- Opowiadanie: Piotr Wałkówski - Lázadás

Lázadás

Ko­lej­ne opo­wia­da­nie z uni­wer­sum 2422. Tym razem znacz­nie dłuż­sze. No i za­wie­ra wię­cej akcji, a mniej dy­wa­ga­cji.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Lázadás

28 lu­te­go 2422 roku

 

Rot­mistrz Franz Bognár za­sło­nił oczy, chcąc uchro­nić je przed znie­nac­ka za­pa­lo­nym świa­tłem. W sy­pial­ni uno­sił się za­pach prze­tra­wio­ne­go al­ko­ho­lu, który w po­łą­cze­niu z du­cho­tą spra­wiał, iż at­mos­fe­ra nie na­le­ża­ła do naj­przy­jem­niej­szych.

– Spa­so­je­vić! – wy­chry­piał woj­sko­wy. – Spa­so­je­vić! Spa­so­je­vić?! Gdzie je­steś, by­dla­ku?! Le­piej, żebyś miał dobrą wy­mów­kę, gdy cię dorwę!

– Oba­wiam się, że twój or­dy­nans po­sta­no­wił nie przyjść dziś do pracy – roz­legł się uprzej­my głos.

Bognár z tru­dem pod­niósł pul­su­ją­cą tępym bólem głowę z po­dusz­ki i spoj­rzał na sto­ją­ce­go przy drzwiach ru­do­wło­se­go męż­czy­znę w wy­pra­so­wa­nym gar­ni­tu­rze spor­to­wym.

– Ty już wsta­łeś? Och, jakim cudem?

– Cudem sa­mo­dy­scy­pli­ny – od­parł zgryź­li­wie Mau­ry­cy Chro­mań­ski. – Zro­bi­łem kawę. Na­pi­jesz się?

– Taaaa – wy­beł­ko­tał Bognár, zwle­ka­jąc się z łóżka. – Cho­ciaż wpierw wody. Dużo zim­nej wody i coś prze­ciw­bó­lo­we­go.

Po chwi­li męż­czyź­ni za­sie­dli w nie­wiel­kiej kuch­ni. Chro­mań­ski roz­ko­szo­wał się kawą, Bognára zaś za­do­wo­lił syfon pełny wody so­do­wej.

– Jak wró­ci­li­śmy wczo­raj­szej nocy ze Spli­tu? – za­py­tał rot­mistrz, od­stawiając opróż­nio­ną szklan­kę.

– Tak jak przy­le­cie­li­śmy – od­rzekł Chro­mań­ski. – Na grzbie­cie Martfű. Dziwi mnie, że nie ob­ra­ził się po tym, co mu po­wie­dzia­łeś. Na jego miej­scu wró­cił­bym do­pie­ro póź­nym ran­kiem, ale naj­wy­raź­niej nie je­stem ob­da­rzo­ny smo­czą po­ko­rą.

– Wspa­nia­ło­myśl­ny Martfű! – ucie­szył się Bognár. – Mam na­dzie­ję, że nadal mogę na niego li­czyć, bo szy­ku­je się cięż­ki dzień.

– Dla­cze­go?

– Het­man Dózsa wraca z wcza­sów. Wpraw­dzie miał sta­wić się w bazie do­pie­ro za ty­dzień, ale wie­czo­rem, kiedy już sie­dzie­li­śmy w ka­sy­nie, do­sta­łem od niego wia­do­mość. Pisał, że przy­le­ci dziś po po­łu­dniu.

– Czemu mi tego wczo­raj nie po­wie­dzia­łeś?

– Nie po­wie­dzia­łem? – Bognár po­dra­pał się po gło­wie. – Hm, chyba spraw­dza­łem skrzyn­kę ma­ilo­wą, kiedy wy­sze­dłeś się odlać, a po twoim po­wro­cie zna­leź­li­śmy sobie we­sel­szy temat do roz­mo­wy.

– Naj­wi­docz­niej tak było – wes­tchnął Chro­mań­ski.

– Która go­dzi­na?

– Wpół do dzie­sią­tej.

– Już tak późno?! – Rot­mistrz wci­snął na głowę ro­ga­tyw­kę. – Muszę ogar­nąć bur­del w bazie, zanim zjawi się Dózsa. Zwy­kle nie na­ra­żam gości na nudę wła­snych obo­wiąz­ków, ale twoje to­wa­rzy­stwo pod­nio­sło­by mnie na duchu.

– Zatem chodź­my.

Opu­ściw­szy prze­zna­czo­ną na ofi­cer­skie kwa­te­ry willę, Bognár i Chro­mań­ski zna­leź­li się na prze­stron­nym placu Ae­ro­dro­mu Chod­kie­wi­cza – jed­nej z dwóch stref, które wcho­dzi­ły w skład Trze­ciej Gra­nicz­nej Bazy Ce­sar­skich Sił Pod­nieb­nych w Čistej Ve­li­kej. Sza­ro­bu­re niebo i niska tem­pe­ra­tu­ra nie za­chę­ca­ły do spa­ce­rów, lecz ska­co­wa­ne­mu Bognárowi o dziwo nie wy­da­wa­ły się prze­szka­dzać. Rot­mistrz za­piął szczel­niej płaszcz, po czym prze­szedł obok gma­chu ko­szar pod­ofi­cer­skich, omi­nął hale słu­żą­ce jako lokum dla smo­ków i za­trzy­mał się do­pie­ro przed po­ste­run­kiem żan­dar­me­rii.

– Czo­łem, rot­mi­strzu! – Za­sa­lu­to­wał młody war­tow­nik. – Dzień dobry, panie Chro­mań­ski.

– Dobra, dobra – od­burk­nął Bognár. – Nie mam czasu na po­ufa­łość. Le­piej za­wo­łaj tu do­wód­cę zmia­ny!

Nie mi­nę­ła mi­nu­ta, a przed rot­mi­strzem za­mel­do­wał się chu­der­la­wy męż­czy­zna z twa­rzą na­zna­czo­ną bli­zna­mi po ospie.

– Wach­mistrz Ivan Lupis! – Żan­darm drżą­cą dło­nią po­pra­wił wy­mię­ty mun­dur. – Na roz­kaz, panie rot­mi­strzu!

– W po­rząd­ku. – Bognár po­gła­dził swój kil­ku­dnio­wy za­rost, do­strze­ga­jąc kątem oka, że pod­ko­mend­ny lekko drży. – Na­tych­miast zdaj­cie ra­port z ostat­nich dwu­dzie­stu czte­rech go­dzin!

– We­dług do­star­czo­nych mi list obec­no­ści…

– Do rze­czy, Lupis! Do­sko­na­le znam licz­bę ae­ro­nau­tów oraz smo­ków przy­pi­sa­nych do służ­by w tej bazie.

– Tak jest, panie rot­mi­strzu! Nie­ste­ty nad ranem do­szło do uciecz­ki. Zde­zer­te­ro­wa­ło trzech ludzi oraz jeden smok po­słań­czej rasy.

– Kto zde­zer­te­ro­wał?

Lupis wrę­czył listę Bognárowi, który po od­kry­ciu, że jed­nym z ucie­ki­nie­rów był jego or­dy­nans, wpadł w taką wście­kłość, że wy­do­był zza pazuchy szpi­cru­tę i za­czął wy­gra­żać nią wach­mi­strzo­wi.

– Macie jedno za­da­nie, które jest tak ba­nal­ne, że na­praw­dę trze­ba chcieć je spier­do­lić! – krzyk­nął rot­mistrz. – To trze­cia udana uciecz­ka w tym roku! Za nie­kom­pe­ten­cję zo­sta­nie­cie zdy­mi­sjo­no­wa­ni i zde­gra­do­wa­ni. Naj­gor­sze, że będę mu­siał tłu­ma­czyć się het­ma­no­wi z wa­sze­go baj­zlu. Za­pła­cisz mi za to, Lupis!

– Wy­star­czy! – Chro­mań­ski de­li­kat­nie chwy­cił rękę Bognára, gdy ten chciał wy­mie­rzyć pod­wład­ne­mu cios. – Skoro już zro­bi­ła się afera, to nie ma sensu wszyst­kie­go po­gar­szać takim nie­pro­fe­sjo­nal­nym za­cho­wa­niem, Franz.

– Racja. – Rot­mistrz wziął głę­bo­ki od­dech. – Na­le­ży stwo­rzyć wra­że­nie, że pa­nu­je tutaj po­rzą­dek. Nie zwle­kaj­my zatem z roz­po­czę­ciem ro­bo­ty. Gdzie po­dział się Martfű?

– Wi­dzia­łem go jakąś go­dzi­nę temu – od­parł Chro­mań­ski. – Po­le­ciał do Ae­ro­dro­mu Ko­niec­pol­skie­go.

– W takim razie na nas już czas. Za­mel­du­jesz się u mnie po obie­dzie, Lupis.

– Tak jest!

Po chwi­li Bognár i Chro­mań­ski opu­ści­li ogro­dzo­ny wy­so­kim murem teren Ae­ro­dro­mu Chod­kie­wi­cza. Od prze­zna­czo­ne­go dla po­bo­ro­wych Ae­ro­dro­mu Ko­niec­pol­skie­go dzie­lił ich pra­wie pół­go­dzin­ny spa­cer po po­lnej dro­dze.

– Wresz­cie prze­ko­nasz się, jak tutaj szko­li­my – za­ga­ił Bognár. – Może nie jest to naj­bar­dziej pa­sjo­nu­ją­ce za­da­nie na świe­cie, acz­kol­wiek może przy­nieść pewne ko­rzy­ści.

– Szko­le­nie ae­ro­nau­tów nie jest dla mnie ni­czym nie­zwy­kłym. – Chro­mań­ski wzru­szył ra­mio­na­mi. – W końcu sam byłem na woj­nie.

– Kurwa, aż się łezka w oku kręci, gdy czło­wiek przy­po­mni sobie ten wspa­nia­ły czas! Tak nie­wie­le bra­ko­wa­ło do wy­par­cia is­la­mu­chów z Eu­ro­py. Zdo­by­li­śmy Paryż, od­cię­li­śmy Ma­dryt, a tchórz­li­wy emir ogło­sił Li­zbo­nę mia­stem otwar­tym. Dzie­sięć lat temu szło nam jak z płat­ka, Mau­ry­cy.

– Do pew­ne­go mo­men­tu.

– Wła­śnie! – Bognár za­ci­snął pię­ści. – Przez zdraj­ców, któ­rzy wbili nam nóż w plecy, wszyst­ko wzię­ło w łeb. Prze­gra­na ze Świa­to­wym Im­pe­rium Is­lam­skim kosz­to­wa­ła nas nie tylko utra­tę Re­gio­nu Bel­gii. Prze­cież do­pie­ro nie­daw­no skoń­czy­li­śmy wy­pła­cać re­pa­ra­cje, a ho­no­ru do dziś nie od­zy­ska­li­śmy.

– Przy Smo­czej Ar­ma­dzie Mah­die­go, która po­pro­wa­dzi­ła kontr­ofen­sy­wę z Azji Mniej­szej, zdraj­cy nie mieli więk­sze­go zna­cze­nia – stwier­dził Chro­mań­ski. – Pa­mię­tasz, jak mu­zuł­ma­nie wpierw do­szczęt­nie roz­wa­li­li Bel­grad, a na­stęp­nie za­ję­li Bu­ka­reszt i Lwów? Nie­wie­le dzie­li­ło ich od sa­me­go serca Ce­sar­stwa Pol­skie­go, a nasze siły były roz­rzu­co­ne nie­mal po całej Eu­ro­pie, więc nie dało się szyb­ko zor­ga­ni­zo­wać sku­tecz­nej obro­ny.

– Na­szym naj­więk­szym grze­chem było nie­do­sta­tecz­ne zdy­scy­pli­no­wa­nie. – Po­krę­cił głową Bognár. – Jed­nak ist­nie­ją me­to­dy, aby to zmie­nić. Za­pew­ne nie ze­tkną­łeś się z nimi pod­czas swo­je­go kursu w ra­mach po­spo­li­te­go ru­sze­nia.

– O ja­kich me­to­dach mó­wisz? – Chro­mań­ski zmarsz­czył czoło.

– Trze­ba uświa­do­mić sobie, że nie przy­sy­ła­ją tutaj pa­trio­tów go­to­wych w każ­dej chwi­li oddać życie za ce­sa­rza. Nic z tych rze­czy, przy­ja­cie­lu. Po­bo­ro­wi to zwy­kle po­spo­li­ci kry­mi­na­li­ści albo po­li­tycz­nie po­dej­rza­ny ele­ment. Tylko bez­względ­ną siłą można zmu­sić ich do ja­kie­go­kol­wiek po­słu­szeń­stwa.

– Czyli nie szczę­dzisz swoim pod­ko­mend­nym dłu­gich i for­sow­nych ćwi­czeń. – Uśmiech­nął się Chro­mań­ski.

– Ują­łeś to w ład­nych sło­wach – od­rzekł Bognár. – Na moich ma­new­rach smoki mają spę­dzić co naj­mniej dwa­na­ście albo nawet czter­na­ście go­dzin w po­wie­trzu bez żad­ne­go od­po­czyn­ku. Oczy­wi­ście razem z całą bry­ga­dą oraz opo­rzą­dze­niem w uprzę­ży. Nowi po­bo­ro­wi zaś przez pierw­szy ty­dzień nie opusz­cza­ją si­łow­ni. Albo wy­ro­bią sobie krze­pę i obo­wiąz­ko­wość, albo zdech­ną.

– Ostry z cie­bie do­wód­ca, Franz. Za­sta­na­wia mnie, co ro­bisz swoim pod­ko­mend­nym, gdy na­praw­dę coś prze­skro­bią.

– Re­gu­la­min Ce­sar­skich Sił Pod­nieb­nych nie­ste­ty nie jest wy­star­cza­ją­co su­ro­wy wobec pew­nych jed­no­stek, które tutaj tra­fia­ją – rzekł rot­mistrz. – Na szczę­ście na­le­żę do po­my­sło­wych ludzi. Za­łóż­my, że mam sy­tu­ację, w któ­rej sta­wia mi się smok, jakiś niby do­mi­nu­ją­cy sa­miec, wraz z czę­ścią wła­sne­go pocz­tu. Wów­czas ga­dzi­na jest przy­ku­wa­na do be­to­no­wych płyt. Na­stęp­nie każę wy­sma­ro­wać jej puz­dro octem.

– Nawet nie wy­obra­żam sobie, jak to musi piec.

– By­dlak spę­dza w ten spo­sób kilka go­dzin. Potem przy­pro­wa­dza­my krnąbr­nych ae­ro­nau­tów, któ­rzy mają do czy­sta wy­li­zać całe puz­dro, a nie­rzad­ko także ku­ta­sa i jajca. Gdy któ­ryś od­ma­wia, to do­sta­je tak so­lid­ny wpier­dol pałą te­le­sko­po­wą, że przez parę dni się nie pod­nie­sie.

– Strasz­ne – sko­men­to­wał prze­ra­żo­ny Chro­mań­ski.

– Oba­wiam się, że to je­dy­ne roz­wią­za­nie pro­ble­mu pa­to­lo­gii w ba­zach gra­nicz­nych. Z dru­giej stro­ny po­bo­ro­wi i tak mają tutaj znacz­nie le­piej niż w obo­zie kar­nym. Tam do­pie­ro jest rygor, Mau­ry­cy. Za­pew­ne kie­dyś wielu bę­dzie chcia­ło mi po­dzię­ko­wać za cięż­ką naukę. Świa­to­we Im­pe­rium Is­lam­skie za­czy­na się rap­tem kil­ka­dzie­siąt ki­lo­me­trów na po­łu­dnie stąd. Wy­buch nowej wojny to kwe­stia czasu.

– Czyli po­bo­ro­wy po­wi­nien bar­dziej oba­wiać się prze­ło­żo­ne­go niż wroga?

– Le­piej bym tego nie ujął. – Bognár wy­buch­nął su­chym śmie­chem. – Fala musi być i chuj! Zresz­tą przy­znasz mi rację, gdy zo­ba­czysz ten bur­del.

Znacz­nie więk­szy od Ae­ro­dro­mu Chod­kie­wi­cza Ae­ro­drom Ko­niec­pol­skie­go był okrą­głym pla­cem oto­czo­nym przez nie­ogrze­wa­ne hale, w któ­rych smoki gnieź­dzi­ły się z przy­dzie­lo­ny­mi im pocz­ta­mi, wspól­nie sy­pia­jąc na be­to­no­wej, po­kry­tej skąpą war­stwą słomy pod­ło­dze. Mała i rzad­ko udo­stęp­nia­na zimą łaź­nia po­lo­wa nie była w sta­nie za­pew­nić na­le­ży­te­go po­zio­mu hi­gie­ny, o czym świad­czył wszech­obec­ny za­pach nie­my­tych ciał. Ten wy­da­wał się jed­nak ni­czym w po­rów­na­niu z pa­skud­ną wonią la­tryn oraz przy­pra­wia­ją­cym kogoś nie­przy­zwy­cza­jo­ne­go o mdło­ści fe­to­rem od­pad­ków skła­do­wa­nych wokół po­łą­czo­nej z oborą kuch­ni. Je­dy­ny­mi przy­zwo­ity­mi bu­dow­la­mi na ob­sza­rze Ae­ro­dro­mu Ko­niec­pol­skie­go były szpi­tal i ka­pli­ca.

– Pod­chorąży! – za­wo­łał Bognár. – Na­tych­miast trą­bić na zbiór­kę! Niech wszy­scy, któ­rych jesz­cze nie przy­dzie­lo­no na dzi­siej­sze ma­new­ry ćwi­czeb­ne, za­mel­du­ją się przy ka­pli­cy. Je­że­li za­brak­nie miej­sca, to kie­ruj­cie spóź­nial­skich na przy­ku­chen­ny plac. Zo­ba­czy­my, czy aro­ma­to­te­ra­pia wy­le­czy opie­sza­łość.

Zszo­ko­wa­ny za­sta­ną w ae­ro­dro­mie sy­tu­acją Chro­mań­ski usi­ło­wał upo­rząd­ko­wać na­tłok myśli. Od dawna wie­dział, że z po­wo­du re­pa­ra­cji zmniej­szo­no wy­dat­ki na Ce­sar­skie Siły Pod­nieb­ne. Nie było rów­nież ta­jem­ni­cą, że po pod­pi­sa­niu trak­ta­tu po­ko­jo­we­go ze Świa­to­wym Im­pe­rium Is­lam­skim ce­sarz Ka­zi­mierz skie­ro­wał naj­lep­sze eska­dry na Wschod­nią Ru­bież, aby wal­czy­ły prze­ciw­ko par­ty­zant­ce. Z dru­giej stro­ny Chro­mań­skie­go nigdy nie na­szło prze­czu­cie, że sy­tu­acja w nie­któ­rych ba­zach może być tak tra­gicz­na.

– Wszy­scy oprócz cho­rych obec­ni? Do­sko­na­le! – Bognár zmie­rzył wzro­kiem sto­ją­cych w sze­re­gu męż­czyzn odzia­nych w szare ae­ro­nau­tycz­ne kom­bi­ne­zo­ny Ce­sar­skich Sił Pod­nieb­nych. – Jak się dzi­siaj czu­jesz, Martfű?

Usły­szaw­szy cha­rak­te­ry­stycz­ne imię, Chro­mań­ski obej­rzał przy­dzie­lo­ne­go rot­mi­strzo­wi smoka na­le­żą­ce­go do ogrom­nej rasy zwa­nej Khir. Do­ro­słe Khiry mogły bez pro­ble­mu wzbić się w prze­stwo­rza, mając na grzbie­cie cięż­ką plat­for­mę ar­ty­le­ryj­ską lub kil­kadziesiąt skrzyń z za­opa­trze­niem. Nie­słu­żą­ce w si­łach zbroj­nych osob­ni­ki zwy­kle wy­ko­rzy­sty­wa­no do po­mo­cy na bu­do­wach, gdzie po­tęż­ny­mi ła­pa­mi prze­no­si­ły wska­za­ne przez maj­strów ła­dun­ki ce­gieł na wyż­sze kon­dy­gna­cje. Chro­mań­ski nie znał prze­szło­ści Martfű, jed­nak przyj­rzaw­szy się licz­nym bli­znom na jego po­kry­tym śnież­no­bia­łą łuską ciel­sku, od­niósł wra­że­nie, że ten rzad­ko para się spo­koj­nym za­ję­ciem.

– Je­stem go­to­wy do ma­new­rów ćwi­czeb­nych. – Khir od­parł tonem po­zba­wio­nym ja­kich­kol­wiek emo­cji.

– Wy­śmie­ni­cie. – Bognár przy­sta­wił po­da­ny mu przez pod­ofi­ce­ra me­ga­fon do ust. – Słu­chaj­cie mnie do­brze, lenie, bo nie za­mie­rzam po­wta­rzać! Dzi­siej­sze ma­new­ry ćwi­czeb­ne skoń­czą się po po­łu­dniu. Nie ozna­cza to jed­nak, że bę­dzie­cie mieli czas na zbi­ja­nie bąków, by­dla­ki. Za­mie­rzam zro­bić w bazie po­rząd­ne trze­pań­sko. Prze­trzą­śnie­my każdy sien­nik, skrzy­necz­kę, a nawet kie­szon­kę, więc za­pew­ne co trze­ci po­bo­ro­wy znaj­dzie się w pace za kon­tra­ban­dę. Czy to jasne, gnidy?

– Tak jest, panie rot­mi­strzu! – za­wo­ła­li ae­ro­nau­ci.

– Dzi­siaj z urlo­pu wraca het­man Dózsa – cią­gnął Bognár – do tego czasu musi za­pa­no­wać wzo­ro­wy po­rzą­dek. Ko­niec z chla­niem, ćpa­niem oraz całą tą waszą prze­klę­tą de­gren­go­la­dą! Macie być ry­ce­rza­mi, któ­rzy dziel­nie bro­nią gra­nic chrze­ści­jań­stwa przed za­le­wem is­la­mu. Jasne?!

– Panie Bognár – zwró­cił się do swo­je­go obe­rbry­ga­die­ra Martfű, uprze­dza­jąc chó­ral­ny okrzyk ae­ro­nau­tów – czy na dzi­siej­sze ma­new­ry po­le­ci­my z całą naszą bry­ga­dą po­wietrz­ną, łącz­nie z bom­bar­die­ra­mi?

– Oczy­wi­ście – od­rzekł rot­mistrz.

– W takim razie po­win­ni mi na­tych­miast za­ło­żyć uprząż bo­jo­wą, bo w re­kre­acyj­nej wszy­scy się nie zmiesz­czą.

– Co?! Czemu nikt mi nie za­mel­do­wał?! – za­wo­łał Bognár. – Szlag! W tym pier­dol­ni­ku nawet prze­ka­zy­wa­nie in­for­ma­cji szwan­ku­je.

– Pro­szę o po­zwo­le­nie za­ło­że­nia uprzę­ży bo­jo­wej – po­wie­dział Martfű.

– Po­zwo­le­nia udzie­lam. Tylko prze­każ tym dup­kom z uprzę­żal­ni, aby się sprę­ży­li, bo ina­czej za­mknę ich w aresz­cie na kwar­tał!

Martfű nie udał się bez­po­śred­nio do uprzęż­ni­ków, lecz przy­sta­nął przy fron­to­wej ścia­nie szpi­ta­la i prych­nął. Po chwi­li na pierw­szym pie­trze otwo­rzy­ło się okno, z któ­re­go wyj­rzał młody męż­czy­zna w po­ce­ro­wa­nym pod­ko­szul­ku.

– Szar­mach. – Martfű wy­po­wie­dział na­zwi­sko naj­ci­szej, jak tylko po­zwa­la­ła na to smo­cza fi­zjo­no­mia. – Mamy kło­po­ty. Bognár za­po­wie­dział na dziś dro­bia­zgo­we prze­szu­ka­nie ca­łe­go ae­ro­dro­mu.

– Na dziś? Jasna cho­le­ra! Prze­cież za­czę­li­śmy już roz­dzie­lać kon­tra­ban­dę do akcji na ju­trzej­szą noc. Co tego dur­ne­go pi­ja­ka pod­ku­si­ło do trze­pa­nia bazy? Chyba ktoś syp­nął.

– Nie pora na śledz­two. – W szkar­łat­nych śle­piach Martfű dało się do­strzec błysk prze­ra­że­nia. – Po­wi­nie­neś ze­brać przy­ja­ciół i za­sta­no­wić się, co po­cząć.

– Tak zro­bię. Coś jesz­cze?

– Ow­szem. Po po­łu­dniu do bazy przy­le­ci Dózsa. Za­sta­na­wia mnie, czemu po­sta­no­wił wró­cić wcze­śniej, niż za­po­wia­dał.

– Dzię­ki za ostrze­że­nie, Martfű. Wra­caj do swo­ich ludzi, zanim pod­ofi­ce­ro­wie za­czną coś po­dej­rze­wać!

– Po­wo­dze­nia!

Wła­dy­sław Szar­mach stał przy oknie jesz­cze przez dłuż­szy mo­ment, ob­ser­wu­jąc pa­nu­ją­ce w ae­ro­dro­mie przy­go­to­wa­nia. Kwa­drans póź­niej w po­wie­trze wzla­ty­wa­ły już ostat­nie smoki. Męż­czy­znę za­ab­sor­bo­wał widok kil­ku­na­stu znacz­nie róż­nią­cych się od sie­bie wiel­ko­ścią stwo­rzeń. Dy­wi­zjon, któ­re­mu prze­wo­dził Martfű, skła­dał się za­rów­no z osob­ni­ków ras po­słań­czych mo­gą­cych na grzbiet za­brać naj­wy­żej trzech ludzi, jak i ma­je­sta­tycz­nych Gal­ha­li do­rów­nu­ją­cych roz­mia­rem pa­gór­kom. Róż­no­rod­ność osob­ni­ków nie ogra­ni­cza­ła się jed­nak do wy­so­ko­ści w kłę­bie. Szar­mach chło­nął wzro­kiem kon­tra­stu­ją­ce ze sobą umasz­cze­nia po­kry­wa­ją­cej ciel­sko łuski lub sier­ści oraz po­dzi­wiał skrzy­dła, które w za­leż­no­ści od rasy były z błony lot­nej albo piór.

Dosyć tego do­bre­go – po­my­ślał męż­czy­zna. – Naj­wyż­szy czas wziąć się do kon­kret­nej ro­bo­ty.

 

***

 

Nie mar­nu­jąc już czasu, Szar­mach zwo­łał we­wnątrz ka­pli­cy na­ra­dę, na któ­rej sta­wi­ło się prze­szło dwu­dzie­stu prze­by­wa­ją­cych w szpi­ta­lu kom­pa­nów. Po­cząt­ko­wa kon­ster­na­cja zgro­ma­dzo­nych szyb­ko ustą­pi­ła na rzecz nie­po­ko­ju.

– Kurwa je­ba­na mać! – za­klął opie­ra­ją­cy się o oł­tarz bar­czy­sty męż­czy­zna. – Albo coś pręd­ko wy­my­śli­my, albo po nas.

– Je­steś w tym ae­ro­dro­mie prze­szło rok, Wasz­czuk – rzekł przy­tom­nie Szar­mach. – Może Bognár tylko tak po­gro­ził, a całe trze­pań­sko ogra­ni­czy się wy­łącz­nie do prze­szu­ka­nia kie­sze­ni paru fa­ce­tom, któ­rzy ostat­nio pod­pa­dli.

– Nasz rot­mistrz to jed­no­cze­śnie pa­ten­to­wa­ny leń i nie­prze­wi­dy­wal­na gnida. – Wasz­czuk splu­nął na po­sadz­kę. – Pa­mię­tam, że ostat­nie trze­pań­sko za­mie­ni­ło się w trwa­ją­cą ponad ty­dzień in­wen­ta­ry­za­cję, w ra­mach któ­rej spraw­dzi­li nawet za­war­tość ar­se­na­łu. Całą tę za­ba­wę za­aran­żo­wa­no ku ucie­sze Dózsy.

– A tak się skła­da, że het­man wróci tu naj­póź­niej wie­czo­rem – wtrą­cił bru­net w na­rzu­co­nej nie­dba­le na kom­bi­ne­zon brą­zo­wej kurt­ce. – Naj­roz­sąd­niej zatem za­ło­żyć, że Bognár nie robił sobie jaj.

– Skoro grozi nam de­kon­spi­ra­cja, to chyba warto wszyst­ko od­wo­łać – za­pro­po­no­wał Wasz­czuk.

– Już za późno – wes­tchnął Szar­mach. – Wszyst­kie graty zo­sta­ły prze­ka­za­ne wy­zna­czo­nym oso­bom, z któ­rych więk­szość po­le­cia­ła dzi­siaj na ma­new­ry ćwi­czeb­ne. Oba­wiam się, że do przy­by­cia Dózsy nie zdo­ła­my ze­brać wszyst­kie­go. Poza tym opóź­nie­nie akcji w tej bazie mo­gło­by na­ra­zić cały plan na po­raż­kę.

– Co w takim razie pro­po­nu­jesz? – za­py­tał za­nie­po­ko­jo­ny bru­net. – Roz­po­cząć ope­ra­cję już teraz?

– Do­kład­nie, Kästner. Dzia­łaj­my, do­pó­ki jesz­cze mo­że­my. Nasze ze­wnętrz­ne wspar­cie jest już go­to­we. Kon­spi­ra­to­rzy w in­nych ba­zach za­pew­ne rów­nież. Ope­ra­cja Lázadás musi roz­po­cząć się dzień wcze­śniej.

– To moż­li­we, ale cho­ler­nie ry­zy­kow­ne. – Kästner po­krę­cił głową. – Bę­dzie­my dzia­ła­li w biały dzień. Zda­jesz sobie spra­wę, ile rze­czy może pójść nie tak?

– Wiem! – za­pe­rzył się Szar­mach. – Jed­nak wy­kry­cie kon­spi­ra­to­rów nawet w jed­nej bazie praw­do­po­dob­nie zni­we­czy spi­sek. Mamy do wy­bo­ru pewny i marny ko­niec z łapsk kata lub po­ten­cjal­ną, a przy tym ho­no­ro­wą śmierć w walce.

– Mimo wszyst­ko wo­lał­bym trze­cią opcję, czyli spier­do­le­nie stąd do Spli­tu na piwo – za­żar­to­wał Wasz­czuk.

– Je­że­li ktoś wy­my­ślił lep­sze roz­wią­za­nie, niech teraz nam o nim opo­wie – za­żą­dał Szar­mach.

Nikt nie za­brał głosu. Kästner na chwi­lę otwo­rzył usta, lecz osta­tecz­nie uznał, że jego uwagi nie wnio­są ni­cze­go kon­struk­tyw­ne­go.

– Mu­si­my prze­jąć kon­tro­lę nad bazą – powiedział Szar­mach – tych kilku wiecz­nie pi­ja­nych żan­dar­mów w Ae­ro­dro­mie Ko­niec­pol­skie­go nie spra­wi nam pro­ble­mu. Go­rzej z Ae­ro­dro­mem Chod­kie­wi­cza. Tam są ko­sza­ry tre­po­stwa oraz po­ste­ru­nek.

– Gdyby nasz go­niec nie zo­stał okra­dzio­ny w Za­da­rze, to mie­li­by­śmy dość pre­cjo­zów, aby prze­ku­pić całą tu­tej­szą żan­dar­me­rię, tak jak zro­bi­li to spi­skow­cy z bazy w Kra­gu­je­va­cu – wark­nął Kästner. – Nie­ste­ty nam świe­ci­de­łek wy­star­czy­ło tylko na prze­ku­pie­nie ra­dio­ope­ra­to­rów, le­ka­rzy oraz cho­ler­nie pa­zer­ne­go zbroj­mi­strza.

– Tyle musi wy­star­czyć – oznaj­mił Szar­mach. – Wróg jesz­cze nie wie, że stra­cił kon­tro­lę nad ra­dio­sta­cja­mi w ba­zach. Po­zo­sta­je więc na jakiś czas po­zbyć się łącz­no­ści eu­ro­ne­to­wej.

– Ow­szem. – Kästner wy­cią­gnął z kie­sze­ni elek­tro­hend. – Wczo­raj otrzy­ma­łem za­szy­fro­wa­ny mel­du­nek, w któ­rym Ah­zru­khal wy­ra­żał go­to­wość do za­ję­cia sta­cji prze­kaź­ni­ko­wej w Spli­cie. Dzię­ki temu sieć eu­ro­ne­to­wa mo­gła­by zo­stać wy­łą­czo­na w pro­mie­niu ja­kichś sześć­dzie­się­ciu albo nawet sie­dem­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów. Čista Ve­li­ka znaj­dzie się poza za­się­giem.

– Do­sko­na­le. – Szar­mach za­tarł z za­do­wo­le­nia ręce. – Wy­ślesz wia­do­mość z po­le­ce­niem, aby za­ata­ko­wa­li sta­cję prze­kaź­ni­ko­wą punk­tu­al­nie o go­dzi­nie trzy­na­stej. Nie sądzę, żeby star­cie za­ję­ło więcej niż pięt­na­ście minut. My ru­szy­my, gdy je­dy­nym ustroj­stwem umoż­li­wia­ją­cym kon­takt ze świa­tem ze­wnętrz­nym po­zo­sta­nie ra­dio­sta­cja, do któ­re­j za żadne skar­by nie wolno do­pu­ścić ludzi wier­nych ce­sa­rzo­wi.

– Skoro już mowa o radiu, to trze­ba jak naj­szyb­ciej nadać mel­dun­ki do po­zo­sta­łych baz włą­czo­nych w Ope­ra­cję Lázadás – oznaj­mił sto­ją­cy obok kon­fe­sjo­na­łu chło­pak na­zwi­skiem Dobruška. – Zajmę się tym.

– Tylko uwa­żaj, aby w bu­dyn­ku ra­dio­sta­cji nie przy­ła­pał cię nikt nie­chęt­ny na­szej spra­wie – uprze­dził Szar­mach.

– Spo­koj­nie, facet. – Na ob­li­czu Dobruški po­ja­wił się szy­der­czy uśmie­szek. – Ła­zi­łem tam już mi­lion razy i za­wsze wszyst­ko szło jak z płat­ka. Zresz­tą sami ra­dio­ope­ra­to­rzy to spoko ko­le­sie.

– Oby w in­nych ba­zach też tacy byli – po­wie­dział cierp­ko Wasz­czuk.

– Nie­dłu­go bę­dzie oka­zja się prze­ko­nać. – Kästner wstał z ławy. – Czeka nas długi dzień, kam­ra­ci.

 

Go­dzi­na 13:18

 

– Nie waż­cie się ścią­gnąć masek prze­ciw­ga­zo­wych, do­pó­ki wam nie po­zwo­lę – prze­strzegł Szar­mach, umiesz­cza­jąc po­ci­ski w bę­ben­ku re­wol­we­ru. – Przy odro­bi­nie szczę­ścia nikt nie po­wi­nien zgi­nąć, ale nie wy­klu­czam, że pewne trepy nie dadzą nam wy­bo­ru. Mo­że­my za­czy­nać?

– Mo­men­cik. – Kästner zer­k­nął na elek­tro­hend. – Łącz­ność eu­ro­ne­to­wa wła­śnie zo­sta­ła ze­rwa­na.

– W takim razie ru­sza­my do akcji. Grupa Wasz­czu­ka za­ata­ku­je ko­sza­ry pod­ofi­cer­skie, a resz­ta ruszy ze mną na sie­dzi­bę żan­dar­me­rii. Naj­praw­do­po­dob­niej to my uwi­nie­my się szyb­ciej, bo nasz prze­ciw­nik nie jest tak licz­ny. Dla­te­go po opa­no­wa­niu po­ste­run­ku i przy­le­ga­ją­ce­go do niego ar­se­na­łu po­bie­gnie­my pomóc Wasz­czu­ko­wi.

– Ru­szaj­my, zanim nas wy­cza­ją! – wark­nął jakiś znie­cier­pli­wio­ny spi­sko­wiec sto­ją­cy za Szar­ma­chem.

Po chwi­li kil­ku­na­stu męż­czyzn w ma­skach prze­ciw­ga­zo­wych ru­szy­ło wzdłuż oka­la­ją­ce­go Ae­ro­drom Chod­kie­wi­cza muru ku po­łu­dnio­wej bra­mie, która znaj­do­wa­ła się tuż przy po­ste­run­ku żan­dar­me­rii.

– Co to ma zna­czyć?! – Wy­rwa­ny z pół­snu war­tow­nik się­gnął po zo­sta­wio­ną przy budce straż­ni­czej broń, lecz zanim zdo­łał do ko­go­kol­wiek wy­mie­rzyć, Kästner obez­wład­nił go przy po­mo­cy ta­se­ra.

– Ci­skaj­cie gaz, chło­pa­ki! – Szar­mach wrzu­cił gra­nat przez otwar­te na oścież okno na par­te­rze po­ste­run­ku.

Nie mi­nę­ło kilka minut, a bu­dow­la zo­sta­ła za­snu­ta kłę­ba­mi gazu łza­wią­ce­go. Z wnę­trza roz­le­gły się krzy­ki.

– Dobra! Mi­giem sztur­mo­wać! – na­ka­zał Szar­mach, gdy wy­ko­rzy­sta­no już wszyst­kie gra­na­ty.

Spi­skow­cy wpa­dli ni­czym wi­cher do środ­ka. Obez­wład­nie­ni gazem żan­dar­mi nie byli w sta­nie sta­wić sku­tecz­ne­go oporu. Więk­szość padła na zie­mię, gdy tylko do ich uszu do­bie­gły pierw­sze okrzy­ki na­ka­zu­ją­ce, aby się pod­dać. Ci bar­dziej krew­cy, za­sło­niw­szy noz­drza zwil­żo­ny­mi śliną chu­s­tecz­ka­mi, na­wią­za­li walkę wręcz, lecz uzbro­je­ni w pałki te­le­sko­po­we na­past­ni­cy nie po­zwo­li­li wy­pchnąć się na ze­wnątrz. Star­cie wy­da­wa­ło się prze­są­dzo­ne na ko­rzyść Szar­ma­cha oraz jego ludzi, jed­nak nie­spo­dzie­wa­nie na pię­trze roz­legł się huk wy­strza­łów.

– Kurwa! Je­ba­ne by­dlę­ta jed­nak się­gnę­ły po roz­py­la­cze! – Kästner przy­kuc­nął za prze­wró­co­nym biur­kiem ofi­ce­ra dy­żur­ne­go.

– Khe, khe! Strze­laj­cie! – za­krzyk­nął z góry wach­mistrz Lupis. – Khe, khe! Dawać gra­na­ty! Khe!

– Ogień za­po­ro­wy! – roz­ka­zał Szar­mach.

– Co nam po tym? Prze­cież zaraz… – Słowa Kästne­ra zo­sta­ły za­głu­szo­ne przez salwę z pi­sto­le­tów ma­szy­no­wych.

Nie wda­jąc się w dys­ku­sję, do­wód­ca ru­szył w stro­nę scho­dów pro­wa­dzą­cych na miesz­czą­cą się nad biu­rem ga­le­rię.

– Stój! – za­wo­łał ktoś do Szar­ma­cha, który jed­nak zi­gno­ro­wał po­le­ce­nie i wbiegł na pię­tro, po­wa­la­jąc przy tym po­stać, która za­stą­pi­ła mu drogę.

– Uhhh!

– Dosyć tego! – Szar­mach roz­po­znał w prze­wró­co­nym męż­czyź­nie Lu­pi­sa. – Każ tym kilku bo­ha­te­rom rzu­cić broń!

– Nie za­bi­jaj mnie! – jęk­nął wach­mistrz, do­strze­gł­szy, iż na­past­nik przy­sta­wił mu re­wol­wer do skro­ni. – Khe, khe, khe!

– Uspo­kój się! Nie za­mie­rza­my ni­ko­go za­bi­jać, a tylko prze­jąć kon­tro­lę nad bazą. Je­ste­ście z nami czy prze­ciw­ko nam?

– Z wami! Khe, khe! Z wami! – krztu­sił się Lupis. – Żan­dar­me­ria, na­tych­miast rzu­cić broń! To ko­niec.

Mo­ment póź­niej wszy­scy żan­dar­mi zo­sta­li wy­pro­wa­dze­ni z po­ste­run­ku. Szar­mach try­um­fal­nie spo­glą­dał na za­łza­wio­nych, ka­sła­ją­cych męż­czyzn, któ­rzy szli z unie­sio­ny­mi rę­ko­ma.

– Po­ste­ru­nek i ar­se­nał są nasze – po­wie­dział dziar­sko Kästner. – Dwóch żan­dar­mów zo­sta­ło ran­nych, lecz my na szczę­ście nie po­nie­śli­śmy żad­nych strat. Oby pod­ofi­ce­ro­wie dali się tak samo za­sko­czyć.

– Zo­ba­czy­my – od­parł Szar­mach. – Czas wspo­móc drugą grupę!

Już z od­da­li dało się usły­szeć strza­ły pa­da­ją­ce w ko­sza­rach pod­ofi­cer­skich, jed­nak zanim lu­dzie Szar­ma­cha do­tar­li do gma­chu, wszyst­ko uci­chło. Nagle Kästner wy­mie­rzył broń w stro­nę jed­ne­go z bal­ko­nów na dru­gim pię­trze.

– Tam ktoś jest!

– Po­wo­li. – Szar­mach uspo­ko­ił kom­pa­na. – Być może to któ­ryś z na­szych. Nie strze­lać, do­pó­ki nie bę­dzie pew­no­ści.

Wtem roz­legł się brzdęk tłu­czo­ne­go szkła. Przez roz­bi­te drzwi bal­ko­no­we wy­pchnię­to ubra­ne­go w roz­cheł­sta­ny mun­dur pod­ofi­ce­ra, który prze­chy­lił się przez ba­lu­stra­dę i spadł na chod­nik.

– Za­je­ba­li go – po­wie­dział bez­na­mięt­nie Kästner, zer­ka­jąc na nóż wbity ofie­rze w plecy.

– Hej, chło­pa­ki! – Przez bal­kon wyj­rzał Wasz­czuk. – Czy wy­czy­ści­li­ście już po­ste­ru­nek z żan­dar­mów?

– Sądzę, że przy­łą­czą się do nas, kiedy tro­chę ochło­ną – od­rzekł Szar­mach. – Zdo­by­li­ście ko­sza­ry?

– Się wie! Co praw­da więk­szość tre­pów na­tych­miast się pod­da­ła, ale było też paru na­rwań­ców po­kro­ju typka, który teraz leży u wa­szych stóp. W każ­dym razie baza na­le­ży do nas! Ce­sarz może ją spi­sać na stra­ty.

– Zgo­dzę się z tobą, do­pie­ro gdy zdo­bę­dzie­my szań­ce ar­ty­le­ryj­skie – stwier­dził Kästner. – Na razie po­win­ni­śmy mieć się na bacz­no­ści.

 

Go­dzi­na 15.20

 

– Wresz­cie mam naj­śwież­sze wie­ści z in­nych baz na po­łu­dnio­wej gra­ni­cy – za­mel­do­wał ob­słu­gu­ją­cy ra­dio­sta­cję Dobruška. – Pierw­sza faza Ope­ra­cji Lázadás pra­wie wszę­dzie do­szła do skut­ku.

– Pra­wie wszę­dzie? – za­nie­po­ko­ił się Szar­mach.

– W Călărași nadal trwa­ją cięż­kie walki. Moż­li­we, że aku­rat tam zwy­cię­żą lo­ja­li­ści. Mimo to dys­po­nu­je­my już wy­star­cza­ją­cą siłą, aby zdła­wić po­ten­cjal­ny opór. W naj­więk­szej bazie, w Kra­gu­je­va­cu, obe­szło się bez ja­kich­kol­wiek po­ty­czek. W za­sa­dzie wszy­scy po­sta­no­wi­li wy­po­wie­dzieć po­słu­szeń­stwo ce­sa­rzo­wi.

– To ozna­cza, że po­parł nas mar­sza­łek Ostro­wiec­ki. – Szar­mach po­dra­pał się po pod­bród­ku.

– Otóż to! – ucie­szył się Dobruška. – Wy­star­czy ty­dzień na za­pro­wa­dze­nie po­rząd­ku w pań­stwie. Dni ce­sa­rza są już po­li­czo­ne.

– Oby nie do­szło do wojny do­mo­wej. Wy­star­czy nam kilka tru­pów w ko­sza­rach pod­ofi­cer­skich oraz praw­do­po­dob­na rzeź w Călărași. Sy­tu­acja wcale nie jest taka ide­al­na, jak się wy­da­je, Dobruška.

– Będę cię o wszyst­kim na bie­żą­co in­for­mo­wał.

– W takim razie do zo­ba­cze­nia.

Szar­mach opu­ścił bu­dy­nek ra­dio­sta­cji i ru­szył wzdłuż Ae­ro­dro­mu Chod­kie­wi­cza, nie zwra­ca­jąc zbyt­niej uwagi na zgiełk, jaki za­pa­no­wał po przy­lo­cie kil­ku­na­stu smo­ków bez żad­nych ban­der, lecz z do­brze uzbro­jo­ny­mi bry­ga­da­mi spi­skow­ców na grzbie­tach. Dy­wi­zjo­no­wi prze­wo­dził do­ro­sły sa­miec Moh­to­ta – spo­rych roz­mia­rów rasy, któ­rej osob­ni­ki osią­ga­ły nieco po­wy­żej trzech czwar­tych śred­niej wagi Khi­rów.

– Roz­ma­wia­łeś z ra­dio­ope­ra­to­rem? – spy­tał Szar­ma­cha Moh­tot. – Czy wszyst­ko idzie po na­szej myśli?

Męż­czy­zna oparł się o prawą łapę uło­żo­ne­go na brzu­chu smoka, ocze­ku­jąc, aż ten opu­ści łeb, aby dać się po­gła­skać. Po chwi­li Moh­tot po­chy­lił pysk i Szar­mach mógł swo­bod­nie gła­dzić bor­do­wą łuskę po­kry­wa­ją­cą szczę­ki stwo­rze­nia.

– Jak długo żeśmy się nie wi­dzie­li, Ah­zru­kha­lu? To bę­dzie bez mała sześć mie­się­cy roz­łą­ki.

– Dla mnie to także był bar­dzo cięż­ki czas, jed­nak in­stynkt mówił mi, że po­wi­nie­neś czu­wać nad Ope­ra­cją Lázadás, Sap­to­ry­sie.

– Niech mnie szlag! Nie pa­mię­tam, kiedy ostat­nim razem usły­sza­łem wła­sne imię, a nie to fał­szy­we na­zwi­sko.

– Szczę­śli­wie upo­ra­li­śmy się z naj­trud­niej­szym. – Ah­zru­khal spoj­rzał na czło­wie­ka szma­rag­do­wo­zie­lo­ny­mi śle­pia­mi, które zda­wa­ły się wy­ra­żać coś po­mię­dzy tro­ską a ra­do­ścią. – Jesz­cze dziś od­le­ci­my z tego par­szy­we­go miej­sca do Bu­da­pesz­tu, a potem praw­do­po­dob­nie do War­sza­wy. Wszyst­ko bę­dzie za­le­ża­ło od tego, gdzie po poj­ma­niu ce­sa­rza zbie­rze się tym­cza­so­wy rząd.

– Szar­mach! Szar­mach! – za­wo­łał wbie­ga­ją­cy wła­śnie przez bramę Wasz­czuk. – Chodź do Ae­ro­dro­mu Ko­niec­pol­skie­go!

– Co się znowu dzie­je? – burk­nął Sap­to­rys.

– Do­rwa­li­śmy Bognára! Mia­łem obawy, że skur­wiel bę­dzie wal­czył, ale oka­za­ło się, że nikt nie za­mie­rza sta­nąć po jego stro­nie.

– Cho­le­ra! Muszę to zo­ba­czyć. Rot­mistrz Bognár w nie­wo­li u po­bo­ro­wych.

Po­ko­naw­szy truch­tem dy­stans dzie­lą­cy oby­dwa ae­ro­dro­my, Sap­to­rys i Wasz­czuk stali się świad­ka­mi że­nu­ją­cej sceny. Bognár na ko­la­nach bła­gał wy­raź­nie znie­sma­czo­ne­go Martfű o pomoc w uciecz­ce z bazy.

– Nie wie­rzę, że je­steś po stro­nie bun­tow­ni­ków! – bia­do­lił rot­mistrz. – Byłeś naj­po­kor­niej­szym smo­kiem, ja­kie­go mi przy­dzie­lo­no w ka­rie­rze. Nie! Nie! To jakiś kawał. Po­wiedz, że te ma­to­ły cię w niego wcią­gnę­ły!

– Za­wsze tobą gar­dzi­łem! – wark­nął Martfű, ob­na­ża­jąc kły. – Nawet bar­dziej niż ce­sa­rzem i całym tym kra­ikiem. Prze­gra­łeś, Bognár. Le­piej się z tym po­gódź i za­cznij nas bła­gać o li­tość.

– Od­puść, Franz – po­ra­dził skuty kaj­dan­ka­mi Chro­mań­ski, któ­re­go za kark trzy­mał Kästner. – Po­gar­szasz naszą sy­tu­ację.

– Za­bierz­cie stąd to bydlę – Martfű ze wstrę­tem od­da­lił się od rot­mi­strza – albo zaraz roz­szar­pię je na strzę­py.

– Zajmę się tym – po­wie­dział Wasz­czuk. – Bognár i ten ele­gan­cik nie­dłu­go prze­sta­ną być na­szym zmar­twie­niem.

 

Go­dzi­na 15.50

 

Sap­to­rys już wy­cią­gnął dłoń z za­mia­rem zdję­cia bia­ło-czer­wo­nej ce­sar­skiej flagi wi­szą­cej przy pół­noc­nej bra­mie Ae­ro­dro­mu Ko­niec­pol­skie­go, gdy nie­spo­dzie­wa­nie z ra­dio­te­le­fo­nu roz­legł się głos Dobruški.

– Szar­mach, zgłoś się!

– Słu­cham. – Sap­to­rys wziął urzą­dze­nie do ręki.

– Za chwi­lę na obrze­żach Ae­ro­dro­mu Ko­niec­pol­skie­go wy­lą­du­je het­man Dózsa. Trze­ba go zgar­nąć.

– Niby czemu na obrze­żach?

– Za­mel­do­wa­łem mu, że w bazie ogło­szo­no pierw­szy sto­pień za­gro­że­nia epi­de­mio­lo­gicz­ne­go, dla­te­go oby­dwa ae­ro­dro­my zo­sta­ły ob­ję­te kwa­ran­tan­ną.

– Uwie­rzył w to?

– Chyba myśli, że ma do czy­nie­nia z pi­jac­kim żar­tem, jed­nak ten facet ra­czej nie na­le­ży do tych, co lubią ry­zy­ko­wać.

– Dzię­ki za cynk, przy­ja­cie­lu. Za pół go­dzi­ny nasz wspa­nia­ły het­man znaj­dzie się w żan­darm­skiej pace.

Po chwi­li na ho­ry­zon­cie za­ma­ja­czył ciem­no­po­pie­la­ty kształt. Wspo­ma­ga­jąc się za­bra­ną ze skład­ni­cy lor­net­ką, Sap­to­rys zi­den­ty­fi­ko­wał go jako smoka rasy Zitra. Stwo­rze­nie wy­lą­do­wa­ło kil­ka­set me­trów od bramy. Po­zo­sta­ło tylko cier­pli­wie za­cze­kać, aż het­man György Dózsa do­trze do ae­ro­dro­mu.

– Bacz­ność, ae­ro­nau­to! – roz­ka­zał otyły męż­czy­zna w ozdo­bio­nym ba­ret­ka­mi mun­du­rze. – Na­tych­miast mi za­mel­do­wać, co się tutaj dzie­je! Czemu teren ae­ro­dro­mów zo­stał ob­ję­ty kwa­ran­tan­ną?

– Ni­cze­go nie za­mie­rzam mel­do­wać. – Sap­to­rys wy­do­był z ka­bu­ry re­wol­wer i wy­ce­lo­wał w Dózsę. – Baza wy­po­wie­dzia­ła po­słu­szeń­stwo ce­sa­rzo­wi Ka­zi­mie­rzo­wi, który wkrót­ce zo­sta­nie oba­lo­ny.

– Co ta­kie­go?! – za­wo­łał het­man.

– Je­steś z nami czy prze­ciw­ko nam?

– Za­po­mnij, zdraj­co! Ce­sarz w try­mi­ga zgnie­cie ten śmiesz­ny bunt, a wy wszy­scy tra­fi­cie na sza­fot.

– To się jesz­cze okaże, Dózsa. – Sap­to­rys wy­cią­gnął z kie­sze­ni sznur, lecz zanim skrę­po­wał nim ręce het­ma­na, z krót­ko­fa­lów­ki do­bie­gło we­zwa­nie do ry­chłe­go mel­dun­ku – słu­cham, Dobruška.

– Mamy pro­blem na po­łu­dnio­wo-za­chod­nim szań­cu ar­ty­le­ryj­skim. Ognio­mistrz Hans Neu­mann nie za­mie­rza się pod­dać.

– Kurwa mać! Wy­sła­li­ście tam już ludzi?

– Jesz­cze nie.

– Naj­pierw od­sta­wię do aresz­tu Dózsę, a potem wspól­nie coś wy­my­śli­my. Bez od­bio­ru.

 

6 marca

 

Sap­to­rys spo­glą­dał na pa­no­ra­mę za­snu­te­go mgłą Bu­da­pesz­tu, za­sta­na­wia­jąc się, co robią jego kom­pa­ni, któ­rzy zo­sta­li w Čistej Ve­li­kej. Jesz­cze kilka dni wcze­śniej miał na­dzie­ję, że po Ope­ra­cji Lázadás wy­pi­ją razem parę drin­ków w któ­rejś knaj­pie przy Váci utca. Nie­ste­ty oka­za­ło się to nie­moż­li­we.

– Szlag! – za­klął męż­czy­zna, gdy jego przed­ra­mie­niem znie­nac­ka wstrzą­snął ból spo­wo­do­wa­ny go­ją­cą się raną, którą przy­pła­cił zła­ma­nie oporu sta­wia­ne­go przez ognio­mi­strza Neu­manna i wier­nych mu ludzi.

Jól van? – spy­ta­ła ubra­na w po­ma­rań­czo­wy dres ko­bie­ta, która także wy­bra­ła się na spa­cer po Wzgó­rzu Gel­ler­ta.

Nie wda­jąc się w roz­mo­wę z nie­zna­jo­mą, Sap­to­rys ru­szył żwa­wym kro­kiem do cy­ta­de­li, na któ­rej dzie­dziń­cu od­po­czy­wał Ah­zru­khal.

– Je­steś go­to­wy na długi lot, Sap­to­ry­sie? Wiesz, że naj­da­lej po­ju­trze po­win­ni­śmy sta­wić się w sto­li­cy?

– Do lotu je­stem go­to­wy, odkąd tylko się uro­dzi­łem, jed­nak rzy­gać mi się chce, gdy po­my­ślę o całej po­li­ty­kier­skiej ro­bo­cie, która nas czeka. Czy na­praw­dę je­ste­śmy aż tak po­trzeb­ni no­we­mu rzą­do­wi?

– Do­brze wiesz, że Ope­ra­cja Lázadás to do­pie­ro po­czą­tek – od­parł z wyż­szo­ścią Ah­zru­khal, ma­cha­jąc ogo­nem. – Wpraw­dzie ce­sarz uciekł do Pań­stwa Ko­ściel­ne­go, ale po­zo­sta­ło tu sporo jego ustosunkowanych zwo­len­ni­ków, któ­rzy mają nie tylko ogrom­ne wpły­wy w kraju, ale mogą wkrót­ce uzy­skać za­gra­nicz­ne wspar­cie. Z pew­no­ścią nie po­ko­na­my prze­ciw­ni­ka, mar­nu­jąc dni w ja­kiejś cuch­ną­cej bazie.

– Mam dość walki – od­burk­nął Sap­to­rys – ale nie­ste­ty pier­dol­nik w tym kraju pew­nie prę­dzej czy póź­niej prze­isto­czy się wojnę do­mo­wą.

Koniec

Komentarze

Zawiesiłam się na pierwszym słowie, które jest niezgodne z polską normą językową, a także terminologią wojskową, ale to pikuś. Ono jest przede wszystkim niewymawialne.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Teoretycznie powinno być sztabskapitan (sztabsrotmistrz jest raczej terminem rosyjskim, aczkolwiek widziałem je w polszczyźnie), ale dla odmiany to ono mi się nie podobało. Osobiście nie mam problemów z wymową.

 

EDIT: sztabsrotmistrz jest dopuszczalny, jeżeli chodzi o kawalerię https://pl.wikipedia.org/wiki/Sztabskapitan , a smoki można poniekąd utożsamiać z kawalerią.

Hmm. Tekst napisany sprawnie, jak chodzi o stronę stricte językową, ale świat przedstawiony i koncepcja – armia ludzko-smocza podczas wielkiego konfliktu – trochę za bardzo kojarzy mi się z wizją Naomi Novik. No i w fabule się pogubiłam – mam wrażenie, że to nie tyle opowiadanie, co fragment większej całości, bo intrydze politycznej w tym tekście zdecydowanie by się przydało pogłębienie i dookreślenie (no i męczy mnie trochę ta absolutna przewidywalna oczywistość tego, jak Twoi bohaterowie się zachowują i wyrażają – wiem, że popkulturowy archetyp żołnierza zawodowego tak ma, ale trochę mnie już to nudzi).

Dzięki za komentarz, ninedin. Starałem się całe, że tak powiem, mięso skondensować w jednym tekście, bo to pełnoprawne opowiadanie. Jednak z drugiej strony nie zamierzałem też po prostacku wykładać całej kawy na ławę, żeby nie zrobiło się zbyt prosto, a przez to nudno dla czytelnika.

 

A ja dla odmiany bardzo lubię archetyp trepa pokroju sierżanta z “Full Metal Jacket” czy Tygrysa z “Samowolki” (tak wiem, że to był poborowy). Ale to kwestia gustu.

Zgadzam się z przedpiśczynią, że ten tekst nie bardzo jest pełnoprawnym opowiadaniem, ale sprawia wrażenie wycinka z większej całości. Brak tu wyraźnego zarysowania fabuły, wrzucasz czytelnika in medias res i jakkolwiek pierwsza połowa ma dużo cech infodumpu, nie dowiadujemy się niczego, co pozwoliłoby zrozumieć, co to za świat, skąd się wziął (poza tym, że ewidentnie z lektury Naomi Novik…). Nie ma tu zamkniętej fabuły, ale wycinek losów bohaterów i kawałka świata – o którym za mało wiemy, żeby się przejąć jego losami. Na dodatek opozycja światowego islamu i Europy z Polską w centrum jest tak banalna i sztampowa, że ziew. Co więcej, zgrzyt poznawczy wywołuje imię cesarza – Kazimierz, bo sprawia wrażenie, że cesarz (czego? dlaczego? jak toczyła się historia świata?) jest Polakiem, więc czemu akurat Polacy się buntują przeciwko niemu? Wyjaśnienie tej konkretnej kwestii nie byłoby prostackim wykładaniem całej kawy na ławę, ale oczywistym uświadomieniem czytelnikowi, z jakim światem i alternatywną historią ma do czynienia.

 

Bohaterowie – w zasadzie nie istnieją. Są mało charakterystyczni (charakterystyka polegająca na tym, że żołnierze klną na potęgę to trochę mało, no i nudny stereotyp), trudno jednego od drugiego odróżnić, a jest ich legion. Co do smoków – nie mają wyrazistej osobowości, jak np. u przywołanej Novik, a ich relacje z ludźmi są kompletnie pominięte, więc równie dobrze mogłyby to być latające konie albo maszyny ze sztuczną inteligencją komunikującą się z pilotami. Tu po prostu nie ma smoków z własną indywidualnością gatunkową.

 

Fabuła – szczątkowa. Jakieś powstanie (i czemu akurat nazwa operacji po hiszpańsku? żeby większość czytelników, patrząc na tytuł, nie wiedziała od początku bez guglania, o co chodzi? bo nie widzę innego wyjaśnienia, w tekście ono nie pada, a słowo hiszpańskie jest na tyle odmienne od jego odpowiedników w innych językach, że może zmylić), jakaś akcja, jakiś cesarz, jakaś wojna – ale co, po co, dlaczego?

 

Językowo poprawne, aczkolwiek bez zachwytów, bo proza raczej przezroczysta, pozbawiona cech indywidualnych, a część dialogów nieco drętwa. Technicznie – interpunkcja, zapis dialogów – ok. No i parę babolków:

 

 – Podoficer! – zawołał Bognár. – Natychmiast trąbić na zbiórkę!

Nie wyobrażam sobie armii, w której zawodowy żołnierz zwraca się do innego w ten sposób, bo przecież jest kilka stopni podoficerskich i należy użyć właściwego. W ogóle to wymieszanie terminologii w kwestii stopni wojskowych trochę mnie irytowało, bo z jednej strony masz wszelkie elementy naszego stechnicyzowanego i informatycznego świata (czyli również reformy wojskowe powinny być podobne), z drugiej – te przestarzałe hetmany, rotmistrze i ogniomistrze. (Choć z drugiej strony, ponoć MON chce do tego wracać, a może już wrócił, nie wiem, nie śledzę aż tak gorliwie newsów.)

A tak na marginesie: w sztabsrotmistrzu zgrzyta mi nadmiar aglutynacji, ponieważ polszczyzna jej nie lubi. I właściwie zbitki z “mistrz” są jednymi z nielicznych, które funkcjonują (sztukmistrz, rotmistrz, kapelmistrz itd.), ale już zlepek z niemieckim sztabs– jest nienaturalny (prędzej sztabrotmistrz, ale to też średnio po polsku). Po polsku naturalny byłby rotmistrz sztabowy jak sierżant sztabowy.

 

Dosyć tego dobrego[-.] – pomyślał mężczyzna.

 

Khe, khe!

Zapis dźwięku “ch” przez “kh” jest po polsku dość dziwny, tak się zapisuje po angielsku czy niemiecku.

 

złamanie oporu stawianego przez ogniomistrza Neumann i wiernych mu ludzi.

Albo ogniomistrz Neumann jest kobietą i wtedy “jej”, albo jest mężczyzną i wtedy Neumanna.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki za poświęcony czas, Drakaino.

 

Powiem szczerze, że miałem pewną zagwozdkę z napisaniem tego tekstu. To opowiadanie jest zamknięte fabularnie, aczkolwiek mocno osadzone w pewnym uniwersum. Cały czas szukam złotego środka między przekazaniem czytelnikowi bardzo skondensowanych informacji a “zbombardowaniem” szczegółowymi danymi, które, jak widzę, jednak są pożądane. Kiedyś mnie krytykowano, że podaję ich za dużo w swoich tekstach, że to spowalnia akcję, że przez to jest nudno, że mam dać czytelnikowi pole do domysłów, pozostawić pewne niedopowiedzenia, żeby go zaciekawić i tak dalej, no wiesz, co mam na myśli.

 

Może ci prości bohaterowie to kwestia formy. Kształtowanie charakteru postaci idzie mi lepiej w dłuższych tekstach, gdzie mam zarówno miejsce, jak i sposobności do dokładniejszego nakreślenia charakteru zarówno ludzi, jak i ukochanych smoków. W tym wypadku bałem się uczynić z opowiadania mikro albo (co gorsza) pełnej powieści. Aczkolwiek zwracam uwagę, że jest tu pewna zwięźle opisana relacja między smokiem a człowiekiem.

 

Tytuł wziął się od wspomnianej w tekście Operacji Alzamiento (”el alzamiento” to dosłownie po hiszpańsku “powstanie”).

 

Językowo poprawne, aczkolwiek bez zachwytów, bo proza raczej przezroczysta, pozbawiona cech indywidualnych, a część dialogów nieco drętwa.

Kiedyś wypominano mi barokowy, zbyt złożony styl. No to nieco go zmieniłem, tak aby nie odwracał uwagi od fabuły. Wielu ludzi tak ceni konkretność stylu, że czasem nawet szuka na siłę śladów “liryczności”, aby je skrytykować . Ale cóż, niektórzy są odmiennego zdania, a przecież wszystkich nie da się zadowolić.

 

W ogóle to wymieszanie terminologii w kwestii stopni wojskowych trochę mnie irytowało, bo z jednej strony masz wszelkie elementy naszego stechnicyzowanego i informatycznego świata (czyli również reformy wojskowe powinny być podobne), z drugiej – te przestarzałe hetmany, rotmistrze i ogniomistrze. (Choć z drugiej strony, ponoć MON chce do tego wracać, a może już wrócił, nie wiem, nie śledzę aż tak gorliwie newsów.)

Właśnie próby tych zmian (którym w realu jestem przeciwny, bo to niepotrzebne koszta) zainspirowały mnie do niestosowania w tekście aktualnej polskiej terminologii wojskowej. Poza tym, jak już pisałem wcześniej, smoki można najprędzej utożsamić z kawalerią.

 

Po polsku naturalny byłby rotmistrz sztabowy jak sierżant sztabowy.

To w tekście wyglądałoby fatalnie. Zbyt encyklopedycznie.

 

Jeszcze raz dzięki za uwagi. W kolejnym opowiadaniu zamierzam odejść od intrygi politycznej na rzecz lekko groteskowej akcji w jednym mieście. Zobaczymy, jak wyjdzie.

 

Co my tu mamy? Jest złożony świat, nie dość, że alternatywny, to jeszcze osadzony w przyszłości wobec naszego odpowiednika, który to świat zapewne kieruje się jakąś własną logiką i sensem, wynikającym według Autora z odmiennej od naszej historii. Nie znam innych tekstów z tego uniwersum, dlatego widzę tutaj jedynie lekki chaos i elementy, które zgrzytają nawet przy mocno popuszczonych wodzach fantazji.

Bo skoro to świat tak podobny do naszego (islam, Warszawa, euronet-internet, dresy itd.) to jakim cudem latają w nim gigantyczne smoki z ciężkim ładunkiem na grzbiecie? Magia? A jeśli magia, to dlaczego więc świat jest taki podobny do zwykłego świata? Przecież magia zmieniłaby wszystko. Inaczej potoczyłaby się historia, pewnie nie byłoby tych samych nazw, krajów, konfliktów, odkryć naukowych, odniesień kulturowych itd. A jeśli jednak nie magia, to jakie tam wobec tego rządzą prawa fizyki, skoro kula z karabinu nadal leci do celu, podczas gdy nad strzelcem latają gigantyczne smoki?

Światotwórstwo mimo wszystko ciekawe, ale bardzo niespójne i wymieszane na zasadzie: o to będzie fajne, o i jeszcze to dorzucę dla efektu. Bez głębszych przemyśleń, planowania i wiarygodności.

Mamy tu jakby mieszankę XVIII/XIX wiecznych elementów: mowy, kultury, realiów itp. ze współczesnością, nowoczesnością, z całkiem aktualnymi i realnymi w naszym świecie wizjami islamu zalewającego Europę, wielkiej Polski jako ostatniego bastionu w Europie itd.

Czyli bawisz się trochę w publicystkę, nabijając z rzeczy, które są w opozycji do Twojego lewicowego światopoglądu. Ten miszmasz naprawdę potrafi zaintrygować, ale można (i trzeba) go było dopracować, lepiej spleść, uzasadnić, osadzić w kontekstach, wyjaśnić. Nie zrobiłeś tego i dlatego, niestety, jako samodzielne opowiadanie ta opowieść nie ma szansy się obronić. Zresztą możesz się zapierać, że to pełnoprawne opowiadanie, ale widać wyraźnie, że to jedynie fragment uniwersum i zaledwie kawałek Twojej historii. Wyrwany z kontekstu, pozbawiony puenty i dramaturgii kawałek.

Jednak szwankuje nie tylko światotwórstwo, ale również (a może przede wszystkim) postacie. Wprowadzasz do fabuły smoki, lecz okazują się one zupełnie niepotrzebnymi gadżetami. Nie mają żadnego wpływu na fabułę, są nijakie i jako element tła nawet nieciekawe, bo burzące logikę świata. Dzielisz je na gatunki, przydzielasz dziwnie brzmiące nazwy i imiona (całkiem z choinki, niepasujące do naszego kręgu kulturowego, o wiele lepsze wrażenie zrobiłbyś na mnie, gdyby Cesarstwo Polskie postarało się o bardziej swojskie nazwy dla tych bestii, o imionach nie wspominając). Do tego gadają jak ludzie, a wystawiają się i są łase na głaskanie jak psy. WTF? Niestety, ludzcy bohaterowie są równie płascy i jednowymiarowi. Sztampa goni kalkę, a za nią biegnie stereotyp. Żadna postać nie wybija się na pierwszy plan i nie wychyla poza oklepane kontury. Żadna nie łamie schematu, nie wychodzi z oklepanej roli. Żadna nie ma swojej mocnej sceny, dialogu, historii czy dramatu.

Na pewno masz spore możliwości i całkiem niezły warsztat. Są tutaj całe fragmenty tekstu napisane sprawnie, gładko i płynnie. Język nie sprawia Ci kłopotu, potrafisz posługiwać się nim poprawnie i czytelnie. Problemem jest konstrukcja tekstu, jego kompozycja, prowadzenie fabuły, czy tworzenie wiarygodnych postaci.

Zaczynasz historię od dupy strony. Pół tekstu prowadzisz nas śladem Franza i Maurycego (który jest zupełnie zbędny, nie odgrywa żadnej roli i wpływa na wydarzenia w jeszcze mniejszym stopniu niż smoki), by następnie przerzucić się na drugą stronę barykady i bohaterem głównym uczynić Szarmacha vel Saptorusa (był tak nijaki, że mylił mi się z Waszczukiem).

Fabularnie to wszystko leży i kwiczy. Zbliża się wizyta hetmana, Franz zarządza kontrolę, smok informuje kogoś nowego dla czytelnika, że będzie wtopa. Myślimy, że chodzi o kontrabandę, zaraz jednak okazuje się, że to jakaś wolta w koszarach. Po chwili natomiast dorzucasz do pieca informując, że to regularne powstanie w całym Cesarstwie. Pada po drodze dużo nazw, nazwisk, funkcji, lokalizacji, a czytelnika to gówno obchodzi, bo wyciągasz z rękawa jakieś kolejne poziomy akcji i szersze tła wydarzeń, podczas gdy my tkwimy pod barakiem żandarmerii, gdzie dochodzi do mało emocjonującej i pozbawionej dramaturgii potyczki, która kończy się szybciej niż zaczęła.

Nie mamy więc swojego bohatera, któremu możemy kibicować (myślałem, że to będzie Maurycy), nie wiemy dlaczego, po co i o co walczą powstańcy, kto jest tym złym, kim są naprawdę Szarmach i smok-zdrajca, posługujący się fałszywymi imionami, co to za tajemnice, co w tym wszystkim robi Imperium Islamskie poza tym, że gdzieś tam jest i pewnie się modli i knuje itd, itd, itd.

Jednak najsłabszym punktem Twojego warsztatu są dialogi. To nie rozmowy, to raczej nadęte infodumpy albo sztuczne wykłady, których apogeum osiągnąłeś we wspominkach Franza z Maurycym oraz pod koniec tekstu, gdy Szarmach opisuje sytuację polityczną po powstaniu. Na kilometr czuć i widać, że to nie wypowiedzi bohaterów, tylko relacje z wydarzeń, które czytelnik musi zadaniem Autora koniecznie poznać, a których Autor nie potrafi inaczej i lepiej sprzedać.

Podsumowując: masz pomysły, masz smykałkę do pisania i dosyć sprawny warsztat. Trzeba to jeszcze przekuć w dobrze przemyślaną fabułę, która wciągnie i zaskoczy czytelnika. No i popracuj koniecznie nad dialogami.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dzięki za komentarz, Mr Maras.

 

Będę nadal pracował nad opowiadaniami (mam pomysł na następne), ale teraz już wiem, że bardziej pasują mi jednak dłuższe formy. Samo uniwersum jest jeszcze w budowie, rozwija się, ale to chyba normalne dla wszystkich żywych uniwersów. W każdym razie zamierzam uczynić go eklektycznym, mieszając elementy postapo, smoczego fantasy i political fiction.

 

Na marginesie dodam, że odczucia podobne do twoich towarzyszą mi na początku wielu uznanych książek. Oczywiście w wielu przypadkach jakoś się przyzwyczajam, zważywszy, że to powieści, więc akcja się w nich rozkręca. Czasem jednak tracę cierpliwość. Tak miałem np. przy “Autostopem przez galaktykę”, książce swego czasu dość forsowanej w Polsce. Dla mnie to niestrawny bełkot, w którym od początku do końca nic nie trzyma się kupy.

Marasie, w kwestii “Podsumowując: masz pomysły”, to ten główny, na świat ze smokami, jest jak żywcem wzięty z wspomnianej przeze mnie serii Naomi Novik o smokach, tam wszystko w dodatku dzieje się na przełomie XVIII i XIX w. (jak opisujesz ten świat niby futurystyczny tutaj), więc coraz bardziej odnoszę wrażenie, że powinniśmy tu mieć tag “fanficton”. Bo główny pomysł światotwórczy dziwnie przypomina już istniejącą serię fantastyczną i tylko smoka imieniem Temeraire tu brakuje :/

 

Piotrze W., nie musisz mi tłumaczyć, skąd wziął się tytuł, bo to jest raczej oczywiste, zważywszy że słowo pada kilka razy w tekście jako nazwa operacji. Co więcej, należę akurat do tej grupy użytkowników portalu, nie wiem, jak licznej, która zna hiszpański – ba, chodziłam przez rok do szkoły hiszpańskojęzycznej. Dla mnie więc tytuł był oczywisty od początku. Nie znaczenie językowe ani też nie znaczenie dla tekstu mnie zatem zastanawia, ale powód i celowość użycia w świecie przedstawionym akurat hiszpańskiego słowa na powstanie. Nijak się to nie tłumaczy wewnętrzną logiką tego świata, bohaterowie są – sądząc po nazwiskach – Polakami, Węgrami i Słowianami z Bałkanów, a więc należą do narodów wschodniej części monarchii habsburskiej (skądinąd właśnie z tego XVIII/XIX wieku…) – co więc, u diabła, robi tu język hiszpański i słowo z niego wzięte? To powinno być wytłumaczone w tekście, bo inaczej jest zgrzytem w logice świata i fabuły.

 

To w tekście wyglądałoby fatalnie. Zbyt encyklopedycznie.

Ale po cholerę on w ogóle jest “sztabowy”? Nie masz pełnej hierarchii wśród bohaterów, więc rotmistrz sprawdziłby się wystarczająco dobrze.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

@UP

Po namyśle zmienię go jednak na rotmistrza. Tytuł też może zmienię, ale na razie nic nie przychodzi mi do głowy. Może coś z języka węgierskiego?

No cóż, z pewnością nie jestem entuzjastką Twojego cyklu. Już prolog 2422 niespecjalnie mnie zainteresował, ledwie pamiętam Nerwicę eklezjogenną i obawiam się, że za kilka dni równie niewiele zostanie mi w pamięci z lektury Lázadás.

Twierdzisz, że każde zaprezentowane tu opowiadanie stanowi zamkniętą całość, a ja po raz kolejny nie mogę pozbyć się wrażenia, że i to tylko kolejny rozdział, który w pełni zrozumiały będzie dopiero po przeczytaniu całego dzieła.

 

pod­niósł pul­su­ją­ca tępym bólem głowę… ―> Literówka.

 

za­py­tał rot­mistrz, od­kła­da­jąc opróż­nio­ną szklan­kę. ―> …za­py­tał rot­mistrz, odstawiając opróż­nio­ną szklan­kę.

Odłożona szklanka zapewne stoczyłaby się na podłogę.

 

wy­do­był z kie­sze­ni płasz­cza szpi­cru­tę… ―> Obawiam się, że Bognár nie mógł wydobyć szpicruty z kieszeni.

 

gdzie swo­imi po­tęż­ny­mi ła­pa­mi prze­no­si­ły… ―> Zbędny zaimek. Czy mogły przenosić coś cudzymi łapami?

 

– Mu­si­my prze­jąć kon­tro­lę nad bazą – za­ga­ił Szar­mach… ―> Jak zagaił, skoro naradzają się już od pewnego czasu?

Za SJP PWN: zagaićzagajać 1. «rozpocząć zebranie, obrady itp. wygłoszeniem mowy lub odpowiedniej formuły» 2. «rozpocząć rozmowę»

 

Nie sądzę, żeby star­cie za­ję­ło dłu­żej niż pięt­na­ście minut. ―> Nie sądzę, żeby star­cie trwało dłu­żej niż pięt­na­ście minut. Lub: Nie sądzę, żeby star­cie za­ję­ło więcej niż pięt­na­ście minut.

 

sporo jego wpły­wo­wych zwo­len­ni­ków, któ­rzy mają nie tylko ogrom­ne wpły­wy w kraju… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Może: …sporo jego ustosunkowanych zwo­len­ni­ków, któ­rzy mają nie tylko ogrom­ne wpły­wy w kraju

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Piotrze, kibicuję Ci w tej smoczo-ludzkiej opowieści!:), ponieważ spodobał mi się smok -terapeuta.

Tym razem zaserwowałeś kawałek bardziej militarny. Postaci są dla mnie ok, tzn wystarczająco zarysowane w tym momencie, ale nie są jeszcze ludźmi (wpasowują się reakcyjnie w schemat).

Obiektywna pewnie nie będę, gdyż kocham smoki, acz fantasy z trudem trawię.

Trochę razi mnie ta polska rzeczywistość i inne, ale odganiam je jak brzęczącą muchę, na razie.

Pewnie jeszcze nie masz historii, czyli co do tego doprowadziło. Może warto byłoby się do tego przymierzyć, gdyż pisanie byłoby wtedy łatwiejsze. 

Wydaje mi się też, że nie masz jeszcze głównej postaci, wahasz się. Pisz dalej, niech się wyklaruje i uważaj na swoje zdanie/opinię przemycaną w tekście. Niech postaci rozgrywają ten mecz.

pzd srd, a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

regulatorzy

Dzięki.

 

Asylum

Wbrew pozorom mam historię tego uniwersum. Zastanawiam się jednak jeszcze, jak ją w rozsądny sposób przedstawiać w opowiadaniach. W powieści może nie byłby to aż taki problem. W każdym razie cieszy mnie, że ci się podoba. Następny kawałek będzie miał już coś z horroru (dość groteskowego). No i postaram się popracować zarówno nad postaciami, jak i lepszym zaprezentowaniem świata

Nie czytałam innych opowiadań z Twojego uniwersum i muszę powiedzieć, że kompletnie nie wiem, o co w tym opku chodzi. Zostałam wrzucona w świat, którego nie znam i nie rozumiem. Dla mnie był to fragment czegoś większego. Gdyby opko miało jeszcze jakieś konkretne zakończenie, ale też nie. Opisujesz jakiś pucz wojskowy i kończysz w momencie, gdy puczyści wygrywają, tylko że z takiej wygranej nic nie wynika. Co było dalej, co się zmieniło w tym kraju?

Nie rozumiem Twojego uniwersum. Z reguły takie światy buduje się w oparciu o to, co istnieje, bądź istniało realnie. A tu masz imperium islamskie, smoki, odpowiednik internetu. W pierwszej chwili myślałam, że to świat, w którym chrześcijaństwo przegrało z islamem już w średniowieczu, ale to nie pasuje. Dlaczego są smoki, skąd się wzięły? I dlazego nie ma samolotów? Jest odpowiednik internetu, więc to nie magiczna kraina, ale świat oparty na nauce. Jakoś mi smoki tu nie pasują, do tego gadające.

 

Czyta się w sumie dobrze, nawet mnie wciągnęło to opko, niestety tym większe było moje rozczarowanie na końcu, kiedy okazało się, że w tej opowieści nic nie zostało zakończone i wyjaśnione.

 

Dzięki. Może następne Ci się bardziej spodoba. Je już planuję całkowicie zamknąć w ramach krótkiego wydarzenia.

Jest odpowiednik internetu, więc to nie magiczna kraina, ale świat oparty na nauce. Jakoś mi smoki tu nie pasują, do tego gadające.

W punkt. A ja nadal mam przemożne wrażenie, że to opowiadanie, czy uniwersum, jest próbą adaptacji tego, co wymyśliła Naomi Novik w serii o smoku Temeraire. (Mówiąc brutalniej: to fanfik czy wręcz ripoff z Novik). I to, co się sprawdza dla świata u progu rewolucji przemysłowej, przełomu XVIII/XIX wieku, niekoniecznie pasuje do futurystycznego świata opartego na dwudziestopierwszowiecznych wynalazkach. U Novik zresztą najfajniejsze są relacje ludzko-smocze, których tu kompletnie zabrakło, pozostały jedynie smocze rekwizyty. A i dekoracje tak sobie pasują, jak zauważyłaś…

 

Nie rozumiem zresztą całkowitego milczenia autora na temat Novik – inspiracja jest oczywista, więc może wypadałoby się ustosunkować? Nie wierzę, żeby autor nie znał tamtych książek, za dużo tu podobieństw.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Odniosę się do kilku powyższych rzeczy. Owszem, to inspiracja i to dość silna, aczkolwiek nie żaden fanfik, tylko własne uniwersum (zresztą o smoczych jeźdźcach było już od cholery książek, Pern, Eragon i wiele pomniejszych, oczywiście Novik najlepiej wypada, przynajmniej moim zdaniem). Świat nie jest osadzony w realiach XIX-wiecznych, ale postapo. Chociaż też nie jest ono takie hm… ortodoksyjne, bo planeta została już jako tako odbudowana. Społeczeństwo nie ogranicza się do grup lokalno-plemiennych.

 

Powiedzmy, że to taka fantastyka eklektyczna. Staram się nie ograniczać do jednego settingu, lecz łączyć elementy różnych. Oczywiście to kwestia gustu i nie każdemu musi się to spodobać.

Nowa Fantastyka