- Opowiadanie: ohouapss - Morze Jasności

Morze Jasności

To nie jest opowiadanie science-fiction. Punkt styku istnieje – to długa historia o dzieciach, trzydziesto-czterdziestoletnich obecnie, budujących rakietę kosmiczną. 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Użytkownicy, Użytkownicy II, regulatorzy

Oceny

Morze Jasności

Sterta pozostawionych po budowie osiedla płyt była wyróżniającym się punktem, cenną bazą dla nas wszystkich. Tej wczesnowiosennej nocy byliśmy tam tylko we trzech. Dość daleko za naszymi plecami migotała mozaika prostokątnych okien czteropiętrowych bloków. Dalej jeszcze można było zobaczyć czerwone światełka ogromnego dźwigu przemysłowego, mające ostrzegać lotników przed jego żelaznym ramieniem. Po lewej stronie, na wschodzie, rozpościerała się niewidoczna teraz łąka. O tej porze roku była skłębionym labiryntem, zbudowanym głównie z suchych zeszłorocznych badyli i ostów. Niedługo ktoś zabierze się do wypalania starych traw i na chwilę łąka przemieni się w przykrytą dymem krainę a my będziemy przydeptywać i polewać wodą z konewek pełgające ogniki, ilekroć zbliżą się do umownej granicy osiedla. Po prawej stronie znajdowało się składowisko sprzętu budowlanego, niszczejącego od lat pod odkrytym niebem. Nieduży plac otoczony był poszarpaną, zardzewiałą siatką i zastawiony workami stwardniałego na kamień cementu, beczkami deszczówki zmieszanej z resztkami farby i smoły, belami dziurawej folii malarskiej. Przekątną zajmował pas transmisyjny. Najodważniejsi z naszego podwórka przemykali pod ogrodzeniem i przechodzili pasem na sam jego skraj, po to by rzucić kamieniem w barak z natury chyba pijanego stróża i uciec z bijącym sercem. Przed nami rysowały się na tle rozgwieżdżonego nieba pojedyncze domki działkowe i drzewa owocowe. Trochę później zapłoną tam ogniska, a jeszcze trochę później ruszymy uliczkami działek, wychodząc z założenia, że wszystko co zwiesza się poza ogrodzenia należy do nas. Czasami pewnie nagniemy tę regułę, przyjmując, że również to, do czego dosięgamy przez oka siatki, jest nasze.

Tej nocy jednak mieliśmy inne zadanie. Podzieliliśmy północno – wschodnią część kopuły nieba na trzy części i każdy z nas obserwował swoją najpilniej, jak potrafił. Paweł, zwany od nazwiska Kolanem, był najbardziej skupiony, jako inicjator dzisiejszej przygody. W sobie tylko znany sposób określił, gdzie na niebie powinien pojawić się świecący punkt, mający rzekomo być stacją kosmiczną Mir.

– Przyleci zza komina mleczarni. – Pokazał palcem w stronę rysującego się niewyraźnie pionowego kształtu. – Podobno co noc jest w dokładnie tym samym miejscu, gdzieś w połowie długości.

Jako, że były to dane z drugiej ręki, zdaje się, że od jego brata, zamierzaliśmy pilnować całej części nieba.

– Musi być co noc na tej samej wysokości, bo jest na geostacjonarnej. – Jak zwykle rozczochrany i lekko spocony Robert dodał coś mądrego lub coś naprędce zmyślonego.

Ja milczałem, próbując się skupić na obserwacji. Przychodziło mi to z trudnością, bo myśli uciekały szybko w stronę marzeń. Oczyma wyobraźni widziałem jak mały, wypatrzony przeze mnie punkt na niebie powiększa się i zbliża. Silnik przypominającego spodek statku kosmicznego pulsuje z cichym pomrukiem, a pojazd osiada na wysuwających się przed lądowaniem łapach. Na jednej ze ścian pojawia się jasna rysa, po czym rozszerza się w otwierające się i opuszczające niczym trap drzwi. W jednym z iluminatorów widzę zarys postaci i czuję z radością, że przylecieli po mnie. Za chwilę ruszę razem z nimi na wielką, kosmiczną włóczęgę.

– Tam… – Pokazał palcem Robert. – Coś się przesuwa?

Miał chyba słaby wzrok (starał się siadać w pierwszych ławkach) i nie nosił okularów, ale jakimś cudem to właśnie Robert dojrzał jako pierwszy jasno świecącą kropkę, spokojnie płynącą po nieboskłonie. Chyba zarówno ja, jak i Paweł poczuliśmy ukłucie zazdrości. Kolano wyciągnął wielką, wojskową lornetkę, będącą przedmiotem pożądania każdego chłopaka na osiedlu. Przyłożył ją do oczu, regulując ostrożnie i patrzył długo.

– Tak, to musi być Mir – powiedział w końcu. – Na pewno nie samolot, bo byłyby jeszcze inne światełka.

Podał lornetkę Robertowi, który śledził tajemniczy obiekt bez słowa, z otwartymi ustami. Gdy przyszła moja kolej, jasny punkt pokonał już sporą część swojej drogi po niebie. Przyłożyłem do oczu chronione miękką gumą okulary lornetki i poszukałem nad nami tego, co uważaliśmy za stację kosmiczną. Chwilę to potrwało, ale w końcu w drżącym obrazie zobaczyłem dużą, świecącą stałym blaskiem gwiazdę. Bardzo próbowałem dojrzeć jakieś anteny, a potem choćby podłużny kształt kadłuba, ale oczywiście na próżno. Uwierzyłem jednak, że to na co patrzę to dom dla kilku ludzi -kosmonautów, o których w tym wieku nie myślałem jako o dzielnych odkrywcach i pionierach, tylko jako o niesamowitych szczęściarzach.

Siedzieliśmy jeszcze chwilę na płytach, dopóki nie dotarło do nas, że jest już bardzo późno. Kolano zresztą zaczął ziewać raz za razem. Jego rodzina przybyła do miasteczka z jednej z okolicznych wsi zaledwie pięć lat temu i cały czas kultywowała zdrowy zwyczaj wstawania przed szóstą rano i usypiania o dziesiątej. Pożegnaliśmy się w przesmyku pomiędzy blokami. Kolano poszedł na lewo, Robert prosto, a ja skręciłem na prawo. Klatka mojego bloku była o krok od miejsca rozstania. Zanim wszedłem do środka, zajrzałem jeszcze pod rosnący tuż przy budynku krzak bzu. Czasem spała tam Miśka, bezdomna, biała suczka, ale nie widzieliśmy jej od ostatniej zimy. Ubłocone buty zostawiłem jak zwykle obok drzwi mieszkania.

 

*

 

Z całych sił starałem się nadążyć za taksówką Hendryka, ale mało kto był w stanie utrzymać jego tempo dłużej niż pięć minut. Rozmiękły żużel jeszcze chrzęścił pod biegnącymi stopami, ale serce wyrywało mi się już z klatki piersiowej, nie mogłem złapać oddechu a kolka wierciła lewy bok. Zwolniłem, a potem przeszedłem do marszu. Wiedziałem, gdzie jest postój i że za chwilę tam dotrę, ale najpierw musiałem odrobinę odpocząć. Odzyskałem trochę sił i uruchomiłem ponownie silnik. Gdy dobiegłem do śmietnika i stojącego obok trzepaka, będących postojem taksówek, byłem znowu zmęczony. Hendryk siedział na metalowej ławeczce i udawał, że pali papierosa.

– Uff – powiedziałem. – Musiałem się zatrzymać i odlać.

Kiwnął obojętnie głową. Z oddali dobiegł nas niski pomruk nadchodzącej burzy lub nadlatującego samolotu. Patrzyłem przez chwilę na skłębione na wschodzie chmury, ale nie zobaczyłem pod nimi smugi kondensacyjnej ani sylwetki myśliwca.

– Będzie lało. Chcesz iść do bunkra? Powinniśmy zdążyć.

– Nie będzie – odparł Hendryk. – A może i będzie, ale to był samolot.

Hendryk wychował się w pobliżu baz lotniczych, więc można było mu wierzyć. Jego ojciec był mechanikiem i wielkim fascynatem techniki wojskowej. Tylko raz odwiedziłem ich mieszkanie. Słabo pamiętam jego szarą, małą matkę, w pamięć za to wrył mi się pokój ojca. Pełen był podwieszonych pod sufitem modeli kartonowych z Małego Modelarza (kto nie pamięta, ten nie wie ile wysiłku i zabiegów kosztowało sklejenie takiego pojazdu), na ścianie wisiał ogromny drewniany szybowiec, którego nie wolno było nikomu dotykać, a za drzwiami zamkniętej na klucz przeszklonej gabloty oglądać można było całe sceny bitewne. Maleńkie czołgi dzielnie wspinały się na zielone pagórki i grzęzły w piasku, wyjeżdżając z rzecznej przeprawy. Najmniej szczęśliwy z nich miał osmalony przód, zerwaną gąsienicę i otwarty właz na wieżyczce; prawdopodobny sprawca, smukły, osadzony na długiej, przezroczystej podstawce myśliwiec hurricane, wznosił się po zwycięskim nurkowaniu.

Próbowałem jeszcze wypatrzeć na niebie samolot, bez wielkich nadziei na sukces.

– Mig? – zapytałem.

– Pewno tak. Nie brzmiało jak iskra.

– Ciekawe jak wysoko można polecieć migiem. Wiesz, zanim skończy się paliwo.

– Jak wysoko chciałbyś polecieć? – zdziwił się Hendryk. – W kosmos?

– Czemu nie? – Zrobiło mi się trochę głupio. – Jak będziemy dorośli to będzie można.

– Sraty pierdaty, Marcin. Tak samo będzie można jak i teraz.

– Teraz można – upierałem się. – A kiedyś będą regularne loty załogowe na Księżyc, zakład?

– Wiesz, jakie trzeba mieć zdrowie żeby zostać pilotem? Masz dziurę w zębie i odpadasz. A kosmonauci muszą być najpierw pilotami zanim wsiądą do rakiety – Hendryk wydawał się poirytowany.

– Chciałbyś być pilotem? – zapytałem.

– Chcę być taksówkarzem. – Uśmiechnął się z rozmarzeniem. – Chodź na podjazd.

Poszliśmy, najpierw chodnikiem, potem spękanym asfaltem odsłaniającym liszaje leżącego pod spodem betonu. Minęliśmy garaże, opuszczoną budowę i dotarliśmy do podjazdu, który był jak najbardziej prawdziwy i czasem nawet stał na nim jakiś wehikuł. Ojcowie niektórych z nas mieli samochody: maluchy, syrenki czy duże fiaty (polonez uchodził za drogi i nowoczesny); każdy posiadacz miał też w domu książkę serwisową, a wielu wykazywało zacięcie do samodzielnych napraw. My nie należeliśmy do tych bogaczy, więc strasznie zazdrościłem Kolanie, gdy wracał do domu razem z ojcem po dniu grzebania przy samochodzie, obaj porządnie wybrudzeni smarem i głodni. Tato Hendryka miał motocykl, czarnego, ryczącego junaka.

Podjazd składał się z dwóch betonowych łuków, prawie że wysokości dorosłego człowieka i szerokich na tyle, że można było nie tylko bezpiecznie podjechać samochodem, ale też i zrobić zimą małe wyścigi, kto ma sanki szybsze na tym krótkim odcinku. Przejechanie pełnego łuku rowerem uchodziło za jedną z pomniejszych, ale istotnych, oznak odwagi. Szczególnie celował w tym Robert, któremu udało się też spaść któregoś razu głową w dół prosto w niszę serwisową i złamać przedramię. (Natychmiast gdy tylko zdjęli mu gips, wsiadł na rower i popędził powtórzyć próbę, tym razem pomyślnie). Usiedliśmy z Hendrykiem na skraju łuku; pamiętałem jeszcze czasy, gdy było to również uznawanym wyczynem, ale teraz już nawet zeskakiwanie z tej wysokości nie robiło na nikim wrażenia.

– W zeszłym roku na wiosnę do miasta przyjechali kaskaderzy – powiedział Hendryk.

– Byłeś? – Przypomniałem sobie, że rzeczywiście miały być pokazy samochodowe na arenie nieczynnego cyrku.

– No… Poszliśmy z Pawłem i oglądaliśmy z dachu kiosku.

– O rany. – To zrobiło na mnie wrażenie. – Przez lornetkę?

– Też, ale i bez niej wszystko było widać. Mi się najbardziej podobały skoki i jazda na dwóch kołach. Facet rozpędzał się na motorze i skakał nad chyba z pięcioma stojącymi samochodami. Z takiej drewnianej wyskoczni skakał.

Przypomniał mi się pewien pagórek niedaleko działek. Uczucie wolności, gdy mój rozpędzony, odrapany wigry 3 odrywał się po wjechaniu na niego na chwilę oboma kołami od ziemi, było nie do opisania.

– A ten co jeździł na dwóch kołach, chyba po prawej stronie… Nie, po lewej.

– Kierownica jest po lewej?

– Tak. Myślę, że po to żebyś się pilnował żeby nie wjechać na czołówkę.

Nie wiedziałem, co to czołówka, ale nie dałem po sobie poznać.

– No więc… – kontynuował Hendryk – najpierw najechał na taką jakby, to się nazywa rampa chyba, a potem pojechał między beczkami i nawet skręcił. I tak dwa razy. Jak spadał z powrotem na cztery koła, to myślałem że mu resory strzelą.

– A co to był za samochód?

– Sto dwadzieścia pięć pe, pomalowany na czarno i z takimi płomieniami na masce z przodu. Mam podobnego resoraka. Ej, zobacz kto to.

Od strony głównej ulicy szedł Robert, kopiąc płaski kawałek betonu. Gdy nas zobaczył, pomachał i po chwili siedział obok i słuchał opowieści Hendryka o motocyklu przejeżdżającym przez płonący tunel i wchodzeniu w zakręt z poślizgiem. Hendryk skończył opowiadać, ostrożnie sięgnął do swojej prawej nogi i zaczął ją masować.

– Będą cię jeszcze dręczyć z tą nogą? – zapytał Robert.

Nie wiem dokładnie co dolegało Hendrykowi, ale jak byliśmy mniejsi bardzo kulał i zamiast biegać z nami po podwórku cały czas spędzał w piaskownicy, budując z mokrego piasku tory wyścigowe dla kapsli. Ktoś kiedyś wysunął przypuszczenie, że ma jedną nogę trochę krótszą i tak też o tym myślałem.

– Chyba nie – westchnął Hendryk – ja już nie chcę.

– Prawie nie kulejesz – powiedziałem – i szybko biegasz. Ja cię nie doganiam.

– Bo ty się w ogóle szybko męczysz – powiedział Robert, a ja się poczułem jakby mi ktoś przyłożył.

– Nieprawda!

– Trochę prawda – powiedział Hendryk. – Szybko się męczysz i strasznie pocisz.

– Głupi jesteś. Jak będę chciał, to będę ćwiczył i zostanę pilotem. – Zezłościłem się. – A ty nigdy.

Hendryk popatrzył na mnie. Ostrożnie wstał, zszedł z podjazdu, zapalił silnik, upewnił się że ulica jest wolna i popędził swoim trochę dziwnym galopem, szybko znikając pomiędzy blokami.

– Ty jesteś głupi – powiedział Robert.

– Nie męczę się szybko – odparłem. – Mogę zostać i kosmonautą.

Robert wyglądał jakby chciał coś powiedzieć, ale w końcu się nie odezwał. Gdy wracaliśmy do blokowiska, w mojej głowie coraz jaśniej klarował się plan. Zrobię sobie hantle i będę codziennie ćwiczył i biegał; będę to robił rano albo późno wieczorem, żeby nikt nie zobaczył moich początków. A poza tym…

– Robert, mam pomysł – powiedziałem. – Chodź, zbudujemy symulator rakiety.

– No, dobry pomysł. – Zapalił się. – Za działkami leżą dwa fotele od nyski. Przydadzą się, nie?

 

*

 

Gdy teraz wspominam Szkołę Podstawową imienia Królowej Jadwigi w Miasteczku, jawi mi się ona jako ogromny gmach, pełen tajemniczych zakamarków i miejsc czekających na odkrycie, choć miał tylko dwa piętra i niewielkie poddasze. Uwielbiałem pędzić ciemnymi korytarzami, skręcać ostro przy kolumnie niedaleko sali biologicznej i wskakiwać z rozpędem na kręconą poręcz schodów, którą zjechać można było tylko na półpiętro – dalej bowiem pojawiały się na niej metalowe guzy mające powstrzymać nas przed takimi właśnie zabawami. Legenda szkolna niosła, że te przeszkody zostały wbudowane stosunkowo niedawno, po tym jak jeden z uczniów rozwinął zbyt dużą prędkość zsuwając się poręczą, uderzył głową o podłogę i wypłynęło mu oko. Nie wiem czy była to prawdziwa historia, pamiętam jednak że gdy przyszedłem do szkoły, kręcił się po niej starszy uczeń z opaską na oku. Z tego co wiem, nazywali go Piratem.

Kilka dni po podjęciu decyzji o budowie symulatora rakiety, podczas długiej przerwy, natknąłem się niedaleko sali muzycznej na Pawła i kolegę z równoległej klasy.

– Dwadzieścia dziewięć, trzydzieści, trzydzieści jeden.

Paweł liczył kroki, idąc stopa za stopą wzdłuż ściany, następnie pochylił się i położył na ziemi kawałek kredy.

– Co robicie, chłopaki? – zapytałem.

– Cicho, poczekaj.

Kolega, który miał na imię Marcin, tak samo jak ja, pobiegł do framugi drzwi prowadzących do sąsiedniej sali po tej samej stronie korytarza i ruszył w naszą stronę, trzymając prawą rękę na ścianie.

– Raz, dwa… – liczył głośno stopy.

Gdy dotarł do dwudziestu pięciu, liczyli już na głos razem z Pawłem, dopóki nie dotarli do trzydziestu. Paweł położył drugi kawałek kredy tam, gdzie zatrzymał się kolega. Pomiędzy oboma kawałkami były dobre dwa metry. Natychmiast zrozumiałem o co chodzi. Jeszcze podczas tej przerwy zdążyliśmy opukać ścianę w jednej z dwóch sal, pomiędzy którymi mogło znajdować się ukryte pomieszczenie, ale żadne z badanych miejsc nie dudniło głucho. Należało zatem zbadać ścianę w sali muzycznej, było to jednak znacznie trudniejsze zadanie, wymagające sporej zręczności i zuchwałości z uwagi na osobę Dzięcioła, nauczyciela muzyki. Dzięcioł był znanym sadystą o wypracowanych przez lata metodach dręczenia uczniów. Gama jego technik zaczynała się od zręcznego przekręcania nazwisk (dzięki niemu Siedlak został Serdelkiem, na zawsze), przechodziła poprzez stukrotne chyba powtarzanie przez fałszującego ucznia fragmentu piosenki lub nawet kilku sylab (przydarzyło mi się utknąć w ten sposób na “nę-e-ła-a” w hymnie Polski) a kończyła się zakradaniem za plecy siedzącego w ławce, ale rozkojarzonego ucznia i stawianie go do pionu poprzez złapanie najbliższej karku kępki włosów. Dzięcioł po zakończonej lekcji zawsze wyganiał uczniów a potem zamykał salę na klucz i szedł zapalić papierosa do pokoju nauczycielskiego. Sprawa wyglądała poważnie, więc postanowiliśmy ją dobrze omówić. W międzyczasie dołączył do nas Robert i po szybkim wprowadzeniu zapalił się bardzo.

– Pewnie tam śpi – powiedział Marcin. – Nie ma żony i oszczędza na mieszkaniu.

– Ma żonę – odparł Paweł. – Wygląda jak koń i mają syna z którym się kiedyś biłem. A potem jego stara goniła mnie po parkingu i zrzuciła z roweru, głupia kobyła.

– To była kiedyś sala biologiczna, w szafkach są jeszcze probówki. – Zauważyłem.

– Może tam jest teraz Szczery? – powiedział Paweł.

Szczery to był powiązany drutem i sznurkiem szkielet, który przez pewien czas uśmiechał się wesoło z kąta pracowni biologicznej. Potem zniknął, za czym stała nauczycielka przyrody i higieny: jej córka, ucząca się w jednej z młodszych klas, miała koszmary nocne po każdych zajęciach w tej sali.

– Jutro macie muzykę – powiedział Marcin, zwracając się do Roberta. – Jesteś odważny, to schowaj się pod ławką i poczekaj aż Dzięcioł wyjdzie.

To było grube draństwo, bo każdy kto trochę znał Roberta wiedział jak to się może skończyć.

– Sam się schowaj – powiedziałem. – Zlałbyś się ze strachu. Wszyscy myśleliby, że rura pękła bo coś wycieka spod drzwi, a to ty byś tam siedział, szczał i ryczał.

Marcin obraził się, bo tylko tyle mógł zrobić. Był mniejszy ode mnie i choć nie byłem znany ze szczególnie dobrych wystąpień na solówkach, nie miałbym z nim problemu. Chwilę potem zadzwonił dzwonek i rozeszliśmy się do klas.

 

*

 

Dzień miał się już ku końcowi, gdy stanąłem na ścieżce okrążającej ogródki działkowe. Na drzewach widać było już pąki, pomiędzy splątanymi zwojami krzaków malinowych pojawiały się smugi zieleni. Wciągnąłem powietrze głęboko w płuca i poczułem, jak wypełnia mnie radość coraz śmielej widocznej wiosny. Rozejrzałem się wokół, ale nie zobaczyłem nikogo w pobliżu. Usiadłem na leżącym nieopodal wielkim, szarym głazie i zdjąłem trampki. Wytrzepałem z nich cały piasek i parę drobnych kamyków, po czym obejrzałem pękające podeszwy. Założyłem z powrotem buty i ruszyłem szybkim krokiem ścieżką, wzdłuż ogrodzenia. Gdy doszedłem do zakrętu, przyspieszyłem do truchtu. Biegłem może trzy minuty, pochylając się czasem, by nie uderzyć głową w wystające z działek konary, póki nie zaczęło mi brakować oddechu. Wtedy zwolniłem, w końcu przechodząc do marszu; moje serce biło tak mocno i szybko, jakby chciało wyrwać się z klatki piersiowej. Byłem zawiedziony, bo nie obiegłem nawet czwartej części ogródków. Gdy odzyskałem trochę sił, ponownie przyspieszyłem i przeszedłem do truchtu, by po kolejnych trzech minutach znowu zwolnić. Oddychałem szybko i ciężko, a gdy nabrałem powietrza w płuca próbując głęboko oddychać, natychmiast wyrwało się z powrotem ustami razem z atakiem kaszlu. Szedłem dalej nie zatrzymując się, a gdy tylko poczułem, że mogę, zmusiłem nogi do kolejnego wysiłku. Do szarego głazu dobiegłem zmęczony i całkiem mokry od potu. Miałem dziwne poczucie, że moje płuca trochę urosły, a każda cząstka nowej objętości bolała i drażniła. Pięć odcinków – na tyle części musiałem podzielić swoją trasę. Następnym razem spróbuję zrobić jeden postój mniej, albo jeszcze następnym razem. Krok po kroku, w końcu obiegnę działki bez zatrzymania – obiecałem sobie. Włócząc nogę za nogą ruszyłem w stronę domu.

 

*

 

Pięć minut przed końcem lekcji, na polecenie nauczyciela złożyliśmy zeszyty nutowe na brzegach ławek. Dzięcioł spacerował chwilkę po klasie, budując napięcie, po czym sięgnął po zeszyt siedzącego ze mną Pawła. Przerzucił go szybko, popatrzył na mnie i serce podeszło mi do gardła. Sięgnął oczywiście i po mój, po czym wrócił do katedry.

– No, misiaczki – powiedział złowróżbnie i zawiesił głos.

Paweł nerwowo odłupywał paznokciem łuski laminatu z blatu ławki, ja rozkręcałem i skręcałem swój długopis Inco. Nie miałem zegarka a Kolano nie śmiał zerknąć na swój. Przed wyborem dzisiejszych ofiar w klasie panowała ciężka cisza, teraz powoli dawało się dosłyszeć szepty.

– Klucz basowy! Jak wygląda klucz basowy? Podejdź no tu i nakreśl nam, Marcinku. – Wskazał mnie patyczkiem.

Wstałem i na miękkich nogach podszedłem do tablicy. Wziąłem do ręki kredę i narysowałem to, co mi się wydawało być kluczem basowym. Po chwili namysłu dodałem jeszcze dwie kropki i popatrzyłem niepewnie na Dzięcioła. Wydawał się być zadowolony, zła wróżba!

– Klucz basowy… – Wstał i podszedł do mnie, wyciągając z kieszeni chusteczkę. – …wygląda jak ucho! Chodź no tu, miśku. – Kiwnął na Pawła.

Kolano podszedł, zrezygnowany, a Dzięcioł z udawanym obrzydzeniem złapał go przez chusteczkę za ucho i obrócił profilem do sali. Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy z kolegą a Dzięcioł zrobił minę jakby trzymał coś wyjątkowo wstrętnego. Po klasie przeszedł cichy śmiech. Po tej demonstracji, nauczyciel obrócił Pawła plecami do sali, tak bym i ja mógł zobaczyć, co powinienem.

– Pisz! – Kazał.

Zatem narysowałem, najlepiej jak potrafiłem, zaokrąglony i z zawijasem u góry, płaski i bez płatka na dole.

– Jakbyś od razu tak zrobił, to nie trzeba byłoby tutaj kolegi – oznajmił Dzięcioł i puścił czerwone już ucho.

Zadzwonił dzwonek, jak zwykle trochę za późno, i wróciliśmy do ławek. Spakowaliśmy się, a ja starałem się nie patrzeć na Pawła. Wyszliśmy na korytarz, tuż przed znienawidzonym nauczycielem, który zamknął drzwi – zupełnie na nas obojętny – i ruszył w stronę pokoju nauczycielskiego. My poszliśmy w kierunku stołówki, w milczeniu, przez korytarze pełne dzieci. W powietrzu unosił się zapach pasty do podłóg.

W stołówce panował gwar, słychać było szczęk sztućców i brzęk naczyń. Odczekałem swoje w kolejce do okienka; dwa drapnięcia chochli o dno i na moim talerzu wylądowała bryła ryżu, obficie polana ciemnym sosem z kawałkami mięsa i grzybów. Złapałem jeszcze kubek kompotu i usiadłem obok Pawła.

– Gdzie jest Robert? – zapytał nagle.

Rozejrzeliśmy się po sali, ale nie zobaczyliśmy go nigdzie. Wyszliśmy z klasy jako ostatni, ale ledwie chwilę po reszcie klasy.

– Widziałeś Roberta po lekcji? – zagadnąłem siedzącego obok mnie kolegę z klasy. Wzruszył ramionami. Popatrzyliśmy po sobie z Pawłem.

– Ja widziałam. – Usłyszeliśmy. – Schował się pod ławką.

Ciemnowłosa, mała Ania nosiła zbyt duży mundurek, a ja nie umiałem rozmawiać z dziewczynami. Na szczęście Kolano radził sobie z tym świetnie.

– Jak komuś powiesz – powiedział groźnie – to dostaniesz takie manto, że cię matka nie pozna.

Ania popatrzyła na niego niepewnie i odeszła, trzymając w dłoniach kubek z dolewką kompotu.

– Nikomu nie powie, prawie z nikim nie rozmawia – powiedziałem.

– Ja myślę. Skończmy szybko, podejdziemy jeszcze pod muzyczną.

Opuściliśmy stołówkę razem z falą innych dzieci, przebiliśmy się przez zatłoczony korytarz niedaleko świetlicy i wyszliśmy na główny hall. Gdy dotarliśmy do drzwi sali muzycznej, okazało się, że w pobliżu jest tak wielu uczniów, że jakakolwiek próba komunikacji z być może ukrywającym się w środku Robertem mogłaby skończyć się wsypaniem go. Zanim ruszyliśmy do klasy w której mieliśmy mieć kolejne zajęcia, Paweł przyłożył na chwilę ucho do drzwi. Nie nasłuchiwał długo, ryzyko było zbyt duże.

– Chyba jest w środku – powiedział, gdy oddaliliśmy się już trochę od sali. – Słyszałem jakieś szuranie.

W sali, w której mieliśmy mieć godzinę wychowawczą, czekała nas niespodzianka. Nie będzie lekcji, zamiast tego idziemy na apel. Razem z ciżbą dzieci spływających z innych klas, przekrzykujących się i z trudem tylko utrzymywanych w grupach przez nauczycieli, wyszliśmy na dwór. Najwyraźniej dyrekcja od dawna z niecierpliwością oczekiwała na tyle ciepłego i suchego dnia, by można było urządzić prawdziwy, wielki apel dla wszystkich uczniów. Nasza mała sala gimnastyczna mogła pomieścić cztery klasy, czyli mniej więcej cały rocznik, szkolne boisko nie miało zaś żadnych praktycznych ograniczeń. Obejmujący część łuku nasyp z wbudowanymi drewnianymi siedziskami służył za trybuny. Moja klasa zajęła ławki w drugim rzędzie, po prawej stronie. Nigdzie nie widziałem Roberta. Dyrektorki nie było, część klas nie dotarła jeszcze na miejsce, więc postanowiłem spróbować szczęścia.

– Proszę pani – zwróciłem się do wychowawczyni, pani Olęder – mogę pobiec do łazienki? Wrócę zanim się zacznie.

– A nie mogłeś wcześniej? No dobrze, biegnij.

Zerknąłem jeszcze na Pawła i zeskoczyłem z ławki, kierując się w stronę gmachu. Udało mi się dotrzeć szybkim truchtem do głównych drzwi i przebijając pod prąd pomiędzy wychodzącymi uczniami – “Zważaj sobie, gdzie leziesz, weź się!” – wszedłem do środka. Uwielbiałem puste szkolne korytarze. Zdarzało mi się czasem prosić o możliwość wyjścia do łazienki mimo braku potrzeby, tylko po to żeby przemykać nimi na palcach, przystawać przy klasach i podsłuchiwać trwające w środku lekcje. Tym razem jednak miałem misję i na niej musiałem się skupić. Dotarłem przed drzwi sali muzycznej i rozejrzałem się dookoła. W pobliżu nie było nikogo, więc zapukałem do drzwi i przykucnąłem.

– Robert, jesteś tam? – szepnąłem w szparę pod drzwiami. – To ja, Marcin.

Przyłożyłem ucho do desek. Usłyszałem zbliżające się ciche kroki i zmartwiałem, bo uświadomiłem sobie, że nie mam żadnej gwarancji że w środku jest mój kolega. Równie dobrze może to być Dzięcioł, którego nie szukałem, ale też nie widziałem na apelu!

– Jestem – syknął ze środka głos Roberta, zanim zdążyłem wymyślić, co powinienem zrobić.

– No i co?

– Marcin, nic tu nie ma… – usłyszałem wahanie w jego głosie.

– A ta pusta przestrzeń?

– Wydaje mi się, że to jest komin. Idzie z kotłowni w piwnicy i po prostu przechodzi między dwiema salami. Ściana jest trochę ciepła.

Rzeczywiście, brzmiało to sensownie.

– Słuchaj, nie ma lekcji, jest apel na dworze – powiedziałem. – Jeszcze się nie zaczął, ale chwilę potrwa.

Przez chwilę panowała cisza.

– Jak to? Marcin, ja bym chciał stąd wyjść, mam trochę dosyć.

– Wytrzymasz, pozaglądaj do szuflad, poczekaj. – Nie bardzo wiedziałem co powiedzieć. – Po apelu będzie pewnie lekcja, to wyjdziesz.

– Słuchaj – odezwał się Robert drżącym głosem. – Powiedz Olęder że jestem w sali, co? Ja mam naprawdę dosyć.

– Na pewno?

– Tak.

Zawróciłem z ciężkim sercem, naprawdę nie wiedząc co powinienem zrobić. Rozumiałem Roberta bardzo dobrze. Dwa lata temu znaleźliśmy w jednym z pobliskich lasów długą, betonową rurę kanalizacyjną. Wydawała się być całkiem sporej średnicy i zupełnie solidna, postawiliśmy więc przed sobą zadanie przeczołgania się przez nią całą. Żadnemu z nas nie udało się wsunąć głębiej niż do momentu, gdy stopy oddalały się od wlotu na może pół metra. Przejmujące uczucie braku tlenu, ciasnoty i zagrożenia wymywały nas falą przerażenia na zewnątrz, spoconych i z poobijanymi łokciami. Wiedziałem na czym polega strach Roberta, z drugiej strony jednak myślałem o zamkniętych w ciasnych kapsułach kosmonautach, o wirówkach w których kandydaci na pilotów musieli znosić ogromne przeciążenia. Wszystkie te obrazy, żywcem wyjęte z telewizyjnej Sondy czy Kwantu, stanęły mi przed oczami. Uwierzyłem, że na miejscu Roberta wytrzymałbym, że przeczołgałbym się i tamtą przeklętą rurą. Zatrzymałem się z wahaniem, po czym tak szybko jak tylko potrafiłem pobiegłem z powrotem pod drzwi sali muzycznej. Zapukałem do nich i usiadłem na ziemi.

– Robert? To ja.

– No? Byłeś u pani? – Robert pociągał nosem, myślę, że cały czas płakał.

– Jeszcze nie. Słuchaj, pamiętasz jak chcieliśmy zrobić batyskaf z wanny?

– Pamiętam. Nawet trochę się udało, tylko że nie mieliśmy jak obciążyć burty i nas wynosiło.

– Jakby to była metalowa wanna, to byśmy dali radę, nie?

Robert milczał przez chwilę.

– Chcesz żebym wytrzymał, ale nie wiesz jak to jest – powiedział w końcu. – Próbowałem nawet wyważyć drzwi.

– Dobrze, w takim razie idę, powiem Olęder i cię wyciągnie.

Skapitulowałem więc i pobiegłem z powrotem na boisko, z rosnącą świadomością, że spędziłem zbyt wiele czasu przy drzwiach sali muzycznej i że apel na pewno na dobre już się zaczął. Nie myliłem się, gdyż tęga, krótko ostrzyżona dyrektorka dotarła już dość daleko w głąb improwizowanego przemówienia o odpowiedzialności i powinnościach ucznia. Olęder zgromiła mnie wzrokiem i odruchowo usiadłem na pierwszym wolnym miejscu. Gdy dziś myślę o tym, wydaje mi się, że miała mniej niż trzydzieści lat i dopiero nabierała wprawy w swoim zawodzie, co może tłumaczy jej reakcję na to, gdy przysunąłem się do niej i opowiedziałem jej na ucho całą sytuację.

– Jest teraz w sali muzycznej? – zapytała z niedowierzaniem.

– Tak – szepnąłem – musi pani go wypuścić. A mogłaby pani tak zrobić żeby Dzięcioł się nic nie dowiedział?

Popatrzyła na mnie i zamyśliła się, niepewna chyba co powinna robić. Zerknęła na przemawiającą dyrektorkę.

– Usiądź na miejscu – powiedziała krótko.

Próbowałem protestować, ale jednym podniesieniem brwi i zaciśnięciem ust odebrała mi możliwość dyskusji. Wróciłem na swoje miejsce, pełen niepokoju. Mogłem tylko czekać, aż Olęder podejmie decyzję. Siedziała mocno wyprostowana, nie patrząc na mnie, pozornie skupiona na przemawiającej. Mijały minuty. Zacząłem się kręcić, żeby zwrócić na siebie ponownie jej uwagę, ale nic z tego. Wiedziałem, że widzi mnie kątem oka i docierało do mnie powoli, że zamierza doczekać do końca apelu. Co mogłem zrobić? Próbowałem sobie wyobrazić, że Robert uspokoił się już i cierpliwie czeka na koniec apelu, przeglądając książki, zaglądając w kąty, naciskając pedały uszkodzonego pianina o zamkniętej na kłódkę pokrywie. Nie pomogło mi to przezwyciężyć uczucia, że właśnie zawodzę kolegę i zostawiam go w potrzebie. Mogłem wstać, podejść do innego nauczyciela, ale nie byłem pewien czy mi wolno – w końcu Olęder była naszą wychowawczynią, a Robert prosił mnie żebym ją z kolei poprosił o pomoc. Nie zwrócę się przecież do Dzięcioła… choć z drugiej strony ten popędziłby do swojej sali najszybciej ze wszystkich. Czas mijał, a ja wiłem się, nie mogąc wymyślić co byłoby w tej sytuacji najbardziej rozsądne.

– …wobec tego, uczniowie pozostający w świetlicy po godzinach zajęć zobowiązani są do przestrzegania tych samych reguł… – Dyrektorka urwała i podniosła dłoń do ust.

Patrzyła w stronę szkoły. Po zgromadzonych przeszedł szmer. Obróciłem się wraz ze wszystkimi, podążając za jej wzrokiem, pełen złych przeczuć. Drobna sylwetka Roberta uczepiona była piorunochronu, może metr poniżej okna sali muzycznej.

Zerwałem się i popędziłem w stronę szkoły, zręcznie unikając próby złapania mnie przez panią Olęder. Przede mną biegło dwóch nauczycieli, w tym Dzięcioł, na którego głowie podskakiwały resztki zaczeski. Za sobą słyszałem podniesione głosy uczniów; tylko część z nich mogła zobaczyć z trybun budynek. (Belfrowie prawdopodobnie wychodzili z siebie, żeby zapanować tam nad klasami). Potknąłem się o jakąś kępę trawy, prawie ją wyrywając, ale utrzymałem równowagę. Dobiegłem. Dzięcioł i wuefista stali przy ścianie a Robert był już na wysokości pierwszego piętra. Stopą starał się znaleźć gzyms, kurczowo trzymając się stalowej linki. Obejrzał się za siebie i popatrzył na nas.

– Wracaj z powrotem! – wrzasnęła nad moim uchem jakaś nauczycielka, chyba od geografii. – Ale już!

– Cicho! – syknął na nią Dzięcioł. – Dawaj, mały! Masz cegłę po prawej!

– Ugnij kolano! – krzyknął wuefista z czerwonym, grubym karkiem. – Stań na gzymsie, dasz radę!

Robert wymacał w końcu gzyms nogą, oparł się i zsunął trochę niżej.

– Lewa stopa w złączkę przy piorunochronie, stań na niej! Bardzo dobrze! – dyrygował wuefista. – Nisko na tej nodze teraz, prawa stopa na parapet.

Krok po kroku, Robert schodził po ścianie szkoły, dopingowany dobrymi radami. Czułem że serce mi rośnie, a przy okazji pojawia się też mała zazdrość, gdy patrzyłem na jego drobne ręce i nogi coraz zręczniej wyszukujące punkty podparcia. Był na wysokości może dwóch i pół metra, blisko wyciągniętych w jego stronę rąk, gdy obejrzał się i spotkaliśmy się oczami. Zobaczyłem w nich coś co nie było już strachem przed wysokością; zobaczyłem raczej obawę przed czymś nieokreślonym, połączoną z głębokim skupieniem. Spod jego nogi osypała się garść tynku, opadając małą chmurką w stronę ziemi a Robert poleciał chwilkę później.

 

*

 

Minął tydzień. Siedziałem w pokoju Roberta ze szklanką kompotu w dłoni. Paweł wygrzebywał z dna swojej szklanki owoce przy pomocy paluszka, z którego wcześniej poobgryzał kryształki soli. Robert z miną męczennika manipulował pędzelkiem wciśniętym pod pancerz gipsu. Pęknięty obojczyk to ciężka sprawa: zagipsują cię niczym średniowiecznego rycerza i szybko okaże się, że nie ból, a uporczywe swędzenie jest głównym źródłem cierpień. Drugi raz od wypadku odwiedzaliśmy go, przynosząc lekcje. Robert miał unieruchomioną lewą rękę, więc, jako że był praworęczny, nie mógł się wywinąć od regularnego uzupełniania zeszytów. Nie sprawiało mu to jednak szczególnych kłopotów – każdy z nas trzech był raczej dobrym uczniem, choć tylko Kolano można było nazwać systematycznym. Zarówno ja, jak i Robert mieliśmy skłonności do odrabiania lekcji w nocy i regularnego z tego powodu niedosypiania.

– Powiedziałem tacie, że tak się męczę, jakbym dostał najgorsze lanie na świecie.

– Pomogło?

– Nie wiem, zobaczymy – westchnął Robert. – Na razie powiedział mi, że odłożymy poważną rozmowę do momentu w którym się dobrze zrosnę.

– Zapomni – powiedziałem. – Twój ojciec jest w porządku.

– Mama mówi zawsze, że wygląda jak aktor i że podoba się koleżankom – palnął Paweł.

O ojcu Roberta chodziły różne słuchy. Przez jakiś czas Robert był bardzo nerwowy ilekroć wspomniało się o jego rodzicach. Nie umiałem jeszcze czytać między wierszami, ale domyślałem się, że Robert bardzo boi się dołączenia do dzieci rozwiedzionych rodziców. Z rozmowy podsłuchanej u mnie w domu mogłem wywnioskować, że “chyba się u nich uspokoiło”. Bez wątpienia Robert od pewnego czasu był znacznie spokojniejszy, ale Paweł miał bardzo głupią minę gdy docierało do niego co bezmyślnie powiedział.

– Jak masz trochę czasu, to zaprojektuj nasz symulator – powiedziałem szybko. – Potrzebujemy stanowisk dla dwóch pilotów i nawigatora.

– Kto będzie nawigatorem? – zapytał Robert.

– Mogę ja. – Zaofiarował się Paweł.

– Sięgnij na półkę. – Pokazał palcem Robert. – I weź to pudełko.

Paweł zdjął tekturowe pudło, postawił na biurku i otworzył. Wyciągnął ostrożnie spory arkusz i położył na biurku. Nachyliliśmy się wszyscy nad czarno-białą mapą Księżyca.

– Tutaj wylądował pierwszy Łunochod, a tutaj drugi. Tu wylądowali Amerykanie i zostawili flagę – Robert wodził pędzelkiem pomiędzy kraterami.

Punkty które pokazywał były oznaczone małymi znaczkami; po jego wprawie widać było, że niejedną godzinę spędził wpatrzony w tę mapę.

– Musimy zaplanować miejsce lądowania – rzucił Paweł – ale to trochę potrwa. Może ty powinieneś być nawigatorem?

– Nie. – Pokręcił głową Robert. – Każdy z nas powinien być przeszkolonym pilotem w razie czego. Ja bym chciał być pilotem – inżynierem, ty będziesz pilotem – nawigatorem, a Marcin głównym pilotem.

– Będziemy mieli osobny lądownik, czy cały statek kosmiczny wyląduje na Księżycu? – Poczułem się zagrożony. – Bo ja nie chcę siedzieć na orbicie.

Po dłuższej, burzliwej dyskusji doszliśmy do wniosku, że nasz statek będzie nowego typu i zdolny do opuszczenia się na powierzchnię satelity.

– Muszę się nauczyć tych map – powiedział Paweł. – Mogę je wziąć do domu?

Kolano był znany z tego, że pożyczone mu książki wracały do właścicieli z wyraźnymi śladami czytania przy obiedzie: plamami rosołu, zupy pomidorowej czy wsuniętą pomiędzy kartki cebulą.

– Jest bardzo cenna – oznajmił Robert. – Ale możesz przynieść kalkę i zrobić kopię. Przydadzą się dwie w razie czego.

Paweł nie miał nic przeciwko temu. Obiecał zrobić pierwszą kopię za trzy dni, gdy wrócimy z lekcjami.

 

*

 

Coraz lepiej rozumiałem na czym powinno to polegać. Oddech musi być głęboki, tak by wypełniły się całe płuca. Odkryłem, że wygodnie mi dzielić zarówno wdech, jak i wydech na dwie części, zaznaczone uderzeniem stopy o ziemię. Podnoszenie rąk wysoko nie jest najlepszym pomysłem, jeśli nie chcę biec bardzo szybko; zmęczone ramiona przeszkadzają w truchcie równie mocno jak zmęczone nogi. To był mój czwarty trening i czułem, że dziś uda mi się obiec działki, odpoczywając jeden raz mniej. Czerwone słońce powoli chowało się za linią drzew, zapach wiosny i kwitnących ałyczy mieszał się w moich nozdrzach z wilgotną wonią traw. Ścieżka, którą biegłem, poznaczona była drobnymi płatkami, opadłymi z pochylających się nad nią drzew. Do końca zostało mi może sto metrów i wiedziałem już, że dobrze rozłożyłem dziś siły. Dobiegłem do mojej mety i usiadłem ciężko na głazie. Serce biło mi mocno i szybko, ale nie miałem już na języku tego metalicznego posmaku, kojarzącego mi się do tej pory z większym wysiłkiem.

– Jest dobrze – szepnąłem do siebie i sam do siebie się uśmiechnąłem.

Posiedziałem chwilę odpoczywając i postanowiłem wrócić do domu. Nie było jeszcze zupełnie ciemno, ale przed odległymi blokami i widocznym dalej szpitalem świeciło już kilka latarni. Gdy szedłem, myśląc już o czymś innym, moją uwagę zwrócił jakiś ruch na działkach. Nie było niczym niezwykłym, że któryś z działkowiczów zostawał do późna na swoich pożyczonych od kraju włościach, ale ogródek na którym coś się działo był mi dobrze znany. Gdy zmarła jego opiekunka, jabłonki rodziły dobre jabłka przez jeszcze jeden rok, po czym obsypały się małymi, cierpkimi owocami, a ich konary powykręcały się dziwacznie na wszystkie strony. Zamknięty na kłódkę domek, a właściwie chatka na narzędzia, oblazł z farby i wyglądał naprawdę upiornie; pół żartem, pół serio, nazywaliśmy go chatką czarownicy. Przed nią właśnie zobaczyłem trzy wysokie, pajęczo chude sylwetki. Małe ognisko, rozpalone chyba z połamanych sztachet, tliło się dwa kroki od jednego z drzew. Zatrzymałem się i kucnąłem, próbując być jak najmniej widoczny. Jedna z trzech sylwetek manipulowała czymś przy drzwiach domku. Gdy nagle odgięła się do tyłu, rozległ się przeciągły trzask i drzwi uchyliły się na zewnątrz. Dwie postaci weszły do środka, zamykając się od wewnątrz, a trzecia zbliżyła się do ogniska. Ku mojemu zaskoczeniu był to bardzo młody mężczyzna, może wręcz chłopak. Miał jasne, opadające na oczy włosy i bardzo szczupłą twarz z wydatnymi kośćmi policzkowymi i ogromnymi oczami. Z kieszeni na piersi wyciągnął paczkę papierosów i zapalił jednego, zerknąwszy przedtem na domek za plecami. Zaciągnął się głęboko i jego wzrok przypadkiem chyba skierował się w moją stronę. Uświadomiłem sobie, że mimo moich zabiegów prawdopodobnie widzi mnie całkiem dobrze. Wstał i podszedł do siatki. Uśmiechnął się z dziwnie znużonym wyrazem twarzy i wolnym ruchem pomachał mi chudą dłonią, kreśląc w powietrzu zygzak ognikiem papierosa. Miał okropne, ciemne zęby a jego oczy w uśmiechu utonęły w siatce zmarszczek, postarzając go w jednej chwili o dziesięć lat. Pomimo niedawnego zmęczenia, poderwałem się i pobiegłem do domu, przestraszony że jest ciemno i że ten dziwny człowiek może złapać mnie w każdej chwili, jeśli zechce. Wydaje mi się, że za plecami usłyszałem jeszcze jego śmiech a potem skrzypnięcie drzwi. Szybko zabrakło mi sił, ale na szczęście nikt mnie nie gonił. Poczułem się bezpiecznie dopiero, gdy dotarłem do szczerbatej linii latarni świecących na skraju osiedla.

 

*

 

Opowiedziałem kolegom historię minionej nocy (pomijając wątek biegania), gdy po lekcjach wracaliśmy w kilka osób na nasze osiedle. Makarski, którego nigdy nie lubiłem, prychnął śmiechem na całą tę opowieść, ale Chajmer i Kolano zasugerowali, że prawdopodobnie spotkałem narkomanów.

– U nas ich nie ma – powiedział Kolano. – Ale u brata w technikum było dwóch. Podobno spali na zajęciach, jeden z nich oparł się o tokarkę jakoś nie tak jak trzeba i mu rękę poszarpało.

– Wujek miał na warsztacie jednego – powiedział Chajmer. – Ten wujek, co pracuje na stacji benzynowej. No i podobno złapał go na wąchaniu.

– Jak to wąchaniu? – zapytałem. – Czego? Benzyny?

– Oni wszystko wąchają… – zaplątał się Chajmer – żeby mieć odlot. Z makiem też coś robią.

– Jedzą w makowcu – powiedział Makarski.

– Wydaje mi się, że wyciskają. Z maku można wycisnąć takie jakby mleko…

– I to się wącha? – zapytałem, powątpiewając.

– Wydaje mi się, że to sobie wstrzykują.

Otrząsnąłem się, przypominając sobie jakie to okropne uczucie patrzeć na strzykawkę wypełniającą się białawym roztworem penicyliny. Żaden z nas nie miał ochoty sprawdzać, co tak naprawdę działo się w chatce czarownicy. Łatwo było sobie wyobrazić jej wnętrze: ciemne miejsce, pełne brudnych, pokrwawionych igieł i strzykawek. Myślę, że nawet skory do wyzwań Robert nie zaproponowałby przeprowadzenia bliższych badań. Przez chwilę nikt nic nie mówił.

– Przypomniało mi się… – zaczął Paweł i urwał. – E, nieważne.

Gdy byliśmy już blisko domu, Kolano kiwnął na mnie i odłączyliśmy się od grupy.

– Nie chciałem mówić przy wszystkich – powiedział. – Zapomniałbym, ale przypomniałeś mi przez tę historię o narkomanach. Gadałem z ojcem i możemy zbudować symulator w naszym ogródku.

– Na działkach?

– Nie… A właściwie – tak, ale nasza jest w tych ogródkach przed przejazdem kolejowym. Mamy nie ruszać upraw, chyba żebyśmy chcieli przekopać grządki. Mamy tam gdzieś ze trzy metry na trzy metry przy uschniętej gruszy.

– Zaraz… – przypomniało mi się. – Kiedyś byłem tam u ciebie? Skakaliśmy z hamaka.

– O mało się nie udusiłeś, jak spadłeś płasko na plecy – zaśmiał się Paweł. – Zerwałeś się na nogi i pobiegłeś z rykiem przed siebie.

– Bo ty nie wiesz jakie to uczucie. Nie możesz w ogóle wciągnąć powietrza, tylko wypuszczać. Myślę że skleiły mi się wtedy płuca.

– Wrzeszczałeś mimo tego całkiem głośno.

– Nieważne. A masz tam wózek? Taki na kółkach? Będziemy musieli wozić części. Poza tym będziemy chcieli mieć dach.

– Jest wózek i mamy trochę folii i eternitu. Możemy zrobić dach i szybę.

Skończyliśmy dziś lekcje przed przerwą obiadową, więc obaj byliśmy porządnie głodni. Umówiliśmy się za dwie godziny przy płytach. Gdy tam dotarłem, Pawła jeszcze nie było. Nie zaskoczyło mnie to szczególnie, bo wiedziałem, że po posiłku lubi sobie poleżeć; miałem tylko nadzieję, że nie usnął zbyt głęboko. Usiadłem na jednej z płyt i bez powodzenia spróbowałem odgiąć kawałek zbrojenia. Czekanie nie było nigdy moją mocną stroną, więc zdążyłem się już nieco zirytować, zanim Kolano w końcu dołączył do mnie. Po jego fryzurze widać było, że rzeczywiście uciął sobie drzemkę. Ruszyliśmy w stronę przejazdu kolejowego. Po drodze zajrzeliśmy jeszcze do rowu w którym Robert wypatrzył fotele od nyski. Rzeczywiście, leżały tam i wydawały się być w dobrym stanie. Brązowa, prążkowana tapicerka wyglądała świetnie, a brak szyn mocujących fotele do podłogi był dla nas dodatkowym plusem, bo były przez to lżejsze. Z komórki na działce wytoczyliśmy ciężki, żelazny wózek z nieco zbyt miękkimi kołami i wróciliśmy po zdobycz. Z niemałym trudem wyciągnęliśmy i załadowaliśmy fotele. Jeden z nas ciągnął wózek, podczas gdy drugi podtrzymywał ładunek, powstrzymując go przed zsunięciem. Droga powrotna nie była długa, za to miejscami przechodziła przez pagórki. Dwukrotnie musieliśmy zmieniać się przy dyszlu; dla każdego z nas było to rysą na ambicji, ale nie mieliśmy dość siły. Fotele, przykryte folią obciążoną na krańcach cegłami, spoczęły na miejscu startowym, jako zaczątek przyszłego pojazdu.

 

*

 

Minęły dwa tygodnie. Robert pojechał do Warszawy na badania i prześwietlenie. Wrócił już bez gipsu. Gdy zapytałem go, dlaczego nie można było tego zrobić w Miasteczkowym szpitalu, wzruszył tylko ramionami i powiedział, że tam mają lepszego rentgena. W stolicy byłem tylko raz, z wycieczką szkolną, choć z Miasteczka było do niej całkiem blisko. Dobrze pamiętałem ten wyjazd, setki okien wieżowców, neony i pędzące po szynach, łypiące białym okiem tramwaje – trochę przypominające małe łodzie podwodne. ZOO, które wtedy odwiedziliśmy, było dla mnie znacznie mniejszą atrakcją niż jazda trolejbusem, przejścia podziemne i przeszklona witryna Centralnej Składnicy Harcerskiej. Na tej ostatniej można było obejrzeć przepiękną makietę kolejową, z prawdziwym tunelem i małą stacją.

Paweł dokładnie skopiował fragment mapy Księżyca i zaczął się uczyć jego topografii; miał bardzo dobrą pamięć i widać było, że będzie dobrym nawigatorem. Ja biegałem regularnie co trzy dni, z coraz lepszymi efektami i bez żadnych przygód. Zrobiłem sobie również hantle z dwóch zalanych gipsem butelek plastikowych i ćwiczyłem nimi w domu. Przeczytałem w Młodym Techniku artykuł o bateriach słonecznych i ich zastosowaniu w satelitach i zasugerowałem kolegom, że powinniśmy zamontować je w naszym pojeździe. Odłożyliśmy ich wykonanie na później, bo za najbardziej pilne jednogłośnie uznaliśmy zbudowanie odpornej na deszcz kabiny. Rozrysowaliśmy sobie, jak powinno to z grubsza wyglądać i doszliśmy do wniosku, że zbijemy z desek coś w rodzaju skrzyni, którą obijemy folią i kawałkami papy. Deski i papę postanowiliśmy ukraść z budowy, w imię wyższych racji i eksploracji kosmosu.

Przez cały dzień wiatr pędził po niebie ciemne, burzowe chmury. Spadł drobny, przelotny deszcz, przeganiając dzieci z dworu do klatek schodowych. Siedzieliśmy na schodach z Robertem, Hendrykiem i kolegą z klatki, rozmawiając o filmach o których słyszeliśmy i które chcielibyśmy obejrzeć. W Miasteczku było jedno kino, ale od dobrych dwóch lat nie odbył się w nim żaden interesujący nas seans. Kolega, który miał na imię Leszek, opowiadał o niesamowitym filmie, pełnym przygód w przestrzeni kosmicznej i na innych planetach, który widział w warszawskim kinie Moskwa. Nie do końca rozumiałem złożoną historię, w której pojawiały się zarówno krążowniki kosmiczne, lasery, jak i rycerze z płonącymi mieczami. Rozemocjonowany własną opowieścią Leszek podniósł się w pewnym momencie i przeszedł sztywno i mechanicznie kilka kroków, by lepiej oddać ruchy tchórzliwego robota, najwyraźniej jednej z głównych postaci.

– Chciałbym to zobaczyć – powiedziałem z zazdrością.

– Dziecinada – oznajmił Hendryk. – Ja widziałem lepszy.

I opowiedział o ściganej przez złych policjantów przez całą Amerykę wielkiej, dwunastokołowej ciężarówce z ciężką naczepą. Jej kierowca był nie byle kim, pomimo naprawdę głupiego pseudonimu. W miarę podróży do ciężarówki dołączały się kolejne pojazdy, prowadzone przez jego przyjaciół, aż w końcu powstał wielki, niepowstrzymany konwój. To słowo mi się spodobało, więc powtórzyłem je sobie w myślach. Hendryk siedział na najwyższym schodku, trzymając w dłoniach wyimaginowaną kierownicę, lekko kołysząc się na zakrętach i podskakując na wybojach.

– Ja też widziałem film niedawno – powiedział Robert. – Nazywał się “Zemsta Nindży”!

Ale zanim zdążył rozwinąć swoją opowieść, otworzyły się drzwi na piętrze i Leszek został wezwany do domu. Hendryk podniósł się ostrożnie i powoli ruszył w stronę domu, korzystając z chwilowego rozpogodzenia. Sądząc po statecznej prędkości z jaką się poruszał, nadal prowadził wielokołowy ciągnik. Zostaliśmy sami z Robertem.

– Dziś nikomu nie chce się nosa z domu wychylać – powiedział.

– Stróż na budowie też będzie siedział w budce – rzuciłem. – Może dziś pójdziemy? Już jest prawie ciemno.

– Dobrze, ale ja nie mogę za bardzo dźwigać. Będę stał na czatach.

W drodze na budowę odwiedziliśmy jeszcze Pawła, który założył kurtkę ortalionową, schował do kieszeni scyzoryk wędkarski swojego ojca i dołączył do nas. W międzyczasie zerwał się mocniejszy wiatr, od strony śmietnika dobiegało podzwanianie słabo przytwierdzonego, blaszanego daszka. Zaczęliśmy od obejścia budowy, by upewnić się, że stróż nie wybrał się na obchód pomimo niesprzyjającej aury. Barak, w którym mieszkał, był zdjętym z kół i osadzonym na osiach wozem, na którego tylnej ścianie widniał możliwy jeszcze do odcyfrowania napis: “brak świateł”. W jednym z okien jarzyło się żółte światło, wydawało się również, że z pogiętego, blaszanego komina unosi się rozrywany przez podmuchy wiatru pasek dymu. Obeszliśmy budowę i znaleźliśmy miejsce, w którym siatka była nieco rozerwana i niedowiązana nad ziemią do metalowego palika. Świetnie! Budowa znajdowała się pomiędzy nami a osiedlem, byliśmy więc niewidoczni dla mieszkańców, do tego tuż za siatką leżały spękane kręgi betonowe za którymi mogliśmy łatwo się ukryć. Po prawej stronie, za kręgami, wznosił się kopiec mokrego piachu, obok którego stały nierówne rzędy blaszanych beczek. Jeszcze dalej widać było obudowę agregatu przy pasie transmisyjnym. Paweł wskazał ruchem głowy smoliście czarną belę leżącą obok betonowych kloców.

– To papa? – szepnąłem. – Widzisz stąd?

Kiwnął głową.

– A co z deskami?

– Nie ma chyba. Wytnijmy trochę papy, to zawsze coś.

Łatwo prześliznęliśmy się na drugą stronę i pochyleni przemknęliśmy szybko przez odkryty kawałek podwórca, by ukryć się w upatrzonym miejscu. To było tylko kilka metrów, ale serca biły nam szybko i musieliśmy odczekać chwilę, by uspokoić oddechy.

– Widzę stąd okno – powiedział Robert, który wychylił głowę znad kręgu.

– To patrz i rzuć we mnie grudką, jakby się coś ruszało. I zerkaj w stronę siatki, żeby nas nikt nie zobaczył – powiedział praktyczny, jak zwykle Kolano. – Im dłużej tu siedzimy, tym większe szanse, że nas ktoś przyłapie.

– Dobra – szepnął Robert.

Zostawiliśmy go i prześliznęliśmy się do wypatrzonej beli. Przejechałem po niej dłonią. Tak, to była papa – czarna, asfaltowa i mokra, pokryta grudkami posypki. Spróbowaliśmy odwinąć kawałek zwoju i okazało się, że materiał rozpada się w rękach. Popatrzyliśmy po sobie.

– No to nic z tego – szepnąłem. – Rozlatuje się jak mokra tektura.

Zerknąłem w stronę Roberta i zobaczyłem zarys jego głowy. W międzyczasie najwyraźniej postanowił wejść do środka kręgu. Poczułem w sobie przypływ odwagi i niezmożoną chęć eksploracji.

– Zobacz, czy dalej jest mocniejsza, a ja poszukam trochę desek – powiedziałem. – Może gdzieś tu są.

Paweł zabrał się do odłupywania smolistych kawałków, nerwowo zerkając na wszystkie strony, a ja rzuciłem okiem na plac budowy i szybko opracowałem trasę. Pochylony, przebiegłem obok kopca za murek niebieskich, azbestowych pustaków. Odczekałem chwilę i przekradłem się za małą gruszkę do mieszania betonu. To nie było bezpieczne miejsce, więc przeskoczyłem kałużę i po chwili namysłu podszedłem na palcach pod sam barak. Trudna do opisania mieszanka odwagi i strachu, która rodzi się gdzieś w piersiach i gnieździ w żołądku, kazała mi dotknąć obłażącej z farby drewnianej ściany. Starając się oddychać jak najciszej, małymi kroczkami zbliżyłem się do okna i zerknąłem do środka, przykładając oko w lewym dolnym rogu. To było bardzo nierozsądne, a gdy teraz myślę o tym, mam świadomość że należały mi się baty od obu kolegów, których naraziłem na poważne kłopoty w razie wykrycia; żaden z nich jednak tego nie widział, a ja miałem dużo szczęścia tej nocy. Wnętrze oświetlone było gołą żarówką zwisającą z kabla pod sufitem, a w stojącym w kącie żeliwnym piecyku dopalały się jakieś resztki. Jedna ze ścian wylepiona była gazetami, pośród których najbardziej prominentne miejsce zajmował plakat z hojnie obdarzoną przez naturę blondynką. Obok drzwi wejściowych stał stół, a na nim stary radiomagnetofon Grundiga, szklanka z niedopitą herbatą, zatłuszczony papier z wystającą kiełbasą, pół chleba i nóż. Stróż spał na łóżku polowym, w ubraniu, z przerzuconym przez nogi kocem. Patrzyłem na jego zarośnięte policzki i czułem, jak gasną we mnie wzbudzone przygodą emocje. Ostrożnie odsunąłem się od okna i cicho ruszyłem w drogę powrotną. Nie czułem potrzeby przekradania się, więc szedłem po prostu skrajem placyku. Zanim dotarłem do kolegów, zauważyłem, że spod tego, co wydawało mi się przedtem zwaliskiem porwanej folii malarskiej, wystają końcówki desek. Zwolniłem krok i różne dziwne myśli zamieszały mi się w głowie, ale zanim zdążyłem ustalić ze sobą cokolwiek, zorientowałem się, że nie widzę ani Roberta, ani Pawła. Szybko przykucnąłem obok desek i rozejrzałem się dookoła. Moje przytępione przez chwilowe rozkojarzenie zmysły wyostrzyły się znowu i dosłyszałem jakieś odgłosy od strony przejścia pod siatką. Coś jakby drapnięcia, szuranie, zgrzyt metalu o metal… ktoś cicho odkaszlnął, jakaś rozmowa… Tak, to chłopaki. Co oni do diabła wyrabiają? Minąłem kręgi i zobaczyłem obu przy przejściu. Robert, wyprostowany, wygięty wręcz, stał po drugiej stronie siatki i mocno odginał jej spód. Paweł ostrożnie, metodycznie napierał na dno blaszanej beczki, próbując ją przepchnąć na drugą stronę.

– Zgłupieliście? – syknąłem, podchodząc do nich. – Po co wam ta beczka? Zastawiliście drogę.

Robert popatrzył na mnie nieprzytomnie.

– Silnik, dysza – szepnął. – W środku jest jeszcze trochę smoły.

Widać było, że dziura pod siatką jest odrobinę mniejsza niż średnica beczki, spróbowałem więc złapać drut i wspólnie z Robertem odgiąć go trochę. Przeszkadzaliśmy sobie, ciągnąc z obu stron ogrodzenia, więc cofnęliśmy przyszły silnik naszego statku, przeszedłem do Roberta na zewnątrz i spróbowaliśmy jeszcze raz. Paweł był trochę większy ode mnie (ja byłem trochę wyższy od Roberta), a dzieciństwo spędzone na wsi dało mu sporo siły, więc beczka ruszyła raźniej po pozbawionej przeszkód drodze. W pewnym momencie Kolano zorientował się, że odcięliśmy mu drogę ucieczki. Zwykle starał się być możliwie ostrożny, ale tym razem, zdenerwowany, stęknął i przepchnął beczkę jednym mocnym ruchem, zgrzytając nią niemiłosiernie o druty siatki i płynnie opadając na czworaka, po to by przebiec niczym pies na bezpieczną stronę.

Przypomniało mi się, że takie same beczki, buchające czarnym dymem przemieszanym z językami płomieni, stały jakiś czas temu przy jednym z niższych budynków. Jedni mówili, że to do smołowania dachu, inni, że do łatania dziur w asfalcie. Dla nas najważniejsze było to, że gdy robotnicy znikali, można było ze środka wyciągnąć patykiem kawałek ciepłej, czarnej mazi; rozciągając go nieco i czekając cierpliwie, aż stwardnieje robiło się z niego kometę. Komety latały wysoko i długo zachowywały plastyczność, dopiero po paru dniach stawały się kruche i rozpadały przy zderzeniu z betonem na opalizujące kawałki.

Transport silnika na kosmodrom trwał dobrą godzinę.

 

*

 

Bardzo chcieliśmy mieć materiały pierwszej jakości, gdy jednak okazało się, że nie uda się ukraść z budowy równo przyciętych desek (postanowiłem milczeć o swoim odkryciu), obniżyliśmy trochę wymagania. Pozbieraliśmy po piwnicach i zagajnikach co lepsze kawałki drewna, rozebraliśmy też dwa przewrócone płoty i obok przykrytych folią foteli, beczki z resztkami smoły i kilku płyt falistego eternitu rosła powoli sterta budulca. Pożyczyliśmy dwie piły i wiertarkę ręczną, zdobyliśmy sporo gwoździ i szpulę sizalowego sznura. Spotykaliśmy się po szkole na działce Pawła i cierpliwie przycinaliśmy deski, odrzucając zbutwiałe i popękane fragmenty. Któregoś razu odwiedził nas tato Pawła, pan Kolański. Lubiłem go, bo traktował nas, dzieci, bardzo poważnie. Można było go zapytać o to, jak działa gaźnik i usłyszeć opowieść o tym jak zasysane ze świstem powietrze miesza się z miriadą maleńkich kropelek paliwa w gotową do eksplozji małą chmurę. Rakiety zupełnie go nie interesowały, kosmos też nie za bardzo, ale wyciągnął ze składziku na narzędzia spory kawał grubego papieru ściernego i pokazał nam, jak trochę oczyścić nim drewno i obiecał, że przyniesie puszkę bejcy albo farby, gdy powstanie już cała skrzynia kadłuba pojazdu.

– Dłużej postoi – powiedział. – Bejca wchodzi głęboko i nasącza drewno jak gąbkę, a potem jest mocniejsze.

– A nie zapali się? – zapytałem niemądrze.

– No, chłopaki. – Pan Kolański popatrzył na nas uważnie. – Jak wy tu chcecie działkę z dymem puścić, to zaraz wam ten pojazd rozbiorę!

– Nie, nie, proszę pana. – Zaczęliśmy protestować z przerażeniem. – To tak na niby. Nie będzie żadnego ognia!

Pamiętając o beczce – dyszy, miałem poczucie, że trochę jednak mijamy się z prawdą. Tato Pawła dał się uspokoić, udobruchać i opowiedział nam jeszcze, jak przybijać folię do desek przy pomocy papiaków i płaskich, romboidalnych podkładek.

Robert spisał się i przygotował w bloku technicznym, podpisanym “inż. kosm. Robert Gąsior”, całkiem przejrzyste plany konstrukcyjne. Głównym nośnikiem kadłuba statku kosmicznego miała być prostokątna rama podłogi, wzmocniona na rogach dodatkowymi deskami. Ten element wykonaliśmy w całości, okazało się jednak, że umocowanie pionowych filarów, na których oprzeć chcieliśmy strop, jest bardzo trudne. Nie mieliśmy dostatecznie długich kawałków drewna (przydałyby się ze cztery półtorametrowe calówki) a zdaniem Roberta, próby zbijania kilku deszczułek w belki skończyłyby się uzyskaniem konstrukcji mało odpornej na podmuchy wiatru, nie mówiąc już o surowych warunkach przestrzeni kosmicznej. Pan Kolański był chwilowo zbyt zajęty, żeby nam coś doradzić, a my już trochę znużeni codzienną pracą, odłożyliśmy więc narzędzia, postanawiając mieć oczy otwarte na nowe materiały i pomysły konstrukcyjne.

 

*

 

Pewnego poniedziałku postanowiłem wrócić ze szkoły drogą trochę inną, niż zwykle. Wiedziałem, że godzinne opóźnienie nie zaniepokoi rodziców, ponadto miałem dobrą wprawę w układaniu drobnych, uspokajających kłamstewek. Zresztą, nawet gdybym wprost powiedział, że wracałem dłużej bo miałem ochotę na spacer, nie byłoby problemu. W kłopoty natomiast wpakowałbym się, gdybym przyznał którędy postanowiłem wędrować. Najbardziej zakazane jest często najbardziej atrakcyjne i tak też było i tym razem. Opuściłem teren szkoły główną bramą i skierowałem się na północ, aleją morw, której chodnik w wakacje pokryty jest mozaiką czerwonych plam rozdeptanych owoców. W połowie kwietnia, gdy wiosna rozwinęła już swoje skrzydła, opieszałe morwy cały czas spały snem zimowym. Minąłem technikum chemiczne, z przeszklonym częściowo dachem i plątaniną rur na jednej ze ścian, i dotarłem do zabłoconej ścieżki, która schodziła pomiędzy wolnostojącymi domami aż do zadrzewionego, wysokiego wału. Wspiąłem się nań, ześlizgując się co kilka kroków ze żwirowo-ziemnej stromizny i zjechałem na tyłku na drugą stronę. Ostrożnie popatrzyłem na lewo i prawo i przekroczyłem pęk napiętych, stalowych cięgieł semafora ukrytych w trawie (zawsze trochę bałem się, że są pod napięciem). Znalazłem się na torowisku. W powietrzu unosił się zapach smoły drzewnej, którą nasycone były podkłady, a w niecce, którą tworzyły wznoszące się po obu stronach nasypy, panowała pełna spokoju cisza. Gdyby się dobrze wsłuchać, można było uświadomić sobie, że jest w niej coś złowieszczego; w każdej chwili mogła być przerwana przez metaliczny zgrzyt i turkot kół, przez przeraźliwy sygnał nadjeżdżającego pociągu. Patrzyłem przez chwilę na szyny, rude u spodu, lśniące na górze, zbiegające się za horyzontem w stronę Warszawy i skręcające łagodnie w lewo w kierunku domu. Nie chcę nigdy utracić tego uczucia, które wzbiera we mnie, gdy widzę odległy widnokrąg, choć być może jest to nieuniknione, tak jak odeszła przemożna chęć odepchnięcia się mocno od ziemi i wzbicia w powietrze, gdy uderzają we mnie silne podmuchy wiatru. W każdym razie wtedy serce przyspieszyło mi mocno i z żalem opanowałem się, by nie ruszyć na zachód, ścigając rozświetlające tory słońce. Westchnąłem, wszedłem na jedną z szyn i starając się nie tracić równowagi skierowałem się w stronę osiedla. Raz na jakiś czas musiałem zeskoczyć po dzikim a bezskutecznym wymachiwaniu rękami, ale w miarę upływu czasu nabierałem coraz większej wprawy. Po kilku minutach szedłem już prawie normalnym, pieszym tempem. Można było łatwo wpaść w rodzaj transu, patrząc jak podkłady przesuwają się pod nogami, jeden za drugim, przytwierdzone do szyn śrubami o grubych nakrętkach. To było trochę zdradliwe, więc raz na jakiś czas przystawałem i patrzyłem za siebie, poza tym cały czas nasłuchiwałem odległego echa pociągu.

Lokomotywa zwykle ostrzegała krótkim gwizdem samochody, które powinny cierpliwie stać przed dzwoniącym wniebogłosy i migającym światłami pająkiem na niestrzeżonym przejeździe. Jeden przejazd miałem za sobą, drugi (z chatką dróżnika) przed sobą, więc czułem się dość bezpiecznie. Usłyszałem w końcu odległe, mocne dzwonienie sygnalizacji, a po chwili dobiegło do mnie przeciągłe i nagle urwane wycie syreny. Obejrzałem się, trochę przestraszony, pociąg był jednak daleko i ledwie widać było zarys jego trójokiej maski. Wyciągnąłem z kieszeni mosiężną pięciozłotówkę (mój ojciec twierdził, że były bite w Leningradzie) i lekką, białawą złotówkę i położyłem je jedna na drugiej, pośrodku jednej z szyn. Do niedawna dołożyłbym kamień gdzieś z boku, ale od czasu dużej katastrofy na południu Polski żaden z nas tego nie robił; nie kładliśmy też śrub, nakrętek, ani niczego większego, dozwolone były tylko monety, spalone żarówki, buteleczki po lekach, drewienka i tym podobne. Zszedłem z nasypu, wdrapałem się na wał, usiadłem przy jednym z drzew i czekałem. Delikatne podzwanianie przewodów trakcji, charakterystyczne metaliczne ćwierknięcia szyn przeradzające się powoli w posuwiste i rytmiczne tętno: kolejne zwiastuny zapowiadały zbliżanie się pociągu. Przyjechał kilka minut później, bez jękliwych ostrzeżeń, które zdarzały im się, gdy maszynista zdążył wypatrzeć kogoś na torach. Zielona, kanciasta lokomotywa o bokach poznaczonych poziomymi wlotami powietrza, ciągnęła za sobą dwa wagony towarowe. Za nimi jechały długie platformy, na których ciężko przycupnęły dowiązane stalowymi linami czołgi. Patrzyłem na nie jak oniemiały, a pociąg jechał bardzo powoli. Czołgi wyglądały ślepo i nieruchomo, ale bardzo groźnie, przesuwając się przede mną jeden za drugim. Pochód wozów bojowych zakończyły dwa drewniane wagony towarowe, z których pierwszy zaopatrzony był w dymiący komin; wyobraziłem sobie, że to wagon mieszkalny, podobny do wozu w którym mieszkał stróż z budowy i być może miałem rację. Pociąg przejechał i odtoczył się w dal, a ja zszedłem na torowisko. Na wschodzie malało i znikało czerwone światełko ostatniego wagonu, a ja szukałem wśród kamieni moich monet. Znalazłem je w końcu i bardzo się ucieszyłem, bo złotówka nie rozpadła się, jak to miała w zwyczaju; pięciozłotówka wgniotła się w nią mocno i miałem w dłoni całkiem porządnie zespolony dwuwarstwowy metalowy placek. Wróciłem z powrotem na wał, nie mając chwilowo ochoty na spacer torami i próbując oddzielić od siebie obie części. Jeden z metali był twardszy, drugi bardziej miękki i byłem ciekaw, jak wygląda odcisk, ale gdy w końcu udało mi się rozerwać zlepione monety, okazało się, że obie są prawie całkiem gładkie od wewnętrznej strony. Dłuższy czas szedłem jeszcze wierzchem wału w stronę bliższego mojemu osiedlu przejazdu kolejowego. W końcu dotarłem do chatki dróżnika, obok której stał krzyżak sygnalizacji. Ten przejazd był bardzo rzadko uczęszczany, tory przecinała bita, sypana żwirem droga, przebiegająca obok działek i sadów, wnikająca w sosnowy lasek i łącząca się niedaleko garaży z osiedlowym parkingiem. Gdy mijałem działkę Pawła, nasz kosmodrom, zobaczyłem znajomą postać Roberta. Stał przy siatce i tłumaczył coś stojącej obok drobnej postaci, gestykulując i zapewne wskazując niewidoczny stąd zaczątek rakiety.

– Powinniśmy mieć wsporniki, bo na Księżycu jest dużo pyłu i można się zapaść. Tylko nie wiem jak je zrobić – Robert zauważył mnie i zamilkł.

W dziewczynce obok niego poznałem Anię z naszej klasy, tę samą, którą Paweł tak zręcznie uciszył podczas przygody w sali muzycznej. Robert miał ze sobą plecak i worek, a spod swetra wystawał mu kołnierz mundurka, przyszedł tu więc prosto ze szkoły. Jej chyba dziś nie widziałem na lekcjach.

– Cześć – powiedziałem.

– Cześć – odpowiedział Robert.

Czułem się trochę nieswojo. Pokazaliśmy rakietę jednemu, czy dwóm kolegom, ale to było co innego. Zapraszanie tutaj dziewczyny, w dodatku bez ustalenia tego z pozostałymi członkami załogi, było trochę nie w porządku. Ruszyliśmy razem w kierunku osiedla, bo Robert powiedział, że właśnie mieli wracać do domu.

– Wymyśliłeś coś z dachem? – zapytałem w końcu, bo zaczęło mi doskwierać milczenie.

– Nie… Tak. Nie jestem pewien jeszcze – powiedział Robert.

I szliśmy dalej, nic nie mówiąc. Dotarliśmy do lasku, gdzie spróbowałem się odłączyć.

– No dobra, to na razie. Idę zobaczyć czy mrowisko urosło – powiedziałem.

– Mrowisko? – Ania odezwała się po raz pierwszy.

– No, mrowisko. Nie znasz?

– Nie widziałam – wyglądała na speszoną.

– W ogóle nie widziałaś mrowiska? – zapytałem, trochę drwiąco.

Pokręciła głową.

– Widziałam, ale nie to.

– W zeszłym roku położyliśmy na mrowisku martwego ptaka – powiedziałem złośliwie. – Mrówki obrały go do kości w parę dni. Został dziób i szkielet.

– Skąd go wzięliście? – zapytała Ania.

Miałem nadzieję, że opowieść o truchle kawki ją przerazi, ale nic takiego się nie stało.

– Leżał na drodze, niedaleko stąd – wtrącił Robert. – Paweł go wziął na patyk i przynieśliśmy. Chcesz iść zobaczyć mrowisko?

Popatrzyłem na Roberta z zaskoczeniem, bo na pewno widział, że nie podoba mi się ta sytuacja. Klamka jednak zapadła i weszliśmy we trójkę na prowadzącą między drzewa ścieżkę. Ułamałem suchy patyk i obejrzałem go dobrze. Takie patyki można było w zasadzie podzielić na dwie grupy, w zależności od tego czy miały chwyt bardziej podobny do stena czy do błyskawicy. Ten który trzymałem w rękach był zdecydowanie stenem. Łatwo byłoby sobie wyobrazić, że jesteśmy partyzantami i przedzieramy się przez las, tuż pod nosem patroli niemieckich, ale nie mieliśmy przed sobą długiej drogi i wkrótce dotarliśmy do mrowiska. To był naprawdę spory kopiec, narosły na spróchniałym pniu drzewa. W blasku popołudniowego słońca widać było pracowicie biegające po nim mrówki. Gdy przyjrzeć się lepiej, można było zobaczyć kilka większych otworów prowadzących w głąb, roztaczającej delikatny, octowy zapach, piramidy. Nachyliliśmy się nad nią, strzepując co jakiś czas nazbyt ciekawych mrówczych zwiadowców z butów i łydek.

– W środku jest na pewno cały labirynt – powiedziałem. – To są wejścia do środka. Widzicie te większe mrówki przy otworach?

– Może i są większe. Chyba mają większe głowy. – Zgodził się Robert.

– No właśnie. Pilnują wejścia, żeby żadna obca mrówka nie wlazła do środka. Jak coś wyczują, to ciach i nie ma łba.

– A mają żądła? – zapytał Robert.

– Nie wiem. – Przyznałem.

– A latające mrówki? – zapytała Ania – To naprawdę przyszłe królowe?

– Tak, niektóre z nich. A najciekawsze jest to, że lądują na mrowiskach mniejszych mrówek, wchodzą do środka, zabijają królową i zajmują jej miejsce. – Zapaliłem się. – Składają dużo jajek i już tam rządzą.

– Czy wszystkie mrówki słuchają królowej? – zapytała Ania.

– No, chyba muszą – powiedziałem.

– A jak ona do nich mówi? – ciągnęła.

– Nie wiem dokładnie… – Zastanowiłem się. – Pewnie po prostu wszyscy wiedzą co powinni robić. Poza tym one się komunikują tak jakby zapachami.

– Zobaczcie, tutaj jest cała ścieżka – powiedział Robert, kucając. – Idą gdzieś do lasu. O, a tutaj jedna coś niesie w drugą stronę!

– Przynoszą jedzenie z polowania.

– W Pszczółce Mai brały mleko od mszyc – powiedziała Ania.

– Pszczółka Maja – prychnąłem. – Mrówki są jak armia i ciągle na coś polują. Potrafią zjeść żabę, jak nie ucieknie dość szybko.

– To okropne – szepnęła Ania.

Przez chwilkę tropiliśmy znalezioną przez Roberta mrówczą autostradę, ale po kilku metrach rozgałęziła się na wiele mniejszych; wydawało się, że najbardziej uczęszczana znika w krzewie jałowca.

– Skąd wiesz tyle o mrówkach? – zapytała Ania.

– Przychodziłem tu z tatą i mi opowiadał. To mrowisko czasem rosło, a czasem malało. Kiedyś z boku zrobiło się jakby drugie, malutkie, a potem się zlepiły.

– Pewnie jedne zjadły drugie – rzucił obojętnie Robert, który na lekcjach przyrody nie potrafił odróżnić liścia klonu od liścia dębu.

– Tata mówi, że kosmici są jak mrówki – powiedziałem trochę bezmyślnie i zaraz zrobiło mi się głupio. – Czemu nie byłaś w szkole? – zapytałem szybko.

– Wróciłam za późno – powiedziała. – Byłam w Gdańsku.

– Nad morzem? – zapytałem z zazdrością, bo nigdy nie widziałem Bałtyku.

– Nie, w mieście… Mój tato tam mieszka.

– On mieszka tam a ty tutaj? – zdziwiłem się.

– Twój ojciec widział kosmitów? – zapytał Robert. – Wyglądali jak mrówki?

– Jesteś idiotą – zezłościłem się.

Szliśmy powoli przez las, w stronę osiedla. Iglasta ściółka ustąpiła miejsca pod naszymi stopami plamom srebrnego mchu.

– Chodzi o to, że są zupełnie inne od nas, prawda? – zapytała nagle Ania.

– Chyba tak – odparłem po chwili, bo cały czas byłem trochę obrażony. – Wyobraźcie sobie mrówkę wielkości człowieka. Może kiedyś takie biegały, bo to… – Pochyliłem się i pokazałem zieloną plamę widłaków. – były lasy.

– E, chyba nie – powiedział sceptycznie Robert. – Ale to rzeczywiście byłby koszmar. A wiecie, że w Ameryce są radioteleskopy, przez które próbują usłyszeć kosmitów?

Wracając, przerzucaliśmy się pomysłami, jak może wyglądać fauna i flora na obcych planetach, budując wizje latających ośmiornic, planet pokrytych w całości oceanem, żelaznych asteroid na których mieszkały roboty o głowach najeżonych antenami.

 

*

 

– Chciałbym mieć taki warsztat – westchnąłem, przeglądając nowy numer Młodego Technika.

Co miesiąc, mniej więcej w jego połowie, rodzice odbierali z kiosku grubą, tekturową teczkę, która była podpisana i bardzo cenna, więc po opróżnieniu szybko wracała do szuflady pani kioskarki. W środku czekała wykupiona przez nas prenumerata, w tym Świat Młodych i Młody Technik, na które czekałem z ogromną niecierpliwością. Świat Młodych czytałem szybko i zachłannie, zaczynając od komiksu na ostatniej stronie, Młody Technik był trudny i byłem w stanie zrozumieć tylko część tekstów. Próbowałem wczytać się we wszystko, zwykle dochodząc najdalej do jednej trzeciej, zanim całkiem traciłem wątek. Przeglądany artykuł opowiadał o tym, jak zbudować podwieszane półki do garażowego warsztatu i opatrzony był pięknymi schematami i trochę mniej czytelnymi, ziarnistymi zdjęciami.

– Mieliśmy dobry warsztat na wsi – powiedział Paweł – jeszcze po dziadku.

Kolano rzadko wspominał dzieciństwo na wsi. Mieszkał w blokach już na tyle długo, że stał się pełnoprawnym miastowym i nikt nie próbował mu dokuczać. Wcześniej bywało różnie, bo istniał niepisany podział pomiędzy “miejskimi” i “wieśniakami” dojeżdżającymi do szkoły z okolicznych miejscowości.

– Mieliście garaż? – zapytał Robert.

– Nie tylko. – Paweł cierpliwie mieszał i ubijał saletrę z cukrem. – Tata naprawiał wszystkie maszyny w okolicy. Parę zawsze stało na podwórku, pod daszkiem.

– A kto teraz tam mieszka? – zapytałem.

– Wujek. – Wzruszył ramionami Paweł. – Ale nie jest mechanikiem, tylko sadownikiem. Pamiętacie te jabłka które przyniosłem w zeszłym roku? To od niego. Ojciec teraz pracuje w PKS-ie.

Siedzieliśmy u Roberta, szykując prototyp silnika manewrującego z małej puszki po mleku skondensowanym, cukru pudru, saletry i odrobiny sody. Miałem duże wątpliwości co do tej konstrukcji. Wyobraźnia podpowiadała mi, że paliwo skarmelizuje się i podziała niewiele dłużej niż zwykłe bączki z korków od wódki. Uważałem zresztą, że te ostatnie byłyby całkiem dobrymi silnikami bez żadnych usprawnień. Powstała jednak różnica zdań, konieczne więc były badania eksperymentalne. Zsypaliśmy drobny, niemal mączny proszek do puszki i przykryliśmy ją wieczkiem. Robert, mój oponent w kwestii spalania paliwa, zamyślił się nad tym, w którym miejscu przebić puszkę.

– Chcę zrobić cztery otwory. O jeden więcej, niż w bączku. – Zdecydował. – Tylko nie wiem, czy lepiej dziurawić denko, czy pokrywkę.

Wspólnie doszliśmy do wniosku, że przebijemy pokrywkę. Miało to stworzyć dodatkowy mechanizm bezpieczeństwa w razie, gdyby moc silnika była nadspodziewanie duża.

– Zrobimy to na dworze – powiedział Robert. – Lepiej nie hałasujmy, bo mama śpi. Weźcie młotek i gwóźdź, a ja załatwię zapce.

Było późne popołudnie, ciepłe i bezwietrzne. Wędrowaliśmy w stronę działek, a ja myślałem o domu Roberta. Odwiedzaliśmy go dość często, planując kolejne etapy misji i elementy pojazdu. Ojciec Roberta wracał z pracy bardzo późno, zwykle wieczorem. Wydawał się miły i raz czy dwa razy zajrzał do nas, do pokoju. Robert był do niego bardzo podobny, drobny, smagły i ciemnowłosy. Mama Roberta była blondynką, niewiele niższą od męża. Stale zmęczona, kładła się spać po obiedzie i nie wstawała przed naszym wyjściem. Robert mówił, że odsypia dyżury, bo była pielęgniarką w szpitalu. Ja miałem jednak wrażenie, że chodzi o coś innego. Gdy podczas którejś z wizyt poszedłem do łazienki, zobaczyłem mamę Roberta przez niedomknięte drzwi sypialni, gdy stała przy drzwiach balkonu, wpatrzona w ulicę. Coś w widoku tego ciemnego pokoju i jej zgarbionych pleców dotknęło mnie do głębi i nie potrafiłem ani go zapomnieć, ani dobrze zrozumieć. Po głowie krążyło mi złe, brzęczące jak szerszeń słowo, zasłyszane w rozmowach dorosłych – rozwód.

Tymczasem doszliśmy do zagajnika, który miał być naszym poligonem doświadczalnym. Okalający niedużą polanę wieniec drzew dawał nadzieję na wytłumienie hałasu. Z jednej strony przylegała do niego szkółka świerków, ciągnąca się do nieodległych już ogródków działkowych, z drugiej zaś kruszący się mur cmentarza żydowskiego. Zdarzało nam się przechodzić na jego drugą stronę i krążyć pomiędzy spękanymi macewami pokrytymi dziwnym, czasem przypominającym zamrożone płomyki pismem. Wśród planów na przyszłość mieliśmy doczekanie północy na cmentarzu. Musielibyśmy jednak dobrze się ukryć, bo zgodnie z podwórkowymi opowieściami nieraz odbywały się tam spotkania satanistów, o czym miały świadczyć pojawiające się czasem ślady roztopionych świec przed centralnym obeliskiem i wędrujące po nagrobkach kamienie. Odkąd rozpoczęliśmy pracę nad rakietą, a ja treningi pilota, moja wiara w istnienie satanistów, czarownic i duchów spadała jednak systematycznie.

Cztery mocne uderzenia młotkiem w łebek dużego “trumiennego” gwoździa pozostawiły cztery otwory w pokrywce puszki. Umieściliśmy ją w głębokim na dwie dłonie dołku po wyrwanej kępie trawy, a w poszerzony dodatkowo otwór wetknęliśmy lont ze skręconej gazety. Po kilku próbach okazało się, że nie jest to dobre rozwiązanie, bo płomyk uparcie nie chciał schodzić w dół, położyliśmy więc na ładunku kulę pogniecionego papieru i dołożyliśmy kilka garści suchych patyków. Eksperyment obserwowaliśmy z linii drzew. Jasny początkowo płomień szybko przygasł, słychać jednak było trzaskanie suchych drewienek, czekaliśmy więc cierpliwie. Wszystko zaczęło się od suchego syku, po którym z dołu podniósł się jasny obłok, przegnany po chwili pióropuszem ciemniejszego dymu. Pióropusz rósł dwie, trzy sekundy, po czym nagle opadł. Moment później rozległ się stłumiony huk, z dołu wystrzeliła pokrywka, a za nią chmura pyłu, przetykana migoczącymi iskrami. Wszyscy trzej krzyknęliśmy – trochę ze strachu, ale bardziej z wrażenia. Gdy dym opadł, ostrożnie podeszliśmy do dziury i rozgrzebaliśmy patykiem palenisko. W nozdrza wwiercał się zapach spalenizny. Puszka pozostała na samym dnie, była jednak pogięta i nie nadawała się do powtórnego użycia. Pokrywki nie próbowaliśmy nawet szukać. Bez żalu przyznałem rację Robertowi, bo ani drobina paliwa nie przetrwała eksplozji. Doszliśmy jednak do wniosku, że eksperyment, choć udany, pokazał, że konstrukcja jest zbyt silna, jak na silnik manewrowy.

– Wystarczy nam główny ciąg – powiedział inżynier Robert i zgodziliśmy się z nim.

– A co ze ścianami i dachem? – zapytałem.

– Ja wiem – wtrącił się Paweł. – Zapytałem ojca i powiedział, że znajdzie dla nas osiem kątowników, jak powyrywamy chwasty z grządek.

– Aha – powiedział Robert. – Super.

– A co to jest kątownik? – zapytałem, trochę wstydząc się niewiedzy.

– Taki zgięty kawałek żelaza, jak, no… – zawahał się Paweł – kolano. – Zaśmiał się. – Przybijasz jedną część do belki, a druga jest zgięta w górę i możesz przyczepić tam deskę. Chyba zostały ojcu ze starej szklarni.

– Myślałem sobie… – powiedział Robert po dłuższej chwili marszu – że powinniśmy mieć lekarza pokładowego. Jak na misji arktycznej, na wszelki wypadek.

– A kto miałby nim być? – zdziwiłem się. – Kolano jest nawigatorem, ja pilotem, a ty inżynierem.

– Ta Ania chciała – wytłumaczył Robert, czerwieniąc się. – Powiedziałem jej, że was zapytam.

– Zwariowałeś? – wypalił Paweł. – Po pierwsze dziewczyna, po drugie zaraz nas podkabluje.

– Nie podkabluje. Zresztą nieważne, powiem jej, że nie ma miejsca na pokładzie.

Szliśmy dalej, nie rozmawiając. Minął nas działkowicz na obwieszonym wiadrami motorowerze, a ja doszedłem do wniosku, że chcę poprzeć Roberta.

– Myślę, że to dobry pomysł – powiedziałem. – Powinniśmy mieć lekarza albo sanitariuszkę, a Ania jest w porządku. Wtedy w szkole nie powiedziała nikomu. Poza tym pomoże w pieleniu.

Paweł westchnął, ale nie protestował już, bo zrozumiał, że został przegłosowany.

 

*

 

Połowa maja przyniosła ciepłą, słoneczną pogodę i delikatne podmuchy wiatru, nabierające mocy w ciemnych przejściach pomiędzy blokami. Zbyt wcześnie było, by myśleć o wakacjach, choć te nadchodzące miały być dla mnie wyjątkowe. W tym roku po raz pierwszy pojadę na kolonie, nad morze. Większość kolegów miała już za sobą ten chrzest bojowy i choć zazdrościłem im podkolorowanych zapewne przygód, wiedziałem też, że pierwsze listy, które słali do rodziców, były zwykle pełne próśb o jak najszybsze przywiezienie ich z powrotem do domu. Miałem jechać do Rogowa z Kolanem i kilkorgiem innych dzieci, których rodzice pracowali w PKS-ie, zakładach naprawy taboru kolejowego i zakładach farmaceutycznych. Te trzy miejsca, rozrzucone wokół dworca kolejowego, stanowiły większość miejsc pracy rodziców z naszej klasy. W ramach zachęty i przygotowania do morskich kąpieli dostałem w prezencie nieco nieszczelną maskę nurkową z grubym szklanym wizjerem i fajką z czarnej, mocno pachnącej gumy. Pierwsze testy w wannie przebiegły pomyślnie i wyobrażałem sobie, jak przyjemnie będzie przepatrywać kamieniste dno morskie w poszukiwaniu skarbów. (Już nad morzem okazało się, że maski są zabronione, a toń Bałtyku wyraźnie różni się od wyobrażonego karaibskiego błękitu).

W tamtych czasach promocja do następnej klasy nie spędzała snu z powiek niemalże nikomu. Pomimo, iż próbowano nas nauczyć przyrody, języka polskiego, rachunków, plastyki i kilku innych rzeczy, to w praktyce oczekiwano od nas tylko tego byśmy byli w stanie przeczytać na głos czytankę i wykonać kilka prostych operacji arytmetycznych. Dla większości z nas szkoła była więc miejscem, gdzie należało się wykazać pewną dyscypliną w ciągu trwania lekcji, po to by móc oddawać się brawurze na przerwach. Inaczej wyglądało to w ostatnich ławkach, permanentnie zajmowanych przez Tygrysa oraz najpierw obie, a później tylko jedną z sióstr B. Sporadycznie zsyłano tam na jedną pełną lekcję nieodpowiednio zachowujących się uczniów.

Tygrys był niskim, chudym chłopcem o szopie słomianych włosów i głęboko osadzonych, niebieskich oczach. Zamiast przepisowego mundurka nosił, również dozwolony, niebieski sweter z naszytą na rękawie tarczą szkoły. Był zwykle roześmiany i często jego śmiech nie zwiastował niczego dobrego. Tygrys lubował się w dokuczaniu słabszym, choć w naszej klasie nie było takich wielu. Cieszyło go, gdy płakałeś po rozbiciu sobie kolana, gdy upuściłeś kanapkę, lub dostałeś w skórę od rodziców albo starszego kolegi. Poza nauczycielami, nikt nie używał jego imienia. Na pseudonim zasłużył sobie okazaną kilka razy brutalną i rozpaczliwą walecznością. W większości przypadków solówka po szkole, czy bójka na korytarzu miały podobny przebieg – ot, z dwóch tarzających się po ziemi kolegów jeden zdobywa przewagę i rozkłada drugiego na łopatki albo łapie w mocny chwyt. Następnie odbywa się niechętne poddanie i stwierdzenie przegranej; do prawdziwego pogodzenia dochodzi w ciągu dwóch – trzech tygodni. Z Tygrysem sprawa była inna – nie wdawał się w zapasy czy przepychanki, zaciśniętą pięścią tłukąc przeciwnika mocno w twarz i próbując kopnąć go w najczulszy punkt. Zdarzyło mi się bić z nim tylko raz, na korytarzu, i stojąc naprzeciw niego naprawdę się bałem, choć górowałem nad nim wzrostem, siłą i wagą. Jego przewagą była natomiast zaciekła, ponura nienawiść malująca się w chabrowych oczach. Gdy po raz pierwszy położyłem go na podłodze, zamiast oddać mi zwycięstwo uwolnił rękę, próbując sięgnąć do mojej twarzy. Poddał się w końcu, po minucie szamotania się jak ryba, tylko po to by ponownie rzucić się na mnie, gdy tylko wstaliśmy. Z niewielkimi zmianami sytuacja powtórzyła się jeszcze dwa razy, nim zostaliśmy rozdzieleni przez wracającą do sali nauczycielkę. Przez następne dwa tygodnie, ilekroć spojrzałem w stronę Tygrysa, napotykałem jego zimne oczy, patrzące na mnie z dorosłą wrogością. Wiedziałem, że obmyśla zemstę i bałem się; później jednak zapomniał o mnie, a ja odetchnąłem z ulgą. Tygrys bywał w szkole falami – kilka tygodni, po których znikał na dłuższy czas. Jak do tej pory, te dobrze trafione przyboje przenosiły go z klasy do klasy, wiadomo było jednak, że wkrótce to się skończy.

Siostry B. były mało podobnymi do siebie bliźniaczkami. Ich mundurki były zwykle pomięte i poprzypalane, a one same roztaczały trudny do określenia ciężki zapach. Każda wizyta higienistki w naszej klasie kończyła się tak samo: obie dziewczyny kierowane były na odwszawianie, po czym ich włosy robiły się bardziej płowe a zapach jeszcze bardziej chemiczny. Nie pamiętałem, jak miały na imię i nie widziałem, by rozmawiały z kimkolwiek. W tym roku jedna z nich zniknęła tuż po rozpoczęciu zajęć i nie pojawiła się więcej. Druga, o twarzy z której nie schodził niepewny, łagodny uśmiech, uczęszczała na wszystkie zajęcia, na prawie każdych zbierając dwójki za brak odpowiedniego zeszytu, pracy domowej, czy cyrkla. Mój dziecinny wtedy umysł odkładał zrozumienie niektórych obrazów na później, do dorosłości. Zapisywał je jednak tak mocno w pamięci, że dziś potrafię przywołać przed oczy wyobraźni uśmiech B. i wiem, że w szkole wszystko wokół wydawało jej się piękne. Mam tę pewność, bowiem dwa lata później, gdy mój ojciec kupił używanego poloneza, odwiedziliśmy zakład wulkanizacyjny ojca sióstr B. Z gorejącego w głównej części przykrytego żelazną kratą paleniska unosił się gęsty, czarny dym, próbując znaleźć ujście w otworze w sklepieniu. Obok paleniska stał zestaw kotłów, gotowych do zaczepienia na wiszących nad ogniem łańcuchach. Pod jedną ze ścian leżały pasy ciemnej gumy pociętych dętek i zerwanych bieżników, pod drugą zaś piętrzyły się czekające na naprawę opony. W niszy przy wejściu stały zarzucone narzędziami stoły warsztatowe, a obok nich siedziała ona. Z początku nie zwróciła na mnie uwagi, nie skupiona na niczym. Po chwili jednak mnie poznała i na jej twarzy wykwitł ten sam łagodny uśmiech, co w szkole. Nie podszedłem się przywitać, bo nie wiedziałem, co mógłbym powiedzieć. Gdy wracaliśmy do samochodu, ojciec mruknął:

– Jak w piekle. Żal mi tego dzieciaka.

Przed skończeniem szkoły zobaczyłem ją jeszcze kilka razy na korytarzach. Zostawiliśmy ją w tyle na którymś z etapów, podobnie jak Tygrysa. Jej siostry nie ujrzałem już nigdy.

 

*

 

Kątowniki okazały się być strzałem w dziesiątkę, choć musieliśmy trochę zmodyfikować pierwotne plany i dołożyć do mających dźwigać przyszły dach filarów ukośne belki, wzmacniające całą konstrukcję. Ponadto pochyliliśmy nieco ścianę w części dziobowej, by pojazd przybrał kształt bardziej zbliżony do kapsuły kosmicznej, a mniej do dość topornej, drewnianej altanki. Sterta budulca topniała i rosła, w miarę kolejnych zrywów pracy i wypraw po materiały. Gdy ściany urosły w końcu do planowanej wysokości niemalże dwóch metrów, zaznaczyliśmy na nich białą farbą linię planowanego stropu i mozolnie przycięliśmy nierówne deski. Odwiedzający czasem działkę ojciec Pawła podsunął nam, jak powinniśmy zabrać się za budowę dachu.

– Po pierwsze, musicie zrobić oczep na każdej ze ścian. W tym celu pociągniecie poziomo wzdłuż szczytu jeszcze jedną linię desek. Potem do tej linii przybijecie poziomo deski, na których będziecie mogli oprzeć belki dachu. Wystarczą dwie belki, żeby położyć na nich eternit.

Tłumacząc, pokazywał nam, co mamy robić, a my próbowaliśmy zapamiętać jak najdokładniej. Odtworzyliśmy to później u Roberta, przygotowując kolejną wersję planów konstrukcyjnych. Coraz lepiej rozumieliśmy, ile nieistotnych na pierwszy rzut oka szczegółów pełni pierwszorzędną rolę w tym, by ściana nie runęła pod najmniejszym obciążeniem. Skomplikowana współpraca wsporników, zastrzałów i pionowych belek wprowadzonych dodatkowo w naroża pojazdu wzmocniły go tak, że niestraszne były mu ani zimna próżnia, ani opierający się o ścianę kosmonauta. Doktor pokładowy Ania okazała się być umiarkowanie przydatnym budowniczym, bo nie miała wprawy w posługiwaniu się narzędziami i wiele siły. Potrafiła jednak pieczołowicie rozciągnąć i umocować grubą folię w tylnym iluminatorze. Zaproponowała również, by wykonać szybę kokpitu z podobnej folii, naciągniętej na drewnianą ramkę. Taka szyba nie była zbyt przejrzysta, ale dawała się łatwo zamontować i podnosić w razie potrzeby. Większą część konstrukcji wykonała sama, z pozyskanych w sobie tylko znany sposób listewek, naszych papiaków i miedzianego drutu. Nie miała za to okazji sprawdzić się jako lekarz pokładowy, choć stworzyła podwaliny apteczki, przynosząc paczkę gazy i zwinięty bandaż. Obite kolana i przytrzaśnięte palce nie wymagały bowiem skomplikowanych procedur medycznych, nie ufaliśmy natomiast jej umiejętnościom na tyle, by pozwolić jej na usuwanie drzazg spod skóry.

Życzliwa wiosna cierpliwie czekała z pierwszą ulewą na moment, gdy dach przysłoni kadłub rakiety. Jak się okazało, nie mieliśmy dość eternitu, zastąpiliśmy go więc przykryciem z desek, uszczelnionym kilkoma przybitymi warstwami folii. Zgodnie z obietnicą, ojciec Kolana podarował nam dużą puszkę bejcy oraz dwa pędzle i wnet drewno pociemniało od cuchnącego rozpuszczalnikiem roztworu. Pozostało nam jeszcze do wykonania kilka kluczowych dla pojazdu elementów, ale to, co najważniejsze było już gotowe.

Gdy pewnego popołudnia spojrzałem przez okno na pochmurne niebo, domyśliłem się, że dziś możemy się spodziewać pierwszego sprawdzianu naszej konstrukcji. Odwiedziłem Pawła, który właśnie wstawał od obiadu i ruszyliśmy w stronę działek, wraz z zebraną po drodze resztą załogi. Gdy byliśmy mniej więcej w połowie drogi, wiatr zrobił się bardziej porywisty, niosąc ze sobą drobinki deszczu. Przyspieszyliśmy kroku, a potem zaczęliśmy truchtać. Dawno minęły czasy, gdy zostawałem w tyle na zajęciach wychowania fizycznego. Biegłem lekko na czele naszej grupki, oglądając się czasem z poczuciem dumy. Czułem się prawdziwym pilotem, znakomicie wyszkolonym asem kosmicznym, gotowym do ryzykownych, bohaterskich akcji. Dotarliśmy do rakiety chwilę przed tym, nim deszcz rozpadał się na dobre. Wskoczyliśmy do środka, wszyscy poza Robertem. W gęstniejącym deszczu nasz inżynier obszedł kadłub, lustrując jego powierzchnię i upewnił się, że iluminator i kokpit są dobrze zamocowane i hermetycznie zamknięte. Dopiero po tym wszedł na pokład, zmoknięty i z przylepionymi do czoła włosami, zamykając za sobą właz skoblem z patyka. Z niepokojem obserwowaliśmy strop, słuchając bijącego w folię deszczu, nie pojawiła się na nim jednak ani kropla. Odnotowaliśmy za to, że ściany wymagały uszczelnienia w kilku miejscach. Choć nie było jeszcze późno, burzowa pogoda i mało przejrzysta folia iluminatorów spowodowały, że w kabinie zrobiło się ciemno. Nie zgromadziliśmy jeszcze całego ekwipunku potrzebnego nam podczas podróży, na prowizorycznych półkach spoczywały już jednak dwie latarki – długa i mocniejsza miała oświetlić nam pustkę kosmosu, zamontowana z przodu rakiety, a płaska kabinę. Sięgnąłem po tę drugą i włączyłem ją. Wydało mi się słusznym, by ustawić kolorową przysłonę i wnętrze rakiety zalał czerwony blask.

– Bardzo dobrze – pokiwał głową Robert. – Światło w środku powinno być czerwone, bo nie odbija się w szybie i widać, co jest na zewnątrz.

– Coś w tym jest – zgodził się Kolano. – Jak jechaliśmy nocą samochodem, to zawsze po ciemku, żeby widzieć szosę.

– Jak jeździsz do Gdańska? – zapytałem Anię.

– Zazwyczaj pociągiem – odpowiedziała, zaskoczona. – Czemu pytasz?

– Na wakacje jedziemy z Pawłem na kolonie, nad morze – powiedziałem. – Ale nie wiem czym. Pewnie autobusem.

– No autobusem z naszego PKS-u – mruknął Kolano. – Jak inaczej?

– Autobusem robi mi się niedobrze – odparła Ania. – I nie tylko mi. Pamiętacie, jak jechaliśmy na wycieczkę do Żelazowej Woli i Tygrys narzygał na okno?

– Powinniśmy zrobić tu dziury do rzygania – zaśmiał się Robert. – Wiecie jak by to wyglądało bez grawitacji?

– Może zamiast silników manewrowych? – zaproponowałem. – Zwrot na lewą burtę!

Ania uchyliła drzwi i udała, że wymiotuje prosto w deszcz, po czym zasalutowała. Śmieliśmy się i wygłupialiśmy do końca burzy.

 

*

 

– Niewiele zostało nam do zrobienia – powiedziałem, przejmując od Roberta sfatygowaną suszarkę do ubrań, którą nieśliśmy na działki.

– Z tego będą baterie słoneczne – powiedział. – Ale chciałbym, żeby otwierały się ze środka rakiety.

– Łatwiej będzie je złożyć ze środka. Wystarczy sznurek i tyle.

– No tak, ale nie o to chodzi. W satelitach rozkładają się automatycznie, bo na przegubach mają silniczki. Ja mam pomysł, jak to zrobić przy pomocy dwóch sznurków. Suszarka, nasze baterie, składa się z dwóch części i się otwiera, nie?

– Jasne.

– Po pierwsze, przyczepimy ją do rakiety krótszym bokiem, tak żeby mogła się obracać. To będzie dodatkowy zawias. Wtedy będzie można złożyć baterie tak, że nie będą odstawać od ściany. Po drugie, przywiążemy sznurek do drugiego boku i do rogu rakiety, tak żeby można było wyprostować całą suszarkę… Brat Kolana powiedział, że można policzyć jak długi musi być ten sznurek, ale możemy po prostu zobaczyć, czy działa i go dociąć. Rozumiesz? – Pokiwałem głową, choć zgubiłem się już prawie całkowicie.

– Potem drugi sznurek przywiążemy do środka suszarki, do tego zawiasu. Jak się pociągnie za niego, ale w drugą stronę, niż jest przywiązany tamten, to skrzydła się otworzą. – Robert zatrzymał się i popatrzył na mnie nieco nieprzytomnie.

– Rozumiem – powiedziałem. – Choć lepiej będzie, jak to narysujesz.

– Tylko, że może otworzyć się za bardzo – powiedział, zamyślony. – I złoży się w drugą stronę.

– No tak – przyznałem.

– Trzeba będzie zrobić blokadę. Albo może jeszcze jeden sznurek, z drugiej strony… jak myślisz?

– Możemy zacząć od dwóch sznurków – powiedziałem autorytatywnie. – Będzie łatwiej.

Robert zgodził się ze mną i wyciągnął ręce po suszarkę, ale pokręciłem głową. Poniosę ją jeszcze trochę.

– Ani rodzice się rozwiedli? – zapytałem, a Robert pokiwał głową.

– Dawno temu? – dopytałem, ale wzruszył tylko ramionami.

– Słuchaj, mam pomysł – przypomniał sobie nagle. – Tylko nie mów jeszcze nikomu. Byłeś kiedyś w Warszawie?

– Raz, z wycieczką – powiedziałem.

– No to pojedziemy razem. Może z Kolanem, może nie. Ale chyba bez Ani – zamyślił się.

– Z twoim tatą?

– A skąd, sami. Powiemy rodzicom, że idziemy na noc do kolegi, może do Jarka, bo on nie ma telefonu. Pójdziemy na dworzec i kupimy bilety. Ty kupisz dwa, bo jesteś większy. Jakby ktoś pytał, to powiesz, że dla ciebie i mamy. No i pojedziemy.

Zakręciło mi się w głowie. Robert najwyraźniej oszalał, z drugiej strony pomysł wyprawy bardzo mi się podobał. Bałem się, ale czułem, że może to być przygoda życia.

– A co potem? Co będziemy robili? Musimy wziąć jakiś prowiant ze sobą, to na pewno.

– Spakujemy się. Pochodzimy po mieście, zobaczymy Pałac Kultury, pójdziemy do Składnicy Harcerskiej.

– Fajnie – powiedziałem niepewnie. – A kiedy wrócimy?

– Na noc, jak nam się znudzi. Wybierzemy ciepły dzień i zanocujemy w rakiecie.

Robert miał najwyraźniej wszystko zaplanowane i powoli poddawałem się jego entuzjazmowi. Czułem się jednak niepewnie, myśląc o pozostawionych w Miasteczku rodzicach. A co jeśli się dowiedzą? Będą źli, będą się o nas bali i będą rozpaczać. Na pewno pojadą na policję i sami ruszą w miasto, by nas szukać. Podzieliłem się wątpliwościami z Robertem, ale i na to miał odpowiedź.

– No to pójdziemy najpierw naprawdę ze dwa razy na noc do kogoś, aż się trochę przyzwyczają.

– A jak ich jednak najdzie, żeby nas sprawdzić?

– Boisz się? – zapytał drwiąco Robert. – Trzęsiesz grubym tyłkiem.

Nie odpowiadałem nic przez dłuższą chwilę, ale poczułem, że rośnie we mnie złość i zatrzymałem się. Robert również stanął i popatrzył na mnie. Byliśmy już niedaleko działek, na piaszczystej dróżce, niedaleko zagajnika w którym zdetonowaliśmy ładunek saletry.

– Tak samo się nie boję, jak ty w zamkniętej klasie Dzięcioła – wypaliłem. – O mało się nie zabiłeś. Czasem jesteś po prostu głupi. Trochę jak twój ojciec – dodałem – wszyscy mówią, że nie myśli zanim coś zrobi.

Oczy Roberta błysnęły i zacisnął pięści. Odłożyłem na bok suszarkę. Przez chwilę krążyliśmy wokół siebie i czułem, jak moje serce przyspiesza a policzki robią się gorące.

– Zawsze pakujesz się w kłopoty – powiedziałem. – Jak kretyn. A potem to tobie trzeba ratować tyłek.

Robert skoczył na mnie, ale odepchnąłem go mocno. Odzyskał równowagę, chwytając się gałęzi jałowca. Zaklął, otrzepał dłonie i skulony zaczął ponownie zbliżać się do mnie.

– Pomyśl chwilę – zasyczałem. – Jak płakałaby twoja mama, gdyby nie mogła cię nigdzie znaleźć. Myśleliby z ojcem, że ktoś cię porwał, jak w gazetach. Albo że znajdą cię na bagnach, albo na torach.

Tym razem spróbował mnie kopnąć, ale niezdarnie i udało mi się odskoczyć.

– Pierdoła – powiedziałem. – Nie umiesz się bić, ani grać w piłkę i zleciałeś na łeb z piorunochronu.

Robert ruszył na mnie nagle, wyprzedził mój zwód i skoczył do nóg. Pochwycił je razem i gruchnąłem na piach. Sczepiliśmy się i przetoczyliśmy kilka razy, próbując przycisnąć drugiego do ziemi. W ferworze walki Robert trzasnął mnie w zęby łokciem i poczułem smak krwi w ustach. Wściekłem się, wypchnąłem biodra i zrzuciłem go obok siebie, a następnie dosiadłem całym ciężarem. Szarpał się, próbując powtórzyć mój zręczny manewr, ale nie miał na to szans. Docisnąłem najpierw jego jedną, potem drugą rękę do ziemi.

– Poddajesz się? – zapytałem.

Patrzył na mnie bezsilnie, rozczochrany i z podrapaną buzią. Nie mówił nic. Wściekłość zniknęła z jego twarzy, a oczy powoli napełniły się łzami. Puściłem jego dłonie i wstałem. Robert usiadł. Wyciągnąłem do niego rękę, ale ją odtrącił. Podniósł się powoli, trzymając się za biodro. Splunąłem na ziemię krwawą śliną.

– Nie zleciałem z piorunochronu – powiedział. – A po wakacjach i tak przeprowadzamy się do Warszawy.

– Idziesz do innej szkoły? – zapytałem z odrobiną zazdrości. – Będziecie mieszkali w wieżowcu?

– Nie… tak – zaplątał się. – Zostaję w naszej klasie, bo na razie przeprowadza się tylko tata.

– Aha – zacząłem rozumieć. – A wy kiedy? – wzruszył tylko ramionami.

Podniosłem z ziemi suszarkę, oparłem ją o udo i wyciągnąłem do Roberta dłoń.

– Zgoda?

– Zgoda – uścisnął moją rękę po chwili namysłu.

– Zanieśmy już tę suszarkę.

– Dobra. – Zgodził się. – Krew ci leci z wargi – dodał z odrobiną dumy.

Machnąłem na to ręką i ruszyliśmy dalej w stronę kosmodromu.

 

**

 

Powoli zapadał zmierzch, a ciepły czerwcowy wiatr niósł zapowiedź wieczornego chłodu. Po trzech deszczowych dniach wreszcie doczekaliśmy się prawie bezchmurnego nieba. Rakieta była gotowa do startu, a załoga pozbawiona już obowiązków szkolnych i jeszcze w komplecie przed wakacyjnymi wyjazdami. Nawigator doprowadził nas do pustego kosmodromu i otworzył furtkę. Ruszyliśmy w stronę pojazdu, po poznaczonej płomieniami dawnych startów tafli betonu. Przez całą noc grube przewody tłoczyły do zbiorników paliwo hipergolowe; teraz leżały odłączone i rzucone niedbale pod ścianą jednego z budynków. Okrążyliśmy kadłub, uważnie lustrując chropawe burty. Burza, która przetoczyła się wczoraj nad kosmodromem niepokoiła Inżyniera. Wydawało się jednak, że instalacje odgromnikowe uchroniły pojazd przed piorunami.

– To są miliony woltów – powiedział. – I jedyne prawdziwe zagrożenie dla pojazdu, poza wybuchem paliwa.

Przykucnął przy dyszy, osmalonej podczas testów silnika, przesunął po niej dłonią i zamyślił się. Po chwili wstał, klepnął burtę i kiwnął głową.

– Wchodzimy na pokład – wydałem rozkaz.

Właz zamknął się za nami z cichym sykiem. W chłodnym, ciemnym wnętrzu rakiety panowała cisza. Sięgnąłem do pasa po latarkę i ruszyliśmy przez krótki korytarz śluzy. W sterowni wymacałem taster lamp pokładowych, nacisnąłem go i rubinowe światło rozjaśniło pomieszczenie. Usiadłem w fotelu pilota i przysunąłem do siebie drążek sterowniczy. Poruszałem nim delikatnie, próbując wyczuć odpowiedź milczącej i martwej rakiety.

– Teraz się nie przyda. – Uśmiechnął się Nawigator, który rozlokował się obok mnie i rozłożył na blacie stołu stertę map. – Droga prosta, do góry.

Inżynier i Doktor zajęli miejsca za nami, każde z nich wpatrzone w swój własny panel pełen zegarów i migających świateł.

– Uruchamiam zasilanie pomp – powiedział Inżynier, obracając klucz przełącznika.

Rakieta zadrżała, gdy składniki paliwa ruszyły w drogę, zatrzymując się tuż przed komorą spalania.

– Zgłaszam gotowość do startu – oznajmił.

– Patrzcie – powiedziała nagle Doktor, unosząc się lekko z fotela i wskazując na ekran iluminatora.

Zabarwiony żółcią, bliski pełni Księżyc wzeszedł ponad linię odległego lasu. Przesuwał się szybko, jak zwykle w początku swojej drogi od horyzontu po górowanie. W milczeniu patrzyliśmy, jak przybliża się do odległych linii wysokiego napięcia i spokojnie przepływa za nimi.

– Jeszcze się go naoglądamy – mruknął Nawigator. – Popatrzcie lepiej na tę plamę. Tam lądujemy. – Pokazał palcem.

Morze Jasności, Mare Serenitatis, ciemniało w środkowej górnej części tarczy Księżyca.

– Rozpoczynam odliczanie – powiedziałem, kładąc dłoń na dźwigni startowej.

Drżenie rakiety wzmogło się, gdy dodałem mocy. Rzuciłem okiem na zegary i obróciłem się w stronę załogi. Pamiętam ich dziś takich, jak wtedy – skupionych, odważnych i wpatrzonych w nasz odległy cel.

Obróciłem starter i zerwaliśmy okowy grawitacji.

Koniec

Komentarze

Ohouapssie, chciałabym abyś wiedział, że opowiadanie przekraczające 80000 znaków nie wchodzą do grafiku dyżurnych, a tym samym dyżurni na mają obowiązku ich czytać. Nie mogą też, choćby były świetne, być nominowane do piórek.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, dziękuję za informację. Opowiadanie jest ogromne, fakt. Opublikowałem je w nadziei, że będzie mu tu lepiej, niż w przysłowiowej szufladzie.

Ohouapssie, niebawem tu powrócę i przeczytam opowiadanie. Mam nadzieję, że będzie równie zajmujące jak W świat, na pięciu nogach. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ohouapssie, jak napisała już Reg, dyżurni nie muszą czytać tak obszernych tekstów. Zaczęłam jednak, zanim popatrzyłam na licznik i przyznaję, że zapowiada się ciekawie i żadnych większych baboli nie zauważałam. Na pewno doczytam i zostawię obszerniejszy komentarz, ale uzbrój się, proszę, w cierpliwość, bo to może trochę potrwać. :)

Właściwie największym zarzutem jest tutaj brak fantastyki, próbujesz ratować zakończeniem, ale to dalej nie jest fantastyka.

Poza tym, bardzo mi się podobało. Przeniosłam się w czasy własnego dzieciństwa, które mniej więcej na te czasy przypadło. Umiejętnie budujesz klimat. Udało Ci się coś, co nie wychodzi większości polskich autorów, to znaczy nie ma tu żadnych patriotycznych wstawek, żadnych politycznych odniesień. I to jest naprawdę ogromny plus.

Czytało się dobrze, gdzieś tam parę razy się potknęłam, ale ponieważ skopiowałam opko i wrzuciłam na czytnik, żeby sobie ułatwić sprawę, nie potrafię ci teraz powiedzieć, gdzie dokładnie. Napisane jest jednak całkiem nieźle.

Historia jest realistyczna, niewydumana. Postacie bardzo dobrze zarysowane, wszystkie te obyczajowe szczegóły, które dorzucasz, tworzą niezły klimacik, podobnie zresztą jak opisy osiedla i jego sąsiedztwa. Ciekawa jestem, czy to prawdziwa historia, czy fikcja, ale tak czy siak masz dar obserwacji ludzi i wyciągania z ich historii tego, co najważniejsze.

Narracja pierwszoosobowa nie jest łatwa i wielu ludzi zwyczajnie nie lubi tego typu tekstów, ale w tym wypadku nie przeszkadza.

Reasumując, naprawdę dobra robota.

Ohouapssie:)

Ależ masz nick, dwa razy sprawdzałam, miejsce „a”. Fajny:)

Podobało mi się Twoje opowiadanie. Dla mnie jest napisane dojrzałym językiem. Opowieść o bliskim mi marzeniu, a przy tym realizm przez wysycenie opka szczegółami technicznymi i związanymi ze szkołą, kolegami (no nie tylko, bo Doktor:)), rodzicami. Duża wiarygodność i nostalgia.

To prawda, że nie ma fantastyki, ale jednocześnie też jest ona obecna:)

Zauważyłam jakieś dwie literówki i w kilku przypadkach chyba podmieniłabym szyk, ale czytałam na telefonie. Kończyłam czytać już na komputerze, więc jedną z nich przytoczę

wspominał o dzieciństwie na wsi

chyba bez o?

 

Twoje opowiadanie jest odmienne od tych, które czytałam na portalu, jednak nie jest takim, kiedy porównuję go do innych (nieportalowych). Jest niespieszne, ale konsekwentne.

Ja zwrócę się o klika.

pzd srd:) 

PS. A i jeśli masz możliwość, to spróbuj też poczytać innych i pokomentować.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dziękuję Wam bardzo za czytanie i komentarze. Postaram się bardziej aktywnie włączyć w forum. Na razie nie wychodziło mi to, bo praca pożarła cały mój wolny czas :-(

Ohouapssie, udało Ci się cofnąć czas, a to sprawiło, że nagle poczułam się tak, jakbym była rówieśniczką Twoich bohaterów. I nic to, że nigdy nie marzyłam o podróży na Księżyc, że nie uczestniczyłam w budowaniu rakiety… Po prostu dobrze było przeczytać opowiadanie napisane tak, że cały czas miałam wrażenie, że słucham relacji ówczesnego nastolatka, wzbogaconej wspomnieniami szkolnych wydarzeń, urozmaiconych udziałem jakże żywych postaci, że wspomnę pana od śpiewu, Tygrysa, czy siostry B. Opowiadanie uatrakcyjniają trafne obserwacje otoczenia i codziennego życia przyjaciół. Spodobały mi się rozmowy chłopców i znakomicie opisane kolejne etapy zdobywania materiałów, a potem budowania prototypu rakiety.

Może w opowiadaniu brakło fantastyki, ale jest ono nasycone swoistą magią, za sprawą której mogłam odbyć wędrówkę w czasie. ;)

Wykonanie pozostawia trochę do życzenia, ale mam nadzieję, że kiedy opanujesz zapis dialogów, poprawisz interpunkcję i ustrzeżesz się potknięć, Twoje opowiadania będzie się czytać z jeszcze większą przyjemnością. ;)

 

Nie­dłu­go ktoś za­bie­rze się za wy­pa­la­nie sta­rych traw… ―> Nie­dłu­go ktoś za­bie­rze się do wy­pa­la­nia sta­rych traw

http://portalwiedzy.onet.pl/140056,,,,brac_sie_wziac_sie_do_czegos_brac_sie_wziac_sie_za_cos,haslo.html

 

Po­dzie­li­li­śmy pół­noc­no – wschod­nią część ko­pu­ły nieba… ―> Po­dzie­li­li­śmy pół­noc­no-wschod­nią część ko­pu­ły nieba

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy; bez spacji.

 

Przy­cho­dzi­ło mi to z trud­no­ścią, bo myśli ucie­ka­ły mi szyb­ko w stro­nę ma­rzeń. ―> Czy oba zaimki są konieczne?

 

świe­cą­cą krop­kę, spo­koj­nie pły­ną­cą wzdłuż nie­bo­skło­nu. ―> Nie wydaje mi się, aby coś mogło poruszać się wzdłuż lub wszerz nieboskłonu.

Proponuję: …świe­cą­cą krop­kę, spo­koj­nie pły­ną­cą po nie­bo­skło­nie.

 

jasny punkt za­to­czył już sporą część swo­jej drogi po nie­bie. ―> Jak można zatoczyć drogę?

Proponuję: …jasny punkt przebył/ pokonał już sporą część swo­jej drogi po nie­bie.

 

dom dla kilku ludzi – ko­smo­nau­tów… ―> …dom dla kilku ludzi-ko­smo­nau­tów

 

Po­że­gna­li­śmy się w wą­skim prze­smy­ku po­mię­dzy blo­ka­mi. ―> Masło maślane – przesmyk jest wąski z definicji.

Proponuję: Po­że­gna­li­śmy się w prze­smy­ku/ wąskim przejściu po­mię­dzy blo­ka­mi.

 

serce wy­ry­wa­ło mi się już z klat­ki pier­sio­wej, nie mo­głem zła­pać od­de­chu a kolka wier­ci­ła mój lewy bok. ―> Drugi zaimek jest zbędny.

 

Gdy do­bie­głem do śmiet­ni­ka i sto­ją­ce­go obok niego trze­pa­ka, które rów­no­cze­śnie były po­sto­jem tak­só­wek, byłem znowu zmę­czo­ny. ―> Zdanie nie brzmi to najlepiej. Powtórzenie.

Proponuję: Gdy do­bie­głem do śmiet­ni­ka i sto­ją­ce­go obok trze­pa­ka, będących po­sto­jem tak­só­wek, byłem znowu zmę­czo­ny.

 

ze­rwa­ną gą­sien­ni­cę i otwar­ty właz na wie­życz­ce… ―> …ze­rwa­ną gą­sie­ni­cę i otwar­ty właz na wie­życz­ce

 

wzno­sił się ku niebu po zwy­cię­skim nur­ko­wa­niu.

Pró­bo­wa­łem jesz­cze wy­pa­trzeć na nie­bie rze­ko­my sa­mo­lot… ―> Powtórzenie.

Może w pierwszym zdaniu wystarczy: …wzno­sił się po zwy­cię­skim nur­ko­wa­niu.

 

– Pewno tak. Nie brzmia­ło jak Iskra.

– Cie­ka­we jak wy­so­ko można po­le­cieć Mi­giem. ―>

– Pewno tak. Nie brzmia­ło jak iskra.

– Cie­ka­we jak wy­so­ko można po­le­cieć mi­giem.

Nazwy samolotów zapisujemy małymi literami. http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

– Teraz można.Upie­ra­łem się. ―> – Teraz można – upie­ra­łem się.

Upór słychać w głosie. Tu znajdziesz poradnik, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

Tato Hen­dry­ka miał mo­to­cykl, czar­ne­go, ry­czą­ce­go Ju­na­ka. ―> Tato Hen­dry­ka miał mo­to­cykl, czar­ne­go, ry­czą­ce­go ju­na­ka.

 

(Na­tych­miast gdy tylko zdję­li mu gips, wsiadł na rower i po­pę­dził po­wtó­rzyć próbę, tym razem po­myśl­nie.) ―> (Na­tych­miast gdy tylko zdję­li mu gips, wsiadł na rower i po­pę­dził po­wtó­rzyć próbę, tym razem po­myśl­nie).

Kropkę stawiamy po zamknięciu nawiasu.

 

– Też, ale i bez wszyst­ko było widać. ―> Czy tu aby nie miało być: – Też, ale i bez niczego wszystko było widać.

 

gdy mój roz­pę­dzo­ny, odra­pa­ny Wigry 3 od­ry­wał się… ―> …gdy mój roz­pę­dzo­ny, odra­pa­ny wigry 3 od­ry­wał się

 

z uwagi na osobę pro­fe­so­ra Dzię­cio­ła, na­uczy­cie­la mu­zy­ki. ―> Zdaje mi się, że w szkole podstawowej nauczycieli nie nazywa się profesorami.

 

Potem znik­nął, za czym stała pro­fe­sor­ka przy­ro­dy i hi­gie­ny… ―> Jak wyżej.

 

po­wie­dział Mar­cin, kie­ru­jąc się do Ro­ber­ta. ―> …po­wie­dział Mar­cin, zwracając się do Ro­ber­ta.

 

by nie ude­rzyć głową w się­ga­ją­ce z dzia­łek ko­na­ry… ―> …by nie ude­rzyć głową w wystające z dzia­łek ko­na­ry

 

gdy tylko po­czu­łem, że mogę, zmu­si­łem swoje nogi do ko­lej­ne­go wy­sił­ku. ―> Zbędny zaimek – czy mógł zmusić do wysiłku cudze nogi?

 

– ..wygląda jak ucho! ―> Wielokropek ma zawsze trzy kropki. Twojemu jednej brakuje.

 

Rysuj! – Kazał. ―> Raczej: Pisz! – kazał.

Zdaje mi się, że nuty i inne znaki muzyczne pisze się na pięciolinii, nie rysuje.

Choć rozumiem, że nauczyciel mógł tak powiedzieć do chłopaka.

 

Na sto­łów­ce pa­no­wał gwar… ―> Stołówka jest pomieszczeniem zamkniętym, więc: W sto­łów­ce pa­no­wał gwar

 

– Słu­chaj – po­wie­dział Ro­bert drżą­cym gło­sem. – Po­wiedz Olę­der że je­stem w sali, co? ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

gdyż za­mczy­sta, krót­ko ostrzy­żo­na dy­rek­tor­ka… ―> Na czym polegała zamczystość dyrektorki?

Za SJP PWN: zamczysty daw. «opatrzony dużym, solidnym zamkiem»

 

po­dą­ża­jąc za jej wzro­kiem i pełen złych prze­czuć. ―> …po­dą­ża­jąc za jej wzro­kiem, pełen złych prze­czuć.

 

(Belfrowie prawdopodobnie wychodzili z siebie, żeby zapanować tam nad klasami.) ―> Kropkę stawiamy po zamknięciu nawiasu.

 

po­sta­wił na biur­ku i otwo­rzył. Wy­cią­gnął ostroż­nie spory ar­kusz i po­ło­żył go na biur­ku. ―> Powtórzenie.

 

Ja bym chciał być pi­lo­tem – in­ży­nie­rem, ty bę­dziesz pi­lo­tem – na­wi­ga­to­rem… ―> Ja bym chciał być pi­lo­tem-in­ży­nie­rem, ty bę­dziesz pi­lo­tem-na­wi­ga­to­rem

 

– Muszę sie na­uczyć tych map… ―> Literówka.

 

wy­god­nie mi dzie­lić za­rów­no wdech, jak i wy­dech na dwie czę­ści, prze­dzie­lo­ne ude­rze­niem stopy o zie­mię. ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …wy­god­nie mi dzie­lić za­rów­no wdech, jak i wy­dech na dwie czę­ści, zaznaczone/ akcentowane ude­rze­niem stopy o zie­mię.

 

za­pach wio­sny i kwit­ną­cych ały­czy mie­szał się w moich noz­drzach z wil­got­nym tchem traw. ―> …za­pach wio­sny i kwit­ną­cych ały­czy mie­szał się w moich noz­drzach z wil­got­nym tchnieniem traw/ wilgotną wonią traw.

 

Ścież­ka, którą bie­głem, po­zna­czo­na była pa­sa­mi drob­nych płat­ków, opa­dłych z po­chy­la­ją­cych się nad nią drzew. ―> Nie bardzo chce mi się wierzyć, że płatki, opadając, układały się w paski, zwłaszcza że, nim opadły, wiatr pewnie rozwiewał je w różne miejsca.

 

ko­ja­rzą­ce­go mi sie do tej pory… ―> Literówka.

 

zo­ba­czy­łem trzy dłu­gie, pa­ję­czo chude syl­wet­ki. ―> …zo­ba­czy­łem trzy wysokie, pa­ję­czo chude syl­wet­ki.

Zakładam, że masz na myśli wzrost sylwetek.

 

po­sta­rza­jąc go w jedną chwi­lę o dzie­sięć lat. ―> …po­sta­rza­jąc go w jednej chwi­li o dzie­sięć lat.

 

– Jedzą w ma­kow­cu – po­wie­dział Ma­kar­ski. ―> Chyba miało być: – Jedzą ma­kow­ce – po­wie­dział Ma­kar­ski.

 

Pawła jesz­cze nie było. Nie byłem szcze­gól­nie za­sko­czo­ny… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Pawła jesz­cze nie było. Nie za­sko­czyło mnie szczególnie

 

a ja tro­chę po­szu­kam desek… ―> Chyba miało być: …a ja po­szu­kam trochę desek

 

czu­łem, jak gaśną we mnie wzbu­dzo­ne przy­go­dą emo­cje. ―> Literówka.

 

spró­bo­wa­łem więc zła­pać za drut i wspól­nie z Ro­ber­tem od­giąć go tro­chę. ―> …spró­bo­wa­łem więc zła­pać drut i wspól­nie z Ro­ber­tem od­giąć go tro­chę.

 

więc becz­ka ru­szy­ła raź­niej, po­zba­wio­na prze­szkód na dro­dze. ―> To nie beczka została pozbawiona przeszkód, a droga, przeto: …więc becz­ka ru­szy­ła raź­niej po po­zba­wio­nej prze­szkód dro­dze. Lub: …więc becz­ka ru­szy­ła raź­niej, nie napotykając prze­szkód na dro­dze.

 

ale wy­cią­gnął ze skła­dzi­ka na na­rzę­dzia… ―> …ale wy­cią­gnął ze skła­dzi­ku na na­rzę­dzia

 

jak tro­chę oczy­ścić nim drew­no i obie­cał, że przy­nie­sie tro­chę bejcy… ―> Powtórzenie.

 

Pa­mię­ta­jąc o becz­ce – dyszy, mia­łem po­czu­cie… ―> Pa­mię­ta­jąc o becz­ce-dyszy, mia­łem po­czu­cie

 

przez me­ta­licz­ny zgrzyt i tur­got kół… ―> …przez me­ta­licz­ny zgrzyt i tur­kot kół

 

Obej­rza­łem się za sie­bie, tro­chę prze­stra­szo­ny… ―> Masło maślane – czy mógł obejrzeć się przed siebie?

Proponuję: Obej­rza­łem się, tro­chę prze­stra­szo­ny… Lub: Spojrzałem za sie­bie, tro­chę prze­stra­szo­ny

 

Stał przy siat­ce i tłu­ma­czył coś sto­ją­cej obok… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

czy miały chwyt bar­dziej po­dob­ny do Stena czy do Bły­ska­wi­cy. Ten który trzy­ma­łem w rę­kach był zde­cy­do­wa­nie Ste­nem. ―> …czy miały chwyt bar­dziej po­dob­ny do stena czy do bły­ska­wi­cy. Ten który trzy­ma­łem w rę­kach był zde­cy­do­wa­nie ste­nem.

 

Weź­cie mło­tek i gwóźdź, a ja za­ła­twię zapce. ―> Co to są zapce?

 

Było cie­płe, późne po­po­łu­dnie i bez­wietrz­ny dzień. ―> Brzmi to tak, jakby jednocześnie było popołudnie i dzień.

Proponuję: Było późne po­po­łu­dnie, ciepłe i bez­wietrz­ne.

 

Wę­dro­wa­li­śmy w stro­nę dzia­łek, za­trzy­mu­jąc się cza­sem, by pod­nieść kilka nieco już przej­rza­łych mi­ra­be­lek. ―> Opisywane zdarzenia dzieją się, co wynika z opowiadania, przed połową maja, więc chłopcy nie mogli podnosić przejrzałych mirabelek, bo te były jeszcze niedojrzałe. Mirabelki dojrzewają na przełomie lipca i sierpnia.

 

Umie­ści­li­śmy ją w głę­bo­kim na dwie dło­nie wgłę­bie­niu po wy­rwa­nej kępie trawy… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Umie­ści­li­śmy ją w głę­bo­kim na dwie dło­nie dołku po wy­rwa­nej kępie trawy

 

(Już nad mo­rzem oka­za­ło się, że maski są za­bro­nio­ne, a toń Bał­ty­ku wy­raź­nie różni się od wy­obra­żo­ne­go ka­ra­ib­skie­go błę­ki­tu.) ―> Kropkę stawiamy po zamknięciu nawiasu.

 

Obok pa­le­ni­ska stał ze­staw ko­tłów, gotów do pod­wie­sze­nia na wi­szą­cych nad ogniem łań­cu­chach. ―> Zdaje mi się, że gotowe do podwieszenia były kotły, nie zestaw. Powtórzenie. Proponuję: Obok pa­le­ni­ska stał ze­staw ko­tłów, gotowych do zaczepienia na wi­szą­cych nad ogniem łań­cu­chach.

 

nie­strasz­na był mu była ani zimna próż­nia, ani opie­ra­ją­cy się o ścia­nę ko­smo­nau­ta. ―> Dwa grzybki w barszczyku.

Piszesz o dwóch czynnikach – próżni i kosmonaucie, więc: …nie­strasz­ne były mu ani zimna próż­nia, ani opie­ra­ją­cy się o ścia­nę ko­smo­nau­ta.

 

do tego za­wia­su. jak się po­cia­gnie za niego… ―> Postawiwszy kropkę, nowe zdanie rozpoczynamy wielką literą. Literówka.

 

Ro­bert ru­szył na mnie nagle, wy­prze­dził mój zwód i sko­czył do moich nóg. ―> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy – bardzo dziękuję za czytanie i poprawki! 

Bardzo proszę, Ohouapssie.

Mam nadzieję, że poprawisz usterki, bo chciałabym móc kliknąć Bibliotekę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Uff. Poprawiłem prawie wszystko. Wyjątki:

 

– Też, ale i bez wszystko było widać. ―> Czy tu aby nie miało być: – Też, ale i bez niczego wszystko było widać.

Tu jest tak, jak chciałem – miało być potocznie. Jeśli bardzo zgrzyta, to mogę zmienić.

 

– Słuchaj – powiedział Robert drżącym głosem. – Powiedz Olęder że jestem w sali, co? ―> Nie brzmi to najlepiej.

Nie widzę, co tu źle pobrzmiewa. To też miała być dziecięca mowa. Nie jestem bardzo przywiązany, więc mogę zmienić.

 

– Weźcie młotek i gwóźdź, a ja załatwię zapce. ―> Co to są zapce?

A czym się rozpala ognisko? ;-) To z mojego podwórka, nie byłem tylko pewien, czy "zapce", czy "zabce". 

 

– Jedzą w makowcu – powiedział Makarski. ―> Chyba miało być: – Jedzą makowce – powiedział Makarski.

Makarski uważa, że z makiem robią tak, że jedzą go w makowcu…

 

Dzięki raz jeszcze za poprawki i odnośniki. Myślę sobie, że publikowanie tutaj jest dzięki Wam całkiem niezłą szkołą rzemiosła.

Tu jest tak, jak chcia­łem – miało być po­tocz­nie. Jeśli bar­dzo zgrzy­ta, to mogę zmie­nić.

Rozumiem, że chłopcy nie mówią literacką polszczyzną, że starałeś się jak najwierniej oddać tamten klimat, ale niektóre sformułowania/ skróty myślowe, moim zdaniem, nie zawsze są czytelne. Chyba ze trzy razy czytałam to zdanie, nim pojęłam, co Hendryk chciał powiedzieć.

Czy zmieniać zdanie ― cóż, decyzja należy do Ciebie, to Twoje opowiadanie.

 

Nie widzę, co tu źle po­brzmie­wa. To też miała być dzie­cię­ca mowa. Nie je­stem bar­dzo przy­wią­za­ny, więc mogę zmie­nić.

Ano, w zdaniu: – Słu­chaj – po­wie­dział Ro­bert drżą­cym gło­sem. – Po­wiedz Olę­der że je­stem w sali, co? ― źle pobrzmiewa powtórzenie, co zaznaczyłam kursywą.

Nie mam żadnych zastrzeżeń do wypowiedzi Roberta, ale proponuję zmianę w didaskaliach: – Słu­chaj – odezwał się  Ro­bert drżą­cym gło­sem. – Po­wiedz Olę­der że je­stem w sali, co?

 

A czym się roz­pa­la ogni­sko? ;-) To z mo­je­go po­dwór­ka, nie byłem tylko pe­wien, czy "zapce", czy "zabce". 

Dzięki za wyjaśnienie. Nigdy nie słyszałam, aby tak mówiono na zapałki. Byłam przekonana. Że chodzi o jakieś narzędzie/ przedmiot ułatwiający wbijanie gwoździ. ;D

 

Ma­kar­ski uważa, że z ma­kiem robią tak, że jedzą go w ma­kow­cu…

OK. Teraz wszystko jasne.

 

Dzię­ki raz jesz­cze za po­praw­ki i od­no­śni­ki. Myślę sobie, że pu­bli­ko­wa­nie tutaj jest dzię­ki Wam cał­kiem nie­złą szko­łą rzemiosła.

Cóż, robimy co możemy. Ale i Ty możesz dołączyć – wystarczy że będziesz czytał opowiadania innych, komentował je, dzielił się spostrzeżeniami, choć już samo czytanie i komentowanie sprawia przyjemność autorom opowiadań. Osoby, których opowiadania przeczytasz i skomentujesz, chętniej zjawią się pod Twoim tekstem i też zostawią ślad. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zmieniłem trochę zdanie, które wymagało kilku podejść. Może teraz jest lepiej. Kursywy i powtórzenia nie dostrzegłem, choć szukałem chwilę. Teraz już widzę i zmieniłem. 

 

Włączę się w życie portalu. Zresztą, w sposób milczący, zrobiłem to już kawałek czasu temu.

Słuszna decyzja, Ohouapssie. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka