- Opowiadanie: Szymon Teżewski - Seans

Seans

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Seans

Nad metalowymi drzwiami wisiał szyld z zagadkowym napisem „K. Prószyński – memografia”. Przy schodach stał ubrany we frak młodzieniec i przecierał okulary jedwabną ściereczką. Rozglądał się i co chwila nerwowo spoglądał na kieszonkowy zegarek.

– Witam! – wykrzyknął ktoś wesoło. Elegancik odwrócił się i spostrzegł niewiele starszego od siebie, wąsatego wynalazcę, właściciela zakładu. – Przepraszam za tę chwilę spóźnienia.

– Nic nie szkodzi. Bardzo mi miło, jestem Alfred Wolny – powiedział młodzieniec, wyciągając smukłą dłoń.

– Kazimierz Prószyński, ale pan to z pewnością już wie. Zapraszam do środka, nie ma co zwlekać – dodał właściciel, otwierając ciężkie drzwi.

Smuga światła na moment oświetliła maszyny, które zajmowały spore pomieszczenie, sprawiając, że przypominało ono fabryczną halę. Zanim jednak Alfred zdążył się dokładniej przypatrzeć któremukolwiek z mechanizmów, drzwi się zamknęły i zapanowała całkowita ciemność.

Pan Prószyński najwidoczniej znał swój zakład na pamięć, bo pomimo braku światła dało się słyszeć kroki, a po chwili coraz szybszy turkot jakiejś maszyny. Zaraz pojawił się na ścianie ruchomy obraz bawiących się dzieci.

– Coś to panu przypomina, panie Alfredzie? – spytał wynalazca stojący za maszyną, z której wydobywała się wiązka światła.

– Kinofon, pański wynalazek – odpowiedział Alfred rzeczowo, w końcu sam go używał. – Nieustannie jestem pod wrażeniem.

– Nie, nie! – Prószyński zamachał dłońmi w geście zaprzeczenia. – Przecież wiem, kim pan jest i jaki pan ma talent! Pytam, czy to się panu… może z czymś kojarzy?

Alfred wpatrywał się chwilę w obraz, niby nic nadzwyczajnego, a jednak było w nim coś niespotykanego. Przymknął na moment oczy i przypomniał sobie własne dzieciństwo. Jego sąsiadka wyglądała prawie tak, jak dziewczyna na filmie, pamiętał doskonale, bawili się razem w berka. Jakby ktoś wyciągnął ten obraz z jego głowy i zapisał na taśmie. Efekt mógł być spowodowany nietypowym sposobem nagrania filmu – kamera wykonywała gwałtowne ruchy, jakby ktoś umieścił ją w głowie jednego z bawiących się dzieciaków.

– Kojarzy mi się z dzieciństwem – odpowiedział w końcu Wolny. – Zupełnie jak we wspomnieniach.

– I o to właśnie chodzi, panie Alfredzie! – Wynalazca podszedł i poklepał go w ramię. – O to właśnie chodzi!

– Dalej niewiele rozumiem. Mógłby pan mówić jaśniej.

– Proszę bardzo – powiedział Prószyński i zaczął chodzić w kółko, patrząc się w podłogę i wymachując dłonią. – Większość z tego, co pamiętamy, to jest obraz i dźwięk. Jak pan rozróżnia to, co widział pan naprawdę, od tego, co widział pan tylko na filmie? – zapytał, najwidoczniej nie oczekując odpowiedzi, zaraz bowiem dodał: – Dzięki specjalnemu kręceniu, montażowi, oraz sposobowi projekcji… to nie będzie wcale rozróżnialne! Rozumie pan teraz?

W gruncie rzeczy Prószyński miał rację. Alfred przed chwilą, oglądając ten film, czuł się zupełnie, jakby bawił się ze swoją sąsiadką, jakby to było jego własne wspomnienie, zaklęte teraz na błonie fotograficznej. Czy można było to wykorzystać? Czyżby genialny wynalazca chciał… sprzedawać ludziom wspomnienia?

– I co pan z tym chce zrobić? – spytał zaciekawiony Alfred, w głowie kłębiły mu się wątpliwości. To było w końcu oszustwo, chociaż w białych rękawiczkach.

