- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Wielbłąd, Szunaj… i parę innych zwierząt

Wielbłąd, Szunaj… i parę innych zwierząt

Absurdalnie i anonimowo,

Zapraszam do lektury.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

SzyszkowyDziadek, Użytkownicy, katia72

Oceny

Wielbłąd, Szunaj… i parę innych zwierząt

Był ciepły późnowiosenny poranek. Słoneczne promienie, choć ukrywały jeszcze w cieniu ulice, zaczęły powoli zadomawiać się w najwyższych piętrach szarego, wysokiego bloku. Bogatki podśpiewywały nieopodal swe pieśni bogate. Kosów liryczne trele na świerkowych rozbrzmiewały szczytach. No, a na balkonie chłopa polskiego, Szunaja pojawił się nagle wielbłąd. Zwyczajny dromader, z jednym – jak to u nich zwykle bywa – garbem. Sierść miał jasną, w kolorze tak piach przypominającym, że nad Bałtykiem nikt by go od wydm nie potrafił odróżnić.

Inaczej jest z mieszkańcami saharyjskich miasteczek, którzy zdobyli w toku ewolucji umiejętność wielce przydatną. Potrafią bowiem z łatwością rozróżnić wielbłąda od piachu, a nawet dobry żart od zwykłej groteski. Gdyby nie to, częste byłyby ludzkie i ludzko-wielbłądzie kolizje. Żyją tam dromadery w takich ilościach, i oddychają tak głęboko, iż czasem tlenu brakuje mieszkańcom pobliskiej Ndżameny. Gdy dołączyły do tego rafinerie ropy naftowej w okolicy, ludzie zaczęli zatruwać się tlenkiem węgla w atmosferze. Z tego właśnie powodu, kraj, którego to miasto jest stolicą, zyskał swoją obecną nazwę.

Szunaj miesiąc cały karmił wielbłąda, lecz sił mu już brakło, jak i pieniędzy na jedzenie, a wielbłąd jadł i jadł i jadł…

– Wiesz, co sobie myślę – powiedziała do niego małżonka, gdy siedzieli późną porą na kanapie. – Może byśmy tak sprzedali tego dromadera. Wiem, że go polubiłeś, ale przydałoby nam się trochę pieniędzy, żeby chociaż na jakieś jedzenie mieć. Do roboty nie chodzisz, siedzisz tylko, piwo pijesz. Bez wielbłąda damy radę, a sam mówisz, że pić na pusty żołądek to bardzo niezdrowo.

Szunaj wpatrywał się, zamyślony, w kolorowy, migoczący ekran telewizora.

– Oj, pieprzysz trzy po trzy – odparł sucho. – Zesłano nam z niebios wielbłąda, to znaczy, że musimy się nim zająć. Poza tym i tak nikt w naszym kraju nie kupi takiego zwierzęcia.

– Ale ty się przecież znasz na rzeczy. Umiałbyś zrobić dobry interes. Na pewno znajdziesz kogoś, kto zapłaci za niego dobrze.

Pomimo uporu, Szunaj zgodził się z żoną. Gdy szli spać na rozkładanej sofie, spoglądał w sufit i zastanawiał się, co lub ile może dostać w zamian za wielbłąda.

Gdy tylko jutrzenka przedarła się przez cienkie firanki, wstał Szunaj, zawiązał sznur wokół szyi dromadera i przeciągnął go przez balkonowe drzwi. Mimo jego wielkości, zwierzaka udało się przeprowadzić przez salon, korytarz i piętnaście kolejnych pięter.

Ledwo wyszli na zewnątrz, już coś zwróciło uwagę mężczyzny. Po drugiej stronie ulicy spacerował młodzieniec. W dłoni trzymał smycz, do której przypięty był gryzoń. Nie był to jednak jakiś byle szczur, mysz, a już na pewno nie szynszyla. Był ogromny. Większy nawet od piłeczki golfowej. Szunaj jednak nie mógł za żadne skarby rozpoznać, cóż to jest za zwierzę. Ale gryzoń, na pewno – pomyślał.

