- Opowiadanie: Finkla - Wina Heńka

Wina Heńka

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Wina Heńka

Niebo bez jednej chmurki, czerwcowe słonko pięło się po nim jak złoty keg wtaczany po gigantycznej rampie, ale jeszcze nie paliło. Ptaszki świergotały. Świat był piękny. Tym piękniejszy, że Heniek lada moment miał spotkać się z kumplami, a podwoje monopolowego – rozewrzeć niby ramiona wyciągnięte na powitanie wyczekiwanych gości. Podwójnie wytęsknionych po niehandlowej niedzieli.

Heniek dreptał raźno na miejsce zbiórki, nucąc cichutko nieformalny hymn czteroosobowej paczki koneserów:

– Do sklepu na dole przywieźli jabole! Nie wyjdę, nie wyjdę, aż się…

Grom uderzył z czystego błękitu.

– Ale jak to: nie ma żadnego innego?! – Heńkowi łzy stanęły w oczach.

– No, zwyczajnie. „Wakacyjne” jeszcze w sobotę wykupiły dzieciaki z technikum, „Śliwki” nie dowieźli, bo mają awarię czy coś tam… – tłumaczył zażywny Rysiek, ciągle jeszcze trzymający dwie ciemnozielone flaszki.

– Nie będę pił „Komandosa” – upierał się Heniek.

– No, co ty, stary? To dobre wino jest – perswadował Maniek, wysoki i chudy młodzieniec, ledwie kilka lat po trzydziestce.

– Prawie jak „Chatou de la patique” – mądrzył się Wacek.

– Rocznik: ubiegły wtorek – uzupełnił Rysiek.

Heniek wcisnął pięści do kieszeni dżinsów i maszerował w milczeniu. Przyjaciele go nie rozumieli, nie znali jego sekretu.

Po kilku minutach dotarli do swojego ulubionego zakątka – przy nieużywanych już torach prowadzących do upadłego PGR-u. W krzakach bzu rozkwitających wzdłuż nasypu pojawiła się polanka, gdzie nic nie chciało rosnąć. Babcia Wacka mawiała, że to z powodu zakopanych tam bolszewików – „Czerwone ścierwo takie Panu Bogu przeciwne, że nawet ziemię truje, zamiast użyźniać”. Już kilkadziesiąt lat temu ktoś rzucił tu stertę podkładów kolejowych, które doskonale sprawdzały się w roli ławeczki. A kiedy jeszcze Maniek przytargał siedzenia ze skraksowanego poldka szwagra, zrobiło się całkiem przytulnie. Miejsce miało jeszcze jedną niebagatelną zaletę – nie zaglądała tu straż miejska, upierdliwa i wiecznie przeszkadzająca w degustacji zacnych trunków.

Trzech przyjaciół już zdążyło zdrowo pociągnąć z pierwszej flaszki.

– Mówiłem, że nie będę tego pił! – Czwarty odepchnął błyszczącą szyjkę wyciągniętą zapraszająco jak do pocałunku.

– No, co ty, Heniu? Sam nie wiesz, jakie to dobry jabol, jaką siłę daje. Maniek, przytrzymaj go, żeby się nie wyrywał. O tak, dobrze!

I stało się. Heniek napił się „Komandosa”. Maleńki łyczek.

 

***

 

– Kurwa! Co się stało?! Gdzie my jesteśmy?! – wrzeszczał Maniek. – Czy to strzały?

– Padnij! – Heniek uważał, że na wyjaśnienia przyjdzie czas później. Podciął kumplowi nogi, żeby ułatwić mu decyzję, i poczołgał się w kierunku wielkiego kamienia. Tak, to były strzały. Chyba karabinowe, ale nie znał się na tym.

Po dotarciu do kamienia uznali, że lepiej będzie go okrążyć – huk palby dobiegał gdzieś zza pleców, od strony brunatnych figurek uwijających się dookoła ledwo widocznego w oddali, przykurzonego, żółtawego czołgu, a może transportera. Nie mieli pewności, żaden z przyjaciół nie fascynował się militariami. Do szczęścia wystarczało im przekonanie, że walczące strony nie zauważyły ich przybycia.

Z drugiej strony głazu poczuli się bezpieczniej, nawet zhardzieli i odważyli się usiąść, plecami do kamiennej osłony.

– Heniu, gdzie my jesteśmy?

– Nie wiem, na jakiejś pustyni chyba. Ale nie w Arizonie. Tamta wygląda całkiem inaczej.

– A skąd ty wiesz, jak wygląda tamta pustynia?

– A jabola „Arizona” kojarzysz?

– No ba! Przecież żeśmy mnóstwo tego wypili… Zacny jabcok.

– Widzisz. Ja tak mam, że jak się napiję jabola, to mnie przenosi do miejsca na naklejce. Całą Arizonę zwiedziłem. I Orinoko, i sady koło Sandomierza, i…

– A skąd ja się tu wziąłem?! – przerwał Maniek.

– Nie wiem. Może zaraziłeś się ode mnie. Nie łam się, to fajne jest, tylko nie wolno pić jabcoków z głupimi nazwami. Jak „Komandos”.