– Nie stać pana na zagraniczną podróż? Proszę bardzo! Mamy specjalne wspomnienia z wypraw do dalekich krajów. Tanio i szybko – odpowiedział, recytując wymyślony wcześniej slogan. – Zapomniałbym dodać, że potrafimy już wspomnienia kondensować. Zakładając, że z tygodniowej wyprawy człowiek pamięta najważniejsze, powiedzmy, dwie godziny… U nas wystarczy dziesięć minut seansu. Efekt ten sam!

– Jakim cudem?! – Alfred czuł, że to wszystko robi się coraz dziwniejsze, a jednocześnie coraz bardziej ciekawe. I potencjalnie niebezpieczne.

Prószyński, zamiast odpowiedzi, wskazał mu fotel w kącie sali, Alfred miał przetestować ten cudowny wynalazek! Bez słowa usiadł, choć skórzane pasy trochę go przerażały, zresztą całość przypominała krzesło elektryczne, które Wolny widział kiedyś na zdjęciu. Wynalazca najwyraźniej to spostrzegł:

– Ależ nie ma się co bać! Testowałem to kilkukrotnie na sobie. Proszę mi tylko pozwolić zakroplić sobie oczy, a potem wypić zawartość tej buteleczki – powiedział, wskazując na ciemnobrązowy płyn. – To bardzo ważne.

Alfred zaczął się trochę dziwnie czuć – powiększyły mu się źrenice, a serce zaczęło walić jak młotem. Kiedy jednak Prószyński przypinał go pasami do fotela, a na głowę zakładał ciężki hełm, wcale się nie obawiał, wręcz cieszył się i czekał na dalsze wydarzenia.

Dało się słyszeć rozpędzająca się maszynę. Turkot był jednak dużo szybszy niż wcześniej i przypominał bardziej warczenie silnika. Migoczący obraz uspokoił się i w końcu na ekranie przed Alfredem pojawiła się czarna plansza z napisem „K. Prószyński przedstawia: W alkowie z blondynką”.

To, co nastąpiło później, ciężko jest opisać. Film miał tak szybkie tempo, że ciężko było cokolwiek zobaczyć. Nawet jeżeli rzeczywiście była tam jakaś kobieta, to nikt nie zdołałby jej wdzięków uchwycić okiem. Z głośników umieszczonych w hełmie wydobywały się urywane piski. Wszystko skończyło się bardzo szybko, po niecałej minucie dźwięk nagle się urwał, a ekran stał się całkowicie biały.

Wolny oddychał szybko i mocno zaciskał powieki, kiedy Prószyński odpinał go z fotela.

– Coś niesamowitego! – wykrzyknął, doszedłszy do siebie po kilku minutach. – Nie powiem, co przed chwilą widziałem… ale pamiętam doskonale, co się wydarzyło w alkowie! Pan jest geniuszem! – rzucił się ku Prószyńskiemu i chwycił go w ramiona.

– Ja jestem tylko wynalazcą – odpowiedział spokojnie. – To pan jest młodym geniuszem filmu i montażu. A memograf jest na razie tajemnicą, rozumiemy się?

 

***

To był pracowity dzień. Alfred nagrywał kolejny film przeznaczony specjalnie do memografu, tym razem miało to być wspomnienie z wojny. Okazało się bowiem, że wśród młodych mężczyzn, którzy nie przeżyli w życiu żadnych przygód, istniało zapotrzebowanie na takie wspomnienia, czego nikt się wcześniej nie spodziewał. Skoro przewidywano popyt, trzeba było zapewnić podaż.

Nakręcenie wspomnienia z wojny nie było proste, zresztą każde tak złożone wspomnienie wymagało ogromnych nakładów pracy, nie zapominając o pieniądzach i czasie. Często trzeba było ustawić scenę, np. podróży na front, po to żeby nagrać tylko kilka klatek.

Alfred Wolny sam wpadł na pomysł różnicowania wspomnień. W ten sposób kilka osób, oglądając ten sam film, mogło mieć odmienne wspomnienia. Wymagało to jednak jeszcze większych starań, każdą scenę nagrywano kilkukrotnie, w różnych wariantach, a ludzki mózg w trakcje seansu sam wybierał jeden z nich. Ale w końcu liczył się efekt, a ten był niesamowity – kombinacji było tak wiele, że wspomnienia mogły uchodzić za unikaty.

 

W tej chwili pociąg wjeżdżał na stację, a ludzie szykowali się do wejścia. To też trzeba było nagrać, choć w ostatecznej wersji filmu zostanie z tego góra pięć klatek.

– Panie Alfredzie – zagaił pomocnik Wolnego. – A jak to jest, że ktoś potem pamięta, że był na wakacjach z żoną? Przecież jego żona u nas nie gra.

– To proste, w kilku miejscach wstawia się jej twarz z jakiegoś zdjęcia i gotowe. To chwila pracy dla dobrego montażysty – odpowiedział Alfred, grzebiąc przy kamerze. – Pewnie sam niedługo będziesz to umiał! Niech się tylko interes rozkręci, niech Prószyński dostanie patenty i będziemy żyli jak w uchu!

Mówił to dumnie, a tak naprawdę miał ostatnio coraz więcej wątpliwości. W końcu trudnili się oszukiwaniem ludzkich mózgów. Memografia była wprawdzie dalej niszowa, ale sukces był coraz bliżej, musieli starannie ukrywać tajemnice swojego wynalazku, w obawie przed konkurencją. Ale już niedługo mieli ruszyć pełną parą, i co wtedy? Musieli wziąć odpowiedzialność za wykorzystanie wynalazku, za wszystkie nakręcone wspomnienia – ludzka pamięć to nie żarty.

 

***

 

Stanisław Fajans zamówił wspomnienie specjalnie dla swojej żony. Obiecał jej to na kolejną rocznicę ślubu, żeby udobruchać ją po małżeńskiej kłótni. A właściwie obiecał jej to, co wspomnienie zawierało. Zawsze marzyła o podróży za ocean, ale prostego szewca, mimo ogromnej pracowitości, nie było na to stać. Wspomnienie było dużo tańsze. Fajans nie miał wtedy zamówień i był statystą w jednym z filmów, bardzo interesował się kinem i zadawał dużo pytań. Właściwie sam odkrył, że nie kręcą zwykłych filmów, przez co zafascynował się memografią i zaprzyjaźnił z reżyserem.

Głupio mu było jednak tak wprost wysłać żonę do eksperymentalnego zakładu pana Prószyńskiego i powiedzieć: „Kochanie, oto twoje wakacje”, w końcu lekkomyślnie obiecał jej prawdziwą podróż, a nie taką imitację. Dlatego zwrócił się z nietypową prośbą do Alfreda Wolnego.

– Nie dałoby się tak, że ona nie wiedziałaby o tym, że to memografia? – spytał w wolnej chwili.

– Co pan ma na myśli, panie Stasiu? – zdziwił się Wolny. – Nasze wspomnienia są nierozróżnialne od tych prawdziwych.

– No ja rozumiem, ale… – wtrącił się Stanisław – jak ktoś idzie do zakładu, to chyba wie, że tam był, jakie wspomnienie zamówił…

– Ach tak! – wykrzyknął Alfred. – Oczywiście, niestety kasować wspomnień, na chwilę obecną, nie umiemy. To by było coś, ma pan łeb!

– A gdyby tak ktoś o niczym nie wiedział? – ciągnął dalej szewc Fajans.

Reżyser sam rozmyślał nad tym wcześniej. Memografu można było użyć na wiele sposobów i niestety duża ich część była niebezpieczna, albo wątpliwa moralnie.

– Panie Stasiu – zaśmiał się Alfred. – Niechże pan wreszcie powie, o co właściwie chodzi…

I Fajans wytłumaczył wszystko – że go nie stać na wakacje dla żony, że wolałby potajemnie, żeby uznała je za prawdziwe. Nawet się rozpłakał na koniec, jaki to jest biedny, brakuje mu zamówień i jak przez jego nieudolność cierpi żona biedaczka.

– Niech będzie – odpowiedział w końcu Wolny. – Spróbujemy w drodze wyjątku, ale niech to będzie nasza tajemnica.

 

***

 

Przy stoliku w niewielkiej kawiarni siedział Alfred ze swoją ukochaną. Przed chwilą zamówili kawę i ciasto, a teraz patrzyli się sobie w oczy, nie mówiąc przy tym ani słowa. Zawsze musieli się najpierw nacieszyć swoim widokiem, a dopiero po jakimś czasie zaczynali rozmawiać, a rozkręcali się dopiero gdzieś w środku nocy.

– Pamiętasz jak byliśmy u mojej ciotki? – spytała kobieta.

Alfred w pierwszej chwili pomyślał, że to żart. Przecież nigdy nie byli u jej ciotki, zawsze się tam wybierali, ale jeszcze nie zdarzyło im się jej odwiedzić. Przynajmniej tak mu się wydawało… Wziął łyk mocnej kawy i spojrzał w górę, Monika pytała jednak dalej:

– No i jak wtedy poszliśmy na spacer… – Spojrzała na niego swoimi wielkimi oczyma, pełnymi nadziei. – I pytałeś o nas, nie pamiętasz?

W głowie mieszały mu się wspomnienia, które oglądał na memografie i jego własne. Dalej patrzył w górę i próbował je szybko przeanalizować, ale wśród nich nie było żadnych odwiedzin u ciotki. Monika spostrzegła jego wahanie:

– Myślałam, że to było na poważnie! – powiedziała dobitnie, podnosząc się z krzesła. – Widocznie jestem głupia.

Chciała wyjść z kawiarni, ale obracając się szturchnęła stolik, wylewając kawę na obrus. Alfred zdążył ją chwycić za rękaw płaszcza.

– To nie tak! – powiedział szybko. – Coś jest ze mną nie w porządku…

Monika spojrzała na niego, w jej oczach było widać łzy. Zacisnęła dłoń na obręczy krzesła, aż zsiniały jej palce.

– To przez tę pracę, zapracujesz się na śmierć – powiedziała troskliwie. Zrozumiała chyba, że Alfred naprawdę nie pamiętał co zrobił wtedy na pomoście. Odrzuciła brązowe włosy przysłaniające oczy. – Mówiłam, że coś jest nie tak z twoją pamięcią.

Musiała mieć rację. Wolny ostatnio łapał się na tym, że wspomnienia, które kręcił, a potem wypróbowywał na sobie, są często o wiele lepsze niż jego własne. Widocznie zaczynały one powoli zastępować prawdziwe wspomnienia, Alfred aż się wzdrygnął na samą myśl.

– Pytałem o nas?

– Tak, a potem byłeś strasznie smutny, bo powiedziałam, że muszę się jeszcze zastanowić.

Czyżby wyparł to wspomnienie? Widocznie wolał zapomnieć, widocznie jej niepewność musiała go zaboleć. Mógł jej powiedzieć o memografie, ale przecież obiecał dochować tajemnicy. Zresztą, ta sprawa miała się wkrótce rozwiązać, Alfred musiał i tak poważnie porozmawiać z Prószyńskim.

– A teraz? – spytał cicho. Mógł przecież zapytać ją tylko o jedno. Żeby nie pamiętać… tak, najwyraźniej nie pamiętał własnych oświadczyn.

– Miałam powiedzieć, że tak – odparła Monika, spuszczając wzrok. – Ale coś jest z tobą nie tak, musimy najpierw zrobić z tym porządek.

– Nie obraź się, ale nie chcę mieć męża wariata – dodała po chwili z uśmiechem. Zawsze pojednywanie z jej strony przybierało dziwne formy.

 

***

 

Prószyński i Wolny siedzieli w gabinecie, jak co ranka. Alfred był bardzo poruszony wczorajszym zajściem i chciał opowiedzieć o wszystkim wynalazcy. Ciężko jednak powiedzieć komuś, że owszem, jego dzieło jest wyjątkowe i genialne, ale przy tym bardzo niebezpieczne. Próbował ułożyć sobie w głowie choćby sam początek rozmowy.

– Widziałeś, Alfredzie, jaka straszna historia? – spytał Kazimierz Prószyński, przeglądając poranny ekspres.

Wyrwany z rozmyślań Wolny spojrzał w okno, wiedział aż za dobrze. Dowiedział się rankiem w sklepie – Stanisław Fajans, jego statysta i potajemny klient, był głównym podejrzanym… a taki był z niego miły człowiek, nikt nie wierzył w jego winę, włącznie z Alfredem.

– Jak można być taką bestią? – zastanawiał się głośno Prószyński. – Zabić samotną staruszkę? Ciekawe co jej ukradł ten bałwan, skoro piszą, że przegapił kasetkę z pieniędzmi…

– Są jacyś podejrzani? – spytał Alfred, siląc się na obojętny głos.

– Jakiś szewc z Ochoty, znaleźli odciski jego butów, to dopiero ironia! A mówią, że szewc bez butów chodzi… – Alfred nigdy nie rozumiał poczucia humoru Prószyńskiego. – Ale alibi ma mocne.

– Jakie? – zaciekawił się reżyser.

– Mają pieczątki w paszportach, a żona zarzeka się, że byli wtedy na wakacjach… w USA.

Po czole Alfreda spłynęła kropla potu. Zaczął nerwowo rozglądać się po gabinecie, w poszukiwaniu czegoś, na czym mógłby zawiesić wzrok.

– Też mi historia – zaśmiał się Prószyński. – Szewc do Stanów na wycieczkę pojechał… Niech lepiej sprawdzą, skąd miał na to pieniądze.

Reżyser postanowił to przemilczeć. Musiał w końcu poruszyć jeszcze jedną, kto wie czy nie ważniejszą kwestię.

– Kazimierzu… – zaczął nieśmiało. – Obawiam się, że memograf może być… nieprzewidywalny?

I opowiedział mu całe wczorajsze zajście, wspomniał też o problemach z pamięcią, jakie ostatnio miewał, a które wcześniej wyjaśniał sobie przemęczeniem.

Prószyński bardzo posmutniał. Wstał i wyciągnął z szafy białą teczkę.

– Doktor Braun ostrzegał przed czymś takim – powiedział zrezygnowany, wyciągając z niej kilka dokumentów.

Były wśród nich opinie paru lekarzy. Jeden z nich zaznaczał, że tempo wyświetlania obrazów może być niebezpieczne dla epileptyków, inny z kolei wyrażał swoje powątpiewanie co do skuteczności działania memografu.

Doktor Braun napisał tylko krótką notkę: „Wspaniały pomysł. Obawiam się jedynie, że nowe, lepsze wspomnienia mogą przykryć te starsze, albo niechciane. Nie mam oparcia w badaniach, efekt może być bardzo opóźniony.”

Prószyński musiał być załamany. Wynalazek, na który poświęcił tyle czasu, cała roczna praca Alfreda… to wszystko było na nic, memograf w niewyjaśniony sposób pozbawiał ludzi ich własnych wspomnień. O tak! To też można było wykorzystać, ale czy na pewno warto tak ingerować w pamięć, Prószyński miał duże wątpliwości.

– Jest jeszcze jedna sprawa. – Alfred postanowił grać w otwarte karty. – Szewc był statystą, a jego żona naszą klientką.

– Co mam przez to rozumieć? – spytał Prószyński, podnosząc głowę.

– Wcale nie byli w Stanach. To my wyprodukowaliśmy to wspomnienie.

Lęk zniknął momentalnie z twarzy wynalazcy, który raptem uśmiechnął się pod wąsem. Spojrzał na Alfreda rozbawionym wzrokiem i powiedział:

– W tym kontekście komercyjny tytuł wspomnienia… – urwał i zaśmiał się głośno. – Zresztą sam zobacz, mieliśmy to nazwać „Amerykańska wolność”.

– To nie jest czas na żarty. – Wolny nie mógł znieść żartobliwego tonu szefa. W końcu chodziło o ludzkie życie i wspomnienia wszystkich użytkowników memografu. – Musimy coś z tym zrobić.

– Spokojnie. Ma świetne alibi, nikt nas z tą sprawą nie połączy, jesteśmy bezpieczni.

– A sprawiedliwość? Przecież ten człowiek zabił!

– Widzisz, chłopcze… – Prószyński podszedł bliżej. – To wcale nie jest pewne. Ja się zajmę wspomnieniami, ale z tą sprawą nie mam nic wspólnego. Sam musisz wypić piwo, którego nawarzyłeś. – Po chwili milczenia odwrócił się i dodał poważnym głosem: – I niech nikt mnie, ani moich interesów, z tą sprawą nie łączy. Zadbaj o to.

 

***

 

Alfred zgłosił się w końcu do prokuratora, miał złożyć wstępne wyjaśnienia i być świadkiem w procesie Fajansa. Bardzo uspokoiło to jego sumienie, choć na samą myśl, że na sądowej sali będzie musiał spojrzeć szewcowi w oczy, dostawał gęsiej skórki. Tak wprost go oskarżyć i, pośrednio, skazać na najwyższą karę? Jednak o pomyłce nie mogło być mowy, Fajans tuszował swoją zbrodnię za pomocą memografu. To było najprostsze wyjaśnienie, Alfredowi nie chciało się wierzyć w istnienie jakiegoś drugiego dna.

 

– Proszę nam przedstawić swoje rewelacje – poprosił siedzący za biurkiem prokurator i odłożył fajkę.

Alfred opowiedział o memografie, nie używając przy tym nazwiska wynalazcy, o wspomnieniach, wreszcie o prośbie szewca Fajansa. Ze szczegółami, najdokładniej jak potrafił.

– To, co opowiada ten mężczyzna – powiedział mężczyzna obserwujący rozmowę z boku – jest niedorzeczne. Mamy uwierzyć w istnienie takiego urządzenia? Czy ma pan jakieś dowody, patenty, świadków, może chociaż egzemplarz takiej maszyny?

– Teraz nie. Mogę je przedstawić choćby jutro.

– Niech się pan lepiej zbada…

 

Rozprawę odłożono, aby prokurator mógł zebrać dowody. Najwyraźniej nie liczył on na to, aby rewelacje Wolnego miały się potwierdzić, ale i tak potrzebował czasu. Za to spełniły się najgorsze oczekiwania Alfreda. Postanowił znaleźć dowody na własną rękę i dostarczyć je prokuratorowi, żeby móc triumfalnie powiedzieć: „Wcale nie jestem wariatem.”

Jednak zakład, przy którym pierwszy raz Alfred spotkał Prószyńskiego, był opuszczony, ktoś nawet zdjął szyld, a w środku zostały tylko puste szafy i jedno biurko. Po maszynach nie było ani śladu.

Wczoraj dałby sobie uciąć rękę, że jeszcze tydzień temu pracował tutaj nad nowym filmem, że w kącie pokoju stał przypominający krzesło elektryczne fotel, a szafy były wypełnione specyfikiem Prószyńskiego, który pomagał we wchłanianiu wspomnień. Teraz natomiast, wodząc wzrokiem po zakurzonej podłodze pomieszczenia, zaczynał wątpić, wszystko pamiętał jak przez mgłę. Może Prószyński pokazał mu ten cały memograf, ale urządzenie zwyczajnie nie działało, a może służyło do szybkiego wyświetlania filmów i niczego więcej?

 

Alfred postanowił odnaleźć tych, którzy korzystali z memografu, testowano go w końcu na wielu ludziach. Z trudem przychodziło mu jednak przypomnienie nazwiska któregokolwiek z nich, z niewieloma miał styczność. „Na pewno doktor Trojanowski, był zafascynowany”, pomyślał Alfred i wsiadł w tramwaj.

 

– Nic takiego nie pamiętam – usłyszał od Trojanowskiego, który oderwał się na chwilę od pracy. – Przecież pokazywali mi tylko panowie swoje najnowsze filmy. Memograf? Co to niby miało robić? Bo chyba nie…

 

Inni reagowali w podobny sposób, wszyscy oglądali tylko „najnowsze filmy”, wielu gratulowało Wolnemu reżyserskiego talentu, chwaląc poszczególne ujęcia i prowadzenie kamery. Czyżby więc Prószyński zdążył… zrobić coś ze wspomnieniami, tak jak obiecał? Czyżby przysłonił im wszystkim wspomnienia dotyczące memografu, żeby ukryć swój wynalazek?

„Czy Prószyński w ogóle coś obiecywał?”, myślał Alfred, wracając ostatnim tramwajem do domu.

 

Wolny coraz bardziej zaczynał wątpić we własną pamięć. W jego głowie nieustannie ścierały się wspomnienia – jego własne i te z mamografu. Łapał się na tym, że nie znał imiona własnych znajomych, a nawet zaczynał zapominać własną matkę, która zmarła kilka lat temu.

Monika musiała mieć rację, było z nim źle i trzeba było szybko temu zaradzić.

Wybrał się więc do Prószyńskiego, który przyjął go w tym samym gabinecie, w którym zaledwie tydzień temu rozmawiali jak najlepsi przyjaciele, a Kazimierz opowiadał swoje niezrozumiałe dowcipy.

– Witam Alfredzie! – powiedział wynalazca. – Co cię tu sprowadza? Przecież skończyliśmy współpracę.

– Memograf – odpowiedział twardo Wolny. – Muszę mieć jakieś dowody do procesu. Jest coś takiego jak memograf, prawda?

– Memograf? – zdziwił się Prószyński. – O niczym takim nie słyszałem, przykro mi, ale nie mogę ci pomóc. Może pleograf?