– Kolego! – zawołał. – Chodź no tu, sprawa jest!

Młody człowiek wskazał na siebie pytająco.

– Tak, tak! Do ciebie mówię! – Szunaj zaczął machać zapraszająco dłonią. 

 Spacerowicz spojrzał w lewo, potem w prawo, następnie znowu w lewo i przeszedł prędko przez jezdnię ciągnąc za sobą gryzonia.

– Weź mi, chłopcze, powiedz, co to za stworzenie.

– To tutaj? – spytał bezsensownie młodzieniec. – To dromader. Wielbłąd.

– Wiem przecież jak wygląda wielbłąd! – zdenerwował się Szunaj. – Pytam się o twojego gryzonia.

– Ach – mruknął młodzieniec zmieszany. – To jest kapibara.

Mężczyzna zamyślił się, a że nic mu ta nazwa na myśl nie przywodziła, zapytał:

– I co z taką kapibarą można robić?

– No… – zamyślił się chłopak. – Wiele rzeczy. Można ją wyprowadzać na spacery… Można… no, nie wiem. Na przykład…

– Biorę – przerwał mu Szunaj.

– Nie rozumiem – Młodzieniec pokręcił głową z zakłopotaniem.

– Biorę twoją kapibarę – powtórzył.

– Nie możesz sobie jej po prostu wziąć – oburzył się chłopak.

– Wielbłąda ci przecież za nią dam.

Młodzieniec otworzył oczy tak szeroko, jakby chciał nimi dostrzec jakikolwiek sens w tym, co usłyszał.

– Masz na myśli… tego wielkiego, pięknego dromadera?

– Tak, właśnie! – powtórzył za nim Szunaj niecierpliwie. – Tego wielkiego i pięknego dromadera – Wyciągnął dłoń ze smyczą. – A teraz daj mi już tę kapibarę.

Twarz chłopaka rozpromieniła się radośnie, niczym nocna lampka w kształcie koali.

– W takim razie niech będzie. Co mi tam!

Młodzieniec oddalał się z wielbłądem, a Szunaj stał nad kapibarą dumny i przekonany o swej niezwykłej przebiegłości. Pomyślał, że kapibara przynajmniej zmieści mu się na balkonie. I windą da radę wjechać. Same plusy. Ależ żona się ucieszy! A co sąsiedzi powiedzą, jak zobaczą takiego gryzonia! Kapibara! Ha! O tym, to nawet w życiu nie słyszeli! Jak już taki prezent żonie sprawił, to jeszcze do sklepu pójdzie po piwo. Dla siebie też musi nagrodę przecież mieć. Za spryt!

Szedł przeszczęśliwy z nowym gryzoniem, gdy dostrzegł zatrzymujący się tuż przy nim sportowy samochód. Poczuł ukłucie zazdrości, jakby ktoś przebił mu serce diamentową wykałaczką. Wszystkie niespełnione marzenia przeleciały mu w jednym momencie przed oczami. Podszedł bliżej, by lepiej się przyjrzeć. Drzwi otworzyły się, a z wozu wyszedł człowiek o skórze ciemnej jak heban. Włosów nie miał wcale, lecz gęstej, długiej brody nie golił już pewnie od lat. Ubrany był w długie do ziemi, kolorowe szaty. Na rękach zaś niósł równie barwne zwierzę. Wyglądało jak wąż, ale mieniło się kolorami tak jasnymi i jaskrawymi, że zdawało się być z całkiem innego świata.

Szunaj podbiegł do samochodu, mocno ciągnąc kapibarę za sobą.

– Co to? – zapytał, wskazując na kolorowe zwierzę.

– Excuse me? – odezwał się nieznajomy tajemniczą mową.

Szunaj nie zwracając uwagi na różnice językowe, pokazał jeszcze raz palcem na węża.

– Co… to… jest? – spytał, starannie oddzielając każde słowo, tak by rozmówca mógł wszystko dokładnie zrozumieć.

– Oh. It’s just a snake.

– Ach! Snejk! – zawołał szczęśliwy. – Węża masz na myśli? Tego, z tych gier na komórki? A co byś powiedział na wymianę?

Czarnoskóry wzruszył ramionami z zakłopotaniem. Szunaj potrafił jednak wybrnąć nawet z tak ciężkiej sytuacji.

– Ju… – rzekł powoli, przenosząc palec wskazujący z kapibary na nieznajomego. – Mi… – To mówiąc zrobił ten sam gest, pokazując węża i siebie.

Człowiek w kolorowym stroju spoglądał na kapibarę pełen podziwu. Podszedł do gryzonia. Stanął to tu, to tam. Oglądał go z różnych stron, przeczesując w zamyśleniu swoją bujną brodę.

– Okej? – powiedział Szunaj nie doczekawszy się odpowiedzi.

– Hmm… – mruknął mężczyzna – Yeah, man!

Szunaj zapamiętał bardzo dobrze te słowa. Wiele lat później, gdy pewne państwo na samym południu półwyspu arabskiego miało stać się niepodległe, poproszono chłopa polskiego, Szunaja, żeby wymyślił nazwę dla nowej republiki, bo „Czemu nie?”. Gdy przybył na miejsce, pierwsze, co zobaczył, to węże pełzające wśród skał. Przypomniał sobie wtedy człowieka, który przekazał mu kolorowego, pełzającego gada. Pamiętał też dokładnie ostatnie słowa nieznajomego i tak też postanowił nazwać ten kraj – Jemen.

Dotarł do niewielkiego, osiedlowego sklepu. Czteropak piwa położył na ladzie, a kolorowego węża trzymał dumnie w dłoniach, blisko serduszka.

– Coś jeszcze? – zapytała beznamiętnie kasjerka.

– To wszystko – odparł.

Podał pieniądze, otrzymał resztę i dłuższą chwilę stał w oczekiwaniu.

– Jakiś problem?

– Nic pani nie powie? – zdziwił się Szunaj.

– A o czym niby? – spytała unosząc ręce.

– O moim wężu – oburzył się. – Przecież mam węża.

– Co mnie obchodzi pana dziwna menażeria – warknęła. – Do widzenia.

Szunaj nic nie rozumiał. Trzymał przecież pięknego, błyszczącego gada. Mieli być podziwiani. Usiadł na ławce przed sklepem, otworzył puszkę, napił się i rozmyślał. Z pewnością to tylko ta idiotka nie potrafi docenić jego menażerii.

Co to w ogóle za słowo? – pomyślał.

Ale żona na pewno będzie uszczęśliwiona. Węża w windzie to i na rękach można trzymać. Na balkonie będzie miał tyle miejsca, co w dżungli, a kolory jeszcze ma tak jaskrawe… Sąsiad to przez ścianę blask zobaczy i pozazdrości.

– Przepraszam, że przeszkadzam – Wysoki człowiek w kaszkiecie stanął przed Szunajem – Natasz jestem. Widziałem pana, w sklepie, z tym przepięknym wężem i pomyślałem, że moglibyśmy dokonać znakomitej wymiany.

Szunaj, chociaż zadowolony niezmiernie ze zwierzaka, zawsze chętny był wysłuchać propozycji. Skierował więc pytające spojrzenie w stronę Natasza.

– A więc, przydałby mi się taki wąż jak ten tutaj – powiedział człowiek w kaszkiecie. – Stary znajomy ze studiów robi teraz taki projekt, wiesz, zbudował sobie świat, taka jakby gierka. Zamknął dwoje dzieciaków w lesie i żyją sobie teraz same. Jak dla mnie to całkiem ciekawy projekt, ale chciałem im taki żarcik zrobić. No wiesz, żebyśmy się wszyscy pośmiali. W każdym razie, co może interesować ciebie, hoduję słonie indyjskie. Afrykańskie są trochę bardziej upierdliwe, rozumiesz.

– I chcesz mi dać słonia za węża? – wtrącił Szunaj starając się ukryć ekscytację.

– Tak. Właśnie to miałem ci zaproponować. Słoni mam pod dostatkiem, a takiego węża, jak twój, trudno znaleźć na tym świecie. To co myślisz?

Długo się nie musiał Szunaj zastanawiać. Wziął gada pod pachę.

– To pokaż mi te słonie – powiedział ochoczo, wstając z ławki.

 

***

 

Stali wewnątrz przepastnej, drewnianej stodoły. Słabe światło sączyło się przez dziury i przerwy pomiędzy deskami. Pachniało odchodami i sianem, którego drobinki unosiły się wokół, błyszcząc w promieniach słońca. Szunaj, z wężem zawieszonym wokół szyi, przyglądał się trzem ogromnym stworzeniom. Dwa z nich trzymały się blisko siebie, tak jak czereśnie, o ile je ktoś umiejętnie zerwie. Trzeci słoń był większy. W odosobnieniu zajadał się świeżymi, soczystymi owocami.

– Tak, jak mówiłem, są to piękne zwierzęta – opowiadał Natasz – No, nie powiesz, że nie.

– Ano, nie powiem – Oczy Szunaja migotały z zachwytu – Ale powiedz mi jeszcze jedno. O co chodzi z tymi literkami na ich brzuchach?

– Kiedy były młode, musiałem jakoś je rozróżniać, a nie mam zbyt dobrej pamięci wzrokowej – odparł Natasz. – Tutaj masz słonia A. On był pierwszy. Potem słoń B. I najmłodszy, choć wyrośnięty ponad miarę, C. Popatrz na niego. Czasami mam wrażenie, że je codziennie więcej niż waży.

– O! – rzekł z podziwem Szunaj. – Mega! – dodał jakby nie swoimi słowami.

– Co? – Natasz był zmieszany – Nie, nie… Pisałem imiona tylko w łacińskim alfabecie. Trzeba być nowoczesnym. Sam rozumiesz.

Szunaj nie rozumiał i nawet nie chciał rozumieć. Oddał pospiesznie węża, w ręce nowego właściciela.

– W takim razie chcę tego C.

– Wspaniale – ucieszył się Natasz. – To może pokażę ci teraz, jak się nim opiekować.

– Dobre sobie – roześmiał się Szunaj szyderczo. – Przez miesiąc dromadera na balkonie trzymałem i ma się wspaniale – Wziął w dłonie grubą, ciężką linę przytrzymującą ogromne zwierzę. – Dam sobie radę ze słoniem.

 

***

 

– Mówię przecież, że to nie moja wina! – krzyknął Szunaj do sąsiada.

Na ostatnim piętrze wąskiej klatki schodowej zrobiło się jeszcze odrobinę ciaśniej, gdy mieszkaniec ostatniego piętra przyprowadził nowego pupilka.

– No, ale, kurwa, bez przesady! – odkrzyknął sąsiad.

– Jak słoń chce srać, to będzie srał! – warknął Szunaj. – I nic panu do tego!

– Ja panu się z hipopotamem pod drzwi nie wpierdalam.

– Bo i pan hipopotama nie masz! A ja słonia mam, to będę nim srał, gdzie mi się będzie chciało.

– Tyle pan będziesz miał ze swojego pieprzonego zoo! – Wyprostował środkowy palec. – Zaraz tu będziesz miał kurwa hycla! – wykrzyknął zatrzaskując drzwi.

– Hycla – prychnął Szunaj, gdy zostali sam na sam ze słoniem. – Tępy debil.

Przecisnęli się przez drzwi wejściowe i korytarz, aż dotarli do salonu. Najpierw przez futrynę wszedł ogromny, szary zwierz, zaraz po nim Szunaj, prawdziwy chłop polski. Żona jego niemal spadła z kanapy. Spojrzała najpierw na słonia, potem na swego męża, a następnie znowu na nowe zwierzątko domowe.

Jeszcze tego wieczora zmarła na zawał serca.

Szunaj od tego czasu opiekował się słoniem najlepiej, jak tylko potrafił. Balkon cały dla niego przeznaczył. Doniczki nawet pozabierał, żeby miejsca było więcej. Natasz odwiedzał go od czasu do czasu, przynosząc owoce dla zwierzaka.

Żart z wężem podobno mu się udał, ale kolega ze studiów wziął wszystko zbyt poważnie i usunął Natasza z Facebooka.

Hycel, którego miał wezwać sąsiad, nigdy nie przybył. Zamiast tego do mieszkania Szunaja dotarła kilka lat później policja, gdy pewien człowiek pozwał do sądu słońce. Mówił, iż oślepiło go, gdy spojrzał w jego kierunku przez teleskop. Śledczy długo nie mogli ustalić w jaki sposób słoń C dokonał tej zbrodni. Ten zaś, zapytany, czy przyznaje się do winy, postanowił zachować milczenie.  

Qui tacet, consentire videtur – mawiają po łacinie. A że milczenie oznacza zgodę, słoń został skazany na piętnaście lat pozbawienia wolności. Ponoć więźniowie wciąż wspominają ten niesamowity dzień, gdy po latach w zamknięciu, wreszcie ujrzeli promyk, który dodał im otuchy.

Do dziś mawia się tu i ówdzie, że Helios lub Ra są wcieleniami słonia C. Albo, że po prostu jest on cudownym darem od Boga.

My jednak wiemy już teraz, że prawda wygląda odrobinę inaczej.

 

Koniec

Komentarze

Podoba mi się styl i lekkość narracji, pod tym względem czytało się przyjemnie i wesoło. Sam absurd jak dla mnie zbyt losowy, w sensie działo się sporo, ale zabrakło mi jakiejś spójności, planu, celu. Przewija się sporo egzotycznych zwierząt, jest sympatycznie, a potem ciach i dosyć nagłe zakończenie.

Mam pewne podejrzenie co do autorstwa… ;)

Czyta się faktycznie lekko i przyjemnie, dobrze napisane, na niczym się nie potknęłam, jednak na kolana mnie nie rzuciło. Ot, taka trochę absurdalna historyjka. Gdzieś mi się po głowie tłucze, że słyszałam kiedyś jakiś dowcip w tym guście, ale nie potrafię go sobie przypomnieć, więc może się mylę.

Fajna zabawa słowem i skojarzeniami, w pełni zasługuje na miano etiudy. Zgodzić się wypada z poprzednikami, że tekst dobrze napisany, dodatkowo okraszony kilkoma rodzynkami humoru. Chyba najbardziej mi się gęba wykrzywiła przy zdaniu 

Jeszcze tego wieczora zmarła na zawał serca.

Z drugiej strony, trudno nie narzekać na pewną jałowość tekstu.

Niby wszystko jest. Bohater ma cel i dąży do jego realizacji – chce wymienić wielbłąda na coś wartościowego, a przynajmniej mniejszego. Wydaje się że jest bliski celu, ale zamiast wrócić do domu z wężem, to wymienia go na słonia (ha ha) i to na słonia C (ha, ha, ha). Sam już nie wiem czemu marudzę, ale czegoś mi brak do pełnej satysfakcji.

Irka_LuzSzyszkowyDziadek

Autor wdzięczny jest bezgranicznie i nieskończenie za Wasze komentarze i uwagi. :)

 

fizyk111

Autor dziękuje niezmiernie za komentarz i uwagi, a także postara się, by następnym razem rodzynki humoru rosły wśród słonecznych wzgórz Toskanii, zamiast schnąć na pustynnych równinach Kazachstanu ;)

 

Drugi raz podchodzę do napisania komentarza o tym tekście. Bo z jednej strony to humor mnie nie powalił, ale z drugiej absurd w takim ujęciu przypadł mi do gustu bardziej, niż sądziłam i generalnie lektura wywołała na twarzy uśmiech. Z trzeciej zaś nie jestem pewna, czy łapię całą fabułę, czy jest co łapać jako całość? Czy te wstawki o Nataszu i jego “koledze” i boskim SłońCu łączą się w coś, co mi umyka, czy jednak to tylko kolejna porcja absurdu. Żadna opcja nie wydaje mi się zła. 

I aż dziw, jak dobrze brzmią te poodwracane imiona (mimo, że zabieg sam w sobie nieco wyświechtany).

Nie porwało, niestety. Od chwili pierwszej zamiany można się było spodziewać, że Szunaj wpadnie z deszczu pod rynnę i jakoś nie potrafiłam dostrzec w tym nic szczególnie zabawnego. Sporej dawce absurdu jakoś nie udało się zastąpić pewnej dozy humoru, choć jakieś drobne jego elementy i owszem.

 

O tym, to nawet nie sły­sze­li w swo­ich ży­wo­tach! ―> O tym, to nawet w ży­ciu nie sły­sze­li!

 

jakby ktoś dia­men­to­wą wy­ka­łacz­ką do szasz­ły­ków mu prze­bił serce. ―> Do szaszłyków nie używa się wykałaczek. No, chyba że po zjedzeniu szaszłyka.

 

a ta­kie­go węża jak twój, cięż­ko zna­leźć na tym świe­cie. ―> …a ta­kie­go węża jak twój, trudno zna­leźć na tym świe­cie.

 

„Qui tacet, con­sen­ti­re vi­de­tu” Ma­wia­ją po ła­ci­nie. ―> Qui tacet, con­sen­ti­re vi­de­tu  ma­wia­ją po ła­ci­nie. Lub: Qui tacet, con­sen­ti­re vi­de­tuma­wia­ją po ła­ci­nie.

Albo kursywa, albo cudzysłów.

 

A, że mil­cze­nie ozna­cza zgodę… ―> A że mil­cze­nie ozna­cza zgodę

 

na pięt­na­ście lat wię­zie­nia. Ponoć więź­nio­wie wciąż… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

Do dziś mawia się tu i ów­dzie, że Słoń C wcie­le­nia ma w Ra, czy w He­lio­sie. –> Co to znaczy mieć wcielenia w…?

A może miało być: Do dziś mawia się tu i ów­dzie, że Słoń C jest wcieleniem Ra, czy He­lio­sa.

Mam wrażenie, że przeczytałam jeden z tych absurdalnych dowcipów, które opowiada się w nieskończoność tylko po to, by w końcu dojść do banalnej puenty, albo które kończą się nijak. Momentami uśmiechnęło, ale chyba jednak było tego za dużo. Napisane w każdym razie dobrze, więc i czytało się dobrze.

Nir,

Autor-anonim dziękuje Ci za komentarz. 

Sprawa boskiego słonia C, miała być w założeniu kolejną porcją absurdu. :)

 

regulatorzy,

Dzięki wielkie za komentarz i uwagi. Autor wprowadził w tekście sugerowane poprawki.

 

AQQ,

Dzięki za komentarz! 

ciepły, późnowiosenny poranek

Grupa nominalna, może być bez przecinka.

 Słoneczne promienie, choć ukrywały jeszcze w cieniu ulice, zaczęły powoli zadomawiać się w najwyższych piętrach szarego, wysokiego bloku.

So… purple…

 zatruwali się w mnogości tlenku węgla w atmosferze

No, to już jednak przesada. Zatruwali się tlenkiem (który, nawiasem mówiąc, w takiej ilości zatruwa na śmierć, ale to insza kwestia).

 sił mu już brakło jak i pieniędzy

Sił mu już brakło, jak i pieniędzy.

 wpatrywał się zamyślony

Wpatrywał się, zamyślony.

powiedziała łagodnie.

To bym skasowała, tylko rozbija rytm.

 Pomimo uporu, Szunaj zgodził się z żoną

Hmm.

 smycz, do której przywiązany był gryzoń

Do smyczy raczej przypięty.

 szczur, mysz a już na pewno

Mysz, a już na pewno.

jednak, nie mógł za żadne skarby rozpoznać cóż to jest za zwierzę

Jednak nie mógł za żadne skarby rozpoznać, cóż to jest…

 Weź mi chłopcze powiedz

Weź mi, chłopcze, powiedz.

 że nic mu ta nazwa na myśl nie przywodziła zapytał

Przecinek przed "zapytał".

 no nie wiem

No, nie wiem.

 dostrzec jakikolwiek sens tego, co usłyszał.

Nie bardzo. Może tak: dostrzec jakikolwiek sens w tym, co usłyszał.

 da rade

Radę.

 ktoś diamentową wykałaczką do szaszłyków mu przebił serce.

Hmm, ten szyk trochę niewygodny w czytaniu. A wykałaczką się wykała, zaś szaszłyki nabite są na szpadkę.

 Na rękach zaś, niósł

Przecinek do wycięcia.

 pierwsze co zobaczył to węże

Pierwsze, co zobaczył, to węże.

 taki wąż jak twój

A co on tak nagle na "ty", węże z nim pasał, czy jak?

 słonia, za węża

Bez przecinka.

 takiego węża jak twój, trudno

Takiego węża, jak twój, trudno.

 Złapał gada pod pachę.

Wąż nie ma pachy :P

 Lekkie światło

A fotony nie mają masy i nie trzeba zaznaczać, że lekkie :P

 Tak jak mówiłem

Tak, jak mówiłem.

 Na ostatnim piętrze wąskiej klatki schodowej, zrobiło się jeszcze odrobinę ciaśniej, gdy mieszkaniec ostatniego piętra, przyprowadził nowego pupilka.

Przecinki między podmiotami, a orzeczeniami. Aż dwa. Słucham wyjaśnień.

 No, ale kurwa bez przesady!

Wtrącenie wydzielamy przecinkami.

 Żona jego, niemal spadła

Co to za przecinek i skąd się tu wziął?

 zbyt na poważnie

Zbyt poważnie.

 zapytany o to, czy przyznaje się

Zapytany, czy przyznaje się.

 słoń C

Ha, ha, ha.

 

Kilkanaście kilobajtów absurdu dla tej rozkosznej pointy. No, może to i lepsze od kabaretów…

Tarnina

Przecinki, stworzenia chaosu jedne, pouciekały Anonimowi w natłoku absurdu, lub powskakiwały w dziwne miejsca z powodu skrajnej ignorancji i niedouczenia. Anonim przyznaje się do bycia tłumokiem. Na szczęście nic, nawet fotony i wężowe pachy, nie umknęły Twojej uwadze, za co Anonim jest niezmiernie wdzięczny. 

Pomysł na fun niezły – patrz – koza, ale jak dla mnie to za dużo tych zamian. 

Pytanie, ile nie zmęczyłoby. Pewnie trzy, czyli tyle ile ich jest, lecz chyba pod warunkiem mniej przewidywanych, innych reakcji żony i może (?) zaskoczenia na końcu. W pierwszym przypadku uzasadnione, w drugim mniej, a w trzecim w ogóle. 

Końcówka przewidywalna, choć dla mnie przeczucie zakończenia nie jest złe.

Przedłużony dowcip, śmieszny, lecz jedna-dwie zmiany wystarczyłyby i potem silna puenta.

Natomiast, język, zapis – płynny i misię podoba:)

Przecinki u Ciebie robią tak:

kiedy powinny tak:

Wychowaj je :D

Asylum

Dzięki wielkie za komentarz!

Faktycznie przydałoby się więcej zaskakujących momentów. Ale cóż, wyszło inaczej.

Ciesze się, że przynajmniej się spodobało :)

Tarnina

No cóż… Pikachu był dla mnie zawsze większą inspiracją niż Kopciuszek ;) 

Tarnino, a czemuż ta Śnieżka/Kopciuszek na kolanach te przecinki cyzeluje:) Chyba zamieniłabym podpisy:DDD

 

Edit: Jest jeszcze taka

Objaśniam – Pikachu sobie bimba, podczas, gdy Kopciuszek rzetelnie pracuje :) (A torebka nie do tego wątku, carissima – też jestem podgotowana :( )

Ha:DDD

Fajne opowiadanie. Ładnie wplecione elementy humoru, absurd, scena ze słoniem na klatce schodowej dość zabawna. Sprawnie napisane, czytało się z przyjemnością. Ja tu na forum jestem niezbyt długo, ale styl wydaje się znajomy…

Niestety końcówka jakaś taka jałowa :(

 

 

SaraWinter

Dziękuję bardzo za komentarz. Rad jestem, że tekst się podobał. No, a końcówka, cóż, mogłaby być lepsza :P

Jeden z tych tekstów, który zyskałby na zrobieniu z niego szorta i pocięciu fabuły. Bo pomysł na absurd i groteskę jest całkiem niezły, czyta się płynnie, ale trochę to zaczyna nużyć i w związku z tym pointa – nie pointa nie wybrzmiewa dość dobrze. Ogólnie mi się dość podobało, ale zadowolenie z lektury byłoby większe, gdyby fabuła była bardziej skondensowana.

 

babolek:

 

Qui tacet, consentire videtu → videtur

Sympatyczne :)

Trochę bym skróciła, ale ogólnie mi się podobało. Bardziej absurdalne niż zabawne, ale ja lubię absurd :) Jeśli chodzi o język – jest bardzo dobrze :) Klikam i życzę powodzenia w konkursie :)

Napisane bardzo sprawnie, lekko. Chłop Szunaj na plus. Natomiast całość wydaje się lekko przeciągnięta. 

Ponieważ od pierwszych zdań miałem dość mocne podejrzenia odnoście autorstwa tego opowiadania, pozwolę sobie na taką uwagę, że brakło mi tutaj jakichś… udziwnień, zabawy dodatkowymi elementami, może jakiejś eksperymentalnej formy. Jeśli jesteś osobą, którą podejrzewam o ten tekst, robiłaś to już przecież wcześniej, zazwyczaj z wcale dobrym rezultatem. Tutaj aż się o to prosiło, przynajmniej przy tej długości tekstu. Mogło to być jakieś urozmaicenie, próba utrzymania uwagi czytelnika. Ewentualnie można było lekko skrócić cały tekst, przez co chyba zyskałby na ocenie. Tak czy inaczej jest to historia całkiem niezła, a bardzo dobry warsztat tylko ten odbiór poprawia, natomiast na końcu nie porwało jednak tak, jak powinno.

Jeśli nie jesteś osobą, którą podejrzewam o to opowiadania (a podejrzenia mam takie, jak Szyszkowy) ogranicz się do przeczytania trzech pierwszych zdań tej opinii…

I ostatniego. 

Pozdrawiam. :)

drakaina

Anonim dziękuje bardzo za komentarz i uwagi! :)

 

Anet

Cieszę się! :D

 

katia72

Dzięki wielkie za komentarz i klik! :)

 

CM

Anonim jest wdzięczny za komentarz i wszystkie uwagi. A czy zgadłeś – zobaczymy ;) 

Nowa wersja żartu o zamianie psa za milion na dwa koty po pół miliona, z zabawnym pomysłem wyjściowym i grami językowymi, ale chyba trochę za długie. Ale generalnie raczej na plus.

Przeczytawszy.

Finkla

Nowa Fantastyka