– I co dalej z nami będzie? Pojeby z karabinami nas zastrzelą? Umrzemy z pragnienia na tej pustyni? Przysięgam, jeśli uda mi się wrócić do domu, to do końca życia będę pił tylko „Leśny Dzban” i podobne! – Mańka trudno było wystraszyć, ale teraz wydawał się bliski łez.

– Spokojnie, wystarczy poczekać, aż jabol zniknie z ciebie albo się go inaczej pozbyć. Rób to, co ja.

Ostrożnie, żeby nie narazić żadnej części ciała na ostrzał, Heniek obrócił się na czworaki i wsadził dwa palce do gardła.

 

***

 

Heniek wrócił do polanki przy torach, wygodnych foteli i zbaraniałych facjat Wacka i Ryśka. Niestety, sam.

Powtórzył kompanom to, co opowiedział na nieznanej pustyni. Uwierzenie przyszło im z większym trudem niż Mańkowi, któremu obcy piasek zgrzytał w zębach i lepił się do spoconej skóry. Ale w końcu musieli dać wiarę – fizyczna dematerializacja przyjaciela stanowiła argument nie do podważenia.

To z kolei zaskoczyło Henia – na ile się domyślał z napomknień towarzyszy, on sam nie znikał, tylko zasypiał martwym bykiem natychmiast po wydudlaniu swojej porcji flaszki. Ciało pozostawało na fotelu lub stercie podkładów i po prostu nie dawało się obudzić, dopóki jego właściciel, gdzieś daleko, nie wytrzeźwiał.

Wszystkie cechy niezwykłych podróży z winem w żołądku zostały już zreferowane, zakwestionowane i poparte niezbitymi faktami, a Maniek ciągle nie wracał. Jak długo człowiek może zmuszać się do rzygania? Przeszukano okolice zakątka koneserów, bo może winna magia przeniosła pechowca trochę dalej – bezskutecznie. Może wymioty nie pomogły, bo część jabcoka zdążyła dostać się do krwiobiegu Mańka? Przecież pił jako pierwszy.

Wacek i Rysiek uznali, że sami już są trzeźwi jak najmłodsza latorośl tego drugiego, a zaginiony kumpel ciągle nie wracał.

– Trzeba iść tam i go ratować! – orzekł stanowczo Rysiek.

– Ale jak?

– Pójdziesz tam i go wyciągniesz – zadecydował Wacek.

– Nie ma mowy! Nie wracam do tego piekła za żadne skarby! Wy nie wiecie, jak to jest, kiedy ktoś do ciebie strzela z karabinu…

– Jest strasznie – przekonywał Rysiek – ale przecież nie możemy zostawić kumpla na rozstrzelanie.

– A to prawdziwy przyjaciel – poparł go Wacek. – W zeszłym tygodniu, jak jakiś szczyl zza torów chciał mi napukać, to Maniek nie wahał się, tylko mi pomógł i razem przepłoszyliśmy gówniarza.

– Nie!

– Heniu, jeśli nie pomożesz Mańkowi, to więcej nie będziemy z tobą pili.

Użyto bardzo poważnej groźby. Najczęściej kupowali jabole za kasę Ryśka – czwórka dzieci i program 500+ uczyniły go bogaczem.

– No, ale jak niby miałbym mu pomóc? – Heniek zaczął się łamać. – Już tam raz z nim byłem i go nie wydostałem.

– A gdybyś zabrał ze sobą, do kieszeni, flaszkę innej pryty? – zaproponował Wacek. – A potem, na tej pustyni wypijacie z niej i przenosicie się w lepsze miejsce.

Wacek miał łeb jak sklep. Gdyby baba od polaka nie uwzięła się na niego w technikum, pewnie nawet zdałby maturę. Ponadto przed dwoma laty do jego klatki wprowadzili się studenci. Najwidoczniej oprócz głośnej muzyki z wynajmowanego przez nich mieszkania emanowały jeszcze jakieś tajemnicze naukowe moce, bo Wacek w razie potrzeby sypał pomysłami jak z rękawa.

– Ale przecież nie ma żadnych innych jaboli! – bronił się ostatkiem sił Heniek.

– Przeszukamy wszystkie sklepy na dzielni – zadeklarował Rysiek, wstając i otrzepując spodnie. – A jak będzie trzeba, to w całym mieście! W drogę!

Entuzjazmu starczyło im na obejście sklepików w trzech sąsiednich osiedlach. W żadnym nie znaleźli ani jednej flaszki o etykiecie bardziej zachęcającej niż „Komandos”.

Wacek – bo któżby inny? – wymyślił, żeby przelać prytę do jakiejś innej butelki z obiecującą naklejką. A nuż zadziała.

Brygada ponownie wyruszyła na poszukiwania, tym razem poza miasto, na drugą stronę torów, do lasku, gdzie okoliczna ludność pozbywała się śmieci.

Tym razem sukces nie kazał na siebie długo czekać i już po półgodzince szperania wśród zwałów gruzu, plastiku i Bóg-wie-czego objawił się w postaci smukłej flaszki po winie „Poziomka”, z lekko tylko wyblakłą i przybrudzoną etykietką oraz wyszczerbioną szyjką, która zapewne sprawiła, że szkło nie trafiło do punktu skupu.

Heniek nalegał, żeby wrócić na osiedle i tam opłukać zdobycz. Niby nie był brzydliwy, ale uparł się, że nie będzie pić z mrówkami. Wacek sarkał na stratę czasu, ale w końcu ustąpił.

Kiedy po umyciu flaszki Heniek zaczął szukać kolejnego pretekstu do odłożenia wyprawy, Rysiek założył mu nelsona i kazał Wackowi poczynić przygotowania do wyprawy: przelać jabola do znalezionej butelki, wetknąć Heńkowi do wewnętrznej kieszeni kurtki, a resztkę wlać do ust.

 

***

 

Łyczek „Komandosa” przeniósł Heńka z powrotem na pustynię. Szczęśliwym trafem w to samo miejsce. Nieszczęśliwym – przeniósł również Ryśka, który rozdziawił japę i gapił się na kopcące szczątki czołgu czy tam transportera.

Walki ustały, dookoła nie było widać żywej duszy, włączając Mańka.

– O ja pitolę! – wydobył z siebie głos Rysiek. – Prawdziwa pustynia.

– No. Przecież mówiłem. Ale że ciebie też przeniosło? Dziwne…

– A może to obejmuje wszystkich, którzy cię trzymają podczas picia?

– Pewnikiem masz rację, Rychu.

– Tylko gdzie jest Maniek?

– Schowaliśmy się za tamtym kamieniem. – Machnął ręką Heniek. – Idziemy.

Szło się znacznie szybciej niż czołgało, chociaż żwir pod adidasami uparcie próbował poskręcać grupie ratowniczej kostki, a każdy krok wzbijał tumany pyłu. Za głazem znaleźli zwiniętego w kłębek Mańka.

– O Jezus! Zabili go! – wrzasnął Rysiek, po czym runął na klęczki obok ciała.

Maniek żył, bełkotał coś niewyraźnie, ale na widok flaszki w dłoni Heńka nabrał wigoru i zaczął się podnosić, wyciągając rękę po cudowny płyn.

– Czekaj! – Rysiek powstrzymał spragnionego kompana. – Musimy się trzymać Heńka, on ma moc!

Objęli się jak jakieś cholerne pedały i odkręcili korek. Najpierw Maniek pociągnął kilka ożywczych łyków, potem Rysiek, na końcu Heniek.

 

***

 

„Poziomka” zrobiła swoje. Kiedy Heniek przełknął solidny haust, trójka jabolowych podróżników została przerzucona na wiosenną polanę w jakimś dzikim lesie, całą porośniętą poziomkami. Roślinki kwitły, owocowały i pachniały. Las dookoła szumiał cicho i wabił śpiewem ptasząt. Sielanka.

Ledwie Maniek i Rysiek puścili swojego przewodnika w winnej podróży, zamigotali i zniknęli. Heniek miał nadzieję, że powrócili do Wacka. Zdziwił się tylko, że tak szybko. Sam postanowił rozkoszować się leśnym spokojem aż do upojenia.

Bardzo mu się spodobał pomysł przelewania jabcoka do flaszek z lepszą nazwą. Gdzie tam pustyni pełnej żołnierzy do lasu z dzikimi poziomkami! Usiadł na skraju polany, wśród rozbrzęczanych świerszczami traw i zrywał słodkie owoce w zasięgu ręki. Postanowił, że od dziś, a najdalej od jutra, zacznie kolekcjonować butelki z co ciekawszymi naklejkami. Wiele było jabolowych światów do odkrycia, ale i niektóre z nich prosiły o staranniejszą eksplorację. Zaczął przypominać sobie najpiękniejsze podróże: „Kwiat Jabłoni”, „Fajrant”, „Cherry”, „Balsam”, „Apacz”, „Party”, „Luz Blus”… Mnóstwo bajecznych wspomnień.

Dobrze byłoby również postarać się o kilka wrednych butelek. Kumple zrobią wszystko, co im każe, jeśli zagrozi wspólnym piciem „Czaru Teściowej”. Zwłaszcza Wacek – jego teściowa już od dziesięciu lat wąchała kwiatki od spodu. Jeśli choć połowa rzeczy, które Wacek o niej opowiadał, była prawdą, to stara jędza musiała trafić do piekła.

Tylko gdzie mógłby trzymać flaszki? Zanim zdążył wymyślić takie miejsce do przechowywania kolekcji, żeby stara nie wyrzuciła eksponatów ani nikt nie zabrał ich do skupu…

 

***

 

…przeniosło go z powrotem na osiedle, tam, gdzie niedawno rozstał się z Wackiem – w kąt między garażami a ogrodzeniem placu zabaw straszącego pordzewiałymi huśtawkami, urwaną zjeżdżalnią i piaskownicą, w której więcej było petów i psich gówien niż piachu. Wzdłuż płotu dreptał zdenerwowany Wacek. Już prawie zdążył wydeptać ścieżkę w rachitycznej trawie.

– Gdzie oni są? – rzucił się na przybysza.

– Jak to? Nie wrócili tutaj?

Heniek rozglądał się bezradnie. Ale kompan chyba nie udawał.

Nie wiadomo, co spowodowało, że „Poziomka” zadziałała tak słabo. Może użycie naczynia niepochodzącego od producenta napoju, a może wyblakła etykietka…

Wacek ułożył nowy plan, głęboko zakorzeniony w rodzinnym osiedlu całej czwórki, pozwalający na uniknięcie obydwu potencjalnych zagrożeń, lecz wymagający sporych poświęceń od uczestników. Pomysłodawca musiał przeprosić się z Mietkiem (a miłośnicy tanich win mieli z nim kosę już od jesieni). Heniek natomiast dostał za zadanie wykradzenie zdjęcia, które jego stara trzymała za szybką kredensu.

Kiedy wszystko było gotowe, podróżnik po raz trzeci tego dnia upił łyczek znienawidzonego „Komandosa”.

 

***

 

Zgodnie z oczekiwaniami, wylądował na pustyni. Już znajomej, chociaż jej nazwa wciąż pozostawała tajemnicą.

Kumple siedzieli obok zbawczego kamienia. Rysiek z kurtek zmajstrował parawanik, który wydatnie zwiększył obszar cienia. Czekali na ratunek.

Ale nie byli zachwyceni, gdy Heniek wyciągnął zza pazuchy szczeniaczka.

– Od wódki rozum krótki – przytoczył prastarą mantrę Maniek.

– To nie wódka – odpowiedział Heniek i pokazał etykietkę.

Do płaskiej flaszki przyklejono zdjęcie córki Heńka i jej szkolnej koleżanki. Obie robiły fikołki na trzepaku pod blokiem. Na dole napisano koślawymi literami: BIMBER.

– Kupiliśmy księżycówkę od Mietka, a nie od Ukraińców. Uczciwy, polski produkt, tak lokalny, że bardziej się nie da – reklamował Heniek. – Zdjęcie robione pod moim blokiem, wywoływane w kanciapie Rudej Kryśki. Butelka znaleziona za śmietnikiem przy klatce Rycha. Jeśli to was nie przeniesie z powrotem na osiedle, to Wacuchna już nie ma więcej pomysłów.

Panowie ponownie spletli ramiona. Z drżeniem serc i obrzydzeniem (bimber Mietka śmierdział naftą, w porównaniu z tą żółtawą, trującą cieczą, „Komandos” przypominał świeżo wyciśnięty sok z owoców, wzbogacony witaminami) wypili po łyku.

 

***

 

Udało się. Wylądowali, wciąż objęci, tuż obok uwiecznionego na zdjęciu trzepaka. Po chwili Wacek rzucił się ich ściskać.

Niestety, na konstruowaniu i realizowaniu różnych planów ratunkowych minął cały dzień. Sklepy już pozamykano, nawet nie było czym oblać szczęśliwego powrotu. Ale nadzieja umiera ostatnia. Przyjaciele ruszyli na poszukiwania jakiegoś wciąż bijącego owocowym alkoholem źródełka.

Fart zdawał się ich nie opuszczać – u Boguśki nie tylko wciąż było otwarte, ale akurat trwała dostawa nowego, bulgoczącego towaru. Koneserzy z niecierpliwością podeszli bliżej. Na widok zawartości skrzynki wnoszonej przez kierowcę miny im zrzedły, a twarze pobielały. Z czarnych nalepek biły po oczach wielkie białe litery – „Sperma Szatana”.

Maniek z przerażeniem w oczach zawrócił w stronę domu. Ale jeszcze obejrzał się, rzucił okiem do wnętrza furgonetki. Na wargach rozkwitł mu rozmarzony uśmiech. „Kochanica Dziedzica” brzmiała jak zasłużona nagroda.

Koniec

Komentarze

Zdumiała mnie niechęć Heńka do nasączenia się winkiem komandos, ale po chwili rzecz stała się jasna. A kiedy nastąpiły komplikacje i konieczne było podjęcie akcji ratunkowej, opowieść jeszcze nabrała rumieńców. I choć to tylko opisanie dnia miejscowych pijaczków, udało Ci się, Autorze-Anonimie, przedstawić zdarzenie w sposób zabawny i zobaczyłam bohaterów w całkiem nowym świetle, zgoła odmiennym od dotychczasowego sposobu postrzegania podobnych wielbicieli tanich win. ;D

 

„Wa­ka­cyj­ne” jesz­cze w so­bo­tę wy­ku­pi­ły dzie­cia­ki z tech­ni­kum, „Śliw­ki” nie do­wieź­li… ―> Nazwy trunków piszemy małą literą. http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

Ten błąd pojawia się kilkakrotnie.

 

W krza­kach bzu roz­kwi­ta­ją­cych wzdłuż na­sy­pu… ―> W pierwszym zdaniu napisałeś: Niebo bez jed­nej chmur­ki, czerw­co­we słon­ko pięło się po nim… ―> Bzy kwitną w maju. W czerwcu są już przekwitnięte.

 

Sam nie wiesz, jakie to dobry jabol, jaką siłę daje. ―> Literówka.

 

na­tych­miast po wy­du­dlaniu swo­jej por­cji flasz­ki. ―> …na­tych­miast po wy­du­dleniu swo­jej por­cji flasz­ki.

 

…czwór­ka dzie­ci i pro­gram 500+ uczy­ni­ły go bo­ga­czem. ―> Pisałabym słownie: …czwór­ka dzie­ci i pro­gram pięćset plus uczy­ni­ły go bo­ga­czem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Niezłe, a to chłopaki mieli przygody. Nawet nie wiedziałam, że mamy taką bogatą ofertę jaboli. ;)

Uśmiechnęło się parę razy, znalazłam kilka perełek:

– Rocznik: ubiegły wtorek

Najczęściej kupowali jabole za kasę Ryśka – czwórka dzieci i program 500+ uczyniły go bogaczem.

Dobrze napisane, żadne babole się w oczy nie rzuciły. Do tego oryginalny pomysł.

Całość zasługuje na klika. :)

Ach, ubiegły wtorek to był dopiero dobry rocznik! Także jestem fanką tego fragmentu.

Fajny pomysł, fajna realizacja, całość zabawna, chociaż jak dla mnie jeszcze jakiś żarcik dałoby się w naturalny sposób tu i ówdzie wcisnąć (właśnie w stylu owego rocznika).

Z jednej strony spodziewałam się jakiejś bardziej spektakularnej końcówki, z drugiej – to jednak dzień lokalnych sztajmesów, którzy mają ograniczone środki. Jacy bohaterowie, takie mission impossible ;) Tak więc panowie poradzili sobie znakomicie.

Gdybym mogła, nominowałabym do biblioteki.

Witam pierwszych czytelników. :)

 

Regulatorzy

Heniek miał swoje powody (i to istotne), żeby unikać takich marek jak “Komandos”, “Matador”, “Rambo”… Nikomu o tym nie mówił, bo i tak nikt by mu nie uwierzył. Dobrze, że odmieniłum Twój sposób patrzenia na Heńka i jemu podobnych.

Jestem świadomu pisowni trunków, ale zależało mi na dużych literach – z powodu znaczenia marek i nazw w życiu bohatera. Dlatego użyłum cudzysłowów.

A możesz podpowiedzieć, co kwitnie pod koniec czerwca?

Błędy poprawię po ogłoszeniu wyników.

 

Irka_Luz

O, oferta jaboli i innych odpadów przemysłu siarkowego jest o wiele bogatsza. Wybrałum te popularniejsze marki i ciekawsze nazwy.

Przyznaję, że wtorkowy rocznik pożyczyłum z “Dożywocia” M. Kisiel, tylko tam chyba była środa.

 

Nir

Środowe roczniki też są niczego sobie, może nawet lepsze od wtorkowych. Za to piątkowe miewają niesamowite bukiety. :)

Pewnie dałoby się wcisnąć jakieś żarciki, ale zabrakło czasu. Tak bywa, kiedy pisze się na ostatnią chwilę.

Każdy bohater literacki dostaje taką misję, do jakiej dorasta. On i autor.

Chęć nominowania uznaję za równoznaczną z czynem i cieszę się tak samo. :)

Babska logika rządzi!

A możesz podpowiedzieć, co kwitnie pod koniec czerwca?

Rozumiem, że pytasz o krzewy i wydaje mi się, że do osobistego zakątka bohaterów najlepiej pasowałby dziki bez czarny, który jest rośliną ruderalną i świetnie rośnie na terenach zaniedbanych czy gruzowiskach. Kwitnie w maju i czerwcu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Od razu plus za dwuznaczny tytuł. :) Tekst jeśli chodzi o temat bardzo odległy, wręcz na przeciwnym biegunie rzeczy, które wydają mi się interesujące. No, nie jestem fanem alkohumoru. Także jakoś specjalnie mnie nie rozbawił. Za to sama fabuła mnie zaciekawiła, planowanie jak wydostać kolegów ze świata Komandosa. Wacek to faktycznie ma łeb jak sklep, świetny pomysł z tą jabolową incepcją. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Ubiegły wtorek faktycznie niezły.

Pomysł interesujący, wykonanie dobre – czytało się z przyjemnością. Jest lekko, jak dla mnie za lekko. Nie jestem też fanką Heńków, Mietków, Wacków itp. I nie lubię alkoholu, nigdzie. Zwłaszcza jeśli coś się skupia wokół niego, nieważne w jaki sposób, po prostu mnie drażni. :( Ale potrafię sobie wyobrazić przygody chłopaków, gdyby zamiast alkoholu pili np. sok z gumijagód, wtedy historia byłaby dla mnie fajna. To nie wina tekstu, tylko moja, bo tak to odbieram.

Co mnie rozbawiło? – Maniek, wysoki i chudy młodzieniec, ledwie kilka lat po trzydziestce. 

Młodzieniec po trzydziestce, hehe xD

 

Pozdrawiam i powodzenia w konkursie!

 

 

 

Bardzo spodobał mi się pomysł. I muszę przyznać, że zazdroszczę Heńkowi jego unikalnej mocy ;)

Wykonanie też niczego sobie.

Jest tu kilka legendarnych marek. Nie żebym był jakimś entuzjastą tanich win, ale ich nazwy – rządzą. Rozumiem, że wszystkie występujące w opowiadaniu są autentyczne.

Charakterystyczny styl, który dobrze pasuje do tego typu żartobliwych historyjek. Autoru rozpoznaję bez trudu :>

Zaraz kopnę do biblio. 

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Zabawny tekst. Fabuła może o pół ciuta zbyt wolna, przez co pod koniec czułem już lekki przesyt, ale to nic poważnego. Humor obecny, lekki i rzeczywiście zabawny – boków może nie zerwałem, ale uśmiechałem się często. 

Ciekawy pomysł, niezłe wykonanie. 

Zabawny i pomysłowy tekst, przypomniała mi się ławeczka z pewnego serialu. Dobry rzut, idealnie wylądowało na taśmie:)

Też klikam.

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dziękuję wszystkim za błyskawiczne wysłanie tekstu do biblioteki. :)

 

regulatorzy

Tak, chodziło o krzewy. Czarny bez nadaje się świetnie, wprowadzę zmianę za czas jakiś.

 

Szyszkowy Dziadek

Tytuł też pochodzi z nie mojego dowcipu – o Prezesie, który nie chciał zapłacić za zakupy, bo to “wina Tuska”. ;)

Dobrze, że fabuła zaciekawiła, chociaż nie jesteś fanem tematyki.

 

Sara Winter

Przepis na sok z gumijagód zna tak niewiele osób, że nie ma w sprzedaży wielu marek. Trudno byłoby zaadaptować. Dobrze, że niektóre zdania rozbawiły.

 

jeroh

Moc Heńka rzeczywiście mogłaby się przydać. To tani sposób podróżowania. I mało energii wymaga. Same plusy.

Owszem, wszystkie wykorzystane w opowiadaniu wina występują w rzeczywistości. Przynajmniej wg internetu, bo osobiście widziałum jedno, nie piłum żadnego. Fakt, niektóre są kultowe.

Twierdzisz, że mnie rozszyfrowałeś? Mam nadzieję, że się mylisz.

 

None

Uważasz, że rzecz się dzieje za wolno? Starałum się lać wino, nie wodę.

I o te uśmiechy chodzi! Bardzo cieszą autoru.

 

Asylum

Wspaniale, że rzut do Ciebie trafił. A mógł się potknąć o ławeczkę…

Babska logika rządzi!

Uważasz, że rzecz się dzieje za wolno?

O pół ciuta. Czyli nie dokucza to szczególnie. Ale to i owo można by przystrzyc, jak zawsze.

Czyli co na przykład byś przystrzygł?

Babska logika rządzi!

Czarny bez nadaje się świetnie, wprowadzę zmianę za czas jakiś.

Bardzo się cieszę, lubię kiedy krzewy krzewią się i kwitną na nieużytkach. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie będę ukrywał, że nie jestem jakimś wielkim fanem opowiadań, zwłaszcza humorystycznych, o koneserach win i im podobnych. Nie piszę tego w żadnym razie jako wstęp do wielkiego marudzenia. Raczej, żeby zasygnalizować typ czytelnika, od jakiego dostajesz opinię. I zasugerować, by do tej opinii podejść z pewną rezerwą.

Jak więc pisałem, nie jestem zwolennikiem tematyki ładnie określonej przez Szyszkowego

“alkohumorem”. Nie podeszły mi również imiona, wybrane po najmniejszej linii oporu. Wolałbym tu jednak coś nieco bardziej kreatywnego. Na myśl przychodzą mi choćby Bardaki Pilipiuka. Niby nic szczególnego, ale jednak wybrzmiewa ciut efektowniej. Można więc odnieść wrażenie, że tekst mi nie “podszedł”, ale tak nie jest. Z jakiegoś powodu jednak go przeczytałem. Gdyby nic mi się w nim nie spodobało, zwyczajnie bym odpuścił. Pierwszą zaletą, jaką mogę wskazać, choć jeszcze trochę nieśmiało, jest humor. Opowiadanie ma parę fajnych momentów, zwłaszcza ten wspominany tu już “zeszły wtorek”. Druga zaletą, którą wspominam już z pełną śmiałością i bez żadnych wątpliwości, jest sam pomysł na “uboczne działanie” trunków, który nie tylko pokazał, że jednak decydujesz się, Anonimie, na coś więcej, niż tylko humoreskę o pijakach, ale również potrafił zaciekawić i w pewien sposób wciągnąć w lekturę.

Tak więc, jak podchodziłem do tego opowiadania z pewną rezerwą, czy może nawet niechęcią, tak muszę Ci oddać, że tekst wypada naprawdę przyzwoicie. A może nawet dobrze, tylko inny gust nie pozwala mi go odpowiednio docenić?

Pozdrawiam.

regulatorzy

Kwitnące na nieużytkach krzewy są prawie tak samo dobre jak tanie wino. ;)

 

CM

Radu jestem, że uznajesz tekst za przyzwoity mimo alkoholowej niechęci. Bardak to nazwisko, ale faktycznie, mogłum zakombinować. Nie zdążyłum wycyzelować szczegółów.

Babska logika rządzi!

Czyli co na przykład byś przystrzygł?

Trudno o konkrety. Tu słówko, tam zdanko… Kilkaset znaków, może tysiąc. Może coś w scenie, w której bohater rozważa założenie kolekcji butelek? Albo w opisach poziomkowej polany? Tam, gdzie akcja nie posuwa się naprzód, a akurat nie ma wiele humoru.

Żeby nie wybić tego z proporcji – to nie jest poważny problem. Po prostu pod koniec lektury czułem delikatny przesyt.

Zdecydowanie najśmieszniejsze z dotychczas przeczytanych. Pomysł zacny, wykonanie przednie, no i ten klimat trochę przypominający ławeczkę z Rancza. 

None

Kolekcja butelek to przecież clou przemiany bohatera. :) Poziomkowa sielanka do rozważenia.

 

fizyk111

Super, że aż tak rozśmieszyłum. Samu bym tyle zalet nie znalazłu.

Babska logika rządzi!

Przeczytałem i jestem zadowolony. Ubawiłem się przednie, od początku do samego końca. Wina Heńka to taki dwuznaczny tytuł, bo z jednej strony chodzi o alkohol, a z drugiej o to, że przeniesienie kumpli na pustynię to właśnie była wina Heńka. :)

Jak dla mnie tekst ma dobre proporcje akcja-opis. Przypominam, że niektóre książki Stephena Kinga są przegadane, a mimo to kupują je miliony. Tutaj zresztą “przegadania” nie poczułem.

Opowiadanie napisane bardzo sprawnie, co jeszcze bardziej uprzyjemnia lekturę.

Corrinn

Powiedzmy, że to wina win Heńka. Ups, ciągle jest dwuznacznie, ale już tylko jedna opcja ma sens. ;)

Super, że Tobie proporcje podpasowały.

Babska logika rządzi!

Moim zdaniem opowiadanie jest ekstra 

 

Podobny obraz

Widać piłem nie te siary co trzeba.

Kurde, moja ulubiona Amarena (wchodziła jak soczek wiśniowy) nie miała takich właściwości, ba, nawet lipa z miodem, czy mięta z czymśtam nie miały. Chociaż pamiętam, że to cośtam z miętą ryj krzywiło, a później człowieka poniewierało, aż się zginał w Chińskie Z.

Niemniej opowiadanie jest lekko napisane, historia swobodnie opowiedziana, z solidnym warsztatem. Błędów nie przyuważyłem, a całość uśmiechała. Bo to sympatyczne jest, choć nie śmiechłem (ale na funtastyce śmiechłem do tej pory aż raz…) więc jest dobrze.

Cóż mi pozostaje powiedzieć, tematy bliskie memu sercu na pewnym etapie życia, by nie powiedzieć sentymentalne. :D

Na miejscu Heńka Spermy Szatana, też bym nie tknął.

 

No, ode mnie tyle, jestem kontent.

Klikałbym bibliotekę.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Jestem pod wrażeniem pomysłu, by połączyć teleportację z degustacją zacnych trunków. Tekst zabawny, lekki, spójny, dobrze się go czytało. Według mnie, opowiadanie doskonale wpisuje się w koncepcję wakacyjnego funu.

MPJ 78

No i super, że się podoba. :)

 

Mytrix

Tu trzeba talentu Heńka, sam dobór trunków nie wystarczy. Ewentualnie, trzeba złapać Heńka za rękę.

Podejrzewam, że “Sperma Szatana” jest dla satanistów. Nie, dla satanistek…

 

ANDO

Nietypowe połączenia rodzą interesujące teksty.

Babska logika rządzi!

Świetny pomysł, niezłe wykonanie i naprawdę duża dawka humoru. :D

Z wymienionych wyżej trunków miałam przyjemność smakować “Kwiat jabłoni”, jednak efekty były mniej spektakularne. :)

"Fajne, a nawet jakby nie było fajne to i tak poszedłbym nominować, bo Drakaina powiedziała, że fajne". - MaSkrol

Niestety tego rodzaju alkoholowe klimaty są mi obce, więc nie byłam w stanie docenić szczegółów. Nie wiem nawet, czy “Chatou de la patique” celowo ma błąd albo pierwsze wygląda jak nazwa podparyskiej miejscowości, czy też to przypadek ;) Ergo, nie mnie oceniać ten tekst. Napisane sprawnie, nawet bardzo, czyta się lekko, ale mnie się dłużyło, bo nie chwytałam klimatu…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

ale mnie się dłużyło, bo nie chwytałam klimatu…

Jak się nad tym zastanowić, to dobrze świadczy o Tobie, Twoim otoczeniu, czy tam warunkach w których dorastałaś (niepotrzebne skreślić) :-)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

AQQ

A jak smakowo? Czuć tę kwiatową nutkę? ;)

 

drakaina

OK, rozumiem, że tematyka nie do każdego trafia. Nie jesteś pierwsza. “Chatou” znalazłum w internetach. Nie wiem, czy dobrze podpowiadają.

 

Mytrix

Popieram.

Babska logika rządzi!

Anonimie jak wpisałam w gugla, to mi wyszło wszystko, co się da: chatu, chatou, chateau :D Obstawiałabym jednak to ostatnie (poprawna choć bez diakrytyki) albo pisownię polską szato ;) I wychodzi zarówno de la patique, jak de la patik, jak i de patique. Muszę przyznać, że to dla mnie całkowita nowość…

 

I tak, Mytrix trafił potrójnie, obawiam się (czy też cieszę). Z tym trzecim to w szczególności, bo na studiach to już otarłam się o to i owo, choć też ledwie ledwie. Z jednego wyjazdu studenckiego pamiętam wino “gronowe” przezwane “grobowym”.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Raczej nutę siarki. :)

"Fajne, a nawet jakby nie było fajne to i tak poszedłbym nominować, bo Drakaina powiedziała, że fajne". - MaSkrol

Legenda głosi, że po wypiciu najmocniejszych jabcokó, butelkę należy potłuc za siarkę osadzoną na spodzie można zeskrobać i mieć zapałki.

No ale, ale, żeby do takich ekscesów nie dochodziło trzeba uderzyć w denko trzykrotnie, raz dłonią, dwa tym odcinkiem kończyny górnej pod/za łokciem (nie wiem jak to fachowo nazwać), i trzeci raz można czołem. Wtedy i tylko wtedy, po wykonaniu powyższego rytuału, jabol jest optymalnie wymieszany, a siara nie zalega na spodzie.

 

edit: Asterix pije wino

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Mytrix

O, widzę, że kolega osiągnął wyższe stopnie wtajemniczenia… Ale czołem w butelkę? Nigdy tego nie widziałum.

 

Anet

No i super.

Babska logika rządzi!

Ale żeby czołem nigdy? O.o

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

No, nigdy. Tylko tym miejscem w okolicy łokcia.

Zapomniałum dodać, że Asterix wygląda na dobrego znajomego Heńka. Czy jest jakieś tanie wino z Galią na etykietce?

Babska logika rządzi!

Image result for komandos wino, sperma szatana

 

Hm, opowieści o “Komandosie” w czasach studenckich trochę się nasłuchałam, ale nigdy nie miałam przyjemności spróbować :) Innych trunków nie kojarzę…

Odnośnie tekstu – dobry tytuł, porządne wykonanie, sam pomysł też niczego sobie., a do tego zabawnie i uroczo klimatycznie ;) Powodzenia w konkursie.

Ja, ale zestaw:D

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Muszę sobie zaimportować Amarenę do Niemiec xD

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Przeczytane. Opowiadanko lekkie i dobrze napisane. Tylko czy ja chcę czytać o pijackich odysejach?

Tym nie mniej… fajne… no i nie wiersz ;)

Zabawne, nawet mimo że nie przepadam za alkodowcipem :)

katia72

Hej, na etapie zbierania materiałów widziałum to zdjęcie. “Komandos” w ciemnej butelce odegrał znaczącą rolę. O “Arizonie” kiedyś nakręcili reportaż, więc wino stało się kultowe.

 

Asylum

Taki zestaw to siedem męskich przygód. ;)

 

Mytrix

Udanych podróży!

 

Peter Barton

No i chcesz? Jak nie, to nie musisz czytać.

Tak, nie wiersz i nie fragment fantasy. Sporo zalet. :)

 

Ninedin

Super, że alkodowcip dowcipny, chociaż alko.

Babska logika rządzi!

No śmiałem się z alkoholowych żartów, Wysoki Sądzie, przyznaję.

Nie, nie żałuję.

Logika jest, pomysł jest, dowcip jest, wykonanie jest… no nie mam się do czego przyczepić, oneshot jak się patrzy.

 

EDIT: I właśnie ogarnąłem żart z tytułu. Podczas zmywania naczyń. Czasem wolno trybię xD

Cudowne. Lekki, bardzo przyjemny tekst z ogromną ilością humoru. Chętnie przeczytałbym więcej opowiadań o przygodach ekipy. Całkiem fajny pomysł zresztą ;)

Przysięgam, jeśli uda mi się wrócić do domu, to do końca życia będę pił tylko „Leśny Dzban”

Tutaj padłem. Mistrzostwo.

Powodzenia w konkursie!

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Kordylian

Proszę wstać, sąd idzie. “Niewinny”. A nawet gdyby, to społeczna szkodliwość czynu jest znikoma. Idź i śmiej się dalej.

Na śmiech nigdy nie jest za późno.

 

MaSkrol

Super, że tyle zalet znalazłeś. Jeśli wymyślę jeszcze jakieś przygody, to kto wie… Możecie podsuwać egzotyczne nazwy siar.

Padłeś? Powstań!

Babska logika rządzi!

Nie chcę ale przeczytałem całość i doceniłem zalety. Wszystkiego dobrego.

Padłeś? Powstań! Komandos.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Peter Barton

No to miło mi. Nawzajem. :)

 

Mytrix

Padłeś? Nie wstawaj przez jakiś czas. “Małgoś”.

Babska logika rządzi!

Przeczytawszy.

Finkla

lozanf@fantastyka.pl

LożaNF/Finkla

No to teraz z niecierpliwością czekamy na wyniki.

Babska logika rządzi!

Przeczytałam, daję znać, że choć nie jestem fanką alkohumoru, to tu obyło się bez żenujących dowcipów, a kilka linijek uśmiechnęło. Fajne :)

www.alecojak.blogspot.com

Dziękuję, Kam. :-)

No, nie wszyscy lubią alkohumor. Jakby to osobistego picia jaboli wymagało. Albo innych heroicznych poświęceń.

No, ale Twoje zbójeckie prawo – kręcić nosem.

Dobrze, że chociaż uśmiechające linijki się trafiły.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka