- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Zemsta Widara. Wysłannicy ministerstwa

Zemsta Widara. Wysłannicy ministerstwa

In­spi­ra­cja tek­stu znaj­du­je się tutaj:

https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/22828

 

Jeśli drugi Ano­nim uważa, że tak łatwo po­zbyć się boga, który prze­ży­je Ra­gnarök, jest w błę­dzie. Tak nie­do­ce­nić Wi­da­ra, to znie­wa­ga, która krwi wy­ma­ga.

 

 

Widary po kolei:

1. Zemsta Widara

2. Zemsta wiadra

3. Inspiracja: Ostateczne rozwiązanie...

4. Zemsta Widara. Wysłannicy ministerstwa

5.  Zemsta Widara. Sto lat później

 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Zemsta Widara. Wysłannicy ministerstwa

Gdzieś w Biesz­cza­dach

Ko­bie­tę sły­szał już z od­le­gło­ści stu me­trów i z iry­ta­cją za­sta­na­wiał się, dla­cze­go wszyst­kie baby, które znaj­dą się w za­się­gu jego słu­chu, muszą dys­po­no­wać wy­so­ki­mi pi­skli­wy­mi gło­sa­mi.

Łup, łup, łup, ktoś za­ło­mo­tał do drzwi jego chaty. Widar naj­chęt­niej zi­gno­ro­wał­by na­trę­tów, ale z do­świad­cze­nia wie­dział, że nie prze­sta­ną się tłuc, do­pó­ki ich nie wpu­ści.

– W-wejść! – za­wo­łał.

Wy­so­ki, szpa­ko­wa­ty męż­czy­zna i drob­na ko­bie­ta w szpil­kach prze­kro­czy­li próg do­mo­stwa. Widar spoj­rzał z nie­do­wie­rze­niem. Szpil­ki?! W gó­rach!

– Wie­dzim Vi­kan­der i wiedź­ma Ma­dzen­ta, z po­le­ce­nia Mi­ni­ster­stwa Magii, Re­li­gii i In­nych Spraw Nad­przy­ro­dzo­nych.

Aro­gan­cja w gło­sie męż­czy­zny nie­znacz­nie pod­nio­sła Wi­da­ro­wi ci­śnie­nie. Jed­no­cze­śnie słowo wie­dzim jakoś nie­przy­jem­nie za­zgrzy­ta­ło mu w uchu. Nie pa­so­wa­ło do li­ścia­sto­sze­lesz­czą­ce­go ję­zy­ka, brzmia­ło, jakby ktoś prze­je­chał pa­znok­ciem po szkle. Aż się wzdry­gnął.

– W-wie­dzim – po­wtó­rzył z od­ra­zą.

– No tak, nazwę, która sama się na­su­wa, blo­ku­ją nam prawa au­tor­skie. Wła­śnie ru­szył pro­ces – od­po­wie­dział au­to­ma­tycz­nie Vi­kan­der.

Zaraz jed­nak po­my­ślał, że nie po­wi­nien się tłu­ma­czyć byle ją­ka­le. Chrząk­nął nie­za­do­wo­lo­ny.

– O m-mi­ni­ster­stwie też p-pierw­sze sły­szę – dodał bóg.

– No, wiesz, stary, jak w Har­rym Pot­te­rze, wszyst­ko tajne, ob­ja­wia­my się tylko każ­de­mu no­we­mu pre­mie­ro­wi – wy­ja­śni­ła ko­bie­ta i za­nio­sła się pi­skli­wym chi­cho­tem.

Ci­śnie­nie Wi­da­ra znowu pod­sko­czy­ło, czuł coraz więk­szy do­pływ ad­re­na­li­ny, ale in­for­ma­cje przy­nie­sio­ne przez po­słań­ców były tak ab­sur­dal­ne, że wciąż nie po­tra­fił się po­rząd­nie wku­rzyć.

– Mi­ni­ster­stwo jest nie­za­do­wo­lo­ne z pań­skiej akcji uci­sza­nia ludzi. De­cy­zją mi­ni­ster­stwa pań­ska bez­praw­na ope­ra­cja zo­sta­je prze­rwa­na w try­bie na­tych­mia­sto­wym, a pan ze­sła­ny do Wor­ku­ty – pe­ro­ro­wał przy­bysz.

– Sło­wem masz prze­chla­pa­ne, stary. Ale to i tak le­piej niż wal­ki­rie, bo one idą do pia­chu – za­pisz­cza­ła z ucie­chą Ma­dzen­ta.

Widar wbił zdu­mio­ne spoj­rze­nie w dwój­kę śmier­tel­ni­ków. Z jego cia­łem dzia­ło się coś dziw­ne­go, acz przy­jem­ne­go, drżał, a jed­no­cze­śnie miał wra­że­nie, że jest lekki jak mo­ty­lek. Po­czuł, że musi wziąć głę­bo­ki od­dech, zro­bił to i… Nagle wbuch­nął grom­kim śmie­chem. Śmiał się po raz pierw­szy w swym ponad ty­siąc­let­nim życiu. A kiedy za­czął, nie po­tra­fił prze­stać. Re­cho­tał, kwi­czał, chi­cho­tał, rżał, po twa­rzy pły­nę­ły mu łzy, po­smar­kał się, walił pię­ścia­mi w pod­ło­kiet­ni­ki fo­te­la, na któ­rym sie­dział. Roz­bo­lał go brzuch (choć był to ból przy­jem­ny), więc zgiął się wpół. My­ślał, że zaraz pęk­nie, spadł z sie­dze­nia i tur­lał się po pod­ło­dze. Wciąż nie do końca ro­zu­miał, co się z nim dzie­je.

Oko­licz­na przy­ro­da, nie­przy­zwy­cza­jo­na do ta­kich eks­ce­sów, za­mar­ła w zdu­mie­niu. Za­cie­ka­wio­ne ja­skół­ki i kosy pod­la­ty­wa­ły do okna, żeby zo­ba­czyć, co się dzie­je, zbu­dzo­na sowa po­hu­ki­wa­ła w takt wi­da­ro­we­go re­cho­tu, wiatr wtó­ro­wał jej gwiż­dżąc w da­chów­kach, do­łą­czył do nich dzik, ryt­micz­nie po­chrzą­ku­jąc. Ptaki na chwi­lę za­mil­kły, wsłu­chu­jąc się w tę me­lo­dię, a potem do­łą­czy­ły do chóru.

Wie­dzim i wiedź­ma lekko zdu­mie­ni przy­glą­da­li się ta­rza­ją­ce­mu po pod­ło­dze bó­stwu. Zwy­kle ich po­ja­wie­nie się po­wo­do­wa­ło u de­li­kwen­tów wy­buch pa­ni­ki, łzy żalu i skru­chy oraz bła­ga­nia o li­tość. Ale coś ta­kie­go?! Niby łzy były, ale ra­czej nie z roz­pa­czy. Znie­sma­czo­na Ma­dzen­ta po­sta­no­wi­ła za­koń­czyć tę szop­kę i wy­słać bó­stwo do nieco zmro­żo­ne­go świę­te­go gaju w Wor­ku­cie. Już otwie­ra­ła usta, by wy­po­wie­dzieć za­klę­cie, gdy Widar – nie prze­sta­jąc chi­cho­tać – mach­nął ręką i Ma­dzen­ta po­czu­ła, że ma skle­jo­ne usta. Dla wiecz­nie na­wi­ja­ją­cej ko­bie­ty była to tor­tu­ra nie do znie­sie­nia. Vi­kan­der prze­zor­nie mil­czał. Ro­zu­miał, że coś jest mocno nie tak i roz­wa­żał ar­cy­waż­ną kwe­stię: czy Au­ra­dio­ne go pod­pu­ści­ła, czy też sama miała nie­peł­ne in­for­ma­cje.

Widar uspo­ko­ił się do­pie­ro, gdy do­pa­dła go czkaw­ka. Otarł ostat­nie łzy z oczu, wy­dmu­chał nos i za­siadł na po­wrót w fo­te­lu. Czuł się cu­dow­nie, jak nigdy dotąd. Lekki, szczę­śli­wy i pewny sie­bie.

– To co wam, hip, o mnie, hip, po­wie­dzie­li? – za­py­tał, wal­cząc z czkaw­ką.

Ma­dzen­ta bar­dzo chcia­ła się ode­zwać, ale wciąż miała za­pie­czę­to­wa­ne usta.

– Bóg ciszy. Stwo­rzy­li go i ka­za­li mu mil­czeć – za­cy­to­wał nie­pew­nie Vi­kan­der, ry­su­jąc w po­wie­trzu cu­dzy­słów.

– Ze­msty – sko­ry­go­wał spo­koj­nie Widar.

Oczy wiedź­my roz­sze­rzy­ły się ze stra­chu.

– O, kurwa – szep­nął na­boż­nie Vi­kan­der.

– Ale wie­cie co, pójdę do­bro­wol­nie na wy­gna­nie, jeśli uda wam się po­za­bi­jać wal­ki­rie.

– Ależ nie ma ta­kiej po­trze­by. Za­pew­ne na­stą­pi­ła jakaś po­mył­ka. No, ro­zu­mie pan, ta cho­ler­na biu­ro­kra­cja – Vi­kan­der po­wo­li wy­co­fy­wał się w stro­nę drzwi. – Ma­dzen­to, moja droga, wy­cho­dzi­my – za­wo­łał do ko­bie­ty, która stała jak słup soli.

Widar pod­niósł się z fo­te­la i pod­szedł do niego.

– Na­le­gam. Prze­cież nie mogę po­zwo­lić, żeby prze­ło­że­ni was uka­ra­li – po­wie­dział z na­ci­skiem, tro­chę zdzi­wio­ny wła­sną elo­kwen­cją.

Zła­pał wie­dzi­ma za ramię, ob­ró­cił i kop­nia­kiem wy­słał w po­dróż, na skró­ty przez inny wy­miar. To samo spo­tka­ło Ma­dzen­tę.

 

Wal­hal­la

Wia­do­mość od Wi­da­ra do­tar­ła do­słow­nie uła­mek se­kun­dy przed urzę­da­sa­mi. Gudr wła­śnie ją od­czy­ty­wa­ła, gdy wrota sali bie­siad­nej roz­war­ły się gwał­tow­nie i dwój­ka ludzi wśli­zgnę­ła się na tył­kach do środ­ka. Wy­ha­mo­wa­li przed wal­ki­rią.

– Uwa­ga­aa! – ryk­nę­ła Gudr, prze­krzy­ku­jąc ha­ła­su­ją­cych wo­jow­ni­ków. – Tych dwoje przy­by­ło, by nas zabić!

Na sali za­pa­no­wa­ła cisza.

„Kurwa, była mowa o wal­ki­riach w bieli, a nie o pie­przo­nych wi­kin­gach” – po­my­ślał Vi­kan­der, gra­mo­ląc się z pod­ło­gi.

Bro­da­ci męż­czyź­ni zbli­ża­li się do niego z mie­cza­mi w dło­niach. Wie­dział, że ma prze­sra­ne, ale po­sta­no­wił, że drogo sprze­da swoje życie. Chwy­cił le­żą­cy na stole rożen i strzą­snął z niego ostat­nie­go kur­cza­ka. Oręż ten nie nada­wał się do ni­cze­go in­ne­go poza pun­ta­mi, sta­nął więc w posta breve, gar­dzie su­ge­ro­wa­nej przez mi­strza Fiore i cze­kał. Wi­kin­go­wie ru­szy­li z wrza­skiem. Vi­kan­der wbił szpi­ku­lec w brzuch pierw­sze­go, zdą­żył go nawet wyjąć, ale nic wię­cej zdzia­łać nie zdo­łał, bo rzu­co­ny przez jed­ne­go z wo­jow­ni­ków topór wbił mu się w czasz­kę. Wi­kin­go­wie wró­ci­li do picia, tro­chę za­wie­dze­ni, że już po wszyst­kim. Tylko wła­ści­ciel to­po­ra przez chwi­lę szar­pał za trzo­nek, pró­bu­jąc wy­do­być broń.

– Twar­dy miał łeb, skur­czy­byk – skwi­to­wał, gdy mu się wresz­cie udało.

– A co z nią? – za­py­ta­ła Hlokk, wska­zu­jąc na Ma­dzen­tę.

Wiedź­ma sie­dzia­ła na pod­ło­dze, zbyt cia­sna spód­nicz­ka pod­je­cha­ła jej do góry, od­sła­nia­jąc maj­tecz­ki w kro­pecz­ki. Pa­trzy­ła ze zgro­zą i łzami w oczach na mar­twe­go Vi­kan­de­ra.

– Do­brze by było do­wie­dzieć się, o co wła­ści­wie cho­dzi – za­uwa­ży­ła Gudr.

– No – zgo­dzi­ła się Olrun. – Gadaj! – ryk­nę­ła na więź­nia.

Do­pie­ro po dłuż­szej chwi­li, gdy Ma­dzen­ta stra­ci­ła już sporo wło­sów, wal­ki­rie zo­rien­to­wa­ły się, że ko­bie­ta ma za­pie­czę­to­wa­ne usta. Zdję­ły czar.

– Iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii! – roz­dar­ła się pi­skli­wie Ma­dzen­ta.

Ni­cze­go, poza wi­bru­ją­cym wrza­skiem, nie udało się z niej wy­cią­gnąć. W końcu zmę­czo­ne wo­jow­nicz­ki, ode­sła­ły ją do domu.

Kiedy ja­zgo­czą­ce bab­sko zni­kło, wal­ki­rie po­de­szły do Vi­kan­de­ra, któ­raś kop­nę­ła go w bok. Wie­dzim jęk­nął, pod­niósł się do po­zy­cji sie­dzą­cej i ro­zej­rzał zdu­mio­ny.

– To ja nie umar­łem? – za­py­tał, ma­ca­jąc się po gło­wie. Rany nie było.

– Hmm, wła­ści­wie to tak, ale pa­dłeś w walce, więc… Witaj w Wal­hal­li – od­par­ła Olrun.

Vi­kan­der wes­tchnął i po­my­ślał, że w grun­cie rze­czy nie jest źle. Mógł tra­fić go­rzej, na przy­kład do chrze­ści­jań­skie­go pie­kła.

– Hlokk ma naj­mniej ludzi, więc bę­dziesz w jej dru­ży­nie – za­rzą­dzi­ła Gudr.

– Po­tra­fisz chyba zro­bić komuś z dupy je­sień śre­dnio­wie­cza? – za­kpi­ła nowa sze­fo­wa wie­dzi­ma.

 

War­sza­wa

Te­le­fon na biur­ku Au­ra­dio­ne roz­dzwo­nił się wście­kle.

– Tak – rzu­ci­ła bez­tro­sko do słu­chaw­ki.

Twarz po­sęp­nia­ła jej z każ­dym sło­wem roz­mów­cy, zmarsz­czy­ła brwi i klęła cicho.

– No do­brze – po­wie­dzia­ła na ko­niec. – Przy­pro­wadź­cie ją tu. Tylko sprawdźcie, czy nie ma broni i za­łóż­cie jej jakąś ma­gicz­ną blo­ka­dę. Ma cał­kiem spore umie­jęt­no­ści, szcze­gól­nie, gdy się wku­rzy – roz­ka­za­ła i roz­łą­czy­ła się.

Kilka minut póź­niej dwóch ro­słych ochro­nia­rzy wpro­wa­dzi­ło do ga­bi­ne­tu Ma­dzen­tę. Wiedź­ma wy­glą­da­ła okrop­nie: ktoś wy­rwał jej kilka gar­ści wło­sów, miała śliwę pod okiem, po­szar­pa­ne i brud­ne ciu­chy i zła­ma­ny obcas.

– Ty suko! Ty pie­przo­na dziw­ko! Za­bi­łaś go! – wrzesz­cza­ła, usi­łu­jąc się wy­rwać straż­ni­kom.

Au­ra­dio­ne po­de­szła do barku, wy­ję­ła bu­tel­kę pio­łu­nów­ki, się­gnę­ła po kie­li­szek, za­wa­ha­ła się i wzię­ła szklan­kę do whi­sky.

– Masz, pij. – Po­da­ła Ma­dzen­cie al­ko­hol.

Ochro­niarz uwol­nił rękę wiedź­my, a ta po­rwa­ła szklan­kę i wy­pi­ła dusz­kiem za­war­tość. Skrzy­wi­ła się, za­kasz­la­ła i wy­cią­gnę­ła na­czy­nie po do­lew­kę.

– Po­sadź­cie ją – na­ka­za­ła Au­ra­dio­ne, gdy Ma­dzen­ta wy­żło­pa­ła trze­cie­go drin­ka – i mo­że­cie iść.

– Ale… – pró­bo­wał pro­te­sto­wać ochro­niarz.

– Po­ra­dzę sobie. – Zbyła go mach­nię­ciem ręki.

Al­ko­hol po­dzia­łał, za­miast się wku­rzać, wiedź­ma be­cza­ła.

– Za­bi­łaś go, a ja go ko-chlip-cha­łam – łkała.

– Po­słu­chaj, zle­ce­nie przy­szło z samej cho­ler­nej góry, od ludz­kie­go pre­mie­ra, który po­pro­sił na­sze­go mi­ni­stra o pomoc. Do­sta­łam na biur­ko tecz­kę spra­wy i prze­ka­za­łam wam wszyst­ko, co w niej było.

– Nie spraw­dzi­łaś, a wiesz, że mi­ni­ster to debil – mruk­nę­ła ża­ło­śnie Ma­dzen­ta.

– Ano nie spraw­dzi­łam, mój błąd. Ale do głowy mi nie przy­szło, że ten idio­ta wpa­ku­je nas w takie gówno – przy­zna­ła za­wsty­dzo­na Au­ra­dio­ne. – Szko­da chło­pa, fajny był – do­da­ła.

Przez chwi­le obie mil­cza­ły.

– Co się teraz sta­nie? – spy­ta­ła wiedź­ma.

– Bę­dzie­my zwle­kać, aż wszyst­ko przy­schnie i zo­sta­nie za­po­mnia­ne. Wy­glą­da na to, że za cien­cy je­ste­śmy, żeby coś zro­bić – od­par­ła Au­ra­dio­ne i wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – A cie­bie trze­ba do­pro­wa­dzić do po­rząd­ku. Potem pój­dzie­my się napić, za­fun­du­je­my sobie słod­kie drin­ki z pa­ra­sol­ka­mi – do­da­ła.

Trzy go­dzi­ny póź­niej obie ko­bie­ty opu­ści­ły mi­ni­ster­stwo, do naj­lep­szej w sto­li­cy knajp­ki miały za­le­d­wie trzy­sta me­trów i po­sta­no­wi­ły zre­zy­gno­wać z auta. Ma­dzen­ta nie­źle się pre­zen­to­wa­ła w no­wych ciu­chach, za­ku­pio­nych na koszt mi­ni­ster­stwa. Si­nia­ka i ubyt­ki w owło­sie­niu za­ma­sko­wa­ła cza­rem. Nie uszły nawet stu kro­ków, gdy na po­bli­skim przy­stan­ku au­to­bu­so­wym za­czę­ła się jakaś awan­tu­ra. Zi­ry­to­wa­na sta­rusz­ka wy­gra­ża­ła laską mło­dzień­co­wi, który zbyt gło­śno słu­chał mu­zy­ki me­ta­lo­wej, a dzie­ciak kpił z niej w naj­lep­sze. Bab­cia kla­pnęła w końcu na ła­wecz­kę i – nim ktoś zdą­żył się zo­rien­to­wać, co robi – chyżo zdję­ła but, ci­snę­ła nim w chło­pa­ka i nieco nie­pew­nie wy­skrze­cza­ła:

– Cicho, kurwa.

– O, nie – wy­stę­ka­ła Ma­dzen­ta.

W tej samej chwi­li niebo po­ciem­nia­ło, ufor­mo­wa­ło się na nim nie­wiel­kie tor­na­do, które ru­szy­ło w stro­nę przy­stan­ku. Na miej­scu zmie­ni­ło się w gro­ma­dę fa­ce­tów w ro­ga­tych heł­mach pod do­wódz­twem wal­ki­rii. Smart­fon chło­pa­ka wy­lą­do­wał na bruku i roz­sy­pał się w drob­ny mak, dzie­ciak ję­cząc, usi­ło­wał się za­sło­nić przed ra­za­mi pła­zem mie­cza, a bab­cia za­śmie­wa­ła się z satysfakcją.

Jeden z wo­jow­ni­ków wy­róż­niał się bra­kiem brody.

– O żeż, kurwa. To Vi­kan­der – wy­szep­ta­ła Au­ra­dio­ne.

Wie­dzim też je do­strzegł, uśmiech­nął się głup­ko­wa­to i roz­ło­żył ręce. Ta pan­to­mi­ma nie uszła uwagi Hlokk. Wal­ki­ria od­wró­ci­ła się, zlu­stro­wa­ła je wzro­kiem i naj­wy­raź­niej roz­po­zna­ła Ma­dzen­tę, bo ru­szy­ła w ich kie­run­ku z ob­na­żo­nym mie­czem w dłoni. Ko­bie­ty nie były cie­ka­we, co ma im do po­wie­dze­nia. Rzu­ci­ły się do pa­nicz­nej uciecz­ki, prze­kli­na­jąc w my­ślach idio­tę, który wy­my­ślił szpil­ki. Gonił je mści­wy śmiech wal­ki­rii.

Koniec

Komentarze

“mściwy śmiech walkirii” najlepszy w tym odcinku ;)

Anonimie, z przyjemnością i rozbawieniem przeczytałam kolejny odcinek serialu i niecierpliwie  czekam na następny. Mam nadzieję, że pojawi się niebawem ;D

 

ob­ja­wia­my się tylko każ­de­mu no­we­mu pra­mie­ro­wi… –> Literówka.

 

Ma­dzen­ta po­czu­ła, że na skle­jo­ne usta. –> Literówka.

 

-No – zgo­dzi­ła się Olrun. –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Tylko sprawdz­cie, czy nie ma broni… –> Literówka.

 

– Masz, pij – po­da­ła Ma­dzen­cie al­ko­hol. –> – Masz, pij.Po­da­ła Ma­dzen­cie al­ko­hol.

 

Bab­cia kla­pła w końcu na ła­wecz­kę… –> Bab­cia kla­pnęła w końcu na ła­wecz­kę

Drakaino, Anonim dziękuje. A wysoki piskiliwy głos Ci się podobał? ;D

 

Reg, Anonim melduje, że babolki poprawione. Z następnym odcinkiem trochę się wstrzyma, bo ma wrażenie, że czytelnicy czują już przesyt Widarem. No, chyba że ktoś znów Anonima sprowokuje. ;)

Ufam, Anonimie, że prowokator się objawi. ;)

No to się działo. Wydaje mi się, że akcji starczyło by na pełnowymiarowe opowiadanie, a to znaczy że czytało się świetnie. Uśmiech też był. Zapieczętowanie Madzenty, zmartwychwstanie Vikandera, no babcia krzycząca “cicho, kurwa”.

Podrażniona ambicja zawsze wzmaga moce twórcze, ja tam czekam na jeszcze.

Fizyku, lejesz miód na serce Anonima. :)

Podrażniona ambicja zawsze wzmaga moce twórcze

Coś w tym, kurcze, jest. ;)

O, znowu mi się Widar podobał. Dobrze zrobił tej jędzy, Vikander też dostał to, na co zasłużył. Jeszcze temu ministrowi bym dokopała. Jakoś nie lubię idiotów w polityce, tam są wyjątkowo szkodliwi.

Anonim cieszy się, że znowu się podoba. :)

Ministrowi też się dostało, ale to już inna historia. ;)

Nowa Fantastyka