- Opowiadanie: GaPa - Miłość

Miłość

Biedna joseheim robiła co mogła, by opowiadanie było choć troszkę lepsze.  Cóż mogę dodać, to naprawdę dzielna kobieta.

٩(̾●̮̮̃̾•̃̾)۶

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Miłość

Kiedy zapala ostre, jasne górne światło, znika cały urok naturalistycznej sceny, uzyskany miękką grą światłocieni. Zamyka pozostawione na oścież drzwi wejściowe. Ojciec chrapie pijacko, nagi, nieatrakcyjny, na podłodze. Przygarbiona stoi na środku pokoju. Niemal ulega rozpaczy, ale powstrzymuje się. Gdyby zaczęła szlochać, głęboko, nie do powstrzymania, boleść nieodwołalnie wbiłaby się w ściany, za każdym razem wysysając tlen z płuc. Kręci głową i zaczyna sprzątać.

Między rękoma mężczyzny leży szklana figurka tańczącej baletnicy. Na szczęście da się ją łatwo posklejać, dziewczyna ma w tym wprawę. Po raz milionowy wskrzesza ulubiony bibelot nieżyjącej, nigdy nie widzianej matki, po czym ogarnia pokój. Przykrywa śpiącego tatę narzutą, z obrzydzeniem wyrzuca zażółcone gacie do śmietnika. Rzygowin nie jest w stanie tknąć. Długo wpatruje się niewidzącymi oczami w rozkołysane gałęzie drzewa, nim zabiera ją przypływ płytkiego snu.

 

Ojciec stoi przy zlewie. Z zaangażowaniem zabiera się do pracy, jakby zaprowadzał ład na świecie, pokonując entropię, demony, całe zło. Włączył swój ulubiony kawałek. Przy zapętlonym “Exiled” Judas Priest, przygnębiającym utworze, którego dziewczyna słuchała na okrągło przez ostatni miesiąc, bo paradoksalnie dodawał obojgu otuchy, jego ręce niezmordowanie ustawiają w przemyślnym planie umyte naczynia na suszarce, by dało się je potem łatwo i sprawnie poukładać w szafkach. Bez przerwy paplając zerka na nią ukradkiem, upewniwszy się, że dziewczyna wie o tym, a ona udaje, że jest obrażona. Są szczęśliwi.

― Dobrze, że nie posprzątałaś po mnie. Najgorsze, co może spotkać alkoholika, usuwanie sprzed oczu brzydkiej otoczki nałogu. Ja co prawda nie jestem uzależniony, październik się skończył i wracam do żywych, ale zasada to zasada. Chociaż muszę przyznać, że to najbardziej kolorowy paw, jaki widziałem. Pijąc musiałem, na skutek samoistnego wyzwolenia wielkiej dawki energii, przenieść się w czasie i shaftować na obraz Claude Moneta, nieświadomie rozpoczynając nowy trend w sztuce. Oczywiście o tantiemach mogę zapomnieć, no ale przynajmniej zrobiłem coś dla świata. Jak już przestaniesz się dąsać, obstawiam godziny popołudniowe, zdasz relację, jak sobie radziłaś przez ten miesiąc. Będziesz się musiała przyzwyczaić, że staruszek jest na chacie, uważać z chłopakami i te de. Oczywiście ruszę do jakiejś roboty, żeby sprytnym trikiem, gdy nie będziesz patrzeć, zapełnić ci szafę, bo ile możesz łazić w tej samej bluzie. Ja to oczywiście co innego, u mnie ten wiekowy łach jest ekspresją mojej osobowości i te pe, u ciebie oznaką zaniedbania. Żeby była jasność, naprawdę cieszy mnie, że jesteś taka odpowiedzialna i dojrzała, po to właśnie ma się rodziców. Żeby stali z boku, powstrzymując się z całych sił, by nie złapać dziecka za rękę, gdy bawi się zapalniczką po raz pierwszy. Żeby krwawiło im serce, gdy dzieci się potykają. Żeby wpychać watę w rozbite nosy. No i najważniejsze: aby je rozśmieszać, gdy rozpęta się burza. Nie musisz tego zapamiętywać, masz własne buty.

Obserwuje ją przez okno. Zimny wiatr targa błyszczące, świeżo umyte włosy. Ani razu się nie obejrzała. Gdy znikła za rogiem, bezgłośnie obstawia „albo teraz założy czapkę, albo nie” i uśmiecha się.

― Czyż może być lepiej, Hugo? ― rzuca do pustego mieszkania.

 

Popołudniem odwiedzają znajomych. Wyprostowana córka niczym rakieta śmiga po schodach i już po chwili z góry dobiegają głośne śmiechy dwóch nastolatek.

― Hej, Marta ― Hugo wita panią domu.

― Jak było?

― Coraz ciężej. Ja wiem, że trzeba, w końcu w październiku pożegnałem niemal wszystkich, na których powinno mi zależeć, ale zdrowie już nie to. Cóż, jak brakuje kondycji, pozostaje upór i konsekwencja. Te zapite poranki, na silikonowych piersiach panienek, którym trzeba pomagać w przedstawianiu się, a czasem nawet przy mężczyznach, którzy dobrze wiedzą, jak się nazywają. Ciężka harówka. Zobacz, taki postęp wkoło, a w alkoholach ciągle to samo. Pomiędzy stołem a ustami ręka z kieliszkiem trzy razy się znudzi, no, ale jakoś pcham ten wózek. Teraz znowu jedenaście miesięcy spokoju.

― Wiesz co, jak raz powiesz prawdę, to w Ziemi otworzy się wielka dziura ― ripostuje ciepło kobieta.

Mąż Marty wpada, przybija piątkę, burkliwie mówi coś do żony, majstruje przy kominku i wychodzi.

― Nie będzie to łatwe dla nas obojga, ale o Marto, wiem, jak uratować twoje małżeństwo.

― Wyobrażam sobie. ― Gospodyni udaje przerażenie.

― Pomogę ci, znamy się tyle lat. Chodzi o seks oralny. Nie jakiś tam, skądinąd uroczy, niespodziewany lodzik, ale prawdziwie zaangażowaną językową pasję. Za niewielką opłatą, a to dlatego, że cię szanuję, i wiem, że gdybym zaproponował ci to za darmo, pomyślałabyś, że nisko cię cenię, proponuję indywidualny kurs seksu oralnego. Coraz bardziej jestem przekonany, że to jedyny ratunek dla waszego małżeństwa. Nie mogę patrzeć, jak cierpicie.

― Za zimno, nie zjemy na patio tylko w środku ― zarządza Marta. ― I Hugo, doceniam troskę ― dodaje.

Uśmiechając się zaczyna rozstawiać naczynia. Mężczyzna pomaga jej niespiesznie. Prowadzą leniwą rozmowę na oderwane tematy, aż wszyscy gromadzą się i rozpoczynają posiłek.

― Możemy nie iść jutro do szkoły? ― pytają chórem dziewczyny.

― Nie ma sprawy, złożycie się po dwie stówy i możecie gnić w chacie. Trzeba wykorzystać wychowawcze aspekty każdej sytuacji ― proponuje Hugo.

― Ale po co tracić czas na szkołę, jak wkrótce ma być koniec świata ― podejmują negocjacje.

― Znowu przekręcił się kalendarz Majów?

― No przecież w Ziemię ma uderzyć asteroida.

― Taaa… ile to już tych końców świata było. Co tysiąc lat parę zer nagromadzi się przy wiodącej cyfrze i już potop albo przynajmniej tych czterech wesołych koniarzy „cześć sześć sześć sześć” grozi planecie. Przecież co chwilę orbitę ziemską przecina albo ma przeciąć jakieś ciało niebieskie, nie martwcie się, no chyba że wybieracie się do Czelabińska albo jesteście dinozaurami. Zresztą, moja o odpowiedniej wysokości córko, niedługo jedziecie ze szkoły na wycieczkę do stolicy. Czy byle meteoryt po czymś t a k i m mógłby wzmóc entropię owych terenów? Sama sobie odpowiedz. Teraz macie siedzieć i plotkować, podniecać się życiem przystojniaków z modnych seriali, kto na kogo popatrzył wymownie albo nie w szkole. Znaczy standard, pokoje mają być posprzątane, lekcje odrobione. A pracami amerykańskich naukowców…

― Zapewne Xian Li i Paszczkowskiego ― wtrąca podchmielony mąż Marty.

…sobie głowy nie zaprzątajcie. W końcu jesteście nastolatkami, jeszcze nie ludźmi.

Dziewczyny przedrzeźniają ich przez chwilę, aż znużone zalegają na fotelach, z komórkami w rękach. Dorośli robią to co znający się od początku świata dorośli robić zwykli. Wieczór objął ich, przytulił i wypchnął do wygodnych legowisk.

 

Pani McGornik, jakże żywa i czujna na wszystkie zagrożenia, czyhające na stojące w rozkroku między dorosłością a dzieciństwem istoty, których rodzice są tak niekompetentni i nieodpowiedzialni, ze zbolałą miną wygłasza swoją kwestię.

― Bardzo dziękuję, że mógł pan pojechać z nami na wycieczkę. Mama Magdy rozchorowała się… ― zawiesza pełen wątpliwości głos, nie pozostawiając złudzeń, co sądzi o ubranym w wytartą bluzę mężczyźnie. Patrzy na jego córkę, sympatyczną, inteligentną dziewczynę, zachowującą się głośniej niż zazwyczaj i nie podejmuje wątku.

 

Sześć godzin później wypełniony buzującymi hormonami, umęczonym kierowcą i ciałem pedagogicznym autokar wywraca się, pchnięty nagłym podmuchem. Od rodzinnego miasta dzieli ich niemal pięćset kilometrów. Niebo zasnuwa się ciemnością, ziemia drży. Jeszcze nie ma południa. Nieliczne latarnie, które przetrwały kataklizm, zaświecają się na chwilę i gasną. Słychać krzyki.

 

― To tylko przedsmak ― oznajmia ratownik medyczny. Sytuacja wydaje się być opanowana. W bladym świetle jarzeniówek dowiadują się, że w miejscu ich miasta zieje potężny krater. W skali planety nie jest to odosobnione zjawisko.

― Kara boża! ― krzyczy jakaś niewiasta i pada na kolana. Ratownik kręci przy skroni palcem kółka i rusza dalej. Musi nastawiać złamane kości, liczyć kończyny rozhisteryzowanym pacjentom, dokonywać drobnych cudów skupiając się wyłącznie na pracy. Dlatego nie wariuje. Cicho klnie pod nosem.

― Chcesz być w wiadomościach czy ruszamy dalej? ― pyta Hugo córkę. Dodaje, że nie otrzymali chyba pełnego programu wycieczki, bierze roztrzęsioną dziewczynę za rękę i wychodzą z wielkiego namiotu, lokalnego centrum kryzysowego. Po drodze mijają szereg przykrytych prześcieradłami ciał. Według zapewnień przedstawicieli władz to koniec zagrożenia, ale wieczorem w siedzibie ONZ ma być wygłoszone specjalne orędzie do wszystkich narodów.

 

Wspaniałe animacje, długie wystąpienia naukowców, światowych autorytetów z różnych dziedzin. Rangę wydarzenia podkreśla wielka rzesza celebrytów telewizji śniadaniowych, obecnych w studio o niezwykłej dla nich porze. Ustawiają się w atrakcyjnych pozach w kierunku kamer, dzielnie walcząc o miejsce w kadrze. Oglądający chłoną spektakl w milczeniu. Hugo je ciepłą zupę i zachęca córkę do tego samego.

― Ile to już razy się pomylili. Całkiem niedawno Ziemia była płaska, a jak się zaokrągliła to trzeba było czasu, żeby zaczęła ganiać wokół Słońca a nie odwrotnie ― reaguje na to, co dzieje się na ekranie, ale w jego głosie brakuje zwyczajowej pewności siebie. Przecież mówią, że za rok stara, umęczona Ziemia kończy bieg. ― Jakby była jakimś wyeksploatowanym dostawczakiem! ― ze złością głośno kończy myśl.

― Tak naprawdę to nie ma gdzie się schować? ― Dziewczyna pragnie konkretów.

Hugo kiwa głową z zaciśniętymi ustami. Chce przytulić córkę, ale ta najeża się.

― I co teraz?

― Myślę, że rozpoczną się migracje. Jesteśmy ludźmi, zawsze w ruchu. Trzeba się przygotować do podróży. Gdzieś zarzucimy kotwicę pośród chaosu. Zakręćmy kołem fortuny. Kto wie, jakie przygody nas czekają? Zaprawdę powiadam ci, bejbe, szkołą nie musisz się już martwić.

― Tato ― mówi takim tonem, że Hugo na chwilę odwraca wzrok. Mruga szybko. Potem patrzy na nią ciepło, długo. Wzdycha.

― Będziemy się trzymać tej wywłoki Ziemi jak kleszcze, malutka. To będzie gęsty od wydarzeń czas. Tak to widzę. Przejdziemy do bardziej przyziemnych spraw. Zajmiemy się zwykłym, biologicznym przetrwaniem. Sprawy się uproszczą. Ten, kto umie oprawić królika, będzie wart więcej niż dyrektor domu maklerskiego. Mówię o ludzkości. Oglądałaś „Ostatni brzeg”?

― Nie.

― Wersja z Gregorym Peckiem, ta, w której gra Fred Astaire, jest bliższa książkowemu pierwowzorowi. Jest lepsza, aż do końcówki. Tutaj rządzi nowsza wersja, z aktorem którego nazwiska nigdy nie mogę sobie przypomnieć. Zakończenie miażdży. I właśnie to przykład tego, co wkrótce przepadnie. Totalna zmiana dekoracji. Wiesz, z czego się cieszę?

Dziewczyna czeka na odpowiedź.

Hugo nabiera powietrza i mówi.

― Dostaliśmy świetną odzież wierzchnią. Ciepłą, lekką. Przejaw geniuszu naszego gatunku. Czyż nie na tym powinniśmy się skupić?

 

Wracają do noclegowni, otoczeni przez szmery rozgorączkowanych głosów. Nie zasypiają, ale starają się leżeć nieruchomo. Żadne nie chce zbudzić drugiego. Zza gęstej pokrywy wciąż nie widać gwiazd. Wiedzą, czym jest ciemna zasłona. Molekuły, które tworzyły ich przyjaciół, ławki, dziurawe ulice, ramy okienne osiedlowych sklepików, psie budy. Mapa ich życia. Nieprzerwany strumień historii bez ciągu dalszego, tańczący dzięki uprzejmości kosmicznego złomu. Paczka bez adresu nadawcy dotarła do celu.

 

Gdyby nie barwa opadu, można by pomyśleć, że jest zwykły, spokojny zimowy wieczór. Było jednak samo południe, niebo przesłaniały chmury pyłu a tłuste, czarne płatki nie były śniegiem, lecz sadzą. Starają się nie oddalić za bardzo od noclegowni.

― Ciocia Marta? ― pada krótkie pytanie. Jedno z serii tych, które muszą zabrzmieć.

― Wiesz, co mi powiedziała kobieta w Centrum Kryzysowym, gdy podałem adresy naszych bliskich?

Ponieważ dziewczyna milczy, Hugo sam sobie odpowiada, oddając sens wypowiedzi zmęczonej urzędniczki.

― Nie trzyma się wszystkich jaj w tym samym koszyku.

Wie, że prawdziwa istota straty dotrze do dziewczyny później. W jakiejś prozaicznej sytuacji. Będzie siedziała, jedząc swoją ulubioną potrawę, gdy przypomni sobie, że najlepiej to danie przyrządzała babcia. Szloch wyrwie ją znad talerza i na nieskończenie intensywną chwilę stanie pośród rodziny, na tyle długo, żeby czas powrotu eksplodował największym wyobrażalnym bólem.

― Kiedy mi jest smutno, po prostu płaczę, to naturalne ― zaznacza Hugo.

― Nigdy jakoś nie widziałam ― odpowiada bojowo dziewczyna. Kąciki jej ust drżą. Podąża za wzrokiem ojca i patrzy na starca, który co jakiś czas próbuje wbić się w strumień ciemnych sylwetek, po czym siada na krawężniku i powtarza cykl. Podchodzą do niego. Z bliska mężczyzna nie wygląda na zrezygnowanego. Przypomina sportowca, który otrzymał silny cios w głowę i nie wie, którą bramkę atakować.

― Całe życie w epizodach ― żartobliwym tonem, zamiast powitania, mówi Hugo.

― Po prostu nie wiem, o co chodzi w tej astronomii. Im dłużej to przedstawiali, tym mniej rozumiałem ― słyszą w odpowiedzi zadziwiająco mocny głos.

Starzec stoi wyprostowany, jak na apelu.

― Były wojskowy? ― ryzykuje Hugo.

― Tak jest!

Przez chwilę przed oczami starca przelatują szrapnele i zdalnie sterowane pociski. Razem z podobnymi mu młodzieńcami próbują zabić niczym nie różniących się od nich chłopaków po drugiej stronie. Za jakiś czas razem pójdą na piwo, ale teraz jest wojna. Sytuacja, która często się powtarza w historii i którą zna. Kto strzela tym razem?

― Proszę sobie wyobrazić, że siedzicie w okopie. Powiał wiatr i spadły na was ziarenka dmuchawców. To właśnie teraz. Za rok Ziemia znajdzie się w miejscu, gdzie zacznie się prawdziwa kanonada.

Starzec przez chwilę trawi informacje. Badawczym spojrzeniem obrzuca stojącą przed nim parę. Dziewczyna robi hardą minę, ale doświadczony frontowiec nie daje się zwieść. Towarzyszący jej mężczyzna ma zmęczony wzrok oficera, który wie, że pierścień okrążenia jest szczelny, niekompetentne dowództwo nie pozwala się poddać, wsparcia nie będzie, za każdym podwładnym stoją poszarzałe zastępy matek, sióstr, braci, przyjaciół i zagubionych dzieciaków, pozbawionych ojcowskiej opieki.

― Nietutejsi?

― Człowiek na chwilę wyjedzie z miasta, a potem bez przerwy pokazują parującą kupę żużlu w miejscu, gdzie było. Pomyśleć, że przez całą drogę zastanawiałem się, czy nie zostawiłem na gazie czajnika. Jeśli mam być szczery, to coś mi mówi, że już się nie dowiem.

― Macie gdzie pójść? ― pada rzeczowe pytanie.

Hugo ukradkiem zerka na córkę i minimalnym ruchem głowy zaprzecza. Czuje się, jakby na każdym ramieniu spoczęła co najmniej gwiazda neutronowa, przygwożdżając go do gruntu. Widzi, jak starzec na wyciągniętej z kieszeni ulotce kreśli kilka zdań.

― Jakbyście chcieli zwiedzić ciepłe krainy, napisałem wam adres. Ugoszczą was tam.

― Poradzi pan sobie? Może gdzieś podprowadzić?

Jednak wojak nie zwraca na nich uwagi, myślami jest już gdzie indziej.

― Koniec. Nie mogli tak od razu powiedzieć? Po prostu koniec. Muszę przeprosić kilka osób. Z czystym sumieniem… ― mamrocząc odchodzi, tym razem nie ma problemu z włączeniem się do ruchu.

― Jak się coś powie głośno, to nagle staje się prawdą. Nie, malutka? ― mówi Hugo. W myślach wylicza wszystkie rzeczy, jakie powinna przeżyć kobieta w swoim życiu i zestawia to z kalendarzem. Jeden rok. Czuje się winny. Okradziony. ― Potrzebne nam dobre buty ― mówi autorytatywnie. Ojcowe zawsze mają plan, nieprawdaż?

 

Muszą ostrożnie stąpać, bo ulice pełne są szkła. Mijają siedzącego z bronią właściciela sklepu z artykułami AGD. Ludzie ładują do toreb opiekacze, miksery, blendery. Zerkają na niego, ale gość nie reaguje. Niewidzącym wzrokiem patrzy w głąb siebie. Z półki spada z głośnym łomotem kuchenka mikrofalowa. Nawet to nie jest w stanie wyrwać go z letargu.

W sklepie z obuwiem również obecny jest właściciel. Robi inwentaryzację. Niespiesznie zagląda do pudełek. Jeśli towar zyskuje aprobatę, ustawia go w równych rzędach na półkach. Jeśli nie, wyrzuca bezpośrednio na ulicę. Omiata ich wzrokiem.

― Potrzebujemy solidnych butów.

― Jeszcze wczoraj zaproponowałbym coś z wężowej skóry. Ale uważam, że lepsze będą te.

Bezbłędnie ocenia rozmiary i podaje im supernowoczesne trzewiki.

― Na każdą pogodę, bezobsługowe ― mówi. ― Ja po prostu lubię buty ― dodaje, jakby czuł potrzebę usprawiedliwienia się. ― To wspaniała rzecz. Mógłbym siedzieć tu, doradzać, oferując wyłącznie najlepsze buty świata. Bez nic niewartych modnych, niewygodnych modeli, które nie przeżyją deszczu. Wynaleźliśmy sztukę, syfon w kiblu, automatyzację, prom kosmiczny. Po co siedziałem całymi dniami, licząc VAT, sprzedając nic niewarty chłam, bez dumy i poczucia sensu? I dlaczego zrozumiałem to dopiero teraz? ― kończy gorzko.

Dziękują mu, dostają jeszcze parę adresów, gdzie kompletują sprzęt do wędrówki. Są wdzięczni. Nie znają miasta, sieć komórkowa leży, Internet nie działa, GPS świruje. W pozbawionym obsługi gigantycznym centrum handlowym odwiedzają kilka splądrowanych aptek, aż udaje im się zgromadzić parę niezbędnych, zdaniem Hugo, rzeczy. Gdy córka stoi na czatach sam ukradkiem wkłada do plecaka jeszcze jedno opakowanie tabletek, po czym mocno zaciska pięści.

Przemykają pośród powywracanych regałów wielkiej hali spożywczej, starając się trzymać jak najdalej od innych ludzi. Niektórzy zachowują się zupełnie nieprzewidywalnie, jakby sterujący nimi jeszcze wczoraj program został zarażony groźnym wirusem. Hugo obserwuje w napięciu otoczenie, dziewczyna pakuje puszki, ryż, niemal wstydliwie wskazuje rozsypane na podłodze słodycze.

― Roztropnie. Niejednemu polarnikowi kostka czekolady uratowała życie ― mówi do zadowolonej córki Hugo, głośno mlaskając. W oddali słychać strzały. ― Naprawdę im się spieszy. Sprawdźmy może, czy rozsuwane drzwi wejściowe jeszcze działają. Kto jest za? Kto się wstrzymał? Dziękuję, idziemy.

Nocują w tej samej noclegowni co uprzednio, kołysani rytmem eksplozji, serii z automatu, wycia syren.

 

― Ranne miasto ― mówi do córki, gdy po śniadaniu idą w kierunku dworca kolejowego. Dziewczyna uśmiecha się, zrozumiała żart. Czuje się bezpiecznie, bo na ulicach widać patrole wojskowe, ekipy porządkowe. Ma naładowaną komórkę, ale do nikogo nie udało im się dodzwonić. Przez jakiś czas działał Internet, oglądali zdjęcia satelitarne. Ich rodzinnego miasta po prostu nie ma, wymazany fragment mapy. Ziemia otrzymuje w sumie jedenaście takich ciosów. Teraz już wiedzą, że to zwykłe klapsy, prawdziwy finał galaktycznej zabawy przed nimi. 321 dni, 8:24 ― pokazuje wielki zegar na mijanym placu. Po chwili czwórka zostaje zastąpiona trójką. Nie komentują tego.

― Gdzież się podziała tradycja chórów gregoriańskich ― szepcze (niepotrzebnie, bo hałas jest okropny) Hugo, gdy mijają wielką procesję religijną.

― Czy to nie ten chłopiec, który nigdy się nie kładł? ― pyta retorycznie, gdy patrzą w przekrwione oczy lekarza w namiocie z czerwonym krzyżem. Gdy oferują pomoc medyk odsyła ich władczym, królewskim gestem.

Chwilę potem dziewczyna w ten sam sposób zdziera osłonkę z parówki. Próbują nie pokładać się ze śmiechu.

Po dotarciu na stację z niejakim zdumieniem odkrywają, że pociągi przyjeżdżają i odjeżdżają. Są kotwicą, łączącą teraz ze starymi, dobrymi czasami, kiedy Ziemia nie miała terminu przydatności. Wszystko zdaje się funkcjonować sprawnie, chociaż kasy nie działają.

― Dokąd?

Dziewczyna wyciąga kartkę, otrzymaną od starca. Przynajmniej mają cel.

Wyszukują pasujące połączenie. Pociąg jest nowoczesny, ale przepełniony. Oboje stoją, starając się nie wyglądać przez okna. Jasne światła wagonu kontrastują z panującym na zewnątrz półmrokiem. W końcu zwalnia się jedno miejsce.

― Mogłaś się przyznać, że masz nadmiarowy pakiet kości ― fuka Hugo, obciążony nastoletnim, zadziwiająco ciężkim ciałem.

Dziewczyna mruczy gniewnie w odpowiedzi. Jest zmęczona. Gdy zaczyna miarowo, głęboko oddychać, on również zapada w pozbawiony snów sen.

 

Niewielka pani konduktor nawet nie próbuje sprawdzać biletów. Stara się odpowiedzieć na wszelkie pytania, ale zazwyczaj kończy się to rozłożeniem w bezradnym geście rąk. Wydaje się miłą osobą, więc gdy próbuje otworzyć oporne drzwi, pasażerowie chcą pomóc. Grzecznie, ale stanowczo odmawia. Niemal skacze na klamkę i opuszcza wagon. Kłania się z peronu wiwatującym ku czci tego wyczynu ludziom.

― Następna stacja to duży węzeł przesiadkowy. Po nim jest niewielka stacja, gdzie rodzinę ma maszynista. Nie liczyłabym, że pociąg pojedzie dalej. Wychodzi na to, że nie jesteśmy ludźmi kolei ― informuje podróżnych.

― To ten odcinek, w którym okazuje się, kto z jakiej gliny jest ulepiony ― podsumowuje Hugo.

 

Jednak skład kończy bieg znacznie bliżej. Stoją w szczerym polu, przed nimi ciągnie się sznur wagonów, lokomotyw. Nie wiadomo, co się stało. Podczepiają się pod dużą grupę pasażerów, zmierzających w kierunku majaczącej w oddali miejscowości. Ktoś podsuwa im niewątpliwie kosztowny szal z delikatnego materiału. Zgodnie z sugestią robią sobie z niego chroniące nos osłony. Powietrze wydaje się niemal gęste od zawiesiny popiołów i licho wie czego jeszcze.

 

Nocują w wielkim, zimnym namiocie na przedmieściach miasta, którego nazwy nie znają. Nie ma wody, kuchnia nie działa. Dziewczyna odkrywa, że ktoś przeciął jej plecak i zapasy skurczyły im się niemal o połowę. Jest na siebie zła.

― Tak mi się wydawało, że przesadziliśmy z obciążeniem. Wiesz, taki paradoks, im więcej dźwigasz, tym więcej energii tracisz na niesienie zapasów, które musisz spożyć, by unieść taki ciężar ― wyrokuje Hugo. Nie najadają się w pełni, zimna konserwa zupełnie nie smakuje. ― Motto na dziś: droga sama odkryje swe tajemnice, podróż to podróż a twarde łóżko to nie sofa, najlepiej śpi się na leżąco ― szepcze zamiast „dobranoc”.

 

Wierzą na słowo, że jest poranek. Ktoś sprzedaje plotkę, że telefony zaczną najdalej jutro działać, zaklinając się, że to stu-pro-ce-nto-wo pewna wiadomość. Chwilę potem, ku zdumieniu wszystkich, pojawia się zasięg. Hugo na zmianę z córką znów próbują dzwonić pod wszystkie znane im numery, raz jeszcze wysyłają SMS z prośbą o kontakt.

Zamiast tego otrzymują serię wiadomości rządowych.

― Zawsze stosuj się do zaleceń funkcjonariusza ― czyta dziewczyna i znacząco patrzy na tatę. Dowiadują się, jak za pomocą kilku wiadomości tekstowych można odnaleźć najbliższy punkt pomocowy. Chwilę błądzą, ale udaje im się zjeść ciepły posiłek.

― System działa ― oznajmia Hugo.

Jedynie w niewielkim stopniu udaje im się odtworzyć zapasy, sklepy są albo splądrowane, albo dobrze strzeżone. Natarczywą propozycję wymiany kurtek za wojskowe konserwy udaje im się odrzucić. Głównie dzięki pojawieniu się patrolu.

― W środku pewnie były cegły. Jednak wymaga to wkładu pracy, nie oceniajmy tych panów zbyt surowo ― prosi Hugo poważne. Mają o czym rozmyślać.

 

Wciskają się do autobusu, który zmierza mniej więcej w interesującym ich kierunku. Pojazd często zbacza z trasy ― kierowca czerpie radość z jazdy i ulega każdej sugestii pasażerów. Potem kawałek podwozi ich małomówny, bardzo młody chłopak. Hugo wątpi, czy ma deklarowane osiemnaście lat, ale wszyscy doceniają komfort jazdy najnowszym Volvo.

― Prosto z salonu ― mówi chłopak i znacząco się uśmiecha.

Kiedy kończy się paliwo przez jakiś czas wędrują razem. Tego dnia nie udaje im się już złapać podwózki. W niemal każdym ― bliźniaczo do siebie podobnym ― wyszarzonym miasteczku otrzymują pomoc.

 

Po tygodniu stają u bram farmy, wpatrzeni w wylot gwintowanych luf. Hugo ostrożnie podaje kartkę otrzymaną od starca i w ciągu dwóch sekund zostają przyjaciółmi Stefano, właściciela najlepszego na świecie gospodarstwa rolnego. Siedzą przy stole, opowiadając po raz dwudziesty swoją podróż, bo co chwilę trzaskają drzwi, tłum słuchaczy powiększa się i muszą zaczynać od nowa. Zupełnie im to nie przeszkadza.

― Jaka ona chudziutka ― jęczy żona Stefano, dając solidnego kuksańca córce Hugo. Na stole lądują parujące, domowe potrawy. Dziewczyna pęka, szlocha w ramionach niemal tak samo szerokiej jak niskiej kobiety. Mężczyźni poklepują się po plecach. Dla wszystkich jest oczywiste, że wędrowcy nie opuszczą farmy, zanim każde z nich nie uzyska wagi małego hipopotama. Po raz dwudziesty pierwszy relacjonują podróż słysząc „jutro, jutro, teraz musicie się najeść” w odpowiedzi na swoje pytania. Zasypiają w radosnych nastrojach z pełnymi żołądkami.

 

W naturalny, płynny sposób wtapiają się w codzienność funkcjonowania farmy. Dopóki działa telewizja, wspólnie komentują nadciągające z całej Ziemi (nie nazywają jej już „światem”) wydarzenia. Obserwują wielką armadę statków odpływającą z Australii. Dzielą się na dwa obozy. Jedni sympatyzują z opuszczającymi oddalony kontynent tłumami, drudzy twierdzą, że powinni zostać i pomóc rodakom drążyć gigantyczne jaskinie.

― Szwajcarsko-szczurza opcja ― cedzi z niesmakiem Stefano, który nie lubi niepotrzebnej roboty. Chwilę potem w telewizji pojawia się naukowiec, który najwidoczniej jest tego samego zdania. Towarzyszy mu prosta animacja. „Jakby zgnieść dojrzały pomidor” słychać komentarz oglądających. Przy „kiedy oceany wyparują” ktoś zmienia kanał, w końcu są jeszcze dwa. Przez wzgląd na fantastyczne kształty i rozmiary konstrukcji śledzą plany stratosferycznych balonów. Wracają na poprzedni program akurat w chwili, gdy naukowiec mówi o płonącej a następnie zdmuchniętej w kosmiczną pustkę atmosferze. „Marsa czeka nie lepszy los, ale…” ― zawiesza głos, mruga zdziwiony, jakby dopiero zdał sobie sprawę, gdzie się znajduje. Bez słowa opuszcza studio. Przez długi czas kadr nie ulega zmianie.

 

Wyjaśnia się zagadka starca. Stefano z dumą prezentuje zdjęcie. Przystojny, groźnie wyglądający mężczyzna trzyma na rękach rozwrzeszczanego, odświętnie ubranego bobasa.

― To ten większy. Postarzał się trochę od tego czasu. Wujek ze strony żony, chrzestny mojego syna, tego maluszka. Młody też jak tylko oderwał się od cycka zaczął karierę wojskową. Rzucają go w różne miejsca, pomaga ludziom. Dzwonię do niego, jak tylko działają telefony. Chce wszystko wiedzieć, każe cały czas wysyłać zdjęcia. Doradza, jak chronić farmę. Do diabła, kiedyś muszą go puścić na przepustkę! Jedyny syn ― podkreśla z dumą i nutką zawodu w głosie. ― Po prostu jestem zbyt dobrym kochankiem, maszynka musi być cały czas w ruchu ― dodaje skromnie i śmieje się zaraźliwie. Chciałby mieć wielką i głośną rodzinę, z plączącymi się pod nogami wnukami, niemającymi końca sporami przy wspólnych posiłkach. Obrazki kordonów wojskowych, broniących dostępu do budowanych pospiesznie kosmodromów, łamią mu serce. Nikt nie marnuje czasu na ślepe naboje.

Córka Hugo kupiła go nieodwołalnie i na zabój.

― Oto temperament, żywcem moja krew! ― z uznaniem komentuje wybuchy złości, jakie przydarzają się ostatnio nastolatce.

― Najnormalniejsza rzecz pod słońcem. Ja kiedyś spaliłam skuter Stefano, nawet nie pamiętam czemu ― mówi potulna, ciepła i pulchna żona gospodarza.

― Wielkie Bombardowanie nie ma szans, jeśli się zacznie akurat w napadzie furii mojego maleństwa ― dodaje Hugo. Jeszcze wspomina awanturę, jaką zrobiła mu, gdy zobaczyła, że rejestruje ją w każdej loterii z biletami na statki kosmiczne, jaką tylko znajdzie w Internecie. Wie, że w takim stanie racjonalne argumenty do niej nie docierają, ale próbuje tłumaczyć, że jest rodzicem, i każda, choćby najmniejsza, najbardziej mikroskopijna szansa…

― Nie rządź się moim życiem, nie jesteś Bogiem! Mam prawo wybrać, gdzie i z kim będę, gdy świat umrze! ― ryczy nastolatka.

― Rozumiem, jak działa Kosmos, ale ważniejsza dla mnie jest mniejsza perspektywa. Taka wrzeszcząca na dwóch chudych, krzywych nogach ― Hugo dzielnie stawia czoła trzaskającym głośno drzwiom i postanawia lepiej się kryć. Jeśli tylko coś wyłapie od razu podaje dane córki, nawet gdy odkrywa, że wszystkie strony, z których dostaje odpowiedź, są oszustwem.

 

W asyście miarowego dudnienia generatora śledzą w napięciu ostatni program telewizyjny. Pasek informujący o zakończeniu nadawania leniwie przesuwa się dołem ekranu. Nie wiadomo, co stało się w Afryce, ale widok nieruchomych ciał wielkich ssaków robi na wszystkich wrażenie. Gdzieniegdzie kamera natrafia na skupiska zastygłych ludzkich sylwetek, na których nie widać śladów obrażeń. Zatopione we wszechogarniającej ciszy sprawiają wrażenie, że czekają, aż ktoś wciśnie „Play”. Niekiedy słychać tylko szum wiatru zaplątanego w skrzydła autonomicznego pojazdu. Bez komentarza.

 

Hugo dba, by ich plecaki były spakowane. Czasami chciałby wznowić podróż, zobaczyć na własne oczy mający ustąpić majestat przyrody, rozpostarte nad dolinami mosty, wziąć udział w niekończących się masowych imprezach, coś tam przebąkuje o orgiach. Jego córka również niekiedy ma ochotę wyruszyć, ale nigdy w tym samym momencie. Żadne nie nalega, jest im dobrze.

 

Milknie Internet. Ostatni filmik, jaki obejrzeli, przedstawia wynurzenia długowłosego mężczyzny, który dowodzi, że to wszystko spisek! Nie będzie żadnego Wielkiego Bombardowania! Kosmiczny złom nie przeorze Układu Słonecznego! Chodzi o kontrolę populacji! Nie było uderzenia meteorytów, a jeśli nawet, to zauważcie, spadło ich jedenaście! Rozumiecie? Jedenaście meteorytów i jedenasty września ― oznajmia, jakby dowodził, że dwa plus dwa to cztery. Chmury pyłów to chemtrails, a w „zniszczonych” strefach wygodnie żyją Reptilianie, którzy mają już dość zakulisowych gierek.

Hugo mówi do córki „Pani Jaszczurzyco”, ona go nazywa „Panem Jaszczurzem”. Wspólnie niszczą wszystkie zegarki w domu. Nikt nie ma im tego za złe.

 

Świętują cud. Niebo od rana jest błękitne. Opalają się na stoku winnicy, rozleniwieni. Wszystko, na co patrzy, Hugo uznaje za najpiękniejsze na świecie. Córka podąża za jego wzrokiem, syczy ze złością.

― Mama nie miała takich cyców, co?

Maria, rozpięta w oddalonym punkcie na siatce rodzinnych koneksji Stefano, nieomylnie czuje, że stała się centrum zainteresowania. Rozkołysane biodra przynoszą ją wraz z ciężkim, korzennym zapachem wymieszanym ze zdrową wonią potu.

― Twój tato to niezły ogier ― wypływa zachrypnięta prowokacja spomiędzy zmysłowych ust kobiety.

― Ty… ty… młóckarnio! ― krzyczy dziewczyna. Biegnie do domu, kopiąc po drodze przydrożne kamienie.

― Dzięki ― mówi Hugo, nie mogąc oderwać wzroku od wcielenia bogini miłości. Obserwuje lśniące obszary, żądne kartografa. Zastanawia się, czym jest dziwny, świszczący dźwięk…

 

…pocisków, które otaczają dom fontannami ziemi. Hugo wbiega pomiędzy ogniste gejzery, zderza się z córką. Łapie ją za rękę i zawraca. Chowają się w wielkiej hali, przykucając na zakurzonej posadzce, pośród niemych maszyn rolniczych. Wydaje się, że strzały dobiegają ze wszystkich stron.

― Prawdziwy surround ― zauważa Hugo. Obawia się, że ich głośno walące serca zagłuszają nawet namawiające do zaprzestania bezcelowego oporu megafony. Co jakiś czas słychać eksplozje, jakby po kolei wysadzano zabudowania. Kiedy we wrotach garażu pojawiają się obce sylwetki wymykają się tylnym wyjściem. Pędzą wielkimi susami do ogrodzenia farmy. Przed nimi wyrasta tyraliera odzianych w militarnym stylu mężczyzn. Ich broń musi mieć niezwykle czułe spusty ― kiedy zostają doprowadzeni do innych jeńców rozpoznają ciała Stefano, jego żony, wielu mieszkańców farmy. Najbardziej zmasakrowane zwłoki należą do niewielkiej grupy obrońców gościnnego azylu. Dostają „góra pięć minut” na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy.

― Nie musicie się nas bać, nie jesteśmy bandytami. To tylko mobilne przedstawicielstwo agencji pracy tymczasowej ― pada z ust wielkiego brodacza, będącego przywódcą oddziału.

Kark Hugo eksploduje bólem.

 

Świadomość wraca wieczorem. Przywiązali go do płotu tak mocno, że nie może nawet ruszyć głową. Córka odwraca wzrok. Podchodzą do niej po kolei. Kiedy Hugo ma nadzieję, że to koniec, pojawia się następny i gwałci ją równie brutalnie jak poprzednicy. Dopiero po dłuższym czasie Hugo zauważa, że z nim robią to samo, jakby byli seksualnymi lalkami użytymi do crash testów. Mały, niewidzialny człowieczek ryje mu w mózgu „To na pewno miłujący Boga ludzie”, po czym litościwie odcina dopływ tlenu.

 

Czołga się po podskakującej podłodze ciężarówki do córki. Jest nieprzytomna. W kącie rozpoznaje znajome plecaki. Nic nie zginęło, więc próbuje ją opatrzyć, najlepiej jak potrafi.

― Jesteś mi potrzebny ― dobywa się z popękanych ust i Hugo wciska w nie garść tabletek.

Leżąca obok kobieta rozpoznaje środek wczesnoporonny. Prosi samymi oczami i Hugo udziela smutnej komunii. Zaciska mocno pięści.

― Przepraszam ― szepcze do córki, próbując delikatnie rozczesać pozlepiane krwią włosy.

― Jesteś mi potrzebny ― powtarza dziewczyna.

― Powinienem rzucić się na nich…

― Jesteś mi potrzebny ― niczym zaklęcie pada po raz trzeci.

― I tak będzie ― wzdycha Hugo. ― Przywiążę sobie odbyt na gumce i nasze przygody mogą toczyć się dalej. Dobrze, że zęby masz całe, od dawna nie widziałem dentysty ― stara się mówić swoim starym, pewnym głosem. ― Czasem jesteś kulą, a czasem kręglem ― dodaje, próbując się nie rozpłakać. Pewne rzeczy można zaakceptować, ale nie zrozumieć.

 

Brakuje tylko napisu „Arbeit macht frei”, myśli Hugo, gdy prowadzą ich do łaźni, ale jest w błędzie. Ciepła woda, troskliwa opieka medyka. Po posiłku mają spotkanie z Przywódczynią i nagle wszystko wskakuje na swoje miejsce. Hugo ją kocha, bezwarunkowo, od momentu, gdy pałające ogniem oczy go objęły.

― Ze wszystkich sił! ― ryczy razem z innymi, gdy oglądają prezentacje Projektu.

― Jesteśmy drugą stroną medalu ― hipnotyzuje Przywódczyni. Budowa Wieży Orbitalnej dobiega końca, za chwilę miliony ton zaopatrzenia ruszą windą bezpośrednio w próżnię, wspomagając tanie, proste rakiety, niezmordowanie wynoszące ludzi i sprzęt w kosmos. Ziemia oraz Księżyc będą tarczą, za którą skryją się na czas Wielkiego Bombardowania.

― Prowadź! Prowadź! ― skandują tłumy, gdy odsłania przed nimi prawdę. Żyli bez planu, kalecząc Ziemię. Odwrócili wzrok od gwiazd. Za karę nie dostąpią łaski zbawienia, ale ich misja jest równie wielka. Gdy przeminą eony gatunek ludzki powróci do kolebki. To dla nich wznoszą Monument, gigantyczny prostopadłościan, długości trzystu kilometrów. Prezent od prymitywnych przodków, których trzeba było wygnać z Raju, bo stali się leniwi, dla świetlistych istot, które zawładną Wszechświatem.

Hugo wstaje najwcześniej i bierze się do roboty. Każde mrugnięcie okiem to dzień wytężonej pracy, której nie można przerwać! Wyje, gdy zdaje sobie sprawę, że tygodnie mijają, a Dziełu wciąż daleko do ukończenia. Zazdrości szczęśliwcom, którzy składają własne ciała w ofierze gigantycznych maszyn, produkujących parującą masę, z której krok po kroku budują Monument. Gdyby to przyśpieszyło pracę, sam rzuciłby się w gardła pracujących w trybie ciągłym mechanizmów.

Przywódczyni zachęca, prosi. Hugo czuje wstyd, że może zrobić tak mało. Jest wdzięczny, iż pomimo tak niewielkiej wydajności pozwolono mu być częścią Projektu. Sam na siebie pokrzykuje, gdy organizm odmawia współpracy. Więcej, ciężej, szybciej, wstawaj i idź!

 

― Wstawaj ― powtarza cichy szept. Hugo czuje się rozbity. Ociężale unosi się na drżących rękach, próbując się rozbudzić. Panuje mrok, cień przed nim powoli ewoluuje w ludzką sylwetką.

― Minie parę dni, zanim narkotyk przestanie działać. Nie będzie łatwo, ale nie ma czasu. Zwiewamy. ― Trzymający strzykawkę mężczyzna wydaje się znajomy.

― Miałem córkę… ― zawiesza głos zaskoczony Hugo. Kiedy ostatni raz o niej pomyślał? Jak mógł zapomnieć?

― Jest, jest, w tej chwili level zombie. Będziesz musiał ją prowadzić, nie mam więcej antidotum.

Grupa ucieczkowa liczy więc trzy osoby. Ich wybawiciel jest we wzorowanym na wojskowe moro stroju strażniczym. To nie kamuflaż, czuje się swobodnie, w jego asyście bez problemów mijają nieliczne patrole. Wędrują wśród niekończących się baraków. Długie godziny upływają, zanim opuszczają teren gigantycznego obozu. Dziewczyna bez słowa, niczym robot, robi co jej się powie. „Ach, żebyś ty w domu tak się zachowywała, gdy trzeba było sprzątać pokój”, myśli Hugo.

 

― Czternaście dni? Zostało czternaście dni?

Mężczyzna raz jeszcze potwierdza. Już wiedzą, że to jedyny syn Stefano, Mario. Oprawcy zgarnęli go tuż koło farmy, gdy jechał odwiedzić ojca. Po paru tygodniach męczarni przystał na współpracę. Szukał w miarę możliwości, pomiędzy doglądaniem produkujących narkotyki chemików i zabezpieczaniem długich kolumn zniewolonych robotników, lecz z wszystkich mieszkańców farmy odnalazł tylko ich.

― To szaleństwo ― podkreśla. Tyle zasobów zmarnowanych. Winda orbitalna po kilku miesiącach pracy (podróż w jedną stronę trwała tydzień!) załatwiona przez fanatyków. ― Ale swoją robotę zrobiła ― dodaje. W przestrzeń udało się wynieść wielkie kontenery z zaopatrzeniem, maszynami, bazami danych, wszystko co matka Ziemia miała najlepszego. Parę milionów ludzi patrzy na nich z góry. Jest szansa, niech przetrwa chociaż połowa… jedna czwarta… Gdy skończy się Wielkie Bombardowanie wielopokoleniowe statki ruszą w podróż. ― Do Proxima Centauri niecałych pięć lat świetlnych ― uświadamia ich. ― Miałem pukiel twoich włosów ― oznajmia nieoczekiwanie córce Hugo.

― Więc naprawdę jesteś moim rycerzem!

― Ojciec mi przysłał, kiedy jeszcze byłem w wojsku, tym prawdziwym. Do genetycznej bazy gwiezdnej loterii. Gdybyś okazała się Wonder Woman, natychmiast by po ciebie przybyli.

― Szok, niedowierzanie. Ktoś musiał podmienić próbki ― mówi z kamienną twarzą Hugo, ciesząc się, że dziewczyna tak szybko nabiera sił. Wędrują bocznymi szlakami, zaopatrując się w wymarłych miejscowościach, chociaż wydaje się, że znoszony plecak Mario zawiera wszystko, czego potrzebują. Z rzadka napotykają ludzi. Robi się coraz zimniej. Tydzień!

 

Z grupy mijanych osób unosi się lufa i Mario pada ciężko ranny. Tamci nawet nie przystają. Wydają się mamrotać w kółko tę samą modlitwę, apatycznie unosząc nogi w powolnym marszu. Jeden odłącza się, by rozbroić broczącego krwią żołnierza. Odchodzą, zupełnie nie zwracając uwagi na tkwiącą przy konającym przyjacielu parę, jakby osoby w strojach cywilnych były dla nich niewidzialne.

Córka Hugo ― zastygła niczym woskowa wróżba ― obserwuje, jak jej rycerz szepce gorączkowo do Hugo, wskazując na nią. Nic nie mogą zrobić. Gdy układają z przydrożnych kamieni skromną mogiłę niebo zasnuwają ciężkie chmury.

― Chciał tylko, żebyśmy zaśpiewali mu coś wesołego ― tłumaczy ojciec, chowając do kieszeni wojskową mapę. Plecak Mario również zmienia właściciela.

 

Kolejne wzgórze, kolejna niespodzianka. Wiatr szarpie niekończący się szpaler białych prześcieradeł, leżących wzdłuż drogi. Pod każdym nieruchome ciało.

― Pewnie nawet nie spytali właściciela ziemi o pozwolenie. ― Hugo kręci głową z dezaprobatą.

― Jesteś taki… taki…

― Kostyczny? Antypatyczny?

Zaczyna wymieniać miarowo wszystkie sobie znane trudne wyrazy, przepytując córkę z ich znaczenia. Po jakimś czasie dziewczyna daje się wciągnąć do gry. Chociaż są zmęczeni, nie potrafią się zatrzymać. Ciała są coraz mniejsze, obok kilku leżą martwe zwierzęta bez śladów obrażeń, więc podejrzewają truciznę.

Stado dzikich psów ujadając wypada zza szczytu. Mężczyzna staje pomiędzy dziewczyną a armią ostrych kłów. Ma tylko kij, krzyczy z całych sił.

 

Hugo ciężko dysząc sięga do magicznego plecaka Mario. Garścią kolorowych tabletek pudruje ból.

― Jakby były mądrymi zwierzętami, spytałyby najpierw, czy nie jestem wściekły. A teraz jestem! ― oznajmia chrapliwie, patrząc na swoją poszarpaną nogę. Wydaje mu się, że gdzieniegdzie widać kość piszczelową. Atak udało się odeprzeć, ale gdy próbuje iść momentalnie się wywraca. Ze stelaża plecaka robi usztywniającą konstrukcję.

― Jak Centrum Pompidou ― ocenia swoje dzieło. ― W istocie to powierzchowne zadrapania, większość krwi jest zwierzęcego pochodzenia ― uspokaja córkę.

Wisząca od dawna nad głowami groźba wybucha jazgotem nawałnicy.

― To ma być deszcz?! To tylko z drzew! ― ryczy, ślizgając się na błocie. Gdy uwiecznia go flesz błyskawicy ma odsłonięte zęby, zupełnie jak zdziczałe psy, które ich zaatakowały. Dwie doby.

 

― Może zostaniemy tutaj? ― proponuje dziewczyna, gdy stają w centrum opuszczonego, uroczego górskiego miasteczka.

― Stamtąd będzie lepszy widok, nie możemy przegapić żadnego szczegółu ― sprawdzając mapę mówi Hugo i wskazuje pobliski szczyt. Biorą na drogę tylko szampana. Kieszenie mężczyzny wypełnione są środkami przeciwbólowymi.

― Miętówka, i tak nie lubisz. Zresztą, ostatnia ― wzdycha, gdy córka przyłapuje go na połykaniu tabletki. Co jakiś czas muszą przystanąć, by poprawił konstrukcję usztywniającą nogę.

 

― Jak to urządzimy? ― Dziewczyna kilka razy musi powtarzać pytanie. ― Masz gorączkę?

Hugo zaprzecza, chociaż jego oczy lśnią. Oglądają pięciogwiazdkowy zachód słońca.

― Mam w dupie taką formę rekompensaty ― ocenia spektakl natury, czym zadziwia córkę, bo rzadko używa wulgaryzmów. Ustawia na stoliku przyniesione z kuchni kieliszki i sapiąc usadawia się w fotelu, który wystawili na taras. Pokiereszowaną nogę umieszcza na taborecie. Niezgrabnie sięga ręką i rozlega się brzęk szkła.

― Na szczęście ― komentuje. ― Poradzimy sobie z jednym. Ty pierwsza ― jego głos wibruje z emocji.

Dziewczyna kłania się teatralnie. Musujący napój przyjemnie szczypie w język. Błyskawicznie traci przytomność. Niecała doba.

 

Głowa boli ją niemiłosiernie. Z przerażeniem zdaje sobie sprawę, że została skrępowana. Rzuca się jak dziki zwierz.

― Spokojnie, panienko ― słyszy nieznany głos. ― Jesteśmy teraz w zero g, musiałem cię przypiąć.

Córka Hugo zdumiona pozwala się oswobodzić. Nie umie poruszać się w stanie nieważkości. Jest niesamowicie ciasno. Łapie się uchwytów przy iluminatorze i zdaje sobie sprawę, że patrzy na konającą, otrzymującą śmiertelne razy Ziemię. Pytającym wzrokiem omiata młodego pilota. Na jego ręku dostrzega prowizoryczny opatrunek.

― Kiedy na płycie lądowiska pojawił się twój stary z tobą na grzbiecie, mieliśmy już rozgrzane silniki. Właściwie procedura startowa się rozpoczęła. Jenkings, mój dowódca, kazał przerwać. Najtwardszy gość, jakiego znam ― nieświadomie błędnie używa czasu teraźniejszego zamiast przeszłego. ― Ostatni kurs, w ładowni tylko nasiona z samoobsługowej stacji zachowania bioróżnorodności. Twój stary wtargnął jak grizzly. Jakby potrafił sterować to pewnie by nas pozałatwiał. Coś mu się stało z nogą i go obezwładniłem. Sama widzisz, moja kruszynka to prosta towarówka, zaprojektowana dla jednej osoby, dwie mieszczą się z trudem, wszyscy nie mogliśmy polecieć. Namówił nas na losowanie. Mnie wykluczyli, jestem pilotem. Najkrótszą zapałkę wyciągnął Jenkings, ale to ciebie kazał zapakować do środka. Żebyś ty widziała spojrzenie swojego ojca… Masz kartkę od niego.

Papier szeleści, odkrywając znajome pismo.

Malutka, oczywiście że powinno być inaczej. Miałaś wskoczyć w sukni ślubnej po moim grzebiecie do rakiety, pokazać światu środkowy palec i roześmiana odpalić booster. W tle orkiestry marszowe, trzymające się za ręce rodziny. Co poszło nie tak? Nie hoduj żalu, że bez twojej zgody, ale nie mogłem ryzykować, uparty ośle (po kim Ty to masz?;). Namiar dostałem od Mario. Gdybym wierzył, że jest coś po tamtej stronie, to bym napisał, że na pewno teraz uśmiechnięty macha do Ciebie ręką. Może on wierzy i tak jest? Zauważyłaś, że Mario i Stefano byli dobrzy w taki praktyczny sposób? W jednej dłoni wszystkoakceptująca żona z parującą chochlą, w drugim rewolwer. Ależ mieliśmy farta! Nie za często oglądaj się za siebie, popełniaj błędy, ryzykuj (ale bez hełmu nie wychodź na spacer!). Mógłbym pisać do Ciebie bez końca, tak jak i patrzeć. Jesteś piękna i mądra. Dzieci nie żyją dla swoich rodziców, ale oni żyją w nich. W końcu po kim masz najsmutniejszy kinol we Wszechświecie? Pozwól, by mój obraz przyblakł w Twoich wspomnieniach, oddychaj głęboko. Żałuję, że nie mogę Ci ofiarować sagi rodzinnej w twardych okładkach, z wieloma czekającymi na zapełnienie stronami. Nie powinno się pisać takich listów. Każą mi kończyć.

Litery rozmywają się, ale wie, jakie są ostatnie słowa.

― Nigdy się nie załamał, nigdy ― szlocha. ― Wyobrażam sobie, jak to się skończyło. Stał z otwartymi ramionami, gapiąc się na mającą tryliard stopni Celsjusza, ciągle powiększającą się skałę, aż przesłoniła całe niebo. Mrugnął do twojego generała, pocałował go prosto w usta i powiedział „czas się ulotnić”.

Pilot nie rozumie, o co jej chodzi. „Genu nie wydłubiesz, zwariowana rodzinka”, mruczy pod nosem i uzmysławia sobie, że dziewczyna jest w szoku: spazmatycznie łapie powietrze, nie kontroluje swoich ruchów. Żołnierz pilnuje, by nie zniszczyła instrumentów i nie zrobiła sobie krzywdy, w tej kolejności. Ma nadzieję, że im się uda, że zasłona planety przyjmie najcięższe ciosy, pędzące setki tysięcy kilometrów na godzinę odłamki ich ominą. Ziemia płonie, w okalającej ją przestrzeni co chwilę pojawia się świetlik ― to ci, którzy mieli mniej szczęścia. Statek idzie zaplanowanym kursem.

Mężczyzna zdaje sobie sprawę, że głośno odmawia prostą, dziecinną modlitwę. Dziewczyna mu wtóruje. Jej ciało jest młode i ciepłe, chociaż nic nie waży jest najbardziej namacalną rzeczą, jaką można sobie wyobrazić. Nie mogą przestać patrzeć.

Koniec

Komentarze

Ogromnie mi się podobało! Krótkie uzasadnienie (dłuższe będzie, kiedy przeczytam drugi raz i "odsapnę"), a więc… widziałeś kiedyś mgły płożące się nad leśną łąką w pobliżu jeziora, wody, na bagnach? O poranku unoszą się, albo zalegają, zależy od miejsca. Odsłaniają piękno.

Starannie zaplanowane sekwencje, miękkie słowo, oryginalne, czułe porównania, zaskakujące obrazowanie. Czułe, bo słowa, chociaż czasem bezpardonowe i brutalne kochają postaci, które opisują i dlatego będąc czytelnikiem chcę być z nimi, aż do słowa "koniec".

Nad czymś się zastanawiałam, rozważałam, ale za wcześnie o tym pisać.

Klikam i zgłaszam do sierpniowych:)

 

Pzd srd, a

(☆_・)・‥…━━━★ 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hej, Asylum. Płożyć się… Cieszę się, że historia trafiła do Ciebie. Płożyć się… Hm. Zatrzykropkowałaś mnie tym zwrotem ;)

pzdr

~~~~~~^~~~~~

 

Napisano wiele historii postapo, dzięki czemu mogłam czytać o losach postaci w różnym wieku, zmagającymi się z nową rzeczywistością i mogłoby się zdawać, że w Twojej opowieści nie znajdę nic nowego… Miłość zdała mi się tytułem wyjątkowo banalnym, no bo co jeszcze można napisać o miłości…

A jednak, GaPo, Twoje opowiadanie poruszyło mnie do żywego, a istota tytułowego słowa ukazała mi się jakby zupełnie na nowo, w znaczeniu które znałam, ale które opisałeś w sposób szczególny i zaskakujący, a jednocześnie doskonale oddający jego wartość.

Wykonanie, poza kilkoma usterkami, całkiem niezłe. No i jakże pięknie prezentują się myślniki. ;)

 

Kiedy za­pa­la ostre, jasne górne świa­tło, znika cały urok na­tu­ra­li­stycz­nej sceny, uzy­ska­ny mięk­ką grą świa­tło­cie­ni. –> Prawie powtórzenie. Prawie rym.

 

― Dobrze, że nie posprzątałaś po mnie. Najgorsze, co może spotkać alkoholika ― usuwanie sprzed oczu brzydkiej otoczki nałogu. […] No i najważniejsze ― aby je rozśmieszać, gdy rozpęta się burza. Nie musisz tego zapamiętywać, masz własne buty. –> Dodatkowe myślniki w wypowiedzi dialogowej dezorientują czytelnika.

 

― Coraz cię­żej. –> ― Coraz trudniej.

 

― Wy­obra­żam sobie ― go­spo­dy­ni udaje prze­ra­że­nie. –> ― Wy­obra­żam sobie.Go­spo­dy­ni udaje prze­ra­że­nie.

 

… sobie głowy nie za­przą­taj­cie. –> Zbędna spacja po wielokropku.

 

pyta Hugo córki. –> …pyta Hugo córkę.

 

do­świad­czo­ny fron­to­wiec nie daje się zwieźć. –> …do­świad­czo­ny fron­to­wiec nie daje się zwieść.

 

― Naj­nor­mal­niej­sza rzecz pod Słoń­cem. –> To tylko powiedzenie, bez odniesienia do gwiazdy, więc: ― Naj­nor­mal­niej­sza rzecz pod słoń­cem.

 

Ko­smicz­ny złom nie prze­ora Ukła­du Sło­necz­ne­go! –> Ko­smicz­ny złom nie prze­orze Ukła­du Sło­necz­ne­go!

 

ona go na­zy­wa „Panem Jasz­czu­rzem”. –> Chyba: …ona go na­zy­wa „Panem Jasz­czu­rem.

 

― Ty… ty… młóc­kar­nio! –> ― Ty… ty… młoc­kar­nio!

 

a Dzie­łu wciąż da­le­ko od ukoń­cze­nia. –> Chyba miało być: …a Dziełu wciąż daleko do ukończenia.

 

― Mia­łem pu­kiel two­ich gło­sów… –> Czy aby nie powinno być: – Miałem pukiel twoich włosów

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej Reg, a gdzie mają rosnąć głosy jak nie na głowie? ;)

Tradycyjne pokłony w podziękowaniu za uwagi.

W tekście ani razu nie miało paść (to ci dopiero na wielu etatach zatrudniony wyraz) słowo tytułowe, nie miało też być wątpliwości, że tytuł jest a d e k w a t n y. Jeśli czujesz się poruszona, to zapalam wirtualną fajkę i spokojnie wpatruję się w drzewo, kontent.

>++('>

Hej Reg, a gdzie mają rosnąć głosy jak nie na głowie? ;)

Takie głosy można by wrzucać do urny całymi puklami. ;)

 

Cieszę się, że uwagi okazały się przydatne i że nabrałeś ochoty na wirtualną fajkę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Reg

Czyli puklerz to zbiór głosów oddanych na jedną partię? ;)

pzdr

`o##o>

Tak, GaPo.

Potem taka partia zasłania się rzeczonym puklerzem, twierdząc że bujne pukle głosów na nią oddanych, chyba o czymś świadczą. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałam wczoraj i nawet pisałam długachny komentarz, w którym wyjaśniałam dokładnie moje odczucia po przeczytaniu Twojego opowiadania. I już prawie kończyłam, gdy internet pokazał mi środkowy palec i poszedł się paść i mój wspaniały komentarz wraz z nim. Dzisiaj będzie już krótko.

Dobre, mocne opowiadanie. Trzyma w napięciu od początku do końca. Dobrze napisane i generalnie zasługujące na Bibliotekę. I – przynajmniej w moim odczuciu – jest też trochę przewrotne. Nie wiem tylko czy ta przewrotność była zamierzona. Chyba nie.

Szczerze mówiąc myślę, że bez tej pierwszej sceny, zginęłoby w morzu innych opowieści o końcu świata. Stworzyłeś niezwykłego bohatera, dałeś mu czarny humor alkoholika po wielu godzinach terapii i misję do spełnienia. Jednak – w dużym skrócie myślowych – bardzie pasowałby tu tytuł: Odkupienie niż Miłość.

Hej, @Ir­ka­_Luz. No zły Internet, zły, pozbawił mnie Twojego długachnego komentarza! Ciekaw jestem, czy było w nim coś więcej o tej przewrotności, bo zainteresowało mnie to… @Asylum też miała coś dłuższego skrobnąć, pewnie siedzicie na tym samym łączu ;)

No ale przepadło.

Co do tytułu to nie widziałem tego pod takim kątem, co Ty. Zaiste ciekawe, zawsze coś takiego wychynie. Dlatego w sytuacji problematycznej grupy zazwyczaj lepiej sobie radzą, niż pojedynczy egzemplarz – rzecz jest “obwąchana” z większej ilości stron.

Dzięki za pozostawienie śladu.

 

pzdr

^⨀ᴥ⨀^

Asylum, skrobnie, ale poczekać trzeba:(, bo przeczytać musi drugi raz po pewnym odstępie czasu, tydzień? W zasadzie jest pewna, ale nie chce odstępować od swoich zasad. 

Dlaczego tak – myśli sobie, że niech ten wszechświat się kręci, a ona będzie podążała swoją ścieżką. Cholernie to ułomne, ale nie chce wpasować się w statystykę:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Och, po prostu nie znałem kodeksu @Asylum ;)

Myślałem że jesteś świetlistą istotą, która poza karmieniem mew, dzików i jeży zajmuje się wyłącznie dodawaniem komentarzy na stronie nf ;p

3mka

【ツ】

Bezwzględnie biblioteka i Piórko! Doskonałe. Pełne. Absolutnie satysfakcjonujące! Pozdr.

Hej, @rybaku. Tysiąc dwieście trzydzieści dziewięć wiosen już widziałeś do tej pory, a ciągle szukasz. Chyba że musisz ;)

Cieszę się, że przypadło do gustu.

pzdr

>--) ) ) )*>

Przykro mi, ale przerwę ten festiwal zachwytów, bo – zachęcona nominacjami – postanowiłam od razu zerknąć na nominata. I jakkolwiek doceniam, że jest to dobrze napisane, tak jakoś nie porwał mnie ten tekst, nie uwiodła opowiedziana w nim historia, nie rzucił na kolana styl. Prawdę mówiąc, czytało mi się ciężko, fabuła mi się rwała, czas teraźniejszy narracji irytował (a nie należę ani do jego fanatyków, ani też wrogów – zazwyczaj jest mi obojętny). Zapewne przed piórkowym głosowaniem wrócę jeszcze do tego tekstu, ale na razie odpadłam. Z tym że to nie tak, powtórzę, że uważam tekst za niedobry. Po prostu żywcem do mnie nie trafił, a że komentarze zachwyconych są bardzo oszczędne, to też nie bardzo wiem, co innych w nim uwodzi, żebym mogła od razu spróbować się przyjrzeć temu, czego może w pierwszej lekturze nie dostrzegłam.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino, przeczytaj drugi raz, kiedy będziesz miała czas lub sama nie wiem co, ja nazywam to oddechem. Jest wtedy, kiedy czytam i tylko czytam. Miałam bardzo podobne do Ciebie pierwsze wrażenie: przeskanowałam, zniechęciłam się. Wróciłam w zupełnie innej sytuacji, gdy miałam “wolną przestrzeń w głowie” – znowu to moje określenie, ale może być i tak, że Ci się nie spodoba.

Napiszę konkretniej, pewnie w weekend się uda, jeśli nic nie stanie na przeszkodzie.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Wydaje mi się, Drakaino, że w tym przypadku uwiodło wielu nie tyle JAK owo opowiadanie niesie, ale raczej to, CO ono niesie. A niesie sporo.pozdr.

 

Rybaku, przejrzałam tekst jeszcze raz i problem w tym, że mnie właśnie przekaz też nie uwiódł, ale raczej zirytował pewną… nie wiem, jak to nazwać, żeby nie wyszło grubiańsko, bo nie podejrzewam autora o wyrachowanie. Ale jak dla mnie jest tu takie obejście banału poprzez wprowadzenie… banału, który różni się od banału nr 1 tym, że jest bardziej emocjonalnie “szantażujący”. Bo podłóż sobie zamiast córki żonę czy narzeczoną i połowa tego “czegoś” pryska, mimo że historia taka sama i nie powinno pryskać. I ja tego niestety nie kupuję, dla mnie to łzawa historyjka o niemiłym kolesiu (bogowie, jak mnie ten Hugo irytuje… i niestety nie jest to irytacja zakończona jakąś katharsis), który w końcu się poświęca. Ileż tego już było! Tylko leciutka podmiana sytuacji – i nagle się to robi o takim wzniosłym uczuciu. No, ja tego rodzaju sentymentalizmu po prostu nie lubię, nie kupuję i już. To refleksje po drugiej lekturze.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Koleś nie jest niemiły, Drakaino. Być może pierwsza scena była za mocna, chociaż – nie wiem. 

Dzięki za drugą lekturę, czy się poświęca – chyba nie, a że córka, a nie narzeczona ma znaczenie, to nie podmianka, ale chyba niepotrzebnie to piszę i bez sensu po raz kolejny się zalogowałam, czytając Twój komentarz, aby odpowiedzieć.

Też jesteś impulsywna:D, to mi bliskie. Uwielbiam się spierać.

 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Może nie tyle niemiły, ile irytujący. I taki jakiś wydumany jako postać. Coś mi w nim zgrzyta. Co do podmianki – dla mnie to właśnie jest tak. Weźmiesz żonę/narzeczoną (= ukochaną kobietę) wychodzi straszny stereotyp, oczywiście, że bohater się dla kogoś takiego poświęci. Ale weźmiesz dziecko – och, to takie głębokie uczucie, to takie wzniosłe. Nikt nie poważy się powiedzieć, że to dokładnie taki sam emocjonalny banał. A przecież to chyba jeszcze bardziej oczywiste, bo dyktowane biologią, że człowiek się dla dziecka poświęci. A ja bym może chciała czegoś mniej oczywistego, choćby po to, żeby znaczenie tytułu było bardziej zaskakujące.

Podsumowując: obawiam się, że pozostanę przy “jak zachwyca, skoro nie zachwyca” ;) Mam do tego prawo, mam nadzieję, bo przecież nie każdemu musi się podobać, prawda?

 

PS. Przypomniałam sobie właśnie, że lata temu tłumaczyłam dla NF opowiadanie, które było bardzo inne, ale jakoś pod względem “szantażu emocjonalnego” jak dla mnie podobne. I niemiłosiernie mnie irytowało. Niestety nie pamiętam autora ani tytułu, coś tam chyba w oryginalnym było z “amber”, ale dość wyparłam ten tekst i to doświadczenie z pamięci. Możliwe, że podświadome przypomnienie przez ten tekst tamtego spowodowało część negatywnej reakcji. Najwyraźniej zawsze nie lubiłam takich klimatów.

 

PS 2.

Dobra, myślę i myślę i chyba w końcu wymyśliłam. Ja bym w takim tekście (tekście literackim! który ma mną trzepnąć!) oczekiwała zakończenia dokładnie odwrotnego: ojciec podejmuje dramatyczną decyzję, ponieważ do wyboru ma życie własnego dziecka i swoją rolę w ocaleniu jakiegoś tam kawałka ludzkości. I w tak poprowadzonej fabule on wie, że jego córka po tym, co przeszła, nie nadaje się na kolonistkę, podczas gdy on – nawet gdyby planował popełnić samobójstwo, jak tylko wypełni swoje zadanie, bo nie byłby w stanie żyć z decyzją, którą podjął – nadal może coś dobrego zrobić.

Tym, co mi tu zgrzyta najbardziej jest to, że córka zostaje wielokrotnie zgwałcona i wydaje się to nie mieć żadnego wpływu na jej psychikę (podobnie zresztą reaguje Hugo, po obojgu straszne przeżycia spływają jak po kaczce) – po co więc to dręczenie bohaterki i czytelnika? Gdyby ojciec podjął inną decyzję, to miałoby fabularny sens, a tak jest tylko epatowaniem i dręczeniem dla dręczenia. Plus po tym całym dręczeniu oni nawet fizycznie są w niezłej formie. To wszystko mi trąci jakimś literackim fałszem i naprawdę nic na to nie poradzę.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono. To jedno. Nawet cierpienia są względne – to drugie. Miłość rodzicielska jest bezwarunkowa – to trzecie. (p.s. Przećwiczone osobiście. Potwierdzam prawdziwość wszystkich trzech owych banalnych truizmów, opisanych także w tekście;)

 

Ale zdajesz sobie sprawę z tego, że wedle Twojej logiki ja powinnam teraz zacząć głosić, że kicze filmowe w rodzaju “Too Young to Die” (to z Julią Roberts, po polsku chyba “Za wcześnie umierać”) są arcydziełami kina? To, że coś ma w sobie kawałek psychologicznej prawdy, nie czyni z tego dobrego tekstu, filmu czy innego rodzaju dzieła sztuki. Prawdziwość kawałka uczuć niekoniecznie przekłada się na wartość artystyczną. Więź psychologiczna często czyni odbiorcę zakładnikiem emocjonalnym dzieła i blokuje ocenę.

PS. Co do wychodzenia z traumy – mamy tu wielokrotnie gwałconą dziewczynę. Nie mam oczywiście takich doświadczeń (Ty tym bardziej nie), ale kiedy miałam osiemnaście lat, zostałam napadnięta przez faceta z oczywistym zamiarem. Wychodziłam z tej traumy ponad pół roku. Wraz z rodzicami – Mama do dziś ma pozostałości tej traumy. Jak mam uwierzyć w tę dziewczynę i to jak oni oboje wyszli bez szwanku z takich przeżyć?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie wiem jak to jest z gwałceniem, ale wiem z doświadczenia, że kiedy razu pewnego rzeczywiście walczyłem o życie, nawet ciężki uraz stał mi się się dla późniejszych tzw. traum pourazowych mało ważny. Po fakcie cieszyłem się, że przeżyłem, a ból i takie tam…. no cóż – dobrze że się na tym tylko skończyło.

Może to podobnie zadziałało w opku?

 

 

 

 

Solidny kawał prozy, dużo się dzieje, może nawet za dużo jak na moje zdolności asymilacji tekstu. Bo natłok zdarzeń zamazuje wyrazistość fabuły.

Napomknięcie o “Ostatnim brzegu” siłą rzeczy zakotwicza świadomość czytelnika przy tym arcydziele i (choćby podświadomie) skłania do porównania, w którym, niestety, arcydzieło jest górą :) Na marginesie, moim zdaniem wersja z Gregorym zdecydowanie lepsza od wersji z roku 2000 (z Armandem Assante).

Wizja windy orbitalnej nieco groteskowa.

Zgadzam się z drakainą w kwestii “odporności” córki na gwałt zbiorowy.

Tak czy owak bilans w moim odczuciu na plus, więc daję klika.

I jeszcze drobiazgi:

Między rękoma mężczyzny

Osobiście wolałbym “rękami” choć formalnie uzyta opcja dozwolona.

Jednaj wojak

Jesteśmy drugą stronę medalu

literówki

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Hej, @dra­ka­ino, dzięki za komentarze, szczególnie że Ci nie przypadło do gustu i to uzasadniasz. Nie wydaje mi się, że podmiana postaci tutaj byłaby bez znaczenia, bo – tak jak napisałaś – może to i banał, ale przecież tak (zazwyczaj) jest z tym rodzicielstwem. Prosta historia. Wydaje mi się, że wszystko w opowiadaniu jest podporządkowane akurat temu aspektowi tytułowego słowa. W pierwszym długim dialogu (irytujący Cię Hugo) dokładnie przedstawia swoje credo dotyczące relacji rodzica z dzieckiem, itp itd.

Przypuszczam, że wiem o co Ci chodzi, że to taki “tani” chwyt “użyć” dziecka. No ale jak opowiadanie miało być o dziecku, nie mogłem inaczej ;)

Z Twoją propozycją podmiany byłoby to coś innego. Np: on ją zdradza, ma dziecko w każdym mieście wojewódzkim, ona – głupia – mu to wybacza. Po gwałcie dowiaduje się, że sama nie może mieć dziecka, więc go ogłusza, łapie za piękne, długie włosy i wrzuca na orbitę ;)

Co do tego gwałtu. Oczywiście różnie ludzie reagują na traumę. Nie pamiętam w czyjej to było powieści, o jakimś powstaniu chłopskim w Brazylii i tam była kobieta, która gdzieś wędrowała. O ile dobrze pamiętam (niedokładny cytat) “gdy zgwałcili ją po raz drugi, ścięła włosy”. No i dalej szła. Niestety, w prawdziwym życiu takie historie też mają miejsce, niektórzy jakoś sobie radzą, inni nie… Dokładny cytat z Wikipedii o żonie Helmuta Kohla “W ostatnich dniach wojny w wieku 12 lat została wielokrotnie zgwałcona przez żołnierzy radzieckich i według jej słów: „jak worek cementu” wyrzucona przez okno. Doznała trwałego uszkodzenia kręgosłupa”. Ludzie, szczególnie gdy dom płonie, lubią sobie urządzać takie zabawy…

W opowiadaniu starałem się dać minimum ile trzeba, żeby to miało sens. Wydaje mi się, że każda scena czemuś służy. Mogłem oczywiście dodać taką, gdzie Mario z Hugo próbują ją zmusić do wędrówki, bo wpadła w stupor i tylko łypie, ale uznałem, że nie o tym jest opowiadanie. Mam też wrażenie, że to dość pasywni bohaterowie (tak jak większość ludzi), dają się nieść wydarzeniom, ale dobrze im ze sobą, i mają instrukcję obsługi tego drugiego (np gdy mijają rzędy ciał przykrytych prześcieradłami Hugo odciąga jej uwagę). Jakoś sobie radzą.

W przedstawionych kliszach dziewczyna tylko dwukrotnie wykazuje inicjatywę – gdy trzeba wskazać kierunek podróży, i gdy kierowana jakąś “nadmądrością” powtarza po trzykroć “jesteś mi potrzebny” (myślę, że bała się że ojciec nie wytrzyma tego co się przede wszystkim stało z nią, że niesiony emocjami spróbuje coś zrobić tym oprawcom, z wiadomym skutkiem…). Po za tym lecą, gdzie ich wydarzenia niosą, aż do tych końcowych chwil, kiedy ojciec widzi tę iskierkę nadziei i prze, prze. Banał… Ale chyba dobrze świadczący o kierujących nami algorytmach.

No i jeszcze ten wiszący nad nimi “the end”. Trochę w tło wrzuciłem różnych reakcji nań, może w tej sytuacji większy cień przesłonił mniejszy… To taka moja trzygroszówka.

Raz jeszcze dzięki za komentarz.

 

@rybaku, patrząc na Twój wiek, to wszystko widziałeś, wszystko Cię spotkało, masz więc głos decydujący ;)

 

@Asy­lum – mój komentarz przez Ciebie, jakbyś od razu pojechała z obszerniejszym swoim, @dra­ka­ina nie musiałaby się zastanawiać, czym podlane pozytywne opinie ;p

 

@tsole no i żeś chłopie jeszcze chochliki wynalazł… Z “Ostatnim brzegiem” zgadzam się – to arcydzieło!

 

pzdr, spływam

_.~"(_.~"(_.~"(_.~"(_.~"(

Gapo, ano, to wstawiam obszerniejszy. Nie lubię słowami targać, może się jeszcze nauczę, da los, Bóg, czas.

Wracam ze słowami „o” i chcę obronić swój odbiór, choć pewnie bardziej sposób odczuwania i obrazów, które nasunęło mi przeczytane opowiadanie. Będę również odnosić się do komentarzy, ponieważ i one pozwoliły mi uchwycić to, co mnie urzekło i sprawia, że takie właśnie opowiadania chcę czytać, ponieważ one coś wnoszą, jakąś prawdę o człowieku, naszej przyszłości i reagowaniu. Cholernie interesuje mnie człowiek “wobec” warunków, okoliczności, jego siła, słabość, naturalność.

To postapo, wszyscy wiemy, liczba dni do przeżycia sto. Świata już nie ma, wyobraźcie sobie, co się dzieje, co może się dziać, co będzie się działo? Kalki znamy, więc nie będę przytaczać. Sytuacja jest ekstremalna. Darwinizm bez pozorów normalności i walka o zachowanie resztek, właściwie czego?

Słowa – piękny zapis, niby rodzaj pośpiesznego dziennika, chociaż forma nie dziennikowa i to też jest ciekawe. Narrator na wskroś neutralny, przedstawia okrutnie, lecz z miłością, ponieważ wprowadza pojedyncze gesty, odniesienia, silną relację. Zaskakują czytelnika słowa i myśli bohatera, chce pozostać normalny w nieludzkiej sytuacji.

Fabuła jest cholernie mocna, z wieloma zwrotami akcji, których się nie spodziewamy, a potem myślimy sobie – „Tak mogłoby być”.

Dialogi świetne i w dobrych miejscach, zresztą minimalizm to silny punkt tego opowiadania. Nie ma zbędnych słów, bardzo dobre panowanie nad strukturą, przekazem, uczuciem.

Dekoracje: wiemy co, gdzie i kiedy z całym tym anturażem. 

 

A teraz odniosę się do komentarzy. To nie jest historia o traumie zgwałconej dziewczynie, pewnie będzie miała potem kłopoty, które eufemistycznie nazwę „psychicznymi”, chociaż tego nie wiemy, gdyż miarę rzeczy odmierza tu koniec świata, apokalipsa. Dzieje się niewyobrażalne, obce. Przypominają mi się doświadczenia kobiet z różnych części świata i jednocześnie dyskusja pod opowiadaniem Wilka o inności. Te relacje, mam na myśli kobiet, są niewyobrażalne, ale żyjesz w świecie, który dyktuje swoje reguły.

Tsole, oba „Ostatnie brzegi” lubię, w tym wcześniejszym mnie z kolei irytuje Ava Gardner;) Zaciekawiło mnie, dlaczego wizja windy orbitalnej wydała Ci się groteskowa (na marginesie, ewaluujesz słowem)?

Do tej pory kilka opowiadań pamiętam z forum: stn o Ostinato, ochy – mam nadzieję, że przeczytam książkę i więcej się dowiem, Cobolda, chyba pierwsze i o hodowaniu ludzi (to końcowe zdanie było niesamowite), o dziwo – Marasa (choć je skrytykowałam) o królu Arturze, leniwego2 – o znużeniu postaci z legend arturiańskich, Jasnej Strony – spotkanie kobiety, black_cup o robotach, Snuffa rybaka, opko Wickeda, Starucha – z wiewiórką. Odpomina mi się ich coraz więcej, bo i Nindedin i Drakainy bohater też. 

Hu, dobrzy jesteście:) Muszę spauzować trochę z komentarzami, bo przestałam pisać, a co wystukam to wrzucam do kosza, bez wahania i wiem, że to jest złe. 

Opowiadanie jest bezlitosne w pewnym sensie i to jest jego niezaprzeczalną siłą, naturalnie moim zdaniem. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Przeczytałam komentarze i pomyślałam, że jednak napiszę to, co się mi wcześniej przepadło. Uważam, że to świetne opko, jedyne, co mnie trochę zirytowało to tytuł. Bo ja tu nie widzę miłości, próbę odkupienia jak najbardziej, powiem wręcz, że trochę egoistyczna ta próba, ale to nie jest miłość.

Widzisz, myślę, że w takich ekstremalnych sytuacjach paradoksalnie łatwiej sobie poradzić, niż w zwykłym codziennym życiu. Łatwiej być ojcem, gdy świat się kończy i wiesz, że musisz uratować swoje dziecko, niż gdy trzeba je po prostu wychować i okazywać na codzień miłość. Szczególnie dla kogoś, kto sobie z życiem nie radzi, a Hugo niewątpliwie do takich osób należy. Jest problem, to sięga po alkohol. Dopiero, kiedy dociera do niego, że to ostatni problem, z jakim będzie musiał się w życiu zmierzyć, jest w stanie działać.

I wchodzi w tryb misji, musi uratować córkę. Robi to w sposób, który zaprzecza jego deklaracji miłości z początku opowiadania. Po prostu prze naprzód, czarnym humorem próbując radzić sobie z emocjami swoimi i dziewczyny. Nie interesuje go, czego chce córka, musi ją uratować, by nadać choć odrobinę sensu swojemu życiu.

A dziewczyna? Już z pierwszego akapitu dowiadujemy się, że łatwego życia nie miała, do tego wszystko, co spotkało ją podczas podróży. Kobieta, która przeżyła zbiorowy gwałt, może i potrafi wstać i iść dalej, pytanie tylko, czy będzie potrafiła żyć dalej i to w warunkach, które przecież łatwe nie będą. I pytanie, czy chce, a może wolałaby po prostu być do ostatniej chwili z ojcem, żeby ją przytulił, żeby z nią rozmawiał, opowiedział o matce, uspokajał. Ale Hugo nie daje jej tego wyboru, po prostu wsadza ją na statek i wysyła w nieznane, w świat, który być może będzie gorszy niż śmierć.

Czy to aby na pewno miłość?

Tak, Irko, to miłość, a ojciec nie był alkoholikiem. Wiele kobiet na naszej planecie jest gwałconych w ten, czy inny sposób każdego dnia. W opowiadaniu życie na Sol już się skończyło, nul, zero. Tu nie ma wyboru i to prawda, że świat, do którego zmierza jest jedną wielką niewiadomą. Pozostaje nadzieja, ojca, bo to nie jej decyzja.

Czy to miłość? Mógł machnąć ręką, łatwiejsze, po co w ogóle walczyć, lepiej się poddać? Myślę sobie, ciągle jeszcze, że pewien poziom poczucia sprawstwa jest nam dostępny, a w gruncie rzeczy dość duży, ale z różnych względów niedostępny, jednak to na dłuższe pogadanie, wyjaśnianie. Przyjedź na jakieś piwo w przyszłym roku, a i ja się stawię to pogadamy:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum:

dlaczego wizja windy orbitalnej wydała Ci się groteskowa

Projekt windy kosmicznej jest mało realistyczny nawet jak na SF. Wymaga nieosiągalnej dziś high technology zarówno w kwestii koncepcyjnej jak wykonawczej. Główny problem to materiał, który będzie w stanie wytrzymać ogromne naprężenie (wg NASA musiałby posiadać wytrzymałość na poziomie 7 gigapaskali. Kolejne problemy to silne wiatry, huragany, trzęsienia ziemi. Realizacja takiego projektu wymaga potencjału na poziomie wysoko rozwiniętego państwa, tymczasem w opowiadaniu realizowany jest przez coś w rodzaju obozu pracy i to wydało mi się groteskowe.

ewaluujesz słowem

nie rozumiem co masz na myśli.

 

Przy okazji jeszcze pytanie (nie zarzut) do Autora: jaki był cel umieszczenia epizodu erotycznego (wręcz pornograficznego – seks oralny)?

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Hmm, wysoko rozwinięte państwo? Obóz pracy, Tsole, wbrew pozorom, może być efektywny:(  , zresztą przykłady znajdziesz historyczne. Jeśli dobrze sformułujesz problem/zagadnienie, no, przeszkodą może być tylko wiedza. Niestety, ostatnio toczyłam podobną dyskusję i byłam w niej po Twojej stronie, lecz… poległam, ludzie pod wpływem strachu, lęku, bojaźni są w stanie góry przenosić. Ja tego nie rozumiem, ciągle, jeszcze. 

Ha, ewaluacja – czy mam Cię odesłać do wikipedii?

A cóż Ci przeszkadza seks oralny? Może być fajny w obie strony. Czy mamy oddawać się tej  tajemniczej czynności pod kołdrą, w ciemności, na wznak? Wiem, że prowokuję, lecz zachowania seksualne w obrębie pary, jeśli jest obopólna zgoda są ok. Pornografii tu nie ma, chcesz to Ci podrzucę kilkanaście bestselerów cholernie pornograficznych. Miałam taki okres, że czytałam to, co mi w ręce wpadło, oby miało literki.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ech, nie jestem w stanie dorównać w jakości komentarzy @Asylum, ale spróbuję (będę się podpierał cytatami).

@tsole Tekst o “lodziku” to oczywiście żart Hugo, miał zwięźle pokazać, że ze znajomymi są w bliskich relacjach, że mogą sobie (w tym wypadku w postaci frywolnego komentarza) między słowami przemycać te najważniejsze sprawy. Gospodyni odpowiada “I Hugo, do­ce­niam tro­skę”, jestem przekonany, że gdyby miała wymagający interwencji, przegadania czy co tam jeszcze trzeba problem, to by mu powiedziała, tutaj jedynie dziękuje mu, że zwrócił uwagę na gburowate zachowanie gospodarza (a może w dodatku, że – może i nieco przekornie – że nie ubolewa, załamuje rąk itd tylko próbuję ją trochę rozchichrać, wybić z rutyny). Innymi słowy, zamiast spytać “Czy wszystko w waszym związku gra? Twój mąż zachowuje się dzisiaj…” poleciał z tym tekstem. Zresztą, potem siedzą sobie wszyscy razem i jest im dobrze. Ot, ktoś tam był w złym humorze, przeszło mu, zdarza się, ale dobrze, że ktoś sytuację zauważył, troszczy się. No to chyba to chciałem tą sceną uzyskać. Naprawdę jestem kiepski w komentarzach ad hoc.

 

@Ir­ka­_Luz, @Asylum oddała precyzyjnie moje założenia, że posłużę się cytatem z Hugo: “Nie hoduj żalu, że bez two­jej zgody, ale nie mo­głem ry­zy­ko­wać, upar­ty ośle (po kim Ty to masz?;). (…) Po­zwól, by mój obraz przy­blakł w Two­ich wspo­mnie­niach, od­dy­chaj głę­bo­ko”. A przedtem “po to wła­śnie ma się ro­dzi­ców. Żeby stali z boku, po­wstrzy­mu­jąc się z ca­łych sił, by nie zła­pać dziec­ka za rękę, gdy bawi się za­pal­nicz­ką po raz pierw­szy. Żeby krwa­wi­ło im serce, gdy dzie­ci się po­ty­ka­ją. Żeby wpy­chać watę w roz­bi­te nosy. No i naj­waż­niej­sze: aby je roz­śmie­szać, gdy roz­pę­ta się burza. Nie mu­sisz tego za­pa­mię­ty­wać, masz wła­sne buty.

Rodzic kończy się tam, gdzie jego ciało, dziecko nie jest ku jego wygodzie, spełnianiu ambicji itd, no i ważne, by ktoś przy nas był, jak jest źle. Ktoś, kto potrafi zmierzyć się z ciężarem odpowiedzialności. Nie wydaje mi się, że nagle włączył się w nim tryb misji, ta końcówka jest dla mnie podkreśleniem jego credo. Lepsze “a nuż” niż stuprocentowe nic. Nie była to łatwa decyzja czy odkupywanie win, po prostu realnie zważył co jest na rozdrożu i zadecydował sam, bo był w kiepskim stanie, bo nie wiedział, czy zdołałby ją przekonać, a margines czasu był króciutki jak w amerykańskim filmie. Chyba z nadzieją, że logiką rozpruł zasłonę uczuć, czasem podpowiadającą złe rozwiązania. No i nie jest idealny, jednak pogłoski o jego alkoholizmie są chyba przesadzone ;)

 

pzdr

 (⌒▽⌒)

GaPo – dzięki za wyjaśnienia, ale niestety nie zmieniają one mojego odbioru. I to im bardziej myślę o tym tekście, tym bardziej mnie on irytuje. Masz przynajmniej na plus, że mało który tekst na portalu wzbudził we mnie ostatnio tyle emocji XD

Dziś pojawiły mi się kolejne refleksje: otóż jak dla mnie, dla mojej wrażliwości literackiej, nie ma tu żadnego prawdziwego konfliktu wewnętrznego (dla bohatera). Rozwiązanie jest tym najbardziej przewidywalnym – rodzic poświęca się dla dziecka. I to mnie uwiera, bo owszem, lubię literaturę rozrywkową, od której nie wymagam poruszania poważnych problemów, ale jak już dostaję do ręki tekst o czymś ważnym i wzniosłym, to chciałabym, żeby ujęciem problemu dorastał do jego rangi. Jak, nie przymierzając, w tragedii greckiej, gdzie bohaterowie stają przed wyborami niemożliwymi.

No i nie znoszę, ale to organicznie nie znoszę (wspominałam już o tym) dręczenia bohaterów po to, żeby epatować czytelnika i go emocjonalnie szantażować. Uważam, że ta historia broniłaby się bez wielokrotnych gwałtów, które msz służą temu, żeby czytelnik czuł się zobowiązany do współczucia. Tego jest ostatnio poza wszystkim za dużo w literaturze różnego autoramentu (np. Marek Krajewski lubuje się w takim totalnym udręczaniu bohaterów, bebechach i obrzydlistwie, nie wiadomo, po co). Nie zrozum mnie źle – mogę mieć nadmiar okrucieństwa w literaturze (zapewne nie wrócę do takiej książki, ale mogę ją uznać za arcydzieło; w sumie tak miałam z reportażami Tochamana o Rwandzie, ale to zupełnie inna literatura), tylko niech to służy czemuś więcej niż tylko przymuszaniu mnie do współczucia.

Bo taka eskalacja emocji i okropieństw to jest marysuizm – bohater/ka podnosi się z wszelkich nieszczęść, jakie na nią spadają, a autor musi je namnożyć do niemożliwości. Z racji niedawnych życiowych doświadczeń miałam sporo do czynienia z portalami onkologicznymi, gdzie ludzie zbierają na leczenie – tam z kolei miałam problem z przypadkami, gdzie wszelkie możliwe nieszczęścia (mąż ginie w wypadku, dalsza rodzina nie istnieje, maleńkie dziecko nie ma nikogo poza matką, której pomaga jedynie anioł-sąsiadka obowiązkowo kierująca zbiórką) spadają na piękne, długonogie dziewczyny z burzą złotych włosów opadających miękkimi falami na ramiona, wszystkie zdjęcia w cudownym ogrodzie z obowiązkową huśtawką i prześwietlone słońcem, oczywiście szczęśliwa mama z dzieciaczkiem jak z reklamy. Po prostu w tych zbiórkach zbiegów okoliczności było nieco za dużo, plus podlanych “reklamą” osób doskonałych, gdyby nie choroba. I trochę tak mam z Twoim tekstem – jest w nim za dużo zarówno okropności, jak i lukru, żeby wydał mi się prawdziwy, żeby mnie chwycił za serce. Sprawia na mnie wręcz wykalkulowanego, choć podejrzewam, że w dzisiejszym świecie to raczej przesiąknięcie pewnym typem przekazu – jak już pisałam, nie posądzam Cię o świadomą manipulację :)

 

Irko – świetny komentarz!

 

Rybaku – ja nawet wierzę, że w sytuacjach ekstremalnych człowiek jest w stanie wiele więcej znieść i przeżyć. Ale nie wierzę, że nie pozostawia to żadnych śladów, a tak jest w tym opowiadaniu. Wszelkie traumy coś jednak pozostawiają. Irka to świetnie ujęła – czy ona będzie w stanie z tym wszystkim żyć? A ona, ta córka, roni łezkę nad ckliwym listem od tatusia. To mi też zgrzyta.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jak już się zaangażowałam, Drakaino, to pójdźmy dalej, ale… na spokojnie, rozważając, rozbierając z ciuchów swoje myśli.

Po pierwsze nie chcę przekonać Ciebie do swojego odbioru, bo osobistym jest i na tym koniec, ale rozmawiać chcę:)

Dla mnie konflikt wewnętrzny nie jest jedynym, który musi skłaniać bohatera do działania. Czasami wiemy, tak po prostu co jest dobre, a co złe (naturalnie nie zawsze idziemy za tym impulsem, może szkoda, ale jest jak jest). Dla mnie wybór był nie tyle tragiczny, co determinujący (chociaż chronicznie jestem przeciw przymusowi). Greckie tragedie też wykorzystują ten motyw, bezustannie, w zasadzie – zero wpływu i musisz się odnaleźć, lepiej lub gorzej, a i to żadnej gwarancji nie daje.

Z tymi gwałtami, czy ja wiem(?), jestem epatowana codziennie nimi. Krzyczę, wrzeszczę i chyba myślę, że co by nie mówić, to jest ważne. Organicznie – to silne, z “bebechów”. Też nie lubię, zwłaszcza gdy dotyczy zwierząt, (teraz też chyba drzew), gdyż są najbardziej bezbronne. Za Tochmanem nie przepadam, z innych względów, chyba uprzedziłam się. 

Do zbiórek się nie odniosę, bo tak boli, że kasuję. Wiem, ale nie jestem w stanie – rozsypuję się:(

Kończąc, pozostawia ślady, ale nie są one opisane, bo to inna opowieść. 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum – może wyjaśnię, że w kwestii zbiórek nie mam tak ze wszystkimi, ale tylko i wyłącznie z tymi, gdzie nadmiar najgorszych możliwych nieszczęść plus absolutna doskonałość osoby nimi dotkniętej sprawiają, że przestaję wierzyć w prawdziwość tego konkretnego przypadku. I nie chodzi o to, że kasuję, bo boli, ale o to, że uruchamia się we mnie podejrzliwość i niewiara – i podobne uczucia wywołuje we mnie “Miłość”.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Asylum:

Ha, ewaluacja – czy mam Cię odesłać do wikipedii?

Wiem co to ewaluacja ale nie rozumiem, co masz na myśli, używając jej w tym kontekście. Pewnie za tepy jestem.

A cóż Ci przeszkadza seks oralny?

Nigdzie nie piszę że mi przeszkadza (zaznaczam też, że to nie zarzut). Interesuje mnie cel, dla którego taki epizod się pojawia. Autor tłumaczy mi, że to taki sobie żarcik, czyli raczej ozdobnik, niż symbol czegokolwiek. Co do tego, czy potrzebny, nie mam nadal przekonania.

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Tsole – całkowicie się z Tobą zgadzam. Nie pisałam o tym, bo skupiałam się na innych aspektach, ale ten fragment z seksem oralnym też wydał mi się tu od czapy i dla epatowania czytelnika. A żart o “lodziku” wydaje mi się wyjątkowo nieśmieszny i był jednym z głównych powodów, dla których bohatera uznałam za antypatycznego :( Odautorskie tłumaczenie też mnie nie przekonało.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

OMG, seks oralny, dlaczego miał być śmiesznym i od czapy? Za chwilę będzie wyglądało na to, że jestem jakąś zbreźnicą, a nią nie jestem. I seks oralny, i masturbacja jest ok. 

Hm, bohater antypatyczny, no tak – nie jest idealny, jest człowiekiem. Czytaliście dziewiętnastowieczne powieści. Sądzę, że tak, a więc…

Eh, Tsole, wymigujesz się od odpowiedzi, z Tobą jestem bardziej wprost, niż z Drakainą, ale dobrze. Kiedy używasz słowa groteskowe to kontekst jest pejoratywny, dodam – tak jak go użyłeś, lecz nie kruszmy o to kopii, po prostu napisz dlaczego?, bo coś Ciebie zdrzaźniło.

Drakaino, i ja nie klikam od dawna żadnych zbiórek (za wyjątkiem kocio-klika). Nawet nie dlatego, że nie wierzę (brak danych), ale że nie podołam.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, ale nikt tu nie atakuje seksu oralnego jako takiego! Mam wrażenie, że zarówno Tsole, jak i mnie nie podoba się ten konkretny wątek w tekście, ale nie wypowiadamy się o tej formie życia erotycznego jako takiego ;)

Ze zbiórkami nadal chyba nie rozumiesz, o co mi chodzi :( Ale chyba nie potrafię się już lepiej wytłumaczyć. No, może jednak spróbuję: nie chodzi mi o klikanie, chodzi mi o wiarygodność pewnego typu ogłoszeń… Nie wnikam, w co kto klika, podałam to jako przykład marysuizmu w realnym (a może właśnie zahaczającym o fikcyjne) życiu. Napisałam o tym onko-felieton na fejsbuku, stąd znam problem. I wydał mi się podobny w moim odbiorze do odbioru tego opowiadania.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Też miałam na myśli FB i inne takie w kontekście zbiórek. Z drugiej strony zastanawiam się, jak można to zorganizować inaczej. Państwo, na razie jest kompletnie niewydolne, ale pomińmy to milczeniem.

Nie znałam marysuizmu. Już wiem, postać wyidealizowana (jeśli nie dość precyzyjnie to popraw proszę, bo po prostu wygooglałam). Dla mnie postaci z opowieści są realnymi, ale dla Ciebie tak być nie musi, naturalnie. Nawet, ostatnio, spierałam się odnośnie recepcji pewnej wystawy. Od pewnego czasu non-stop to robię. Przedstawiam własne zdanie i cieszy mnie, gdy Ty też to robisz. Ostatnio, chyba wkroczyłam w etap wymiany.

 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, nadal się nie rozumiemy, bo fejsbuk wspomniałam w kontekście tego, co tam pisałam okołoonkologicznie. Ale nie ciągnijmy GaPie offtopu, posyłam Ci link na priva do tego, co napisałam o organizacji zbiórek.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Co do seksu w sytuacjach krytycznych: Poczytajcie sobie wspomnienia, te niecenzurowane, np Powstańców Warszawskich: Jak oni wtedy kurczowo łapali się życia, z jaką intensywnością.

 

Asylum: Już raczej Ty wymigujesz się od odpowiedzi. Pytałem co masz na myśli, używając słowa ewaluacja w tym kontekście – nie odpowiedziałaś. Tymczasem ja dość konkretnie wyjaśniłem dlaczego wątek z windą orbitalną wydaje mi się groteskowy:

Realizacja takiego projektu wymaga potencjału na poziomie wysoko rozwiniętego państwa, tymczasem w opowiadaniu realizowany jest przez coś w rodzaju obozu pracy i to wydało mi się groteskowe.

Groteskowość wcale nie musi mieć zabarwienia pejoratywnego. Bułyczow w którymś tam opowiadaniu pisze o wieśniaku który zbudował w kominie jakiś akcelerator i wyhodował sobie plazmę, co jest przekomiczne, ale także groteskowe (przypomnę, że groteska to kategoria estetyczna, charakteryzująca się połączeniem w jednym dziele jednocześnie występujących pierwiastków przeciwstawnych, takich jak m.in. tragizm i komizm, fantastyka i realizm, piękno i brzydota.)

W tym rozumieniu całe opowiadanie GaPa można uznać za groteskę, bo łączy tragizm z komizmem.

I wcale nie jest to zarzut :)

EDIT

Aha i nie seks oralny jest od czapy tylko jego tutaj obecność. “Od czapy” – czyli “ni w pięć ni w dziewięć” albo “ni z gruszki ni z pietruszki” – tak przynajmniej zrozumiałem intencje drakainy.

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Masz rację Drakaino :), koniec offtopu. Przepraszam GaPo, że był on, aż tak długi:(

Tsole :) porozmawiamy jeszcze może i o tym, choć niekoniecznie tym samym, pod Twoim lub może i moim tekstem, albo w wątku sama nie wiem jeszcze jakim :)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Gapo!

 

Przeczytałem wczoraj, ale z komentarzem wracam dzisiaj, bo nie chciałem na szybko pisać dwóch, niezbyt rozgarniętych zdań. Wybacz, że nie wyłuskam teraz z tekstu zdań, które przypadły mi do gustu, a takich rodzynków w tym serniku trochę się znalazło. Bo ja lubię rodzynki w serniku, byle pestek jakiś nie miały. No ale ten, tego, jestem bardzo kontent z lektury. To znaczy pomarudziłbym na zakończenie, ale nie chce mi się marudzić, niech ci będzie. Chociaż podobało mi się z początkiem, że dośc szybko przeszedłeś do właściwych wydarzeń.

Za to pierwsze zdanie tekstu to chciałem cię udusić. Jest tragiczne. W moim osobistym odczuciu oczywiście. Potknąłem się na nim i zachodziłem w głowę, czemu tak startujesz… no ale dalej było już tylko lepiej.

No a te zdania, co to o nich już napomknąłem, robią tekst. To znaczy te opisy niektórych sytuacji i komentarze Hugo, dla mnie bomba. Tam zdaje się metafory i inne takie. No robią tekst bez dwóch zdań. Hugo jest strasznie oldskullowo sympatyczny. Fabuła, moim zdaniem jest średnia. Ale relacje ojciec – córka, ona się nim opiekuje miesiąć, on nią rok itd. itp. No też fajnie wyszły.

I co tam będę mówić, kto czytał – ten wie, kto nie czytał – ten trombocyt.

 

Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Nieco się wyrwę z fali “ochów” i “achów”, ponieważ mnie jakoś nie zachwycił ten tekst :c Oczywiście napisane bardzo dobrze, płynnie się czytało, obrazowe.

Początek mnie zaintrygował. Wprowadzasz ciekawie postaci – rzut dwóch nieco kontrastujących ze sobą scen (raz kiedy dziewczyna ogarnia zapitego ojca, a druga o poranku, kiedy to on sam próbuje doprowadzić się do porządku), wzbudził moje zainteresowanie zarówno do niej jak i do niego. Już na tym etapie czuć tytułową “miłość”, która łączy tę dwójkę. Jednocześnie od tego zdania:

Ja co prawda nie jestem uzależniony, październik się skończył i wracam do żywych, ale zasada to zasada.

spodziewałam się jakiegoś mistycyzmu w dalszym ciągu. Głównych bohaterów otaczał cienki płaszcz tajemnicy, przez co mnie fascynowali. Te dziwne propozycje wysuwane przez ojca ku sąsiadce dotyczące seksu tworzyły tylko dodatkowy wzór na wspomnianym płaszczu. W każdym razie aż do momentu, w którym spada meteoryt, rozpoczynają implikacje apokalipsy, tworzą obozy i ten dalszy przedstawiony przez Ciebie plan. Ponieważ ten plan już wydał mi się wtórny, a cała opowieść – drogi, bądź co bądź – automatycznie zbladła.

Skróca trauma dziewczyny po zbiorowym (!) gwałcie – no nie. Nie chce mi się wierzyć, że mogła nad tym przejść do – chaosu raczej w przedstawionym przez Ciebie świecie niż porządku – dziennego i nie zdradzać żadnych oznak raz że traumy, a dwa, że brutalne gwałty kończą się przecież poważnymi obrażeniami, które wymagają odpowiedniej opieki medycznej.

Ojciec, taa…w pewnym momencie zrobił się zaiste irytujący. Ale w porządku, nie trzeba każdego lubić i przecież o to chodzi. Różnobarwność postaci jest fajna :) W przeciwieństwie do wspomnianego tam wyżej zarzutu, że prędzej ocaliłby siebie niż córkę, opcja ratunku jednak jej w pierwszym rzucie jest wiarygodna.

Do wykonania nie mam uwagi. Dobry warsztat :) Może dodam jeszcze, że podobało mi się jak przedstawiłeś tytułowe uczucie w tekście. Jest barwnie i jednocześnie nienachalnie. Fajnie się wpasowuje do szarości obrazu. Balansuje na pograniczu percepcji klimatu i historii, które stworzyłeś.

Zatem w moim odczuciu także jest to dobry tekst, ale mógłby być lepszy :)

Pozdrawiam, GaPo :)

 

Dzięki, Szanowni, za obszerne komentarze. @arya, poszłaś drogą dotąd nieobraną w komentarzach ;) Co do tej dziewczyny, to… w tym obozie już “na wejściu” otrzymali opiekę medyczną, no i byli tam X czasu, więc fizyczne urazy mogły zostać uleczone. Co do psychicznej traumy… nie o tym jest ta opowieść, chociaż jestem przekonany, że w próbce ludzkości znalazłyby się osobniczki, które zachowałyby się jak przedstawiona w migawkach postać (a co działo się między migawkami nie wiem).

@My­trix – pewnie masz rację, po wielu redakcjach tekstu przestałem je zauważać i skorzystało z tego ;)

 

pzdr

( ͡° ͜ʖ ͡°)

No proszę, GaPa napisał "Armageddon" po swojemu ;)

Lubię Twoją pisaninę GaPa. Zazwyczaj jestem jednym z niewielu, którzy odgadują sens w Twoich zaplątanych narracjach i fabułach. Jednak tym razem nie plątałeś za bardzo i nawet nieco udziwniona narracja w czasie teraźniejszym nie sprawia czytelnikowi większych problemów. A przy tym sama historia jest dosyć prosta, mimo że naprawdę sporo się w niej dzieje. Tym razem postawiłeś na emocje.

Czytam tutaj komentarze, które robią z tego powodu zarzuty, że szantażujesz emocjonalnie, że idziesz na emocjonalną łatwiznę. Wiadomo, w relacjach samotnego ojca z córką zazwyczaj mnóstwo jest uczuć, emocji, komplikacji, które zawsze poruszą co wrażliwsze serca, zwłaszcza na tle wydarzeń tak tragicznych jak Apokalipsa. Oczywiście poruszą pod warunkiem, że zostaną sprawnie podane.

Ale czy to znaczy, że nie wolno (nie wypada?) pisać o takich prostych i oczywistych sprawach? Czy miłość rodzicielska, poświęcenie, hart ducha, walka o życie, okrutne doświadczenia muszą oznaczać kicz i tanie chwyty? Czy takie pisanie z góry oceniane będzie jako twórczość ocierająca się o banał? Oczywiście, że nie! Bo i dlaczego? Tylko dlatego, że historia jest prosta i sprowadza się do znanego scenariusza: uciekają przed końcem świata, a w finale jedno oddaje życie za drugie?

Myślę, że z pełną premedytacją cały sens i przesłanie tekstu wyraziłeś w prostym, dosłownym tytule. Dramatyczna fabuła, prowadząca do przewidywalnego w sumie i oczywistego finału, w którym ojciec poświęca się dla ukochanego dziecka (i tutaj właśnie "Armageddon" się kłania, ale zawsze można było też pójść w postapokalipsę pozbawioną nadziei, "Drogą" wytyczoną przez McCarthy'ego), to w zasadzie tylko dodatek. Podbijanie stawki i bębenka uczuć (patrz ckliwy list na koniec…)

A zarazem jest to nawet niezła próba zaprezentowania pełnego spektrum postaw wobec końca świata. Od solidarności i bezinteresowności po wyzysk, przemoc i okrucieństwo. Od sielanki i rodzinnej atmosfery jednej małej społeczności, po obozy pracy, szaleństwo, mistycyzm i terror w obliczu nieuniknionej zagłady. Przyznaję, udał ci się nawet szybki i sprawny przegląd takich zachowań i nie przeszkadza, że są one wykorzystane dosyć stereotypowo, ponieważ opisujesz je zarazem dosyć oryginalnie i po swojemu. Na pewno ta atrakcyjność fabuły (czy może raczej akcji) trzyma czytelnika przy lekturze.

Czy Twój świat u progu upadku jest wiarygodny? W wielu opisach tak. Momentami tak sobie. Nie podajesz czasu i miejsca akcji, ale ten rok przed Apokalipsą upływa dosyć szybko i szybko dzieją się na świecie rzeczy dziwne. Od względnej normalności i wciąż jeżdżących pociągów (to taki skrót myślowy) oraz czasów jakby współczesnych z kilkoma dziurami w Ziemi, po budowanie dziwacznego molocha i samozwańczych kacyków z obozami pracy, statki kosmiczne, windę grawitacyjną i inne futurystyczne pomysły i gadżety, o których ledwie wspominasz.

Mam też trochę wątpliwości odnośnie stanu, w jakim znajduje się świat po pierwszych wstrząsach. Rozumiem, że w Ziemię uderzyło "tylko" jedenaście obiektów, wspominasz o pyle, zasnutym niebie itd. ale jednak obiekty zdolne zdmuchnąć z powierzchni całe wielkie miasta poczyniłyby chyba większe spustoszenie. A tymczasem działa Internet, działają komórki itd.

Niestety, zaledwie wspominasz również o wielu aspektach życia w obliczu zagłady przez duże "Z". Co z kościołem/religią, co z konfliktami międzynarodowymi, armią (jej rolę ograniczasz znacznie i ledwie wzmiankujesz).

Świat u Ciebie zachowuje się wobec Końca trochę jak w optymistycznych chińskich opowieściach science-fiction, trochę jak u Clarka, trochę jak w filmach Emmericha (2012), po drodze sięgając po wizje niemal rodem z "Pana Lodowego Ogrodu" czy nawet nowego Mad Maxa.

 

Fabularnie przyczepię się do pierwszego akapitu. Czy wobec reszty opowiadanej historii konieczne były te żółte gacie i rzygowiny? Czy w tego typu opowieści nie wystarczyłoby wspomnieć o pijackim ciągu bohatera (domyślam się szlachetnych pobudek tego pijaństwa – rozpacz po utracie żony)?

Właściwie cała ta jakby współczesna i obyczajowa część opowiadania trochę mi odstaje, jest jakby z innej "bajki". Rozumiem, że to miał być zamierzony kontrast (podobnie jak sielanka na farmie kontra atak, mordy, gwałty i niewola chwilę potem), spokojny wstęp jak u Kinga, zaskoczenie czytelnika, wprowadzenie Apokalipsy do normalnego życia. Szokujący przeskok z dramatu obyczajowego w dramat katastroficzny. Rozumiem, że mieliśmy bohatera znielubić, za tą obrzydliwość i sprośne dowcipy, by potem docenić jego poświęcenie i cyniczno-sarkastyczną postawę wobec tragedii, która to postawa wybrzmiewa optymizmem na przekór wszelkim nieszczęściom, dodaje sił, rozbraja okrutną rzeczywistość, ośmiesza zło. Że mamy go zacząć z czasem lubić i podziwiać jego cięte gadki i żarty, wstydząc się swojej pierwszej powierzchownej oceny (znacznie później zazgrzytało mi również zachowanie Hugo, który stał się gorliwym wyznawcą Przywódczyni, ale zaraz to wyjaśniłeś wpływem narkotyku i po chwili zagrało bez zgrzytów).

Co jeszcze… Trochę dużo w tej historii szczęśliwych zbiegów okoliczności. Nieprawdopodobny finał, w którym kulawy, pogryziony, zmasakrowanych i ledwo żywy facet dźwiga ciężką (jak podkreślasz wcześniej) nastolatkę i dostarcza na ostatni statek z Ziemi z jednym wolnym miejscem (nie pytam nawet skąd i jak to lądowisko), trafiając na heroicznego i gotowego na poświęcenie generała, a namiary dostaje od jedynego syna gospodarza z farmy, napotkanego w obozie śmierci, na którą to farmę trafił dzięki wskazówkom przypadkowo spotkanego starca itd. itd. Jednym słowem cud goni cud i pogania szczęśliwe zbiegi okoliczności.

Mógłbym jeszcze sporo napisać o tym opowiadaniu, bo są w nim mocne strony i słabsze, bo wiele rzeczy pominąłem, bo lektura skłania do rozmowy, ale powiem krótko. Mimo wszystko podobało mi się.

Za język, za styl, za warsztat, za te inteligentne dowcipy Hugo. Ale głównie za niepokój, specyficzny klimat, za klimatyczne sceny w obozie budowniczych Molocha, za w sumie klasyczną, ale jednak "inną" opowieść katastroficzną z ludźmi na pierwszym planie. Za granie emocjami i fundamentalnymi wartościami, o których inni wstydzą się pisać. Za iście hollywoodzkie zakończenie i połowiczny happy end (chociaż ten finał, który rozgrywasz za naszymi plecami, wygląda na trochę przyśpieszony i odhaczony przez Autora). Za to, że lektura wciągnęła i zainteresowała.

Czy to wystarczy, żebym dał swoje pół głosu na piórko? Jeszcze się zastanowię.

Ps. Zwrot o Ziemi w czasach, kiedy nie miała jeszcze terminu przydatności już widziałem tutaj na portalu. U kogo?

 

Edit. A dam tę połówkę, bo jednak zostaje ten tekst w pamięci.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Hej, @mr.maras, dzięki za obszerny komentarz.

Ps. Zwrot o Ziemi w cza­sach, kiedy nie miała jesz­cze ter­mi­nu przy­dat­no­ści już wi­dzia­łem tutaj na por­ta­lu. U kogo?

Ciekawe, wrzuciłem kwerendę w google ale nie udało mi się odnaleźć. Ech, człowiek myśli, że czasem wymyśli coś oryginalnego, a tu zaraz ktoś przyleci i skoryguje ;)

No właśnie to miała być taka prosta historia, są przecież sytuacje, kiedy “kombinowanie” tylko zaciemnia obraz. Pewnie każdy (większość? co niektórzy? jeden na sto?) miał taką sytuację, gdy zamiast “rypnąć” prosto z mostu coś tam kombinował, motał, a potem żałował, że nie skorzystał z tego najbardziej oczywistego, najprostszego rozwiązania.

Mnie się zawsze wydaje, że w tych moich bazgrołkach da się wszystko jakoś logicznie wytłumaczyć. Chociażby te zbiegi okoliczności (zaiste, Hollywodzkie). Odwróćmy sytuację – przeprowadzasz wywiad z ostatnimi, jedenastoma mieszkańcami planety Prexkli, i pewnie opowiedziane przez nich historie jak się znaleźli tu i teraz wydałyby się naciągane, nieprawdopodobne.

Niedawno czytałem Louisa Zamperiniego. Ciężko w to uwierzyć. Te jego “przygody” do zakończenia drugiej wojny światowej to takie nagromadzenie wszystkiego…

Co do kontrastu pierwszej części z resztą, oczywiście tak miało być. Bądź co bądź, wyrwało ich z poczciwego, normalnego żywota (”obyś żył w ciekawych czasach!”). Stąd po w miarę normalnym wstępie, naturalistyczno-poczciwym bym rzekł, ta reszta taka “migawkowa”, jakby ktoś dymkami z komiksu ciskał w zgrabne bibliotekarki.

Cieszę się, że przypadło do gustu.

 

Ech, chaotyczne te moje komentarze, czy ja w ogóle powinienem je pisać ;) Można je śmiało pomijać, tekst winien być bytem samodzielnym.

 

pzdr

ة_ة

No nie wiem…

Bo w przeciwieństwie do większości komentujących uważam, ze pomysł miałeś bardzo dobry (tak fabularnie, jak i formalnie), ale zabrakło umiejętności technicznych. I od razu zaznaczę, że poprzeczkę w tym względzie ustawiłeś sobie bardzo wysoko, wyżej niż sam bym się odważył. Rozumiem, że postawiłeś na naturalność dialogu, surowość nieoszlifowanych wypowiedzi, opartych na solidnej psychologii postaci, ale ujawniających ich głębię fragmentarycznie, wybiórczo, trochę nawet chaotycznie – jak w życiu. I temu zamysłowi mogę tylko przyklasnąć obiema ręcyma – wszak literatura to zwierciadło przechadzające się po gościńcu. Tylko, żeby tak pisać i sprzedać swoją kreację czytelnikowi, trzeba tym zwierciadłem manewrować z nie lada maestrią. A tobie czasem ręka drgnęła i zamiast coś pokazać, oślepiłeś odbiorcę. Nie wszystkie grepsy są zrozumiałe, a niektóre sceny pozostają nieczytelne. Dotyczy to przede wszystkim momentu przejścia z konwoju do obozu i potem relacji dotyczącej tego, co się stało na lotnisku. W tym pierwszym przypadku maskujesz zamieszanie pomysłem z narkotykami, ale mimo wszystko w scenach obozowych brakuje mi czasu – rozegrałbym je pełniej, za pomocą kilku krótkich, poszarpanych, nerwowych scenek. W końcówce, dobrze pomyślanej ale znowu niezręcznie przyspieszonej, nieczytelna jest dla mnie decyzja generała – czy podjął decyzję dobrowolnie, kierując się litością, czy został przymuszony przez ojca. A przede wszystkim znowu brakuje przestrzeni na pokazanie ojca w nowej perspektywie.

Lubię takie opowieści o prostym heroizmie, o rzeczach najważniejszych w obliczu rzeczy ostatecznych, o rodzicielstwie wreszcie, ale piórka przypinam tym opowiadaniom, których zazdroszczę autorom. Tutaj szanuję próbę, ale efektu nie kradłbym.

Fajne, podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

piórka przypinam tym opowiadaniom, których zazdroszczę autorom.

Wysoko poprzeczkę stawiasz, Coboldzie, oj wysoko :D

cień przed nim powoli ewoluuje w ludzką sylwetką.

― Miałem pukiel twoich włosów ― oznajmia nieoczekiwanie córce Hugo.

― Więc naprawdę jesteś moim rycerzem!

― Ojciec mi przysłał, kiedy jeszcze byłem w wojsku, tym prawdziwym. Do genetycznej bazy gwiezdnej loterii.

Hm, musiałyby to być chyba włosy wyrwane wraz z korzeniami, bo to właśnie tam znajduje się DNA. Włos jako taki sam w sobie jest martwy, podobnie jak na przykład paznokieć. Pewnie, jakiś ślad materiału genetycznego na pewno by się w takim puklu zaplątał, na przykład z łuszczącego się naskórka, ale to zbyt mała i zbyt kiepskiej jakości próbka, by rzetelnie zsekwencjonować genom do bazy.

 

Córka Hugo ― zastygła niczym woskowa wróżba ― obserwuje, jak jej rycerz szepce gorączkowo do Hugo, wskazując na nią.

Może: szepce do ojca?

 

 

GaPo, jest coś, co mnie niezmiernie fascynuje w Twojej twórczości, już od czasów opowiadania z “Fantastycznych godów” które mnie wówczas mocno ujęło. “Miłość” to kolejny surowy tekst, z pozoru niezbyt przystępny, o mało interesującym tytule. Przyznam, że przez początek przebrnąłem w bólach. Minęła chwila, nim zorientowałem się, co się dzieje, jak, kiedy, gdzie. Że koniec świata faktycznie ma miejsce. I kiedy przestałem się kolebać i wpadłem na tory Twojej wyobraźni, to już popłynąłem i ach, cóż to była za podróż.

Widzę tutaj inspirację McCarthym, choć popraw mnie, jeśli się mylę. “Droga” to historia bardziej kameralna i zdecydowanie pozbawiona nadziei. Wzrusza i szarpie emocjami, przez co nie byłem w stanie czytać jej cięgiem, bez przerw, bo była zbyt okrutna. U Ciebie jest inaczej, beznadzieja przeplata się jeszcze z jakąś radością, bo apokalipsa trwa, a nie została dokonana, jak w “Drodze”. To też pozwala błyszczeć postaci Hugo; ma motywację, by zarażać optymizmem i nie popadać w defetyzm. Tytułowy banał przeradza się w coś niesamowitego, nie dającego się zamknąć w słowne ramy, za to obecnego w gestach, uśmiechach, wymianach zdań, wreszcie czynach – tak Hugo względem córki, córki względem Hugo, ale również pobocznych postaci, jak rodzina Stefano.

Przejrzałem komentarze i ktoś narzekał, że po co zgwałcono córkę – żeby pokazać, że idylliczna apokalipsa to oksymoron i nikt nie dowie się, co drzemie w drugim człowieku, dopóki los nie powie “sprawdzam”. Że gwałt nie wpłynął na psychikę córki – myślę, że jak najbardziej wpłynął, ale historia jest prowadzona z perspektywy Hugo, który na tym jej etapie był już scedowany na zapewnieniu dziewczynie przetrwania za wszelką cenę. Przecież nawet nie znamy jej imienia, choć jej perspektywa jest klamrą, która otwiera i zamyka opowiadanie. I wreszcie – że zakończenie jest przewidywalne. No jest i w tym tkwi jego siła. Jest coś absolutnie ujmującego w parciu do celu wbrew swojemu dobru, dla drugiej osoby. Tu również dostrzegam analogię z “Drogą”.

Brawo, GaPo. Miłość została odmieniona tu przez wszystkie przypadki, choć słowo to nie pada w tekście ani razu. Opowiadanie ma niedostatki, na przykład ostatnią scenę w rakiecie okroiłbym, trochę rozwadnia impet finału. Sam list Hugo natomiast, albo scena, gdy córka powtarza “jesteś mi potrzebny”… tu mnie mocno trafiło. Ładunek emocjonalny, jaki tu zgromadziłeś, przysłonił mi wszelkie niedoskonałości. Absolutnie.

Jak dla mnie to opowiadanie to ścisła czołówka tekstów, które czytałem na tym forum w tym roku.

 

I edytka: jak ja Ci zazdroszczę tego opowiadania, GaPo, to nie wyobrażasz Ty tego sobie. ;)

GaPo, jeśli miałabym jednym słowem określić Twoje opowiadanie, to powiedziałabym, że jest poruszające. Nafaszerowałeś tekst emocjami, i nawet jeśli ktoś twierdzi, że to ckliwe i banalne, to do mnie akurat trafia. Pod koniec złapałam się na tym, że mam wilgotne oczy, a nie często się to zdarza.

Komentarze przejrzałam tylko pobieżnie i zwróciłam uwagę na kwestę traumy po gwałcie. Po czymś takim trauma niewątpliwie będzie, ale weźmy pod uwagę, że otaczająca rzeczywistość, sytuacja w jakiej znaleźli się bohaterowie, zbliżający się koniec, to na tyle ekstremalne realia, że nie ma czasu na pielęgnowanie tej traumy. Pewnie sprawa wyglądałaby inaczej, gdyby dziewczyna została zgwałcona, a potem wracała do “normalnego” życia.

Jedyne do czego mogłabym się przyczepić, to moment, w którym Hugo zabiera z apteki środki wczesnoporonne. Serio wiedział jak taki lek się nazywa i znalazł bez problemu?

Moim zdaniem piórko się należy. :)

Wysoko poprzeczkę stawiasz, Coboldzie, oj wysoko :D

Bo ja wiem, w tym roku już 15 opowiadań przeskoczyło ;)

 

Miłość została odmieniona tu przez wszystkie przypadki, choć słowo to nie pada w tekście ani razu.

A to ładnie powiedziane.

 

I właściwie zgadzam się z większością tego, co napisali MrB i AQQ, z zastrzeżeniem tego, co napisałem sam. Forma, Panie, forma – ona ma służyć opowieści (i czytelnikowi).

Fajnie, że rzecz parę osób poruszyła. Dzięki za tak obszerne komentarze. Parę razy aż się z różnych powodów zaczerwieniłem, je czytając. Generalnie chciałem odpowiedzieć w dłuższy sposób, ale zdałem sobie sprawę, że właściwie chyba nic więcej bym nie wniósł, styl komentowania Anet wydaje się więc najbardziej adekwatny, a w dodatku jakoś nie mogę utrzymać powagi (jakaś wada genetyczna? Czy przejdzie to na dzieci, a jeśli tak, to na czyje?).

Generalnie wydaje mi się, że rzecz – biorąc pod uwagę okoliczności – psychologicznie jest do obronienia… a co do formy (cobold) – taka wydała mi się OK do tego zastosowania, zresztą, sam siebie nią trochę zaskoczyłem, wypłynęła spod palców niejako bez mego udziału i spodobało mi się to. Zapewne da się lepiej, taka była jednak dyspozycja dnia, jak powiadają komentatorzy sportowi.

 

MrBri­ght­si­de – z próbką DNS z włosów to pewnie przez te seriale CSI ;) McCar­thy to dla mnie terra incognita.

AQQ – myślę, że jak ktoś szuka, to znajdzie…

 

pzdr

(‾⌣‾)♉

Hmmm. Ja ten tekst już kiedyś czytałam.

I dlatego sorry, Winnetou, ale jestem na nie.

Tak pryncypialnie – uważam, że nie powinno się wstawiać tych samych tekstów po liftingu, bo nie lubię czytać w kółko tego samego. Znaczy, wstawiania nie mogę nikomu zabronić, ale bibliotekować ani głosować za piórkiem nie będę. Skoro za pierwszym razem się nie udało, to próbowanie aż do skutku też nie pomoże.

Babska logika rządzi!

@Finkla – otóż skucha, tenże tekst tu premierowo zagościł ;) Może jednakoż oceniasz w Silmaris? Tamże słałem ;)

 

3mka

℃ↂ_ↂↃ

To znowu ja.

Ech, trudny tekst do oceniania. W głosowaniu silmarisowym byłam na “nie wiem”, ale teraz nie mam takiej opcji. Opowiadanie ma swoje mocniejsze i słabsze strony.

Gdzieś w środku trochę zaczął nużyć, ale końcówka to wynagrodziła, spodobała mi się.

Na emocje pozostaję niewrażliwa. Do tego stopnia, że nawet nie mam – jak Drakaina – wrażenia, że je na mnie wymuszasz. Ot, dekoracje jak dekoracje.

Nie bardzo rozumiem, co właściwie grozi Ziemi. Jest to cykliczne – za rok ma nastąpić totalna rozpierducha. To sugeruje jakieś kosmiczne śmieci. Ale Marsowi grozi to samo. Ki diabeł?

Ludzie zachowują się jak ludzie – całe spektrum od skurwysyństwa do bohaterstwa.

Niby nic nadzwyczajnie wyróżniającego tekst na tle innych nie ma, ale jednak zapamiętał i szybko poznałam, że już czytałam.

Jestem na TAK, czyli. Ale tak o włos.

Babska logika rządzi!

Ach, neuroshimowy kolor rdzy. Zagłada nadchodzi, znikąd herosa, co ją powstrzyma, więc czas wygodnie położyć się na trawie i poczuć ostatni wiatr na tym łez padole ;)

Mnie tekst skojarzył się też z “Ostatnim brzegiem”, ale jeszcze mocniej – z filmem “Melancholia”. Tu też jest silne nastawienie na motyw obyczajowy. Tu też dostajemy pełne spektrum ludzkich zachowań. W przeciwieństwie jednak do Larsa von Triera nie kończysz aż tak smętnie :)

Od razu też powiem – tekst od strony emocjonalnej mnie nie ruszył. Ale widzę zastosowane środki i moim zdaniem dobrałeś je odpowiednio, choć są sceny, gdzie miast uderzyć rapierem, wolisz zastosować obuch. Przykład to choćby gwałt zbiorowy, różnie trawiony przez czytelników. Jednak myślę, że jako świadomy twórca wiedziałeś, co robisz :)

Test na emocjach stoi i na postaci Hugo. To, że w komentarzach toczą się dyskusje i ludzie coś czują w stosunku do tej postaci – to moim zdaniem paradoksalnie dobry znak. Znaczy, że jest jakiś. Obraz mniej lub bardziej realistyczny, ale jakiś. Jednych ujmie, drugich nie. Tak więc duży plus za stworzenie pełnego skaz i wad bohatera, który próbuje odkupić swoje winy w stosunku do córki. Być może nawet wbrew niej.

Jednak mam wątpliwości co do pewnych technikaliów. Przede wszystkim zabieg nienazwania drugiej ważnej osoby w tekście – córki Hugo – mocno i Tobie zapewne utrudniał pisanie, a mi odczytanie tego, co się dzieje w danym momencie. Był fragmenty, które powtarzałem ze dwa razy (konkretnie – początkowe rozmowy i potem w scenach z żoną Stefano) – bo nie wiedziałem, czy to nadal o niej czy o kimś innym.

Sama fabuła bardzo standardowa i przewidywalna – to też przyczyna, z powodu której nie ruszył mnie emocje. Bo jeśli wiem, gdzie zmierzasz, jestem gotowy na falę gniewu, radości, czy co zamierzasz mi zaserwować jako autor. Jednak był moment, kiedy wyciągnąłeś ten dywan pewności spod moich nóg – a było to podczas budowy windy orbitalnej przez kult (nawiasem mówiąc – tez miałbym te same zastrzeżenia, co Tsole, ale że to nie historia tego typu, moja niewiara je przełknęła). Opis zapomnienia o córce, delirium narkotykowego – o, tego się nie spodziewałem, to mogło być ciekawe. Niestety ów epizod kończysz szybko i znów wracasz na znane mi fragmenty.

Sporo też w tej opowieści szczęśliwych zbiegów okoliczności, łącznie z końcowym. O jeden za dużo jak na mój osobisty gust, ale nie na tyle, by burzyło to pozytywne odczucia co do opowiadania.

Podsumowując: to bardzo dobry koncert fajerwerków. Wiesz, co chcesz osiągnąć, wiesz jak i przesz do celu. Jednak przy pewnych technicznych aspektach – całościowej historii, dużej ilości przypadków, czy zastosowaniu takiego a nie innego podejścia narracyjnego do córki Hugo – nie osiąga tyle, ile by mógł.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka