- Opowiadanie: Corrinn - Kamień

Kamień

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Kamień

Zda­rza się, że lęki uśpio­ne przed wie­ka­mi od­ży­wa­ją na nowo. Każdy z nas ma w sobie cząst­kę pre­hi­sto­rycz­ne­go stra­chu, nie­na­zwa­ne­go i dawno za­po­mnia­ne­go, który prze­by­wa w pod­świa­do­mo­ści do czasu, gdy nie­for­tun­na sy­tu­acja za­ini­cju­je uwol­nie­nie jego de­struk­cyj­nej siły. Nie cho­dzi tu, oczy­wi­ście, o strach przed ciem­no­ścią, naj­bar­dziej pier­wot­ny, pa­mię­ta­ją­cy jesz­cze czasy, gdy na ścia­nach ja­skiń po­wsta­wa­ły pierw­sze ma­lo­wi­dła. Ten, o któ­rym opo­wiem, nie po­cho­dzi z tego świa­ta, a mimo to do­ty­czy każ­de­go z nas.

Był mroź­ny, li­sto­pa­do­wy wie­czór. Zimne po­wie­trze wbi­ja­ło szpil­ki w płuca. Wiatr ustał, nie po­ru­sza­jąc nawet naj­mniej­szą ga­łę­zią upior­nie po­wy­krzy­wia­nych dębów, ro­sną­cych w oko­li­cy pra­wie nie­odwie­dza­ne­go ży­dow­skie­go cmen­ta­rza. Więk­szo­ści inskrypcji na porytych zębem czasu macewach nie od­czy­tał­by nawet ro­do­wi­ty Izra­el­czyk.

Nie lu­bi­łem tędy prze­cho­dzić. Nie­ste­ty, była to je­dy­na droga pro­wa­dzą­ca ku bra­mie drew­nia­ne­go ko­ściół­ka na wzgó­rzu, gdzie nie­licz­ni wier­ni od­ma­wia­li swoje mo­dli­twy, pro­sząc, dzię­ku­jąc, prze­pra­sza­jąc. Im też to­wa­rzy­szył lęk, choć nie byli tego świa­do­mi.

Sta­ną­łem przed wej­ściem do przy­byt­ku, czu­jąc, że mróz wy­ci­ska mi na twa­rzy swoje si­nie­ją­ce pięt­no. Chcia­łem prze­że­gnać się przed wej­ściem, gdy po­czu­łem na ra­mie­niu czy­jąś dłoń. Od­wró­ci­łem się i zo­ba­czy­łem star­sze­go męż­czy­znę, ubra­ne­go w gruby płaszcz. To jed­nak nie ubiór przy­kuł moją uwagę. Jego twarz wy­ra­ża­ła prze­ogrom­ny ból, mimo że nie­bie­skie oczy pa­trzy­ły na mnie z głę­bo­kim spo­ko­jem. Usta zło­żo­ne w gry­mas przy­po­mi­na­ją­cy szy­der­czy uśmiech były po­pę­ka­ne od zimna, lecz nie są­czy­ła się z nich ani kro­pla krwi. Znie­kształ­co­ne rysy twa­rzy nie przy­wo­ły­wa­ły wspo­mnień daw­nej mło­do­ści, lecz uka­zy­wa­ły sta­rość jako ab­so­lut, byt, który był od po­cząt­ku i nie pod­le­ga zmia­nom. Czoło zna­czy­ła siat­ka zmarsz­czek, któ­rej bruz­dy wy­da­wa­ły się ka­nio­na­mi. Siwe bo­ko­bro­dy ster­cza­ły w dzi­kim nie­ła­dzie ni­czym obumarły las, po­zba­wio­ny ży­wicz­nych soków.

Ar­tre­tycz­na dłoń, która pu­ści­ła teraz moje ramię, sięgnęła kie­sze­ni spodni, po czym wy­cią­gnę­ła z niej nie­wiel­ki kamyk.

– Czy je­steś gotów, aby wy­ru­szyć w po­dróż? – za­py­tał sta­rzec, spo­glą­da­jąc mi w oczy. Po­czu­łem, jakby ktoś wdzie­rał się do mo­je­go wnę­trza, oczy za­czę­ły szczy­pać, tak że mu­sia­łem ener­gicz­nie za­mru­gać i spu­ścić wzrok.

Nie ro­zu­mia­łem, o czym on mówił. Je­dy­ne, co czu­łem, to trud­na do po­wścią­gnię­cia od­ra­za. Chcia­łem odejść, uciec, ale sta­łem w miej­scu, nie mogąc się prze­ła­mać.

– Czy je­steś gotów, aby wy­ru­szyć w po­dróż? – po­wtó­rzył sta­rzec, uka­zu­jąc w dłoni szary kamyk, zu­peł­nie zwy­czaj­ny, po­dob­ny do setek in­nych.

– W jaką po­dróż? – za­py­ta­łem, pró­bu­jąc zro­bić krok w tył. Tym razem nogi po­słu­cha­ły i za­czą­łem się wy­co­fy­wać. Męż­czy­zna do­trzy­my­wał mi kroku.

– Mogę po­ka­zać ci świa­ty, o któ­rych do tej pory nie mia­łeś po­ję­cia. Świa­ty pełne złota i dia­men­tów, świa­ty bez bólu i cho­rób, bez nik­czem­no­ści i smut­ku, nawet te, w któ­rych nie ma śmier­ci.

– Kim je­steś?

– Na­zy­wam się Josef Kurtz, ale to nie ma żad­ne­go zna­cze­nia. Po­wiedz, nie chciał­byś żyć wiecz­nie, być bo­ga­ty i mieć wszyst­ko, czego pra­gną­łeś, ale było tylko pu­stym ma­rze­niem?

Po­stę­po­wa­łem krok za kro­kiem, nie pa­trząc za sie­bie, wi­dzia­łem tylko tę po­twor­ną twarz i mały kamyk, ści­ska­ny z tru­dem przez po­wy­krę­ca­ne palce cho­re­go czło­wie­ka.

– To prze­cież nie­moż­li­we – od­po­wie­dzia­łem, czu­jąc na­ra­sta­ją­cy nie­po­kój.

– Weź ka­mień, weź go, a twoje pro­ble­my się skoń­czą.

Nie wie­dząc, co robię, pod­nio­słem z ziemi długą jesionową gałąź i wy­trą­ci­łem star­co­wi trzy­ma­ny przez niego przed­miot.

Z ust męż­czy­zny wy­do­był się prze­raź­li­wy wrzask, po­dob­ny do gwał­tow­ne­go za­trzy­my­wa­nia się roz­pę­dzo­ne­go po­cią­gu. Czło­wiek ów upadł i za­czął ta­rzać się po ziemi w po­tęż­nych kon­wul­sjach. Po chwi­li znie­ru­cho­miał, a ja za­uwa­ży­łem, że nie ma tam już ni­cze­go poza jego ubra­niem. Usły­sza­łem cichy szept, jakby słowo „dzię­ku­ję”, choć może był to tylko po­dmuch wia­tru.

Kop­ną­łem ka­mień z całej siły, tak że sto­czył się ze wzgó­rza i wpadł do rzeki. Mam na­dzie­ję, że nikt nigdy go nie od­naj­dzie. Kto wie, co sta­ło­by się ze mną, gdy­bym go wziął.

Po mszy ru­szy­łem w drogę po­wrot­ną do domu, mając głowę za­prząt­nię­tą nie­przy­jem­ny­mi my­śla­mi. Strach wzrósł jesz­cze bar­dziej, gdy prze­cho­dząc koło ży­dow­skie­go cmen­ta­rza, moją uwagę zwró­cił jeden z na­grob­ków. Z tru­dem od­czy­ta­łem znaj­du­ją­ce się tam wy­bla­kłe li­te­ry, ukła­da­ją­ce się w napis Josef Kurtz.

Ucie­kłem stam­tąd i na­stęp­ne­go dnia nie wy­cho­dzi­łem z domu, bojąc się wyj­rzeć przez okno. Nie chcia­łem zo­ba­czyć w nim star­czych oczu, pa­trzą­cych na mnie z obłą­ka­nym spo­ko­jem i dłoni z nie­wiel­kim ka­mie­niem, ku­szą­cym wizją nie­śmier­tel­no­ści, oku­pio­nej jed­nak­że naj­wyż­szą ceną.

Koniec

Komentarze

Mam wrażenie, że horrorowy klimat opowiadania wynika chyba tylko z tego, że rzecz dzieje się w kościółku sąsiadującym ze starym cmentarzem. Ciekawa jestem, czy gdyby bohater spotkał starego człowieka z kamykiem w drzwiach np. hipermarketu, czy też miałby wrażenie, że dzieje się coś niesamowitego, że coś mu zagraża?

 

Więk­szo­ści na­grob­ków po­ry­tych zębem czasu nie od­czy­tał­by nawet ro­do­wi­ty Izra­el­czyk. ―> Nie wydaje mi się, aby można odczytać nagrobki.

Proponuję: Więk­szo­ści inskrypcji na po­ry­tych zębem czasu macewach, nie od­czy­tał­by nawet ro­do­wi­ty Izra­el­czyk.

 

Nie­ste­ty, była to je­dy­na droga pro­wa­dzą­ca ku bra­mom drew­nia­ne­go ko­ściół­ka… ―> Nie­ste­ty, była to je­dy­na droga pro­wa­dzą­ca ku bra­mie drew­nia­ne­go ko­ściół­ka

Skoro kościółek był mały, to nie wydaje mi się, by prowadziło do niego wiele bram.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No cóż, spotkanie szaleńca mówiącego od rzeczy, o wyjątkowo nieprzyjemnej aparycji, który na dodatek okazuje się później nie żyć od wielu lat, to rzeczywiście mało traumatyczne przeżycie. :) Fantasy to nie jest, więc dałem jako horror, bo tak mi mimo wszystko bardziej pasowało.

Poza tym jest tu kilka niedopowiedzeń, pobudzających w moim odczuciu wyobraźnię, a i symbolika samego kamienia nie jest tak oczywista, jak mogłoby się wydawać.

Był mroźny, posępny, listopadowy wieczór.

nawet najmniejszą gałęzią upiornych, powykrzywianych dębów,

 

Tego typu określenia używane do zwykłych opisów nie budują nastroju grozu. To raczej takie machanie autora ręką do czytelnika “masz poczuć grozę/ opowiadam ci horror”. Dobry opis to taki, który sprawi, że ja tę posępność i upiorność poczuję, nawet jeśli jej nie nazwiesz. (Nie chodzi mi o to, żeby takich słów zupełnie nie używać, tylko raczej, żeby nie zastępowały one budowania nastroju).

 

ubranego w podszyty polarem gruby płaszcz. – podszewka nie jest widoczna, chyba że płaszcz miał niezapięty?

 

Siwe bokobrody sterczały w dzikim nieładzie niczym wypłowiały las, pozbawiony żywicznych soków. – nie trafiła do mnie ta metafora, nie pomaga wyobrazić sobie bokobrodów, i jak wygląda wypłowiały las? To słowo sugeruje wyblaknięcie koloru, co w kontekście lasu jeszcze można by ewentualnie odnieść do tracenia liści, ale zaraz potem jest informacja o braku żywicznych soków, co sugeruje martwy/ suchy las;

 

spoczęła w kieszeni spodni, po czym wyciągnęła z niej niewielki kamyk. – może lepiej sięgnęła do? spocząć nie sugeruje chwilowej czynności (włożenie i wyjęcie ręki), wręcz przeciwnie

 

Jedyne, co do niego czułem, to trudna do powściągnięcia odraza. – zaimek zbędny; wiadomo, o co chodzi

 

mały kamyk, ściskany z trudem przez powykręcane palce chorego człowieka. – wcześniej miał go na otwartej dłoni

 

Nie wiedząc, co robię, podniosłem z ziemi długą gałąź, która musiała ułamać się z rosnącego w pobliżu jesionu i wytrąciłem starcowi trzymany przez niego przedmiot. – czy to jest istotne?

 

Z ust mężczyzny wydobył się przeraźliwy wrzask, podobny do gwałtownego zatrzymywania się rozpędzonego pociągu. – a to fajne, uruchamia skojarzenia dźwiękowie :-)

 

Po mszy, która zaczęła się, podczas gdy ja rozmawiałem z przybyszem, ruszyłem w drogę powrotną do domu, mając głowę zaprzątniętą nieprzyjemnymi myślami. – czy to jest istotne/ jakie to ma znaczenie dla historii?

 

Miałam wrażenie pewnego przegadania tego tekstu, umieściłeś w nim sporo drobiazgów, które nic ze mną nie zrobiły, wydawały się zbędne i nie pomagały wyobrazić sobie tego, o czym piszesz.

Też intro o lęku wydało mi się za mało powiązane z resztą tekstu. Nie wiem, czy chodziło o ogólny lęk bohatera przed śmiercią, przed spotkaniem ze zmarłymi, czy był ten lęk czymś spowodowany. Mamy kościółek, groby, mszę, innych ludzi odczuwających jakiś nieokreślony lęk, ale to wszystko jest bardzo efemeryczne, niepowiązane ze sobą.

Mamy również bohatera, który spotkał dziwnego człowieka, w sumie nie wiadomo dlaczego oferującego mu kamień, dający życie wieczne i zapewniający bogactwa. Wszystko wydaje się być przypadkowe.

Dużo straszniej by wyszło, przynajmniej tak mi się wydaje, gdyby starzec znał na przykład najskrytsze lęki i pragnienia bohatera i to do nich się odwołał. Tak żeby było tu jeszcze jakieś napięcie, druge dno tego spotkania. Bo tak jest wszystko bardzo jednowymiarowe. Bohater spotkał zombie, przewrócił je, kopnął kamień do rzeki i koniec. Oczywiście upraszczam, ale za dużo elementów tej układanki za mało znaczy. Czy to, że cmentarz jest żydowski ma jakieś znaczenie? Dlaczego zombie wybrał bohatera? Dlaczego tak łatwo było go “zabić”? Dlaczego ludzie chodzący do kościółka odczuwali lęk? Nie mówię, że wszystkie odpowiedzi powinny się znajdować w tekście, ale przynajmniej daj czytelnikowi jakieś wskazówki/ sugestie, że te wszystkie elementy nie są przypadkowe. Że w tekście kryje się coś więcej.

Komentarz wyszedł dość krytyczny, ale chcę pokazać, że masz tu naprawdę sporo elementów z potencjałem, i warto by się zastanowić jak ten potencjał wykorzystać. Bo tekst jest napisany przyzwoicie. Językowo i kompozycyjnie w porządku. Tylko trochę głębi zabrakło.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Z większością Twojej wypowiedzi się zgadzam, choć nie z całą. Szczególnie fragment dotyczący treści jako splotu przypadkowych zdarzeń nie do końca mnie przekonuje.

 

Czy to, że cmentarz jest żydowski ma jakieś znaczenie? Dlaczego zombie wybrał bohatera? Dlaczego tak łatwo było go “zabić”? Dlaczego ludzie chodzący do kościółka odczuwali lęk? Nie mówię, że wszystkie odpowiedzi powinny się znajdować w tekście, ale przynajmniej daj czytelnikowi jakieś wskazówki/ sugestie, że te wszystkie elementy nie są przypadkowe. Że w tekście kryje się coś więcej.

Cmentarz jest żydowski, ponieważ Żydzi kładą na nagrobkach kamienie, co jest mniej więcej takim wyrazem pamięci, jak dla katolików znicz. I właśnie dlatego starzec przychodzi do narratora z kamieniem, co już jest odniesieniem do życia pozagrobowego. Kościół katolicki jest tu zderzeniem dwóch wyznań, różniących się od siebie, choć mających wspólną przeszłość. Ów strach może być odczytywany jako strach przed śmiercią, bo jest to jeden z głównych powodów, dla których religie w ogóle istnieją. Gdyby człowiek był nieśmiertelny, Bóg nie byłby mu potrzebny, prawda? I taką wizję próbuje “sprzedać” mu (“martwy?”) Żyd, ofiarując to, czego pragnie w zasadzie każdy: życie wieczne i nieustający dostatek. Tyle że jego zapewnienia kłócą się nawet z jego wyglądem, nie mówiąc o “wyrazie bólu na jego twarzy”, co może sugerować również cierpienia wewnętrzne, niekoniecznie nawet ból, choć i to niewykluczone. Dlatego właśnie bohater opowiadania słyszy słowo “dziękuję”, po uwolnieniu starca z mocy kamienia, który może również symbolizować w pewnym sensie puste obietnice szatana. “Przyjmij mnie, a dam ci świat”. Narrator stanowczo odrzuca te pokusy, przy czym ratuje być może także duszę nieszczęśliwego człowieka, która prawdopodobnie dopiero teraz zaznała prawdziwe ukojenie i spokój.

Czy to naprawdę było tak trudne do zinterpretowania? :D

 

Wszystko wydaje się być przypadkowe.

Wydaje się… :)

O kładzeniu kamieni na żydowskich grobach nie wiedziałam.

W kwestii tego, że starzec podziękował bohaterowi – zrozumiałam, dlaczego to zrobił. Ale dalej mamy przypadkowego zombie, który nagabuje przypadkowego przechodnia. I nawet jeśli założymy, że każdy pragnie życia wiecznego i nieustającego dostatku (choć jest to dla mnie kwestia dyskusyjna), to brakuje mi tu jakiejś podbudowy, uzasadnienia i wagi podejmowanej przez narratora “decyzji”.

 

Narrator stanowczo odrzuca te pokusy,

Ale nie przedstawiasz żadnych rozterek bohatera, dla mnie to nie jest nawet scena kuszenia. Mamy żywego trupa z kamieniem w dłoni obiecującego bogactwa i życie wieczne, gdzie bohater na własne oczy widzi jak wygląda spełnienie takiej obietnicy… Serio taka wizja wydaje Ci się kusząca? Nie ma tu napięcia towarzyszącego decyzji bohatera. On się nie zastanawia, czy przyjąć propozycję trupa. On się go boi, co zrozumiałe, i chce się od niego jak najszybciej uwolnić.

ratuje być może także duszę nieszczęśliwego człowieka, która prawdopodobnie dopiero teraz zaznała prawdziwe ukojenie i spokój.

Nie uwalnia go od jego losu celowo. On nie chce mu pomóc (a przynajmniej ja tego w tekście nie znalazłam), tylko przed nim uciec. Nie ma tu rozważań nad losem tego człowieka, tylko obrona gałęzią, żeby się truposz nie zbliżał…

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Nie uwalnia go od jego losu celowo.

A musi? To akurat był przypadek, że go uwolnił. I, co więcej, narrator nie jest tego do końca świadomy, nie wie, czy to wiatr mu odpowiedział, czy mu się wydawało, czy też słowo “dziękuję” zostało wypowiedziane przez ducha.

Takie było moje założenie, że dziad będzie brzydki i odstręczający, w opozycji do swoich zapewnień o światach bez brzydoty i lęku.

Nie oczekuj, że szort na 4700 znaków będzie miał tyle treści, co opowiadanie na 40k. :) I tak starałem się wycisnąć z tej metafory maksimum, choć oczywiście możliwe, że nie podołałem w pełni temu zadaniu.

Dziękuję za przeczytanie i opinię.

A musi? To akurat był przypadek, że go uwolnił.

Nie musi. Po prostu staram się wytłumaczyć, czego mnie zabrakło w tym szorcie. Co z tymi uwagami zrobisz, to już tylko Twoja sprawa :-)

 

Nie oczekuj, że szort na 4700 znaków będzie miał tyle treści co opowiadanie na 40k. :)

Nie oczekuję. Od opowiadania na 40k oczekiwałabym znaaaaaaaaaaaacznie więcej :P

Oczywiście żartuję, ale tylko trochę devil

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

A mi się podobało. Poczułem klimat na tyle, na ile się da w tak krótkim tekście. Jest w opowiadaniu coś z klasycznego horroru. Niektóre porównania uważam za zbędne, ale jest ok.

blacken, dziękuję :) Porównania są u mnie w fazie beta, to znaczy, że nieśmiało już ich używam, ale nie zawsze są strzałem w dziesiątkę. Cóż, doświadczenie nabiera się z czasem.

Pozdrawiam.

No więc mnie się niewiara urwała z kołka na żydowskim cmentarzyku przy bramie katolickiego kościółka. Wiem, to nie jest całkiem niemożliwe, ale nader mało prawdopodobne. Plus, po pierwszej serii prawie-Lovecraftowskich określeń w takiej ilości miałam chwilami wrażenie, że zmierzamy w kierunku pastiszu/parodii: przy budowaniu nastroju chyba trochę przesadziłeś z ilością wyrażonej dosyc oczywistymi określeniami mroczności. Generalnie piszesz sprawnie, umiejętnie, tu jednak, ja na mój gust, trochę zbyt ciężko i zbyt oczywiście.

Hmmm. A jak dla mnie trochę za mało fantastyki. Oprócz znikającego ciała dziadka i tego niepewnego “dziękuję” – wszystko mogło się zdarzyć.

Też nie wiedziałam o kamieniach na grobach.

Chyba zgadzam się z przedpiścami – nie ma tu dylematu, bohater od początku wie, że nie chce brać kamienia. Czyli pokusa żadna, a decyzja łatwa. Chyba lepiej jest bardziej przeczołgać protagonistę, zanim pozwoli mu się ujść cało.

Babska logika rządzi!

Ninedin, kto wie, może jakiś pastisz/parodię Lovecrafta kiedyś napiszę. :)

Finkla – zapewne masz rację, że mało fantastyki. ;) Postaram się to naprawić w następnych tekstach.

Nowa Fantastyka