– Robiłem dla ciebie wspomnienia… Kręciłem różne warianty, nie wypieraj się!

Kazimierz Prószyński wziął łyk kawy i powoli odłożył filiżankę. Przez chwilę mierzył Alfreda wzrokiem.

– Kręciłeś dla mnie zwyczajne filmy. Mogę ci je wszystkie pokazać… – powiedział przekonywająco. – To jednak prawda, co mówili.

– Co mówili? – spytał zdezorientowany reżyser.

– Że zwariowałeś. Dobrze, że przerwaliśmy współpracę, bo przy takim tempie szybko byś się wykończył.

 

***

 

Przez okno wpadały pierwsze promienie słońca. Kobieta przekręciła się pod kołdrą i objęła męża. Jej brązowe włosy ułożyły się na poduszce w wachlarz.

– Buziak z rana – powiedziała gdy tylko otworzył oczy, pocałowała go w policzek i uśmiechnęła się promiennie.

– Kochanie… Ale miałem dziwny sen – odpowiedział, przecierając oczy. – Że zamiast filmów kręciłem wspomnienia, a ludzie oglądali je na takiej niesamowitej maszynie, a potem traktowali jak swoje. To się nazywało memograf.

– Ty to masz pokręcone sny! – zaśmiała się Monika. – Tego by nie wymyślił nawet ten twój były pracodawca, jak mu było?

– Kazimierz Prószyński, bardzo mądry człowiek.

– Mądry, ale dobrze, że przestałeś dla niego pracować. – Pocałowała go jeszcze raz. – Zapracowałbyś się na śmierć. Do dziś nie wiem jak ci wybaczyłam, że nie pamiętałeś o własnych oświadczynach…

Odwróciła się, zagarniając kołdrę i dodała:

– Memograf? Co to w ogóle za głupia nazwa…

 

Koniec

Komentarze

Dobra robota. Opowiadanie sprawnie napisane i ciekawe. Mam tylko jedno zastrzeżenie- nie pasuje mi człon "-graf" w nazwie urządzenia. Ale to taka moja luźna sugestia. Nie mam pojęcia, czym to zastapić, więc nie będę się wymądrzać.

Zgadzam się z moim poprzednikiem. Robota dobra, opowiadanie ciekawe, szybko się je czyta. Co prawda lubie nieco inną tematykę, ale przyznam, że to opowiadanie mile mnie zaskoczyło.

A ja podpisuję się pod powyższymi komentarzami. Ładna kreacja bohaterów, bardzo dobry pomysł, lekkie dialogi i fantastyczne zakończenie.

Dobre, dobre :) Ciekawe, intrygujące, do tego zgrabnie i poprawnie napisane.
A nazwa memograf według mnie w pełni odpowiednia i poprawna.

Przeczytałem z przyjemnością :)

Tyle że "memograf" sugerowałby maszynę zapisującą wspomnienia, a nie je wywołującą. Ale spox.

Chylę czoła. Świetna konstrukcja. Sama tematyka warta szerszej formy. Trochę kalejdoskopowo przemykają poszczególne sekwencje. Śmiało można to rozpisać na nowelę. Jeśli chodzi o nazwę urządzienia, to faktycznie nie najszczęśliwsza. Może bardziej adekwatny byłby "memotyp", chociaż jakoś tak ubogo brzmi :)

Nazwa memograf  powstała w oparciu o pleograf i biopleograf (prawdziwe wynalazki Prószyńskiego) oraz kinematograf braci Lumière. To mało znany fakt, ale wszystkie te urządzenia nie tylko do nagrywały, ale też odtwarzały obraz.

Dziękuję za ciepłe słowa.

Zdaje się, że czytałem tyle razy, a właśnie spostrzegłem kilka literówek i powtózeń. Bardzo przepraszam, ale już nie mam możliwości edycji ;/

Generalnie całkiem dobre, jak większość opowiadań Szymona. Niestety, szanowny autor popada nam w jakiś rodzaj chałtury - te opowiadania zaczynają się robić coraz bardziej do siebie podobne i oparte na tej samej zasadzie: najpierw dzieje się coś ciekawego, dzieje dzieje i dzieje, a potem nagle "łup!" na koniec - "zadziwiający zwrot akcji". Zupełnie jak u M. Night. Shyamalana. 
A więc, kilka uwag:

Po pierwsze - dziwny narrator. Czasem coś wie, czasem czegoś nie wie, a jeszcze częściej sprawia wrażenie, jakby kimś był. Np.: "To, co nastąpiło później, ciężko jest opisać." - pardą, kto to powiedzial? Gdzie pan jest? Bo narrator trzeciosobowy przecież wie wszystko...

A memograf jest na razie tajemnicą, rozumiemy się?
I co, dlatego walnął tabliczke na drzwiach...? I (w odniesieniu do zakończenia fabuły) - nikt jej nigdy nie widział czy po prostu pokasował pamięć wszystkim przechodniom?   

Oprócz tego wspomniana "kalejdoskopowość" wydarzeń, przeskakują jedno do drugiego; po rozpoczęciu afery z szewcem zaczynałem mieć wrażenie, że gdzieś wcięło ze trzy szpalty tekstu. 

@Mortycjan:

Narrator jest dość typowy i najczęściej "chowa się" za Alfredem. Natomiast narrator trzecioosobowy nie oznacza automatycznie wszechwiedzącego, nie wiem skąd ten pomysł...

Co do tabliczki to nie jestem się w stanie wybronić :) Miała być na początku reklamą -"Ha! mamy nowy wynalazek ale teraz nic nie powiemy!", ale w takim razie bardzo nieudaną, skoro potem tak wszystkim łatwo przyszło zapomnienie o nim. Mogę brnąć dalej, że takie czasy - dużo szybko zapomnianych wynalazków, odkryć, ale to już zbyt naciągane ;) Tak więc składam broń i wymazuję słowo z tabliczki (choć tutaj już nie mogę).

Z chałturą to przyznam, że mnie trochę ubodło ;/ Mam tylko nadzieję, że kiedyś (przeczytawszy jakieś moje opowiadanie) zmienisz zdanie.

Narrator jest dość typowy i najczęściej "chowa się" za Alfredem.

No właśnie często tego nie czuć. 

 

Z chałturą to przyznam, że mnie trochę ubodło ;/ Mam tylko nadzieję, że kiedyś (przeczytawszy jakieś moje opowiadanie) zmienisz zdanie.

Pewien jestem, że napiszesz jeszcze wiele znakomitych tekstów. W moim prywatnym rankingu jesteś jednym z najlepszych autorów na NF (jak kostka masła w morzu margaryny - takiej jeszcze z czasów Napoleona...). Pomysły, na których oparte są Twoje opowieści, wyjątkowo wybijają się ponad poziom, dlatego nie chciałbym, żebyś popadł w rutynę (czy, jak to nazwałem, chałturę - naprawdę takie mocne wyrażenie? Miałem na myśli tylko odruchowe tworzenie historii "pod schemat"). 

Pamięć to zabawna rzecz. Potrafi wyczyniać z umysłem przeróżne sztuczki - Tobie udało się je zaprzęgnąć do fantastycznej maszyny i wyszło ciekawe dzieło.

Przyjemne, ale nie powalające :).

A mnie się podoba. Kojarzyło mi się z "Pamięcią Absolutną".

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

Tak, to jest jedno z lepszych opowiadań tutaj opublikowanych. Trochę przypomina mi (jeśli chodzi o konstrukcję i ogólną ideę) opowiadania Konrada Fiałkowskiego. On również sporą część swojej twórczości poświęcił tematyce "cudownego wynalazku". Choć zakończenie przewidziałam, ale to nie jest duży minus, bo mam spore doświadczenie w literaturze tego typu i ciężko mnie zaskoczyć ;), to i tak bardzo podoba mi się stopniowanie napięcia, rozwój akcji i płynność języka. Dla mnie 5.

Bardzo dobre, konsekwentne i z klimatem. Podoba mi się uwzględnienie różnych następstw owego wynalazku. Zakończenie, choć niezbyt trudne do przewidzenia, pasuje.

Bardzo mi się podobało, to nie pierwsze bardzo dobre opowiadanie Twojego autorstwa, które czytam. Umiesz pisać, bez dwóch zdań.

Bardzo ciekawy pomysł na wynalazek. Spodobało mi się.

Babska logika rządzi!

Nieźle wymyślona i opowiedziana historia. Czytało się dobrze, choć nie miałabym nic przeciw lepszemu i staranniejszemu wykonaniu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka