- Opowiadanie: CM - Król bez korony

Król bez korony

Mam nadzieję, że choć trochę zabawne.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Mytrix

Oceny

Król bez korony

 Op, król bez korony, spoglądał markotnie przez okno prawie pałacu. Znowu go nie wybrali… Banda niewdzięczników! Co to w ogóle za pomysł, żeby król musiał walczyć o władzę? I jeszcze przegrać z wybrańcem motłochu.

Współczesność nie szanowała monarchów.

– Nie smuć się, królu! – Melodyjny głos Suzila wypełnił wnętrze prawie komnaty. – Następnym razem na pewno się uda!

Suzil nie był zwyczajnym sługą. Chyba, że według tych bezdusznych zapisów w umowie o pracę. W rzeczywistości pełnił raczej funkcję towarzysza. Powiernika trosk. Słowem, prowadził ciało monarchy przez życie, podczas gdy głowa bujała w królewskich obłokach.

(Głowy króla nie uznaje się za część ciała. Jest to samodzielny, autonomiczny byt, tylko przez przypadek przytwierdzony do prymitywnego karku).

– Jak mam się nie trapić? – odparł przybity monarcha. – Jam wszak jest Op! Krasnal zrodzony, by rządzić! Cóż to za nonsens, odmawiać mi prawa do władzy. A wszystko przez tę… Jakże się zwie ten idiotyzm?!

– Demokracja, królu.

– Demokracja! – żachnął się Op. – Kolejny wybryk nowoczesności.

– Demokracja nie jest taka zła – wyjaśniał Suzil. – Trzeba ją tylko dobrze zrozumieć. Co obiecałeś ludowi, mój królu?

Pytanie niespiesznie wyfrunęło z ust sługi. Chwilę później zjawiła się spóźniona świadomość. „Jesteś kretynem!” – szepnęła złośliwie.

– Jakże, co?! – oburzył się król. – Siebie im dałem! Monarchę najwyższej klasy!

– Lud twój chwali sobie bardziej wymierne korzyści – odrzekł Suzil z miną krasnala, który rolę rzecznika powierzył własnej głupocie.

– Korzyści im się zachciewa. Zachłanne pastuchy! Ale dobrze. Już ja pojmę, jak się dochodzi do władzy. Ty zaś, mój sługo, zajmiesz się wolą prostaczków. Skoro pragną korzyści, niechaj i mają! Byle nie moim kosztem – mruknął Op na odchodne.

 

*

 

Suzil leżał bezczynnie, trudniąc się zajmującą sztuką robienia niczego. Nie mylić z nicnierobieniem. To potrafiłby byle wałkoń. Robienie niczego było wyższym egzystencjalnym wyzwaniem. Wymagało czynnego byczenia się, rozważania wyższości bezruchu nad głodem czy prób zamknięcia okna wyłącznie siłą woli. Niestety, nie każdy doceniał tę formę artyzmu.

– Suzilu! – Op przyglądał się gniewnie. – W mym pałacu panuje spory bałagan. Czyżbyś zaniedbywał swe obowiązki?

– Królu złoty! Żaden bałagan! – Sługa improwizował rozpaczliwie. – To awangardowy system „wszystko pod ręką”. Musisz iść z trendami, mój panie. To szczyt nowoczesności!

Op rozejrzał się podejrzliwie. Nowoczesność, uznał, jest upośledzona.

– Może i masz rację… – odparł bez przekonania. Znać było, że myśli już o czymś innym. – Zbieraj się. Wyruszamy do Ajsoru.

– Do Ajsoru?! – Sługa wytrzeszczył oczy.

Op w podróży był niczym krowa na lodowisku. Śmieszny. Zabawny. Efektowny.

Ale wyłącznie z pozycji gapiów!

– Ajsor, jak ustaliłem, jest kolebką długowiecznych władców – wyjaśniał dumny monarcha. – Zamierzam złożyć wizytę Nitupowi.

– Nitupowi?! Królu najmilszy, w Ajsorze starszą nim niegrzeczne skrzaciątka!

– Znaczy, budzi taki respekt? – dopytywał się Op.

„Respekt”, pomyślał Suzil. To jakby sztylet w sercu nazwać niedogodnością.

– Nie respekt, ale strach! – wykrzyczał sługa. Jego wzrok nie pozostawiał żadnych złudzeń. Nitup był ściągającym podatki, siedmiogłowym smokiem o uczuciach głazu i dobroci teściowej.

– Pozwolisz, że sam to ocenię.

Król najwyraźniej nie wierzył w smoki. Zwłaszcza malowane przez leniwą służbę.

– A właśnie… – Op przysiadł na prawie tronie. – Jak tam proces mamienia motłochu?

– Świetnie, mój panie! Wiem, jak zdobyć potrzebne fundusze. – Sługa wypatrzył światełko w tunelu. – Twój lud cię pokocha! Żaden Nitup nie będzie potrzebny.

– Słucham zatem.

– Nieopodal znajduje się grób Naryta. Król kojarzy? Dawny władca naszej wspaniałej krainy. Pochowany z wieloma kosztownościami. Do czego mu one potrzebne?

– Czy to aby nie kradzież? – Op spojrzał z niepokojem.

– E, zwykła przedsiębiorczość – uznał Suzil. – Król pamięta? „Słownik nowoczesnego władcy”.

Pamiętał. Oczywiście, że pamiętał! Grube ceglisko pełne niezrozumiałych pojęć. Przedsiębiorczość, dyplomacja, kreatywna księgowość. A gdzie stare dobre kradzieże, kłamstwa czy malwersacje?

– Poza tym – ciągnął Suzil – Naryt to twoja rodzina.

– Rodzina? – dziwił się król.

– Krewny po berle.

„Rodzina”… Op zamyślił się na dłużej. Ale cóż to właściwie znaczy? Ileż istniało teorii na ten temat! Studenci mieli ją za zrzędzący punkt wypłat. Inaczej niż możni. Dla nich było to stado hien, walczących o meble nad trumną zmarłego. Co musiało mieć związek z całą tą „przedsiębiorczością”, uznał król. Myśl ta przynosiła mu niejaką dumę. Współczesność w końcu zaczynała składać się w całość…

…tworzącą zgrabny napis: „idiotyzm!”.

– Niech ci będzie, Suzilu – zdecydował Op. – Przychylam się do twojego pomysłu.

Gigantyczny kamień w jednej chwili osunął się z serca sługi…

– W drodze do Ajsoru, możemy zahaczyć o grób Naryta.

…lądując na jego stopie.

 

*

 

Twarz Suzila przedstawiała obraz „Piekielne utrapienie w zimny deszczowy poranek”.

– Królu, musimy? – jęczał żałośnie.

– Bez dwóch zdań! – oświadczył Op. – Chodzi w końcu o zasłużony tron dla mej skromnej krasnalości. Siodłaj człowieka!

– Kiedy on… – Wymuszony smutek na twarzy sługi walczył z nieudolnie skrywaną radością.

– Kolejna awaria?! – wzburzył się Op.

– Sam król wie, że tę jego miksturę trudno odróżnić od tradycyjnego paliwa.

– Dawno już powinienem był się go pozbyć.

– Nie wiń go, panie. Człowieki to bardzo nieszczęśliwe istoty. Każdy z nich rodzi się wyposażony w M.Ó.Z.G., potężny instrument umieszczony w baniaku, którego za diabła nie potrafią ogarnąć.

– Ach, tak… – przejął się Op. – Powiedz, Suzilu, cóż by to było, gdyby człowiek, jak to ująłeś, ogarnął M.Ó.Z.G.?

– Z pewnością nie targałby nas na plecach za te śmieszne papierowe świstki.

– No nic. W takim razie weźmiemy plebsmobil.

– Oj…

 

*

 

Plebsmobil był ulubionym środkiem transportu… pewnych grup społecznych. Czasami zdawało się, że słowo „folklor” wymyślono jakby tylko dla niego. W jego wnętrzu wyglądał Op niczym zabłąkana rodzynka w domowym pasztecie. Suzil pojmował to dobrze. Król trochę mniej. I właśnie dlatego to jemu przypadła rola bawiciela motłochu.

Zaczęło się niewinnie. Kilka zebranych w tłumie kuksańców miał Op za jakiś plebejski rytuał. Piekło rozpętało się później. Poprawiwszy szatę, król minął strefę „bojkotu kąpieli”, na zakręcie grzmotnął w biletokąsacza, by w końcu wypatrzyć wolne miejsce przy oknie.

Podróż, jak się okazało, przybierała formę audiencji. Op wysłuchiwał żalów matrony, od historii jej chorób, aż po wredną rodzinę. Sytuacja ta miała swoje zalety. Przynajmniej nikt mu nie zarzuci, że nie zna potrzeb swojego ludu.

Jego lud potrzebował marudzić.

 

*

 

Suzil kopał w ulewnym deszczu, klnąc pod nosem własną głupotę. Zachciało mu się groby szturmować. Op tymczasem wspierał go dzielnie, jęcząc na przemian: „Szybciej!”, „Jak kopiesz?”, „Źle trzymasz łopatę”. Kiedy trumna znalazła się na powierzchni, sługa uchylił ostrożnie wieko, badając wzrokiem ciało martwego. Szumny majątek wielkiego Naryta składał się ledwie z jednego pierścienia. Musi wystarczyć, pomyślał Suzil, szarpiąc się dzielnie z błyszczącą zdobyczą. Pierścień ani myślał się poddać.

– Coś najlepszego narobił? – zapytał król Op, przeczącym logice cichym wrzaskiem.

(Cichy wrzask istnieje. Naprawdę. Za jego twórców uznaje się rodziców krasnali. Występuje w dogmatbudach i plebsmobilach).

– Coś się stało? – dziwił się sługa. W pewnych okolicznościach najlepiej udać głupiego.

– Pytam, coś najlepszego narobił?

– Zdobyłem pierścień…

– Dokończ myśl!

– Razem z palcem.

– Przecież to świętokradztwo! – Op poczerwieniał ze złości.

– Król jak zwykle przesadza. – Sługa nie tracił rezonu. – Zdobyliśmy relikwię. Dogmatpiewcy z pewnością będą nam wdzięczni. A jak poparcie ci skoczy!

– Czy relikwia nie wymaga aby świętego? – zasępił się monarcha.

Suzil spojrzał na króla z zazdrością. To cudowne, pomyślał, być tak beztrosko naiwnym.

– Skoro jest relikwia – wyjaśniał sługa – to i święty do pary na pewno się znajdzie.

Nagle wieko trumny poruszyło się. Op dostrzegł ten fakt jako pierwszy. Nie zląkł się. Nie to, żeby był szczególnie odważny. Chodziło raczej o pewien podział obowiązków. Królowie nie odczuwali strachu. Robili to za nich poddani.

– K-K-Królu… – wydukał sługa. – Zadzieraj kieckę i w nogi!

– To nie jest kiecka, tylko szata! – wzburzył się monarcha.

– Jemu to bez różnicy. Wiej!

Suzil zerwał się do ucieczki, biegnąc tempem najgorszych złodziei (dobry złodziej nie potrzebował uciekać). Op delikatnie zostawał w tyle. Jego bieg przypominał ruchy baletnicy z biegunką. Co prawda rozpaczliwy, ale przy tym wciąż niebywale dostojny.

Na szczęście bus-czekacz był blisko.

 

*

 

Naryt uniósł wieko trumny, spoglądając na świat zamglonym wzrokiem. W oddali dostrzegł dwie malejące w szybkim tempie krasnale sylwetki. Chwilę później do życia wróciła świadomość. „Gdzie jest palec?!” – wrzasnęła okrutnie. Naryt zerwał się do pogoni, wypuszczając z rąk spróchniałe wieko.

Ciut zbyt szybko…

 

*

 

– Odpoczynek! – zarządził Op, wytaczając się z wnętrza plebsmobilu.

– Goni nas nieboszczyk – zauważył Suzil.

– Czy to już Ajsor? – zapytał król, jakby nie słysząc uwagi sługi.

– Nie, mój panie. Dopiero Akslop. Strasznie niebezpieczne miejsce. Pogrzebałem trochę w śmieć-chmurze. Ponoć niedźwiedzie grasują tu po ulicach.

– Coś takiego… – zdumiał się Op. – Może jednakowoż przystaniemy choć na krótką chwilę. Widzę tu taki przytulny zajazd.

Rzeczony zajazd był w rzeczywistości skromną drewnianą ruderą opatrzoną dumnym szyldem „Pod liściem jodły”.

– To nie zajazd królu, ale ochlajbuda. – Sługa zawiesił głos, szukając odpowiednich słów do wyjaśnień. – Miejsce spożywania człowieczych mikstur. Zdecydowanie niegodne monarchy. Zresztą, niech król spojrzy. O, tam. Po lewej.

Monarcha wytężył wzrok. Jego pełne fascynacji oblicze zmieniało się z wolna w grymas niezrozumienia.

– Cóż robi ten gnom z rozkołysaną pięścią? – zapytał.

– Szerzy kulturę stadionową, mój panie. – Suzil nerwowo przebierał nogami. – Zbierajmy się, nim i nas z nią zapozna.

– Oj… I poległ. Drugi również. Czy to źle?

