielokropka.

 

Miej, że tro­chę krę­go­słu­pa… ―> Miejże tro­chę krę­go­słu­pa

 

Dalej 24 na 7 ro­bisz? ―> Dalej dwadzieścia cztery na siedem ro­bisz?

 

suka z po­lia­kiem paj­szła a Vla­dzia ma­lut­kie­go zo­sta­wi­ła… ―> …suka z Po­lia­kiem paj­szła,Wla­dzia ma­lut­kie­go zo­sta­wi­ła

 

po­wol­nym kro­kiem wy­ru­szył w stro­nę swo­je­go auta. ―> Zbędny zaimek.

 

Wik­tor po­sta­no­wił wypić wraz ze strzy­gą dwie pierw­sze po czym po­zwo­lić jej wypić ta­jem­ni­czą mik­stu­rę sa­me­mu pod pre­tek­stem zgo­no­wa­nia. ―> Strzyga jest rodzaju żeńskiego, więc: Wik­tor po­sta­no­wił opróżnić wraz ze strzy­gą dwie pierw­sze, po czym, pod pre­tek­stem zgo­no­wa­nia, po­zwo­lić aby tajemniczą miksturę wypiła sama

 

rzu­cił Wik­tor od­cho­dząc w głąb parku. Prze­cha­dza­jąc się par­ko­wą alej­ką… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

bądź co gor­sza, do­nieść na pro­ku­ra­tu­rę… ―> …bądź, co gor­sza, do­nieść do prokuratury

 

Za­uwa­żył, ze zaraz przed nim, na nie­wy­so­ko po­ło­żo­nej ga­łę­zi… ―> Za­uwa­żył, że tuż przed nim, na nie­wy­so­ko rosnącej ga­łę­zi

 

do po­bli­skiej ławki. Kiedy był bli­sko… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

to mu ło­pa­tę w dupę wsa­dzę… ―> …to mu ło­pa­tę w dupę wsa­dzę

 

chwy­ci­ła bu­tel­kę w swoje ostre szpo­ny i prze­chy­li­ła ją przy swo­ich ustach… ―> Oba zaimki są zbędne.

 

po­ły­ka­jąc na­praw­dę po­tęż­ny łyk wódki. ―> Brzmi to źle.

Proponuję: …po­ły­ka­jąc na­praw­dę po­tęż­ny haust wódki.

 

…że w nie­ca­łe 15 minut… ―> …że po niecałych piętnastu minutach

 

jak strzy­ga bez wy­tchnie­nia opróż­nia ukra­iń­ski spe­cy­fik. ―> Strzyga opróżniała nie specyfik, a butelkę.

Proponuję: …jak strzy­ga, bez wy­tchnie­nia, wypija ukra­iń­ski spe­cy­fik.

 

cały sprzęt, który przy­go­to­wa­li na akcję. ―> …cały sprzęt, który przy­go­to­wa­li na akcję.

 

wła­śnie kogoś za­bi­li i mają za­miar po­ćwiar­to­wać… ―> …wła­śnie kogoś za­bi­li i mieli za­miar po­ćwiar­to­wać

 

głowa w dal­szym ciągu mocno trzy­ma­ła się tu­ło­wiu. ―> …głowa w dal­szym ciągu mocno trzy­ma­ła się tu­ło­wia.

 

Oboje otar­li pot… ―> Obaj otar­li pot

 

Szu­ka­li świad­ka, to był prio­ry­tet w tej chwi­li. ―> Do czego był im potrzebny świadek?

 

400 lat żyję, co nieco wiem! ―> Czterysta lat żyję, co nieco wiem!

 

uciął na­rze­ka­nia i chwy­cił za nóż le­żą­cy na stole. ―> …uciął na­rze­ka­nia i chwy­cił nóż le­żą­cy na stole.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo dziękuję za porady. Doceniam poświęcony wkład i obiecuję poprawę!

Bardzo proszę i cieszę się, że mogłam pomóc. ;)

 

Doceniam poświęcony wkład i obiecuję poprawę!

Mam też nadzieję, Dreadmoore, że na obiecankach się nie skończy i poprawisz tekst, tak aby kolejni czytelnicy mieli większą przyjemność z lektury opowiadania. 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W czasie czytania przeszkadzały mi długie dialogi bohaterów, które przytłaczały całą historię. Widać to szczególnie na początku. Wulgaryzmy też nie ułatwiały śledzenia opowieści, bo posługują się nimi wszyscy bohaterowie, przez co trudno ich odróżnić.

Dobrze, że próbujesz szukać pomysłu na fabułę, tworzyć bohaterów konsekwentnie zmierzających do celu. Może warto rozbudować scenę ze strzygą.

No, nie czytało się zbyt dobrze :(

Znam tylko pięć liter ;)

Dziękuję bardzo za wszelkie opinie. Ciągle się uczę pisania i staram się bez przerwy udoskonalać technikę i pomysły. Wszelkie uwagi są oczywiście jak najbardziej pomocne. Opowiadanie poprawiłem (w moim mniemaniu przynajmniej), przepraszam, że trwało to tak długo!

Nowa Fantastyka