- Opowiadanie: tsole - Muzyka Sfer Niebieskich

Muzyka Sfer Niebieskich

Opowiadanie SF opublikowane w zbiorku pod tym samym tytułem, wydanego przez wydawnictwo „W drodze”.

Uwaga: opowiadanie zawiera konfrontację nauki z mistycyzmem i jest strefą wolną od akcji!

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Muzyka Sfer Niebieskich

Rzeczywistość przestaje dziś mówić, przynajmniej my, ogłuszeni skutecznością naszych hipotez, teorii i równań, przestajemy słyszeć, co ona mówi.

S. Grygiel – „Przeciwko stechnologizowanej nauce”

 

 

Sala zawrzała. Patrzyłem na to widowisko z coraz większym niesmakiem. Robiło mi się niedobrze. Wstałem i zacząłem przesuwać się w kierunku wyjścia. Gonił mnie napastliwy głos Cunarda, któremu wtórowały okrzyki wszystkich niemal zebranych:

– Tak, drodzy państwo! Doktor Harvey nie jest głupcem! Wie, ile kosztowały badania związane z uzyskaniem i analizą przekazu. Wie też, co oznaczałby dla niego brak sukcesów w interpretacji! Odłóżmy jednak na bok emocje. Jesteśmy wszak fizykami! Tworzymy awangardę rozwijającej się cywilizacji…

 

***

Szedłem bulwarem, rozchlapując kałuże. Spokojny, do czasu mojej brutalnej interwencji, ich odwrócony świat znikał na moment w chaosie, po czym pojawiał się chybotliwy i niepewny, długo jeszcze w rytmicznych drgawkach przeżywając przygodę spotkania z butem.

Trochę gryzło mnie sumienie; w końcu zostawiłem Harveya na pastwę tych tam… Nie znałem go prawie, to fakt. Ale choćby przez wzgląd na to, co zrobił… Przecież oni gotowi go tam zlinczować! Banda cholernych głupców. Fizycy, psiakrew!

Moja rozterka osiągnęła maksimum. Stanąłem niezdecydowany: wrócić, czy nie? Po chwili ruszyłem dalej.

– Czy jakoś mogę mu pomóc? – rozumowałem. – Dwóch czy jeden przeciw takiej hałastrze? Żadna różnica.

W głębi duszy czułem jednak, że nie wszystko jest jak należy. Idąc, gorączkowo tworzyłem bardziej lub mniej sensowne usprawiedliwienia, aż w końcu do reszty skołatałem sumienie. Sam już nie wiedziałem: postąpiłem słusznie, czy też tylko przekonałem siebie, że tak?

„Rozum jest pierwszą instancją grzechu” – pomyślałem z goryczą. – „Każde wyrzuty sumienia umie omotać misterną siecią swych logicznych argumentacji”.

Nie wiedząc kiedy i jak, znalazłem się w mrocznym, chłodnym wnętrzu kościoła. Usiadłem w ostatnim rzędzie ławek bocznej nawy. Nade mną wynurzała się z mroku masywna sylwetka anioła zastygłego w trwającym wieki kamiennym spojrzeniu. Widok działał uspokajająco.

Pogrążyłem się w rozważaniach. Gdzieś za uchylonym oknem buszowały w topolach ptaki.

Niespodziewanie rozległy się ciche dźwięki organów. Muzyka rozprzestrzeniała się leniwie, muskając połyskujące lichtarze. Niskie tony rejestrów basowych, wibrując z godnością i majestatem, grzęzły z wolna w ścianach katedry. Ławka, na której siedziałem, oddawała mi je delikatnym drżeniem.

Rozkleiłem się na dobre. Myśli puszczone samopas biegły nie kończącą się sztafetą. Mądre i głupie. Trzeźwe i surrealistyczne. Trywialne i zawiłe. Jak zawsze, gdy pozwoli im się na swobodne harce.

Muzyka potężniała. Od jakiejś chwili poczułem się trochę nieswojo. Gorączkowo poszukiwałem powodu mej konsternacji, aż znalazłem: organista grał chorał a-moll Cezara Francka. Brzmiał on tu, teraz tak śmiesznie płasko, tak rozbrajająco infantylnie w porównaniu z TAMTYM… Czym prędzej wybiegłem z kościoła, żegnany zdumionymi spojrzeniami staruszek wyrwanych z modlitewnej zadumy.

Chciałem i nie chciałem go spotkać. Chociaż specjalnie wyszedłem boczną furtą w kierunku przyklasztornego ogrodu, to jednocześnie przemykałem chyłkiem wzdłuż alejek niby jakiś złodziej. Powietrze przesycone było buczeniem trzmieli i pszczół, gorliwie krzątających się wśród kwiatów. Żwir skrzypiał pod podeszwami. Odgłos ten wydał mi się naraz jakby szyderczy. Miewałem kiedyś w dzieciństwie takie stany, kiedy wszystkie otaczające mnie dźwięki i szmery uzyskiwały nagle przerażająco ironizujący koloryt. Ale nie zdarzyło mi się to już od dwudziestu co najmniej lat, toteż zwolniłem zdumiony. Odgłos pantofli był teraz złowieszczo ostrzegający. Przyśpieszyłem. Nabrał odcieni diabelskiego chichotu. Przemogłem gwałtownie szarżującą, paniczną chęć odwrotu.

Wtedy dostrzegłem go: stał zgarbiony, w tym swoim zawsze za długim, ciemnobrązowym habicie. W jednej ręce trzymał sekator, drugą ujmował delikatnie kwiat róży. Musiał chyba właśnie podejmować decyzję: ściąć ją, czy jeszcze poczekać; wnioskowałem tak z wyrazu jego twarzy. Malujące się na niej skupienie pozwalało przypuszczać, że od mającego zapaść werdyktu zależy los co najmniej Układu Słonecznego.

Obserwowałem go z zazdrością i rozbawieniem. Malutki, nieśmiały, zdawałoby się – zakompleksiony mniszek. A w rzeczywistości niepospolity umysł, który pociągał mnie trochę jak ładunek przeciwnego znaku – byłem koniec końców fizykiem – swoistą egzotyką rozumowania. Ale też – jak płomień świecy przyciąga ćmę. Płomień, w którym mogły spłonąć wszystkie moje wyobrażenia o błyskotliwych sukcesach, jakie odnosiłem na niwie nauki… Czy bodaj już nie zaczęły płonąć?

Dotknąłem delikatnie jego ramienia. Powoli obrócił głowę i spojrzał na mnie jak zwykle: bez zaskoczenia, bez uśmiechu, bez lęku.

– Jesteś wzburzony.

– Chyba już nie.

– Owszem, jesteś. Chodźmy. Opowiesz mi.

No proszę. Jakie to proste. Już idziemy po skrzypiących drewnianych schodach.

 

***

Pojawiły się nagle, z kierunków najmniej w danej chwili oczekiwanych. Kąśliwie uderzały w membrany uszu, odskakując z gwałtownością, by dać miejsce następnym… Zareagowałem na nie – jak chyba wszyscy – odruchem obronnym: ciało zesztywniało, ręce same podsunęły się wyżej, palce podpełzły w kierunku uszu. Agresja wypełniających przestrzeń fal akustycznych była nie do wytrzymania. Celowo nie używam określenia „dźwięki”; tu trudno już byłoby mówić o dysonansie, było nie było obłaskawionym w końcu przez dodekafonistów. Już czułem dotyk opuszków palców na małżowinach, gdy przypomniałem sobie ostatnie słowa Harveya nim zgasło światło:

– To, co usłyszycie, skłoni was do buntu. Niejeden z was odczuje przemożne pragnienie: wstać i wyjść. Jak najprędzej, byle dalej. Nie proszę o nic – poza odrobiną chęci. Zostańcie. Pozwólcie dźwiękom działać. Otwórzcie się na nie. Odrzućcie wszelkie ramy stereotypów, jakie przez wieki stworzyła nasza kultura. Inaczej będzie to dla was bełkot. Zestawienie przypadkowych a odrażających dźwięków. Bezład kosmicznego szumu.

Odsunąłem palce i zamknąłem oczy. Przenikliwy, wibrujący skowyt nacierał teraz z góry. Przysiągłbym, że ciągnie mnie za włosy ku niebu. Dźwięk rozdzielił się nagle, tworząc – nie wiem, skąd we mnie ta pewność – nad głową każdego słuchacza małe, akustyczne tornado. Od razu skojarzyło mi się to ze sceną zesłania Ducha Świętego na obrazie Gustawa Dore: nad głową każdego apostoła drgający płomyczek… Tu drgał nieregularnie modulowaną wibracją wizg, z przenikliwością promieni gamma docierający do najdalszych zakamarków mózgu.

Ostra końcówka wiszącego nade mną wiru skupiająca, niby akustyczna soczewka, całą energię, szalała pod kopułą czaszki jak hula wiatr w mieszkaniu o otwartych na przestrzał oknach. Nie mogłem tego znieść. Nie cierpię stomatologicznego świdra, lecz katusze, jakie przeżywałem u dentysty, były dziecinną wprost igraszką w porównaniu z tym… przeciągiem. Ale siedziałem jak sparaliżowany. Czy może zahipnotyzowany?

Muzyka zmieniła się. Potężne akordy-nie-akordy wypływały gdzieś z kątów pod sufitem, majestatycznie przemierzały przestrzeń nad naszymi głowami, by zginąć po przeciwległej stronie. Wtem dwa z nich ruszyły ku sobie. Szły wolno kursem na zderzenie. Skuliłem się odruchowo, oczekując eksplozji, lecz nic takiego nie zaszło. Fale przeniknęły się bezgłośnie i podążyły, każda w swoją stronę.

Solitony. Akustyczne solitony – pomyślałem z uznaniem.

Fal wciąż przybywało. Przychodziły z rozmaitych kierunków, przenikały się w najróżniejszych punktach sali, nadal nie czyniąc sobie wzajem krzywdy. Mimo tak znacznego ich zagęszczenia dźwięki nie zlewały się ze sobą. Mogłem swobodnie śledzić drogę dowolnie wybranej fali.

W jednej chwili doznałem wstrząsu: fale nagle jakby zrezygnowały ze swych cudownych „solitonowych” właściwości. Interferencja. Po kilku chwilach przestrzeń nade mną wypełniła rozedrgana, akustyczna powierzchnia oceanu. Przypomniałem sobie Debussy'ego i uśmiechnąłem się mimo woli. Jego Morze tak się miało do tej inscenizacji, jak mknąca przez ekran oscyloskopu wężowa błyskawica sinusoidy do obrazu spienionych grzywaczy na holograficznym filmie…

Sam nie wiem, kiedy i jak utraciłem wrażenie, że odbieram jedynie obraz dźwiękowy; jego doskonałość pozwalała widać niejako automatycznie generować bodźce wzrokowe. Ulegałem tej nawałnicy, otwierałem się na nią coraz gorętszym przyzwoleniem, jak kobieta żarliwie oddająca się partnerowi, mając pragnienie całkowitego zespolenia. Widziałem już ocean coraz bardziej wzburzony. Mnożyły się szczegóły. Obserwowałem kryształowe odpryski haftowanych fotonami kropelek chyżo przemierzających swe miniaturowe trajektorie i gasnących w dolinach fal, gdzie królowały ruchliwe mozaiki piany tworzącej w dynamicznych ewolucjach przemyślne, biało-żółte arabeski na tle spokojniejszej tutaj, zielonkawej powierzchni wody.

Morze jęło już osiągać szczyty swego szaleństwa, gdy uderzyła mnie rzecz jedna jeszcze: oto uświadomiłem sobie, że czuję słonawą, wilgotną woń morskiej wody…

Fale wznosiły się na niebotyczne wysokości, tracąc coraz częściej swój interferencyjny charakter. Ani się spostrzegłem, gdy morze nie przypominało już morza. Znalazłem się w lesie-nie-lesie. Bo zastygłe z fal (a właściwie ewoluujące jeszcze, lecz z ospałą powolnością) twory przypominały raczej lejkowate grzyby niż drzewa. Stałem zagubiony w gąszczu wznoszących się trąb, które zasłaniały mi niebo. Nie do końca jednak. Rychło zorientowałem się, że jest zmierzch. Przeczuwałem jak cudny musi być ciepłopomarańczowy zachód słońca; ze wszystkich sił zapragnąłem zobaczyć go. I zobaczyłem. Niespodzianie znalazłem się na zewnątrz grzybo-lejkowego lasu. Patrzyłem w niemym zachwycie to na seledynową kulę leniwie opadającą za pagórek, to na otaczające ją pomarańczowe zorze, to na niby-las, który miałem teraz z boku. Jasnobrązowe, wachlujące z lekka kapeluszami drzewa-grzyby-lejki należycie kontrastowały z ciemnobłękitnym już tłem nieba. Seledynowe słońce wkrótce zaszło, ustał wiatr, była typowa dla zmierzchu cisza. Na granatowiejącym coraz intensywniej niebie wykwitały jedna po drugiej iskierki gwiazd. Odprężyłem się. Leżałem zanurzony w trawie. Ziemia oddawała niebu zabrane podczas dnia ciepło. Przypomniałem sobie: była to ulubiona scena z zeszłorocznego urlopu. Nade wszystko lubiłem, obcując z Matką Ziemią, chłonąć widok gwiazd. Mimo że – byłem tego świadom nadal – cały obraz modelowany był jedynie przy użyciu dźwięków, wrażenie jego zupełności było doskonałe. Nie była to, rzecz jasna, dosłowna scena z urlopu. Nigdy przecież nie byłem w grzybo-lejkowym lesie. Nigdy nie obserwowałem seledynowego słońca. Ale czułem to samo, co wówczas.

Ogarnął mnie spokój. Chciwie wpatrywałem się w niebo. Pokazała się już Droga Mleczna. Poruszana lekkim zefirkiem trawa łaskotała mnie w policzek.

Wtedy zagrał las. Wydawało się niemożliwością, żeby w świecie stworzonym tylko z muzyki, gdzie obraz, zapach, dotyk malowane są dźwiękiem, mogła zabrzmieć autonomiczna muzyka. Ale ona brzmiała. Grały grzyby-lejki, które okazały się jednak trąbami! Monumentalna, wyrastająca z ziemi orkiestra, jakby pod batutą niewidzialnego dyrygenta grała równie monumentalną, ulatującą w otchłań rozgwieżdżonego nieba muzykę. Leżałem, czując ciepło ziemi, patrzyłem na roziskrzone niebo i słuchałem. Uniesienie sięgnęło szczytu. Ukojenie i niepokój, ufność i lęk egzystowały we mnie w niepojętej symbiozie. Groza bezkresnych głębin Wszechświata i macierzyńskie ciepło Ziemi zlały się w jedno. Dźwięki potężniały, splatając mnie z Ziemią i Kosmosem nićmi niewzruszonej harmonii. Jak przez mgłę uświadomiłem sobie, że las – monstrualne organy – gra chorał a-moll Cezara Francka. Ale to nie było ważne. Przestawałem być i byłem bardziej niż kiedykolwiek. Ja. Embrion w łonie Bytu.

– Dobrze mi tutaj – wyszeptałem bezwiednie.

Nagła błyskawica rozorała niebo. Wszystko znikło. Mrużąc oczy od intensywnego światła, spojrzałem na salę. Czułem ból i pustkę. Świat wracał chwiejnie, jak po szaleńczej, zakończonej upadkiem jeździe na karuzeli.

Wszyscy, jak ja, mrużyli oczy i rozglądali się dokoła. Zrazu było cicho, potem salę wypełnił szmer półszeptem prowadzonych rozmów. W trzecim rzędzie dwaj szpakowaci panowie pokazywali sobie coś rozbawieni; spojrzałem w tym kierunku: wygodnie rozparty siedział tam Lanckar, wybitny niegdyś fizyk. Zdawać by się mogło, że obserwuje z uwagą stół przewodniczącego. Dość jednak było zerknąć z boku, by zobaczyć to, czego nie przepuszczały mocno przydymione okulary: staruszek po prostu drzemał.

Przewodniczący zlustrował salę pobieżnym spojrzeniem, po czym odezwał się z wieloznacznym uśmieszkiem:

– Cóż, można by rzec, że odniósł pan sukces, doktorze Harvey! – Nikt nie opuścił sali.

– To jeszcze nie dowód sukcesu – poważnie odrzekł tamten, jakby nie dostrzegając ironii.

– O tym przekonamy się niebawem. Panie i panowie! – zastukał kilka razy ołówkiem w blat stołu, by uciszyć narastający gwar. Rozpoczynam dyskusję.

Podniosło się naraz kilkanaście rąk. Moja też była wśród nich. Przewodniczący rozłożył ręce w wymownym geście.

– A nie mówiłem, doktorze? Czeka nas masa roboty!

Głos zabrał Cunard z MIT. Nie znałem go bliżej, choć wpadła mi raz w ręce jego całkiem niezła publikacja, bodaj z optyki nieliniowej. Czarna marynarka z trudem opinała wydatny brzuch. Lewą ręką co chwila poprawiał nerwowo niesforny kosmyk siwych włosów.

– Zdumiony jestem, drodzy państwo. Jestem po prostu zdumiony. I to wszystko. Doktorze Harvey? Podobno jest pan fizykiem?

Z lewej strony rozległy się stłumione śmiechy. Cunard spojrzał tam z wyraźną aprobatą.

– Podobno jesteś pan fizykiem – powtórzył. – A prezentujesz nam tu jakieś takie – przerwał, wyraźnie szukając właściwego słowa – banialuki!

– Zanim usłyszeliśmy te kosmiczne zgrzyty – znów śmiech na sali – doktor Harvey przedstawił nam historię pozyskania przekazu i naukową – ostatnie słowa zaakcentował w sposób niebudzący wątpliwości – próbę jego interpretacji.

Spojrzałem na Harveya. Siedział tak spokojny, jak gdyby rzecz jego nie dotyczyła.

– Drodzy państwo! Powiem prosto. Nie wiem, o jaką interpretację chodzi, bo nie dostrzegam tu żadnego przekazu. Może nie jestem na tyle muzykalny – znów zaakcentował ostatnie słowo, wywołując gromki już śmiech całej sali – może więc nie jestem na tyle muzykalny, jak byłoby to potrzebne panu Harveyowi do zrozumienia tych poświstów. Może nie jestem godzien – walnął się kułakiem w pierś aż zadudniło – może powinienem był jednak wyjść. Grzeczność jednak, drodzy państwo – nic innego, a grzeczność, którą cenię sobie wysoko, nie pozwoliła mi odmówić prośbie naszego znamienitego kolegi!

Sala zanosiła się śmiechem.

– Ale do rzeczy. Jeśli to ma być przekaz – zagrzmiał – to gdzie są informacje? Gdzie są informacje, pytam? Gdzie wiadomości o sposobie kodowania, o użytym języku? Gdzie dane dotyczące układu planetarnego hipotetycznych nadawców, gdzie wiadomości o nich? O ich budowie, o naturze i strukturze chemicznej kodu genetycznego, gdzie przedstawiony choćby z grubsza model biogenezy, że już nie wspomnę o panujących stosunkach społecznych, modelach ustrojowych, o podstawowych parametrach cywilizacyjnych, takich jak rodzaj źródeł energii, system przetwarzania informacji, stopień samoorganizacji życia rozumnego?

– Miast próbować przełamać kod rzekomego przekazu, doktor Harvey karmi nas tutaj jakimiś piskami, usiłując wprzódy wyperswadować, że to właśnie jest przekaz właściwy, tylko może nie każdemu dane będzie go zrozumieć! Już pominę to, że w ten sposób dzieli nasz bohater ludzi na lepszych i gorszych. Już zapomnę, że celuje kulą w płot, podejmując, że się tak wyrażę – interpretację akustyczną; wiemy wszak, że muzyka semantycznych informacji nie jest zdolna przenieść. Powiem tylko jedno: doktor Harvey robi tak nie w nieświadomości. Ciśnie się pytanie na usta: czemu nie dokonał on, jako czynności pierwszej i podstawowej – analizy komputerowej „przekazu”? Czemu jej – miast tych rodzących ból w uszach kakofonii nam nie przedstawiono? Pozwólcie, że odpowiem sam na to zasadnicze skądinąd pytanie. Odpowiem, bo przypadkiem wiem, że analiza taka była jednak zrobiona. Ale doktor Harvey nie zaprezentował jej nam. Bo nie było czego prezentować! Prawdopodobieństwo, że w grę wchodzi przekaz – według wyników tej analizy – jest mniejsze, drodzy państwo, od jednego procenta!

Sala zawrzała. Patrzyłem na to widowisko z coraz większym niesmakiem. Robiło mi się niedobrze. Wstałem i zacząłem przesuwać się w kierunku wyjścia. Gonił mnie napastliwy głos Cunarda, któremu wtórowały okrzyki wszystkich niemal zebranych:

– Tak, drodzy państwo! Doktor Harvey nie jest głupcem! Wie, ile kosztowały badania związane z uzyskaniem i analizą przekazu. Wie też, co oznaczałby dla niego brak sukcesów w interpretacji! Odłóżmy jednak na bok emocje. Jesteśmy wszak fizykami! Tworzymy awangardę rozwijającej się cywilizacji…

 

***

Sięgnąłem po swój kieliszek. Wino braciszkowie mieli świetne. Czułem się lepiej, nawet znacznie lepiej, choć w niczym nie przypominało to zrzucenia ciężaru z serca. Ale gdzieś wewnątrz tliła się nadzieja, że znalazłem przewodnika.

– Do mnie z tym przyszedłeś – braciszek splótł ręce na kolanach. – Sądzisz, że TO dotarło tylko do ciebie? Poza Harveyem, rzecz jasna.

– Nie wiem. Sądzę, że każdy odebrał to inaczej. Harvey również.

– Ale jest pewien próg. Granica między bełkotem a sensem. Rozumiesz? Wyście z Harveyem ją przekroczyli. Cunard, a także chyba całe audytorium nie. Czy ty jesteś muzykalny?

– Bo ja wiem? Nieszczególnie. Owszem, interesuję się muzyką… trochę, chyba nie więcej niż inni w moim środowisku. Sam na przykład nigdy nie grałem i nie miałem na to ochoty…

– Źle zapytałem. Czy ty czujesz muzykę?

– Jak kiedy. Są takie dni, gdy odczuwam bardzo silne wzruszenie, słuchając… ostatnio na przykład było tak z Pavaną na śmierć Infantki. Ale na ogół…

– Na ogół to zależy od ciebie. Dokładniej, od tego, jaki opór stawiasz muzyce.

– Opór?

– Można to tak określić. Dzisiejsze zdarzenie to najlepszy przykład: istotny jest fakt, że się otworzyłeś. Usłuchałeś Harveya, mimo że naturalnym odruchem był opór. Przezwyciężyłeś go. Efekt był taki, że stopiłeś się z Sygnałem w Jedno…

Uniosłem brwi.

– Powiedziałeś: z sygnałem? Zatem uważasz, że to był przekaz. Ty tak uważasz?

– Nie, tego nie powiedziałem. Nie twierdzę też, że mamy do czynienia z czymś nienaturalnym. To dla was, naukowców sygnał musi się zaraz kojarzyć z czymś sztucznym. A przecież świat w każdym mgnieniu, w każdym calu wysyła do nas sygnały. By je dostrzec, trzeba się na nie otworzyć…

– Ależ rozumując tak, sprowadzamy rzecz do absurdu! Wszystko będzie sygnałem, więc równocześnie nic nim nie będzie! Sygnał wiąże się z przekazem informacji. Ma miejsce, gdy istnieje nadawca, adresat i kanał transmisji!

– Sztywny to język i koślawy, ale niech ci będzie. Obydwaj mamy rację. Cała Rzeczywistość jest Sygnałem. My jesteśmy Adresatem, On jest Nadawcą.

Milczałem. Gdzieś we mnie narastał jednak bunt buńczucznego przyrodnika. Braciszek jakby czytał w moich myślach.

– Och wy, fizycy! Wasza zarozumiałość doprawdy mnie rozbawia. Choć, jeśli się tak dokładnie przyjrzeć waszej działalności – jak to nazywacie? poznawczej? – ogarnia przerażenie. Przecież zachowujecie się jak złodzieje! Zamykając Rzeczywistość i jej różnorodne byty do klatki równań, teorii, cech statystycznych, okradacie je z istoty w nich tkwiącej! Traktujecie je instrumentalnie. Bez drżenia, czy choćby cienia zachwytu, za to z beznamiętnością mikroskopu i komputera zbliżacie się do nich, obdzieracie je z ich Tajemnicy, pozbawiacie znaczenia, sensu… Dla większości z was są to jedynie rzeczy, do których podchodzić z szacunkiem może jedynie wariat lub w ostateczności dziwak.

Patrzyłem nań zaskoczony. Nigdy nie widziałem braciszka tak ożywionego. Czułem, że dotknęliśmy tematu, który jakoś szczególnie go bolał. Tymczasem zakonnik kontynuował:

– Ot, całe wasze bóstwo: cywilizacja naukowo-techniczna. Badanie świata ograniczone jedynie do mierzenia rozciągłości i ruchu. Do tego przecież sprowadza się wasze myślenie! Nie do tego, by wniknąć w istotę rzeczy, wejść w przestrzeń jej Tajemnicy; wszak tylko Nią dotknięci odczuwamy sens Bytu. Ale do tego, by określić ich położenie i pęd! Jakby te cechy właśnie stanowiły o istocie rzeczy! Jakby to one określały ich sens!

– Powtarzam ci – świat mówi do nas każdym swym calem i momentem. Lecz trudno z waszych pozycji usłyszeć to wołanie. Trudno zrozumieć jego mowę, gdy chce się go posiadać! Nie prowadzi się dialogu z niewolnikiem!

Odstawiłem kieliszek.

– Wydaje mi się, że patrzysz zbyt jednostronnie – postanowiłem bronić swej profesji. – Przecież nie można odmówić naukom przyrodniczym pewnych sukcesów w opisie świata. Że już nie wspomnę o korzyściach, jakie z tego czerpała i czerpie ludzkość…

– O korzyściach lepiej nie mówmy. Zwłaszcza ty. Bo to chyba twoi koledzy po fachu pomogli zawiesić nad światem atomowy topór? A może sądzisz, że dzięki postępowi nauk fizykalnych ludzkość stała się lepsza?

Milczałem.

– Zaś co do opisu świata… cóż. Mówisz, że macie sukcesy. Nie mnie o nich wyrokować. Ale… – podniósł się i nachylił szyjkę butelki nad moim kieliszkiem w pytającym geście. Skinąłem głową. – Mówiłeś przed chwilą, że lubisz patrzeć w niebo – kontynuował, ze skupieniem patrząc jak rubinowy płyn wypełnia naczynia. – Znasz tajniki astrofizyki… powiedz zatem, czy to skład chemiczny materii międzygwiazdowej, czy typy widmowe gwiazd, czy też może ich lokacja na diagramie Hertzsprunga-Russella wywołują u ciebie – gdy tak obcujesz z niebem leżąc w trawie – owo wrażenie, które wzbudza w tobie lęk i jednocześnie tak pociąga? Powiedz: co ci mówi więcej o istocie Wszechświata: astrofizyka z kosmochemią i kosmologią razem wzięte, czy też owa niezapomniana chwila sam na sam z rozgwieżdżonym niebem?

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Bąknąłem więc coś o subiektywizmie doznań. Braciszek uśmiechnął się.

– Tak? Więc zauważ jeszcze to: słońce w twojej wizji było seledynowe, a zorze – pomarańczowe. Jakoś nie zauważyłeś tej jaskrawej skądinąd sprzeczności! A jeśli nawet – wcale cię nie zaintrygowała. Tobie, fizykowi mającemu świat wyjaśniać w sposób naukowy, tam i wtedy podobne sprzeczności – bo było ich więcej – nie przeszkadzały!

Pokręciłem głową. Nadal pełen byłem wątpliwości. Ścisły umysł domagał się konkretów, wyartykułowanych w klarownych modelach. Układy równań dają odpowiedzi, których jednoznaczność nie pozwala na interpretacyjne akrobacje. Może jednak Cunard ma rację? Gdyby nie arkana ścisłej metodologii, iluż szarlatanów uprawiałoby wodolejstwo? I tak ich nie brakuje… Z drugiej strony… przecież otwarłem się na eksperyment Harveya! I coś jednak zobaczyłem, czegoś doznałem. To też chyba jakaś informacja; choć nikomu nie mogę tego…

– Nie przekonałem cię – głos mnicha przerwał moje medytacje. – Dobrze, spróbujmy inaczej. Siedzisz w ogrodzie, wąchasz różę. Wokół pracują pszczoły. Z oddali dochodzi łoskot fal rozbijających się o skaliste nadbrzeże. Udziela ci się kojący nastrój tego miejsca. Jest ci dobrze. Dobrze, bo spokojnie. Bo nie musisz nigdzie pędzić. Bo nie ucieknie ci samolot. Nie zamkną sklepów. Nie pogoni szef. Czy do tego stanu, w którym jest ci tak dobrze, nieodzowny jest skład chemiczny substancji aromatycznych róży? równania opisujące trajektorię lotu pszczół? analiza fourierowska łoskotu fal morskich?

– To, co mówisz jest takie piękne i wzniosłe. Ale popatrz na życie. Nawet w tak sielskich warunkach nie doznasz spokoju, o który kruszysz kopie, mając pusty żołądek. Dlaczego pozostajesz ślepy na osiągnięcia, czy choćby ambicje nauk przyrodniczych w tym względzie? Choćby to wino, choćby ten sekator, którym ścinasz swoje róże – też zawdzięczasz je w sposób pośredni przyrodnikom…

– Och, nie twierdzę, że jesteście trutniami! Nauki przyrodnicze są niezbędne zarówno do poprawy doczesnej doli człowieka jak też w procesie poznania świata. Lecz w obu tych miejscach winny być partnerem – nie hegemonem.

– Marzy ci się rewolucja w paradygmatyce nauk ścisłych – rzuciłem sarkastycznie.

– Wcale nie – zaprzeczył spokojnie. – Marzy mi się odrobina pokory. Odrobina – pewnie zabrzmi to banalnie – dobrej woli. Przecież przyroda nieustannie wychylona jest ku wam w proszącym geście. Czeka na wasze przyzwolenie. Na pełne otwarcie. Choćby takie, jak twoje dziś. Pamiętasz? Pozwoliłeś, żeby istota rzeczy, zjawiska, które obserwowaliście tam wszyscy, działała na ciebie. Ci, którzy nie pozwolili, słyszeli jedynie piski i zgrzyty. Ty przeżyłeś zachwyt. Ekstazę. Sacrum. Przeżyłeś to, więc powinieneś rozumieć, że dopiero w takich chwilach odsłania się istota rzeczy. Nie w równaniach. Nie w ilościowej analizie cech fizycznych. Możecie znać położenie i pęd wszystkich cząstek Wszechświata i nic nie wiedzieć o jego istocie. Ta bowiem odkrywa się w pełnym miłości i zachwytu spojrzeniu. Nauka oderwana od zachwytu i miłości nie jest poznaniem. Uczony pozbawiony takiego podejścia nie jest badaczem, lecz hieną cmentarną wydzierającą sprofanowanym bytom erzac ich istoty. Jego mowa o przyrodzie jest bełkotem. I odwrotnie: właściwa istota rzeczy przedstawia się jemu jako bełkot. Przypomnij sobie, co mówił Cunard o przekazie: kosmiczne zgrzyty, rodzące ból w uszach kakofonie. A czyż z kolei cała jego mowa – w świetle tego, co ty przeżyłeś – nie jest li tylko bełkotem?

– Masz rację – odparłem zamyślony. – Gdzieś pękły proporcje.

Przez chwilę milczeliśmy. Zapaliłbym, ale jakoś nie umiałem odkryć tej mojej słabostki przed braciszkiem.

– Wróćmy jeszcze do dzisiejszego eksperymentu – odezwałem się znowu. – Z tego, co powiedziałeś wnioskuję, że nie sądzisz, aby TO było sztuczne. Naprawdę myślisz, że to była tylko „muzyka niebieskich sfer” a nie kontakt? Zatem Cunard miał rację?

Braciszek uśmiechnął się znowu. Gdybym go nie znał tak dobrze, dopowiedziałbym: z wyższością.

– Cunard nie miał racji niezależnie od tego, czy to był kontakt, czy nie. Nie można mieć racji, gdy się nic nie powiedziało. A o istocie zjawiska, które obserwowaliście nie powiedział on nic. Ty je nie tylko obserwowałeś, ale również przeżyłeś. Jego istota odsłoniła się przed tobą. Powinieneś zatem czuć, że sprawa jego naturalności, czy też sztuczności nie ma z tą istotą żadnego związku. Przemówił do ciebie Bóg. I nie ma w tym właściwie nic nadzwyczajnego, bo przemawia On do nas codziennie przez istotę wszystkich bytów Wszechświata. Także przez człowieka, czy inne – o ile istnieją – byty rozumne. Nie mogę wiedzieć, o jaki byt chodziło w waszym przypadku. Możliwe, że szło o kontakt. Rasa, która ten hipotetyczny przekaz wysłała, umiała bez wątpienia zharmonizować proces poznania świata. Nie poszła ślepą uliczką technicyzacji. Możliwe zresztą, że w swej ewolucji przeszła przez etap, na którym się znajdujemy: etap egzaltacji formalizmem i przyczynowością. Etap hegemonii masy i energii. Jeśliby tak było – dawałoby to nadzieję, że i ludzkość nie jest bez szans.

– Na zrozumienie przekazu?

– Och nie, ten przyszedł za wcześnie i pojmą go jedynie jednostki. Na zejście z drogi konfliktu z przyrodą. Na pojednanie się z nią. Na dostrzeżenie przyjaźnie wyciągniętej ku nam dłoni Boga, w którego imieniu przemawia Wszechświat.

– Możliwe jednak, że to nie był kontakt – uparcie wracałem do tematu, który mnie, ścisłowca jakoś szczególnie przyciągał.

– Tylko – jak to ująłeś? – muzyka sfer niebieskich? Tak. Również wtedy pozostają w mocy moje ostatnie spostrzeżenia. Tyle, że mniej jest otuchy: kroczymy szlakiem niezbadanym… albo tak nam się tylko wydaje. Wasze „monochromatyczne” spojrzenie na przyrodę każe dokonywać karkołomnych prób wyjaśnienia zagadki Silentium Universi. Buńczuczna pewność, że cywilizacje MUSZĄ brnąć w bagno technologizacji poznania i życia skłania was do szukania rozwiązań nawet skrajnie absurdalnych, zakładających na przykład unikatowość życia we Wszechświecie, albo z kolei jakiś kosmiczny pankatastrofizm… Dlaczego? Bo nie widać śladów działalności astroinżynieryjnej! Byle tylko uniknąć tej prostej, pięknej i genialnej, choć dla wielu twych kolegów zapewne przerażającej możliwości symbiozy z przyrodą. Bo i po co, skoro można dokonywać na niej gwałtów, podbojów, a czynić to jeszcze nierzadko w imię rzekomych biblijnych nakazów…

– Twarda jest twa mowa, bracie…

Braciszek uśmiechnął się po raz kolejny. Znów chciał mi dolać wina, ale odmówiłem. Milczeliśmy długą chwilę. Patrzył na mnie wyczekująco. Tymczasem jego słowa zapadały w moją świadomość powoli, jak wzburzony osad na dnie szklanki. Zaczynałem rozumieć a raczej przeczuwać, czego oczekuje. Wstałem.

– Mam tam iść, prawda? Mam wrócić?

Wstał także. Patrzył na mnie tym swoim cholernie łagodnym spojrzeniem i milczał. Opuszkami palców bezwiednie muskał brzeg kieliszka. Czy na pewno bezwiednie?

Z przedłużającej się ciszy wyłoniły się dźwięki muzyki dochodzące zza ściany. Adagio z IX Symfonii Brucknera[1]? Nie byłem pewny.

– Mam wrócić? – powtórzyłem. Uśmiechnął się.

– Przecież słyszałeś – powiedział cicho.

Otworzyłem usta, chcąc coś powiedzieć ale zrezygnowałem. Kiwnąłem tylko głową i ruszyłem do wyjścia. Przy drzwiach obróciłem się, by dodać:

– A wino macie pyszne.

 

***

Szedłem raźno żwirową alejką. Niebo w międzyczasie spochmurniało. „Znów będzie padać” – pomyślałem.

Żwir skrzypiał pod podeszwami. Odgłos ten niepostrzeżenie zaczął nabierać kształtów. Śledziłem motywy rozwijające się z zalążka tematu w znajomą melodię. Bach? Tak, Contrapunctus XIII w interpretacji Glenna Goulda! Z rozkoszą zanurzałem się w kolejne takty genialnej fugi, której piękno melodii i matematyczna nieskazitelność formy osiągnęły szczyt symbiozy. W trosce o zachowanie rytmu pilnowałem, aby nie przyspieszyć ani nie zwolnić kroku. Gdzieś na początku drugiego głosu obok matowych dźwięków fortepianu pojawiło się charakterystyczne mruczenie – Glenn Gould swoim zwyczajem podśpiewywał graną melodię.

A może mi się tylko tak wydawało? Może to była tylko moja zadyszka? Przecież, jak na moją fizyczną kondycję, szedłem trochę za szybko.

 

________________________________________

 

[1] IX Symfonia Brucknera – epickie dzieło będące summą przemyśleń kompozytora na temat Boga, życia i śmierci.

Koniec

Komentarze

Cóż, nie bardzo wiem co napisać, bo historie w których nauka splata się z religią i jeszcze jest okraszona filozofią, leżą całkowicie poza moimi zainteresowaniami. Jednak z racji tego, że opowiadanie jest napisane bardzo porządnie, czytało się całkiem gładko, tylko jakoś tak bez zaciekawienia.

 

za­kła­da­ją­cych np. uni­ka­to­wość życia we Wszech­świe­cie… –> …za­kła­da­ją­cych na przykład uni­ka­to­wość życia we Wszech­świe­cie

Nie używamy skrótów, zwłaszcza w dialogach.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki Reg! Czy tak drastycznie mała liczba uwag łapankowych to efekt Twojego wakacyjnego znużenia? :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Nie, Tsole. Jak wspomniałam czytało się dobrze. A Regulatorzy nie maja wakacji, więc i znużenia wakacyjnego nie doznają. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No to chyba androidy som ci Regulatorzy :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Nie, nie som. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czyli że:

Czucie i wiara silniej mówi do mnie

Niż mędrca szkiełko i oko. ;)

Zamiast matematycznych formułek dostajemy język uczuć, którego nie da się interpretować przy pomocy nauki, trzeba po prostu poczuć. Interesujący problem, przypuszczam, że w rzeczywistości skończyłoby się to dokładnie tak, jak w Twojej wizji. Choć niekoniecznie dlatego, że naukowca są zamknięci na to, co nienaukowe. Po prostu czegoś innego oczekujemy, a człowiek generalnie ma tendencję do niezauważanie tego, czego się nie spodziewa.

Ciekawy problem, interesująco pokazany, choć wątek religijny trochę – moim zdaniem – zaciemnia przekaz (oczywiście pod warunkiem, że poprawnie zrozumiałam to, co chciałeś powiedzieć).

Jakoś mi się to Twoje opko z “Kontaktem” Sagana skojarzyło. :)

Irka, wiem, że nie lubisz mieszaniny science/religion, dlatego tym bardziej jestem wdzięczny za trud przeczytania i skomentowania tego nużącego opowiadania. Najbardziej ucieszyło mnie ostatnie zdanie, bo po lekturze Sagana też miałem takie skojarzenie (opko jest z 1983 roku, a “Kontakt” czytałem w latach dziewięćdziesiątych). Rzeczywiście jest pewne podobieństwo w przesłaniu Muzyki Sfer Niebieskich i Kontaktu, zwłaszcza jego końcówki:

Oto, co wyłoniło się z głębin transcendentalnej liczby, z gąszczu rozpierzchłych cyferek, z tajemnicy, którą usiłowała rozwikłać. Okrąg – doskonały, spokojny, wiekuisty okrąg wypisany jedynkami wśród zer.

Wszechświat jest celowy – mówił on – i gdziekolwiek się znajdziesz, w obcej galaktyce, gwieździe czy na Ziemi, zawsze z obwodu koła podzielonego przez średnicę powstanie cud – koło następne, wyłonione z głębin odległych o kilometry ułamka dziesiętnego. Więc jeśli chcesz pójść w tę głębię – znajdziesz coraz wyraźniejszą Wiadomość. Jest ona wszędzie, zawarta w każdej rzeczy i dla każdego, komu dano życie, dostępna. Nie trzeba po nią wędrować w inne światy – wystarczy rozejrzeć się wokół siebie. Lub zajrzeć w głąb własnej duszy. To mały, prawie niewidoczny Podpis Autora, którym wszystko, co istnieje, jest opatrzone. To Mądrość, która poprzedziła wszechświat i z której wszystko powstało – ludzie, demony, gospodarze i Budowniczowie Tunelu – to okrąg, który się zamyka.

Różnica w tym, że u Sagana Wiadomośc zawarta jest w liczbie pi, u mnie – w muzyce.

 

I jeszcze jedno. Piszesz

Zamiast matematycznych formułek dostajemy język uczuć, którego nie da się interpretować przy pomocy nauki, trzeba po prostu poczuć.

Właściwie nie tyle poczuć, co nie zamykać się. Tak to ujął braciszek:

A przecież świat w każdym mgnieniu, w każdym calu wysyła do nas sygnały. By je dostrzec, trzeba się na nie otworzyć…

Nauka oderwana od zachwytu i miłości nie jest poznaniem. Uczony pozbawiony takiego podejścia nie jest badaczem, lecz hieną cmentarną wydzierającą sprofanowanym bytom erzac ich istoty

Jak zapewne zauważyłaś, inspiracją był artykuł Stanisława Grygiela – „Przeciwko stechnologizowanej nauce”. Autora niepokoiło zjawisko redukowania nauki do aspektów technologicznych, kosztem poznawczych.

Raz jeszcze dziękuję za zainteresowanie i pozdrawiam!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Ja akurat lubię takie klimaty, więc opowiadanie, mimo braku akcji, przypadło mi do gustu i przeczytałam z zainteresowaniem. 

Taaak, uważam, że muzyka ma wielką moc. Od razu przypomniałam sobie o częstotliwościach solfeżowych. Nigdy dostatecznie nie zgłębiłam tego tematu, ale miałam okazję na własnej skórze poczuć coś, niestety niedobrego. Znajomy włączył fragment bardzo niepokojącego utworu. Brzmiał on jak nie z tego świata. Wybacz wyrażenie, ale to było popieprzone. Nie dałam rady wysłuchać całości, prosiłam o wyłącznie, gdyż czułam wzrastający niepokój. 

Ten sam znajomy był świadkiem przemiany swojego kolegi pod wpływem tejże muzyki, i nie była to pozytywna przemiana.

Przemyślenia na temat symbiozy nauki i duchowości pozostawiam umysłom większym. Ale, tak mi się wydaje, że te dwa elementy współgrają ze sobą, a człowiek, zamykając się, nie będzie w stanie wszystkiego dostrzec. Może i dobrze, lepiej nie bawić się w Boga.

Dziękuję Saro za wizytę i komentarz. Masz rację co do oddziaływania muzyki na psychikę człowieka. Może być to oddziaływanie destruktywne (jak podajesz w przykładach), może być konstruktywne (jak w moim opowiadaniu). Przypominam sobie zdarzenie (znam je z opowiadań) na koncercie grupy SBB jeszcze w latach 70. w trakcie gry siadł prąd i lider Józef Skrzek zemdlał (jeśli kto zna Józka to wie, że grając, stapia się on z muzyką całkowicie).

tak mi się wydaje, że te dwa elementy współgrają ze sobą, a człowiek, zamykając się, nie będzie w stanie wszystkiego dostrzec.

Czy współgrają? U jednych tak, u innych nie. Z pewnością jednak powinny współgrać.

Może i dobrze, lepiej nie bawić się w Boga.

Trochę przesadzasz. Zharmonizowanie metod poznania z pewnością daje szansę na lepsze zrozumienie rzeczywistości, miejsca i roli człowieka we wszechświecie, ale nie jest to zabawa w Boga. W końcu powiedziano “czyńcie sobie ziemię poddaną” :)

Dziękuję za klika i pozdrawiam!

P.S. A ten bardzo niepokojący utwór, to z jakiego gatunku muzyki był?

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Cytat – piękny i od nie tak dawna się o tym powszechnie mówi:)

Uh, Tsole. Jak mam skomentować, co napisać? Sama nie wiem. Zacznę najprościej – jestem funką Goulda, od momentu kiedy go po raz pierwszy usłyszałam. Fragmenty muzyczne, o których wspominasz zapiszę i przesłucham.

O opowiadaniu, trudne, być może, ale porusza najważniejsze sprawy. Człowieka i jego kosmos.

Podobało mi się bardzo! Udało Ci się opisać przeżycie. Jestem pod wrażeniem, w mniejszym stopniu słów (może to i dobrze), lecz treści.

 

Aby nie było, dwie rzeczy zazgrzytały mi:

‚otwierałem się na nią coraz gorętszym przyzwoleniem, jak kobieta żarliwie oddająca się partnerowi

kurcze, sarkam, nie może być jak kochanek, zawsze ta kobieta. I to nie jest poprawność, lecz uznanie rzeczywistości.

‚wiemy wszak, że muzyka semantycznych informacji nie jest zdolna przenieść.

tu z kolei zwątpiłam, jak fizyk, któremu przyklaskują może tak powiedzieć, przecież to nieprawda?

 

Dziwię się, że jeszcze nie jest w bibliotece. Tu nie ma akcji – to prawda, lecz potężny dylemat (nawet kilka pomniejszych też:)), mogący mieć lub nie związek z religią, to nie ma dla mnie znaczenia.

Zgłaszam i do biblio i piórka. 

pzd srd :), a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, bardzo Ci dziękuję, rozradowany, że Ci się podobało. To opowiadanie jest dla mnie bardzo ważne z kilku powodów.

Przede wszystkim z tego, że, jak to ładnie ujęłaś – “Udało Ci się opisać przeżycie.” Rzeczywiście, “tak bardzo się starałem” i nieskromnie powiem, że się udało. Żeby było skromniej: udało mi się go napisać tak, jak sobie zaplanowałem.

Po drugie – opko zawiera spory ładunek intelektualny (i był to zamysł celowy), co oznacza, że nie jest adresowane do szerokiego kręgu odbiorcy tylko do grona, które ceni sobie takie nużące dysputy bardziej iż brawurowe akcje i (tu aluzja do NWM) “koncerty fajerwerków :).

Po trzecie, mam związane z nim dobre wspomnienia:

– pierwsze – mój przyjaciel po lekturze powiedział, że gdy już zostanę sławnym pisarzem, w moim dossier pojawi się zdanie “jego kariera rozpoczęła się od opowiadania ‘Muzyka Sfer Niebieskich’ ” – oczywiście to był taki ekscentryczny, żartobliwy (ale miły) komplement :)

– drugie wspomnienie wiąże się z ks. prof. Michałem Hellerem, wybitnym polskim kosmologiem, który zechciał opowiadanie przeczytać (nawet dwukrotnie) i wydać bardzo pochlebną opinię.

 

Teraz o zgrzytach.

Pierwszy podzielam w zupełności, aczkolwiek dziś to może być uznane za seksizm, ale w latach 80. XX w. takich trendów nie było. Lecz masz rację, ten chwyt odstaje od charakteru całego opisu tego “spektaklu”.

Z drugim zgrzytem zgadzam się mniej. Zależy co się rozumie przez semantykę. W ujęciu ogólnym jest to koncepcja filozoficzno-socjologiczna dotycząca języka, a język jest tu rozumiany jako mowa. Mamy zatem składnię, gramatykę etc, – coś, czego nie ma w muzyce. Poza tym mówi to gość, który pozostał całkowicie głuchy na przekaz, dla niego był to bełkot.

Dziwię się, że jeszcze nie jest w bibliotece.

Rzeczywiście, zainteresowanie tym opowiadaniem jest mizerniutkie. Powodów jest chyba kilka. Po pierwsze kanikuła, po drugie konkurs, wreszcie po trzecie część bywalców mogła się zniechęcić zasygnalizowanym w przedmowie ostrzeżeniem :)

Dziękuję także za klika i zgłoszenie. Serdecznie pozdrawiam!

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Co do pierwszego – jasne, to był zupełnie inny kontekst, ale musiałam naznaczyć go współczesnością. 

Odnośnie drugiego – kurcze dla mnie muzyka to słowa, przekaz, aczkolwiek może nie być zrozumiany – tu zgoda:). Jednak z kolei ma swoje linijki, reguły, strukturę itd itp., więc kiedy w ten sposób to uzasadniasz to się burzę;) Z trzeciej strony może być nie usłyszany i można iść w zaparte – to zawsze dostępna, podręczna opcja. Podsumowując – ok.

 

Masz rację konkurs trwa i kanikuła takoż, również ja mierzę się z kolejnymi opkami, a Ty?

Fun nie jest wbrew pozorom łatwy, a śmiech przecież taki zdrowy:), w życiu łatwiejszy niż w opowiadaniu, podobnie zresztą jak seks. Taki delikatny, finezyjny, prawdziwej sztuki wymaga.

Domyśliłam się Hellera:) Podrzucę Ci kolejną książkę, w której się zakochałam – tym razem o ptakach „Rzecz o ptakach” N.Strycker.

:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

kurcze dla mnie muzyka to słowa, przekaz

No właśnie tu mamy rozbieżność. Jeśli semantyka to dział językoznawstwa zajmujący się znaczeniem słów, to muzyka słów nie używa (mam na myśli muzykę stricte instrumentalną) – chyba że w sensie metaforycznym. Natomiast dla mnie także muzyka jest przekazem, informacją. Ma – jak piszesz – swoje reguły i strukturę, która w dużej mierze jest matematyzowalna. To nie podlega dyskusji. Można tę informację transponować na inne języki, np. graficzny – czytałem w młodości takie opowiadanie SF, gdzie ekspedycja Ziemian napotyka na odległej planecie rasę rozumną z rozwiniętą cywilizacją, lecz jakoś trudno im znaleźć nić porozumienia. Wreszcie jeden z naukowców wpada na pomysł, by zaprezentować im fugę Bacha w sposób graficzny (każda nutka ma przyporządkowaną figurę geometryczną o konkretnym kolorze i intensywności odpowiadającej głośności). Pokaz wzbudza entuzjazm tubylców i owa nić porozumienia zostaje nawiązana.

Dzięki za kolejną propozycję książkową. Za poprzednią jestem Ci bardzo wdzięczny, wiele się dowiedziałem a czytało się znakomicie.

Serdeczności!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Może i dobrze, lepiej nie bawić się w Boga.

Trochę przesadzasz. Zharmonizowanie metod poznania z pewnością daje szansę na lepsze zrozumienie rzeczywistości, miejsca i roli człowieka we wszechświecie, ale nie jest to zabawa w Boga. W końcu powiedziano “czyńcie sobie ziemię poddaną” :)

Ok, tylko tak myślę, że kiedy otwierasz się na dobro, otwierasz się także na zło. I człowiek świadomy, potrafi się temu złu oprzeć, jeśli jednak nie wierzy się w istnienie bytów człowiekowi nieprzyjaznych, one mogą niepostrzeżenie wkraść się nie tam, gdzie powinny. Ale to temat rzeka, z pewnością można na ten temat pisać i pisać…

 

P.S. A ten bardzo niepokojący utwór, to z jakiego gatunku muzyki był?

Ciężko stwierdzić. To do niczego nie było podobne. 

jeśli jednak nie wierzy się w istnienie bytów człowiekowi nieprzyjaznych, one mogą niepostrzeżenie wkraść się nie tam, gdzie powinny

A propos taka ciekawostka: w 1996 roku synod Kościoła anglikańskiego zdecydowaną większością głosów przegłosował, że po śmierci nie ma piekła, zaś duszę zatwardziałego grzesznika czeka nie potępienie, lecz anihiliacja – czyli unicestwienie. W ten sposób po raz pierwszy w historii jeden z Kościołów chrześcijańskich zerwał z podstawową prawdą wiary – o nieśmiertelności duszy. Głośne było też oświadczenie jednego z uczestników owego synodu, ks. Iana Stubbsa z Manchesteru, który oświadczył wprost, że nie wierzy w ogóle w życie po śmierci. Zaś generał jezuitów, o. Arturo Abascal  stwierdził, że szatan nie istnieje, że to tylko „konstrukt myślowy mający symbolizować zło”.

Czyli co? hulaj dusza, piekła nie ma? :)

Inna sprawa, że złu w ontologii nie przypisuje się statusu bytu tylko zjawy. Ładnie i przekonująco o tym pisał ks. prof. Tischner np. w artykule “Zło w dialogu kuszenia”.

To do niczego nie było podobne

Chodziło mi o to, czy to wywodziło sie z muzyki “poważnej” , czy raczej popularnej.

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Chodziło mi o to, czy to wywodziło sie z muzyki “poważnej” , czy raczej popularnej.

Bliżej temu czemuś było do muzyki popularnej.

Dobre. Dla większości Czytelników hermetyczne. Ale ode mnie klik. Pozdr.

Dzięki Rybaku za odwiedziny, wpis i link. Wpis co prawda bardzo lakoniczny jak na Ciebie ale rozumiem, że są wakacje :) Natomiast co do hermetyczności… ja tu niedługo, ale zdążyłem zauważyć, że to poezja jest dla miejscowego mainstreamu hermetyczna! A tu proza aż do znudzenia :)

 

edit: klik, nie link :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

NWM, dzięki za klika; chciałbym jeszcze podziękować za komentarz :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Komentarz będzie, jak doczłapię się do domu, do komputera. Na razie klik in blanco :-)

 

**************************************************************

Wróciłem i mogę pisać.

Ten tekst dwoma fragmentami stoi, choć muszę też powiedzieć, że wstęp z wyjściem z wykładu jest naprawdę dobrym zarzuceniem haczyka. Mnie zainteresował.

Pierwszy to opis otrzymanego przekazu. Niezwykle plastyczny, żywy, przekazujący jasno treść. Bardzo fajnie się go czyta, łatwo zapamiętuje. Definitywnie na plus.

Drugi fragment to, a jakże, dyskusja z mnichem. O ile treść jest ciekawa, o tyle mam tę samą uwagę co zawsze – znowu czuję się jak na wykładzie, pouczany przez autora odnośnie prawd. I choć ja się nawet z tymi wnioskami zgadzam, to sposób przekazania – bezpośredni wręcz do czytelnika, bo postacie są tu ledwo zarysowane – nie czyni go tak ciekawym. Ponieważ cały tekst przywodzi mi na myśl opowiadanie Starucha "Czas milczenia i czas mówienia" (brak akcji, przemyślenia, dialogi dwóch postaci), to chętnie odesłałbym Ciebie tam. Może coś ciekawego spostrzeżesz, co się przyda. A może to tylko gadanie takiego jednego NoWhereMana i nie ma co nim się przejmować ;)

Tak więc koncert fajerwerków na plus, choć ma swoje słabsze strony. 

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Przeczytałam już jakiś czas temu, niestety, nie bardzo mogłam ani klikać, ani komentować. Tak czy inaczej opowiadanie bardzo mi się spodobało. I zaraz biegnę nominować je do piórka… 

Bo… bo wolę dysputy od brawurowych akcji, bo poruszasz kwestie, które zawsze są na czasie, bo robisz to w bardzo umiejętny i poruszający sposób… Brawo :)

NWM: Bardzo dziękuję za komentarz, po którym czuję się usatysfakcjonowany, przede wszystkim dlatego, że jest zdystansowany i zawiera elementy krytyczne – lecz jest to krytyka ze wszech miar konstruktywna. Przyznam, że gdybym miał napisać komentarz do tego opka, wyglądałby podobnie: demonstracja przekazu spektakularna, dialog z mnichem nużący, jego uczestnicy wręcz anonimowi (to zresztą zabieg celowy, mający skoncentrować uwagę czytelnika na treści owego dialogu), epilog dający do myślenia. Dziękuję także za odesłanie do Starucha, z chęcią przeczytam, tym bardziej, że jak dotąd nie zaliczyłem żadnego z Jego tekstów (wstyd) :)

 

katia72: Bardzo mi Ciebie brakowało pod tym opowiadaniem; tym bardziej cieszę się, że wreszcie jesteś :) Dziękuję za nominację i dobre słowo, które po raz kolejny pokazuje, że mamy jakąś wspólnotę ducha :) Cieszy mnie też, że uważasz iż kwestie, które poruszam zawsze są na czasie. To opowiadanie powstało w 1983 roku pod wpływem artykułu, z którego pochodzi motto. I rzeczywiście, dziś problem ten jest chyba jeszcze bardziej widoczny, a doszedł jeszcze problem ekologicznych następstw technologii.

Serdeczności!

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

smileysmileysmiley

Nowa Fantastyka