- Opowiadanie: Przemek Hytroś - Światłośmierć

Światłośmierć

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Światłośmierć

Cisza płynęła przez komos, pozornie ospale pokonując kilometr za kilometrem podczas nieprzerwanej wędrówki wokół gwiazdy macierzystej. Żródło przytłaczała swoim ogromem planetę, tak niewiarygodnie małą i kruchą na jej tle. Czarna kropelka opierająca się ognistej burzy…. Potężne wyrzuty koronalne nie niosły jednak zagłady, a tylko delikatnie pieściły emanującą błękitem i zielenią powierzchnię  odważnego pielgrzyma.

Robert patrzył na to widowisko przez filtr iluminatora, a i tak musiał mrużyć oczy.

– Xiar?

Tak, Robercie? – zapytała pokładowa automa lekko trzeszczącym głosem. Pilot zanotował w pamięci, że musi w końcu wymienić sufitowe głośniki. Zresztą, połowie systemów przydałby się upgrade. Ale póki statek był w stanie wykonywać bezpieczne skoki, wszystko inne mogło poczekać na lepszy czas. Czas kiedy on i Anja znów będą razem.

Mężczyzna podszedł do jednego z pulpitów. Na środkowym ekranie wywołał mapę planety i stuknął palcem w jarzący się zielenią punkt w dole planu.

– Spróbujmy tym razem zejść od strony bieguna południowego.

Jedyne znane skupisko synthoidow znajduje się…

– …znajduje się na równiku, w Dolinach Marrmare, pod Górami Sowimi. Zawsze mi o tym przypominasz. Ale chcę sprawdzić biegun. W szczególności okolicę lodowca Sukko. Jeszcze tam nie byliśmy.

Zatem niech będzie lodowiec Sukko. Ustawiam współrzędne.

Czarny, przypominający grot strzały wehikuł błyskawicznie zgubił dystans do Ciszy i wszedł na wysoką orbitę, by po dwóch pełnych okrążeniach zacząć schodzić w dół, ku rozświetlonej promieniami Źródła atmosferze.

Ląd w dole wyglądał jak morze podczas sztormu, które ściął nagły mróz. Niezliczone lśniące iglice bodły niebo, a pod nimi rozciągały się bezkresne lodowe pola.

Statek dowodzony prze Roberta zwinnie lawirował między lśniącymi gigantami, szukając tego jedynego miejsca, w którym lądolód urywał się nagle, jak cięty nożem, płynnie przechodząc w zielone łąki wysokich na kilkanaście metrów traw.

Pilot nie odrywał wzroku od ekranów, na których pojawiały się odczyty.

– Wypuść sondy, Xiar – nakazał w pewnym momencie.

Sonda numer trzy i numer osiem zwolniona z gniazda. Rozpoczynam Skanowanie.

Nastąpiła długa cisza, przerywana co kilkanaście sekund miarowym pikaniem czujników.

– I?…

Nic.

– Żadnych anomalii? Nie widać aktywności synothidów?

Nic – powtórzyła Xiar. – Przykro mi.

Mężczyzna westchnął i przetarł twarz dłońmi.

– Dobra. Standardowe współprzędne…

Zrozumiałam. Zmieniam kurs: trzydzieści stopni na zachód, dwadzieścia osiem stopni na południe.

Niecały kwadrans później „Tułacz” schodził pionowo w dół, wzdłuż linii skalistych grani, których szczyty ginęły w chmurach. Dno u-kształtnej Doliny Marrmare wypełniała gęsta dżungla, składająca się głownie z wysokich roślin o spiralnych pniach i długich, sięgających ziemi liściach.

Xiar posadziła statek miękko na skraju skalanego obrywu, który przecinał rozległą połać lasu, niczym potężna, źle zrośnięta blizna. Kilkanaście metrów od lądowiska płynął strumień, który spadał w dół przepaści spienionymi kaskadami wody. Okolica urzekała egzotycznym pięknem. Gdyby któryś z właścicieli kolonialnych kurortów zainteresował się planetą, zapewne zbiłby tu fortunę. Na szczęście duża odległość od układu macierzystego sprawiała, że system Źródła był odwiedzany jedynie przez naukowców. Robertowi to ani trochę nie przeszkadzało.

Ładownia maszyny otworzyła się z sykiem. Po chwili na podeście pojawił się człowiek ubrany w czarno-żółty kombinezon. Nie miał hełmu, ani nawet maski filtrującej. Cisza była łaskawa dla ludzkich płuc.

Robert wziął głęboki wdech. Powietrze pachniało inaczej niż na statku. Lekka cynamonowa nuta ze szczyptą kardamonu. Czy zapach był podobny do mieszaniny gazów, wypełniających ziemską atmosferę? Tego nie był już w stanie stwierdzić. W ogóle, nie bardzo pamiętał dom. Wszystko zostało gdzieś w tyle za tysiącami skoków przez Strzelca-A, i za niezliczonymi wersjami Ciszy.

Ruszył w dół po podeście, nie zwracając uwagi na krajobraz. Wystukał komendę na naramiennym wyświetlaczu kombinezonu. Z ładownii dobiegło kilka metalicznych stuków, a potem na platformę wypłynął bezgłośnie podłużny sarkofag. Silniczki grawitacyjne zamontowane pod zbiornikiem utrzymywały go mniej więcej na stałej wysokości półtora metra nad podłożem. Po krótkiej chwili mężczyzna, i podążający za nim osobliwy ładunek, wniknęli w zieloną, pozornie martwą ścianę lasu.

Podróżnik szedł nieśpiesznie, prosto jak po sznurku, choć między gęstymi, paprocio-podobnymi roślinami nie było widać żadnej ścieżki. Stawiał stopy pewnie, dokładnie wiedział, kiedy ominąć większe przeszkody. Prawdopodobnie trafiłby na polanę synthoidów nawet z zamkniętymi oczami.

Kilka minut później dotarł do celu. Spiętrzone kaskady roślinności ustąpiły, jak zwykle zupełnie bez ostrzeżenia, i Robert stanął na skraju rozległego, falującego pola. Ruch nie był jednak spowodowany wiatrem, czy nagrzanym powietrzem. To synthoidy poruszały się, wibrowały, tańczyły. Setki tysięcy ni to macek, ni to czułek, wrośniętych w ziemię przedziwnymi, poskręcanymi korzeniami, sięgającymi całe kilometry w głąb Ciszy.

Nie było pewne, czym są te twory. Nie dało się jednoznacznie stwierdzić, czy należą do świata zwierząt, czy roślin. Zupełnie tu nie pasowały, ani biologią, ani zachowaniem. Nikt nie wiedział też, dlaczego „rosną” akurat w Dolinie Marrmare. Dla Roberta te wszystkie niewiadome nie miały znaczenia. Liczył się tylko raport Mulligana.

Pojemnik opadł bezgłośnie na ziemię. Robert nadał kolejną komendę i górna pokrywa otworzyła się z cichym świstem. We wyściełanym ciemnym silikonem wnętrzu spoczywało ciało młodej kobiety. Jej skóra była bardzo blada, a członki sztywne, jakby wyrzeźbione z marmuru. Przez twarz pilota przebiegł ledwo zauważalny skurcz, w końcu zdradzający jakieś emocje. 

Mężczyzna uklęknął, wcisnął guzik na wewnętrznym panelu zbiornika. Ze ścianki wysunął się aplikator zakończony długą igłą, która wbiła się w ramię leżącej. Reakcja była niemal natychmiastowa. Twarz kobiety pojaśniała, ręce i nogi zwiotczały wyraźnie.

Robert chwycił dłoń Anji i przyjrzał się paznokciom.

– Brązowieją – rzucił do mikrofonu przy szyi.

Wiesz, że nie da się tego powstrzymać – przypomniała Xiar. – Tkanki w końcu przestaną tolerować kriostab.

– Wiem. Ale jeszcze mamy czas – uspokoił sam siebie, choć wiedział, że się oszukuje. – Jest jeszcze czas…

Wsunął jedną rękę pod smukłą szyję zmarłej, drugą pod kolana, i wyciągnął ciało z tanku. Było zaskakująco lekkie. Wydawało się puste.

Ruszył przez wibrujące pole zwierzoroślin, które otwierało się przed nim zapraszająco. Kilka metrów dalej ułożył zwłoki pośród koncentrycznych skupisk macek, powstających pod dotknięciem jego stóp, i rozchodziły się na wszystkie strony, niczym okręgi na jeziorze podczas deszczu.

Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. A potem pojedyncze odnogi zaczęły nieśmiało pełznąć w kierunku Anji. Dotykały jej czoła, ramion, kolan. Jakby sondowały, czy skanowały nietypowy obiekt, zakłócający swoją obecnością ich naturalny rytm. Wkrótce „ładunek” zniknął pod szczelną, drgającą powłoką. Robert wstrzymał oddech. To były jedyne chwile podczas, których pojawiało się w jego duszy to dziwne uczucie? Jak ono się nazywało?

Macki ustąpiły nagle i gwałtownie. Odskoczyły na boki, niby zdegustowane, lub wręcz przerażone. Ciało Anji spoczywało pośrodku tego emanującego przestrachem ruchu niewzruszone, tak samo boleśnie martwe, jak kilka chwil wcześniej.

Podróżnik zacisnął mocniej wargi.

Mam wysłać skaner?

– Nie trzeba, Xiar. Wszystko po staremu. Skreśl tę Odnogę z mapy. Ja muszę… chwilę odpocząć.

Odwrócił się i opuścił pole, zostawiając Anję samotną wśród synthoidów. Usiadł na skraju lasu i oparł się o uschnięty pień. Zamknął powieki. Należało mu się to. Nie pamiętał kiedy ostatni raz spał. Przed tym skokiem, czy trzy skoki temu? Tak… Zamknąć oczy tylko na kilka minut. Nie myśleć.

Obudziło go pikanie sygnalizatora na ramieniu. Rozejrzał się niepewnie. Otaczał go nocny krajobraz – musiał przespać kilka godzin.

Mamy ruch na skanerze  – zakomunikowała Xiar. – Waga : 52 kilogramy. Robert… To zbliża się od strony synthoidów.

Serce podróżnika zaczęło walić jak oszalałe. Wstał i patrzył w mrok, nie mogąc wykonać żadnego ruchu. Po chwili zobaczył zarys smukłej, wysokiej sylwetki. Niemożliwe…

Już miał ruszyć ku Anji, gdy weszła w księżycową poświatę. Natychmiast dojrzał błyszczące elementy kombinezonu, który ciasno oplatał jej ciało, i zrozumiał.

Podeszła z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Miał ją na wyciągnięcie ręki. Jej włosy… Jej oczy…

– Po co tu jesteś? – zapytał po długiej, bardzo długiej chwili. – Mam ci go zastąpić?

Uśmiechnęła się blado.

– Kuszące prawda? Zapewne rozważałeś to tak często jak ja. – Wyciągnęła dłoń, by dotknąć jego twarzy. Cofnął głowę. Nie wydawała się zaskoczona, spokojnie opuściła rękę. – Odnaleźć Odnogę w której Anja żyje, a w wypadku zginął jej Robert. Może moją, może inną. Przecież jest ich tak wiele… Tylko ty wiesz, że to nie miałoby sensu. Nie szukałeś mnie choć wiedziałeś, że mam jej oczy, jej włosy. Znasz każdy centymetr mojego ciała. Ale ja nie jestem twoją Anją. I nigdy nie będę. Nie dzielę z tobą wspomnień, tych najskrytszych. Nie znam twojego dotyku choć mogłabym z pamięci wyrzeźbić twoje dłonie. Nie, Robercie. Nie jestem tu po to, byś go zastąpił. Albo, żebym ja zastąpiła ci ją.

– Więc dlaczego?

– Nie rób już tego. Nie szukaj Ciszy która przywraca życie. Ta planeta nie istnieje. Ani w tej, ani w żadnej innej Odnodze.

– Przestań.

– Raport Mulligana to bzdura. Mit.

– Nieprawda. Widziałem go. To autentyk. Rachunek prawdopodobieństwa…

– Nic nie warty papier, z jakiejś zagubionej Odnogi, opisujący jeden pozytywny przypadek … – prychnęła. – Jeden. Wierzyłam w niego, tak jak ty. Ale w końcu trzeba odpuścić. Zaprzestać skoków. Pochowaj Anje. Pozwól jej odejść. Chcę pomóc ci zrozumieć. Przeszłam przez to wszystko samotnie.

 – Zamilcz.

– Uwolnij się od tego!

– Zamilcz!… Błagam.

Usiadł gwałtownie na ziemi i zakrył uszy, jak dziecko, które nie chce słuchać złego dorosłego.

Minęła długa chwila, wypełniona ciężką jak pokrywa grobowca ciszą.

– Ile skoków? – przemógł się w końcu.

– Jedenaście tysięcy trzysta sześćdziesiąt trzy. Plus prawie dwa tysiące, żeby cię odnaleźć.

– Liczyłaś… Ja po trzecim tysiącu przestałem. – Wstał. Wyciągnął ku niej dłoń, ale zaraz ją cofnął. – Dziękuję, że zadałaś sobie trud, by mnie odnaleźć. Ale odejdź teraz, proszę cię. Twój widok… Twoja obecność sprawia mi ból.

Anja uśmiechnęła się blado.

– Wiem, mój drogi. Wiem.

Ostatnie zdanie powiedziała łamiącym się głosem. Zaczęła cofać się w kierunku ciemności. Przez chwile znów była tylko szarą sylwetką na nieco jaśniejszym tle. Przez chwilę znów była jego Anją.

Kilka minut później, (a może godzin – czas dla Roberta wydawał się teraz zatopiony w słoju miodu), po drugiej stronie pola synthoidów zapłonęło ostre światło. Zaraz potem poskręcany gąszcz wypluł jasną iskierkę, która przemknęła przez czarne niebo, i znikła, nim Robert zdążył mrugnąć.

 

 

*

 

Statek sunął wzdłuż linii horyzontu zdarzeń Strzelaca-A, zawieszony między dwoma zupełnie różnymi światami. Prawa burta pojazdu tonęła w czerni totalnej. Lewą zalewały fale światła z dysku akrecyjnego, którego wzburzone morze przelewało się tysiące kilometrów niżej.

Całkowite skrajności: śmierć światła i rozkwit światła. Totalna zagłada i eksplozja życia. Nic po środku. Ale w tej pozornej równowadze, było widać jedną prawidłowość: ciemność dyktowała warunki, panowała nad jasnością, nadawała jej bieg.

Robert siedział w kokpicie i wpatrywał się w pulpit sterujący.

Mógł to zrobić. Tu i teraz. Wystarczyło otworzyć luk bagażowy i wysłać ciało Anji w kierunku Czerni Absolutnej. Albo minimalnie zmienić kurs i przekroczyć horyzont zdarzeń. Byli by w tedy na zawsze razem, spadając przez wieczność na Osobliwość, nigdy nie docierając do jej centrum.

Nie dotknął jednak sterów. Nie potrafił podjąć decyzji. Nie w tej chwili.

– Xiar?

Tak, Robercie?

– Kiedy tunel zostanie otwarty?

Generator załaduje się za sześć godzin, dwadzieścia jeden minut i piętnaście sekund.

– Muszę odpocząć, pomyśleć. Przywołaj mnie pół godziny przed skokiem.

Wstał i opuścił mostek.

Kajuta na końcu korytarza głównego zapraszała przytulnym, cichym półmrokiem. Zamknął drzwi i położył się na łóżku wciśniętym w kąt pomieszczenia. Po chwili zapalił lampkę na podsufitce i z naściennej szafki wyciągnął niedużą, sfatygowaną książkę. Prawdziwy papier… Na ziemi dostałbym za nią niezłą sumę.

Przez jakiś czas przyglądał się podniszczonej okładce, a potem przekartkował pożółkłe strony, docierając do miejsca, w którym poprzednio zostawił zakładkę.

Zaczął czytać:

 

 

Co mi mówisz górski strumieniu?

w którym miejscu ze mną się spotykasz?

ze mną, który także przemijam – 

podobnie jak ty…

Czy podobnie jak ty?

(Pozwól mi się tutaj zatrzymać –

pozwól mi się zatrzymać na progu,

oto jedno z tych najprostszych zdumień.)

Potok się nie zdumiewa, gdy spada w dół

i lasy milcząco zstępują w rytmie potoku

– lecz zdumiewa się człowiek!

Próg, który świat w nim przekracza,

jest progiem zdumienia.

(Kiedyś temu właśnie zdumieniu nadano imię „Adam”.)

 

Był samotny z tym swoim zdumieniem

pośród istot, które się nie zdumiewały

– wystarczyło im istnieć i przemijać.

Człowiek przemijał wraz z nimi

na fali zdumień.

Zdumiewając się, wciąż się wyłaniał

z tej fali, która go unosiła,

jakby mówiąc wszystkiemu wokoło:

„zatrzymaj się! – masz we mnie przystań”

„we mnie jest miejsce spotkania

z Przedwiecznym Słowem” –

„zatrzymaj się, to przemijanie ma sens”

„ma sens… ma sens… ma sens”

 

Odłożył książkę i zapatrzył się na sufit. Wiersz mu się podobał. Dobrze dobrane słowa, ciekawe metafory. Ale czegoś w nim brakowało. Po chwili namysłu sięgnął po rysik, którym czasem robił w książce notatki, i na końcu ostatniego słowa postawił pytajnik.

Zerknął na zegarek. Do skoku pozostało około pięć i pół godziny.

 

 

Koniec

Komentarze

Ciekawy pomysł, ale wykonanie nieco szwankuje.

 

Przede wszystkim tekst jest przegadany. Centralna koncepcja jest w zasadzie bardzo prosta, dałoby się ją zawrzeć w połowie tej objętości, zdecydowałeś się jednak wstawić do opowiadania sporo ozdobników, które niestety mu nie pomagają. Po co te opisy na początku? Po co czytelnikowi pokazywać krajobraz, który nie odgrywa w historii żadnej roli, bo akcja dzieje się gdzieś indziej? 

Tekst mocno bazuje na emocjach, ale mnie nie poruszył. Zapewne dlatego, że bohater jest w zasadzie płaski i nic o nim nie wiemy, przez co trudno się przejąć jego tragedią. A może dlatego, że nawet dla niego ta tragedia się już zrutynizowała. Tak czy inaczej nie porwało.

Z czepów formalnych:

Rozpoczynam Skanowanie

Po co wielkie “s”?

Nie dało się jednoznacznie stwierdzić, czy należą do świata zwierząt, czy roślin.

Mówimy o pozaziemskich formach życia. Próby kwalifikowania ich wedle ziemskiej taksonomii są więc w zasadzie bezcelowe.

Ze ścianki wysunął się aplikator zakończony długą igłą, która wbiła się w ramię leżącej.

Ja wiem, magiczna technika przyszłości, te sprawy. Ale w przypadku zwłok podawanie czegokolwiek dożylnie i tak jest bez sensu, bo cóż, nie żyją. Nie mają krążenia.

Przegadane hmm…. meritum to meritum. Trzeba do niego dotrzeć. Wstęp ma.na celu głównie naświetlanie sytuacji że on tam wiele razy wraca i za każdym razem próbuje nowego podejścia. Ma też zaciekawić… czy on tu już był?

Wstęp ma.na celu głównie naświetlanie sytuacji że on tam wiele razy wraca i za każdym razem próbuje nowego podejścia. Ma też zaciekawić… czy on tu już był?

Cóż, jeśli taki był cel, w moim przypadku się nie udało. Szczególnie w kwestii zaciekawienia. Jest raczej oczywiste, że już tam był.

No dowiedziales się głównie dzięki wstępowi. Ale ok. Nie zaiskrzylo i rozumiem.

Rozumiem Roberta tęskniącego za Anją, ale opowiadanie jakoś do mnie nie przemówiło, nie pozwoliło przejąć się sytuacją i nijak nie wzruszyło, a domyślam się, że chyba miało.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

Żró­dło przy­tła­cza­ła swoim ogro­mem… ―> Literówka.

 

Czar­na kro­pel­ka opie­ra­ją­ca się ogni­stej burzy…. ―> Po wielokropku nie stawia się kropki.

 

Sta­tek do­wo­dzo­ny prze Ro­ber­ta… ―> Literówka.

 

– Dobra. Stan­dar­do­we współ­przęd­ne ―> Literówka

 

Nie­ca­ły kwa­drans póź­niej „Tu­łacz” scho­dził pio­no­wo w dół… ―> Czy istniała możliwość, aby schodził pionowo w górę?

 

dżun­gla, skła­da­ją­ca się głow­nie z wy­so­kich ro­ślin… ―> Literówka.

 

Xiar po­sa­dzi­ła sta­tek mięk­ko na skra­ju ska­la­ne­go ob­ry­wu… ―> Literówka. Choć nie wykluczam możliwości, że ktoś jednak skalał obryw.

 

pły­nął stru­mień, który spa­dał w dół prze­pa­ści spie­nio­ny­mi ka­ska­da­mi wody. ―> Masło maślane. Czy strumień mógł spadać w górę?

 

uło­żył zwło­ki po­śród kon­cen­trycz­nych sku­pisk macek, po­wsta­ją­cych pod do­tknię­ciem jego stóp, i roz­cho­dzi­ły się na wszyst­kie stro­ny… ―> …uło­żył zwło­ki po­śród kon­cen­trycz­nych sku­pisk macek, po­wsta­ją­cych pod do­tknię­ciem jego stóp i rozchodzących się na wszyst­kie stro­ny

 

Waga : 52 ki­lo­gra­my. ―> – Waga: pięćdziesiąt dwa ki­lo­gra­my.

Zbędna spacja przed dwukropkiem. Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach.

 

doj­rzał błysz­czą­ce ele­men­ty kom­bi­ne­zo­nu, który cia­sno opla­tał jej ciało… ―> Pewnie miało być: …doj­rzał błysz­czą­ce ele­men­ty kom­bi­ne­zo­nu, który cia­sno opinał jej ciało

Za SJP PWN: opleśćoplatać 1. «okręcić coś długiego i cienkiego wokół kogoś lub czegoś» 2. «owinąć się wokół kogoś lub czegoś» 3. «objąć kogoś»

 

opi­su­ją­cy jeden po­zy­tyw­ny przy­pa­dek … ―> Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

Nic po środ­ku. ―> Nic pośrod­ku.

 

Byli by w tedy na za­wsze razem… ―> Byliby wtedy na za­wsze razem

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Macie racje, że ciężko związać się z bohaterem. Rozważałem dłuższą scenę po tym jak synthoidy odskakują od ciała – retrospekcję która by rzuciła więcej światła na związek tych dwoje. Ale ostatecznie zdecydowałem, że to nie jest główny motyw, bardziej zależało mi na pytaniu bez odpowiedzi. Ale chyba wyszło za płytko.

Pomysł byłby ciekawy, gdyby trochę popracować nad wykonaniem. Można by to trochę uatrakcyjnić, skrócić to co jest i dodać za to coś, co ożywi fabułę, taki “smaczek”, bo tak czytelnik dostaje wszystko i nic + wkradały Ci się co chwilę literówki. 

Pomysł tu jest, opisy też fajne. Jednak problemem są akcenty tekstu. Nim się skumałem, że chodzi o żal za zmarłą ukochaną, zdążyłem się tekstem z lekka znudzić – otrzymywałem bowiem ciekawe opisy oraz nęcące nazwy (synthoidy), jednak nic, co sugerowałoby, ku jakiemu celowi zostały wykorzystane.

Tekst ma też literówki i to z gatunku tych denerwujących, bo łatwo wykrywalnych za pomocą Worda i jego słownika. Dosyć mocno chrzęszczą one podczas czytania.

Koniec końców koncert niezły, ale brakuje mu ostatecznego szlifu. Takiego, który ukierunkowałby by treść jednoznacznie, usunął nadmiar ozdobników zarazem nie zostawiając tylko gołego szkieletu opowiadania. 

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Mnie się nie podobało. Cała ta sytuacja ma więcej wspólnego z chorobą psychiczną niż z miłością. :(

Hmm Irka ciekawa uwaga. Możesz rozwinąć?

Dla mnie wątek z alternatywną Anją wydaje się wart rozwinięcia. Nie umiem myśleć w ramach opowiadania, zawsze chcę widzieć rozwój bohatera i sytuacji. W dłuższej perspektywie powinni znowu się spotkać, bo czują nieodpartą chęć znowu zobaczyć utraconą miłość. Będą mieli męczący dylemat i poczucie winy. To wszystko ładnie wyglądałoby na tle innych wydarzeń ich życia i otoczenia.

In maiorem Dei gloria!

Nowa Fantastyka