– Zważywszy, kto ich zlał, to…

– Oddajcie… mi… palucha!

 

*

 

Naryt gonił wzrokiem znikający plebsobus. Był zły. Współczesność nie szanowała umarłych. Najpierw wieko trumny pozbawia go ucha. Później banda gnomów okalecza nos. A na końcu podły kanar wlepia mu mandat. Że niby śmierć nie zwalnia z opłat za przejazd. I jeszcze tych dwóch. Żeby w środku dnia grabić zwłoki z palucha. Kanalie!

– Oddajcie…

 

*

 

Suzil odgrywał pantomimę pod roboczym tytułem „Zaraz wezmą mnie diabli!”. Marzł. Mókł. Podróżował z Opem.

I goniło ich zombie.

Sługa rozejrzał się po raz enty, wypatrując z nadzieją powrotu króla. Z mniejszą nadzieją wyglądał nadejścia Naryta.

– Za jakie grzechy… – mruknął przez zęby.

Zachęcona do zabawy złośliwość skwitowała to krótkim: „liczne”. Na szczęście w tej właśnie chwili zjawił się Op.

– Dzień mej chwały jest bliski! – Król frunął na skrzydłach ekscytacji. – Nitup wyjawił mi wszystko!

– Cóż ci powiedział, panie? – Suzil walczył z własnym obliczem o okazanie choć odrobiny radości. Poległ.

– Ten mądry skrzat powiada mi tak: „Władza, mój Opie, to nie wymiana żarówki. Żadnej filozofii w tym nie ma. Odwiedź Airebys. Zapuść się w tamtejszy las. W jego sercu znajdziesz studnię mądrości. Nabierz w dłoń wody, wypij kilka łyków, a droga do władzy wnet się objawi.

– I co? Już? – rzekł Suzil w trybie: „Aha! Akwizytor!”.

– I ja się zdziwiłem – odparł monarcha – lecz Nitup wyjaśnił to tak: „Nie ten wiedzę pojmie, kto gasi pragnienie, lecz ten, kto przybywa z właściwym pytaniem”.

– Zatem ruszamy do Airebysu? – domyślił się sługa.

– Tak, Suzilu. Migiem!

– Dlaczego mi…

– Oddajcie… mi… palucha!

 

*

 

Naryt wspinał się po szczeblach frustracji. Minął już złość, wściekłość, furię, obecnie zaś przymierzał się do żądzy mordu. Miał ich! Już prawie ich miał. I wtedy na jego gardle zacisnęły się łapska współczesności. Najpierw wpychano mu tanie klach-cegły. Później wciągnięto na pokaz pościeli. Na końcu zaś jakaś wredna agentka chciała mu wcisnąć polisę na życie. Na życie! Żeby choć od nieszczęśliwych wypadków. Wyglądało, że słowo „nie” zdążyło już wyjść z użycia. Podobnie: „odmawiam”, „dziękuję”, czy „poszli do diabła”. Całe szczęście, że choć gesty pozostały bez zmian.

Naryt ziewnął przeciągle.

– Odbić palucha, do trumny i spać! – mruknął, znużony, pod nosem.

 

*

 

Suzil człapał niespiesznie, prowadząc Opa w kierunku studni. Król w lesie był niczym rozpędzona kosiarka w rozległym ogrodzie. W zasadzie wszystko szło dobrze.

Do pierwszej przeszkody.

– Suzilu! – Op zatrzymał się nagle. – Uważam za głęboko niestosowne, by krasnal mego pokroju miał ustępować pola drzewom.

– One się nie przesuną, królu. – Głos, w roli eksperta, zabrała logika.

– Oczywiście, że nie. Są wszak drzewami. Nie godzi się jednak, by monarcha tak po prostu schodził im z drogi. To uderza w mój prestiż. Mamy więc pewien impas, który, jak mniemam, przerwiesz zaraz uczciwym kompromisem.

– Drzewa mają korony. – Sługa przeskoczył na „TV Monarcha”.

– Chyba, że tak. – Król skłonił się drzewu z godnością, ruszając powoli przed siebie.

Suzil nie miał do Opa większych pretensji. Bycie królem oznaczało w końcu stan umysłu. Niepokojący stan umysłu. Jego życie znacznie różniło się od egzystencji ludu. Podobnie zresztą jak słownik. Ktoś mierzący się z mezaliansami, nie potrzebował przecież typowo plebejskich słów jak: „debet”, „bieda”, „budzik” czy „harówka”. Nie dziwne więc, że w tej sytuacji zwykły las urastał dla Opa do miana komnaty tajemnic.

– I jest nasza studnia – zauważył sługa. Wprawne ucho wychwyciłoby z jego tonu rzucone z oddechem ulgi: „nareszcie!”.

– Suzilu! – Op wiercił się nerwowo. – Te drobne żyjątka naruszają mą nietykalność.

– To tylko robaki…

– Poza tym, to przebrzydłe fruwające stworzenie wysysa ze mnie arystokratyczną krew. Żądam, byś natychmiast ukrócił ten jawny zamach na moje życie.

– Zwykły komar… – Sługa próbował szczęścia.

– Sam się wybronię! – rzucił poirytowany Op. – Daj no mi kamień!

– Królu, nie trafisz komara kam…

 

*

 

Naryt pruł na ślepo przez las, wbijając wzrok w rozmokłą powierzchnię. Statystyka nie miała dla niego litości. Goniąc za jednym paluchem stracił już ucho, nos i resztki czupryny (przeklęta gałąź!). I jeszcze ta pogoda. Wieje. Mokro. Zimno. Żeby w jego wieku uganiać się po obcych krainach. Naraz kichnął. I ponownie. Grypa jak nic, uznał zgniewany. A może początek czegoś poważniejszego? Czy zombie może umrzeć?

Naryt uniósł głowę, wypatrując złodziei palucha. Nadlatujący kamień jakby tylko na to czekał.

 

*

 

Op siedział na metaforycznym tronie, snując marzenia o tronie dosłownym. Czuł się oszukany. Wystarczy odszukać studnię, tak? Odnalazł. Spróbował cudownej wody. I co? I się struł! Nitup zakpił z niego okrutnie. Na pewno! Niepodobna sądzić, by król nie pojął ukrytego znaczenia.

 

*

 

Suzil krążył po prawie pałacu, rozważając nerwowo kolejne kroki. Współczesność nie szanowała służących. Dawniej omiótłby każdą komnatę i tyle byłoby jego roboty. A teraz? Prowadził Opa za rękę niczym małe krasnalątko. Próbował wszystkiego. Słowa: „truć”, „otruty”, „trucizna” podsuwał mu w każdej możliwej formie. Bez żadnych efektów. Świadomość Opa broniła się przed wnioskami z uporem lepszej sprawy. Nie mając lepszego pomysłu, sługa zabrał swego pana na spacer po prawie ogrodzie. Gdy zaś przechadzali się wzdłuż prawie alejek, z oddali dobiegł ich znajomy okrzyk:

– Oddajcie… mi… palucha!

Koniec

Komentarze

Mam wrażenie, że opowiadaniu nie przysłużyło się uczynienie jego bohaterami dwóch głupków. Mogę czytać o chłopku-roztropku, radzącym sobie z diabłem, o sprytnym słudze, wodzącym króla za nos czy o uroczym oszuście, któremu bogacze sami oddają majątki, ale nie zobaczyłam nic zabawnego w coraz to bardziej idiotycznych pomysłach Suzila i jego pana. W dodatku przeszkadzało mi ciągłe odwoływanie się do współczesnych sytuacji, tudzież częste i gęste używanie współczesnych słów i zwrotów. Domyślam się, że miało to wywołać efekt komiczny, ale w moim przypadku okazało się mocno irytujące.

 

– Lud twój chwa­li bar­dziej wy­mier­ne ko­rzy­ści… –> Czy tu nie miało być: – Lud twój chwa­li sobie bar­dziej wy­mier­ne ko­rzy­ści

 

tę jego mik­stu­rę cięż­ko od­róż­nić… –> …tę jego mik­stu­rę trudno od­róż­nić

 

Wła­dza, mój Opie, nie wy­mia­na ża­rów­ki. –> Chyba miało być: Wła­dza, mój Opie, to nie wy­mia­na ża­rów­ki.

 

Na­bierz w dłoń wody, weź kilka łyków… –> Na­bierz w dłoń wody, wypij kilka łyków

Łyków się nie bierze.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzień dobry.

Reg, dziękuję za przeczytanie. Błędy poprawię jak tylko będzie to możliwe. A samo opowiadanie? Cóż, miałom pewien koncept i najwyraźniej przestrzeliłom. Zdarza się. Jeśli samo opowiadanie nie przypadło Ci do gustu, to tym bardziej jestem bardzo wdzięczne, że jednak zechciałaś doczytać je do końca i podzielić się swoją opinią.

Bardzo proszę, Anonimie.

Zawsze staram się czytać opowiadanie do końca, chyba że trafi się coś, co jest napisane w sposób uniemożliwiający lekturę. W tym przypadku taka okoliczność nie zaszła. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W moim odbiorze nawet zabawne. Taka dwudziestominutowa kreskówka o dwóch głupiutkich krasnalach. ;)

Podobało mi się:

“Nowoczesność, uznał, jest upośledzona” i plebsmobil. :D

Czytało się dobrze. 

 

Niestety, nie dałem rady przeczytać z uwagą do końca. Drugą połowę przebiegłem “po łebkach”, upewniając się że nic ponad to co w pierwszej, nie znajdę. Pomimo pewnych “potencjalnie śmiesznych” fragmentów, całość sprawia wrażenie chaosu i braku panowania nad fabułą i bohaterami. Wypisałem sobie kilka “potencjalnie” śmiesznych kawałków, które umieszczone w i innym otoczeniu, mogły by brzmieć dowcipnie:

 

Głowy króla nie uznaje się za część ciała. Jest to samodzielny, autonomiczny byt, tylko przez przypadek przytwierdzony do prymitywnego karku

z miną krasnala, który rolę rzecznika powierzył własnej głupocie.

Gigantyczny kamień w jednej chwili osunął się z serca sługi…

– W drodze do Ajsoru, możemy zahaczyć o grób Naryta.

…lądując na jego stopie.

Niestety w zaprezentowanej formie, dla mnie, całość jest ciężka i nieśmieszna.

Saro, Fizyku, dziękuję za odwiedziny.

Cóż ja mogę napisać. 

Chciałobym serdecznie podziękować wam oraz Reg za poświęcony czas. Myślę jednak, że najlepiej będzie jeśli usunę to opowiadanie. Skorzystają na tym i Ci, którzy być może przymierzali się do przeczytania i Finkla, która musiałaby do niego napisać jurorski komentarz. Po części również ja, bo braki tego opowiadania są mi już doskonale znane i myślę, że kolejni komentujący już nic innego nie wymyślą. A szkoda, żeby tracili swój czas.

Mam nadzieję, że nie będzie mi tego mieli za złe.

 

OMG, nie usuwaj! Popatrz, są w nim dobre fragmenty, poza tym ciekawe, na co zwrócą uwagę inni czytelnicy.

Jeszcze nie przeczytałam, uwagi mogą być bolesne, a my – przynajmniej ja – czytamy na własną odpowiedzialność. Spokojnie:)

Zajrzyj sobie do moich opek i zobacz ile błędów w nich jest. Pisanie to ciężka robota, najfajniejsze jest z tego wymyślanie i ubieranie w słowa – dla mnie.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Popieram apel Asylum. 

 

EDIT:

Poza tym jest jeszcze kwestia gustu. Przypomniało mi się takie opowiadanie z jednego z poprzednich konkursów, którego żadną miarą nie mogłem skończyć, a które zdobyło mnóstwo pełnych zachwytu komentarzy.

https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/22241

Myślę jednak, że najlepiej będzie jeśli usunę to opowiadanie.

Anonimie, ani mi się waż!

Skoro mamy uczyć się na błędach i niepowodzeniach, uczmy się także na własnych, a przy okazji pozwólmy, aby inni też mogli wynieść jakieś korzyści z naszych potknięć. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dołączam do apelu, nie usuwaj. Nie poddawaj się tak szybko. Pod moimi tekstami roi się od komentarzy niezadowolonych odbiorców, a jednak sobie wiszą. Dzięki czytelnikom wiem, czego nie robić w przyszłości. Kiedy czytam opowiadania innych autorów i komentarze forumowiczów, też się uczę.

 

A przecież mi się Twój opek spodobał, i może nie będę jedyna. Nie dowiesz się, jak usuniesz. 

Głowa do góry! :)

A mnie się podobało. Prosta historyjka, akurat do poczytania wieczorem. Dla mnie sługa reprezentował dość wysoki poziom inteligencji, równoważąc się z głupotą króla. Wstawki ze współczesnością mi nie przeszkadzały.

 

Powodzenia w konkursie smiley

No nic. Trudno. Zostawiam.

 

Monique, cześć!

Podziękowawszy za poświęcony czas i opinię. Fajnie, że znalazłaś w tej historii coś pozytywnego.

Klimat jako żywo przypomina mi “Króla… “, zapomniałem imienia, w końcu napisane zostało jakieś sto lat temu (zob. Antologia Fantastyki). Tylko tamto było satyrą na demokrację (fragment o sejmie czytałem 5 razy, zanim udało mi się usiedzieć). Tu jest satyra na monarchię, monarchę. Jak dla mnie, pasuje. Zwłaszcza podejście do drzew, robaczków, komara…

Literówka “w Ajsorze starszą (straszą) nim” 

umiesz liczyć - licz za siebie

Technicznie nie było źle. Fabuła jest, może lekko kulawa, ale jest. Pomysł na bohaterów też niezgorszy.

Też wolałbym chyba bez nowoczesności wkradającej się w opko w takiej ilości, ale skoro autor tak sobie to umyślił. Właściwie to przeczytałem bez bólu, są fajne zdani-żarty, jak to zauważył fizyk, ale lepiej grałyby w innym otoczeniu. Mnie osobiście bohaterowie się podobali jako koncepcja, szczególnie z tą królewską głową w chmurach.

Najbardziej nie pasował mi fragment z człowiekiem i M.Ó.Z.G.

 

fajna zabawa z zwami pisanymi od tyłu.

 

Na zachętę dam klika do biblioteki.

 

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Nusz(u?), cześć!

Podziękowawszy za poświęcony czas oraz opinię. Literówka zniknie, jak tylko będzie wolno poprawiać.

 

Mytrixie, witaj!

Również dziękuję za przebrnięcie przez opowiadanie. Fabuła jest tu mocno umowna. W rzeczywistości nie ma jej prawie wcale. Nie ma co tego specjalnie ukrywać. Miałom pewną koncepcję, w której coś się ewidentnie posypawszy, “przestrzeliłom” i teraz to biedne opowiadanie tak sobie wisi, nieszczególnie mając jakieś poważniejsze argumenty tak na swoją obronę, jak i na zaciekawienie czytelnika. Jeśli przeczytałeś bez większego bólu to już i tak sporo.

Podziękowawszy za klika. I tak, wiem, że mocno naciągany. :-)

Mam problem z tym opowiadaniem, bo z jednej strony jest fajnie i niby powinno być śmiesznie, a z drugiej poziom zidiocenia zarówno króla jak i lizusa sprawił, że momentami ciężko było strawić ten tekst. Zabrakło mi chyba jakiejś subtelności. Współczesne wstawki też niebyt mi się podobały, może poza plebsmobilem. :)

"Fajne, a nawet jakby nie było fajne to i tak poszedłbym nominować, bo Drakaina powiedziała, że fajne". - MaSkrol

Napisane sprawnie, ale poza tym lekko rozczarowujące. Jak dość na początku wpadłam na kod nazw i imion, to nie pomogło – zrobiło się jakoś tak przyciężkawo. Potencjał w opowieści o dwóch półgłówkach jest i realizacja w sensie stylistycznym nawet niezła – ale mocno pretekstowa fabuła plus aluzje do rzeczywistości nas otaczającej jakoś mniej mnie zachwyciły.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przyjemne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Całe szczęście, że istnieje kilkanaście synonimów słowa “kajać się” :)

 

AQQ, cześć.

Przede wszystkim dziękuję za przeczytanie. Ja mam świadomość, że ze swoim pomysłem dość mocno przesteliłom, więc naprawdę podziwiam was, że nie porzucacie lektury w połowie. Biję się w pierś, poniosło mnie z koncepcją, opowiadanie mogło być dużo lepsze. Zwłaszcza, że ten styl pisania nie jest mi kompletnie obcy, więc powinnom już rozumieć, jak go stosować, że uzyskać oczekiwany efekt i odbiór.

To zidiocenie nie było do końca planowe. Jakoś tak mnie “zniosło”. Inna rzecz, że tworzenie idiotów z przypadku przychodzi mi jakoś niepokojąco łatwo. 

Tak czy inaczej, korzystając z poznanych synonimów: posypuję głowę popiołem i obiecuję poprawę. 

 

Drakaino, witaj.

Wiele mądrego już nie wymyślę (ponad to, co pisałom we wcześniejszych komentarzach). Nie wiem, co mi strzeliło do głowy pchać się z tą rzeczywistością. Nigdy tak nie robię, bo (zwłaszcza przy humorze) wydaje mi się to zupełnie zbędnym ryzykiem. W tym przypadku wyłączył mi się chyba instynkt samozachowawczy. :(

Bywa. 

Ta klęska “Króla bez korony” boli o tyle, że (jak już wspominałom powyżej) sama forma opowiadania nie jest dla mnie jakoś szczególnie nowa, do tej pory sprawdzała się lepiej, więc wystarczyło trzymać się pewnych schematów. Inna sprawa, że (jak to ktoś pisał w komentarzu pod jednym z opowiadań): gdzie próbować takich rzeczy, jeśli nie tutaj. Przynajmniej łatwo wyciągnąć wnioski, czego unikać na przyszłość.

Również dziękuję za przeczytanie. Gratuluję dzielnego dobrnięcia do końca i pokornie przyznaję się do wszelkich win. W sensie przewinień. Nie alkoholi. :)

 

Anet, kłaniam się.

Fajnie, że sympatyczne. Gratuluję ekspresowej podróży przez konkursowe opowiadania. :)

Na dzisiaj sobie zostawiłam najkrótsze :P

Znam tylko pięć liter ;)

Mądra Twa głowa. ;-)

Przeczytałem i tyle chciałbym napisać. Tyle tylko, że…

…zgadzam się z większością komentarzy. W miarę płynnie się czytało, choć było trochę “głupkowate”, zdecydowanie bardziej niż śmieszne. Opisy nieco lepsze niż dialogi i… czy faktycznie tak często musisz używać imion?

Peterze, witaj.

Z pomysłami tak to już jest. Jeden wypali, inny nie. Tutaj (mocno) przestrzeliłom i nie mam pół argumentu na obronę tego opowiadania. Pozostaje mieć nadzieję, że kolejne będą lepsze. Dziękuję, że zechciałeś podzielić się opinią i kajam za nie najlepszą jakość tekstu.

Imionom będę musiało się przyjrzeć. 

Pozdrawiam.

Też nie jestem zachwycona, chociaż, szczerze mówiąc, widziałam gorsze :). Również w obecnym konkursie. Ten tekst jest dośc sprawnie napisany i ma kilka pomysłów (jak np. klucz dla imion), ale fabuła IMHO nieco się ciągnie.

Przeczytać przeczytałem. Parę razy się :D inna sprawa że bohaterowie są z pierwszych stron gazet 

Ninedin, MPJ 78, dzielni jesteście! :-)

Ja naprawdę was podziwiam, że nie macie ochoty porzucić tego tekstu w diabły w połowie lektury. :)

Chętnie bym się jakoś ukorzyło, ale z wolna kończą mi się synonimy słowa “kajać się”, a trzeba coś jeszcze zostawić na wizytę Finkli, więc poprzestanę na podziękowaniu za komentarz i ukłonach za przebrnięcie przez opowiadanie. :)

 

Przeczytawszy.

Finkla

lozanf@fantastyka.pl

Dzień dobry, Finklo.

Kajam się z góry! :)

Hmmm. Jest trochę gagów, ale tekst wyszedł bardziej sympatyczny niż śmieszny.

Element fantastyczny pełni rolę wyłącznie dekoracji. Bohaterowie są krasnoludami, bo tak zadecydował Autor. I tak nam mówi, ale na fabułę krasnoludowatość w żaden sposób nie wpływa. No i nazwy – od razu widać, o co chodzi, przecież to ledwie zamaskowana rzeczywistość, a nie fantastyka. Prawda, jest jeszcze zombiak…

Bohaterowie dają radę, chociaż nic nie urywają. Suzil, jak każdy Suzil musi się nieźle nagimnastykować, żeby nie podpaść władcy.

Fabuła taka sobie – OK, jest ciąg zdarzeń, a nie tylko szereg żartów, ale… w sumie nie chodzi o nic wielkiego ani ważnego. Taka tam wycieczka bardziej wymyślona z nudów niż potrzeby.

Warsztat w porządku, tylko jakaś literówka mi mignęła.

Babska logika rządzi!

Warsztat w porządku, tylko jakaś literówka mi mignęła.

Patrz, czyli jednak istnieje warsztat CM-a bez Tarniny (opowiadanie bez literówki się nie liczy!) XD

I jeśli chodzi o pozytywy związane z tym opowiadaniem, to by było na tyle. :)

Ponieważ kajałem się już wcześniej, to teraz tylko podziękuję za wyjątkowo litościwy/dyplomatyczny komentarz jurorski. 

Czyli faktycznie istnieje.

Jeszcze wspomniałam, że bohaterowie dają radę. Ej, prawdę pisałam w komentarzu.

Już nie płakuniaj, nie codziennie świętego Jana. Pamiętaj, że połowa Twoich tekstów musi być poniżej normy. Statystyka.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka