- Opowiadanie: lubienoc - Naśladowca

Naśladowca

Jest to moje pierwsze opowiadanie które tutaj publikuję, dlatego proszę o jakieś wskazówki lub uwagi jego dotyczące. Jest to również swoistego rodzaju szkic książki, którą chciałbym napisać, jednak pragnę sprawdzić czy ktokolwiek ją będzie chciał przeczytać, dlatego przedstawiam zarys.

Krótki opis.

Marcin,  strudzony życiem mężczyzna po czterdziestce pałający miłością do whisky i detektyw warszawskiego wydziału zabójstw, dostaje do rozwiązania najgorsze śledztwo ostatnich lat. Na szarych ulicach Warszawy pojawił się nowy morderca, niezwykle brutalny, krwawy, i żądny zemsty. Dla Marcina jest to jedyna szansa na poprawienie swojego wizerunku i przywrócenie swojego dawnego życia. Gra się rozpoczęła, Ted Bundy powrócił.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Naśladowca

 

Obudził się zlany potem z potwornym bólem głowy. Miał zamglony wzrok, czuł przenikliwe pieczenie w gardle. Drżał z zimna w ciemnym pokoju. Do środka wlatywał lodowaty wiatr przez otwarte na oścież okno. Cicho tykający zegar ścienny wskazywał szóstą.

Marcin wstał powoli z łóżka. Podniósł leżąca na podłodze kołdrę i zamknął z hukiem okiennice wychodzące na puste ulice. Był poniedziałek, pierwszego grudnia. Od kilku dni padał deszcz. Woda spływała chodnikami, miasto było zatłoczone, ludzie jeździli od sklepu do sklepu, kupowali prezenty, aby później je oddać, chodzili na zakupy do galerii handlowych. Wszędzie stały banery reklamowe, ogłoszenia w telewizji pełne były ogłoszeń świątecznych

Marcin rzygał szczęśliwymi ludźmi i powszechną aurą życzliwości i radości. Usiadł przy stole w kuchni, ze szklanką whisky w dłoni ze znużeniem wpatrując się w ścianę. Wciąż bolała go głowa, w ustach czuł boski smak Danielsa otwartego wczoraj. Godzinę później wyszedł z domu do pracy, ubrany na czarno. Wsiadł w starego defendera i włączył się do ruchu. Pomimo wczesnej pory ulice były zakorkowane. Ludzie spieszyli się do pracy, trąbili na siebie, jakby zapominając o świątecznej atmosferze.

Sunął wśród wody Marszałkowską. Przejechanie 3,5 km zajęło mu ponad pół godziny. Zaparkował defendera przy krawężniku na tyłach Pałacu i wszedł do środka. Uderzył go harmider, głosy zmieszane z krzykami, wszyscy wymieniali się nowymi informacjami, wskazówkami. Znużony ruszył do swojego biura.

W środku siedział Kacper, młody 25 letni aspirujący do bycia kimś wielkim detektyw z wydziału zabójstw Komendy Stołecznej Policji, jego nowy partner.

-No, Michalski, co się tak tępo uśmiechasz – rzucił do chłopaka Marcin zdejmując płaszcz

-Nic nic. Mamy sprawę, nową. -odpowiedział tajemniczym tonem machając Marcinowi teczką przed twarzą.

-Przestań marnować tlen w tym pomieszczeniu i mów o co chodzi-odrzekł poirytowanym tonem Szczęsny

-Chłopaki z alarmowego dostali dziś rano zgłoszenie o porwaniu. Matka zadzwoniła o szóstej, gdy wróciła do domu po nocnej zmianie i nie zastała córki w domu.

-I co z tego. Nie minęły dwie doby od zniknięcia więc czemu mi zawracasz głowę-spytał Marcin znużonym głosem, kładąc nogi na schludnie uprzątnięte biurko.

Ta, wiem też im to powiedziałem, ale to nie koniec. W pokoju córki kobieta znalazła ślady krwi, porozrzucane ubrania i biżuterię na podłodze.

-Napad rabunkowy– rzucił luźno pomysł Marcin.

-Nie wydaje mi się, sam zobacz. To musi być coś więcej.

Marcin wziął teczkę. Na zdjęciach widać było plamy krwi. Kołdra leżała w wejściu. Po podłodze walały się książki i inne rzeczy. Laptop został w pośpiechu rozerwany na dwie części.

-Masz zdjęcia tej dziewczyny? -spytał zaintrygowany Marcin

-Jasne-odrzekł Michalski

Szczęsny spojrzał na fotografię. Z kartek uśmiechała się do niego dziewczyna w wieku mniej więcej siedemnastu lat, o brązowych włosach do ramion i jasnej cerze. Ciemne oczy błyskały inteligencją.

-Mamy namiary na przyjaciół, resztę rodziny? Połączenia z telefonu, historię komputera, cokolwiek?

-Gówno mamy, człowieku dopiero wszczęliśmy śledztwo– odpowiedział Michalski znużonym głosem.

Szczęsny wstał z krzesła, patrząc na mokrą, szarą Warszawę. Ludzie pędzili, mieli własne zmartwienia, a w pokoju przesłuchań w towarzystwie psychologa siedziała zdruzgotana matka przeżywająca zniknięcie własnej córki. Właśnie takich dni Marcin miał dość, dni, w trakcie których na szali stawało bezpieczeństwo innej osoby, a ludzie żyli własnym życiem, uważając, że to właśnie oni mają najgorzej.

Odszedł od okna, sfrustrowany i zmęczony po nieprzespanej nocy. Mogłem tyle nie pić, myślał. W ustach czuł smak alkoholu.

Usiadł ponownie na krześle patrząc uważnie na Michalskiego, który jakby nie patrzeć był jeszcze dzieckiem.

No co się gapisz– spytał chłopak wyzywająco.

Myślę, zamknij się-odburknął

Przez głowę Marcina przelatywały dziesiątki, jeśli nie setki scenariuszy, każdy był możliwy.

Zanim się zorientował dzień minął, a on siedział w aucie stojącym na tyłach Pałacu. Było już ciemno. Dookoła było pusto i cicho, jakby ludzie pochowali się w domach ze strachu przed niewiadomym. Marcin wiedział, że dziś nic nie ustalili. Pojechał do domu sunąc ulicą spływającą wodą.

W mieszkaniu, w którym mieszkał samotnie, bez rodziny czy choćby przyjaciela panował chłód i mrok. Szczęsny w zasadzie nie pamiętał nawet czy zapłacił wszystkie zalegające rachunki. Wieczorna rutyna zaczęła się. Umył się, czując gorącą wodę wypływającą strumieniem z rur która była znakiem, że jego pamięć jeszcze nie szwankowała. Świeży i umyty położył się na łóżku, pod kołdrą. Oparł się plecami o szarą chłodną ścianę.

Zasnął, oglądając House Of Cards. Jak zwykle przyśniły mu się koszmary. Lekarz mówił, że powinien udać się na terapię, bo właśnie przez nie Marcin się nie wyspał dzień w dzień. Za każdym razem przeżywał tą samą noc, ta w którą wszystko się skończyło, a dotychczasowe życie Marcina się rozpadło. Pamiętał ogień, wielkie buchające zewsząd płomienie, swąd palonego ubrania. Słyszał strzały i krzyki a na koniec ciszę, świszczącą ogłuszającą ciszę.

Dzień rozpoczął od americano z trzema łyżeczkami cukru pitej w pośpiechu w korku na Jerozolimskich. Przeklinał pod nosem czując smak czarnej kawy w ustach. Znowu padał deszcz, zacinało, grube krople uderzały z przyjemnym dla ucha dudnieniem w blachy samochody.

Tym razem na komisariacie panował niecodzienny spokój, każdy zajmował się swoją pracą. Zdziwiony Marcin wszedł do biura, w którym czekał już na niego Michalski, ranny ptaszek.

-Młody, o co chodzi, czemu tu tak spokojnie– rzucił Szczęsny do chłopaka.

-Ach no tak ty nic nie słyszałeś, bo oczywiście jaśnie Pan nie może odpowiadać na telefony-odpowiedział Kacper patrząc ze złością na Marcina.

-Dzieciaku, nie zapędzaj się, gadaj co się dzieje.

Znaleźli dziewczynę, o czym byś wiedział, gdybyś kurwa raz w życiu przyłożył się do tego co robisz i się ogarnął!

-Słucham, ile ty masz lat, że tak mówisz-powiedział Marcin i po chwili uświadomił sobie, że zabrzmiał jak własny ojciec.

-Posłuchaj mnie. Nawet nie zdajesz sobie sprawy jakie to jest wkurwiające, gdy przychodzisz skacowany do pracy, oczekujesz od wszystkich posłuszności i tego, że wszystko będzie gotowe, a sam gówno robisz. Weź człowieku się ogarnij, bo jeśli mamy znaleźć zabójcę musisz wziąć się poskładać do kupy

-Zaraz, jak to zabójcy? -spytał Marcin puszczając obelgi mimo uszu.

Sprawdź sobie telefon, a jak już to zrobisz i zaniesiesz swoje stare dupsko do laboratorium wszystkiego się dowiesz.

Szczęsny zauważył gapiów przez przeszklone drzwi biura i uświadomił sobie, że krzyczeli. Spojrzał na czerwona twarz Michalskiego, klepnął go w ramię i poszedł do laboratorium rozganiając policjantów.

W prosektorium było niezwykle biało i jasno. Panował chłód. Na stole umieszczonym w centralnej części pomieszczenia leżało ciało przykryte materiałem. Marcin wraz z Michalskim wszedł do środka witając się z Lubomirskim, samozwańczym ekspertem od wszystkiego. Wyglądał niepokojąco, oczy błyskały przyprawiającym o dreszcze zafascynowaniem.

Odsłonił zamaszystym ruchem niesamowicie zmasakrowane ciało. Gdyby nie plakietka wisząca na brzegu stołu, Szczęsny nie rozpoznałby dziewczyny, której zdjęcia widział jeszcze dzień wcześniej w swoim biurze. Twarz była pokryta siniakami, na czaszce widniały bezwłose plamy.

-O kurwa, pomyślał Marcin, obchodząc stół dokoła, przypatrując się uważnie zwłokom.

No dobra, Lubomirski, jak zginęła– zapytał najmłodszy z trójki mężczyzn przebywających w pomieszczeniu, Michalski.

-Okej, ale najpierw zagadka– odrzekł natychmiast tajemniczym tonem.

-Eh, niech ci będzie, dawaj-powiedział ze znużeniem Szczęsny.

-Jak to narzędzie się zowie co gwoździe bije po głowie? – wyrecytował szybko Lubomirski patrząc na mężczyzn.

Obaj śledczy spojrzeli na niego z zażenowaniem w oczach.

-Serio, kurwa? Serio? Śmieszy cię śmierć siedemnastoletniej dziewczyny, której zwłoki są w takim stanie? Idź do matki i jej pytaj, ty jebany psychopato! – wykrzyczał zdenerwowany Marcin.

-Hej spokojnie panowie, chciałem was tylko trochę rozerwać, nie denerwujcie się– odburknął zmieszany Lubomirski.

-Dobra mów co mamy. -powiedział Michalski.

-No dobrze, więc, od czego by tu zacząć? -zadał sam sobie pytanie Lubomirski patrząc na zwłoki.

-Okej, już wiem, kontynuował. Dziewczynę znalazł ochroniarz w dawno już nieużywanym budynku PKP. Leżała zwinięta na brudnej podłodze, przykryta paroma płachtami materiału.

-W takim razie, skoro był tam ochroniarz, musi być tam też monitoring. – zauważył Szczęsny.

Możesz mi nie przerywać, jeśli chcesz wiedzieć, jak umarła? -uciszył go Lubomirski rozkazującym tonem.

-Niech ci będzie, mów dalej.

-Śmierć tak naprawdę klasyczna, kilkanaście ciosów w głowę młotkiem doprowadziło czaszkę do  takiego stanu jaki widzicie teraz. Natomiast, ciekawe jest to, że siniaki te są jednymi z późniejszych ran na tym ciele.

-Jak to jednymi, czyli są jeszcze jakieś? -spytał Michalski z zafascynowaniem w głosie.

-No tak, jest ich więcej. Na szyi oraz w okolicach sutków ofiara ma wiele ugryzień i ukąszeń, i moim skromnym zdaniem są to już rany na tle czysto seksualnym. Tylko, problem jest taki, że sutków już nie ma.

-Jak to kurwa sutków nie ma? -zapytał Marcin.

-Normalnie, morderca je odciął, prawdopodobnie jako trofeum, lub co jeszcze bardziej możliwe, dlatego że zostawił tam swoje DNA podczas gwałcenia ofiary. I gdy przy gwałcie jesteśmy, do tego doszło jakieś trzy, może cztery razy. Raz przed śmiercią, reszta to już klasyczna nekrofilia-opowiadał Lubomirski obchodząc pomieszczenie.

-Co najciekawsze, nasz kochany morderca postanowił się pobawić i zostawił młotek w waginie dziewczyny, z trzonkiem w całości wepchniętym do środka.

-I co jest w tym ciekawego, pomijając fakt, że robienie takich rzeczy jest chore.

-To, uwaga, werble, że na trzonku zostawił odcisków, zapewne, gdy wkładał młotek do środka.

-Kurwa, nie wiedziałem, że damy radę tak szybko gościa znaleźć-powiedział Michalski patrząc na Marcina.

-Tylko, mój drogi kolego, to nie koniec. Jest jeszcze jedna rzecz. -odrzekł spokojnie Lubomirski.

-Morderca zostawił nam wiadomość, czy raczej wam, osobom prowadzącym śledztwo.

-No gadaj, jaką wiadomość-powiedział z nutą ironii Szczęsny.

Lubomirski uniósł włosy ofiary, ukazując wytatuowany napis przedstawiał dwa słowa ,,On wrócił”.

***

 

Nieśmiałe światło lampki w barze odbijało się w żółtej toni piwa w wielkiej szklance. Było pusto, oprócz Marcina jedynymi osobami wewnątrz był barman i paru rechoczących grających w bilarda facetów. Z głośników leciał jakiś jazz w nocnej audycji Trójki. Na dworze padał deszcz, ulewa utrzymywała się już prawie tydzień, ludzie mówili, że niedługo zostanie ogłoszony alarm powodziowy.

Barman, mężczyzna po dwudziestce ze znużeniem przeglądał telefon, co jakiś czas unosząc głowę, aby uciszyć któregoś z typków przy stole.

Marcin siedział przy ladzie wsparty na prawej dłoni, wpatrując się w ścianę, wsłuchany w muzykę. Wciąż myślał o napisie na ciele dziewczyny, bał się. Pierwszy raz od bardzo dawna Szczęsny drżał ze strachu na myśl o mordercy zabijającym z taką brutalnością. Obiecał sobie, że będzie silny, jednak z godziny na godzinę łamał się coraz bardziej.

Zbliżała się północ, wskazówka sekundnika skakała radośnie po tarczy zegara. Niespodziewanie Marcin usłyszał dźwięk powiadomienia swojego telefonu. Wyjął go, na ekranie widniała wiadomość od Michalskiego.

Szczęsny wysłał mu adres, Kacper zjawił się dwadzieścia minut później, zmoczony wszedł do środka. Powiesił płaszcz na drewnianym stojącym wieszaku i zamówił piwo.

Czego chciałeś-spytał Marcin patrząc spode łba na chłopaka.

Znalazłem naszego z zabójcę, odpowiedział podając mu teczkę.

-Bundy? Jak to? Przecież on nie żyje od ponad dwudziestu lat. -spytał, patrząc w papiery Marcin.

Naśladowca, bardziej brutalny i niedokładny, ale się na nim wzoruje, niestety.

-Błagam powiedz, że się mylisz, że to nieprawda. Przecież mamy przesrane.

-Niestety wszystko się zgadza. Podobny wygląd ofiar, podobny wiek. Na dodatek pośmiertne gwałty.

-Na dodatek znaleźli nowe ciało, kontynuował. dziewczyna wygląda kropla w kroplę jak pierwsza ofiara, tym razem zero tatuażów, wielokrotnie zgwałcona i brutalnie pobita.

-Kurwa, czemu coś takiego zawsze mnie spotyka– rzucił w przestrzeń Marcin, pociągając ogromny łyk piwa.

-Co przez to rozumiesz?

-Chcesz wiedzieć, czemu zachowuję się tak ostatnio.

-No dawaj.

-Nie oczekuję, że mnie zrozumiesz. Mam dość. Nocami budzę się, nie mogę spać, cały czas mam koszmary. Spadam spocony z łóżka, wymiotuję z bólu głowy. Dlatego piję, nie radze sobie z tym.

-Stary, było mówić wcześniej. A jakieś leki bierzesz, chodzisz do lekarza? Cokolwiek?

-Nic nie pomaga, tylko daniels i czarna kawa motywują mnie do życia.

-Ale czemu tak się dzieje, co się stało?

Pamiętasz jak mnie kiedyś w robocie przez miesiąc nie było, to było wtedy jak przyszedłeś i mnie do ciebie dołączyli. Zabili mojego partnera, przeze mnie, ja zjebałem a on leży na Powązkach.

-Cholera, słyszałem plotki, ale nie wierzyłem. Ale przecież ujęliście przestępcę.

-Tak tylko on poświęcił życie dla tej sprawy, z powodu jakiegoś skurwiela gwałcącego gimnazjalistów mój przyjaciel nie żyje, a teraz spotyka mnie coś takiego, przecież jak ludzie dowiedzą się, że jakiś naśladowca Bundy’ego grasuje na warszawskich ulicach, rozpocznie się panika.

Wnętrze baru ponownie wypełnił dźwięk przychodzącej wiadomości. Tym razem był to telefon Michalskiego, który właśnie kończył swoje piwo.

Przeczytał wiadomość i spojrzał z przestrachem w oczach na Marcina.

-Błagam, nie mów że to jest to o czym myślę. – powiedział Szczęsny  wyjmując banknot dwudziestozłotowy z kieszeni spodni.

-Kurwa, znaleźli kolejną. – odrzekł chłopak, kładąc monety na ladzie przed barmanem.

Wyszli na zewnątrz w deszczową grudniową noc.

***

Na stole leżało ciało, tym razem zdecydowanie starsze niż pierwsze i drugie. Lubomirski siedział przy swoim biurku przeglądając jakieś porozrzucane wokoło papiery. Mężczyźni przywitali się z patologiem.

-No dobra, miejmy to już za sobą, co tym razem? – spytał Marcin patrząc na Lubomirskiego.

-W takim razie, zacznijmy od miejsca. Jest taki las pod Warszawą, Suchy Las się nazywa. I tam właśnie w pobliżu płynącego strumienia znaleziono ciało przez jakiegoś mieszkańca.

-Jak widzicie, kontynuował, zwłoki są już w znacznym stadium rozkładu, ciało pokryte jest licznymi ugryzieniami, zadrapaniami wykonanymi przez zwierzęta, prawdopodobnie przez jakieś błąkające się psy lub lisy. Tak jak wcześniej, była to brunetka, wiek podobny do poprzednich ofiar. No i oczywiście zmarła prawdopodobnie najwcześniej ze wszystkich dotychczas znalezionych ofiar.

-Kurwa, człowieku, a znamy chociaż tożsamość tego psychola? -spytał Marcin

-No właśnie tu pojawia się problem, bo odciski palców pozostawione na młotku należą do zmarłej osoby więc jesteśmy w wielkiej kropce.

-Czy coś mogłoby kiedyś w końcu pójść po mojej myśli? -wybuchnął Szczęsny zrzucając papiery z biurka patologa.

-Ale za to mam dla was kolejną niespodziankę, była w ustach ofiary-powiedział Lubomirski podnosząc z podłogi teczkę, z której wyjął jedno zdjęcie.

Na fotografii sporządzonej na miejscu zbrodni widać było drobny skrawek papieru w kratkę, z trzema słowami napisanymi w pośpiechu czarnym atramentem. ,Trzecia. Następna niedługo’’.

***

Samochód sunął ulicą w stronę niewielkiego mieszkania na Woli. Ulewa osłabła, ulice były opustoszałe. Cyferki na masce rozdzielczej wskazywały godzinę drugą w nocy. Szary gęsty dym wylatywał przez otwarte okno. Marcin zaciągnął się ostatni raz i wyrzucił peta na asfalt. Spojrzał na Michalskiego zapatrzonego w akta sprawy, na papier padało żółtawe światełko.

Ej, młody, nie myśl o tym za dużo. Zrób sobie odpoczynek. Widzisz do czego mnie doprowadziło przepracowanie. -powiedział Marcin poklepując chłopaka po ramieniu dodając nuty żartu.

-Weź, nie mam ochoty na dowcipy,

-Gadaj, o co chodzi.

-Zrozum mnie, mam dwadzieścia pięć lat. Jakby nie patrzeć, te dziewczyny są niewiele młodsze ode mnie, na dodatek mam siostrę w ich wieku.

-Widzę problem, na twoim miejscu też bym chciał skurwiela złapać najszybciej jak się da. – odrzekł spokojnie Marcin któremu właśnie przyszła chęć na kolejną fajkę.

-Mówiłeś, że Astronomów ile?

-8. A co?

-No to jesteśmy.

-Stary dzięki że mnie podwiozłeś, inaczej tłukłbym się miejskim z godzinę.

-Nie ma za co, i Kacper, nie przejmuj się, on będzie nasz-powiedział Szczęsny pierwszy raz zwracając się do chłopaka po imieniu.

Marcin wrócił do domu, przemierzając opustoszałe ulice.

***

Zaczęło padać. Deszcz uderzał spokojnie, nieśmiało w blaszany parapet. Dźwięk wypełniał głowę Marcina usiłującego zasnąć po trudnym dniu w pracy.  Zegar ścienny tykał cicho. Zbliżała się czwarta rano, Marcin wiedział, że już nie zaśnie. Wstał i podszedł do okna. Było jeszcze ciemno, ulewa wezbrała na sile.

Nagle telefon zapikał i na wyświetlaczu pojawiła się wiadomość od Lubomirskiego. Szczęsny przebrał się i zbiegł do auta, po drodze dzwoniąc do Michalskiego.

Po dwudziestu minutach pędzenia bezludnymi ulicami dotarł na Wolę zabrał chłopaka i pojechał do Pałacu.

W prosektorium tym razem panował bałagan, kartki leżały porozrzucane na podłodze, fartuch zwisał niedbale na krześle.

Człowieku czy ty nigdy nie śpisz? -spytał Marcin patologa, który najwyraźniej pił już kolejną kawę z rzędu.

-Co, a tak tak. Śpię, śpię. Co wy tak właściwie tu robicie? -zapytał Lubomirski rozglądając się po pomieszczeniu.

-Przecież napisałeś że to ważne. -odpowiedział Michalski, któremu Marcin już wszystko opisał po drodze.

-Racja, racja. Już wiem co od was chciałem.

-Wiem jak wygląda nasz naśladowca. -kontynuował, mamy świadka.

-No to mów dalej-powiedział Michalski.

-Pamiętacie tego faceta, który znalazł to gnijące ciało? Mam gdzieś jego zeznania. Podał rysopis, bo widział mordercę.

-A gdzie masz ten rysopis? -spytał Marcin rozglądając się po podłodze.

-Zaraz Ci go dam, tylko dokończę mówić.

-Dobra, dobra to weź się pospiesz.

-Mężczyzna powiedział, że po tym jak znalazł ciało na brzegu strumienia pobiegł do auta stojącego przy głównej ścieżce. Tam zobaczył właśnie naszego psychopatę. Teraz najciekawsze. Ten, że morderca obserwował go od samego początku, według słów faceta. Świadek zeznał też, że poświecił latarką na jego twarz. Tamten podobno śmiał się tylko i wsiadł do auta, żółtego garbusa, takiego samego jakim jeździł Bundy, i odjechał w siną dal. Chwilę później dostaliśmy zgłoszenie od faceta, który zobaczył zwłoki w lesie.

-No dobra, daj ten rysopis. -powiedział Michalski.

Rysunek przedstawiał mężczyznę w wieku mniej więcej trzydziestu lat, przystojnego, o mocno zarysowanych kościach policzkowych i długich włosach.

-Lubomirski, jak Cię znam, nie dlatego ściągnąłeś nas o tej porze do Pałacu.

-Właśnie wiem, tylko nie pamiętam czemu napisałem. Rysopis i zeznania odhaczone. Już wiem, toksykologia. Nie mogłem spać, bo wiedziałem, że coś przeoczyłem. Zrobiłem badania i wyniki was zaciekawią. Na skórze, jak i pod paznokciami każdej z ofiar pozostały śladowe ilości siarczku sodu i chloru. Również we włosach te same substancje zostały wykryte podczas badań. Natomiast ubrania ofiar, zwłaszcza tej którą pierwszą odkryliśmy są przesiąknięte ledwie wyczuwalnym zapachem papieru, a raczej papieru podczas produkcji. Uznałem to za dobre ślady, dlatego napisałem.

-Człowieku, odwaliłeś kawał dobrej roboty, iż teraz się wyspać, najlepiej weź sobie wolne na cały dzisiejszy dzień, może nawet i na jutro.

Mężczyźni wyszli z pomieszczenia, wyłączając światło i zamykając drzwi na klucz.

Michalski, odwieźć Cię do domu? -spytał Marcin chłopaka.

-Nie trzeba, właściwie, to tu zostanę, i tak już nie zasnę.

-Dobra też zostaję.

Usiedli przy swoich biurkach, każdy pił kawę z ekspresu. Woń zaparzonych ziaren wypełniła pomieszczenie. Na zewnątrz przestało padać, słońce powoli wschodziło, refleksując w kałużach i oknach aut i mieszkań.

Marcin, ustalmy co mamy-powiedział Michalski chuchając na gorącą kawę stojąca na biurku.

-No dobra, więc poszlaki. Siarczek sodu i chloru na ciałach, wytwórnie papieru. Trzeba sprawdzić każdą, dokładnie, najlepiej zacząć od piwnic, zostają jeszcze sklepy papiernicze.

-Szkoda, że świadek nie zobaczył tablic garbusa, wiedzielibyśmy kogo szukać.

-Może widział i zeznał, ale prędzej znienawidzę whisky niż uwierzę, że ten baran Lubomirski nie zapomniał nam o tym powiedzieć.

Po krótkiej rozmowie z patologiem, który odebrał zaspanym głosem Michalski i Szczęsny znali już dokładnie tożsamość zabójcy. Sprawdzili w bazie danych, był jednokrotnie karany za grożenie kelnerce i pobicie jednego z klientów restauracji, w której pracowała.

-Jesteś pewien, że to on? -spytał Kacper Szczęsnego który właśnie sprawdzał adres zamieszkania mężczyzny.

-No tak, jasne, że to on, czemu miałby być to ktoś inny.

-Bo, pomijając fakt, że zabił te dziewczyny, i jeździ tym pieprzonym autem, on nie wygląda na osobę zdolną do takiej brutalności. Wygląda Jak facet, który co najwyżej by mógł jechać za szybko lub nie zatrzymać się na czerwonym.

-Wiem, i to jest najgorsze, bo wygląda normalnie, dlatego nikt się go nie bał. Nieważne, jedziemy.

-Tak wcześnie?

-A po co marnować czas, im szybciej znajdziemy sukinsyna tym lepiej.

***

Czarny defender już drugi raz tego dnia sunął pustymi ulicami Warszawy. Mijał pełznące taksówki i pojedyncze autobusy nocne wracające do zajezdni. Kierował się w stronę Ursusa, jechał ulicą Połczyńską, za oknami przewijało się miasto, stacja benzynowa i serwis samochodowy. Następnie skręcił w lewo w ulicę Gierdziejewskiego, po kilku minutach znalazł się na asfalcie ulicy Leszczyńskiego, a kierowca i pasażer auta ujrzeli przed sobą stację PKP, Warszawa Gołąbki.

Po przejściu kładką, Marcin i Michalski znaleźli się po drugiej stronie torów. Dojście pod bramę domu zajęło im dwie minuty. Wszędzie leżał śnieg, deszcz najwyraźniej ominął Ursus. Było wcześnie, nigdzie nie było widać ludzi.

Na żelazne końcówki bramy zostały nabite kolorowe nakrętki, które tworzyły zabawny widok. Kilka metrów w głąb posiadłości stał obrośnięty wiciokrzewem słupek, do którego przyczepione zostały kamery, i czujnik ruchu ze światłem ostrzegającym.

W oddali stał niewielki dom, z ogromną szybą w przedniej ścianie. Szczęsny użył dzwonka, raz, drugi, trzeci. Nikt nie odpowiadał.

Rozejrzał się uważnie dokoła i zaczął przełazić przez bramę. Zignorował zdziwioną minę Michalskiego i będąc już na terenie posesji ruszył przed siebie, wsłuchując się w trzeszczenie śniegu. Chłopak zrobił to samo i podbiegł do Marcina.

Zapukali. Nikt nie reagował. Uderzyli pięścią w drzwi, donośny huk przestraszył stukającego w pobliżu dzięcioła. Po kilku minutach dobijania się do domu, gdy nikt nie otwierał, Szczęsny zaczął kopać drzwi i uderzać je barkiem.

-Młody,, pierdole to. Po Prostu złapmy gościa i miejmy już to szambo za sobą-powiedział w odpowiedzi na wymowne spojrzenie chłopaka. Zamek wraz z zawiasami ustąpił, drzwi otwarły się, światło wpadło do skrytego w mroku domu.

Wszystkie pokoje były puste, jedyna ciekawa rzecz, którą znaleźli to niedojedzone śniadanie oraz zeszyt pokryty pochyłym kaligraficznym pismem.

-Kurwa, Marcin, patrz.

-Co się dzieje-powiedział Szczęsny biorąc zeszyt do rąk.

-Przeczytaj to lepiej.

-Pierwsza krzyczała, druga uciekała, trzecia nie walczyła, czwarta spała, piąta prosiła o litość, szósta zniknęła, siódma smakowała, reszta nieważna. -czytał Marcin.

-Boże-powiedział.

Na wewnętrznej stronie okładki widniała lista, długa lista. Od pierwszej do trzydziestej. Każde miejsce było zapełnione imieniem i nazwiskiem dziewczyn, razem z wiekiem i dokładną datą zabójstwa.

Nagle zadzwonił telefon. Mężczyzna powiedział Michalskiemu że dostali zgłoszenie o żółtym garbusie stojącym na Mirkowskiej, przy opuszczonej wytwórni papieru w Konstancinie, takim samym jakiego szukali.

Trzy kwadranse później czarny defender zaparkował z piskiem opon na pustym parkingu.

Niebo przesłoniły ciemne burzowe chmury. Zaczęło padać. Grube krople deszczu w połączeniu z wyjącym wiatrem tworzyły iście polską zimową pogodę.

Marcin wysiadł z auta, zatrzaskując za sobą drzwi. Postawił nogę na mokrym gruncie, biorąc oddech. Usłyszał huk zamykanych drzwi, Michalski stanął obok niego.

-No na co czekasz, dzwoń po wsparcie. -powiedział Szczęsny zapalając papierosa

-Pamiętasz co mi obiecałeś. Że go złapiemy, my a nie jacyś specjalni.

-Młody, nie poznaję Cię. -roześmiał się Marcin wypuszczając z ust tytoniowy dym.

-No cóż, co zrobisz.

-Niech ci będzie-orzekł Marcin wyciągając z bagażnika dwie strzelby i dwa pudełka w których pobrzękiwały naboje.

Burza wezbrała na sile, gdy samotni mężczyźni wchodzili do wielkiego budynku.

Wewnątrz wył wiatr, odbijający się od ścian z których schodził tynk. Prawie wszystko pokryte było graffiti, na; podłodze leżały zniszczone materace, porozdzierane koc, puszki po piwie i szklane butelki po wódce. Deszcz wlatywał przez wielkie przestronne okna. Co jakiś czas szare niebo rozświetlała pojedyncza błyskawica.

Szli przed siebie, przeczesując kolejne metry kwadratowe wytwórni.

Zeszli do piwnic. Rozległy się dwa kliknięcia i latarki zaczęły przeczesywać ciemne zatęchłe korytarze. Popękaną posadzkę pokrywała warstwa kurzu i grzyba. W dali biegały szczury uciekające przed intruzami.

Doszli na koniec piwnicy, trafili na wielkie pomieszczenie o wysokim suficie. Było duszno, pachniało gnijącym papierem.

Podłoga pokryta była licznymi plamami zaschłej krwi. Obok śladów leżały kępki włosów, porozdzierane ubrania.

-Słyszysz to? -zapytał Michalski Marcina.

Szczęsny usłyszał ciche skrobanie o ścianę, wymieszane ze stłumionym głosem. Dźwięk dobiegał zza czarnych stalowych drzwi, z których odłaziła farba. Rozległ się grzmot, który wstrząsnął całym budynkiem, po chwili błyskawica znów przesłoniła niebo, oświetlając przez niewielkie zakratowane okienko pomieszczenie.

Marcin podszedł do drzwi nasłuchując. Spróbował je otworzyć, ale ani drgnęły. Uderzył kilka razy pięścią, kopnął raz drugi, lecz nie ustępowały. Człowiek ukryty za drzwiami wciąż mówił, jakby nie robił sobie nic z głuchego dźwięku wypełniającego pomieszczenie.

Po kilkunastu próbach dostania się do środka, Szczęsny strzelił w zamek.

Wbiegli do środka. Ujrzeli mężczyznę stojącego pod ścianą, opartego o nią głową. Mruczał pod nosem jakieś niezrozumiałe wyrazy, kredą pisał pojedyncze słowa. ,Bundy’’, ,,On jest we mnie’’, krzyczały zdania zakończone wykrzyknikami.

Napisy pokrywały całe pomieszczenie, sufit, ściany, podłogę. Nie było żadnego okna, jedynym źródłem światła był powoli dogasający ogarek świecy. Marcin podszedł do bredzącego mężczyzny, złapał go za ramię i odwrócił.

Ten nagle wyrwał się z transu. Rzucił się na niego, okładając go pięściami. Marcin szybko zareagował, odciągając napastnika od Michalskiego. Mężczyzna krzyczał, pluł, przeklinał.

Gardłowe, niezrozumiałe dźwięki wydobywały się z jego ust. Wyrwał się z objęć Szczęsnemu i wybiegł z pokoiku. Kacper podniósł się i wraz z Marcinem ruszyli w pogoń.

Morderca wyjął ukryty pod stołem pistolet z tłumikiem. Spojrzał z pode łba na detektywów, którzy stanęli jak wryci. Wycelował najpierw w jednego, później w drugiego, jakby nie mogąc się zdecydować którego uśmiercić jako pierwszego.

-Odłóż to, nic ci nie zrobimy. -powiedział zdenerwowanym głosem Michalski.

-Za co niby chcecie mnie aresztować. -spytał z nutą ironii mężczyzna.

Dopiero teraz zauważyli, że jego klatka piersiowa pokryta była krwią, i wyrytymi nożem napisami.

Patrzył na nich szalonym wzrokiem, rozbieganym. Co chwile przegarniał włosy, drapał się, zmieniał rozłożenie ciężaru ciała.

-Skończ pierdolić, i się poddaj, naśladowco.

-Naśladowco, niby kogo-odpowiedział pytaniem morderca.

-Bundy’ego ty psychopato.

Bundy to ja, powiedział, strzelając Michalskiemu w kolano.

Chłopak upadł na podłogę, krzycząc z bólu. Strzelec zaczął się śmiać, odwrócił się i uciekł.

-Marcin, goń go. -powiedział Kacper oddychając szybko.

Szczęsny zniknął w mrocznym korytarzu, chłopka słyszał cichnące uderzenia twardych podeszew wojskowych butów Marcina. Michalski zadzwonił po wsparcie i położył się na kurtce.

Tymczasem Marcin wybiegł z piwnic wprost do wielkiej hali głównej wytwórni papieru. Morderca stał na zewnątrz, patrzył na niego. Chłodny deszcz spływał po nagim torsie.

Odłóż to, w tej chwili-krzyknął Marcin wychodząc na deszcz.

Jak się poddam, oni mnie zabiją-odpowiedział wydzierając się mężczyzna.

Kto Cię zabije?

Oni, ludzie, społeczeństwo. Wolę umrzeć niż siedzieć do końca życia w celi.

To jedyne na co zasługujesz, po trzydziestu morderstwach i gwałtach.

Ich było więcej, nie trzydzieści, nie pięćdziesiąt. Z dnia na dzień liczba rośnie, czy tego chcesz, czy nie.

Nagle ton jego głos się zmienił, postawa i wyraz twarzy. Zaczął płakać. Upadł na kolana, wymiotując.

Wiem co zrobiłem. Wiem, że to jest chore. Ale to nie ja, to on, Bundy.

-Jak to Bundy-spytał Marcin.

-On jest we mnie, wysysa moją duszę, moje wnętrzności. Zmusza mnie do tego, do krwi. JA nie chciałem, on mi każe.

-Odłóż broń, to załatwię Ci sprawiedliwy proces i dobrego psychiatrę-skłamał Szczęsny

-Ja, przepraszam, powiedz im, że przepraszam, powiedział płacząc i strzelił sobie w głowę.

Ciało upadło z głuchym dźwiękiem na mokrą ziemię. Echo wystrzału ucichło, grzmot rozbrzmiał, błyskawica przecięła niebo.

 Dwadzieścia minut później przyjechała karetka, która zabrała ciało. Chcieli zabrać ze sobą Kacpra, lecz ten stanowczo się sprzeciwił. Łyknął kilka tabletek ibupromu które popił whisky z bagażnika czarnego defendera.

Marcin i Michalski stali patrząc na niknące w oddali czerwone światła. Szczęsny wyjął z kieszeni kurtki paczkę Marlboro.

-Palisz-spytał chłopaka.

-Co, nie dzięki-odpowiedział Kacper wyrwany z rozmyślań.

-A ja tak.

-To cię zabije, wiesz o tym.

-Raz się żyje, co nie.

Po kilkunastu minutach wsiedli do auta i wrócili do Warszawy.

 

***

Minął miesiąc od śmierci Wysockiego, nazwanego przez prasę Polskim Bundym. Został pochowany w nieoznaczonym grobie na Cmentarzu Wolskim. Matka rozpaczała, mówiła, że z jej synem było wszystko dobrze. Inne zdanie mieli o całej sprawie rodzice ofiar.

Po długich poszukiwaniach żadne ciało z okładki zeszytu nie zostało znalezione, krążyły plotki, że zwłoki zostały zjedzone przez samego zabójcę lub przez zwierzęta.

Marcin siedział w barze z Michalskim, pili piwo. Zegar wskazywał północ. Tym razem poza nimi i barmanem nikogo nie było w środku. Na zewnątrz grzmiało i błyskało, deszcz zalewał ulice.

Michalski skończył pić piwo, zapłacił i pożegnał się z Szczęsnym, który postanowił posiedzieć chwilę, odwlekał moment, w którym miał wyjść na deszcz.

W radiu znowu leciała audycja z jazzem trójki. Prowadzący mówił spokojnym, usypiającym głosem, opowiadał różne historie związane z tym właśnie gatunkiem muzycznym.

Marcin wypił resztkę ciemnego alkoholu, jego ukochanego Danielsa, odstawił szklankę i zaczął zakładać długi czarny płaszcz. Nagle barman zmienił audycję, leciały wiadomości.

Radiowiec zaczął właśnie opowiadać o Polskim Bundym.

Mam już tego kurwa dość-wymruczał Szczęsny pod nosem i wyszedł w burzową styczniową noc, a jego nozdrza wypełnił zapach świeżego deszczu.

 

Koniec

Komentarze

Autorze, racz dodać tag “wulgaryzmy”, ponieważ nawet przy dość pobieżnej lekturze tego tekstu rzuciła mi się w oczy nadreprezentacja kurew, a i inne się zdarzają.

 

Poza tym: nie wiem, czy istnieje coś mniej oryginalnego niż zmęczony życiem detektyw, zapijający gorycz alkoholem, rzucający na prawo i lewo mięsem i usiłujący dzięki niezwykłemu śledztwu wrócić do łask i dawnej świetności. Niestety w związku z tym już przedmowa mówi: zieeew.

Dalej nie jest lepiej, a lekturę dodatkowo utrudnia koszmarny stan techniczny tekstu: fatalna interpunkcja, zły zapis dialogów (polecam zapoznanie się z zasadami tu albo na stronie SJP PWN, ale zasada nr 1, czysto techniczna: półpauzy muszą być oddzielone od tekstu spacjami, wierz mi, zaniedbanie tego bardzo źle wpływa na czytanie tekstu).

Poza tym nie zauważyłam fantastyki, a jesteśmy na portalu fantastyce poświęconym. Groza? Czy ja wiem? Nie nazwałabym tak tego, co jest w tym tekście.

Styl też niezbyt udany, pierwsze zdanie dość kuriozalnie brzmi, potem różnie bywa. Jesteś np. pewny, że w Warszawie zamykał okiennice? To nie to samo co okno.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dziękuję bardzo za komentarz, postaram się poprawić.

 

Drakaina ma rację, detektyw Marcin nie jest oryginalny. Zaczynając od imienia, poprzez zachowanie i opis postaci.

Podczas czytania zastanawiałam się, w którym miejscu tekstu pojawi się fantastyka. Pomyślałam, że można jej szukać w opętaniu mordercy przez ducha Bundy’ego i może właśnie ciekawsze byłoby przesunięcie postaci zabójcy na pierwszy plan i jego rozterek związanych ze starciem dwóch tożsamości.

Dostrzegam potencjał w opisach miejsc – masz “oko” do szczegółów. Na twoim miejscu zaczęłabym od pisania krótszych tekstów, żeby wyćwiczyć warsztat. Kryminały rządzą się szczególnymi zasadami pisania, m.in. prowadzeniem “gry” z czytelnikiem, mnożeniem fałszywych tropów. W Google znajdziesz podstawowe porady na ten temat.

Cóż, po dwóch komentarzach wiesz właściwie wszystko, co trzeba. Niczego nowego nie powiem. Po pierwsze – bałagan w tekście. Fatalny zapis dialogów, myślniki nie oddzielone od tekstu spacjami, brak znaków interpunkcyjnych (nie tylko przecinków, ale też i znaków zapytania) liczne literówki, źle odmienione wyrazy… To wszystko wynika nie z braku umiejętności, tylko niedbalstwa. Jeśli autor nie podjął wysiłku, by uczynić tekst porządnym, to dlaczego ja mam się wysilać, żeby go czytać? 

Bo wysiłek jest potrzebny. Opowiadanie nie jest dobrze napisane, tak naprawdę większość zdań trzeba byłoby napisać od nowa. Styl kuleje, zgrzyta i się krztusi, a dialogi, pomijając już nawet ich kiepski zapis, brzmią bardzo nienaturalnie. Widać, że dopiero zaczynasz i wiele jeszcze przed Tobą tekstów do napisania i książek do przeczytania, zanim wyrobisz się na tyle, że będziesz mógł swoje opowiadania pokazać światu. Ale warto pracować, warto się starać, bo potencjał jest :-) 

Choćby w samej umiejętności opowiadania historii. Fakt, fabuła oklepana, bohaterowie typowi, kryminału w tym za grosz, bo nie ma żadnej tajemnicy czy zagadki. Ale akcja ładnie się toczy od spokojnego, refleksyjnego początku po dramatyczną końcówkę. Prostota to w zasadzie nie wada – nawet dobrze, że nie panując jeszcze nad piórem nie silisz się na kombinowanie i udziwnianie, zarówno stylu jak i treści. Nie ma nic bardziej zniechęcającego do czytania, niż początkujący i niewprawiony autor, który stara się być na siłę oryginalny. Co więcej widać, że masz dryg do klimatu – tutaj co prawda stosujesz znów najprostsze metody (deszcz, paskudna sceneria, szalejąca burza) ale są to metody skuteczne i ładnie zaaplikowane. 

Zatem – ćwicz. Dużo. Zostaw na razie pomysły na powieść w spokoju i pisz krótkie teksty, nawet pojedyncze scenki bez konkretnej fabuły. Oby dużo, często i konsekwentnie. W końcu opanujesz poprawny styl, a wtedy będzie można myśleć o czymś większym. Ale przede wszystkim – dbaj o jakość techniczną. Zapoznaj się z zasadami zapisu dialogów, czytaj to co napisałeś pięć, dziesięć, dwadzieścia razy, łap litrówki, poleruj wykonanie, poprawiaj, poprawiaj i jeszcze raz poprawiaj. Bo kiepski styl nie razi, kiedy widać, że autor się stara, że mu zależy i w tekst wkłada dużo pracy. Każdy kiedyś zaczynał i każdemu początkującemu należy się kredyt zaufania. Ale bałaganiarstwo i olewactwo jest niewybaczalne. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Doczytałam do pierwszych gwiazdek i choć jestem nawet trochę ciekawa, co dalej, przerywam lekturę. Przykro mi to pisać, Lubienoc, ale skoro do tej pory nie zrobiłeś nic, aby choć trochę poprawić opowiadanie, ja nie czuję się w obowiązku brnąć przez tekst, który jest napisany tak niechlujnie, że nie powinien ujrzeć światła dziennego.

 

za­mknął z hu­kiem okien­ni­ce wy­cho­dzą­ce na puste ulice. ―> Czy to zamierzony rym?

Od kiedy okiennice wychodzą na cokolwiek?

Za SJP PWN: okiennica «ruchoma zasłona w postaci drewnianego skrzydła, zabezpieczająca okno»

 

Był po­nie­dzia­łek, pierw­sze­go grud­nia. ―> Był po­nie­dzia­łek, pierw­szy grud­nia.

 

ogło­sze­nia w te­le­wi­zji pełne były ogło­szeń świą­tecz­nych ―> Brzmi to fatalnie. Brak kropki na końcu zdania.

 

czuł boski smak Da­niel­sa otwar­te­go wczo­raj. ―> …czuł boski smak da­niel­sa otwar­te­go wczo­raj.

Nazwy trunków piszemy małą literą. http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

Prze­je­cha­nie 3,5 km za­ję­ło mu ponad pół go­dzi­ny. ―> Prze­je­cha­nie trzech i pół kilometra za­ję­ło mu ponad pół go­dzi­ny.

Liczebniki zapisujemy słownie. Nie używamy skrótów.

 

Za­par­ko­wał de­fen­de­ra przy kra­węż­ni­ku… ―> Wiadomo, czym jeździ bohater, więc nie musisz tego powtarzać.

Wystarczy: Za­par­ko­wał przy kra­węż­ni­ku

 

Ude­rzył go har­mi­der, głosy zmie­sza­ne z krzy­ka­mi… ―> Masło maślane – krzyki to też głosy.

 

…Kac­per, młody 25 letni aspi­ru­ją­cy do bycia kimś… ―> …Kac­per, dwudziestopięcioletni aspi­ru­ją­cy do bycia kimś

Zbędna informacja – skoro podajesz dokładny wiek Kacpra, to tym samym mówisz, że jest młody.

 

-No, Mi­chal­ski, co się tak tępo uśmie­chasz… ―> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

-Nic nic. Mamy spra­wę, nową. -od­po­wie­dział ta­jem­ni­czym tonem ma­cha­jąc Mar­ci­no­wi tecz­ką przed twa­rzą. ―> Nic, nic. Mamy spra­wę, nową od­po­wie­dział ta­jem­ni­czym tonem, ma­cha­jąc Mar­ci­no­wi tecz­ką przed twa­rzą.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

kła­dąc nogi na schlud­nie uprząt­nię­te biur­ko. ―> …kła­dąc nogi na schlud­nie uprząt­nię­tym biur­ku.

 

Lap­top zo­stał w po­śpie­chu ro­ze­rwa­ny na dwie czę­ści. ―> Skąd wiadomo, że laptop został rozerwany w pośpiechu?

 

Usiadł po­now­nie na krze­śle pa­trząc uważ­nie na Mi­chal­skie­go, który jakby nie pa­trzeć był jesz­cze dziec­kiem. ―> Powtórzenie. Czy dwudziestopięcioletni mężczyzna na pewno jest dzieckiem?

Proponuję: Usiadł po­now­nie na krze­śle, przyglądając się uważ­nie Mi­chal­skie­mu, który, jak by nie pa­trzeć, był jesz­cze trochę dziec­kiem.

 

No co się ga­pisz– spy­tał chło­pak wy­zy­wa­ją­co. ―> No co się ga­pisz? – spy­tał chło­pak wy­zy­wa­ją­co.

 

Było już ciem­no. Do­oko­ła było pusto i cicho… ―> Powtórzenie.

Proponuję: Do­oko­ła było ciemno, pusto i cicho

 

W miesz­ka­niu, w któ­rym miesz­kał sa­mot­nie… ―> Brzmi to fatalnie.

Proponuję: W miesz­ka­niu, któ­re zajmował sa­mot­nie

 

czu­jąc go­rą­cą wodę wy­pły­wa­ją­cą stru­mie­niem z rur… ―> A nie z kranu?

Z ilu rur może wypływać jeden strumień wody?

 

prze­ży­wał samą noc, ta w którą wszyst­ko się skoń­czy­ło… ―> …prze­ży­wał samą noc, tę,  w którą wszyst­ko się skoń­czy­ło

 

kro­ple ude­rza­ły z przy­jem­nym dla ucha dud­nie­niem w bla­chy sa­mo­cho­dy. ―> Literówki.

 

ja­śnie Pan nie może od­po­wia­dać… ―> …ja­śnie pan nie może od­po­wia­dać

Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

ocze­ku­jesz od wszyst­kich po­słusz­no­ści… ―> …ocze­ku­jesz od wszyst­kich posłuszeństwa

 

Spoj­rzał na czer­wo­na twarz Mi­chal­skie­go… ―> Literówka.

 

na czasz­ce wid­nia­ły bez­wło­se plamy. ―> Na czaszce w ogóle nie ma włosów, więc dziwi mnie zaznaczenie, że plamy były bezwłose.

 

-O kurwa, po­my­ślał Mar­cin, ob­cho­dząc stół do­ko­ła, przy­pa­tru­jąc się uważ­nie zwło­kom. ―> Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

Idź do matki i jej pytaj… ―> Idź do matki i pytaj

 

że si­nia­ki te są jed­ny­mi z póź­niej­szych ran na tym ciele. ―> O ile mi wiadomo, siniaki nie są ranami.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuje wszystkim z całego serca za wszystkie słowa pouczenia, jak wcześniej wspomnialem jest to moje pierwsze opowiadanie i jego szkic, pierwsza wersja. Wszystko wziąłem na poważnie, jak mówią człowiek uczy się przez cake życie, za tą naukę dziękuje Wam wszystkim.

Nowa Fantastyka