- Opowiadanie: Sonata - Głos Eldy

Głos Eldy

Napisane podczas tych wakacji.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Głos Eldy

Gołębie walczyły zachłannie o okruchy. Noak obserwował je ze znudzeniem. Gdy wkrótce po chlebie nie zostało ani śladu, mężczyzna beznamiętnie sięgnął do torby, by wydobyć kolejną garść. Jasne drobinki rzucone ku pierzastemu stadku, opadły lekko na ziemię. 

Ktoś musiał dokarmiać gołębie w mieście i padło na niego. Niektórzy uważali, że to zupełnie bezużyteczny zawód, ale mylili się. Głodne ptaki niezmiernie przeszkadzały turystom przebywającym w Eldzie – wyrywały jedzenie z rąk, kradły ze stołów, oblegały siedzących na ławkach – dlatego władze, nie chcąc mącić idealnego wizerunku miasta, postanowiły wprowadzić posadę karmiciela gołębi. 

Elda, przycupnięta u stóp samotnej góry, zbudowana była na dwóch poziomach – zabytkowym i współczesnym. Na pierwszym, położonym wyżej, wyrzeźbiono w skale domy i ogromną świątynię. Budowle liczące około siedmiu tysięcy lat zostały wykute przez krasnoludów i stanowiły pokaz wspaniałego rzemiosła tej wymarłej rasy. Współczesną, kamienną część miasta, będącą dziełem ludzkich rąk, zbudowano zaledwie pięćset lat temu. Tu znajdowała się większość sklepów i domów mieszkalnych. 

Ludzie przybyli do Eldy tuż po pamiętnej bitwie krasnoludów z olbrzymami, która miała tragiczny finał dla obu stron – gdy krasnoludzki oddział zabił ostatniego żyjącego giganta, wielkie cielsko przewróciło się i zgniotło wszystkich przeciwników. Noak przypomniał sobie, że za każdym razem, kiedy omawiali to w szkole na historii, między notatkami rysował dramatyczne zakończenie bitwy. 

Krasnoludy wyginęły, ale efekty ich ciężkiej pracy, prastare zabytki, zdolne były przetrwać wieki. W Eldzie mieściło się najwięcej owych ważnych obiektów historycznych, lecz nie tylko budowle wykute w skale stanowiły atrakcję turystyczną. Do miasta przybywały tłumy również z powodu charakterystycznego dźwięku – dziwnego dudnienia na granicy słyszalności, które działało bardziej na zmysł dotyku niż słuchu. Nikt nie wiedział, skąd odgłos pochodził i co go wytwarzało. Dawał się słyszeć w każdym zakątku Eldy. Ludzie twierdzili, że wyczuwają też drżenie pod stopami. Zagadkę próbowano rozwikłać od dawna, ale bez powodzenia, ponieważ większość mieszkańców sądziła, że źródło dudnienia było pod ziemią, a władze zabraniały kopać w obawie przed osunięciem się zabytkowych budynków. Dźwięk pierwszy raz usłyszano niecałe sto lat po bitwie krasnoludów z olbrzymami i od tamtej pory ani na chwilę nie ucichł. 

Mari też była zaintrygowana zagadką dudnienia… – pomyślał Noak. Mocno chwycił pasek torby, odwrócił się od stadka i poszedł w stronę rynku miejskiego. Zawsze gdy stał w bezruchu, słyszał ten cholerny, przyganiający do głowy bolesne wspomnienia, odgłos. 

Rynkowe gołębie już z daleka go rozpoznały. Podleciały z furkotem, gruchając radośnie. W otoczeniu pierzastej gromadki dotarł do ławki. Ziemia drżała pod stopami. Noak usiadł, westchnął ciężko i rzucił garść okruchów.

Nienawidził tajemnicy dźwięku. Sprawiła, że Mari, jego jedyna córka, umarła. Przez siedem lat krótkiego życia biegała po uliczkach Eldy, śmiała się do słońca, tańczyła z gołębiami, a potem jeden nieostrożny ruch… i straciła wszystko. Noak również. 

Zawsze nasłuchiwała. Pewnego dnia odkryła, że dudnienie najgłośniej było słychać w studni. 

 – Tato, chodź! To tam jest dum-dum! Chcę zejść, ale nie ma sznurka – zawołała, zaglądając do środka. 

 – Ta studnia nigdy nie była czynna… Mari, poczekaj! Nie przechylaj się tak! Mari! 

Rzucił się do przodu, ale za późno. Zniknęła na zawsze, pochłonięta przez czarną źrenicę na dnie studni.

Wszystko przez dźwięk! Noak wymyślił kiedyś teorię, że władze miasta specjalnie umieściły pod ziemią coś, co go wydawało, by przyciągać jeszcze więcej turystów. Uderzył pięścią w ławkę. Kilka wystraszonych gołębi odleciało wśród łopotu skrzydeł i gruchania. Miał już dość niekończących się przypuszczeń, nasłuchiwania, zagadek. Ponieważ od urodzenia mieszkał w Eldzie i nigdy nie podróżował, całe życie ani na chwilę nie odpoczął od dudnienia. Nawet gdy bywało czymś zagłuszane, i tak w każdej chwili miał je o krok, na wyciągnięcie ręki. 

Teraz nie mógł tego znieść. Chciał wreszcie oswobodzić się z łańcuchów irytującego dźwięku. Usłyszeć całkowitą, niczym niezmąconą ciszę. Marzył, by zagadkowe dudnienie umilkło raz na zawsze. 

Istniało pewne miejsce, w którym zawsze panowała cisza. Kraina mroczna i wielka, ale pozbawiona jakichkolwiek dźwięków. A dostać się do niej tak łatwo… Była też szansa, że spotka tam Mari. Wystarczyło tylko stracić dech.

Wysypał całą zawartość torby z okruchami i opuścił rynek. Drobinki chleba zatańczyły w powietrzu niczym płatki śniegu. Wśród gołębi zapanował dziki chaos. Interesowało je tylko jedzenie, żaden nie zareagował na odejście karmiciela. Ptaków zupełnie nie obchodziło, co Noak zamierzał zrobić. Zresztą, spodziewał się współczucia? Zwierzętami kierował przecież tylko instynkt.

Noak szedł do niedziałającej studni. Gdy tam dotarł, nie zauważył nikogo w pobliżu. Usiadł na kamiennym murku i spuścił nogi. Spojrzał na dalekie, ciemne dno, z którego pulsowało dudnienie. Wiedział, że jak teraz zacznie rozmyślać, w końcu zrezygnuje, więc po prostu to zrobił. Zsunął się w głąb studni. 

Natychmiast otoczyła go nieprzenikniona ciemność, a pęd powietrza zaczął wściekle targać ubraniem. Noak poczuł w gardle ukłucie nagłego lęku. Barwny kalejdoskop obrazów z życia przemknął mu przez myśli jak błyskawica. Niewinne dzieciństwo i beztroska młodość na tle nieustającego dudnienia, praca przewodnika, oprowadzanie ludzi po Eldzie, poślubienie jednej z turystek, a później nieszczęsna noc porodu, kiedy stracił żonę, ale zyskał Mari – by siedem lat później zginęła w tej studni. Potem już nie nadawał się do przewodzenia wesołymi wycieczkami, został karmicielem gołębi… 

Jego puls tak przyśpieszył, iż miał wrażenie, że żyły wyskoczą ze swoich miejsc. Organizm, świadomy nieuchronnego końca, krzyczał w nieludzkim strachu. Noak z emocji niemal tracił rozum. Zacisnął powieki. Po chwili ujrzał za nimi nikłe światło. Spadł na coś miękkiego. 

Minęła dłuższa chwila, nim karmiciel gołębi odzyskał jasność umysłu i zrozumiał, co zaszło. Jego ciałem targały nieopanowane drgawki. Spadanie trwało mgnienie oka, jednak podczas krótkiego lotu Noak przeżył więcej emocji niż przez całe życie. 

Słyszał teraz dudnienie głośno i wyraźnie, nadal jednak nie potrafił powiedzieć, co je wydawało. Powoli przestawał drżeć. Otworzył oczy. Miejsce, w którym się znalazł, oświetlało słabe, bliżej nieokreślone źródło światła, co pozwalało mu widzieć okrągły otwór w niskim skalistym sklepieniu ogromnej pieczary. Zamrugał, dostrzegając, że dziura powoli przybliżała się i oddalała. 

Po chwili zrozumiał, że to nie sklepienie było w ruchu, lecz podłoże, na którym leżał. Zastanawiając się nad dziwnym zjawiskiem, Noak wstał. Wyprostowany, prawie sięgał głową nierównych żłobień w skale na górze. Objął wzrokiem teren. Wszędzie rosły kępki wysokiej czarnej trawy. Przeżył upadek, bo wylądował na jednej z nich. Usłyszał cichy łopot i spojrzał w górę. Samotny biały gołąbek wleciał studziennym otworem i przysiadł mu na ramieniu. 

 – Niesamowite…

Czyli jednak coś jeszcze, prócz instynktu, kierowało gołębiami! Noak był podbudowany obecnością nowego przyjaciela, nie śmiał go jednak dotknąć w obawie, że ptaka spłoszy. „Może śmierć nie jest mi jeszcze pisana, skoro przeżyłem?” – pomyślał mężczyzna. 

Zajrzał do otworu. Daleko w górze migotało światełko. Sięgnął ręką i dotknął krawędzi dziury. Wspinaczka nie wchodziła w grę, ściany studni były zbyt gładkie. Musiał znaleźć inne wyjście. Rozpoczął ostrożną wędrówkę. Gołąb kołysał się na ramieniu Noaka, gdy mężczyzna szedł po czarnej trawie. 

Co to za dziwne miejsce? Grota nie mogła być dziełem natury – charakterystycznie pokarbowane sklepienie świadczyło o użyciu kilofów. Imponowała wielkością. Musiała powstawać przez wiele lat. A trawa? Noak nigdy wcześniej takiej nie widział, zapewne rosła tylko pod ziemią. Spróbował wyrwać jedno źdźbło, ale nie udało mu się – było bardzo mocne. Gołąbek zagruchał cicho. 

Po kilku minutach marszu teren zaczął opadać. W pewnym momencie Noak stracił równowagę, przewrócił się i zjechał po śliskiej trawie. Wylądował na skalistym podłożu. Biały gołąbek wzleciał, wystraszony. Poszybował z powrotem w kierunku studni. 

 – Nie! Nie odchodź… 

Ptak zniknął w ciemnym otworze. 

Noak znajdował się teraz w wąskim tunelu między ścianą pieczary, a ruchomym trawiastym wzgórzem. Wstał i ruszył w prawo, wodząc wzrokiem po sklepieniu. Nagle stanął jak wryty, nasłuchując. 

Z oddali dobiegał odgłos kroków. Ktoś się zbliżał. Noak nie mógł w to uwierzyć. Tu, głęboko pod ziemią? Poszczególne uderzenia stóp następowały szybko po sobie, jakby idąca osoba była niska jak dziecko… 

Serce zabiło mu szybciej w rytmie absurdalnej nadziei. Skoro przeżył upadek, to może Mari też?

Zza dużej kępy trawy wyszła niska postać w hełmie. Poczuł palące rozczarowanie, ale zaraz otworzył usta ze zdumienia. Długa ruda broda, o połowę niższy od człowieka… To był krasnolud! Dzierżył kilof w dłoni o grubych palcach. Ostrze pokrywały ciemne plamy. Na widok Noaka z ust historycznej postaci spłynęło ciężkie przekleństwo. 

 – Człowiek? Jak się tu znalazłeś?

Minęła chwila, zanim Noak odnalazł język. 

 – Przez studnię… – wyjąkał. 

 – Coś za często wpadają do nas ludzie… 

 – Często? – Noak ożywił się. – Był tu ktoś jeszcze? Dziewczynka? 

 – Ano była, rok temu…

 – I co się z nią stało? Gdzie jest teraz? 

Krasnolud milczał. 

 – Powiedz! – Noak chwycił go za kaftan. 

 – Zabieraj łapy!

Karmiciel gołębi został odrzucony do tyłu z niewiarygodną siłą. Uderzył plecami o ścianę pieczary i upadł. W oczach krasnoluda czaiła się pogarda. 

 – Dlaczego… – Noak zakasłał. – Właściwie, co tu robisz? Przecież krasnoludy wyginęły pięćset lat temu! 

Odpowiedział mu głośny śmiech. 

 – Tak was uczą? 

 – Oczywiście. Była wojna między krasnoludami i olbrzymami, a gdy zabiliście ostatniego, przygniótł was wszystkich – oznajmił Noak, podnosząc się. 

 – A to dobre! – Krasnolud zaczął jeszcze głośniej rechotać. 

 – Z czego się śmiejesz? 

 – Posłuchaj, człowieku… To jedno wielkie kłamstwo. 

 – Niemożliwe! 

 – Pięćset lat temu rzeczywiście prowadziliśmy wojnę z żałosnymi, panoszącymi się wszędzie olbrzymami – powiedział poważnym tonem krasnolud. – Wygraliśmy, ale te obmierzłe stwory mocno przetrzebiły krasnoludzkie szeregi. Gdy odpoczywaliśmy po bitwie, przyszliście wy, ludzie. Byliśmy ranni i nieliczni, nie mieliśmy szans. Zabijaliście wszystkich. Kobiety i dzieci także… Wykorzystaliście naszą chwilową niedyspozycję. Musieliśmy uciekać. Dawno temu wybudowaliśmy pod miastem sieć tuneli, gdzie można było szybko się schronić w razie nagłego wypadku, wystarczyło tylko wskoczyć do studni. Zadbaliśmy oczywiście o miękkie lądowanie na dole. Uciekliśmy, porzucając piękną Eldę. Nie mieliśmy wyboru. Ale kiedyś wrócimy, by dokonać zemsty. 

Ostatnie zdanie wypowiedział tak złowieszczym tonem, że Noak zadrżał. 

 – Czyli nasi historycy kłamią? 

 – A dziwisz się? Czy mógłbyś żyć spokojnie, gdybyś wiedział, co uczynili twoi przodkowie? 

 – Nie wierzę w to wszystko… Nie wierzę! 

 – Chodź, człowieku, pokażę ci coś. 

Podążyli razem tam, skąd przyszedł krasnolud. Noak był wstrząśnięty informacjami, które dopiero co usłyszał. Miał w głowie chaos. Jakiś czas później dotarli do miejsca, gdzie po prawej stronie kończyła się czarna trawa, a zaczynały gładkie ciemne wydmy. Okrążyli jedną z nich i oczom Noaka ukazał się szereg krasnoludów pracujących przy pionowej ścianie pagórkowatego obszaru. W powietrzu czuł woń spalenizny. 

 – Widzisz? Jest nas całkiem dużo. Nie wyginęliśmy. 

 – Ale… Co oni robią? – zapytał Noak. 

 – Zdobywają jedzenie. 

 – Jedzenie? 

Noak przyjrzał się ciemnej wydmie. To było źródło smrodu. Podszedł bliżej. Woniała jak spalone mięso. Ze ściany, przy której pracowały krasnoludy, wypływała jakaś czerwona ciecz. Powoli zaczynał rozumieć. 

 – Olbrzymy też nie do końca wyginęły… – wyszeptał. 

 – Masz rację – zgodził się krasnolud. – Bardzo lubimy mięso, a pod ziemią go zazwyczaj brakuje. 

Noak zacisnął pięści. Dziwne dudnienie… było tak naprawdę biciem gigantycznego serca! 

 – Gdy wszyscy, którzy przeżyli, opuścili atakowane miasto, okazało się, że jeden krasnolud ocalił z wojny niemowlę olbrzyma i zabrał pod ziemię. Tłumaczył, że nie mógł pozwolić, by zginęło dziecko. Nie mieliśmy pojęcia, jak zdołał je przemycić, bo mimo że był to zaledwie noworodek, osiągnął już wielkość dwóch krasnoludów. 

Nie wiedzieliśmy, co począć z dodatkowym uciekinierem, na szczęście komuś wpadł do głowy bardzo dobry pomysł. Uśpiliśmy małego olbrzyma i karmiliśmy podziemnymi grzybkami, jest ich tu pod dostatkiem. W miarę jak rósł, drążyliśmy dla niego coraz większą grotę. 

Noak powoli cofał się pod skalistą ścianę, ze zgrozą patrząc na obszar, przy którym pracowały krasnoludy. Nie oglądał wcale wzgórza, tylko gigantyczną nogę. Właściwie jej wyżarte i wypalone resztki. Czarna trawa musiała być w rzeczywistości włosami porastającymi brzuch… olbrzyma. 

 – Codziennie poimy go miksturą snu, nigdy jeszcze się nie obudził – mówił dalej krasnolud. – Jest utrzymywany przy życiu, żeby cały czas zachowywał świeżość. Dzięki niemu mamy mięsa pod dostatkiem i nie musimy wychodzić polować na powierzchnię, co byłoby dość ryzykowne w naszej sytuacji. Długowieczny olbrzym od pięciuset lat stanowi doskonałe źródło pożywienia. 

Noak drżał. Obrzydzenie ściskało mu żołądek. 

 – Jak stąd wyjść? – zapytał szybko. 

 – Nijak. – Paskudny uśmiech rozjaśnił twarz krasnoluda. – Ludzkie mięso jest dla nas rarytasem, przekonaliśmy się w zeszłym roku… 

Koniec

Komentarze

Sonato, nigdy nie zapowiadaj swojego opowiadania, sugerując, że może coś w nim nie wyszło. Pozwól ocenić dzieło czytelnikom. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Okej, usunęłam to zdanie. Nie umiem nigdy sama ocenić, czy moje własne opowiadanie wyszło, czy nie. Zawsze mam te wątpliwości :c

Hm, w sumie podobało mi się. Jest napisane sprytnie, ładnym językiem. Opowiadanie skonstruowane wielowymiarowo, to znaczy, że jest tu zarys szerszej historii (sprawa wojny krasnoludów i olbrzymów, przybycie ludzi itd.) oraz wrzucona w świat przedstawiony fabuła związana z pojedynczą osobą, Noakiem, który stracił sens życia, po czym prawdopodobnie straci również życie przy próbie rozwikłania zagadki dudnienia. Chociaż w sumie on rzucił się do studni z rozpaczy, a nie żeby się czegoś dowiedzieć. :)

Zakończenie jak z horroru, mocne, nie spodziewałem się czegoś takiego. Na pewno nie jest to happy end, ale też nie musi być.

Pozdrawiam!

Dziękuję, Corrinnie. Twój pozytywny komentarz bardzo mnie ucieszył!

Elda, gdzie Noak mieszkał, była niezwykła.

Myślę, że to wtrącenie jest tu niepotrzebne, w dodatku kojarzy mi się z takim stylem pisania rodem z podstawówki. Domyśliłam się, że koleś spędza tam większość swojego czasu, skoro tam pracuje. Samo: Elda była niezwykła w tym przypadku wystarczy.

 

Ona też była zaintrygowana zagadką dudnienia… Noak mocno chwycił pasek torby

To o niej to myśli Noaka, czy wtrącenie narratora? Myślę, że wypadałoby dać jakoś o tym znać.

 

Jego puls przyśpieszył tak ostro, iż miał wrażenie, że żyły wyskoczą ze swoich miejsc.

Nie jestem przekonana, czy puls może przyspieszyć ostro. Radziłabym użyć innego słowa.

 

Mam też troszkę problem z datami i wątkiem dziewczynki. Z narracji wynika, że mała zaginęła w studni przynajmniej rok przed właściwym czasem opowiadania. Nie kupuję tego, że jej ojciec postanowił tam wskoczyć dopiero po tak długim czasie i jeszcze miał nadzieję, że ją tam spotka.

 

Wątek krasnoludów w podziemiach też jest dziwny. Łatwo wejść do ich pieczary, ciężko uwierzyć, że władze miasta o tym nie wiedzą.

 

Ogólnie reszta na plus, niektóre zdania bardzo ładne, wątek z bijącym sercem olbrzyma też mi się podoba. Zakończenie jak najbardziej w porządku!

I gdy oczy otworzę dech mi w piersiach zapiera, myślę sobie: a może księżycowa chimera?

LunarChimero, dziękuję za komentarz. Poprawię usterki, na które zwróciłaś uwagę. Myślę, że miałaś problem z datami i wątkiem dziewczynki, ponieważ nie wychwyciłaś, że w akapicie, gdzie Noak zdecydował się przenieść do mrocznej i wielkiej krainy, chodziło o zaświaty – chyba napisałam o tym za bardzo metaforycznie. Bohater był przekonany, że jego córka nie żyje i chciał też umrzeć, żeby ją spotkać, ale być może nie ujęłam sprawy zbyt jasno i stąd niezrozumienie. Postaram się lepiej to zaakcentować w opowiadaniu. Cieszę się, że reszta Ci się podobała!

Sonato, masz rację, troszkę tego nie wychwyciłam, za co przepraszam. Jednak to nie zmienia faktu, że gdy facet gada z krasnoludem, to dalej liczy na to, że odnajdzie córkę. Świadczy o tym jego pytanie zadane w czasie teraźniejszym

Gdzie jest teraz?

Możliwe, że przez to zinterpretowałam to zdarzenie jako akcję ratunkową lub próbę dowiedzenia się prawdy o zaginięciu. W każdym razie można ten fragment moim zdaniem poprawić.

Pozdrawiam cieplutko.

I gdy oczy otworzę dech mi w piersiach zapiera, myślę sobie: a może księżycowa chimera?

Dziwnym miastem jest Elda, jednak zastanawiam się, czy opisane dudnienie na pewno było tak dokuczliwe dla jej mieszkańców. Przecież kiedy ktoś przychodzi na świat w miejscu gdzie panują jakieś specyficzne warunki – np. szczególny zapach, nieustające monotonne dźwięki – to dla kogoś, kto jest z nimi oswojony od zawsze, nie są niczym niezwykłym. To trochę tak, jak ktoś mieszkający blisko torów kolejowych, po pewnym czasie przestaje zwracać uwagę na hałas przejeżdżających pociągów.

Rozumiem, że ów dźwięk mógł być intrygujący dla przyjezdnych, ale chyba nie dla stałych mieszkańców, którzy, moim zdaniem, powinni być z nim doskonale oswojeni. Dlatego dziwi mnie tak silne zaintrygowanie nim tak Mari, jak i Noaka.

Absolutnie niewiarygodne wydaje mi się też zakończenie – nie wierzę, że krasnoludom udało się tak długo utrzymać olbrzyma przy życiu, skoro poili go wyłącznie środkiem nasennym. Nie wierzę, że noworodek mógł w ogóle przeżyć i w dodatku róść, skoro nie był niczym karmiony.

Nie czytało się najgorzej, ale też nie mogę powiedzieć, że opowiadanie przypadło mi do gustu.

 

Jasne dro­bin­ki opa­dły lekko w stro­nę pie­rza­ste­go stad­ka. ―> Rzucone drobinki, jeśli nie ma wiatru, opadają nie w jakąś stronę, a raczej pionowo, ku ziemi.

Proponuję: Jasne dro­bin­ki rzucone ku pierzastemu stadku, opa­dły lekko na ziemię.

 

Przy­cup­nię­ta u stóp sa­mot­nej góry, skła­da­ła się z dwóch po­zio­mów – za­byt­ko­we­go i współ­cze­sne­go. ―> Jakoś nie bardzo trafia do mnie określenie, że miasto składa się z czegoś.

Proponuję: Przy­cup­nię­ta u stóp sa­mot­nej góry, zbudowana była na dwóch – po­zio­mach za­byt­ko­wym i współ­cze­snym.

 

Bu­dow­le li­czą­ce około sie­dem ty­się­cy lat zo­sta­ły wy­ku­te… ―> Bu­dow­le li­czą­ce około sie­dmiu ty­się­cy lat, zo­sta­ły wy­ku­te

 

w oba­wie przed osu­nię­ciem za­byt­ko­wych bu­dyn­ków. ―> …w oba­wie przed osu­nię­ciem się za­byt­ko­wych bu­dyn­ków.

 

Ona też była za­in­try­go­wa­na za­gad­ką dud­nie­nia… ―> Ona, czyli kto?

 

Gdy tam do­tarł, nie za­uwa­żył ni­ko­go w oko­li­cy. ―> Raczej: Gdy tam do­tarł, nie za­uwa­żył ni­ko­go w pobliżu.

 

to nie skle­pie­nie było w ruchu, lecz pod­ło­że, gdzie leżał. ―> …to nie skle­pie­nie było w ruchu, lecz pod­ło­że, na którym leżał.

 

Usły­szał cichy łopot i spoj­rzał w górę. Sa­mot­ny biały go­łą­bek wy­le­ciał stu­dzien­nym otwo­rem i przy­siadł mu na ra­mie­niu. ―> Chyba miało być: Sa­mot­ny biały go­łą­bek w­le­ciał stu­dzien­nym otwo­rem i przy­siadł mu na ra­mie­niu.

 

Może śmierć nie jest mi jesz­cze pi­sa­na, skoro prze­ży­łem? – po­my­ślał męż­czy­zna. ―> Nie ma tu błędu, ale może zechcesz się dowiedzieć, jak jeszcze można zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

Zza dużej kępy trawy wy­szła niska, przy­sa­dzi­sta po­stać w heł­mie. ―> Masło maślane – ktoś przysadzisty jest niski z definicji.

 

Gru­by­mi pal­ca­mi dzier­żył kilof. ―> Obawiam się, że trudno dzierżyć kilof w palcach i chyba byłoby lepiej, żeby krasnolud trzymał go w dłoni.

 

Zabijaliście wszystkich – kobiety i dzieci także… –> Staraj się unikać dodatkowych półpauz w dialogach, które stają się przez to mniej czytelne.

 

Jak­byś mógł żyć spo­koj­nie, gdy­byś wie­dział, co uczy­ni­li twoi przod­ko­wie? ―> Czy­ mógłbyś  żyć spo­koj­nie, gdy­byś wie­dział, co uczy­ni­li twoi przod­ko­wie?

 

Noak był wstrzą­śnię­ty do­pie­ro co po­zna­ny­mi in­for­ma­cja­mi. ―> Raczej: Noak był wstrzą­śnię­ty in­for­ma­cja­mi, które dopiero co usłyszał.

 

bo mimo mło­de­go wieku no­wo­ro­dek był już wiel­ko­ści dwóch kra­sno­lu­dów. ―> Czy bywają noworodki w starszym wieku?

Proponuję: …bo mimo że był to zaledwie no­wo­ro­dek, osiągnął wiel­ko­ść dwóch kra­sno­lu­dów.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, dziękuję za komentarz i cieszę się, że nie czytało się najgorzej. Jeśli chodzi o kwestię oswojenia z dudnieniem, pozwolę się z Tobą nie zgodzić. Myślę, że dźwięk mógł być dla mieszkańców intrygujący, ponieważ nie wiedzieli, co jest jego źródłem. To jest inna sytuacja niż mieszkanie obok torów – wtedy wiesz, że tym, co wydaje hałas, jest pociąg i nie ma w tym nic niezwykłego, więc w końcu przestajesz zwracać na to uwagę. A dziwny dźwięk, który opisałam w opowiadaniu, jest interesujący, bo nie wiadomo, co hałasuje i to powoduje frustrację – czas zastanawiasz się i próbujesz nasłuchiwać. Pierwotni ludzie przyzwyczaili się, że raz jest jasno i widać słońce, a raz jest ciemno i widać księżyc, ale nie wiedzieli, dlaczego tak jest, więc cały czas ich to intrygowało i nie przestawali snuć teorii. Myślę, że tak mogło być też z mieszkańcami Eldy i dudnieniem. Ale skoro zwróciłaś na to uwagę, to pewnie zbyt słabo wyraziłam ich frustrację.

Olbrzym był karmiony:

Uśpiliśmy małego olbrzyma i karmiliśmy podziemnymi grzybkami, jest ich tu pod dostatkiem.

Błędy zaraz poprawię!

Uśpiliśmy małego olbrzyma i karmiliśmy podziemnymi grzybkami, jest ich tu pod dostatkiem.

Czy grzybkowa dieta wystarczy? Czy olbrzymi noworodek, zamiast ssać mleko, wychowa się na grzybkach?

Jakoś w to powątpiewam, chociaż przyjmuję do wiadomości, że to swego rodzaju bajka. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Grzybki mają różne właściwości :3

Nie wątpię, ale czy także właściwości odżywcze? ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pewnie też, skoro olbrzym tak urósł. Ale krasnolud, który wpadł na cały pomysł, musiał zjeść wcześniej grzybka o właściwościach zgoła innych, niż odżywcze :3

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mało sensowna historia z tym niemowlęciem olbrzyma. Znamy wprawdzie coś podobnego ze świata przyrody: osa paraliżuje jadem pająka i składa w nim jaja, z nich zaś wylęgają się larwy, które wyjadają go żywcem, omijając ważne dla życia organy. Tyle że – powtórzę – pająk jest sparaliżowany, nie może więc rosnąć. No i takie spustoszenia w organizmie olbrzyma, jakich dokonały krasnoludy, nijak się mają do chirurgicznej precyzji larw os.

Trochę mnie zaskoczyła decyzja bohatera o samobójstwie. Wydawała mi się taka nagła i nieuzasadniona. Rozumiem, że cierpiał po śmierci córki i pewnie rozważał wcześniej taką możliwość, ale w tekście tego za bardzo nie ma. Przydałoby się coś, co będzie tą przysłowiową ostatnią kroplą.

Dziwiła mnie też postawa władz Eldy. Ktoś powinien to sprawdzić, przecież to mogło być niebezpieczne dla miasta i jego mieszkańców. Tym bardziej, że sprawdzenie okazało się dziecinnie proste.

Językowo w porządku, dobrze i płynnie się czyta. Nie przepadam jednak za zjadaniem istot myślących i gadających, dlatego niespecjalnie mi się spodobało.

Marcin Robert – olbrzym spał, a nie był sparaliżowany, więc nic nie przeszkadzało w tym, żeby mógł rosnąć. 

Irka_Luz – władze miasta nie mogły wiedzieć, że wystarczy wskoczyć do studni.

Dziękuję Wam za komentarze. Zastanawiam się, czy ten temat to nie było jednak porwanie się z motyką na słońce, mogłam zrobić prostszą fabułę albo dokładniej przemyśleć wszystkie elementy.

olbrzym spał, a nie był sparaliżowany

 

No właśnie w tym sęk.

A dlaczego według Ciebie nie mógł spać? Przecież istnieje coś takiego jak śpiączka, a w fantastyce nie jest niczym dziwnym, że trwa 500 lat.

Opowiadanie wciągnęło mnie od początku do końca, czytało mi się płynnie i dobrze :) Bardzo przypadł mi do gustu i wątek historyczny, i osobisty g.b. Przyznam też szczerze, że zakończenie mnie zaskoczyło. Odrobina czarnego humoru robi robotę. Wyłapałem po drodze kilka niezgrabnych zdań, ale nikną one w całości.

 

Przedmówcy podnieśli pewne zarzuty, z którymi się nie zgodzę. Myślę, że chociaż przytłaczająca większość mieszkańców błyskawicznie przywykłaby do nieustającego dudnienia, to znaleźliby się domorośli historycy, którzy usiłowaliby zgłębić zagadkę (także poprzez teorie spiskowe – tego mi trochę brakuje, jakichś wyjaśnień władz miasta i mieszkańców odnośnie tego fenomenu). Nie zgodzę się też z zarzutem względem przeżycia giganta. Nie znamy fizjologii giganta ani wiedzy (medycznej, chemicznej , kulinarnej itd.), więc jak dla mnie to wyjaśnienie w zupełności mieści się w licentia poetica. Dopisałbym też jedno zdanie wyjaśnienia – jak władze miasta zareagowały na śmierć dziecka w studni? Jakie było wyjaśnienie braku działań? 

 

Zazgrzytały mi dwie rzeczy. Po pierwsze decyzja samobójcza g.b., nic nie sugerowało mi wcześniej jego fatalnej kondycji psychicznej. Była dla mnie nagła, niespodziewana i nieco nieuzasadniona. Po drugie – opowieść krasnoluda. Wyjaśnienie jest podane od razu na tacy. Tak się nie robi, nie tak od razu kawa na ławę. Szczególnie, że krasnoludy żyją pod ziemią 500 lat i jak pojawia się człowiek to od razu spowiadamy mu się z sekretnej historii? Nie powinien dostać kilofem w łeb, zostać zaciągnięty do sali tortur i wypytany o szczegóły tego, co dzieje się na powierzchni? Dla mnie to było po prostu zbyt szybkie.

Nowa Fantastyka