- Opowiadanie: MarBac - Kaszëbsczi gbur, czyli jak mój pradziadek Franc się z diabłem targował

Kaszëbsczi gbur, czyli jak mój pradziadek Franc się z diabłem targował

Kaszubski – lekcja nr 1 – najważniejsze słowo w języku kaszubskim.

“Jo” – słowo będące germanizmem, spolszczoną wersją niemieckiego „ja”. Na Kaszubach to multisłowo mające nieskończoną ilość znaczeń, m. in.:

- Jo – zgoda.

- Jo? – prośba o potwierdzenie faktu.

- Joooo?! – zaskoczenie.

- A, jooo! – olśnienie.

- No jo… - rozczarowanie.

- Jo, jo! – niedowierzanie.

 

Serdeczne podziękowania dla Tsole, Asylum oraz CM, którzy jako pierwsi spotkali Kaszubskiego Gbura i uczynili go lepszym :) Wór fenigów dla każdego z Was!

 

 Przedstawione w niniejszym opowiadaniu postacie i zdarzenia oparte są na prawdziwych osobach (pradziadek autorki) i prawdziwych wydarzeniach (pradziadka tegoż przygody).

No, może za wyjątkiem diabła…

 

 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Kaszëbsczi gbur, czyli jak mój pradziadek Franc się z diabłem targował

Franc od zawsze uważał się za człowieka urodzonego pod szczęśliwą gwiazdą. Choć, gwoli ścisłości, sam pewnie nie użyłby tak wymyślnego sformułowania. Przy kielichu wódki, z kartami w ręku – gdy kompani zaczynali przysięgać sobie dozgonną przyjaźń, narzekali na pracę u bauera, czy płakali nad słabymi kartami w baśce – Franc, gapiąc się przez otwarte okno, mówił:

– Ze mnie je fest gbur!  

W tym miejscu należą się wyjaśnienia. Wbrew pozorom “gbur” to nie człowiek burkliwy i niesympatyczny. Tak dawniej na Kaszubach określano gospodarza – zamożnego, wolnego chłopa pracującego na własnym, dużym gospodarstwie.

Nie można było odmówić Francowi racji. W końcu i praca na gburostwie szła fest i z gospodarza był chłop, że fest! Czarnowłosy, śniadolicy i przystojny zyskał przydomek “Cygan”, choć romskiej krwi w żyłach Franca nie płynęła ani kropla. Podobno na fusze u Niemców za sprawą swej powierzchowności zbałamucił pewną wdowę. Gdy obrzydło mu mieszkanie na koszt bogatej Helgi, wrócił do ojczyzny, a porzucona kobiecina przybyła za kochankiem do Polski i przy użyciu złożonej parasolki wyraziła na plecach Franca swój żal. Ale nie o tym będzie ta historia.

 

Franc siedział na ławeczce wyrżniętej w zwalonym pniu lipy. Rozkładał na sitach pokrojone kapelusze podgrzybków, co jakiś czas odpowiadając gwizdaniem śpiewającemu gdzieś niedaleko drozdowi. Nagrzany za dnia las oddawał swoje ciepło i chuchał na plecy Franca pachnącym igliwiem powietrzem. Trawy porastające brzeg jeziora szeptały i chichotały, obserwując baraszkujące wśród szuwarów kaczki. Po łące na drugiej stronie jeziora leniwie przechadzały się żurawie. Ptaki te chyba celowo odkładały jesienne pożegnanie się z ojczyzną. Jakby żal im było opuszczać Kaszuby.

– I nie dziwota – westchnął Franc, cisnąwszy do wody przeżarty przez robaki grzybek.

Legenda mówi, że gdy Pan Bóg już skończył pracę nad światem i zadowolony zasiadł na tronie, przyszedł do niego Anioł o imieniu Kaszub. Poskarżył się, że powierzona jego opiece ziemia na północy Polski to jałowe piachy. Pustynia niezdatna do zamieszkania przez ludzi, bez zwierząt, roślin, gór, jezior – okrutna, niczym kara boska. Pan Bóg odchrząknął zakłopotany, podrapał się po wszechwiedzącej głowie. Po krótkim namyśle, wręczył Kaszubowi złoty worek.

– Do tego wora, Kaszubie, wsypałem to, co zostało mi po stworzeniu całej reszty świata – rozbrzmiał głos Stwórcy. – Idź i uczyń twą ziemię przyjazną ludziom, a ja ją będę błogosławić po wieki wieków. Albowiem prosiłeś mnie o ratunek, a ja cię wysłuchałem.

– Jo! – podsumował legendę Franc, podziwiając to, co Kaszub wysypał ze złotego worka. Łagodne góry, jeziora rodzące ryby, lasy pachnące grzybami – „resztki” całego świata spadły tu, na najpiękniejszą część Polski.

Franc wytarł nożyk o bùksë , pozbierał sita i ruszył w stronę chałupy – ona też była fest, bo dzięki zarobionym na robotach pieniądzom Franc nie tylko kupił ziemię, ale i postawił solidny dom. Śpiew drozda odprowadził go aż pod drzwi wychodzące na podwórze. Ledwo je przekroczył, rozbrzmiał inny… świergot.

– Zgłuchłeś do reszty, Franc?! Ile ca można wołać? Przeca drę się i drę, co, jaśnie panu zaproszenie trza posyłać? Mało, że zrobić futer, to jeszczi do gamby włożyć, hę?!

Franc skrzywił się, jakby wciągnął za dużo tabaki. Cóż, jako fest gbur i fest chłop, dzéwczê też mu się trafiło, że fest.

– Cëchò, Marteczko, mój ty słowiku, patrzaj no! Grzëbë żem oprawiał, będziesz mogła zëmą zupa uwarzyć.

– Jô ca zaraz uwarza… I gdzie rzyc składasz?! Wacłôw Buszke do ce przyszedł. Musi o tego kónia iść.

O, szczęśliwa gwiazda na moment skryła się za chmurami.

– O Stolema?

Marteczka tylko machnęła ręką i wylała zimny eintopf z misy Franca do gara.

– Jo. Tera biéj się tłumacz. Ino wróć chùtkò, bo trzeci raz grzała nie będę.

Franc zawahał się, nim nacisnął klamkę drzwi. Cofnął rękę, sięgnął za pazuchę po piersiówkę. Upił jeden łyk dla kurażu. I drugi, żeby przywołać na twarz uśmiech niewiniątka. Dopiero wówczas ruszył na spotkanie czekającego przy furtce Wacława Buszke.

– Franc, ty obmierzły oszuście! – Dudniący bas sołtysa spłoszył uwiązanego do płotu Stolema i dwa inne odpoczywające w stajni konie. – Coś ty mi sprzedał na targu, diable jeden?!

Gbur obejrzał od góry do dołu Stolema, uniósł jedną brew, podrapał się po opalonym policzku.

– Mnie się zdaje, żem opchnął ci kónia – powiedział Franc. – Ale mogę się mylić.

– Ślepego konia! – Sołtys chwycił kantar i wykręcił łeb chabety w stronę Franca. Po poranionym pysku zwierzęcia spływała krew. – Za Brusami wjechałem w las i dałem koniowi po bokach. Wyrżnął pyskiem w pierwsze drzewo! Ty cholerny cwaniaku! Czyli to prawda, że Kaszubie, choć oczy wydłubie, to dupą przejrzy! Zawsze wasze na wierzchu, zawsze musicie wygrać, wsioki jedne. Okłamałeś mnie! Oddawaj geldy!

Franc sam się prosił o kłopoty, sprzedając ślepego konia sołtysowi i zatajając defekt kobyły. Cóż, wystarczyła garść pieprzu wtarta w zadek Stolema, a ospała chabeta zmieniła się w pięknego, silnego ogiera. Koń po tym zabiegu nawet jakoś tak… jakby na moment odzyskał bystrość spojrzenia.

– Jo, jo… Jô kłamcą?! – oburzył się Franc, poprawiając nieco przybrudzoną już westkę. – A pëtałes się, czy Stolem widzi? Ni! A byś spytał, powiedziałbym ca, że ślepy. 

Sołtys wydał dźwięk podobny do dławiącego się kością psa. Prawdopodobnie szukał słów podsumowujących Franca jako handlarza. I gdyby miał dość czasu, użyłby tych samych epitetów, których użył Franc, pomstując na Cygana, od którego sam nieszczęsnego, ślepego Stolema kupił.

Tak, Franc miał żyłkę do interesów, ale tylko po trzeźwemu.

– Przeklęty oszust! – Sołtys szarpnął za wodze, próbując odwiązać konia od płotu. – Przeklęty, przeklęty, przeklęty! Niech cię diabeł porwie, Cyganie, niech cię licho! Niech cię czart w dupę rucha, bodaj byś uwiądł! Idź do diabła, idź do DIABŁA! IDŹ! DO! DIABŁA!

 Gwałtowny podmuch wiatru połknął ostatni okrzyk sołtysa. Drzewa ugięły się, na leśną drogę runął deszcz odpryskującej z pni kory. Trzasnął zerwany rzemień, spłoszony Stolem z przeraźliwym rżeniem pomknął przed siebie. Nie uciekł daleko – znów wyrżnął pyskiem w gruby jak szwagier Franca pień buku. Aż przysiadł na zadzie, gapiąc się bez zrozumienia przed siebie.

Wacław uskoczył przed spadającym konarem, który zamiast głowy sołtysa zmiażdżył płotek oddzielający włości Franca od wijącej się ku Wielkim Chełmom drogi. Później, podczas reperowania ogrodzenia, Franc doszedł do wniosku, że o wiele mniej żałowałby tej pierwszej straty.

– Apokalipsa! – zawodziła Marteczka, którą wichura odciągnęła od gara z zupą i zwabiła na podwórze. – Apooookalipsaaaa!

Nie trzeba było pieprzu wtartego w tyłek, by sołtys i Franc zgodnie pocwałowali na pomoc niewieście w potrzebie. Potykając się o resztki płotu, ślizgając na opadłych ze śliwy przejrzałych owocach, tratując miotające się w panice gęsi, stanęli u boku zapłakanej Marteczki na brzegu… nie, już nie jeziora, a buzującego zieloną pianą kotła.

– Jezusie Chrystusie, zlituj się nad nami, grzysznemi! – wrzeszczała dalej Marteczka. – To apokalipsa, Franc, zagłaaadaaa!

Marteczka musiała być wieszczką, ponieważ ledwo jej lament wzleciał ku niebu, powierzchnia jeziora rozstąpiła się na dwoje, jak Morze Czerwone na rozkaz Mojżeszowej laski. Cuchnąca mułem gardziel wypluła wstążki wodorostów. Przerażone raki latały w powietrzu niby trzmiele, klekocząc szczypcami. Tajemna siła rzuciła w górę wielkiego karpia, aż żal, że pod ręką nie było żadnego podbieraka. Jezioro oddało też pagaj, który Franc zgubił jakieś pół roku wcześniej.

– Boże, kuniec świata! Booożeee!

Rozchodzące się w przeciwne strony fale wyciągnęły ramiona ku burzowym chmurom. Wtem z plaśnięciem złączyły mokre, zimne dłonie, tworząc arkadę. Z jej dna buchnął dym, a gdy czarna chmura opadła, stojący na podwórku ludzie zobaczyli wychodzącą z jeziora niewysoką istotę w szpiczastym kapeluszu. Przyczepione do ronda blaszki podzwaniały przy każdym kroku. Białą koszulę pstrzyły plamy sadzy, guziki haftowanego wępsu dymiły, jakby kaftan dopiero co wyjęto z bardzo gorącej kąpieli. Osobnik sprężył się, by wskoczyć na piaszczysty brzeg, a gdy już stanął na lądzie, Franc, Marteczka i sołtys zgodnie, jak na dany przez księdza znak, przeżegnali się.

Przybysz nie miał na sobie bùksów. Węps ledwo co okrywał kosmate, kozie dupsko.

– Jezus Maria! – zaskomlała Marteczka, padając na kolana. – Jezus Maria, Jezus Maria…

Diabeł stanął jak wryty. Rozejrzał się dookoła tak szybko, że niemal smagnął po gębach ludzi skołtunionym pędzlem wieńczącym długi ogon. Odetchnął, gdy nie dostrzegł nikogo poza ich czworgiem.

– Nie strasz, kobieto! – Złapał się za serce. – Idąc tu, nie spodziewałem się konkurencji. Państwo pozwolą, że się przedstawię. Purtek, do usług! A że wzywaliście mnie, więc słucham. W czym problem?

Ludzie milczeli, gapiąc się z rozdziawionymi ustami na diabła.

– Państwo pozwolą, że zacytuję. – Purtek wyciągnął zza pazuchy kajecik, przekartkował i zaczął czytać – „Niech cię diabeł porwie, Cyganie, niech cię licho! Niech cię czart w dupę rucha”… Cóż, tę czynność wolałbym pominąć. Więc szybciutko, kto to powiedział?

Ręka Franca sama poderwała się w górę, palec wymierzył oskarżycielsko w sołtysa.

– Òn!

Sołtys pobladł, również padł na kolana, dołączając do Marteczki.

– On mi na targu konia ślepego sprzedał, szubrawiec, ja nic nie zrobił, panie diable, ja stratny, dobry ze mnie człowiek, katolik i Polak, nie Prusak, nie jakiś głupi wsiok, nie kradnę, nie piję, żony nie biję, w każdym razie nie za często, jak zasłuży tylko!

– Dobra, dobra. – Diabeł machnął ręką. – Spowiadaj się tym waszym czarnym frantom. Moje pytanie, który to Cygan?

– On! On! – Sołtys odpłacił Francowi, tyle, że jego palec jakoś tak bardziej drżał.

– Czyli wszystko jasne. Ty, Polak katolik, zabieraj swojego konia i raus stąd!

Purtek schował kajet. Pstryknął palcami i ślepy dotychczas koń odzyskał wzrok. Sołtys wskoczył na grzbiet Stolema i pognał… jakby go diabli gonili.

– Ty, Cygan, też się zbieraj. Czas na nas, mamy umowę do spisania.

Wreszcie i Franc padł na kolana przed obliczem diabła.

– Jô? Dlôcze?!

– Aaa, sporoś w życiu nabroił. Tylko czekałem, aż ktoś wreszcie pośle cię do mnie – westchnął diabeł, unosząc brzeg kapelusza. – Przykro mi, takie są przepisy. Polak trzy razy nazwał cię przeklętym i trzy razy kazał iść do diabła. Ale nie martw się, sowicie ci zapłacę, a duszę zabiorę dopiero po śmierci!

Marteczka w płacz, Franc tylko ściągnął z głowy mùca i mnąc ją w dłoniach, lamentował:

– Jak to, dusza? Diôchle, taki ciężki żëwot mam i jeszczi po śmierci męki piekielne mnie czekajo? Na fuchach u Miemieckich tyrałem, by kupić ten fyrtel zemi, potem leno robòta i robòta. Co żem w żëcu nabroił? Ot, trochi cygaństwa, handlów nieuczciwych, jedna wdówka zbałamucona i czeliszek wódki od czasu do czasu. Roz dałem dziedzicowi kiełbasa z byczych jojec, ale mu smakowała!

I tak biadolił Franc, kajał się, prosił i błagał, całując Purtka w rąbek kaftana, aż czarne serce diabła na moment przestało buchać smrodliwą siarką i okazało krztynę współczucia. Franc zaprosił Purtka do chałupy, zasiedli w izbie przy wódce i zaczęli się targować. Gbur nie odpuszczał, żal było mu duszy. Purtek, straszny służbista, również wytrwale bronił interesów piekła, lecz z każdym kolejnym kielichem jego upór słabł. A że tęgi łeb Kaszuba, wszyscy to wiedzą, w końcu diabeł trzęsącą się od pijaństwa ręką nakreślił swój podpis pod cyrografem stwierdzającym, iż:

“Franciszek Szczepansczi, syn Franciszka Antoniego i Franciszki, zachowa pośmiertnie duszę na wyłączność i postara się za życia odpokutować za swoje grzechy.

Diabeł Purtek, syn diabła Smętka i kozy starej Borowiakowej, w ramach rekompensaty kupuje od Franciszka prawa do jego ziemi za symboliczne dwadzieścia fenigów.

Diabeł Purtek umożliwi Franciszkowi i jego rodzinie zajmowanie dwuizbowej, krytej strzechą chałupy na dotychczasowych zasadach.

Franciszek zobowiązuje się nie utrudniać prowadzonej przez Diabła Purtka działalności, polegającej na zakopywaniu we wspomnianej w punkcie drugim ziemi pieniędzy zdobytych na handlu duszami oraz ich suszeniu i czyszczeniu w co siódmą wigilię Świętego Jana”.

 

A że gościna u kaszubskiego gbura nad wyraz spodobała się diabłu, został Purtek jeszcze na kolację i drugą flaszkę wódki. Tylko Marteczka, niespecjalnie zadowolona z piekielnego towarzystwa, klęczała na progu chałupy, trzęsąc się z zimna i mamrocząc różaniec.

 

Po trzeciej butelce, gdy księżyc przeglądał pyzatą buzię w lustrze jeziora, a sowy plotkowały gdzieś w lesie, Purtek wytoczył się z chałupy, wyjąc wniebogłosy hymn na cześć Szatana. Porwał pogrążoną w modlitwie Marteczkę do kosedera, gubiąc w tańcu kapelusz. A że kopytka mu się plątały, prawie runęli oboje na ziemię.

– Szepraszam szanowną, śliszną panią – wysyczał diabeł zdrętwiałym od gorzały językiem, gdy żona Franca cudem, chyba za sprawą klepanych wcześniej modlitw, nie nadziała się na zakrzywiony róg.

– Fraaaanc! – zawołała w stronę chałupy.

Nieco pewniej na nogach z domu wyszedł Franc. Zgarnął kapelusz Purtka, zgarnął bełkoczącego diabła i podpierając się wzajemnie, ruszyli w stronę jeziora.

– Franc… Psszyjacielu. Jah ja cię ssszanuję… – Płakał wzruszony swą miłością diabeł. – I wiesz co?! Wiesz ssso… Dam ci prezent, jo? Ale to… za chwilę.

Purtek zgiął się wpół i rzygnął w jałowiec. Krzak momentalnie stanął w ogniu, osmalając diabłu wąsiska.

– Dam ci presssent – ciągnął diabeł, ocierając usta. – Zrobię cię bogaczem! Also… Bęziesz miał tyle pieniędzy, że… Że aż tyle! Wszyscy we wsi… wszyscy… będą cię zwać bogatym von Szczepańskim! I twoje dzieci będą bogate… i wnuki… i prawnuki…

Wyliczanka urwała się, gdy diabeł zasnął na stojąco, wtulony w kark Franca. A że Purtek – jak sama nazwa wskazuje – śmierdział niemiłosiernie, Franc przyspieszył, byle szybciej pozbyć się gościa. Rzucił chrapiącego pijaka na taflę jeziora i patrzył, jak dymiące ciało odpływa od brzegu. Gdzieś blisko środka zbiornika wytworzył się wir i wciągnął Purtka z powrotem do piekła.

– Zaś udany targ – mruknął Franc, sypiąc tabaki pomiędzy grube jak liny ścięgna lewego kciuka. Niuchnął solidnie, a gdy odrobinę pojaśniało mu w głowie, wyciągnął z kieszeni westki jedną dwudziestofenigówkę, za którą diabeł kupił prawa do jego ziemi. – Jo, udany…

 

 

* * *

 

Szczęście Franca nie trwało długo. Raptem trzy dni.

Dokładnie tyle zajęło Purtkowi wytrzeźwienie.

 – Franc, ty oszuście! – Diabeł wypadł z kipieli jeziora czerwony na twarzy, w przekrzywionym kapeluszu i rozchełstanej koszuli. Wciąż śmierdział przetrawioną wódką. Musiał ciężko chorować po targach z Kaszubem. – Coś ty mi zrobił?! Gdzie moja dusza?!

Trzasnęły drzwi – to Marteczka uciekła, nie chcąc być świadkiem kolejnej awantury z udziałem diabła. Jej mąż za to okazał wyjątkowy spokój. Dalej skubał pióra z zaszlachtowanej przed chwilą gęsi.

– Ni wiem, gdzie tvòja dusza, Purt. – Wzruszył ramionami. – Le wiem, gdzie môja.

Franc popukał się w pierś, posyłając diabłu ten swój czarujący, zawadiacki uśmiech.

– Twoja, moja, jeden diabeł! – pieklił się Purtek, wymachując w powietrzu cyrografem. – Na co mi twoja ziemia? Ten przeklęty las, przeklęte jezioro, ta krzywa chałupa?! Oddawaj duszę! Jesteś diabeł, nie człowiek! Zdrajca! Oszust!

Kaszubska krew zawrzała w żyłach Franca. Zerwał się z ruczka, aż przewrócił koślawy stołek. Cisnął na wpół oskubaną gęsią w diabła, doskoczył doń i wyrwał pergamin z pieczęcią Piekła.

– Słowò rzecz święta! – huknął, rozwijając cyrograf. – Môja dusza, rzecz święta. A nade wszëtkò ta zemia, Purt! To dobrô, kaszëbsczi zemia. Święta zemia, bo rãką Bòga stwòrzona! I tylko Òn je ji włôscëcélem. Òn ma ji prawa, nie jô! Also, kùsznji mje w rzyć i raus stąd! Wracaj do piekła i zapamiętaj se. Më, Kaszëbi, nie w ciemię bite! Ani dusza Franca tvòja, ani ta zemia!

Kaszubski gbur rzucił diabłu pod nogi dwadzieścia fenigów. Przegrany Purtek zaś zabrał swój cyrograf, oddał Francowi gęś i złorzecząc pod nosem coś o mękach piekielnych, poszedł w stronę jeziora.

– Franc! Të jeś sprytny jak lis.

Franc obejrzał się. Na progu chałupy stała Marteczka tuląca do piersi szkaplerz. Podziw dla wyczynu męża dodał jej oczom takiego blasku, że znów wydawała się Francowi najpiękniejszą dziewczyną na caluśkich Kaszubach.

Zaraz jednak złudzenie prysło, gdy Marteczka splunęła przez ramię i trzy razy przeżegnała się.

– Wërzuc ta ganś, jo? Przeca diôbéł ją tykał, jeszczi się potrujem, Franc! – Wróciła do chałupy, szykować obiad.

Franc jednak nie posłuchał. Ruszył biegiem za diabłem, choć ten już prawie cały zanurzył się w wodach jeziora i zawołał:

– A mòj prezent? Miałeś zrobić mie bògatim! Obiecałeś! A słowò…

– …święte, tak? – Skrzywił się Purtek. – Czekaj, Franc, jeszcze ty będziesz bogaty!

Srebrna fala nakryła szpiczasty kapelusz, jezioro połknęło diabła. Zaszumiały tataraki, gdzieś za chałupą zaćwierkał drozd, jakby pytał, czy już po wszystkim.

– No, jo – westchnął Franc.

Wtem gęś, którą ściskał pod pachą, podniosła wiotki dotychczas łeb. Czarne ślepka wbiły spojrzenie w Kaszuba.

– Gęg?? – zapytał ptak z jakże ludzkim zdziwieniem.

– Chryste Panie! – Śniade policzki Franca pobladły. – Ki czort?

Oskubana gęś uderzyła skrzydłami, wyskoczyła z ramion człowieka. Chwilę biegła ogłupiała, potem po prostu zaczęła grzebać w trawie.

– Jô coś czuł, żeś słabo po łbie dostała – mruknął Franc. – Ino durno terô wyjzdrzysz z tą łysą dupą.

Franc machnął ręką i poszedł do stajni, gwiżdżąc jakąś skoczną melodię.

Gdyby się obejrzał, zobaczyłby, jak gęś podnosi łeb. W dziobie trzymała błyszczącą, nowiutką fenigówkę. Po chwili wahania ptak rozwarł dziób. Moneta wpadła do gardła, a stamtąd do brzucha, który ledwo co uniknął przerobienia na pieczeń.

 

Następnego ranka, gdy blade, wciąż rozespane słońce podniosło głowę z pierzyny mgieł, Franc zabrał wiklinowy kosz, zabrał motykę, zabrał swój zawsze pogodny nastrój i już miał podreptać na pole, by wykopać bùlwy, kiedy coś zamigotało tuż pod jego chodakami. Gbur schylił się.

U jego stóp leżały dwie monety.

Franc podskoczył wystraszony, gdy spod studni rozległ się gęgot na wpół oskubanej gęsi. Przemieniony w słup soli patrzył, jak ptak podchodzi do monet, pożera obie i wraca do stodoły, poplątać się pod kopytami koni.

– Święty Józefku!

Cichaczem gospodarz podreptał za gęsią. Zaczaił się w drzwiach stodoły. Zapomniał o wykopkach, o dniu targowym, a co gorsza, o śniadaniu. Nawet Marteczka przestała odciągać męża od obserwacji gęsi. Biadoliła tylko, że już od rana Franc zagląda do kielicha – skoro tak dziwnie się zachowuje, wytłumaczenie musiało być jedno. Ale Franc był wyjątkowo trzeźwy. I wyjątkowo cierpliwy.

Tuż przed obiadem gęś wytoczyła się ze stajni. Strzepnęła skrzydłami, zagęgała, pokręciła łysym kuperkiem i…

– Pffrrr…

Z miłym dla ucha brzęknięciem na ziemię spadły cztery monety.

Fest gbur miał i fest rozum – czego żadnemu Kaszubowi odmówić nie można – więc rychło pojął, jaki prezent podarował mu na odchodnym diabeł Purtek.

 

* * *

 

Las powoli zrzucał z ramion szeleszczący, złoty płaszcz, szykując się do przywdziania śnieżnego kożucha. Już i dzikie gęsi odleciały i ostatnie żurawie pożegnały Kaszuby. Raki zagrzebywały się w dnie jeziora, zbierając się do zimowego snu i ryby jakoś tak niechętnie podpływały w pobliże sieci. Praca na polach kończyła się, ludzie dopychali do ziemianek i piwniczek ostatnie zapasy.

Tylko Franc pozostał nad wyraz aktywny.

Marteczka cerowała skarpety, zerkając z niepokojem na drzwi stajni. Franc przesiadywał tam podejrzanie długo. Co robił – nie chciał zdradzić. Mówił tylko: „Martuś, jeszczi będziem bògate, jeszczi będziem dziedzice!”. Poza tym… jakoś podejrzanie głęboko zaprzyjaźnił się z gęsią, którą miał zabić w dzień drugich odwiedzin Purtka.

Na wspomnienie diabła Marteczka przeżegnała się i zmówiła trzy zdrowaśki.

I Franc wspomniał swojego niegdysiejszego towarzysza od flaszki. Tyle, że on błogosławił diabła na wszystkie sposoby, dziękując Bogu za to, że sołtys swoimi przekleństwami sprowadził gburowi na głowę wysłannika piekieł.

– Jo, jo, mała, wcinaj! – Zaśmiał się Franc, wpychając gęsi do dzioba kolejne fenigi.

Z czterech dwudziestofenigówek szybko zrobiło się osiem, z ośmiu szesnaście, a po szesnastu… gęś dostała rozwolnienia i srała rdzawym błotem. Po serii prób i błędów okazało się, że idealną liczbą monet, podaną gęsi do przetrawienia, było dwanaście. Nie powodowały rozwolnienia i w miarę szybko przetrawiały się, podwajając swoją liczbę.

Przez całą zimę kiszki zaczarowanego ptaszyska pracowały pełną parą, a majątek Franca powiększał się powoli, acz systematycznie. Co dziwne, gęś nie trawiła innej waluty. Korony wywoływały u niej czkawkę, ruble zwracała, a marki papierowe – po bolesnych, kilkudniowych zatwardzeniach – rozmieniała i tak na fenigi (pewnego poranka Franc podał gęsi dokładnie pięć dwudziestofenigowych monet licząc, że ptak zamieni je na całą markę. Eksperyment nie wypalił).

Z pełnej kiesy zrobiła się torba, z torby worek. Wiosną, gdy inni ruszali do prac w polu, Franc sprzedał ziemię, sprzedał dom i przeniósł się w głąb lasu, by tam w lichej, krytej słomą chacie potajemnie pomnażać przy użyciu gęsi pieniądze uzyskane i ze sprzedaży majątku.

Rok później z worka zrobiła się beczka. A gdy kolejny rok minął i gbur wtoczył do domu drugą bekę, nie mógł już dalej zwodzić Marteczki. Podniósł wieko tej pełnej, zdjął położone na wierzchu dla niepoznaki suszone ryby i pokazał żonie pieniądze.

– Ò mój Boże, Franc… – Marteczka aż musiała przytrzymać się beczki, by nie upaść. – Kogo żeś obrabował? Të je rabùsznik? Jo, a mëmka mi gadała, nie bierz so starszëgo, òn jak Cygan wyjzdży, będziesz të płakać, Martuś, będziesz!

Franc pokazał żonie gęś, razem ją nakarmili, razem czekali, aż ptak ulży kiszkom. Strach Marty przed piekielnymi czarami przegrał jednak z pragnieniem dostatniego życia i od tej pory małżonkowie razem, wyjątkowo zgodnie, rachowali monety. Marteczka – sprytna, prawdziwa Kaszubka – co siódmy liczony pieniążek wsuwała ukradkiem do kieszeni, powątpiewając w męża smykałkę do interesów, gromadząc kapitał na cięższe czasy.

Wreszcie nie tylko druga, ale i trzecia beczka błyszczała polerowaną stalą aż po brzegi. Wówczas to Franc powiedział sobie: basta. Pora odkupić ojcowiznę, postawić pałac, zatrudnić służbę. Żyć jak dziedzic, być bogatym, nic nie robić do końca życia, tylko cieszyć się światem! Wtoczył więc na furmankę trzy beczki, połechtał konie batem i pojechał do miasta. Siedział na koźle dumnie, jak sułtan na słoniu, pozdrawiał każdego mijanego człowieka. Nawet sołtysowi się ukłonił, choć Wacław na jego widok nakreślił znak krzyża, mamrocząc coś o diablim pomiocie.

 Spływające potem konie parsknęły z ulgi, gdy Franc wstrzymał je przed pięknym gmachem ratusza. Gbur poprawił swój niedzielny węps, strzepnął źdźbło słomy z bùksów, zdjął nabożnie mùcę i wszedł do urzędu. Chwilę odczekał, lecz nikt w podskokach nie przybiegł, by obsłużyć przyszłego krezusa Kaszub. Zniecierpliwiony, wparował do pierwszego z brzegu pokoju.

– Ich bin Franc von Szczepansczi – zawołał z estymą, starając się nie popełnić żadnego błędu. –  Ich bin gekommen, um das Dorf Dużé Chełmë zu kaufen! Ich bitte auch um Erlaubnis, einen steinernen, mehrstöckigen Palast zu errichten.

Urzędnik westchnął z ubolewaniem. Kolejny pijany Kaszub.

–  Panie Franciszku, może pan po polsku mówić. Teraz urzędy polskie, nie ma już Niemców. – Zmierzył Franca od stóp po czarnowłosy łeb. – Więc, chce pan kupić wieś i postawić na jej terenach murowany, piętrowy pałac. A za co pan chce kupić te Wielkie Chełmy?

Na to Franc tylko czekał. Chwyciwszy urzędnika za fraki, wyciągnął zza biurka i powlókł przed ratusz. Wskazał na wóz.

– Wóz i dwa konie, tak? – mruknął urzędnik, mrużąc oczy w ostrym słońcu. – Trochę mało warte.

– Òbacz, niby gryzipiórek, a taci głupsi!

Kaszub wskoczył na wóz, zdjął dekiel z beczki i nabrał monet w garść. Brzęk mamony jakby obudził znudzonego urzędnika. Chłopina wskoczył na wóz, zajrzał do beczki i…

– Fenigi?

Franc pokiwał głową. Wsadził na łeb mùcę, zanurzył obie dłonie w swoim skarbie.

– Jo! Masz, knapie, jako zachęta. – Wsypał pracownikowi ratusza dwie garści fenigów do kieszeni. – To jak? Będę mieć ten Palast, czy ni?

Wbrew oczekiwaniom Franca urzędnik wcale nie pobiegł w poskokach załatwiać aktów własności i zezwoleń. Mężczyzna oparł się o burtę wozu i tylko kręcił z niedowierzaniem głową.

– Fenigi?!

– No, przeca fenigi. Bryle na nosu ma, a ślepy i tak.

– Trzy beczki fenigów? Marek? I to pewnie jeszcze niemieckich…

Franc zdenerwował się.

– Jak nie bierzeta, to jô tam srom na was, pójdę gdzie indziej! Dylaj mnie tu z furmanki, dydku, bo mnie zara kto okradnie.

Urzędnik zdjął okulary, przetarł twarz. Chwilę zbierał myśli, wreszcie rzekł cicho:

– Nikt ich panu, panie Franciszku, nie ukradnie. Marki wyszły z obiegu w zeszłym roku. Teraz wszyscy płacimy w złotówkach. W dwudziestym czwartym roku rząd przeprowadził reformę monety. Nie wiem, w jakich borach się pan zaszył, ale przegapił pan przewalutowanie. Przykro mi.

Prawda ukryta w słowach urzędnika bardzo późno przedarła się do świadomości Franca. Nie będzie pałacu. Nie będzie wsi. Nie będzie nawet chałupki nad jeziorem, którą Franc sprzedał, by mieć czym gęś futrować. Bieda. Tylko bieda…

Bieda i trzy beczki złomu.

 

* * *

 

Jeszcze tego samego dnia Franc wrócił na swoje dawne włości. Usiadł na ławeczce, zignorował wściekłe szczekanie psa nowego właściciela jego dawnego domu. W ręku ściskał jedną dwudziestofenigówkę, a oczy wlepiał w gładką, spokojną taflę jeziora.

– Purtku, bądźże spjeklony, spjeklony, spjeklony! –  Przeklął diabła po trzykroć Franc. – Idź do diôbła, idź do diôbła, idź do diôbła!

 Jezioro wciąż leniwie przeciągało się pod błękitnym niebem, obserwując przeganiane przez wiatr baranki z chmur. Diabeł nie przyszedł. Zasada trzykrotnego przeklęcia najwidoczniej działała tylko na ludzi, nie na rezydentów piekła. W pewnym momencie Franc usłyszał chichotanie, ale czy to złośliwy Purtek, czy wodne ptactwo kpiło z biednego Kaszuba, nie sposób orzec.

Kaszub wycofał wóz pod sam brzeg jeziora, sturlał doń wszystkie trzy beczki. Wszedł do wody i pchał każdą z nich, aż stracił grunt pod nogami. Wówczas otworzył wieka i oddał diabłu cały majątek. Będzie miał Purtek co suszyć.

Gdy Franc wrócił do domu, jedno spojrzenie na dziwnie ponurą twarz kaszubskiego gbura starczyło, by Marteczka domyśliła się fiaska targów. Nie widziała ani teczki z aktami własności, ani beczek pełnych monet. Nie pytała, co się stało. Nie pytała nawet, po co Francowi siekiera.

Pozwoliła sobie na komentarz dopiero wieczorem, gdy oboje zasiedli do kolacji.

– Siedzim w byle chëczy, psiniądze z gansiej dupy znikły, a jemy jak grafy. Tyle to môsz z tëch twòjich targów z diôbłem. Purtka chciał të oszukać?! Sam głupiś jak ta ganś. Terô to jeś prawdziwy bogaty Franc von Szczepansczi!

Kaszubski gbur nie odpowiedział. Coś chrupnęło mu w ustach, zabolało fest. Wypluł trochę przeżutej pieczeni z gęsi, wypluł ukruszony ząb. Wypluł i gorącą jak pieczoną na ogniu piekielnym fenigówkę.

– Jo – westchnął tylko, zgadzając się z żoną.

I tak Franc klepał biedę, pomstując na diabła Purtka i własną głupotę. Lata minęły nim ponownie stanął na nogi, lecz ludzie wciąż wołali nań: „bogaty von Szczepansczi” – urzędnik ani myślał zachować dla siebie odwiedzin Kaszuby z trzema beczkami starych, nieważnych monet. Przydomek odziedziczyły jego dzieci, niekiedy i wnuki musiały się tłumaczyć, czy pochodzą od „tego” Franca Szczepanscziego. A prawnuki… cóż, coś tam słyszały o pradziadku Francu, ale mało je to obchodziło. Wolały słuchać obcych historii zza oceanu, opowiadanych przez wrzeszczący, kolorowy ekran telewizora. I giną te stare opowieści, zasypiają kaszubskie klechdy, bo wstyd, bo nuda, to takie to nienowoczesne i niepoprawne…

 

…tylko gdzieś w głębi Kaszub, w pachnącym igliwiem lesie, obok ruin drewnianej chałupy srebrne jezioro co jakiś czas wypluwa pokryte mułem fenigi. Jeśli będziesz miał szczęście, znajdziesz to miejsce. Gdzieś pomiędzy Brusami a Wielkimi Chełmami. Poczekasz cierpliwie, a może wzbogacisz się o kilka starych, bezwartościowych monet. Tylko będąc tam, nie wypowiadaj po trzykroć imienia śmierdzącego, kaszubskiego diabła.

Dobrze ci radzę ja.

Prawnuczka bogatego Franca von Sczepanscziego.

 

 

Koniec

Komentarze

W końcu zdążę z jakiś klikiem!

Chyba…

Moją opinię znasz aż nazbyt dokładnie. :-) Jakby to wszystko zliczyć, to pewnie zebrałoby się z piętnaście tysięcy znaków. Tutaj wrzucę więc tylko dwa zdania, jako podkładkę do “wniosku o klika”.

Sympatyczne, żartobliwe opowiadanie. Dosyć charakterystyczny bohater, będący pomieszaniem Dolasa i Wędrowycza, do tego przyjemna historia i bardzo swojski klimat podkreślony językiem kaszubskim – dla mnie wartością dodaną Twojego tekstu.

Drobna uwaga na koniec: na becie nie było obrazka! Foch! :-) 

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dziękuję, CM za kliczka i opinię!

Zdjęcie było kinder niespodzianką :) Wyczarowałam je w dzień publikacji, pokonawszy kilkanaście kilometrów rowerem, by “odnaleźć” purtkowe jezioro. I feniga :)

Podobało mi się. Lubię takie gawędziarskie opowieści. Zakończenie zaskakujące. Z reguły to nam się udaje diabła pokonać, a tu czort sobie z Franca zakpił. Fajny, swojski klimat, podreślony gwarowymi wstawkami, które na dodatek rozumiałam, choć z drugiego końca Polski jestem. Językowo i stylistycznie też nic mi nie zgrzytało. Przyjemnie spędziłam czas z Francem. :)

Kliczek. :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Irka_Luz – dziękuję za kliczka i za przybycie w gościnę na Kaszuby! 

Diabeł w opowiadaniu wygrał, bo w prawdziwym życiu Franc również dobił kiepski w skutkach interes. Sprzedał swój folwark za dość znaczną kwotę. Niestety, przegapił przewalutowanie i został z workiem bezwartościowych, “starych” pieniędzy. Dlatego cała wieś wołała nań “bogaty von Szczepański”. 

Pomysł z gęsią-bankomatem również ma źródła w prawdziwej historii. Franc kiedyś schował pieniądze u konia w żlebie. Kiedy te znikły, zaczął podejrzewać szkapę i jej żołądek. Ochoczo brał się do przerzucania gnoju i sprzątania stajni. Nie wiedział tylko, że to jego żona podebrała pieniądze…

Dwoistych doznań doświadczyłam w czasie lektury ― z jednej strony nie mogę nie docenić kunsztownie napisanej opowieści, z drugiej muszę wyznać, że owa kaszubszczyzna mocno mnie znużyła. W dodatku opowiadania nie czytało się zbyt płynnie, potykałam się nawet na pojedynczych kaszubskich słowach, z trudem brnęłam przez dialogi. Treść też raczej nie uwiodła, albowiem w każdym rejonie Polski można trafić na podania i legendy o chłopach cwańszych od samego diabła. Zaletą tej historii jest niewątpliwie nietypowe jej zakończenie.

 

jak Morze Czer­wo­ne na roz­kaz moj­że­szo­wej laski. ―> …jak Morze Czer­wo­ne na roz­kaz Moj­że­szo­wej laski.

 

i cze­li­szek wódki od­cza­su do czasu. ―> Czy tu aby nie miało być: …i cze­li­szek wódki od ­cza­su do czasu.

 

w co siód­mą wi­gi­lię Świę­te­go Jana.” ―> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

Pur­tek zgiął się w pół i rzy­gnął w ja­ło­wiec. ―> Pur­tek zgiął się wpół i rzy­gnął w ja­ło­wiec.

 

Zro­bię cię bo­ga­czem! Also… ―> Zro­bię cię bo­ga­czem! Also

Wypowiedź dialogową rozpoczyna półpauza, nie dywiz.

 

prze­tra­wia­ły się, po­dwa­ja­jąc swoją ilość. ―> …prze­tra­wia­ły się, po­dwa­ja­jąc swoją liczbę

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, dziękuję za uwagi. Poprawki później wprowadzę. Szkoda, że jednak "nie dogadałyśmy" się po kaszubsku ;) co do treści – diabeł nie pochodzi z naszych rodzinnych anegdotek o Francu, dodałam go, by odrobinę doprawić historię pradziadka. W odpowiedzi na komentarz Irki_luz wskazałam historie, które zainspirowały mnie do stworzenia opowiadania. Pisałam je dla mojej rodziny, wtajemniczeni znajdą z osiem prawdziwych wydarzeń z życia Franca. Publikacja na portalu jest dla mnie raczej sprawdzianem umiejętności. Pozdrawiam!

MarBac, żadną miarą nie podważam autentyczności doświadczeń pradziadka Franca. Napisałam tylko, że Twoja opowieść przywodzi mi na myśl bajki i podania czytane przed laty, pochodzące z różnych regionów i niewykluczone, że oparte również na zdarzeniach, które miały miejsce przed wiekami i były powtarzane przez kolejne pokolenia.

A skoro to opowiadanie miało być sprawdzianem Twoich umiejętności, to co tu dużo mówić ― moim zdaniem sprawdziłaś się świetnie. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję:) celowałam w taką stylistykę. A opowiadanie chcę "wydrukować" w formie fotoksiążki, ze zdjęciami rodzinnymi i dać jako prezent świąteczny mamie (wnuczce bogatego Franca). Tylko ciężko będzie wytrzymać do grudnia…. ;)

Bardzo zacny to prezent dla wnuczki bohatera opowiadania.

No, może do grudnia nie będzie łatwo wytrzymać, ale pomyśl, że za dwa miesiące prezenty już będą wręczone. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Moje zdanie znasz i dylematy z językiem kaszubskim. Wersja końcowa podoba mi się, jest bogatsza. Wytrzymaj z prezentem:)

Opowiadanie w biblio – cieszę się z tego! Kaszuby – cudnie zróżnicowany region, ktoś musiał sporo namieszać, aby powstała taka perełka.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dziękuję Asylum :) Dziś wchodzę na portal, na poczekalnię, żeby sprawdzić, czy są nowe komentarze, a tu hyc! Opowiadanie znikło :) Chyba Purtek pomógł i przemycił do biblioteki!

Ani chybi, to sprawka Purtka albo kaszëbsczich opiekunów Borowej Cotki pospołu z Borowcem :)

Cichcem nocą na portal wtargnęli,  po czym  zadowoleni do lasu powrócili.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

No, to fest…

Obawiam się, że to nie Purtek (niestety ;-)) tylko Thargone. Opowiadanie kliknął, ale o komentarzu zapomniał. A kliknął, bo to aż wstyd, żeby taki dobry tekst, w dodatku do piórka nominowany, nie był w bibliotece :-) 

A jest dobry, bo napisany lekko, z dynamizmem i swadą, która to swada nie tyle wynika ze stylizacji dialogów, czy "kaszubskości" ale ze sprawnego pióra i lekkiego stylu. Sprawdzian umiejętności zatem zaliczony. 

Fabularnie rzecz oczywiście mocno przypomina ludowe legendy, podania i tym podobne, niewiele tu do odkrycia, ale nie mogę powiedzieć, że się nudziłem. Ta gęś to w ogóle fajny pomysł (Twój wynalazek, czy z czegoś zaczerpnięty?) no i w większości ludowych historyjek o układach z diabłem, to sprytny chłop wygrywa, więc trochę oryginalności tu było :-) 

Kaszubskie wstawki nie przeszkadzały, bo nawet jeśli coś nie było zupełnie zrozumiałe, to wynikało z kontekstu całej wypowiedzi. Nie potykałem się w każdym razie, ani nie musiałem kilka razy czytać dialogów. 

Ogólnie – bardzo fajny rzecz, nie tylko jako prezent dla rodziny, ale też kilka chwil rozrywki dla nas. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Thargone – dziękuję. Żebyś widział wyraz mojej twarzy, kiedy przeczytałam o nominacji do piórka. Jeszcze szukam szczęki, która mi opadła…. Chyba 1 listopada padnę na kolana u grobu pradziadka i podziękuję za to, że miał takie, a nie inne przygody :) Pomysł z gęsią-bankomatem ma źródła w prawdziwej historii. Zmieniłam tylko zwierzę. Franc kiedyś schował pieniądze u konia w żlebie. Kiedy te znikły, zaczął podejrzewać szkapę i jej żołądek. Ochoczo brał się do przerzucania gnoju i sprzątania stajni. Nie wiedział tylko, że to jego żona podebrała pieniądze… Cieszę się, że polubiliście Franca i milo spędziliście z nim czas – bo o to przecież w pisaniu i czytaniu chodzi :)

Przeczytałem z przyjemnością. Językowo pierwsza klasa, płynie się przez tekst, mimo dialektowych wtrąceń. Sama stylizacja kaszubska bardzo wprawnie zrobiona. Obce słowa dozowane z umiarem, a do tego w większości dobrane tak, by miały podobne brzmienie do polskich odpowiedników. Dzięki temu ta stylizacja jest wartością dodaną, a nie przeszkadzajką. Buduje klimat, owszem. Współgra z opisami otoczenia przyrody i kaszubskiego folkloru. Jest gdzieniegdzie zabawnie.

Fabuła nie jest jakaś wymyślna, ale biorąc pod uwagę, że to w sumie taka klechda, to przesadnie wymyślna być nie musi.

Podsumowując, moja ocena to 5.15/6.

Rozważę piórkową nominację, głównie za umiejętną stylizację, wiarygodny klimat i poprawność językową.

 

Na koniec kilka pytań.

Czy posługujesz się językiem kaszubskim, czy to tylko dobry research?

Jaka jest różnica pomiędzy „ô” , „ò”, „ó” i „ù”? Czy fonetycznie człowiek spoza Kaszub jest wstanie wyłapać różnicę? Czy potrafisz w prosty sposób wyjaśnić, kiedy stosuje się którą głoskę?

„ë” – jak to brzmi? Jak „y”?

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Chrościsko, serdecznie dziękuję za przeczytanie opowiadania o moim pradziadku i za miłe słowa:) Język kaszubski znam tylko "na ucho" – podczas pisania okazało się, że pisownia bardzo odbiega od tego, co się słyszy i faktycznie mam za sobą dłuuugie poszukiwania, cedzenie, dopasowywanie tak, żeby treść była zrozumiała. Ta stronka może przybliżyć wymowę głosek w języku kaszubskim. https://zkiwlublewo.szkolnastrona.pl/?c=article&id=118

Jooo, a ja myślałam, że to tylko nasze toruńskie jest to “jo” na każdą okazję :)

Bardzo zacny tekst. Lektura była czystą przyjemnością – pouśmiechałam się, polubiłam bohaterów, a zdania opisujące przyrodę prawdziwie mnie zachwyciły. O pięknym miejscu można pisać tylko tak właśnie!

Początkowo nieco się obawiałam, że mimo tego humoru i trafiającego do mnie bardzo stylu nie będę mogła w pełni pochwalić samej opowieści, bo realizuje po prostu pewien po wielokroć powielany schemat o tych nieszczęsnych zrobionych w jajo diabłach, jednak wraz z pojawieniem się gęsi i jej supermocy poczułam się fabularnie absolutnie usatysfakcjonowana. A zakończenie stanowiło jeszcze wisienkę na torcie. 

Werweno, dziękuję za przeczytanie opowiadania i podzielenie się opinią. Cieszy mnie, że dobrze się bawiłaś. Czyli – moje zadanie wykonane :) Pozdrawiam

To co zwraca uwagę na początku to piękne opisy przyrody. Wypowiedzi gwarowe dodają smaku całemu opowiadaniu i zachowanie ich w pierwotnej formie oceniam na plus. Poza jednym czy dwoma wyjątkami mogłem domyślić się znaczenia poszczególnych słów ale nie przeszkadza mi to w lekturze. Całość napisana bardzo dowcipnie i obrazowo tak, że trudno oderwać się od lektury. Nawet na moment nie poczułem znudzenia. Podoba mi się również to, jak kreujesz bohaterów, A szczególnie sprytnego, zawadiackiego Franca. Trudno się nie uśmiechnąć czytając opis powrotu gbura do domu po nieudanych negocjacjach z urzędnikiem :)

Grupa fanów mojego pradziadka rośnie i rośnie :) dziękuję, Fladrif, za komentarz i pozdrawiam prosto z Kaszub!

Bardzo dobre opowiadanie. Nie szczędzisz kaszubskich wtrąceń, ale pomimo ich mnogości, całość wydała mi się zrozumiała, nawet jeśli po kaszubsku to ja tylko jakąś taką piosenkę znam (”chojne, widle gnojne, łozjoczo kaszeba…” ;). Historia napisana ze swadą, zabawna narracja, i nawet na morał starczyło miejsca. Fabuła czerpie z wyświechtanego na wszystkie strony motywu układania się z diabłem, ale bierze z niego tyle ile potrzeba, resztę łatając naprawdę zgrabnymi twistami. Brawo.

Tekst napisany jest bardzo dobrze. Może przez wtrącenia nie czyta się tego jakoś bardzo lekko, ale wciągnęło mnie tak, że nawet jeśli jakieś babole gdzieś się trafiły, to kompletnie nie zwracałem na nie uwagi.

Gratuluję opowiadania i nawet trochę zazdroszczę! ;)

MrBrightside, dziękuję za przeczytanie opowiadania i komentarz. Piosenka, o której wspominasz, to "kaszubskie nuty" – śpiewa się ją, pokazując narysowane na pięciolinii obrazki :)

Niby historia znana, ale współczesna narracja i dialogi kaszubskie (gdzie trzeba) bardzo ładnie współgrają językowo. Ta mieszanka staje się jasna z ostatnim zdaniem :)

Podobał mi się sposób, w jaki diabeł odwdzięczył się pięknym za nadobne. Elementy humorystyczne ogólnie są tutaj podane nie nachalnie, nie wulgarnie, ale ze smakiem.

Trochę na minus niekiedy ciągnące się nieco za długo opisy, jak wtedy przy pierwszym przyjściu diabła. Ale to rzecz względna.

Podsumowując: bardzo ładnie zapodany ludowy koncert fajerwerków, z dobrą kompozycją, tempem i pomysłem na narrację.

Za Brusami

Za tu spory plus. Moja mama jest z Brus, więc okolicę nieźle kojarzę :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereMan – dziękuję za komentarz. Pradziadek Franz przeprowadził się do Brus, to miasto mojej mamy. Jak się u nas mówi – mama jest "ze z Brus" ;) A ja z Chojnic, i to chojnicki ratusz pojawił się w opowiadaniu.

 Franc gapiąc się przez otwarte okno, mówił:

Franc, gapiąc się…

 miano to w ogóle nie pasowało do Franca

Nie, nie – miano gbura owszem, pasowało do niego – i to wyjaśniasz. Nie pasowałoby, gdyby oznaczało to, czego tu nie oznacza. OK?

 romskiej krwi w żyłach Franca nie toczyła się ani kropla

Krew się toczy, kiedy wypływa. W żyłach płynie.

 przykuwającej wzrok powierzchowności

To trochę zbyt telewizyjne w tym otoczeniu.

 odpowiadając co jakiś czas gwizdaniem

Przeorganizowałabym: co jakiś czas odpowiadając gwizdaniem.

 oddawał swoje ciepło i

To bym skasowała, rozwadnia obraz, a to ładny obraz. Poza tym – chuchał oddechem? To ciut za dużo.

Ptaki te chyba celowo opóźniały swoją jesienną podróż.

Znowu – bardzo telewizyjne, wręcz oficjalne (podstaw za "ptaki" dyplomatów albo coś w tym stylu – widać, nie?)

 okrutna, niczym kara boska

Okrutna jest kara nieadekwatna do winy, ale rozumiem, że to wzięłaś z jakowejś legendy?

 wspominaną

Zbędne, wiemy.

 Franc wytarł o bùksë nożyk

Przestawiłabym: Franc wytarł nożyk o bùksë.

 za zarobione na robotach

Powtórzenie.

 nieco odmienny w swej urodzie

Hmm.

 klamkę drzwi frontowych

Hmm.

inne, odpoczywające w stajni konie

Ten przecinek bym wyrzuciła.

 z góry do dołu

Od góry do dołu.

 łeb kobyły

Kobyła to klacz.

i zatajając stan zdrowia

Znowu – za formalne.

 dźwięk podobny do dławiącego się kością psa

Dźwięk podobny do psa? Hmm?

 tych samych epitetów, jakich użył

Których – ale byłoby powtórzenie. Hmm.

 Silny podmuch wiatru

Musiał być gwałtowny, skoro połknął – zresztą opisujesz go.

 gapiąc się bez zrozumienia przed siebie.

Nareszcie ktoś pisze normalnie heart

 Później, podczas reperowania ogrodzenia

Ej, ale teraz wiemy, że przeżyje :)

 Jezioro oddało też pagaj, który Franc zgubił jakieś pół roku wcześniej.

 Z jej niewidocznego z brzegu jeziora dna

Troszkę natłok.

 Przybysz nie nosił bùksów.

Znaczy się, regularnie nie nosił? Czy tylko teraz nie miał?

 kosmate, kozie dupsko

Przecinek zbędny (grupa nominalna).

 długim, zakończonym skołtunionym pędzlem ogonem

To nie jest złe, ale mogłoby być lepsze.

 natchnionym głosem

Wrr… głosem wieszcza, tak. Ale nie natchnionym. Mógł czytać z emfazą, choć niekoniecznie w tym tekście.

tyle że

Tyle, że.

 Przykro mi, takie są przepisy. Polak trzy razy nazwał cię przeklętym i trzy razy kazał iść do diabła.

Ja wiem, że w baśni tak być musi, ale gdyby każdy, komu każą iść do diabła, tam właśnie szedł…

 zakopywaniu we wspomnianej w punkcie drugim ziemi pieniędzy

 mamrocząc już czwarty z rzędu różaniec.

Nie wiem, czy tak można… znaczy, czy "różaniec" w sensie "modlitwa" jest policzalny, czy nie.

 księżyc przeglądał pyzatą buzię w lustrze jeziora

heart I zaraz się człowiekowi robi miło.

 jak jego nazwa wskazuje

Idiom: jak sama nazwa wskazuje.

 Podziw nad wyczynem męża

Dla wyczynu (chyba, że to regionalizm).

poszukując przekąski.

Hmm.

 Gdyby się obejrzał zobaczyłby

Gdyby się obejrzał, zobaczyłby.

 gęś podnosi z trawy nowiutką, wypolerowaną fenigówkę i po chwili wahania rozwiera dziób

To nie dziobem ją podniosła?

ledwie co

Ledwo co.

 słońce zamigotało odbitym blaskiem tuż pod jego chodakami

Hmm. Troszkę tu coś nie wyszło.

 Las powoli zrzucał z ramion szeleszczący, złoty płaszcz, przygotowując się do przywdziania śnieżnego kożucha.

Może "szykując", żeby nie aliterować. Poza tym: heart

 niepokojąco dużo czasu

Hmm.

 Tyle że

Tyle, że.

 wpychając do dzioba gęsi

Angielski szyk: wpychając gęsi do dzioba.

 idealną ilością monet, podaną gęsi do przetrawienia, było dwanaście

Idealną liczbą monet, które można podać gęsi do przetrawienia, jest dwanaście. To nie liczbę gęś łyka.

 Nie powodowały rozwolnienia i w miarę szybko przetrawiały się, podwajając swoją liczbę.

To trochę nie teges.

 ruble zwracała

A kto nie? :P

 chacie, potajemnie pomnażać

Zbędny przecinek i aliteracja.

 razem, wyjątkowo zgodnie rachowali

Wtrącenie: razem, wyjątkowo zgodnie, rachowali.

 No przeca fenigi

No, przeca fenigi.

 Marki wyszły z obiegu w zeszłym roku.

Wiedziałam! Ale to nie umniejsza satysfakcji z takiego rozwiązania sprawy.

 ignorując szczekanie

Anglicyzm!

 

Że też tak długo się guzdrałam… bez dwóch zdań, załapałabyś się do jakiejś antologii baśni kaszubskich. Dobrze ułożone, w tradycji zakorzenione, opisy ładne, rzadko zgrzytające. No i hej!

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

No, bardzo się to przyjemnie czytało!

 

Drobne potknięcia składniowe:

romskiej krwi w żyłach Franca nie toczyła się ani kropla

rzeka może toczyć wody, krwi można z człowieka utoczyć, ale jej krople nie toczą się w naczyniach

Cóż, jako fest gbur i fest chłop, dzéwczê też mu się trafiło, że fest.

Jako gburowi i chłopu, chyba, że to dziewczę było jako chłop.

 

Bardzo udana stylizacja – robi klimat, a jest w pełni czytelna. Fajny gawędziarki styl. Ładne opisy przyrody (”Las powoli zrzucał z ramion szeleszczący, złoty płaszcz, przygotowując się do przywdziania śnieżnego kożucha.”). I taki szczery, a nienachalny lokalny patriotyzm.

Na piórko, jak dla mnie za mało, ale jeśli jeszcze coś opublikujesz, to będę miał na Ciebie oko ;)

O, Tarnino, z drżącym sercem czekałam na Ciebie ;) Sporo złowiłaś tych baboli, za poprawki zabiorę się, gdy bedę miała dostęp do komputera. Na telefonie nawet komentarza nie potrafię szybko i bez błędów napisać ;) Dziękuję za przeczytanie opowiadania i wskazanie błędów! Zrobiłaś "fest" robotę :))

Cobold, teraz to dopiero czuję presję, by (co najmniej) utrzymać poziom "Gbura" w przyszłych opowiadaniach ;)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Niezłe.

Stylizacja to moim zdaniem obosieczna broń – z jednej strony wspomaga immersję, nadaje temu opowiadaniu specyficzny, oryginalny charakter, a z drugiej – trochę męczy. Tekst co prawda względnie krótki, ale dialogi po brzegi wypakowałaś regionalizmami.

Fabuła, podobnie jak bohater dość prosta, taka, hmm… prowincjonalna. Niespecjalnie to lubię, ale nie mogę uczciwie uznać za wadę. Twist z markami ironiczny, całkiem niezły.

Brakuje mi trochę kultowości. Elementu, dzięki któremu ta historia mogłaby zalśnić na dłużej, wyróżnić się czymś więcej niż samym językiem.

Humor przyjemny, nienachalny. Trochę gorzej ze stosunkiem długości do treści, ale bez tragedii. Tempo trzymałaś konsekwentnie. Może nawet trochę zbyt konsekwentnie – przydałoby się jakieś przyspieszenie w finale. Tymczasem wszystko wyszło dość spokojnie. Bohater wydał mi się jakiś taki przymulony – jakbym jego emocje widział przez mleczną szybę. Na tym też przydałoby się położyć większy nacisk – jego złości, jego radości, jego zawodzie… (w stylu, że był zawiedziony przewalutowaniem) ;)

Tak czy inaczej, dobry tekst. Przeczytałem sprawnie, choć z niewielkim zaangażowaniem w treść.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

CountPrimagen, dziękuję za komentarz. Jak pisałam we wcześniejszych komentarzach, opowiadanie pisałam dla rodziny, bez jakiś większych ambicji, chcąc zawrzeć jak najwięcej anegdotek o moim pradziadku. Publikacja na portalu miała być sprawdzianem mojej raczkującej techniki ;)

Właśnie jestem na etapie stylizowania opowieści i próbuję to ograniczyć do minimum, bo to trudna rzecz i niewprawnie użyta – irytująca. Tutaj ma swój urok, ale potrafi też zirytować, zwłaszcza gdy opowiadaniu brakuje oryginalnych smaczków, a tak jest w moim odczuciu. Ale skoro opowiadanie miało konkretny cel i nie było nim podbijanie rynku, to nie ma się co znęcać. Jednak jako że jestem lożanką i mam się przydać aspirującym do piórka, to trochę ponarzekać muszę.

Cała otoczka kaszubskiego “rozeznania” i wykonanie to bardzo dobra robota, ale potrzebna jest solidna opowieść, bohater, świat przedstawiony, by ta solidna robota miała solidne podstawy, na których w pełni się zaprezentuje. Natomiast czytanie enty raz tego samego, nawet w ciekawej kaszubskiej stylizacji, w moim odczuciu nie zapewnia stabilnego podkładu. Wystarczyłoby może na przykład nie być tak dosłowną: diabła nie nazywać ani nie opisywać wprost. Zagrać z czytelnikiem i jego emocjami. Mniej stylizować wypowiedzi, a więcej pozostawiać zagadek. 

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

Naz, dziękuję za komentarz. We wszystkie gusta ciężko trafić. Ja z kolei nie zachwyciłam się historią zawartą w innym opowiadaniu wysoko notowanym w październikowych piórkach (choć warsztatowo rewelacyjną). W obronie mojego opowiadania mogę tylko powtórzyć – pisałam dla rodziny. Jej członkowie znali dziadka Franca, słyszeli o jego przygodach ze ślepym koniem, kiełbasą z byka, czy przegapieniu denominacji. Diabeł był tylko malym twistem, klejem wiążącym te historyjki w całość. Ani mi się śniło, że Gbur może dostać nominację do piórka ;)

Podobno dobrze jest pisać dla kogoś konkretnego.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Główny wątek oklepany, ale kaszubska stylizacja robi tekst. Zapewnia klimat. Dla mnie to była forma zabawy z czytelnikiem, mały rebusik na marginesie, trening dla mózgu…

Bohater bardzo żywy, ma swoje wady i zalety, żonie też niczego nie brakuje. Nawet Purtek ma swoje rysy i drzewko genealogiczne.

Podobał mi się zwrot z przewalutowaniem. Gęś znosząca fenigowe jaja też niczego sobie. Wkurzony diabeł jednak potrafi postawić na swoim.

Z wad: w obecnej wersji nie widzę powodu dla sprzedawania majątku. Skoro i tak tylko dwanaście monet dziennie, to nie trzeba pozbywać się niczego wielkiego. A fenigi można przecież wykorzystywać następnego dnia. Chyba że są jakieś ograniczenia na recykling…

Ale ogólnie na plus.

Byłam na tak, czyli.

Babska logika rządzi!

Finkla – dziękuję za komentarz. W obronie faktu sprzedaży majątku mogę powiedzieć tylko jedno – wszyscy Kaszubi, jakich znam, są bardzo chciwi i, jak mówimy, zorgowni. Franc chciał mieć więcej pieniędzy "na zaś". A nuż możliwości żołądkowe gęsi by się zwiększyły ;) W naszej rodzinie mamy skłonności do robienia słabych, nieprzemyślanych interesów :-D I do "cyganienia" (zmyślania) czego dowodem jest moja próba wybrnięcia z wytkniętej mi nielogiczności :))) pozdrawiam!

Zmyślanie w fantastyce może się przydać… ;-)

Babska logika rządzi!

Jestem w szoku :-O. Taka miła niespodzianka! Dziękuję wszystkim, którzy głosowali na moje opowiadanie w rankingu piórkowym ❤ ode mnie – dla Was – pokłony i wirtualne uściski dłoni! DZIĘKUJĘ!

Ja tylko wpadam pogratulować – co prawda sam za piórkiem nie głosowałem, bo choć tekst ujął mnie stylem i językiem, to fabułą już mniej, ale cieszę się, że piórko wpadło :-) 

Wiesz, teraz to masz przechlapane. Oczekiwania rosną, poprzeczka poszła w górę… 

Ha, muszę w końcu zajrzeć do "Błogosławionych…" poznęcać się… :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Thargone – dziękuję za gratulacje. I masz rację, piórko świetna rzecz, ale w jego cieniu czai się presja ;) A w "błogosławionych" będziesz miał pole do popisu, bo skrobałam w pośpiechu i ściskałam, ściskałam….byle zmieścić się w limicie. Klimat zupełnie inny :) bliżej mu do mojego pierwszego opowiadania, niż do "gbura"

Historia być może wpisująca się mocno fabułą w baśniowo-legendową klasykę, ale w połączeniu z jednej strony swojskim, a z drugiej jednak trochę obcym kaszubskim tłem zyskuje na oryginalności. Świetnie skomponowana stylizacja kaszubska, nagromadzenie gwarowych słów nie utrudnia zrozumienia tekstu, a jednocześnie przydaje mu autentyczności. Tutaj pewnym zgrzytem był sposób wysławiania się diabła, który mówi językiem raczej kojarzącym się ze współczesnością. Czy Purtek jako, jeśli dobrze rozumiem, lokalny diabeł kaszubski, nie powinien również używać gwary?

Troszkę moim zdaniem niewykorzystana została także forma gawędy, łącząca w tym wypadku narratora pierwszo– z trzecioosobowym. Wydaje mi się, że można było śmielej wykorzystać tę narratorską postać opowiadacza, tak jak np. robi to w swoich opowiadaniach rybak, jeśli pozwolisz na takie porównanie (choć u niego oczywiście narrator opowiada o własnych przeżyciach, co nieco ułatwia sytuację).

Podsumowując, opowiadanie dostarczyło mi sporo przyjemności z lektury. Uważam, że piórko w pełni zasłużone :)

 

PS. Ale ten diabeł to w sumie aż taki wredny nie był. Zwykle w tych legendach przybysze z piekła rodem zostawiają znacznie gorszy dar w postaci gorzałki.

Światowider – dziękuję za komentarz i miłe słowa :)

Tworząc Purtka chciałam, żeby trochę odróżniał się od Kaszubów – choć masz rację, diabeł z Kaszub rodem. Widziałam go jako typowego urzędasa (piekielnego), ślamazarnego mądralę, zachłyśniętego swoją mocą nad petentem (Francem) Niezbyt przerażający i groźny, racja, ale za to uroczy (w pewien sposób), cwany i złośliwy. Jak to Kaszub ;)

Pozdrawiam!

Sympatyczne :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Klimatyczne opowiadanie. Może i faktycznie historia nie jest nowatorska, ale jest na pewno bardzo dobrze wykonana. Dlatego to była przyjemna lektura. Doceniam za stylistykę, językowe bogactwo, humor, proste poskładanie zdań, no i dialogi – dialogi wyszły super. Fabuła prosta, acz z pewnym twistem na końcu. Historia opowiedziana gawędziarsko, ale nie jest przegadana. Rzadko sięgam do ludowych podań, a tym bardziej do kaszubskich, dlatego opowiadanie było dla mnie ciekawe i zajmujące. Myślę, że zasłużone piórko, gratuluję.

 

Pozdrawiam :)

“To learn which questions are unanswerable, and not to answer them: this skill is most needful in times of stress and darkness” ― Ursula K. Le Guin, The Left Hand of Darkness

Mersayake – dziękuję za komentarz i czas poświęcony na spotkanie z moim pradziadkiem :) pozdrawiam!

MarBac, jestem niezmiernie ciekawa, czy udało Ci się zachować całą rzecz w tajemnicy i jaka była reakcja Twojej Mamy na tak niecodzienny prezent gwiazdkowy? ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wytrzymałam, ale nie do Wigilii. Kilka godzin wcześniej dałam prezent. Mama rzuciła całą robotę w kuchni i poszła czytać. I ja – krojąc w samotności sałatkę– musiałam słuchać, jak chichocze i powtarza "jo, prawda", "tak było z tą kiełbasą z byka" , "jo, jo, to je racja" itp. Lektura się spodobała, chwali się nią każdemu:) wydrukowałam jako fotoksiążkę, ze zdjęciami pradziadków, okładki i kartki stylizując na starą książkę. Więc wyszło "fest".

Bardzo się cieszę, że wyszło fest. No bo to strasznie miło dostać taki prezent, którego lektura nie tylko dostarcza prawdziwej radości, ale jeszcze pozwala chwalić się talentem córki. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jaka fajna historia :) Bardzo podobał mi się język, barwny i oryginalny przy opisach przyrody (zazdrościłam niektórych zdań), zabawne, naturalne dialogi, wreszcie – użycie gwary kaszubskiej, którego bardzo się obawiałam. Super. Bohaterowie kapitalni, jestem wielką fanką Marteczki :)

Sama historia jest także zabawna i czytałam ją z przyjemnością :) Gratuluję piórka!

www.facebook.com/mika.modrzynska

kam_mod – ależ mnie raduje to, że tak Ci się podobało :) Pozdrawiam

W ostatnią niedzielę poznałam kolejne dwie anegdoty o Francu. Pierwsza – swojej mamie “zrobił” okulary i to takie, że od razu lepiej widziała. Problem w tym, że po prostu powyginał druciki w kształt okularów, nie wstawiając żadnych szkieł ;) “I jak, Busia, te nowe bryle? Dobrze widzisz?” – “A widza, Franc, widza i to jak!” :))

Druga – sąsiadce “zrobił” zdjęcie. Kozą. Żywą. Nakrył zwierzę szmatą, jak prawdziwy fotograf swój aparat i kazał patrzeć w dziurę od strony… przeciwnej do głowy. Co ciekawe, albo koza była wyjątkowo tresowana i nie ruszała się, albo sąsiadka po prostu… głupia– po tygodniu przyszła odebrać zdjęcie…

Autentyki…

Teraz wiem, po kim mam tak… “narąbane” w głowie!

 

Stylizacja kaszubska jak dla mnie na duży +, się mogłam podszkolić języka, skoro na Kaszubach mieszkam ;) I fakt, często w sklepach słyszę to ‘no, jo’ :)

Historia ciekawa, ładne zwroty akcji, ciekawe życie miał Twój pradziadek :) Tylko podpadł mi, że tę biedną gęś zabił :( Aha iwymiana monet przebiegła tak przez rok? U nas jak była denominacja, to chyba jeszcze przez pięć lat można było wymieniać stare na nowe.

W każdym razie, czytałam z zainteresowaniem :)

Przede wszystkim świetna stylizacja językowa, a do tego niesamowite opisy przyrody, intersujące bohaterowie, bardzo dobre dialogi. Sama historia też mi się spodobała. A poza tym wszystko okraszone humorem :) Bardzo satysfakcjonująca lektura.

Serdeczne gratulacje :)

Bardzo mi się ta klechda podobała. Dla mnie: stylizacja w sam raz, nie miałem problemu z jej płynnym wczytaniem (no tak… kumpel Kaszub i kiedyś, skubaniec, elementarz przyniósł i było wiele radości), a kolorytu dodaje niesamowicie. Soczyste, choć zwięzłe opisy bardzo na propsie – nie rozwlekają tekstu, pozwalają skupić się na wartkiej, zabawnej historii, która przy okazji przybliża troche kulturę Kaszub. No i choć raz chytry stracił dwa razy, a Purtek i tak pewnie w piekle sztrafę dostał. Pradziadka z fantazją pogratulować, będzie co opowiadać przez pokolenia – koniecznie to spisuj. Moim zdaniem piórko i nominacja do plebiscytu w pełni załsużone. Że o czartach i diabłach to już to samo tysiące razy było? Pal to sześć, taki mamy w Polsce koloryt, że gdzie kamieniem nie rzucisz, to jakaś legenda z czartem albo lichem w roli głównej ;-) Jo.

 

Dziekuję za niezwykle przyjemną i radosną lekturę.

 

“Podróż Rybałta z Talloris”

( ← …)

tak, jak wobec diabła Kaszëb, gbur w biedaka – kurz abcug,

Ot, koleje życia dróg,

(… → )

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dziękuję za przeczytanie opowiadań i za nominację!

Zabawna historia, którą dobrze się czytało. Za największy atut tego opowiadania uważam stylizację, można się podszkolić z kaszubskiego. ;) Zauważyłam również stylizację na ludową legendę. Widać to w kreacji postaci i świata oraz rodzaju podejmowanych problemów. Podobały mi się opisy przyrody, które dopełniały tę opowieść.

Kiedyś się zaczytywałem w “Baśniach polskich”. To opowiadanie spokojnie mogłoby tam trafić :).

Bardzo płynny język, sympatyczny i nespodziewany twis z przewalutowaniem.

Co do gwary – u nas się używa śląskiej, a w kaszubskiej widzę sporo naleciałości z niemieckiego, więc chyba są podobne. Czyli dla mnie na duży plus!

Jedyne, co mi lekko zgrzytnęło – “przy kielichu wódki”. No niby czasem się tak mówi, ale kto pije wódkę na kielichy ;)? Kieliszek to właściwe słowo.

 

Podsumowując – dobre opko!

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Nie zgodziłabym się z tym “kieliszkiem” – wśród pokolenia starszego niż Staruch :) słyszałam raczej: “po kielichu/przy kielichu/na kielicha” w odniesieniu do picia wódki. Nigdy “kieliszka”.

wśród pokolenia starszego niż Staruch :)

Są tacy ;) ?

Zwróciłem uwagę, że tak się mówi. Natomiast słowo kielich pada przy opisie bohatera. I tu mi zgrzyta, bo na kielichy to można wino pić, ale wódkę? 

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Dziękuję za przeczytanie opowiadania i komentarze :) a Kaszubi to "łoją gorzołę na kielichy, takie my są fest" ;) zapraszamy też na kielicha i bynajmniej nie wina. Wino to "ksiundz" może "psić". A nalecialosci niemieckich jest sporo, bo tereny te mają historię podobną do Śląska.

Mówicie, że mam się przerzucić na kielichy?

Jak się spotkamy kiedyś, to pokażecie jak to robicie :P!

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Kaszubi, Staruchu, na kielichy łoją i szklanice:) choć, przy ewentualnym spotkaniu, naśladować nie będę. XD

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nadrabiam brak komentarzowy – gdybym była na “nie” w głosowaniu piórkowym, to byłabym tu szybciej, żeby się wytłumaczyć ;)

Bardzo mi się to opowiadanie podobało, owszem, duża ilość kaszubszczyzny bywa momentami lekko rozpraszająca, bo o ile nawet marna znajomość niemieckiego pozwala jej część zrozumieć, o tyle niektóre słówka pozostają niezrozumiałe. Niemniej będę w razie czego pokazywać palcem to opowiadanie, jeśli ktoś znów mi zarzuci, że wplatam francuski, włoski czy korsykański w moje teksty :D

Ładna stylizacja na baśń, dobrze rozłożone akcenty humorystyczne i dramatyczne. Może nie jest to jakoś maksymalnie odkrywczy tekst, niemniej jak dla mnie bardzo odświeżający, bo otwierający się na nietypowe klimaty – a że i formie nie da się w zasadzie nic zarzucić, stąd moje pozytywne głosowania.

http://altronapoleone.home.blog

Sympatyczny, pomysłowy tekst, bardzo ładnie wystylizowany na baśń, ciekawie ogrywający rodzinną historię targów z diabłem. Świetny językowo. Zupełnie mnie nie dziwi, że trafił na listę dziesięciu najlepszych tekstów roku. 

O rany boskie, chciałam tu wstawić jakiś elokwentny, pełen smaku, niepozbawiony wdzięku sposób, ale niestety zmuszona jestem zareagować jak przedstawiciel mojego pokolenia:

XDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDD Zgniję. Piękne to było.

Kaszubskiego ja ni w ząb, nawet średnio się orientuję, gdzie to leży, ale odmalowałaś prześliczną, tak magiczną, sugestywną legendę, że mam ochotę wybrać się tam w najbliższe wakacje. Bardzo sprawnie operujesz obcym dla nas słownictwem, wplatając je w treść narracji tak, że wszystko pozostaje jasne. Pozazdrościć poczucia humoru i umiejętności swobodnego żonglowania żartem w taki sposób, by nawet inwektywy brzmiały lekko, właściwie i dumnie.

– Mnie się zdaje, żem opchnął ci kónia – powiedział Franc. – Ale mogę się mylić.

– Ślepego konia! – Sołtys chwycił kantar i wykręcił łeb chabety w stronę Franca. Po poranionym pysku zwierzęcia spływała krew. – Za Brusami wjechałem w las i dałem koniowi po bokach. Wyrżnął pyskiem w pierwsze drzewo! Ty cholerny cwaniaku! Czyli to prawda, że Kaszubie, choć oczy wydłubie, to dupą przejrzy!

I ta gęś obesrana – no przepiękne!

 

Spośród cech, które u autora można cenić – warsztatu, języka, plastycznego stylu, umiejętności operowania emocjami, pomysłu, researchu – jest coś, co lubię osobliwie: bijące z tekstu zainteresowanie i sympatia do tematu, dowód na to, że tekst został napisany, bo autor tego chciał, a nie dlatego, że musiał. I u Ciebie to widać.

 

Jakbym mogła, to byłby klik i biblioteka, ale że już masz ten etap za sobą… Życzę powodzenia w plebiscycie. ;)

Przezacna opowieść. Właściwie, to bajka chyba jest. Jest diabeł i jest morał. Pięknie osadzony tekst w kaszubskich realiach, pięknym językiem napisany. Nie bije po oczach, nie wali obuchem – no i fajnie. smiley

Wiktor Orłowski, zapraszam na Kaszuby :) dziękuję za komentarz, cieszę się, że tyle radochy Ci sprawiłam!

Prześwietna opowieść – napisana współcześnie, a bez problemu by uszła w zbiorze legend. Tylko końcówka trochę zdradza. Z dużą przyjemnością przeczytałam, a ich inspiracja członkami rodziny tylko dodała smaku. Stylizacja językowa jest zawsze wyzwaniem, a tutaj stanęłaś na wysokości zadania. 

Świetna klechda – pozwolę sobie na powtórzenie myśli.

Kaszuby to zdecydowanie piękne miejsce, a i czuć je w opowieści. Nawet język bohaterów mi do Kaszub pasuje, choć nigdy nie słyszałam, jak się tam kiedyś mówiło. Podbijam opinię Deirdriu, że ta historia spokojnie mogłaby stać obok innych ludowych legend.

Zostaw ten żyrandol.

Nigdy nie byłam w rejonach Kaszub, nad czym ubolewam, ale nie odebrało mi to przyjemności z lektury. Fabularnie wyszło tak standardowo, raczej niczym nie zaskoczyło, niczym nie zachwyciło, a ten główny bohater też taki jak przez mgłę widziany. Ale wykonanie…

Mniam :D

Szacunek za językowy research, który dodał tekstowi rumieńców. Opisy są bardzo ładne, to jak prowadzisz narrację, snujesz opowieść jest doprawdy czarujące. I za to masz u ogromny plus.

Całościowo mi się podobało. Lekkie, przyjemne, miejscami zabawne i klimatyczne. Brawo :)

No niestety, nie dołączę do pochwał. To znaczy opowiadanie jest fajne i gdyby zostało napisane na góra 10K znaków, to bym powiedział, że sympatyczna i fajna rearanżacja bajki. Po rozciągnięciu na 30K zaczyna się dłużyć. Jeśli już dochodzi do takiego rozciągnięcia, trzeba by czymś to wypełnić. Stylizacja niby na plus, ale jednak trochę jej za dużo (i to pomimo podobieństw z gwarą śląską). Wspomnianej wyżej klimatyczności nie bardzo potrafię się doszukać.

Na plus: warsztat dobry, atmosfera adekwatna to bajki. Miejscami bardzo fajnie wskakuje też humor. Natomiast o ile biblioteczne jest to na pewno, to piórka tu bym się nie doszukiwał.

Ponieważ powyższe może zabrzmieć jak mocna krytyka, raz jeszcze chciałbym podkreślić: opowiadanie jest ładnie napisane i sympatyczne w wymowie, humor też lekki. Zwyczajnie trochę za długie i… tyle. Trafiłem tu z listy opowiadań plebiscytowych, przez co zwyczajnie miałem apetyt na dużo więcej.

Tak nawiasem, Światłowider też ma rację, ze forma gawędy pozostaje tu niewykorzystana.

Urzekła mnie ta baja. Język jest fantastyczny – dla kogoś, kto nigdy nie był na Kaszubach, a z kaszubskiego zna tylko “jo” całość nie miała prawa być zrozumiała, zwłaszcza przez częste wstawki z kaszubskiego, ale otóż była! Czytało mi się to naprawdę dobrze. Opowiadanie ma specyficzny klimat wsi spokojnej, wsi wesołej; gdzie miało być śmieszno, było śmieszno, a gdzie poważno, było poważno.

Fabuła nie jest jakaś nie wiadomo jak oryginalna i odkrywcza, wieś i diabeł to dość oklepany motyw, ale i tak jestem zadowolona z lektury. Dawno nie czytałam nic w takich swojskich klimatach, gdzie humor i nieco gorzka wymowa tak by się uzupełniały. A z biednym Franzem to aż bym się gorzałki napiła, a co!

 

Powodzonko w plebiscycie! 

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Sympatyczna legenda, acz nie odbiega szczególnie od klasycznych opowieści tego typu. Miałem kiedyś gruby tom polskich baśni i niejedna z nich opowiadała o tym jak sprytny kmieć miał jakieś zajścia z przeważnie mniej sprytnym diabłem. Sprawnie napisane, sprawnie i szybko się czyta. Brak jakichś większych zastrzeżeń, ale tekst, jeśli chodzi o mój jego odbiór, przechodzi bez echa.

Kaszubszczyzna na początku trochę mi wadziła, potem się przyzwyczaiłem i było OK, bez większych niejasności.

Brakuje mi tu jakiegoś urozmaicenia, większej oryginalności, choć rozumiem cel w jakim tekst był pisany i na pewno świetnie spełnia swoją rolę.

Sam pomysł na taki prezent, abstrahując już w ogóle od rozważań nad tekstem, bardzo fajny :)

Staruch dobrze pisze, że opowiadanie pasowałoby do tomu “Baśni polskich” (być może nawet mieliśmy tę samą książkę), co z jednej strony jest zaletą, bo nie odbiega klimatem od tych tekstów, z drugiej może być lekkim zarzutem (wspomniana zbyt mała oryginalność).

Mimo wszystko, nie twierdzę, że nie ma tu fajnych pomysłów (gęś, waluty), no i tekst na pewno jest solidnie wystylizowany na takie bajanie :)

"Nie wiem skąd tak wielu psychologów wie, co należy, a czego nie należy robić. Takie zalecenia wynikają z konkretnych systemów wartości, nie z wiedzy. Nauka nie udziela odpowiedzi na pytania, co należy, a czego nie należy robić" - dr Tomasz Witkowski

Thargone dobrze pisze, że opowiadanie pasowałoby do tomu “Baśni polskich”

Thargone? Wydało się – występuję w dwóch osobach :P

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Myślę, ze każdy kto w dzieciństwie słuchał lub czytał baśnie, ma podobne skojarzenia :-) 

Przyjemna, lekka historia, rozrywkowa. Końcówka nawet lekko wzruszająca. Napisane ładnym językiem, wstawki kaszubskie też niczego sobie. Jest duża różnica stylistyczna między dialogami a narracją. Historia Franca jest jednak przewidywalna, domyśliłam się, jak to się skończy, ale jako bajka w sam raz, wartość dydaktyczna jest. Ciekawe połączenie prawdziwych postaci z elementami fantastycznymi, plus za wykorzystanie rodzinnej legendy, bo mało takich tekstów spotykam.

Powodzenia w plebiscycie :)

Fajna klechda, z humorem, wstawki po kaszubsku w miarę udało się zrozumieć z kontekstu i na pewno dodały kolorytu. Sama historia to raczej prosta fabuła o robieniu w bambuko diabła, no może tym razem zostaniu w robionym w bambuko przez diabła. Choć przyznaję, że twist z walutą mnie zaskoczył. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Dołączam do zadowolonych czytelników. ;)

Zawsze zwracam uwagę na warstwę językową opowiadania i tutaj pod tym względem lektura była czystą przyjemnością. Przezabawny gawędziarski styl, żywa narracja, plastyczne opisy, barwne dialogi, wstawki z kaszubskiego – wszystko to sprawia, że przez tekst po prostu się płynie. Postacie też wyraziste i charakterne, budzą sympatię czytelnika. A do tego dochodzi jeszcze walor edukacyjny, i to podany z dużym wdziękiem. Cudo! ;)

Bardzo fajne opowiadanie. Czytało się przyjemnie, nie miałem żadnych problemów ze zrozumieniem, a kaszubszczyzna nie zaburzała płynnej lektury. To właśnie ten regionalny pierwiastek dodał świeżości do stosunkowo klasycznej historii o diable i dzięki temu zapamiętam ten tekst. Ale tak poza tym cały warsztat też na plus: narracja, dynamika, dialogi. 

Nasuwa mi się tylko refleksja, że chętnie poczytałbym takie regionalne klimaty, ale na poważnie. Coś jak Twardoch i jego Śląsk w “Drachu”. Tam jest wręcz drugi biegun, ciężko stylistycznie i emocjonalnie. Ale przecież ludowość to nie tylko podśmiechujki. 

Miałem może trochę ciężki próg wejścia w opowiadanie, ale jak już się przebiłem to bawiłem się bardzo dobrze. Podobał mi się główny bohater i jego podejście do życia. Bardzo podobało mi się przedstawienia diabła jako nadnaturalnej, a jednak bardzo ludzkiej postaci. Dialogi wystylizowane świetnie. Bardzo przyjemna lektura.

Sorry, Staruchu, coś mi się pomerdało, już edytowałem ;)

"Nie wiem skąd tak wielu psychologów wie, co należy, a czego nie należy robić. Takie zalecenia wynikają z konkretnych systemów wartości, nie z wiedzy. Nauka nie udziela odpowiedzi na pytania, co należy, a czego nie należy robić" - dr Tomasz Witkowski

Bardzo ładna historia. Taki trochę “Twardowski, któremu się nie udało”…

Nowa Fantastyka