- Opowiadanie: Pieknykapec - H4CK3D

H4CK3D

Cześć, jestem tu nowy, a to moje pierwsze opowiadanie :). Zapraszam do lektury. 

A, i ten... Dziękuję Cherubinkowi i giorkosowi. Zrozumieją.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

H4CK3D

Środa 24 maja 2049

Mam dosyć swojego dotychczasowego życia.

Nazywam się Darek i jestem hakerem. Tak, Darek. Wiem, rodzice mnie skrzywdzili. No ale nie będę im miał tego za złe, szczególnie po tym co ich spotkało. A gdzie nazwisko spytacie. Miałem kiedyś jakieś, nawet nie pamiętam dokładnie jakie. Nie używam go już od wielu lat, tak jest po prostu bezpieczniej. Po imieniu zresztą i tak nikt do mnie się nie zwraca. Szczu70, Mx$$, 2a5cio– to przykładowe z moich pseudonimów. Hakerem jestem od jakiegoś dwunastego roku życia. A, no a aktualnie mamy rok 2049. Nie wspomniałem o tym, a to przecież bardzo ważne. Mam razem na wszystkich kontach w banku jakieś 830 000 000 000 złotych, co czyni mnie według aktualnego rankingu Borfes najbogatszym człowiekiem na świecie. Oczywiście mnie na nim nie ma, tylko w porównaniu z innymi konkurentami wychodzi taki wynik. Prawdziwi bogacze nie upubliczniają informacji o swoim majątku, przez co nie jestem taki pewny swojego miejsca na tej liście. Chociaż mam tyle pieniędzy, dotąd nic z nimi nie robiłem. Mieszkam z rozwalającej się kawalerce w Płocku w Polsce. Chociaż właściwie nie wiem czy to już nie inne państwo, nie interesuję się polityką w najmniejszym stopniu, a wiem, że moja “ojczyzna” miała w ostatnim czasie spore problemy.

Wyszedłem z domu ostatnio jakiś rok temu, kiedy montowano kolejne zabezpieczenia przed wejściem do mojego mieszkania. A wiedzcie, że było to bardzo trudne. W końcu po tylu latach miałem ich trochę. Rozejrzałem się trochę po okolicy, kupiłem za trochę dosyć zapomnianych już fizycznych monet kebaba i wróciłem. Było to maksymalnie niebezpieczne, dlatego planowałem tego więcej nie powtarzać. No ale oczywiście mój chyba najbliższy znajomy, Xavier, chciał mi w tym przeszkodzić. Też jest hakerem, ale jakoś zawsze to ja zawsze musiałem go wyciągać ze wszystkich kłopotów. Zazdrościł mi mojego majątku, chociaż ja nie czułem się z nim lepszy. Chciałbym tylko mieć za co żyć, a to, że tych środków uzbierało się trochę więcej to już nie moja wina. No więc mój “kolega” zachciał podróży i zamieszkania w Rio. Oczywiście na mój koszt. Z początku oczywiście odmówiłem, ale później pomyślałem, że jakaś zmiana chyba mi nie zaszkodzi, chociaż jest to oczywiście maksymalnie niebezpieczne. Termin wyjazdu jest już jutro. Wynajęliśmy jakąś firmę transportową, podobno jedną z tych “ceniących sobie prywatność”. Postanowiłem pisać dziennik, może będę sławny i go wydam. Na e-papierze go tworzę, przy przynajmniej wzrok mi się bardziej nie popsuje. Aktualnie mam wadę -11 na lewe i -10,5 na prawe oko. Nie jest to jakiś koniec świata, ale z tej firmy z której zamawiam okulary już te są najmocniejsze. To chyba pierwszy raz od wielu lat gdy wieczorem nie sprawdzam wiadomości. Skoro zmieniam swoje życie, to chyba to można już sobie odpuścić. Leżę na swoim rozwalającym się łóżku i za chwilę pewnie pójdę spać. Godzina jest 22:48. Mam nadzieję, że ten dziennik to codzienne będę uaktualniał. Idę już spać, pewnie i tak nie będę mógł zasnąć. Ciekawe co mnie jutro czeka…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czwartek 25 maja 2049 

Aktualnie lecę samolotem z moim kolegą Xaviem do pierwszego z celów naszej podróży. Jest nim miasto Han…

-Hej, ziomek, co tam skrobiesz? – powiedział Xavie.

-O matko… A co cię tak jakby interesuje? – odpowiedziałem.

-Nawet już się zapytać nie można? Takie ładne widoki są za oknem, nieprawdaż?

-No właśnie nie bardzo.

Zawsze musi się odzywać kiedy tego nie chcę… Kiedyś widziałem w internecie taką myśl, że jeśli przyjaciel cię denerwuje, to po prostu zerwij z nim znajomość. Była to po prostu kolejna bezsensowna próba wyżebrania lików i polubień, a poza tym w tym wypadku sprawa nie jest taka prosta. Xavie zna jedno z moim najcenniejszych haseł– do poczty McaZZ. Mam na niej kontakt z paroma ważnymi osobami, więc w ostateczności będę musiał przynajmniej udawać, że go lubię. 

Dobra, tak więc tym miastem jest Hanower w Luksemburgu. Odkąd ten mały kraj postanowił znacznie poszerzyć swoje granice o całą Holandię oraz Belgię i dużą część Francji i Niemiec, miasto straciło swoją dawną świetność. Mimo tego mamy tu małe lotnisko samolotów osobistych. I to jest naszym celem.

Rano wstałem, założyłem swoje w miarę nowe i ulubione ubrania. Następnie umyłem się pod swoim niby–prysznicem. Nie ponoszę za to właściwie żadnych rachunków, zrobiłem tylko dziurę w rurze sąsiadów i kupiłem prosty mechanizm by kontrolować jej wypływ. Później skorzystałem z toalety. Znajduje się ona zaraz obok prysznica. Dobrze, że od czasu wybudowania tego budynku praktycznie nikt poza mną tu nie wchodził. Nie jest to zbytnio kulturalne ani higieniczne, ale dla mnie to jakoś bardzo ważne nie było. Dalej zacząłem się pakować. Jakiś tydzień temu zacząłem zgrywać z komputerów najważniejsze dane. Stacje robocze miałem trzy. Pierwszy– główny, codziennie to jego pierwszego włączałem. Procesor taktowany 40 GHz, model FS 616L. Nie jest z najlepszych dostępnych na rynku, ale lepszy miałem na drugim PC. Karta graficzna za to jest naprawdę słaba. Model XYA View 8t pozwala tylko na użytkowanie w 4K z raytracingiem, ale i tak czasami zamulała, kiedy chciałem zrobić coś bardziej wymagającego. Monitor 125 cali, 32K z SES (Super Edges Smoothing), trochę zagięty, ale bez przesady, dawno nie grałem w żadne gry. Pamięcią zajmował się eksperymentalny dysk ZUB firmy Hepo, model X1 o pojemności 5 PT. Po czasach panowania SSD wraca moda na bardziej pojemne, ale wolniejsze nośniki. Na nim z wszystkimi załatwiałem interesy, ale do ataków używałem zwykle używałem drugiego. Z niego miałem większość tego zgrywania, do dzisiejszego poranka wszystko się kończyło. Na drugim miałem dużo mniej danych, za to lepiej jego specyfikacja się prezentowała.

-Ej, panie kierowco? Kiedy jakaś przerwa na rozprostowanie nóg? – powiedział Xavie.

-Proszę pana, przypominam, że regulamin firmy nie pozwala mi na kontakt z klientami – odpowiedział kierowca.

-Proszę, siedź cicho… – powiedziałem temu lamusowi.

Ja nie mogę… Za jakie grzechy? Wracając– procesor FS 620X taktowany 65 GHz. Karta graficzna Image Y6VR. Jak nazwa wskazuje, zrobiona z myślą o VR z którego ja nie korzystam, ale kompatybilna jest też z resztą ekranów, a w tej kategorii też jest jedną z lepszych. Płyta główna FS MotBoa wydana specjalnie dla takich maniaków sprzętu jak ja. Posiada chyba wszystkie porty używane w przeciągu ostatnich dwudziestu lat. Dysk mam HDD, chociaż sam bardzo hejtowałem by Hepo nadal je wydawało. No ale co– nie ważne. Monitor SLK 00 jest z najwyższej półki. By go zdobyć włamałem się na stronę sklepu, bo wtedy akurat chciałem przyoszczędzić na coś innego. Technologie Super Edges Smoothing, Maximus Vivid Colors, Super Panoramic Pictures i jeszcze kilka niewiele znaczących dla przeciętnego zjadacza chleba nazw. Przekątna wynosi 100 cali, a rozdzielczość 16K. Z niego za dużo nie kopiowałem, tylko kilka programów oraz wszystkie hasła i adresy.

Trzeci komputer jest dla odmiany przenośny. Czasami chciałem “popracować” (czytaj– poczytać jakieś pasty) w łóżku, jak zniszczone by ono nie było. Model OB 8 był bardzo popularny, ponieważ był to pierwszy laptop w pełni kwantowy mimo, że specyfikacja jakoś nie zachwycała, a cena nie była bardzo niska. Z niego to akurat nic nie kopiowałem. Zaraz przed wyjściem zjadłem jedną z tych gotowych zupek, ta miała smak serowy. Lecimy już jakieś pół godziny, będziemy pewnie za dwukrotność tej drogi. Odkąd państwa zaczęły zmieniać prawo drogowe pod samochody latające, wszystkie podróże stały się dużo krótsze, ale i tak droga trochę trwa.

Dobra – a po co my w ogóle lecimy do tego Hanoweru? Tak się składa, że aktualnie z żadnego miejsca w Polsce nie ma lotu do Brazylii. Najbliższy jest dopiero 700 kilometrów od mojego miasta. Przypominam, że mamy dwudziesty pierwszy wiek. Tragedia. No ale trudno– kiedy już będziemy na miejscu wejdę do mojego nowego domu. Będziemy mieli je koło siebie, chociaż nie wiem po co. Jakbym za mało go nie cierpiał. Majątek też będziemy mieli wspólny, z czego 75% jest moje. “Pracować” ani robić kolejnych ataków już nie będziemy. Odliczając podatki, czynsz, służbę oraz jakieś tam jeszcze bzdety (od tego będziemy mieli ludzi) przyjmując, że będziemy żyć 80 lat do końca życia byśmy mogli wydawać jakieś 100 milionów. Dziennie. No ale przynajmniej ja mam zamiar coś tam odkładać na wypadek, gdyby jakiś bym długowieczny się okazał. Chociaż to mało prawdopodobne, ciągle jakieś nowe zarazy z Afryki czy Azji wybuchają. Niby chcę zmienić swoje życie, ale i tak przez pierwsze kilka lat nie będę za dużo wychodzić. Muszę poczekać aż chociaż trochę zapomną o moich akcjach. Sądzę, że jeszcze 30 lat temu policja znalazła by mnie bez problemu. Nie mówię, że nie mają gorszy sprzęt czy umiejętności– wręcz przeciwnie. Tylko, że w dzisiejszych czasach mają po prostu za dużo spraw. Ciągle poszukują pracowników, ale nikt nie chce łapać przestępców. Każdy woli łamać prawo. No, albo je ustalać. Jak ja nie lubię polityków. Nie wiesz czy aktualnie jesteś ściganym listem gończym przestępcą, czy może wzorowym obywatelem.

 

 Widzę, że już się Luksemburg zaczął, wszystko w nieznajomym języku widzę jest napisane. Globalizacja internetu bardzo rozleniwiła ludzi co do nauki języków. Ja znam i rozumiem– polski (wow!), angielski (też nic niezwykłego, wiele państw rezygnuje ze swojej regionalnej mowy na rzecz żargonu Szekspira) oraz portugalski. Xavie ma jakąś łatwość w uczeniu się języków, jakoś nigdy tłumaczów nie używał w rozmowach z ludźmi z innych stron świata. Portugalski to on znał już pewnie od niemowlęcia. Mi było bardzo trudno się uczyć tego języka, brzmi momentami bardzo ładnie, a momentami to plątanina głosek. Nadal jakoś dobrze go nie umiem. Pewnie jak będziemy chcieli coś zamówić, albo gdzieś pójść, ktoś mi powie po prostu “dzień dobry”, a ja będę specjalnie iść do Xaviego by zapytać się o co chodzi. Za bardzo mi się to nie uśmiecha. Choć pewnie będzie lepsze od tego co mam teraz. Dobra, na razie mała przerwa. Dzienniki chyba powinno się pisać raz w ciągu dnia, ale nikt mi za to oceny nie postawi. 

 

No dobra, lecimy. Trochę mi się nie chce pisać, nie mam nawet o czym. Ale to chyba lepsze od gadania z Xavim. Wysiedliśmy z samochodu, zapłaciliśmy gościowi i poszliśmy na lotnisko. Ludzi tam oczywiście od groma, nawet jak na to, że dzisiaj czwartek. Zaraz, chyba dzisiaj jest wolne dla Francuzów. To by dużo wyjaśniało. Byłem ciekaw gdzie oni wszyscy idą. My to musieliśmy, ale oni? Na szczęście w naszym samolocie nie ma takiego tłoku. Kiedyś często latałem, rodzice często mnie brali na jakieś wakacje, ale od dziesiątego roku życia chyba nigdzie. Trochę się od tego odzwyczaiłem, mam nadzieję, że nie będę musiał co chwilę chodzić do łazienki. Mimo, że na lotniskach bardzo upowszechniły się roboty mające pomóc trafić do swojego samolotu, przez godzinę szukaliśmy naszego. No, ale w końcu jesteśmy. Chyba już nie będę pisał, bo za chwilę mi się niedobrze zrobi… No nie wierzę.

 

Jakiś głupek z bronią wyszedł na środek i żąda zawrócenia samolotu w inną stronę. Ech… Trochę to pewnie opóźni nasz lot. Słyszę, że ktoś zemdlał. Muszę po prostu nie zwracać na siebie uwagi i będzie dobrze. No ale oczywiście Xavie już krzyczy.

-O matko! Szaleniec! Darek, co robimy!?

-Cicho bądź…

Koleś mówi, że jeśli damy mu wszystkie nasze pieniądze, będzie po sprawie. W naszym wypadku jest to trochę trudne. 

-Ty, co ty tam piszesz? Oddawaj! – powiedział ten koleś.

 

No i oddałem. Lamus. W chmurze wszystko miałem. Jednak swojego ebooka chyba już nie odzyskam. Gdzieś tam lecimy w innym kierunku; ktoś mówił, że do Palermo. Nawet by pasowało, gość ma taki Włoski akcent. Teraz piszę na starym telefonie, trochę niekomfortowe, ale i tak za chwilę skończę. O, coś się dzieje.Jakiś facet próbuje zaatakować porywacza. No i brawo– zabił go. Znowu słyszę, że ktoś zemdlał. Mężczyzna miał około pięćdziesięciu lat, łysy, nie za wysoki. Ktoś musi wreszcie wziąć sprawy w swoje ręce. 

-Hej, Darek, a może byś tak się włamał do samolotu i zmienił tor lotu?– zapytał się po cichu Xavie.

-Hmmm… Tylko żeby mnie nie zauważył.

Dobra, czas zacząć. Xavie tym razem wykazał się inteligencją i nawet nie musiałem mu mówić wprost by odwrócił uwagę Włocha. Poszedł na środek i zaczął się o coś go wypytywać. Tylko by go nie zabił, ani nic. A ja zobaczę jak sprawa z samolotem. No proszę. Główny komputer połączony z bazą internetem "Air NET #56". Chyba nie spodziewali się żadnego włamania. Do tego zabezpieczenia chyba sprzed pięciu lat. Łatwizna. Zakładam tak samo nazywającą się sieć i zdalnie się łącze. 

Teraz był trudniejszy moment, więc przez chwilę nie pisałem. Musiałem znaleźć program, który odpowiadał za lot. Po kilku chwilach doszedłem do tego który to, ale najpierw się musiałem pomylić. Dobra, teraz prosto, zmienić kurs. Piloci siedzą sobie w końce i się boją o swoje życie, a ja tu odwalam za nich całą robotę. No i proszę, znowu lecimy do Brazylii. O nie, ostro zawracamy.

-Co to było? – zapytał porywacz.

-Nie wiem, być może samolot zauważył jakąś przeszkodę – odpowiedział jeden z pilotów.

-E, ty! Idź zobacz czy nic tam nie ma – powiedział Włoch do jakiejś kobiety.

O nie. Mam nadzieję, że nie zauważy, że lecimy do Rio. Być może kobieta jest tez tak głupia, że sama to zobaczy na wyświetlaczu i mu to powie. Popatrzyła tam trochę i idzie znowu do tymczasowego zleceniodawcy. 

-I co?

-Jakiś inny samolot był, nie wiem jakiej linii. 

-Dobrze, możesz usiąść.

Skłamała. Nieźle, czyli nie tylko ja jestem ogarnięty na tym świecie. Tylko co zrobimy na miejscu. Została jeszcze jakaś godzina lotu, a gdybyśmy lecieli do Parmy zostało by pewnie jakieś dziesięć minut. Zorientuje się. Nie ma na razie o czym pisać, kończę na razie. 

 

Piątek 26 maja 2049

Czemu wczoraj już nic nie pisałem? Jakieś dwadzieścia minut po zmianie kursu porywacz zaczął coś podejrzewać. Zauważyłem, że przez kilka minut podejrzliwie patrzył za różne okna, tak jakby nie poznawał swoich rodzimych stron. W końcu wbiegł szybko do kokpitu i zobaczył gdzie lecimy. Następnie wściekły wybiegł do pasażerów i strzelił w tamtą kobietę co skłamała, że tylko ominęliśmy inny samolot. Nawet przez chwilę mu nie przyszło do głowy, że może po prostu dziewczyna się pomyliła i nie zauważyła zmiany kursu. Nawet nie pomyślała, że przecież to nie ona zmieniła kurs. Po prostu ją zastrzelił. Następnie powiedział pilotom, że mają natychmiast lecieć do Parmy, bo inaczej własnoręcznie rozbije samolot. Mimo iż wiedzieli, że jest to raczej nie możliwe widzieli, że nadal ma w ręce pistolet. Posłusznie zmienili kurs na Włoskie miasto i lecieli przez pewien czas właśnie w tamtym kierunku. Wiedzieli jednak, że kompletną głupotą jest, że już trzeci raz zmieniamy kierunek i tym sposobem nigdzie w końcu nie dolecimy. Było coraz bliżej wieczoru (ponieważ lecieliśmy teraz na wschód), a jak wiadomo w nocy Słońce raczej nie ładuje baterii słonecznych.

W końcu działać zaczął jednak prawdopodobnie najmłodszy pilot. Po tym akurat nie spodziewałem się żadnej reakcji, a jednak. Nagle skoczył na Włocha i przewrócił go na podłogę. Porywacz natychmiast zareagował i zastrzelić młodego pilota. Jego współpracownicy mieli jednak trochę oleju w głowie i wykorzystali sytuację nieuwagi Włocha i ogłuszyli go. Nieprzytomnego przywiązali zapasowym pasem do fotela. Spotkało się to oczywiście z entuzjazmem pasażerów. Ja tam nie lubię na siebie nigdy zwracać uwagi, ale Xavie za to wywyższył naszych zbawców gorącymi oklaskami. Niech to robi, co mi do tego. Było już kilka minut po osiemnastej, więc było już bardzo blisko do zachodu słońca. Centrala powiedziała z tego powodu pilotom, że mają awaryjnie lądować w Rabacie, w stolicy Maroko. Linie lotnicze wysłały do każdego z uczestników lotu oficjalnego maila z przeprosinami za zaistniałą sytuację. Mi pewnie też wysłali, jednak adres który podałem podczas rezerwacji lotu już dawno nie istnieje. Usunąłem go, jakby ktoś jeszcze nie zrozumiał. Tak więc poszliśmy do hotelu w centrum miasta, gdzie linie lotnicze wynajęły pokoje dla uczestników lotu. Ładny budynek, nie za wysoki, cały ze szkła. Wszystkie bagaże udało mi się zmieścić w małej walizce, Xavie ma tego oczywiście więcej. Ja poza laptopem i paroma innymi przydatnymi sprzętami wziąłem tylko kilka bardzo starych ubrań. W recepcji było bardzo ładnie i schludnie jak na standardy hotelowe jakie zapamiętałem z dzieciństwa. Poprosiłem Xaviego by zapytał się organizatora lotu o klucz do pokoju. On powiedział, że trzeba podejść do pani z recepcji i się zarejestrować. O nie pomyślałem. Ja to będę musiał zrobić. Od bardzo dawna nie rozmawiałem z nikim twarzą w twarz, z resztą co jeśli ktoś mnie rozpozna? 

-Dzień dobry – powiedziała recepcjonistka.

-Dzień dobry… – odpowiedziałem niepewnie.

-Imię i nazwisko?– kobieta nie zdawała się za bardzo na mnie zwracać uwagi.

-Edgar Dudek… Na jedno konto z Wyszesławem Zającem – odpowiedziałem oczywiście wymyślonymi imionami.

-Dobrze. Pokój nr. 313. Na telefonie w aplikacji się panu odblokował. Jakby czegoś pan potrzebował proszę przychodzić.

-Ok.

No i taka postawa mi się podoba. Bez zbędnego zaczepiania, czy pytań o rodzinę. Poszliśmy więc do pokoju. W windzie przeczytaliśmy, że nasz pokój jest na dziesiątym piętrze. Tak więc pojechaliśmy. W środku windy było dwóch facetów, wyglądało na to, że wycieczka firmowa.

-Przepraszam, czy mógłbym zmniejszyć temperaturę? Ciepło tu jak w piecu.– powiedział jeden z nich.

-Jasne.-odpowiedziałem jak najszybciej.

Kurcze, czemu tak wszyscy muszą się do mnie odzywać? Jakby nie mieli własnych spraw. Tak więc później poszliśmy do pokoju i jesteśmy w chwili obecnej. Ja piszę, a Xavie sie rozpakowywuje. Ja nie wiem po co on tego tyle nabrał. Chyba mieliśmy opuścić stare życie, po co więc brać rzeczy je przypominające? Widzę teraz, że ma ze sobą pluszowego misia, później podręczny rzutnik i jakąś przejściówkę. Mamy tyle kasy, czy nie mógłby sobie tego po prostu kupić? 

-Xavie, czy możesz mi powiedzieć po co wziąłeś tyle rzeczy? Na przykład tego misia?

-To pamiątka po moich rodzicach. Przecież dobrze wiesz, że tak samo jak twoi zginęli. Kupili mi go gdy miałem kilka lat.

-Ale przecież gdybyśmy musieli uciekać i tak tego ze sobą nie weźmiesz!

-A ty tylko o jednym! Gościu, ty masz jakąś obsesje, przecież nikt nas nie będzie ścigać!

-To ty masz problem! Jak zawsze za ciebie wykonywałem całą robotę podczas włamań! Ciebie to nie mają powodu szukać, ale ze mną jest inaczej! Nic o tym nie pomyślałeś?

-Kurde, skończmy już, w końcu ktoś do nas tu wejdzie kiedy będziemy się dalej drzeć.

Tu miał akurat racje. Ale i tak nie wkurza. Już nic chyba nie będę jeść, chociaż umieram z głodu. Pójdę się tylko umyć i już pójdę spać. Łazienka nie jest za duża, ani nie widać tu zbyt dużo udogodnień. Ale spokojnie, pisałem już przecież jaką ja miałem u siebie łazienkę. Widzę tu jedynie system nagłośnienia by puścić sobie podczas kąpieli jakąś muzykę. Chętnie bym posłuchał którejś z moich playlist, jednak Xavie nie w nastroju (co często się nie zdarza), poza tym on lubi zupełnie co innego niż ja. Ja preferuję ogólnie mocną muzykę, jakoś mnie po prostu odpręża. Xavie za to słucha Threadu, całkiem nowego gatunku wywodzącego się z k-popu i elektroniki. Czyli najgorsze co może być. Śpiewają tak wysoko jak to możliwe, a komputerowe dźwięki to zwykle piski i trzaski nie do zniesienia. Ja tam się przed nikim nie chwalę tym co słucham, ale Xavie prawie codziennie do mnie pisze z informacje o nowych utworach jego ulubionych wykonawców. Nie do zniesienia. Dobra, to na razie kończę, to trochę dziwne, że piszę z toalety.

 

Sobota 27 maja 2049

Chyba się uzależniam od pisania. Jest godzina szósta, a ja już wstałem i tworzę swoją książeczkę. Jako że Xavie jeszcze śpi powinienem napisać chyba coś o swojej przeszłości, bo na razie opisuję tylko jak wchodzimy do windy. Nie. Najpierw pójdę na śniadanie. Akurat od szóstej jest otwarta stołówka. No i fajnie. Mam nadzieję, że mam ją w ogóle wliczoną w bilet. Nie mam przy sobie nic do jedzenia, choć teoretycznie mógłbym je po prostu kupić. Wezmę ze sobą telefon, choć mniej przyjemnie się na nim pisze, ale zobaczę jakieś wiadomości.

Na szczęście pasażerowie naszego samolotu mają posiłki za darmo. Uf… Widać prosty szwecki stół, na którym postawione są różne produkty. Jest ich na razie dużo, ponieważ jest wczesna godzina. Zjem sobie Tacu Tacu, bardzo je uwielbiam. To taka peruwiańska potrawa, ryż z mięsem w sosie salsa. Uwielbiam, tak się składa, że w mojej okolicy była południowo-amerykańska knajpa z której zawsze zamawiałem jedzenie. Poza tym biorę sok multiwitamina oraz kanapkę z serem jakby się okazało, że już dzisiaj startujemy. Niby zawsze jest barek w samolotach, ale nigdy nic nie wiadomo. Może znowu wyskoczy jakiś szaleniec i będzie chciał lecieć do Włoch.

Dobra, zobaczmy co tam w świecie. Otwieram aplikację "Your Own News". To chyba moja ulubiona, ponieważ na razie nie widzę tu żadnej propagandy i nie podsuwania mi nieprawdziwych wiadomości. Pierwsze co widzę to "Oficjalna premiera Abady 8X!". A, no tak. To ten telefon z Nigerii, nawet niezła specyfikacja jak na cenę. Tylko kurczę– on wygląda dokładnie jak cała reszta smartfonów z tego roku. Zauważam taki cykl– co mniej więcej dziesięć lat wszystkie telefony robią się do siebie bliźniaczo podobne. A za kolejne dziesięć lat producenci dostają olśnienia i mają wiele pomysłów na produkty. Ja niestety żyję w tym pierwszym okresie. Dobra, dalej. "Super Miner 2050– recenzja". Yyy… A przepraszam, kogo to interesuje? Kurcze, kiedyś szukałem jakiejś gry z tej serii, ponieważ podobno było tam jakieś nawiązanie do mnie jako hakera i dlatego ją kupiłem. No i teraz widzę tego konsekwencje, pewnie jeszcze długo będę zalewany takimi newsami. Niżej widzę "Wielki sukces płyty "Backpack" Loosed Lemons". O jejku, uwielbiam ten zespół. Chyba jedyna jeszcze grająca kapela punkowa, która jest naprawdę fajna. Jeszcze tej płyty nie słuchałem, jakoś zapomniałem. "No ale jak to zapomniałeś? Przecież sam mówiłeś, że lubisz ten zespół!". A no widzicie, jednak można zapomnieć. Dobra, zjadłem, to teraz wracam do pokoju. Ciekawe czy Xavie się obudził. Czy to nie jest dziwne, że cały czas jedzenia pisałem, a teraz idę do pokoju i też jedną ręką stukam w klawiaturę? 

-Dzień dobry! Przeprowadzamy wywiad z pasażerami samolotu, żeby stworzyć artykuł o ataku terrorysty. Helen Evans, Fastnews.com – powiedziała po angielsku reporterka.

-Przepraszam, spieszę się – odpowiedziałem.

-Na pewno? Tylko dosłownie jedno zdanie…

-Nie, przepraszam, chcę przejść.

-Proszę… Nalegam!

Reporterka nadal nie chciała przejść, więc musiałem uciec. Mimo iż nie jestem bardzo gruby (tak około sześćdziesięciu pięciu kilogramów), to za bardzo biegać nie umiem. Mimo tego spróbowałem jak najszybciej koło niej przejść. I chyba zrozumiała aluzję, bo dalej już mnie nie napastowała. Teraz jestem już koło pokoju. Pewnie będę już w nim siedzieć do obiadokolacji chyba, że Xavie znowu mnie będzie chcieć gdzieś wyciągnąć. 

-Siem… Xavie co tu się dzieje? 

No nie wierzę, puścił na całą głośność ten swój Thread. Jak ja tego nie cierpię…

-Wyłącz to! Ogłuchnąć można!-powiedziałem.

-Czemu? Nie podoba ci się?

-Oboje wiemy, że dobrze wiesz, że nie. Tobie nie przeszkadza?

-Nie. Właśnie się umyłem. Co jest na śniadanie?

-Nie zmieniaj tematu.Wyłącz to.

-A ty też możesz słuchać swojej muzyki. Czy ja ci zabraniam?

-Gościu, wczoraj chciałem, ale specjalnie pomyślałem o tobie i nic nie puściłem!

-Przestań w ogóle ciągle pisać! Nawet porozmawiać już z tobą nie można, bo ciągle stukasz w telefon! A może ty piszesz służbom o naszym położeniu?

-O! Nagle cię to interesuje? Będę pisać kiedy mi się będzie chciało, rozumiesz?

Mam już dosyć jego ciągłego czepiania się. Ale w jednym miał rację. Za dużo piszę, na dziś chyba koniec.

Tak, wiem, na dzisiaj miał być koniec. Ale stało się coś dość dziwnego. Po kłótni Xavie poszedł na śniadanie, a ja zostałem sam w pokoju. Postanowiłem gdzieś pójść, bo jeśli bym został, to pewnie bym znowu zaczął pisać. A tego byśmy nie chcieli. Tak więc przeszedłem się zobaczyć co tam mają w tym hotelu. Korytarz z pokojami jest strasznie długi, dlatego budynek nie był tak wysoki biorąc pod uwagę ile osób w nim może być w nim zakwaterowanych. Zjechałem na sam dół, czyli tam gdzie jest recepcja. Na szczęście nie siedziała tam już ta kobieta co wczoraj. Nie wiem czemu, ale trochę się jej bałem. Przez dużą przeszkloną ścianę zauważyłem, że jest dziś dość słoneczna pogoda, jak pewnie zawsze w Afryce. Na dworzu jakiś czarnoskóry kierowca zatrzymał ciężarówkę, z której wyszedł białoskóry mężczyzna nosząc jakąś paczkę. Po jednej stronie pomieszczenia stało dwoje drzwi, z napisami po arabsku. Wziąłem telefon, włączyłem translatora i najechałem aparatem na te tabliczki. Na pierwszej było napisane "dyrektor", a na drugiej "basen". Trochę dziwne miejsce na pływalnie, tak koło gabinetu dyrektora, no ale co poradzić. Ani tu, ani tu nie miałem zamiaru wchodzić, więc zawróciłem i poszedłem sprawdzić co jeszcze kryje ten budynek.

Po drugiej stronie, gdzie powinno być wejście do kolejnego pomieszczenia, nie było przejścia, ponieważ była rozwieszona płachta. Chyba jest tam jakiś remont, czy coś w tym stylu. Pojechałem windą na pierwsze piętro. Szczerze chyba preferuję schody, szkoda, że ich tu nie ma. Wiem, wiem, windą jest dużo szybciej, szczególnie przy dużych wysokościach. Schody są jednak lepsze kiedy chcesz np. dostać się na jedno piętro wyżej (jak ja wtedy). A z windą to trochę dziwnie, tak wsiadać i wysiadać co minutę. Ale mimo to tak zrobiłem. Na każdym piętrze jest 50 pokoi, razem 400, czyli osiem pięter. Na pierwszym nie było kompletnie nic, same pokoje.Kolejne piętro miało jakiś pokoik dla dzieci, strasznie głośno tam. Nie rozumiem, czy rodzice aż tak nie lubią swoich dzieci, że muszą je podrzucać innym? Powinni je chyba sami wychowywać, a nie pozwalać by inni mieli na nie wpływ. Przynajmniej do jakiegoś wieku. Na najwyższe piętro nie chciało mi się po prostu już wjeżdżać, więc wróciłem do naszego pokoju by się zapytać Xaviego czy ma jakieś specjalne plany na dzisiaj. A co zobaczyłem? Xaviego czytającego mój "dziennik".

-Xavie, co ty robisz! Czy pozwoliłem ci zaglądać w moje rzeczy? – Zapytałem się.

-Stary, ty naprawdę tak o mnie myślisz? – Odpowiedział.

-O co tym razem ci chodzi?

-Oto co napisałeś o mnie. Czy naprawdę postrzegasz mnie jako kompletnego palanta?

-Szczerze czasami tak. Na przykład teraz– jeszcze raz się pytam, czemu czytasz moją książkę?

-Koleś, spokojnie. Usiądź, chciałbym wiedzieć co o mnie sądzisz. Zawsze tylko gadaliśmy o planach kolejnych ataków, może jeszcze o jakiś komputerach. Ale nigdy nie rozmawialiśmy o czymś głębszym. Chciałeś ty w ogóle polecieć ze mną do tej Brazylii?

-Gdybym nie chciał to bym nie pojechał. O co ci w ogóle chodzi?

-O nic. Sam zapłaciłem za bilet. Czemu napisałeś, że to podróż za twoje pieniądze?

-A co? To niby ty kupiłeś nam posiadłości za kilka milionów?

-Przecież dobrze wiesz, że nie miałbym na to pieniędzy. Zawsze po atakach ty zabierałeś prawie całą kasę.

-Bo ty nic nie robiłeś!

-Zapłaciłem tyle ile mogłem. Nie więcej, nie mniej. Byłem pewien, że jesteśmy przyjaciółmi, dlatego nasze pieniądze będą wspólne. 

-I nimi jesteśmy.

-Teraz nie jestem taki pewien. Może gdzieś się dzisiaj przejdziemy, by się uspokoić. 

-No nie wiem. Może, ale czy nie będziemy mieli dzisiaj lotu?

-Na śniadaniu zapytałem się naszego rezydenta. Startujemy jutro rano, więc spokojnie możemy się przejść do centrum. I uprzedzając pytanie– nikt cię nie zdemaskuje. 

-Dobra, już dobra, człowieku beztroski.

Ta rozmowa zrobiła na mnie duże wrażenie. To że prawie ze sobą nie rozmawialiśmy było w stu procentach prawdą. Wcześniej robiłem już włamania z innymi osobami. Wyglądało to tak: znajduje zainteresowanego gościa na jakimś forum (oczywiście ja i on nie piszemy tego wprost), robimy atak, a później udajemy, że się nie znamy. Za to Xavie ciągle drążył temat, wysyłał do mnie jakieś linki do piosenek, pytał kiedy kolejne włamanie itp… No aż w końcu dowiedział się mojego hasła McaZZ, więc już tak go nie mogłem po prostu spławić. No i tak w końcu wyszło, że zostaliśmy kolegami, przynajmniej on tak sądził. Ja za to ciągle się przejmowałem tylko tym głupim hasłem, a wychodzi na to, że pewnie teraz nawet mi nie będzie potrzebne. Tak więc poszliśmy do centrum miasta zobaczyć czy jest tu może coś ciekawego. Było dość ciepło, około 30 stopni, normalna temperatura dla tego miejsca. Chociaż globalnemu ociepleniu udało się w dużym stopniu, nadal skutki wieloletniego powiększania się ilości dwutlenku węgla w atmosferze. Nawet w centrum miasta było dość pusto. Co prawda było tam kilka dość dużych wieżowców, których bym u siebie w Płocku nie zobaczył, ale było z nie wiem, cztery? Jak stolicę dość bogatego państwa trochę słabo. Mieści się w nich kilka w miarę znanych firm, na czele z Leafood Corporation, produkującą jakieś opakowania do żywności. Poza tymi kilkoma budynkami, reszta miasta składała się z tradycyjnych domów zwykłych ludzi oraz jakiś ośrodków religijnych.

Na początku dla mnie było trochę nudno, właściwie nie widziałem co mam ze sobą robić. Aż w końcu Xavie pobiegł w jakimś kierunku coś tam krzycząc (właściwie dotąd nie wiem co), więc musiałem go gonić. Zatrzymał się przy jakimś niedużym sklepie, trochę się wyróżniającym ze względu na dużą szybę, przez którą można było zobaczyć wnętrze. 

-Xavie, po co tu pobiegłeś? – Zapytałem się.

-Przecież to oficjalny sklep Nakamy!

-Jeszcze raz, czego?

W tym momencie właściwie sobie przypomniałem o co może chodzić, ale pozwoliłem Xaviemu opowiedzieć to własnymi słowami.

-Przecież to moja ulubiona manga, nie pamiętasz? Chyba nawet czytałeś kiedyś, mówiłeś przecież…

-No tak pamiętam. Mi się jakoś nie spodobała, ale szanuję twoje zdanie. 

-Żartujesz?! Przecież jest cudowna! Te postaci, piękne rysunki oraz ten narrator… Nie wiem jak ty, ale ja sądzę, że to arcydzieło.

No tak, miałem rację, że sam to inaczej przedstawił. Ja pewnie bym użył więcej słów w stylu "nuda" i "tragedia". 

-No dobra, ale co w nim takiego niezwykłego? – Znów zapytałem.

-To że nie sprzedają nic w internecie. Tylko stacjonarki, kapujesz? – przestał na chwilę mówić – Wiem że pewnie to dla ciebie nic takiego, więc idź gdzieś indziej, później się znajdziemy.

-Dobra.

Tak szczerze to wcale nie chciałem nigdzie iść. Nie że chciałem być w tym sklepie, ale gdzie ja kurcze miałem iść sam?! Często zgadzam się w realu na coś czego wcale nie chcę. Dobrze że jeszcze nie wziąłem ślubu. Tak więc poszedłem przed siebie, w jakiś większe zbiorowisko domków, mając nadzieję, że też znajdę coś dla siebie tak jak Xavie. Przez pierwsze dziesięć minut szedłem po prostu przed siebie i nie widziałem nic ciekawego. Zastanawiałem się wtedy czy Xavie już mnie szuka, ale pomyślałem, że przecież by do mnie zadzwonił. Tak więc szedłem dalej przed siebie, tak przez pół godziny. Stanąłem w końcu przed jakimś sklepem ze starą elektroniką, pomyślałem, że może wejdę, może być ciekawie. Lecz najpierw zadzwoniłem do Xaviego. Początkowo nie odbierał, lecz akurat gdy chciałem schować telefon do kieszeni on zadzwonił. No ma wyczucie chłopak, nie powiem. 

-Xavie, co ty tam robisz?

-Słucham, ale gdzie? A… Już prawie kończę, nakupiłem się trochę.

-Dobra, spoko, to ja jestem w sklepie jednym. Wyślę ci lokalizację. Xavie, a powiesz mi skąd ty masz na to wszystko pieniądze?

-Spokojnie, dirhamy nie są takie drogie jak pewnie sądzisz. Luzik, nic na mnie nie będziesz musiał wydawać, jeśli o tym myślisz.

-To spoko, cześć.

Rozłączyłem się. Kiedy trzymałem komórkę w ręku miałem przez chwilę ochotę znowu zacząć pisać. Otrząsnąłem się jednak, bo przecież miałem nic nie pisać dzisiaj (no dobra, przynajmniej przez jakiś czas ;)) by sam sobie udowodnić, że nie jestem uzależniony. Tak więc wszedłem do środka. Przywitał mnie widok kultowego laptopa Maximus Touch 1 i od razu wiedziałem, że jestem w domu. 

-Sabah alkhayr! Ma aldhy tabhath eanh? – Zagadał do mnie wąsaty ciemny sprzedawca. Trochę nie wiedziałem co powiedzieć, ale odpowiedziałem po angielsku:

-I'm just looking around for something.

Nie wiem czy dobrze mu odpowiedziałem. Trudno się nie dziwić jak używam zwykle tylko angielskiego z kategorii internetowego żargonu. Zresztą i tak najlepszy jest polski i tylko niego będę używać. Jak już moja niby-biografia zostanie hitem to niech się męczą tłumacze. Tak więc sklep był dość duży, długość około dwóch pokoi, szerokość i wysokość jednego. Po prawej przy wejściu była kasa ze wspomnianym powyżej sprzedawcą. Na środku było pierwsze stoisko na którym stały laptopy (w tym Maximus). Po lewej na ścianie były najróżniejsze smartfony: składane, dotykowe, z klapką, z klawiaturą czy w hologramem (dobrze, że ta moda minęła). Chyba SmartBoard Full, czyli ostatni telefon z klawiaturą. SmartBoard miało być submarką Clayara, włożyli z jego promocję mnóstwo pieniędzy, a wyszła z tego klapa. To znaczy, telefon chyba dobry, ale bardzo słabo się sprzedał. Tak więc wszyscy inni producenci telefonów od 2031 już nigdy nie wrócili do fizycznych klawiatur. Mi się podobał– kompaktowy, ale i ergonomiczny. Chciałem go kupić, ale najpierw jeszcze się trochę rozejrzeć. W tym momencie do sklepu wszedł Xavie.

-Sabah alkhyr. Kan sadiqiun Darik huna?– zapytał się sprzedawcy.

-Nem , hunak. Hal hdha eanh?

-Nem, shukraan.

Do teraz nie wiem jak Xavie tak szybko się arabskiego nauczył. Zapomniałem się go zapytać, ale teraz tego nie zrobię, bo śpi. Ale wracając do wątku– Xavie zaczął mi opowiadać co tam widział i co kupił. Miał całą pełną torbę jakiś figurek, ale po nim to bym się nawet czegoś więcej spodziewał. Na początku nawet słuchałem, ale gdy zobaczyłem taką ściankę z ewolucją pojemności dysków to jakoś przestałem. Wiecie– na górze najstarsze, najmniej pojemne (5 MB), aż po najnowsze (1 lub 2 PB). Wtedy zorientowałem się, że to już koniec tego sklepu. A szkoda, wydawał mi się większy. Też paru rzeczy nie opisałem, ale to dlatego, że nie były zbytnio ciekawe. Poszedłem po tego SmartBoarda, no i kupiłem.

-To co Xavie, wychodzimy?

-Spoko, jeszcze gdzieś się przejdziemy?

-Nie… Chciałbym już wracać. 

Była dopiero czternasta, ale wolałem być już w hotelu. Trzeba przecież było się spakować, jutro będziemy lecieć. Xavie chyba był trochę rozczarowany, ale nic nie mówił, więc chyba jest dobrze. Ogólnie jakoś w tym Maroku bardzo dużo ludzi nie widziałem, ale może tylko nie lubią wychodzić z domów. Tak jak ja. Po powrocie do hotelu, poszliśmy na obiad. Tak samo wszystko leżało na szwedzkim stole, widać było że teraz większym, jednak samego jedzenia było trochę mniej. Widocznie wszyscy się na nie rzucili już o trzynastej. Xavie nalegał bym wziął coś z tutejszej kuchni, więc ostatecznie wziąłem Tadżin. Sam dotąd nie wiem co to właściwie jest. To był taki jakby gulasz, z jakimiś przyprawami i daktylami i jakimś dziwnym mięsem… Dało się zjeść, choć trochę się męczyłem. Popijałem to lemoniadą, też taką nie za bardzo, chyba dodali strasznie dużo cukru.

Xavie wziął dokładnie to samo, tylko że on to wciągnął w jedną chwilę. Po powrocie do pokoju zacząłem się pakować. Skończyłem w jakieś dziesięć minut, za to Xaviemu to chyba zajmie całą noc. No trudno, co poradzić. Jako że nie miałem co robić z wolnym czasem, postanowiłem obejrzeć jakiś film. Tak naprawdę to przez całe życie obejrzałem już chyba wszystkie filmy które by mnie naprawdę interesowały. Ostatecznie wybrałem Kosmiczną Bitwę 8 z tego roku. Ten cykl już był od pierwszej części (jedynej którą obejrzałem) nudny, a co dopiero ósmy epizod. Ogólnie film jest o wielkiej galaktycznej wojnie, a wszyscy bohaterowie są oklepani do bólu. No ale jakoś ten czas musiałem spędzić, szczególnie, że całkiem długi ten film, dwie i pół godziny trwał. Ogólnie bardzo zły nie był, choć mega przewidywalny. Ale jeden nawet taki całkiem zabawny żart był; nie przytoczę teraz, bo wymagałoby to opowiedzenia całej fabuły. A co zacząłem robić później? Znowu pisać. Chyba teraz możecie zrozumieć czemu zerwałem ze swoim postanowieniem? Nawet teraz jest dopiero dwudziesta, kiedy to piszę. Spróbuję może się położyć spać, chociaż jestem pewien, że się mi to nie uda. No ale trudno, co mam niby robić. Xavie już niby skończył się pakować godzinę temu, ale nadal coś tam grzebie w swoich rzeczach. Pójdę się więc umyć i pójdę spać. Dobranoc.

 

Niedziela 29 maja 2049

Czyli dziś jest ten wielki dzień. O dziesiątej lecimy. Patrzę na dzisiejszą pogodę: jest bezwietrznie, około 25 stopni. No i fajnie, samolot będzie mógł wylądować za hotelem, bo jest dużo miejsca. Nie miałbym ochoty iść na żadne lotnisko. Xavie tradycyjnie jeszcze nie wstał (nie wiem o której się wczoraj położył, ale na pewno ja zasnąłem przed nim), więc idę na śniadanie. Nawet nie spojrzałem która godzina, a wyraźnie już późniejsza, bo nawet nie ma gdzie usiąść. No nie wierzę. I co teraz mam robić, stać obok i czekać aż skończą? Jak ja nie cierpię takich sytuacji.Wracam do pokoju, zjem tą kanapkę co wczoraj wziąłem. Być może się już popsuła, ale co z tego. Jadłem już w życiu gorsze rzeczy. W pokoju ciągle śpi Xavie, ja nie wiem, co z nim jest? Ech… Po cichu zaczynam jeść kanapkę. Żółty ser to najbardziej zwyczajny składnik kanapek, więc nie ma o czym tu opowiadać. 

 

Xavie się wreszcie obudził. 

-Elo…– Powiedział zaspany– Znowu piszesz? Że też ci się to nie nudzi… 

-A no widzisz. 

-Czemu nie jesteś na śniadaniu?

-Wszystkie miejsca zajęte. Dlatego jem wczorajszą kanapkę.

-Bleee… Ona nie jest jeszcze spleśniała?

-Nie. 

-Acha. To ja idę zobaczyć, czy już można usiąść. 

Xavie ubrał się i wyszedł z pokoju. No i fajnie. Tylko że ciągle nie mam co robić. Popatrzę trochę przez okno na korytarzu. Tak się składa, że dostaliśmy pokój bez szyby. I nawet dobrze się złożyło, sam w swoim mieszkaniu też okna nie miałem, a w Maroku bardzo świeci słońce. Niby lubię światło, no ale nie w takich ilościach! Wczoraj kiedy wyszliśmy ciężko było mi na dworzu wytrzymać. Zamknąłem więc drzwi i wyszedłem. Okno jest dosyć małe, a do tego muszę się do jego trochę schylić.Wyobrażam sobie jak dziwnie muszę wyglądać wypinając tyłek przy małym okienku w hotelu trzymając w jednej ręce e-booka. No ale co mam innego robić. Zresztą nikt tu nie chodzi. 

 

O matko, ale się wystraszyłem. Jednak ktoś tu chodził. Z tyłu puknął mnie jeden z pasażerów, którzy ze mną lecieli.

-Przepraszam… O jejku, chyba pana nie wystraszyłem. Nigdy pan nie widział takiego hełmu?

Koleś blisko pięćdziesiątki, z DotMR (czyli zestawem mieszanej rzeczywistości firmy Dot) na głowie. Ja rozumiem, że pewnie mu syn kupił na urodziny, ale żeby tak chodzić i wszystkich straszyć?

-Nie, nie… – odpowiedziałem, choć była to oczywiście nie prawda.

-To dobrze. Chciałem się tylko zapytać o której mamy dzisiaj lot.

-O dziesiątej – odpowiedziałem krótko.

-Dobrze, dziękuję. I niech pan się tak nie stresuje ciągle, bo to źle dla takiego młodego człowieka. W samolocie też widziałem, że był pan jakiś spięty. 

Nic nie odpowiadałem. Facet krótko się uśmiechnął i odszedł. To było bardzo dziwne. Tak jakbym miał napisane na czole: ten gość nie chce by nikt z nim rozmawiał, zróbmy mu na złość. Ta krótka konwersacja zniechęciła mnie do dalszego stania na korytarzu. Postanowiłem więc jeszcze raz wrócić do pokoju i przygotować wszystkie rzeczy. Jak już wspominałem mam jedną walizkę, więc długo to nie będzie trwało. Tak sobię myślę, że skoro nudzi mnie jedyny w moim życiu wyjazd do Afryki, to jak mnie wymęczy permanentne mieszkanie w Brazylii? Chociaż w drugiej strony jak przez lata byłem w jednym ciasnym pokoju to jakoś nie narzekałem. Czy jestem dziwny? Z drugiej strony przecież tam miałem ciągle coś do roboty, chociaż sam tą pracę sobie wymyślałem. No nic, mam nadzieję, że będzie dobrze. 

 

Wreszcie lecimy. Tym razem mam nadzieję, że nie wyskoczy żaden facet z bronią. Tego bym nie chciał. Tego by chyba nikt nie chciał. Kiedy skończyłem pisać powyższy akapit, do pokoju wszedł Xavie. Powiedział, że nażarł się za trzy osoby (dziwna uwaga) i także wziął swoje rzeczy. O ile mi było tylko trochę ciężko z moją walizką, to Xaviemu chyba się ręce pomału urywały. Trochę mu zajęło czasu, zanim wziął to wszystko by nie wyglądał jak jakiś pajac. Teraz dopiero pomyślałem, że pod wieloma względami to bardzo starodawny hotel. Słyszałem przecież, że w większości walizki jaką po taśmach, jedzenie jest podawane bezpośrednio do pokoi… Przez to, że byłem ostatnio w jakimś w wieku pięciu lat, po prostu zapomniałem jakie powinny być standardy. Dobra, ale to wszystko będziemy mieli kiedy już dolecimy. Jeśli nam się to uda. Aż chyba poszukam jakiejś gry na telefon, tylko by nie chciała tylko ode mnie wyciągnąć kasy. Patrzę na stronę “Good New Games”, może tam polecają coś ciekawego. Rynek gier w ostatnich czasach jest bardzo dziwny i rozległy – właściwie ciężko już stwierdzić co jest programem, a co samą w sobie grą. Teraz już większość aplikacji ma przyjazny dla każdego laika interfejs, żeby tylko się nie zmęczyć. Kiedy jeszcze się gdzieś włamywałem, cześto szukałem nawet programu trudniejszego w obsłudze od innych, nawet jeśli czasami miał mniej możliwości. Intuicja podpowiadała mi, że tak bezpieczniej. A może po prostu chcę się poczuć lepszy od innych, bo umiem czegoś, czego oni nie potrafią? Nie wiem, więc może zamiast pisać o swoich filozoficznych przemyśleniach, zagram w jakąś grę. O, mam pomysł, zagram w jakiś symulator hakera. Jest ich od groma, ale w żadnego nigdy nie próbowałem. Pierwszy wynik który mi wyskakuje to “Hacker Simulator Tycoon 2049”. Oceny takie sobie, ale często dobre gry mają zaniżone średnie recenzji przez jakiś hejterów. Dobra, no to gram. 

 

Pff… Też mi symulator. I to nie jest wcale tak, że przez to, że pracowałem w tej branży to chciałbym by nie było uproszczeń. Uproszczenia muszą być, ale co to jest? Wektorowa grafika, typowa dla gierki takiej klasy. W ciemnym pokoju siedzi koleś w kapturze, a my mamy tylko klikać. I nic więcej. No dobra, parę razy się trafi mini gierka, ale polega tylko na dopasowaniu trzej klocków czy coś w tym stylu. Panie… Przynajmniej mikropłatności bardzo dużo nie było. Acha, dopiero teraz spojrzałem na wydawcę. ArtisticSoft, ta firma chyba co tydzień wydaje taką samą grę w tym stylu. Coś podejrzanie znajomo wszystko wyglądało. Ale przynajmniej jakoś zabiłem czas. Xavie też coś dłubie w komórce, nie będę mu przeszkadzać. To może skoro będziemy lecieć jeszcze trochę (pewnie godzinę) posłucham muzyki. Chociaż bardzo dużo czasu nie poświęcam na szukanie nowych utworów, no mojej playliście, którą stworzyłem chyba pięć lat temu, jest już, 1256 utworów. Trochę tego jest, posłuchanie całości razem by mi zajęło prawie cztery dni. No więc słucham. Pierwszy utwór jaki mi się włączył to “Leave Him” Lucasa Jonesa. Taka spokojna piosenka indie, z fajną perkusją w tle. Nic specjalnego. Kolejny utwór to "MasterLoser" Loosed Lemons, o którym już pisałem. I to jest naprawdę spoko piosenka, pochodzi z ich poprzedniej płyty. Co najważniejsze-jest oryginalna. Nie będę chyba pisać o KAŻDEJ piosence która będzie leciała, więc spojrzę sobie na newsy. O kurde. 

Kurde. W Brazylii jest wojna. Pierwsze co zrobiłem gdy zobaczyłem tytuł newsa to powiedziałem o tym Xaviemu. On na początku krzyknął z przerażenia, ale po chwili zaczął pytać skąd właściwie o tym wiem. Ja oczywiście odpowiedziałem prawdę, czyli powiedziałem, że chciałem poczytać sobie newsy. Chciał znać więcej szczegółów, więc zacząłem czytać ten artykuł. Chodzi o konflikt z Peru, o złoża ropy naftowej. No i właściwie logiczne– przecież Brazylia to jedno z niewielu państw gdzie jeszcze jest trochę tego surowca (w Polsce na przykład skończył się się już lata temu). W międzyczasie kilku ludzi zaczęło się wypytywać nas (czyli– ja milczałem, Xavie odpowiadał) o szczegóły sprawy (tak jakbyśmy byli jakimiś ekspertami), ale wielu, nawet ci którzy na pewno słyszeli, jakoś się nie przejęli. Dziwne, przecież to może być niebezpieczne, szczególnie, że tu pisało, że Brazylia ma się bardzo zaangażować. Chociaż z drugiej strony będziemy całkiem daleko od granicy z Peru, a prawdopodobnie tylko my mamy zamiar tam zamieszkać.Tak czy i inaczej– nie jest dobrze. Ktoś już zaczął się pytać rezydenta jakiejś wycieczki, pilotów… Ogółem zapanowało ogólne poruszenie. Nawet ci o których przed sekundą pisałem, że się w ogóle nie przejmują, zaczęli się trochę wiercić i rozmawiać z innymi. I patrzcie, to ja to wszystko zacząłem. 

Dziesięć minut od powyższego akapitu linie lotnicze wysłały do Xaviego maila wyjaśniającego sprawę. Napisali, że tak, jest wojna, jednak firma zadba od bezpieczeństwo uczestników lotu oraz wycieczki "Ameryka w trzy tygodnie" (czyli nie nas). Ja jakoś nie poczułem się specjalnie pewniej. No ale co– pożyjemy zobaczymy. 

Tak więc przylecieliśmy. Reszta lotu zleciała nam już spokojnie– ja też wstrzymałbym się przy takich okolicznościach z kolejnym atakiem terrorystycznym. Wylądowaliśmy w centrum Rio.I teraz wiem, że zawsze tu chciałem być. Rio jest dokładnym negatywem Płocka. Tam– szarość, brak ludzi na ulicach. Tu– kolory i wszędzie rodziny z dziećmi, grupy młodzieży, przypadkowe osoby idące nie wiadomo gdzie. Z tego co wcześniej pisałem można było wywnioskować, że ja nie lubię ludzi. Ale to jest nieprawda– czuję się przy nich bezpiecznie, tylko nie lubię gdy próbują mnie zaczepiać. To wtedy zaczynają mnie wkurzać. Ale tak to lubię. Nie widzę tu nic związanego z wojną– żadnych żołnierzy na ulicach, żadnych splądrowanych budynków, żadnych głodujących dzieci. Czyżbyśmy wracali do średniowiecza– żołnierz jest szlachetny, męski i dba o bezpieczeństwo mieszkańców? Nie chce mi się wierzyć, więc raczej zachowam czujność. Nie tu wielu bardzo wysokich budynków jak w Płocku, ale to nie znaczy, że jest ich ogólnie mniej. Są zdecydowanie bardziej niezwykłe niż te tworzone taśmowo w moim rodzimym mieście. Ale nie będziemy mieszkać dokładnie z mieście. To było (nie zgadniecie) ZBYT NIEBEZPIECZNE. Tak więc za godzinę, o trzynastej, jedziemy autobusem do lasu, tam gdzie mamy nasze apartamenty. Nie mam pojęcia czy ten las ma jakąś nazwę, nie interesuje mnie to. To cud że w ogóle zapamiętałem, jak się nazywa ta miejscowość. Tak więc teraz może pójdziemy do jakiejś knajpy i coś przekąsimy. Zjem coś lokalnego, chociaż po dwóch tygodniach tutaj będę pewnie już tym rzygał. Tak więc na razie kończę, bo znowu uznam, że jestem uzależniony. 

 

Jesteśmy teraz w autobusie i jedziemy do naszych posiadłości. Teraz mówię serio– nigdy wcześniej nie jechałem autobusem. I jestem szczerze zachwycony ile tu jest miejsca. Największy pojazd jakim podróżowałem to samolot (tylko nie tym co teraz lecieliśmy,tylko ten którym leciałem w wieku ośmiu lat z rodzicami na wakacje do Hiszpanii) tylko, że tam jest ciasno, czasami aż trzeba chodzić bokiem gdy chce się iść do łazienki. Za to w autobusie jest tyyyyle miejsca, a wcale to nie przez jego wielkość. Na moje odczucie może wpłynąć też to, że tym jedzie tylko kilka osób na krzyż, a nie kilkaset jak w samolocie. No i jeszcze odległość od podłoża, bo ja lubię gdy coś jest blisko ziemi. Sam mieszkałem na pierwszym piętrze; sam tak zdecydowałem. Możecie się zapytać co to zmienia w pokoju bez żadnych okien, z którego i tak nie wychodziłem. Ni wiem. Być może to tylko autosugestia. A może przyzwyczajenie. Jestem ciekaw czy będę po śmierci tak znaną osobą, że po wydaniu tego dziennika kogoś te wszystkie szczegóły będą interesować. No ale co, piszę o czym chcę. Właśnie dojechaliśmy. 

-Ale emocje, co nie? – Zapytał się Xavie. 

-Trochę tak – odpowiedziałem. 

Wchodzimy trochę w las i wreszcie widzimy dwa wielkie beżowe posiadłości, stojące nieco pod kątem. Wyglądają właściwe jak normalne domy, tylko że jakoś trzy razy większe. Teraz dopiero zrozumiałem, że nie napisałem nic o tym jak weszliśmy w ich posiadanie. Takim niesamowitym zbiegiem okoliczności istnieje firma robiąca Polakom domy w Brazylii. By sfinalizować zakup zrobiłem coś czego przy normalnych zmysłach nie zrobiłbym nigdy– ponownie zakupiłem coś z tego samego konta. Było to konieczne (bo wiecie, jakaś zdolność do zakupu i te sprawy), a tylko raz go użyłem, więc uzgodniliśmy, że nie jest o taki zły pomysł. Największa zabawa to była jak ustawialiśmy na stronie tej firmy szczegóły budynków– wielkość, ilość poszczególnych pokoi, jakieś jeszcze ciekawe rzeczy. Ogółem wszystko będzie największe i wszystkiego będzie najwięcej. Oboje mamy te domy bardzo podobne, ale jak się w jakiejś kwestii nie mogliśmy zgodzić to braliśmy inne. Z grubsza jednak oboje wiemy, że szósta łazienka z jacuzzi na pewno się przyda. Dobra, teraz to już w chodzę, bo więcej nie można napisać idąc z ciężką walizką kilkadziesiąt metrów. 

 

Co tu napisać? Jest pięknie, niemal dokładnie tak jak to sobie wyobrażałem. Jestem słaby w opisywaniu jakiś rzeczy, ale jestem taki podekscytowany, że się postaram, a co! Najpierw razem weszliśmy do mojego domu. Zobaczyliśmy wielki hol, w którym właściwie za bardzo nic nie ma, ale stąd właśnie wchodzi się do wszystkich pomieszczeń. Po lewej jest drzwi do garderoby (małej dość właściwie, w porównaniu do innych pokoi), a obok niej wielkie schody prowadzące do pomieszczeń na górze. Centralnie na przeciwko wejścia zwężenie ścian i niejako korytarz prowadzący do dużej kuchni. Na prawej ścianie są wieszaki na których będę wieszał ubrania, które to będą odprowadzane albo do garderoby, albo do pralni przez maszynę. Ubrań będę miał mało, ale jednak jakieś będą, więc taka maszyna jednak się przyda.

Na pierwszym piętrze pierwsze co się widzi to sypialnia. Składa się z łóżka… I tylko łóżka. Jest ona bardzo duże, jest wygodne jak nie wiem co… Ale to tylko łóżko, o czym tu więcej opowiadać. Ma za to dużo poduszek. Jest jeszcze podgrzewane, ale to ma teraz co trzecia kanapa (to znaczy– ja w mieszkaniu nawet nie myślałem o takich bajerach). Dobra, to teraz pomieszczenie obok, bo jest ono chyba bardziej ciekawe. Tam mam wszystkie swoje “najcenniejsze rzeczy”– np. jakieś komputery (poza głównym, o którym później), które kupiłem, stare pamiątki, choć nie ma ich dużo, no i jakieś ciekawe gadżety, które gdzieś kiedyś widziałem w internecie. Co powiecie na e-booka, który sam się pisze, z czasem czytania. Miałem go już trochę czasu w Polsce i powiem tak– na początku bardzo fajne, bo człowiek zachwyca się tą całą sztuczną inteligencją oraz tym że, na początku można wybrać gatunek książki i jakieś tam preferencje, ale teraz jak do niej na chwilę wróciłem (zaraz przed tym jak zacząłem to pisać) to jest już trochę nudno, bo komputer próbuje ciągnąć ten sam wątek. No to już chyba nawet ja lepiej piszę. Cały pokój nie wygląda może jakoś niezwykle, bo to tylko półki, ale rzeczy na nich leżące mi się podobają.

Dobra, teraz idziemy w stronę przeciwną– do łazienki. I to mi się chyba najbardziej podoba. Ma ona wielkość dwóch moich sypialni i jednego tego schowka na gadżety. Mówię serio. Na samym środku wielka wanna-jacuzzi, z różnymi trybami mycia i temperaturą wody od czterech do osiemdziesięciu czterech stopni Celsjusza. Dodam tylko na marginesie, że jeśli się dziwicie czemu nic nie piszę o jakiejś firmie produkującej tą wannę lub o modelu, to chodzi o to, że się po prostu na tym nie znam. Jak teraz patrzę to z boku pisze coś o spółce “BathPerfekt”, ale pierwszy raz w życiu widzę taką nazwę. Dobra, to poza tą wanną jest– umywalka (dosyć mała, bo takie lubię), toaleta (naprawdę chcecie bym o tym pisał?) i mniej więcej taka sama maszyna do ubrań jak przy wejściu. No powiedzcie– co ja będę się przemęczał, skoro może coś za mnie robić maszyna. Choć w internecie czytałem też o cięższych przypadkach, w których ludzie już w ogóle się nie ruszali z łóżka, a tu nagle zabrakło prądu i nie wiedzieli co robić (czy te historie są prawdziwe? Nie wiem). Wszystkie rzeczy w łazience są tak ciekawie połączone, że będą liczyć czas, jaki przy nich spędziłem. Dobrze że nie mam tu żadnego ekranu, bo w jacuzzi bym mógł cały dzień zmarnować. Ale zawsze mogę wziąć tu e-booka. Tylko nie w celu pisania, bo z tym mam zamiar zaraz skończyć, tylko żeby czytać.

Dobra, teraz pójdźmy do ostatniego pokoju na tym piętrze, czyli “pokoju multimedialnego” (nie cierpię tej nazwy, ale innej nie mogłem znaleźć). Chodzi o główny, najważniejszy i największy komputer z ogromnym ekranem (180 cali). Jest to nieco lepsza wersja tego ze starego mieszkania. Ta firma budowlana jest super– złożyli mi też komputer z tych części, które zamówiłem. Tak więc: procesor FS 625X taktowany 70 GHz (ale zmiana!), karta graficzna Image Y6VR, płyta główna FS MotBoa , dysk Hepo SSD 3PT, monitor SLK 01 (różni się przede wszystkim obsługą tego zapomnianego przez wszystkich 3D). Co tam jednak jakieś cyferki, najbardziej mnie cieszy, że przed nim jest dywan na którym można się położyć i oglądać filmy. Mi niewiele do szczęścia potrzeba. Dobra, to wracamy na dół, choć właściwie dużo już nie zostało. Na dole jest głównie kuchnia, no i jeszcze pralnia, ale do niej to chyba w ogóle nie będę wchodził. Bo po co– jeszcze coś popsuję i będzie po wszystkim. Dobra, no to kuchnia. Wygląda właściwie normalnie, ale to tylko pozory. Wszystkie maszyny (bo chyba się nie spodziewacie, że sam gotuję?) są ładnie schowane w zwykłych szafkach. Potrawy wybieram w listy na wyświetlaczu przy lodówce, ale program będzie pilnował, żebym nie obżerał się samymi chipsami. Co ja będę się rozpisywał, kuchnia jak kuchnia. I tak już za dużo pisałem. Dziesięć tysięcy znaków dziennie to nie kolejny jeden komentarz w internecie wyśmiewający obecny rząd, tylko naprawę dużo roboty. Mam zamiar odpocząć od wszelkich urządzeń, bo przez ostatnie dziesięć lat się od nich nie odrywałem. Idę teraz do lasu posiedzieć. Wrócę pewnie po jakiejś godzinie. Żegnam, zaraz przed śmiercią wyśle to do wydawnictwa. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czwartek, 18 listopada 2056

 

 

Dariusz Olszewski został złapany przez wymiar prawa kilka lat po wydarzeniach przedstawionych w tym właśnie dzienniku. Śledztwem zajął się młody policjant z komendy policji w Płocku Piotr Baran. Po długich poszukiwaniach hakera został on znaleziony w swojej posiadłości w Brazylii. Gdy system ochrony budynku zawiódł poszukiwany razem z jego przyjacielem, Xavierem Szczepaniakiem, próbowali uciekać. Pościg zakończył się pół godziny później walką w lesie, który Dariusz Olszewski przegrał. Po kilku godzinach obaj przestępcy zginęli w więziennym szpitalu. Niedługo później znaleziony został ten dziennik, który za pozwoleniem władz wydajemy. Od siebie dodam, że życie Dariusza Olszewskiego uważam za bardzo ciekawe; każdy powinien się z nich zapoznać. 

Dawid Krafczyk, wydawnictwo KWAK

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czarna postać wyjrzała zza ściany gdy Darek wychodził do lasu. “Wszystko idzie zgodnie z planem”– pomyślała. 

 

Koniec

Komentarze

Pieknykapcu, bądź uprzejmy lepiej wyedytować opowiadanie – podziel długie i mało czytelne bloki tekstu na mniejsze akapity i popraw nieprawidłowy zapis dialogów. Tu znajdziesz wskazówki: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za uwagę, postram się jak najwięcej poprawić.

OK. Czytelnicy będą wdzięczni. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej, witaj.

Za jakiś czas wpadnę z pełnym komentarzem (jak już przebrnę do końca przez tekst), ale na razie szybka łapanka z pierwszego akapitu – żeby zwrócić twoją uwagę na rozmaite problemy, które trapią ten tekst. A jest ich niestety sporo. Wiele z nich poważnych. Przypuszczam, że moja opinia o całym tekście nie będzie wiele lepsza. Ale niech cię to nie zniechęca, z umiejętnością pisania człowiek się nie rodzi, to trzeba wyćwiczyć, jak wszystko inne. Ucz się na tych błędach.

Tak, Darek. Wiem, rodzice mnie skrzywdzili.

Co jest krzywdzącego w imieniu Darek?

No ale nie będę im miał tego za złe, szczególnie po tym[,] co ich spotkało.

Poprzednie zdanie jest w czasie teraźniejszym, to jest w przyszłym i przeszłym jednocześnie. Za dużo tego.

A gdzie nazwisko[,] spytacie.

Miałem kiedyś jakieś, nawet nie pamiętam dokładnie jakie.

Wątpliwe, o ile facet nie cierpi na demencję lub nie jest zdecydowanie starszy, niż na to brzmi. Ja na przykład mam drugie imię, którego nie używam nigdy poza sytuacjami urzędowymi, a pamiętam je doskonale.

Hakerem jestem od jakiegoś dwunastego roku życia.

“Jakiegoś dwunastego” nie brzmi dobrze, bo dwunasty rok życia jest jeden, konkretny. Jeżeli już to “jakoś od dwunastego roku życia”.

A, no a aktualnie mamy rok 2049. Nie wspomniałem o tym, a to przecież bardzo ważne.

Ty za to wspominasz o tym w nagłówku akapitu, więc po co o tym pisać znowu? No i dlaczego to bardzo ważne z punktu widzenia bohatera?

Mam razem na wszystkich kontach w banku jakieś 830 000 000 000 złotych,

Liczebniki w kwestiach mówionych zapisujemy zazwyczaj słownie.

aktualnego rankingu Borfes

Jeżeli nie chciałeś używać Forbsa, to mogłeś się bardziej wysilić.

Oczywiście mnie na nim nie ma

Można być w rankingu, ale z pewnością nie na nim.

Mieszkam z rozwalającej się kawalerce w Płocku w Polsce.

A jest jakiś inny Płock?

Chociaż właściwie nie wiem czy to już nie inne państwo, nie interesuję się polityką w najmniejszym stopniu, a wiem, że moja “ojczyzna” miała w ostatnim czasie spore problemy.

Kilka linijek dalej piszesz, że co wieczór sprawdza wiadomości. A czegoś takiego raczej nie da się przegapić.

Wyszedłem z domu ostatnio jakiś rok temu, kiedy montowano kolejne zabezpieczenia przed wejściem do mojego mieszkania. A wiedzcie, że było to bardzo trudne.

Co było trudne? Wyjście? Montowanie? Bo nie rozumiem.

W końcu po tylu latach miałem ich trochę. Rozejrzałem się trochę po okolicy, kupiłem za trochę dosyć zapomnianych już fizycznych monet kebaba i wróciłem.

Masz tendencję do wstawiania w zdania mnóstwa śmieci. Te wszystkie “trochę” i “dość”. Po co to komu?

Było to maksymalnie niebezpieczne, dlatego planowałem tego więcej nie powtarzać.

Więc… Po co to zrobił? Czemu to niebezpieczne? 

No ale oczywiście mój chyba najbliższy znajomy, Xavier, chciał mi w tym przeszkodzić.

W planowaniu?

Też jest hakerem, ale jakoś zawsze to ja zawsze musiałem go wyciągać ze wszystkich kłopotów.

A co ma piernik do wiatraka?

No więc mój “kolega” zachciał podróży i zamieszkania w Rio.

Czemu w cudzysłowie, skoro to jego najbliższy znajomy?

Oczywiście na mój koszt. Z początku oczywiście odmówiłem, ale później pomyślałem, że jakaś zmiana chyba mi nie zaszkodzi, chociaż jest to oczywiście maksymalnie niebezpieczne.

Skoro to maksymalnie niebezpieczne (strasznie pretensjonalna fraza), to czemu mu to nie zaszkodzi? Czemu tak lekko do tego podchodzi?

Na e-papierze go tworzę, przy przynajmniej wzrok mi się bardziej nie popsuje

“Tworzę go na e-papierze”. Jedno “przez” za dużo.

Nie jest to jakiś koniec świata, ale z tej firmy z której zamawiam okulary już te są najmocniejsze.

Niezgrabne zdanie.

Skoro zmieniam swoje życie, to chyba to można już sobie odpuścić.

J.w.

Godzina jest 22:48.

J.w. + liczebniki j.w.

Mam nadzieję, że ten dziennik to codzienne będę uaktualniał.

J.w.

No i po akapicie masz sporo zbędnych enterów.

None

Błędy językowe, logiczne czy stylistyczne biorę na siebie, spoko. Ale uważam że pewnych rzeczy nie zrozumiałeś. Imie Darek w 2049 jest po prostu staromodne, dlatego bohater się to trochę wstydzi. Uznałem, że jest możliwe zapomnienie własnego nazwiska, gdy się to nie używa od najmłodszych lat. Tak samo z resztą z tym w jakim kraju się mieszka. Nie wychodzi praktycznie z domu, używa języka którego chce, więc na co mu wiedza w jakim jest państwie? A to czemu Darek średnio lubi Xaviego to się wyjaśni dalej. 

Chyba że to Ty masz rację i ja po prostu słabo te rzeczy opisałem. Ale w takim razie będę dalej się doskonalił i pisał, bo mam już pomysł na kolejne opowiadanie i zaczynam od poniedziałku. Tak czy inaczej – dzięki za poświęcenie czasu na ten komentarz.

Darek w 2049 jest po prostu staromodne

Jest w tym jakiś sens. Niemniej nie przyszło mi to do głowy podczas lektury.

Nie wychodzi praktycznie z domu, używa języka którego chce, więc na co mu wiedza w jakim jest państwie?

Na nic. Ale jeśli codziennie śledzi wiadomości, to o czymś tak dużym jak zmiany granic powinien raczej wiedzieć. Bo byłoby to we wszystkich mediach 24/7.

A to czemu Darek średnio lubi Xaviego to się wyjaśni dalej. 

To nie chodzi o to, czemu go nie lubi – chodzi o to, czemu raz nazywa go swoim najbliższym znajomym, a potem okazuje się, że go nie lubi. Tu jest niespójność.

Chyba że to Ty masz rację i ja po prostu słabo te rzeczy opisałem.

Obawiam się, że to może być to. 

 

Postaram się do końca weekendu dotrzeć do finału i wrócić z pełnym opisem wrażeń. Na razie jestem gdzieś w połowie.

Wracam po lekturze całości. 

No nie będzie to miły komentarz.

Na wstępie słowo wyjaśnienia. Jestem gorącym zwolennikiem teorii, że w dobrym tekście literackim wszystko, każda scena, każdy akapit, każde zdanie czemuś służy. Ma jakiś cel. Popycha do przodu fabułę, pogłębia charakterystykę bohatera, zarysowuje świat, buduje nastrój itd. Nie znoszę z kolei wodolejstwa.

Ten tekst zawiera w sobie całe potoki wody. W zasadzie łatwiej tu znaleźć wodolejstwo niż jakikolwiek konkret. Dlatego przy lekturze okropnie wprost się wynudziłem.

Fabułę tego tekstu da się streścić w dwóch-trzech zdaniach. I to niedługich. A rozpisałeś je na ponad 54 k znaków. Nie przesadzę, jeżeli powiem, że to przynajmniej o 45 k za dużo.

 

No dobra, to był grzech główny. Teraz konkrety. Nie będzie to tak dokładna łapanka jak poprzednio – za dużo tu uchybień, by wyłapywać wszystkie. Raczej szybkie wskazanie najważniejszych problemów w poszczególnych scenach.

Aktualnie lecę samolotem z moim kolegą Xaviem do pierwszego z celów naszej podróży. Jest nim miasto Han…

-Hej, ziomek, co tam skrobiesz? – powiedział Xavie.

-O matko… A co cię tak jakby interesuje? – odpowiedziałem.

-Nawet już się zapytać nie można? Takie ładne widoki są za oknem, nieprawdaż?

-No właśnie nie bardzo.

Ten błąd przewija się przez cały tekst. Wybrałeś sobie narrację w postaci pamiętnika. Jest to bardzo trudny sposób prowadzenia opowieści. I bardzo specyficzny. Między innymi wyklucza obecność dialogów – bo wybacz, ale nie wmówisz mi, że ktokolwiek pisząc pamiętnik, zapisuje również pełen transkrypt prowadzonych rozmów. Trzeba było zostać przy klasycznej narracji pierwszoosobowej.

Xavie zna jedno z moim najcenniejszych haseł– do poczty McaZZ.

Hm… Czy twój haker nie ma świadomości, że hasło można zwyczajnie zmienić?

Dobra, tak więc tym miastem jest Hanower w Luksemburgu. Odkąd ten mały kraj postanowił znacznie poszerzyć swoje granice o całą Holandię oraz Belgię i dużą część Francji i Niemiec, miasto straciło swoją dawną świetność.

Czytając to parsknąłem śmiechem. Nie widzę żadnej realnej możliwości, by coś takiego się stało. Nawet fantastyka musi się logicznie trzymać kupy. Jeżeli chcesz wstawiać do tekstu takie dziwaczne zmiany w świeci, to daj im chociaż jakieś uzasadnienie.

Pierwszy– główny, codziennie to jego pierwszego włączałem. Procesor taktowany 40 GHz, model FS 616L. Nie jest z najlepszych dostępnych na rynku, ale lepszy miałem na drugim PC. Karta graficzna za to jest naprawdę słaba. Model XYA View 8t pozwala tylko na użytkowanie w 4K z raytracingiem, ale i tak czasami zamulała, kiedy chciałem zrobić coś bardziej wymagającego. Monitor 125 cali, 32K z SES (Super Edges Smoothing), trochę zagięty, ale bez przesady, dawno nie grałem w żadne gry. Pamięcią zajmował się eksperymentalny dysk ZUB firmy Hepo, model X1 o pojemności 5 PT

Po co istnieje ten akapit? Po co opisywać specyfikacje komputerów? Dlaczego ma to być interesujące dla czytelnika? Woda, woda, woda…

Odliczając podatki, czynsz, służbę oraz jakieś tam jeszcze bzdety (od tego będziemy mieli ludzi) przyjmując, że będziemy żyć 80 lat do końca życia byśmy mogli wydawać jakieś 100 milionów. Dziennie.

It’s math time! Wcześniej piszesz, że bohater ma na koncie “jakieś 830 000 000 000 złotych”. Czyli 830 miliardów. Podzieliwszy to przez 100 milionów dziennie, kasy wystarczy na niecałe 23 lata. To nie jest poważny czep, ale jak już się czepiam, to czepiam.

Muszę poczekać aż chociaż trochę zapomną o moich akcjach.

To dla odmiany jest poważny zarzut. Ciągle piszesz, jaki to ten twój bohater sławny, bogaty i najlepszy w swoim fachu, a nie wiemy dosłownie nic o tym, czego niby dokonał. Wydmuszka.

Jakiś głupek z bronią wyszedł na środek i żąda zawrócenia samolotu w inną stronę.

Ta scena jest kiepska na wielu poziomach. Po pierwsze – to jedyna mniej więcej dynamiczna i emocjonująca scena w całym tekście, a i tak jest płaska i nudna. Jest taka z kilku powodów. Przez narrację stylizowną na pamiętnik, która siłą rzeczy tworzy dystans do wydarzeń (bo skoro ktoś coś opisuje po czasie, to przeżył, żeby to opisać). Przez bohatera, który jest sztywniejszy niż nieboszczyk z rigor mortis – koło niego ktoś zabija dwie osoby, a ten ma to w zasadzie w nosie, marudzi tylko, że mu to plany psuje. Po trzecie, bo ów bohater zachowuje się idiotycznie – porywacz chce lecieć do Włoch, więc shakujmy samolot, by dalej leciał do Brazylii. Jaki w tym cel? Co chciał osiągnąć? Skoro od początku widział, że przestępca się zorientuje? I najważniejsze – ta scena dokumentnie nic nie zmienia w tekście. Jasne, jest miedzylądowanie w Rabacie i całe morze wody z tym związane, ale nic z tego nie wynika.

Sobota 27 maja 2049

Te sceny to sama woda. Jeden sługi opis nudnego dnia, kiedy nic się nie dzieje. Nie dowiadujemy się niczego interesującego. Jest tu trochę charakterystyki bohatera, ale raz, że niewiele, dwa, że sam bohater jest tak nudny, że to wcale nie pomaga. Gdyby to wszystko streścić w jednym zdaniu, tekst tylko by zyskał.

Niedziela 29 maja 2049

Jak wyżej.

Kurde. W Brazylii jest wojna.

Tu błysnęła mi nadzieja. Może w końcu coś się zacznie dziać? Nope. Dalej lejesz wodę.

Czyżbyśmy wracali do średniowiecza– żołnierz jest szlachetny, męski i dba o bezpieczeństwo mieszkańców?

Tu znowu parsknąłem śmiechem. Tak, średniowieczni żołnierze to byli bardzo troskliwi ludzie.

Co tu napisać? Jest pięknie, niemal dokładnie tak jak to sobie wyobrażałem. Jestem słaby w opisywaniu jakiś rzeczy, ale jestem taki podekscytowany, że się postaram, a co!

To jest szczyt wodolejstwa. Prawie 10k znaków opisu wystroju wnętrza. W finale! Kiedy powinno się właśnie najwięcej dziać, kiedy czytelnik oczekuje emocji. Rozwiązania wątków. Tylko, że w tym opowiadaniu nie ma w zasadzie żadnej fabuły, którą by można rozwiązywać. Tylko woda, woda, woda…

Dariusz Olszewski został złapany przez wymiar prawa kilka lat po wydarzeniach przedstawionych w tym właśnie dzienniku. Śledztwem zajął się młody policjant z komendy policji w Płocku Piotr Baran. Po długich poszukiwaniach hakera został on znaleziony w swojej posiadłości w Brazylii. Gdy system ochrony budynku zawiódł poszukiwany razem z jego przyjacielem, Xavierem Szczepaniakiem, próbowali uciekać. Pościg zakończył się pół godziny później walką w lesie, który Dariusz Olszewski przegrał. Po kilku godzinach obaj przestępcy zginęli w więziennym szpitalu.

W tym akapicie masz więcej wydarzeń niż w całej reszcie tekstu. To je powinieneś był opisać, bo tu byłaby przynajmniej szansa, że coś się będzie działo, będą jakieś emocje.

Od siebie dodam, że życie Dariusza Olszewskiego uważam za bardzo ciekawe; każdy powinien się z nich zapoznać. 

Nie ma to jak samemu poklepać się po plecach, co? Losy tego gościa były koszmarnie wprost nudne. Przynajmniej te, które opisałeś.

 

Nie chcę cię zniechęcać do pisania. Ćwicz, ucz się, rozwijaj. Ale to, co zaprezentowałeś tutaj jest bardzo, bardzo złe. Nudne, wodniste i nijakie. 

Moje rady – nie pisz już pamiętników. Tekst potrzebuje albo interesującej fabuły, albo ciekawego bohatera, albo nietypowego świata – u ciebie nie ma z tego nic. Wybierz jedno i się na tym skup. Daj czytelnikowi coś, co go zainteresuje, zachęci do lektury – jakąś tajemnicę do rozwikłania, porywającą akcję, jakieś wzruszenia, zachwyty, cokolwiek. No zakręć kran. Pisz mniej, ale konkrety. Przynajmniej dopóki nie nauczysz się, jak lać wodę, by nie nudzić. Bo to trudna sztuka.

Dzięki None za poświęcony czas, za kilka dobrych rad, ale znowu – uważam, że w paru miejscach przesadziłeś. Dialogi – tu chyba masz rację. Być może nie miały one sensu, szczególnie że specjalnie dużo nie wznosiły. Opisy komputerów – Darek był pasjonatem sprzętu, co chyba było widać w sklepie w Maroko, więc napisał o nich trochę, bo po prostu to to interesowało. Z tymi pieniędzmi to chyba się pomyliłem w obliczeniach :D. A jeśli chodzi o końcówkę– o to mi właśnie chodziło. Gdyby reszta opowiadania cię zaciekawiła, to byłby ciem szansy, że ten fragment cię zaskoczy. No ale nie.

Od jutra pisze kolejne, nie będzie to pamiętnik ani nie będzie ono raczej z perspektywy pierwszej osoby. Jeśli chcesz, mogę je wstawić na betowanie, a ty byś się do niego "zapisał". 

Jeśli chcesz, mogę je wstawić na betowanie, a ty byś się do niego "zapisał". 

Dzisiaj wyjeżdżam na urlop, wrócę po 9 września. Wyślij mi wiadomość prywatną, kiedy tekst będzie na betaliście, postaram się rzucić okiem.

Na­zy­wam się Darek i je­stem ha­ke­rem. ―> Na imię mam Darek i je­stem ha­ke­rem.

 

Miesz­kam roz­wa­la­ją­cej się ka­wa­ler­ce… ―> Literówka.

 

Wy­sze­dłem z domu ostat­nio jakiś rok temu… ―> Ostatni raz wyszedłem z domu jakiś rok temu

 

ku­pi­łem za tro­chę dosyć za­po­mnia­nych już fi­zycz­nych monet ke­ba­ba i wró­ci­łem. ―> …ku­pi­łem za tro­chę dosyć za­po­mnia­nych już fi­zycz­nych monet ke­ba­b i wró­ci­łem.

Choć rozumiem, że bohater może nie wyrażać się całkiem poprawnie.

 

ale jakoś za­wsze to ja za­wsze mu­sia­łem go wy­cią­gać… ―> Dwa grzybki w barszczyku.

 

No więc mój “ko­le­ga” za­chciał po­dró­ży… ―> No więc mojemu koledze za­chciało się po­dró­ży

 

ale z tej firmy z któ­rej za­ma­wiam oku­la­ry… ―> …ale w tej firmie, w któ­rej za­ma­wiam oku­la­ry

 

Leżę na swoim roz­wa­la­ją­cym się łóżku… ―> Zbędny zaimek. Czy istniała możliwość, aby mieszkając sam, leżał na cudzym łóżku?

 

że ten dzien­nik to co­dzien­ne będę uak­tu­al­niał. ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

Ak­tu­al­nie lecę sa­mo­lo­tem z moim ko­le­gą Xa­viem… ―> Wiemy kim jest Xavier, więc wystarczy: Właśnie lecę sa­mo­lo­tem z Xa­viem

 

-Hej, zio­mek, co tam skro­biesz? – po­wie­dział Xavie. ―> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza. Ten błąd pojawia się wielokrotnie w całym opowiadaniu.

 

Pieknykapcu, tu postanowiłam przerwać lekturę.

W pierwszym komentarzu podałam Ci link do poradnika o zapisywaniu dialogów, ale z niego nie skorzystałeś. Skoro Tobie nie zależy, żeby opowiadanie było porządnie napisane – usterki wskazane przez None nadal utrudniają lekturę – ja nie będę tracić czasu na wskazywanie kolejnych  błędów i potknięć, bo mam wrażenie, że nie jest Ci to do niczego potrzebne.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nieprawidłowy zapis dialogów próbowałem poprawić, bo różni się od pierwszej wersji, jeśli nie zauważyłaś. Nadal się uczę, a z zapisem dialogów zawsze miałem problem. Przeczytałem to co było ma tej stronie, ale chyba słabo zrozumiałem. Próbowałem, serio. 

Inne błędy? Według mnie wrzuciłem opowiadanie, więc tych "mniejszych nie ma co poprawiać i nie świadczy to o moim braku zainteresowania. Tekst się "ukazał", więc jest gotowy, za dużo się nie powinno zmieniać. Czy jest sens pokazywania mi tych błędów. Jest to miły gest, świadczony o czyimś zainteresowaniu i ma mi pokazać, że praca nie jest idealna. Ale to nie jest tak, że ja sobie z tego nic nie robię. Ale co do tego tekstu sensu już nie ma, bo tych błędów jest pewnie jeszcze z tysiąc.

Nie­pra­wi­dło­wy zapis dia­lo­gów pró­bo­wa­łem po­pra­wić, bo różni się od pierw­szej wer­sji, jeśli nie za­uwa­ży­łaś.

Nie, nie zauważyłam. Wybacz, ale nie śledzę poczynań autorów, nie jestem w stanie sprawdzać, czy i co poprawili. W pierwszym komentarzu zadeklarowałeś, że postarasz się poprawić jak najwięcej, ale kiedy wczoraj, po kilku dniach od Twojej obietnicy, czytałam opowiadanie, dialogi nadal były źle zapisane.

 

Prze­czy­ta­łem to co było ma tej stro­nie, ale chyba słabo zro­zu­mia­łem.

Najwyraźniej. W ostatniej uwadze łapanki napisałam, na czym polega błąd. Nie jest trudny do poprawienia. Polecony Ci poradnik też jasno o tym mówi.

 

Inne błędy? We­dług mnie wrzu­ci­łem opo­wia­da­nie, więc tych "mniej­szych nie ma co po­pra­wiać i nie świad­czy to o moim braku za­in­te­re­so­wa­nia. Tekst się "uka­zał", więc jest go­to­wy…

Obawiam się, że nie masz racji. To że tekst się ukazał, wcale nie znaczy, że jest gotowy. Jest w nim mnóstwo błędów i usterek, co skutecznie utrudnia lekturę. Skoro jednak uważasz, że nie ma ich co poprawiać, cieszę się, że poprzestałam na małym fragmencie, bo cała moja praca, jak się okazuje, psu na budę by się zdała.

 

Czy jest sens po­ka­zy­wa­nia mi tych błę­dów.

Tak, bo gdybyś raczył je poprawiać, kolejni czytelnicy nie musieliby się o nie potykać, a Ty miałbyś szansę nie popełnić podobnych w następnych opowiadaniach.

 

Ale co do tego tek­stu sensu już nie ma, bo tych błę­dów jest pew­nie jesz­cze z tysiąc.

Nie pojmuję, jak można opublikować opowiadanie, o którym autor wie, że jest w nim taka masa błędów.

Mam wrażenie, że zamiast najpierw posiąść przynajmniej podstawową wiedzę o zasadach obowiązujących w języku polskim, radośnie przystąpiłeś do pisania. Sugeruję abyś odwrócił kolejność działań – zawieś chwilowo próby literackie, a zyskany czas przeznacz na przypomnienie sobie choćby szkolnej wiedzy z polskiego.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobrze, masz rację. Jeśli chodzi o kolejne opowiadania będę je wypuszczać dopiero gdy będę pewny, że nie mają żadnego błędu. Źle do tego podeszłe, gdy teraz myślę masz całkowitą rację. Ten tekst jednak już zostawiam. 

I co do szkoły to przecież napisałem, że jeszcze do niej chodzę, więc przypomnienia mam na wyciągnięcie ręki :P

No, skoro jeszcze jesteś uczniem, to proponuję by język polski stał się Twoim ulubionym przedmiotem, byś chłonął wiedzę z pasją i życzę Ci, aby każde Twoje opowiadanie było lepsze od poprzedniego. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jest ulubionym, ale widocznie za mało się przykładam ;)

W takim razie wszystko przed Tobą. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podpisuję się obiema rękami pod komentarzem None. Zwłaszcza końcówka mocno szwankuje – powinieneś mieć już wtedy pionki ustawione i gotowe do wykonania ostatnich ruchów, które sfinalizują napięcie. Tutaj natomiast jest dużo słów, które topią niemal wszystko, łącznie z zainteresowaniem.

Nie martw się jednak – każdy kiedyś zaczynał :) Chwytaj przydatne linki:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Poradnik Issandera, jak dostać się do Biblioteki ;)

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842782 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki za linki, postaram się zapoznać z każdym smiley

Co jest minusem tego tekstu już wiesz, za długi, za dużo błędów i trochę o niczym. Natomiast plusem jest to, że masz dystans do bohatera.

Jeśli mogę coś zaproponować, zacznij od krótkich tekstów. Unikniesz w ten sposób lania wody i nauczysz się panować nad fabułą. Nie mówiąc już o tym, że będziesz miał więcej czytelników. :)

Z tymi czytelnikami to racja, ale tym się raczej nie przejmuję. Druga sprawą jest to, że zawsze mam pomysły na raczej dłuższe teksty – oczywiście staram się już NIE lać wody, ale po prostu jakoś mi nie idą krótkie opowiadania. Ale jak będę mieć pomysł na jakiś, to będę robić:). A za tą jedną pochwałę dziękuję :).

Nowa Fantastyka