- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - O skutkach zbyt gwałtownej medytacji

O skutkach zbyt gwałtownej medytacji

Korzystając z okazji, jaką daje mi przedmowa, polecam wszystkim teksty tego użytkownika.

(wyjaśnienie w drugim komentarzu)

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

O skutkach zbyt gwałtownej medytacji

Marzena mnie zostawi. Znów mówiła mi, żebym był bardziej spontaniczny. Szkoda tylko, że nie da się zaplanować bycia bardziej spontanicznym… Czasem mam wrażenie, że nie pasuję do współczesnego świata. Społeczeństwo wymaga od nas ciągłego gnania do przodu, niepowstrzymanego cwału w stronę szczęścia. A kto tylko zwolni lub choćby się zawaha, wypada z obiegu. Ale ja lubię się zatrzymywać, by głęboko odetchnąć. Czuję wtedy dreszcz ekscytacji. Jak powolny buntownik. Żółw wśród gepardów.

Postanowiłem w końcu spróbować medytacji. Sama idea, że zasadniczo nic nie robienie może być takie korzystne dla zdrowia i samopoczucia wydawała mi się warta zbadania. Przyznam, że trochę odstręczało mnie metafizyczne tło wielu kursów, pełne czakr, aur i innych zenów. A może po prostu szukałem wymówek, bo nie chciało mi się ćwiczyć pozycji kwiatu lotosu. Od samych prób bolały mnie nogi.

Znalazłem w internecie jakiś kurs, wyglądał zachęcająco. Wystarczy siedzieć na krześle i się rozluźnić. Żadnych ezoterycznych wygibasów. A potem zamknąć oczy i starać się, by myśli nie wpadały w koleiny. Sensowne, może przestanę żyć jak na autopilocie. Następnie należy zrobić tak zwany skan ciała. Począwszy od czubka głowy aż do stóp analizować kolejne fragmenty swojej anatomii. Ta zabawa ma za zadanie pomóc skupić się na tu i teraz. Prościzna.

Zatem do dzieła. Na początek niech będzie dziesięć minut. Nakręciłem minutnik. Rozsiadłem się na krześle. Zamknąłem oczy.

Oczywiście im bardziej próbowałem się rozluźnić, tym bardziej się spinałem. Prawie jak z tym białym niedźwiedziem. Czytałem kiedyś o takim paradoksie. Gdy postanowisz nie myśleć o białym niedźwiedziu, tym częściej twój umysł nawiedza wizja polarnego misia. Bo z jakiegoś dziwacznego powodu świat wewnętrzny musi działać na odwrót niż świat zew…

Przyłapałem się na mentalnej dygresji. A miałem przecież robić skan ciała. Minutnik cykał. Zatem…

Czubek głowy. Zupełnie zwyczajny, nie wyróżnia się pewnie wśród siedmiu miliardów innych czubków głowy na tej wesołej planecie. Schodzimy niżej.

Czoło. Też nic nadzwyczajnego. Choć teraz, gdy zwróciłem na nie uwagę, zaczęło mnie swędzieć. Ale nie mogłem się podrapać, bo przecież miałem być rozluźniony. Nie ma lekko. Lecimy na dół.

Nos. Trochę za duży, zawsze miałem na punkcie gnoja kompleksy. Marzena mówi, że przesadzam, że jest zupełnie w porządku. Skanujemy dalej.

Szyja. Naprawdę nie wiem, co ciekawego mogę pomyśleć na temat swojej szyi. Może, gdybym był żyrafą…

Ręce. Rozluźnione. Dłonie trzymałem na kolanach.

Brzuch. Trochę burczał z głodu. Powinienem wyskoczyć coś zjeść. Umówiłem się dzisiaj z Marzeną na kolację. Tylko, czy to będzie wystarczająco spontaniczne? Chyba po prostu najwyższa pora spojrzeć prawdzie w oczy. Nie pasujemy do siebie. Mamy zupełnie niedograne temperamenty. Ale… No tak. Skan.

Plecy. Chyba trochę zgarbione, ale przecież miałem się rozluźnić. Niżej.

Ogon. Całkiem sprawny, porusza się swobodnie…

Jaki ogon?! Musiało mi się zdawać. Minutnik nadal wesoło cykał, wtórowało mu moje szybko bijące serce. Czułem to. Jakaś narośl wyrastająca z końca pleców. Za bardzo bałem się otworzyć oczy. Machałem tym czymś we wszystkie strony, smagałem podłogę i krzesło. A przecież byłem pewien, że kiedy zamykałem powieki, ludzie nie mieli jeszcze ogonów.

Spanikowany nie wiedziałem, co robić. Zatem skanowałem dalej…

Nogi, a raczej ich brak. Nie czułem nóg, tylko jakieś galaretowate coś, mogłem poruszać tą mazią. I choć nadal lękałem się spojrzeć, trudno było stłumić pozostałe zmysły. Słyszałem dziwaczny chlupot, gdy próbowałem poruszać substytutem odnóży. Czułem ból, gdy mój nowo nabyty ogon uderzał o panele.

Ale przecież w połowie było dobrze… Czyżbym stał się chimerą? Centaurem? Pół-człowiekiem pół-niewiadomoczym? A może z górą też już było nie tak? Skanowałem wyżej.

Plecy. Nadal zgarbione, ale tym razem dodatkowo czułem na nich jakieś jakby przyssawki odchodzące do…

Macki.

Trąba.

Czułki.

Nie mogłem już dłużej wytrzymać. Przełknąłem ślinę i z bijącym sercem otworzyłem oczy. Pora się obudzić.

 

***

 

Było ich z tuzin. Wyglądały jak… połączenie lovecraftowskich potworów z hefalumpami. Tańczyły z zamkniętymi oczami, wymachując na wszystkie strony mackami. Zwijając i odwijając trąbę w jakimś cudacznym transie. Maszkary trzepotały uszami, jakby próbowały na nich latać jak ten Dumbo z kreskówki.

A najgorsze, że ja byłem jednym z nich. Nie musiałem nawet patrzeć w lustro, żeby się upewnić. Nawet nie wiedziałem, czy w tym nieznanym świecie wynaleźli lustra.

Gdy otworzyłem oczy ujrzałem przed sobą tańczące na ślepo słoniotwory. Tak je roboczo nazwałem. Znajdowaliśmy się wewnątrz fioletowego namiotu. Przy wyjściu stała tabliczka z napisem w nieznanym języku. Tekst przypominał hieroglify lub może bardziej emotikony. Patrzyłem tępym wzrokiem na wiadomość, łudząc się, że coś z niej zrozumiem i dowiem się, gdzie jestem. Ale skąd miałbym znać język słoniotworów?

Po jakimś czasie naszło mnie olśnienie.

„Kurs gwałtownej medytacji” – oznajmiał napis na tabliczce.

Jakbym miał w głowie malutkiego tłumacza, który cichym głosikiem wyjaśniał zawiłości słoniotworowego języka.

Potwory wokół nadal tańcowały w najlepsze, czy też raczej „gwałtownie medytowały”. Spanikowany wybiegłem z namiotu.

A raczej wybiegłbym, gdybym sprawniej poruszał maziowatymi przyssawkami.

Zatem powoli i niezbyt zgrabnie przyczłapałem na zewnątrz namiotu. Byle dalej od tego szaleństwa. Nigdy nie spodziewałem się, że medytacja może otworzyć wrota do nieznanego świata. A może to tylko jakiś psychodeliczny sen? Lub narkotyczny koszmar?

Najpierw ujrzałem obce niebo poplamione fioletowymi wstęgami. Zakręciło mi się w głowie. Następnie zobaczyłem jakieś zanurzone w różowej mgiełce miasto. Zamieszkane przez słoniopodobne potwory. Niektóre szły po chodniku. Jakieś pomniejsze słoniotworki wrzucały kamyki do fontanny. Ktoś był zajęty malowaniem płotu. Ale wszystko to działo się jakby w zwolnionym tempie. Nikomu się nie spieszyło. Od razu poczułem jakąś nutkę sympatii do tych stworzeń.

– Zu zami temi tru la – powiedziała nieznajoma. Nie wiem, czy to kształt uszu, czy wielkość trąby, ale od razu rozszyfrowałem, że mam przed sobą samicę.

Przez chwilę wpatrywałem się tępo w słoniotworkę, dopóki nie dobiegły mnie słowa wewnętrznego tłumacza: „Już skończyłeś z tymi durnotami, kochanie?”.

– Kochanie? – spytałem w biegłej słoniotworszczyźnie.

– Ależ, Zux, co w tym dziwnego, że żona nazywa męża kochaniem? – spytała nieznajoma, z którą najwidoczniej musiałem wziąć ślub…

– Gdzie ja właściwie jestem… kochanie?

– Mówiłam ci, że od tej całej bzdurnej gwałtownej medytacji gnije mózg. Znalazłeś tam chociaż to, czego szukałeś?

– A czego tam szukałem? – spytałem. Tłumaczenie miało wyraźnie opóźnienie, z czego robiłem dość długie pauzy przed wypowiedzią. Tyle, że tu wszyscy mówili wolno. Wolno malowali płot. I wolno wrzucali kamyki do fontanny. Co za cudowne miejsce.

Żona skrzywiła trąbę i spojrzała na mnie, nie ukrywając zdziwienia.

– Już nie pamiętasz? Cały czas mi ględziłeś, jak bardzo brakuje ci w życiu szaleństwa, spontaniczności, prędkości. Jak to niby nasze społeczeństwo wymaga flegmatyzmu, ślimaczenia się, powolnego truchtu w stronę szczęścia. I jak ta cudowna gwałtowna medytacja pomoże ci się wygłośnić. Jak to musisz się wyszumieć, wyhałasować, wyrwać z kajdan ślamazarności. Pewnie chcesz tam wrócić. Tańczyć jak szalony.

Spojrzałem na wejście do namiotu, skąd dochodził hałas antymedytujących. Zdecydowanie nie chciałem tam wrócić.

– Nie. Tu jest lepiej. Tak powoli.

Nie miałem pojęcia, co robić. Niby mógłbym spróbować wytłumaczyć, że nie jestem tym, za kogo mnie ma. Że jestem jakimś obcym z innego wymiaru. Ale nawet nie wiedziałem, jak tutaj traktuje się obcych z innych wymiarów. Może słoniotwory to społeczeństwo ksenofobów, którzy palą kosmitów z alternatywnych rzeczywistości na stosach. I przy tym bardzo powoli nasłuchują, jak skwierczy ogień.

– Poważnie? – zdziwiła się moja ślubna. – Przecież mówiłeś, że nie lubisz powolności.

– Ale się zmieniłem. Wszystko przemyślałem i teraz kocham spokój.

Słoniotworka zamachała uszami. Chyba na znak radości. Po chwili wewnętrzny translator wyjaśnił mi, że istotnie na znak radości. Najwidoczniej potrafił też tłumaczyć znaczenie gestów, choć z większym opóźnieniem niż przy napisach czy mowie.

– To cudownie, Zux! – wykrzyknęła i owinęła mi trąbę wokół szyi. – To może wybierzemy się jednak na ten koncert, o którym wspominałam.

– Jaki koncert?

– Usypiający koncert grania na trąbie.

Dość długo trwało, zanim przyczłapaliśmy na miejsce. Po drodze miałem okazję podziwiać wspaniałe ślamazarne społeczeństwo, w którym każdy mógł poszczycić się refleksem szachisty. Zamuleni policjanci powoli i metodycznie ganiający ślimaczących się złodziei. Poruszający się z gracją i tempem żółwia roznosiciele ulotek. Czy ociężale przycinający krzewy ogrodnicy. W tamtej chwili nie chciało mi się wracać do świata ludzi.

Na szczęście zdążyliśmy zanim wyprzedano bilety. Budynek filharmonii przypominał kształtem Koloseum. Setki słoniotworów siedziało na ławach ułożonych w koncentryczne okręgi wokół podświetlonej sceny.

W końcu ujrzeliśmy artystę. Barczysty słoniotwór w kolorze granatu wyszedł na podwyższenie. Zaimponował mi już tym, że poruszał się jeszcze bardziej ospale od innych mieszkańców. Następnie zaczął wymachiwać trąbą, zwijać ją i odwijać, wydając przy tym nadzwyczaj delikatne, ciche dźwięki. Może nawet dźwięczki. Brzmiały niesamowicie naturalnie, aż nie mogłem uwierzyć, że ich źródłem nie jest wiatr, lecz żywa istota.

Bardzo powolne. Ciche. Ospałe. Usypiające.

Nawet nie wiem, ile to trwało. Czas gdzieś utonął w słodkiej melodii, stracił sens. Szedł do przodu a może do tyłu albo chybotał się na boki. Nie miało to znaczenia.

W tamtej chwili czułem się tak dobrze, usypiające dźwięki artysty wprawiły mnie we wręcz euforyczny stan. Chciało mi się płakać ze szczęścia. Miałem wrażenie dopasowania, zsynchronizowania do powolnego miasta słoniowych istot. Rezonowałem z tym światem. Tak, to miejsce dla mnie.

Cudowna i cudaczna muzyka stopniowo zanikała, aż w końcu zupełnie zamilkła. A ja szalałem z radości, koncert zrobił na mnie tak olbrzymie wrażenie, że w jednej chwili zapragnąłem podziękować artyście.

Zsunąłem się z ławy i zacząłem machać mackami, bijąc brawo.

Klap, klap, klap.

Osamotnione, nikt inny nie klaskał. Zamiast tego wszyscy zgromadzeni widzowie spojrzeli na mnie z wyraźnym obrzydzeniem.

Popełniłem błąd.

Wkrótce tłumacz wyjaśnił mi, że istotnie popełniłem błąd. Wyobraź sobie, że przyjeżdżasz do nieznanego kraju o zupełnie obcej kulturze. Przypuśćmy, że chcesz wyrazić swoje zadowolenie i pokazujesz niewinny kciuk w górę. Ale jeszcze nie wiesz, że w tym kraju ten gest nie jest już taki wcale niewinny. I że w niezwykle wulgarny acz wyszukany sposób obraziłeś czyjąś matkę. Oraz wyraziłeś dość śmiałe przypuszczenie co do sposobu, w jaki zarabia ona na życie.

Tak to mniej więcej wyglądało. W kulturze słoniotworów owacje na stojąco nie były zbyt mile widziane… Delikatnie rzecz ujmując.

Niewiele myśląc, rzuciłem się do ucieczki przed rozwścieczonym tłumem. Zabawne, że nawet rozjuszeni próbowali zachować spokój. Że choć niewątpliwie chcieli mnie gonić, zwyczajnie nie potrafili biec. Jakby było to dla nich wręcz anatomicznie niemożliwe.

A że akurat pod względem anatomii niewiele się od nich różniłem, ja także raczej spieszyłem się powoli. Ucieszyło mnie, gdy zobaczyłem, że moja żona próbuje jakoś wyjaśnić nieporozumienie. Ostudzić zapał tłumu. Na chwilę zatrzymałem swój powolny bieg, licząc, że może mi się upiecze. Ale wtedy ujrzałem, jak jakiś wąż owija mi się wokół szyi. Uwolniłem się od trąby oprawcy i pognałem w stronę wyjścia z filharmonii.

Biegłem, ile sił w nog… w galaretowatych przyssawkach. Już nawet wolałem nie oglądać się za siebie. Nigdy nie przypuszczałem, że dzięki urokom medytacji, będę kiedyś uciekać przed stadem rozjuszonych słoni. A tu proszę.

Przed siebie. Trwało to i trwało. W końcu dostrzegłem jedyne znajome miejsce. Fioletowy namiot dla adeptów gwałtownej medytacji. Niewiele myśląc, wszedłem do środka. Tuzin tańczących nadal tam był. Nie wiem, czy ten sam, co wcześniej, czy może nastąpiła jakaś rotacja.

Nie jestem pewien, czy bardziej chciałem schować się w tłumie, czy może podejrzewałem, że wejście zazwyczaj bywa też wyjściem. I dotyczy to zarówno drzwi do łazienki, wrót do stodoły jak i mistycznych otwieranych medytacyjnie portali do świata powolnych ludzi-słoni.

Zatem zamknąłem oczy.

I zacząłem tańczyć.

Czułki. Falowałem nimi i kołysałem. Niżej.

Trąba. Wyciągałem ją i kręciłem piruety. Niżej.

Macki. Machałem na wszystkie strony. Uważałem tylko, żeby przypadkiem nimi nie klaskać. Niżej.

Nogi…

Uśmiechnąłem się, ale na wszelki wypadek jeszcze nie otwierałem oczu. Czułem nogi. Dwa porządne nożyska. Jak ja się za nimi stęskniłem.

Ogona brak. To teraz z powrotem. Wyżej.

Plecy. Bez przyssawek. Obecności macek nie stwierdzono.

Ręce.

Nos.

 

***

 

Albo usypiający koncert grania na trąbie trwał bardzo długo, albo czas po tamtej stronie płynął inaczej. W każdym razie, gdy otworzyłem oczy było już ciemno za oknem. Spojrzałem na zegarek. Po dwudziestej drugiej. Marzena mnie zabije, przecież mieliśmy iść dzisiaj na kolację. Przełknąłem ślinę i sięgnąłem po komórkę. Jak ja jej to wszystko wyjaśnię, nie ma mowy, żeby mi uwierzyła. Pomyśli, że się schlałem. W sumie to też jakaś wymówka.

Wziąłem głęboki oddech, wybrałem numer i nacisnąłem zieloną słuchawkę.

– Cześć, kochanie. – Zabrzmiał znajomy głos Marzeny. Nie wyczułem w nim wściekłości. – Dziś było tak cudownie.

– Yyyy… To znaczy?

– Już nie udawaj takiego niewiniątka.

– Yyyy…

Zacząłem przechadzać się po pokoju, nic z tego nie rozumiejąc.

– No w klubie karaoke! – wyjaśniła w końcu Marzena. To było takie spontaniczne z twojej strony. Naprawdę mnie zaskoczyłeś. I nie przejmuj się, że nie za dobrze ci szło. A potem jeszcze te tańce…

– Tak – potwierdziłem. – To było wspaniałe…

Przez chwilę stałem w miejscu, zupełnie ignorując, co do mnie mówi. Moją uwagę przykuła niepozorna karteczka przyklejona na lodówce. Z bardzo niestarannie nabazgraną notatką. Jakby autor dopiero dzisiaj nauczył się pisać.

„Musimy jeszcze kiedyś się zamienić. Pozdrawiam. Zux”.

Koniec

Komentarze

Przyjemne i do tego zgrabnie napisane. Początek z medytacją i zamianą ciał bardzo mnie zaintrygował, późniejsze perypetie na koncercie i finał już nieco mniej. Jakoś tak mam głupio, że często muszę sobie dopowiedzieć “ale przecież…”. W tym wypadku też – niby końcówka to happy end, ale przecież bohater dalej jest powolnym sobą, nie może ciągle się zamieniać z Zuksem, jego partnerka jest szczęśliwa z powodu kogoś innego, a do tego jest w gruncie rzeczy okłamywana. Więc taki nie do końca happy jest ten end ;) Ale jeśli przymknąć oko na dalsze konsekwencje i zamknąć się w ramach tego, co zostało napisane, to jest to lekkie, proste i przyjemne opowiadanie. Tylko w sumie mnie nie rozbawiło, więc nie do końca widzę element fun. Ale to oczywiście tylko moje zdanie, różne są gusta i humory.

 

Aha, pomysłowy wstęp/przedmowa/wprowadzenie, a już na pewno miły. ;)

!!!UWAGA dotycząca żartu z przedmowy!!!

Jeśli zastanawiasz się, dlaczego w przedmowie polecam akurat Twoje teksty, poniżej znajduje się wyjaśnienie sztuczki:

Link z przedmowy jest dosyć specyficzny, to jest przenosi na profil klikającego zależnie od tego kto w niego kliknie. Można to przetestować na przykład klikając niezalogowanym.

Celem żartu nie jest podlizywanie się potencjalnym czytelnikom, lecz zwykły konkursowy fun :-)

 

@Gromick

Anonim dziękuje za komentarz. Masz rację, że end wcale nie taki happy, no i oparty na oszustwie i okłamywaniu partnerek. Także to na pewno nie jest opowiadanie z morałem. :-) Miało być lekko i przyjemnie, choć szkoda, że nie udało się rozbawić. 

Anonim bardzo chciał polecić teksty tego użytkownika w przedmowie, zasługuje na większy rozgłos. ;-)

Czarno widzę przyszłość obu panów – można sobie jeszcze raz, a może i kolejny, wymedytować fioletowy namiot i świat istniejący w tempie slow, ale na dłuższą metę to nie może się udać, zwłaszcza że nie ma pewności, że chęci bohatera i pana Zuxa zawsze będą zbieżne i objawią się jednocześnie.

Choć czytało się miło, to nie mogę powiedzieć, że opowiadanie wywołało wesołość.

 

Anonimie, zajrzałam do Twojej polecanki i jeszcze nie mogę otrząsnąć się ze zdumienia. :o Nie rozumiem, co sugerujesz i dlaczego polecasz innym coś, co w ogóle nie istnieje?

 

 

pa­trzeć w lu­stro, żeby się w tym upew­nić. Nawet nie wie­dzia­łem, czy w tym nie­zna­nym… –> Czy to celowe powtórzenie?

Może w pierwszym zdaniu …wystarczy: pa­trzeć w lu­stro, żeby się upew­nić.

 

Wpa­try­wa­łem się tępo w wia­do­mość, łu­dząc się, że coś z niej zro­zu­miem i do­wiem się, gdzie je­stem. –> Objaw siękozy.

 

Bu­dy­nek fil­har­mo­nii przy­po­mi­nał kształ­tem ko­lo­seum. –> Bu­dy­nek fil­har­mo­nii przy­po­mi­nał kształ­tem Ko­lo­seum.

 

Setki sło­nio­two­rów sie­dzia­ło na sto­li­kach uło­żo­nych w… –> Czy na pewno siedziały na stolikach?

A może: Setki sło­nio­two­rów sie­dzia­ły na ławach, ustawionych w… 

 

do świa­ta po­wol­nych ludzi–słoni. –> …do świa­ta po­wol­nych ludzi-słoni.

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy.

 

Po­zdra­wiam. Zux. –> Po­zdra­wiam. Zux”.

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

@Regulatorzy

Myślę, że jeden z panów w ogóle nie chciałby się już zamieniać, bo jednak bohater trochę popsuł reputację Zuxa w ospałym świecie. Także przyszłość bohaterów na pewno nie jest kolorowa. Anonim dziękuje za sugestie i komentarz. I choć szkoda, że nie udało się wzbudzić wesołości, dobrze chociaż, że czytało się miło. :-)

Polecankowy link jest dosyć magiczny, legenda głosi, że każdy widzi w nim swoje odbicie. :-)

No cóż, Anonimie, nadal niewiele rozumiem, a w dodatku okazuje się, że są legendy, których nie znam… ;)

Nie owijając w bawełnę, link odsyła na profil tego, kto klika. No chyba że się kliknie niezalogowanym, wtedy faktycznie odsyła w próżnię. ;-) Taki żarcik w przedmowie. :-)

Tekst ma lepsze i gorsze momenty, ale ogólnie wypada na plus. 

Z zalet – pomysł na zamianę ciał, nie całkiem nowy, ale dobrze wykonany. Większość opisów stoi na dobrym poziomie. Co do humoru – do mnie akurat przemówił. Śmiać się nie śmiałem, ale wykreowana przez ciebie wizja ma w sobie coś wesołego. 

Z wad – dialogi są niestety drętwe. Fabuła może nie całkiem pretekstowa, ale też nieszczególnie istotna. Bardziej pocztówka niż opowiadanie. 

Ale mimo to, z lektury jestem zadowolony.

@None

Anonima cieszy, że bilans opowiadania wyszedł na plus oraz, że humor przemówił. Anonim dziękuje za cenne uwagi dotyczące dialogów i fabuły.

Przyjemne, wesołe, dobrze mi się czytało. Bardzo podobała mi się plastyka językowa, jeśli mogę to tak nazwać.

Z minusów: perypetie bohatera w innym wymiarze jakby z innej bajki, trochę gorzej napisane i nie wciągają. Jeśli już tam się znalazł, to mogłoby mu przytrafić się coś super ekscytującego, nawet jeśli w zwolnionym tempie.

I najbardziej udane dla mnie zdanie, a nawet kilka:

I jak ta cudowna gwałtowna medytacja pomoże ci się wygłośnić. Jak to musisz się wyszumieć, wyhałasować, wyrwać z kajdan ślamazarności. Pewnie chcesz tam wrócić. Tańczyć jak szalony.

@chalbarczyk

Anonim dziękuję za wizytę. Anonim przyznaje, że w świecie po drugiej stronie medytacji dałoby się ukręcić jakąś ciekawszą historię, lecz zabrakło mu pomysłu. Autor dziękuje za wskazanie udanych zdań i wyraża radość, że ogólnie wyszło wesoło i przyjemnie. :-)

Niezła captatio benevolentiae z tym linkiem ;)

 

A opowiadanie – coś mi w nim nie pasuje i jest to chyba zakończenie. Zbyt proste, zbyt oklepane. Ta fabuła by się lepiej sprawdziła, gdyby ta zabawa z zamianami potrwała dłużej i bohater się uzależnił (a jego żona jeszcze bardziej).

Całość napisana poprawnie (jakiś błędny zapis dialogu mignął w trakcie lektury), ale trochę drętwo. Szkoda, że ta powolność drugiego życia nie jest oddana stylistycznie, a tylko gadżetami w rodzaju słoniowatego ciała. W sumie mam wrażenie całkiem fajnego pomysłu na taką plus minus socjofantastykę zmarnowanego próbą zrobienia z niego funtastyki – bo tej to właściwie tu nie znalazłam.

Medytacji próbowałam raz w życiu i miałam dokładnie takie same odczucia jak Twój bohater. Stale coś mnie swędziało, dolegało, utrzymanie rytmu oddechu stało się problemem. I pewnie dlatego spodobało mi się to opko. Szkoda tylko, że człowiek nie poradził sobie w słoniowatym świecie równie dobrze, jak Zux w naszym. ;)

Anonim dziękuje za komentarze. :-)

Cześć Anonimie.

Kropka w dobrym miejscu?

Cholipciuś, bardzo mnie stropiłeś, przyczyna i skutek ze sobą się wiążą, w naszej makrorzeczywistości, bo o kwantowej nie mówimy. Bardzo, bardzo, tą przedmową mnie przestraszyłeś!

Przedmowa jest zwykle do… no czego? Prośbę formułuję o…

 

O tekście. Jest ciekawy i w punkt, sposób opowiadania znajomy i nieznajomy, bo zamaskowałeś piękne zdania. Jest zupełnie inaczej, moim zdaniem dobrze. Tylko zakończenie, choć z drugiej strony jest twist, czyli kropka, która w opowiadaniu sf musi być obecna, czy zawsze – tego nie wiem, ale w każdym razie rozwiązanie wątków, więc ok.

Temat, cóż mam powiedzieć, gratulacje i te słonie z trąbami:DDD

Czy zabawne? I tak, i nie, jednocześnie, a w ogóle to medytować można na wiele sposobów, raz poprzecznie, raz podłużniewink

Wyboru mi nie pozostawiłeś, klikam bibliotekę. 

pzd srd:) a

@AQQ

Dzięki za klika!

@Asylum

Cóż, może nawet więcej humoru zamieściłom w tej specyficznej przedmowie niż samym tekście. :D Dzięki za komentarz i bibliotecznego klika.

Dałem się nabrać na magiczną sztuczkę i czytałem tekst zaintrygowany, kto tu sobie ze mną pogrywa i dlaczego. Jeszcze zabawniej zaczęło się robić, gdy na początku odnalazłem kilka podtekstów i pojedynczych słów, przez co o autorstwo zacząłem podejrzewać… własną żonę… która jednak tu nie bywa, ani w ogóle nie pisuje. W połowie tekstu, raczej już byłem pewny, że to jednak nie ona, bo i styl, i brak błędów, no nie dała by rady tak napisać bez stada betujących. Co więcej, styl zaczął mi przypominać jedną, konkretną osobę z tego forum. Podsumowując, fun miałem podczas czytania niezły, choć akurtat nie dzięki treści, a okolicznościom towarzyszącym. Bo fun-u tu prawie nie ma. Za to jest opowiadanie, które bardzo mi się podoba. Wielki plus za magiczną sztuczkę. Drobna rzecz, a cieszy :), szkoda, że tak szybko ją zdradziłaś.

Kliknęłam, bo przeczytałam jakoś w pracy, ale nie miałam możliwości skomentować. A wypada.

Chyba każdy miał jakieś przygody z medytacją, ale twoja wersja bije wszystko na głowę. Podoba mi się sam pomysł na aktywną medytację, no i macki. Macki są zarąbiste, wiem coś o tym. :)

Może nie śmiałam się do rozpuku, ale czytało się przyjemnie.

@ AQQ

Dzięki, za komentarz. No, pewnie, że macki wymiatają. :-) W sumie ten tekst wyszedł mi bardziej lekki i przyjemny niż śmieszny. Anonimowi niestety zabrakło pomysłu na więcej konkursowego fun-u.

@ Chrościsko

Anonim cieszy się, że ktoś nabrał się na sztuczkę z przedmowy. :-D Anonim wolał wyjaśnić sztuczkę w komentarzach, żeby nie wprowadzać nikogo w błąd. Bardzo ciekawe przemyślenia co do autorstwa. Mogę jedynie zdradzić, że nie jestem Twoją żoną. :-D

Co więcej, styl zaczął mi przypominać jedną, konkretną osobę z tego forum.

Interesujące… 

Interesujące… ale styl samych komentarzy do tej osoby już nie pasuje.

Styl komentarzy zawsze łatwo sfałszować… ;-) Chociaż styl opowiadania też można… W każdym razie Anonim jest bardzo ciekaw wszelkich podejrzeń tu bądź w temacie z kalumniami…

Przeczytawszy.

Finkla

Aha, polecanka w przedmowie. Zastanawiam się, czy Autor chciał polecić siebie, ale nie wyszło,  czy chciał się podlizać każdemu…

 

Finklo, to drugie. Polecanie samego siebie byłoby niczym podpis, w dodatku mało taktowny.

Hmmm, podlizywanie się każdemu też wydaje mi się takie… kiełbaso-wyborcze. Ale jeśli to miał być żarcik, to wypada przymrużyć oko.

Anonim skapnąłby się, że link “https://www.fantastyka.pl/profil/” nie przeniesie nikogo na jego/jej profil. :-) Co innego klikający, który niekoniecznie zagląda w adres klikanego linku.

To miał być żarcik, wyjaśniłom go też w komentarzach, żeby nie wprowadzać nikogo w błąd. ;-)

W sumie to anonim waha się nad usunięciem przedmowy, żeby (choćby podświadomie) nie wpływała na odbiór tekstu…

Nie wiem, nie wiem… Dawno temu widziałam tu awanturę pod tytułem “jakim prawem podajesz link do mojego profilu?”, więc nie każdy by się skapnął. A póki Anonim pozostaje anonimowy… ;-)

Prosiłabym Anonima o usunięcie linku z przedmowy. Koniec i kropka.

Oczywiście, usunięte. Anonim przeprasza za zamieszanie.

Ej, przecież to była najzabawniesza część. Przywróć Anonimie ten link.

Bardzo dziękuję, Anonimie:)

Chrościsko, a czemuż to najzabawniejsza część była?

Bo dzięki niej szukałem w opowiadaniu wskazówek, dlaczego autor zalinkował wlaśnie "mój" profil. Doszukiwanie się osobistych podtekstów, w miejscu gdzie ich nie było, sprawiło mi frajdę. Tak jak na pokazie iluzji, gdzie cieszysz się, że ktoś Cię oszukał.

A ja, trafiwszy na własny profil, byłam zdumiona, że Anonim poleca twórczość, która nie istnieje. ;)

Chrościsko, dzięki za odpowiedź:), dzięki niej zrozumiałam.

Dla mnie kłopot z iluzją jest chyba taki, że otacza mnie i mierzę się z jej deszyfrowaniem, czyli fajne-niefajne.

Przepraszam, że tak na poważnie i pzd srd, a

Z tą sztuczką był ten problem, że mogła wzbudzać negatywne odczucia, choć nie było to intencją Anonima. To jest, gdy po przeczytaniu przedmowy czytelnik myśli, że ma na portalu jakiegoś tajemniczego, anonimowego wielbiciela, co przecież jest super-fajne i w ogóle. A potem okazuje się, że to tylko taki żart i już fajnie nie jest.

Dlatego zdecydowałem/łam się na usunięcie przedmowy, gdy zostałem/łam o to poproszony/na. Gdyby chodziło o to, że żart jest nieśmieszny/do bani/albo nawet gdyby tekst o słoniotworach obrażał uczucia religijne wyznawców bogini Ganeshy nie usuwał(a)bym go. ;-) Ale, gdy żart może zwyczajnie wprowadzać w błąd, sprawiać wrażenie oszukania, Anonim wolał go zlikwidować.

Nie mniej Anonima bawią zarówno rozmyślania @Chrościsko jak i wprawienie w zdumienie @regulatorzy, bo jednak nie przewidział, że może polecić teksty kogoś, kto nie ma żadnych tekstów. :-)

Anonimie, analiza Twej tożsamożci czeka w wątku z ploteczkami.

Interesujące…

Drogi Autorze:)

Piszę do Ciebie we niewiadomej sprawie. Dziękuję, że napisałeś słowo o swoich intencjach i ja miałam pewność odnośnie intencji dobrych, a nie złych. Jak ktoś, kto tak rozumie pośpiech i istotę medytacji oraz potrafi zawitać do krainy słoniotworów (przyjmują go tam bez wahania, traktują jak swojaka) może chcieć dotknąć kogokolwiek? No chyba, że po gombrowiczowsku :xd

Dołączam się do prośby Chrościska, przewróć link i już się nie martw, chyba na zapas raban uczyniłam. Teraz, burza minęła, pioruny nie biją, wiatr ucichł. Za to szemrze woda w strumyku w dolince, a tam pełno drzew ojców, matek i ich dzieciaków odżywianych korzeniowo przez rodziców (ciągle jestem pod wrażeniem życia drzew, ale już przerzucam się na ptaki. Taki na przykład tryb życia kolibra jest podobny człowieczemu pod względem szybkości. Zbadano, średnio o 10% przyspieszyła cała ludzkość, konkretna jednostka, mierzono czas poruszania się, lecz bez wspomagania, tylko kroki. Eh).

 

Jeśli możesz i chcesz to uczyń zadość prośbie:) Na poważnie.

pzd srd, a

@ Asylum

No to skoro wszyscy popierają przywrócenie linku (śledzę też sobie wątek ploteczkowo-kalumniowy, o mały włos bym tam coś odpisał(a) :-D), nie będę się sprzeciwiał(a). Przywróciłe(a)m link, umieściłe(a)m też wyjaśnienie w drugim komentarzu, żeby uniknąć przyszłych nieporozumień. Prośbę o usunięcie Anonim odebrał jako dosyć kategoryczną (z tym koniec kropka) i wolał się podporządkować, żeby nikogo nie wprowadzać w błąd. Skoro woda szemrze w strumyku i wszystko wyjaśnione, to pozostaje się cieszyć konkursowym funem. :-)

Dzięki za ciekawe dygresje o przyspieszaniu ludzkości i kolibrach, bardzo w temacie opowiadania. :-)

Sympatyczne :)

Pozdr.

Dzięki. :-)

Podobał mi się wykreowany słoniowaty świat, chętnie bym się do takiego na jakiś czas przeniosła (może pomedytuję i się uda).

Opowiadanie dobrze napisane, płynnie się czytało no i uśmiechnęło. Bardzo, bardzo fajne! :)

 

P.S. Dobry żart z tym linkiem :p

Dziękuję. :)

Fajny tekst. 

Lekki, niezobowiązujący, sprawnie i przyjemnie napisany. Eksplozji śmiechów nie było, ale też nie sądzę, że być miały – humor opierał się raczej na pewnym "feel good" całego tekstu, nie poszczególnych gagach czy dowcipach. Prosty i zdałoby się, że oczywisty pomysł, ograny nawet, ale podany z naturalnym wdziękiem i luzem, więc w żadnym wypadku nie można się przyczepić o wtórność. 

Światopoglądu mego tekst ów nie zmieni, na szczyty mej piramidy humoru też się nie wespnie, ale bawiłem się z nim całkiem dobrze, a to bardzo istotne w przypadku takiego konkursu. 

Aha, szkoda tylko Zuxa. Po powrocie do Ślimasłoniowa czego go niemiła niespodzianka ;-) 

Aha 2, też uważam, że trzeba było akcji z linkiem tak prędko nie wyjaśniać :-) 

Anonim bardzo dziękuję za wizytę i odebranie tekstu jako lekkiego i przyjemnego. Taki właśnie miał być.

Ad. Aha: Tak, Zux wyszedł zdecydowanie gorzej na tej wymianie. ;-)

Ad. Aha 2: Link wzbudził swego czasu pewne kontrowersje, na chwilę nawet zniknął, więc wolałe(a)m nie ryzykować, że żart zostanie odebrany jako podlizywanie się bądź wprowadzanie w błąd. :-)

Ja kliknąłem w link, zobaczyłem swój profil i… i stwierdziłem, że to nie może być, żeby ktoś mnie linkował, więc skopiowałem link i wkleiłem by ujrzeć ścieżkę :D /profil potwierdził moje podejrzenia, ale i ubawił :-)

To tylko taka dygresja. Według mnie żart z linkiem jest bardzo udany. A co do opka, to skomentuje, jak przeczytam ;D

W mojej przeglądarce wystarczy najechać kursorem na link, żeby zobaczyć adres (w lewym dolnym rogu). U Was to tak nie działa?

@ Mytrix

No to super, że żart z linkiem się udał. Szkoda, że nie dałeś się nabrać. Mam nadzieję, że nie każdy będzie taki podejrzliwy. ;-) Do tekstu oczywiście zapraszam, choć nie mogę obiecać, że humor w opku utrzymuje poziom przedmowy. :-)

@ Finkla

U mnie działa tak samo.

Finklo, ja z telefonu operuję zazwyczaj :-)

A, prawda. Trudno, musisz klikać w nieznane… ;-)

Zawsze to jakiś dreszczyk emocji ;-)

 

Oksy-doksy,

 

przeczytałem muszę przyznać, że całkiem przyjemne to opowiadanie. Nispieszne, ale lekko napisane, ma swój naturalny flow. Pomysł nie powalił, ale na czasoumilenie podczas przerwy w pracy, jak najbardziej :-)

Nie wiem, czy jest tu jakiś morał, ale napewno jest refleksja nad gonitwą będącą symbolem XXI wieku.

 

Pozdrawiam!

Opko zdecydowanie niespieszne. ;-) Anonim dziękuje za komentarz.

Nowa Fantastyka