- Opowiadanie: oceanna - Bitwa na miarę jednego życia

Bitwa na miarę jednego życia

Roma staje na progu zwycięstwa, które da jej hegemonię. Claudius Junius Appius, który doprowadził jego ukochane państwo do tego miejsca, nie wahał się nigdy, na pewno nie zacznie tego robić teraz. Tym bardziej, że ma przed sobą tylko tę jedną, tę ostatnią bitwę. Słabsi od niego, ci bardziej tchórzliwi, bez wizji, bez marzenia, drżą. On patrzy w przyszłość. 
A przynajmniej chciałby.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Bitwa na miarę jednego życia

 

– To jest wasza rada?! To?!

Zmiął kartkę gęsto zapisanego papieru, którą studiował w milczeniu od godziny. Podskoczyli, zaskoczeni i przestraszeni. Wszyscy, oprócz jednej osoby. 

Wiedział, że cisza i bezruch, w którym pozostawał, sprawią, że czekanie na werdykt będzie nieznośne. Cieszył go dyskomfort, obawa i aż parująca z nich niepewność co do natury jego reakcji. 

Wyciągnął rękę w górę, żeby nikt nie udawał, że nie rozumie jego reakcji na to… na tę propozycję. Kulę papieru rzucił w płomienie. Tylko jedna para oczu śledziła jej lot. Pozostali bali się spuścić z niego wzrok. Dobrze. Nie wolno nie obserwować największego drapieżcy w klatce. Przynajmniej tyle zapamiętali. Przynajmniej na tyle ich stać. Na jakiś instynkt samozachowawczy, wsparty elementarnym szacunkiem dla ich władcy. 

Pytanie "dlaczego otaczają go głupcy?", które zadawał sobie od dawna, powróciło, jak powraca zwykle jeden z tych wgryzających się w mózg i irytujących refrenów piosnek śpiewanych na Forum. 

– Pokój? – szepnął, a dźwięk tego jednego słowa poniósł się dalej niż jego krzyk. 

To pełne niedowierzania "pass" zabrzmiało bardziej jak nagłe szczeknięcie psa, chowającego się w kolumnadzie, niż jak wyraz, pytanie. Dobrze, niech poczują strach, niech do nich dotrze, że jego psy zaraz złapią ich za łydki i zaczną szarpać!

– Po tym wszystkim, co przeszliśmy, wyszliście z tym czymś? "Zakończyć działania wojenne?" "Zdemobilizować połowę legionów?" "Przekierować środki na odbudowę infrastruktury poza Latium?" "Wlać siłę roboczą do rzemiosła i rolnictwa?" "Rozwinąć pokojowe stosunki z nie-romańskimi prowincjami i podbitymi ludami?" – to ostatnie powiedział z pogardliwym wydęciem ust, ze skrzywieniem, jakim odpowiedziałby na zaproszenie na występ amatorskiej trupy aktorskiej, której częścią byłby senator. Powiedział to z takim obrzydzeniem w głosie, z jakim każdy prawdziwy mieszkaniec Romy odpowiada na tak obraźliwą sugestię.

– Tak.

Jego starsza siostra nawet nie udawała, że się zastanawia nad odpowiedzią. Jak zwykle. Wszystko, ale to wszystko, musiała wiedzieć lepiej, na wszystko musiała mieć gotową odpowiedź. Nigdy nie mogła sprawiać wrażenia, że nie ma własnej opinii!

– Granice Romy są bezpieczne. Imperium Romanum zajmuje potężne terytorium i czas je wreszcie skonsolidować w warunkach pokojowych. Wojna i stan wojenny trwają od niemal dwudziestu lat. Od tylu lat Latium nie widziało pokoju, bracie. Nasza stolica zasłużyła na to, by cieszyć się z owoców zwycięstwa.

Chciał jej przerwać, ale nie pozwoliła. Po prostu mówiła dalej! 

– Od kilkunastu lat nie powstał ani jeden wynalazek, który miałby cywilne zastosowanie i który by służył cywilom. W ogóle wynalazków jest coraz mniej. Tracimy kreatywność, bo najlepszych z naszych wysyłamy na front – mówiła i mówiła, kłapała pyskiem i kłapała, jakby sam tego nie wiedział!

Przecież ufundował specjalne stypendium, nagrodę dla kogoś, kto… kto coś wymyśli!

– Roma jest potężnym krajem, silnym mieczami jej żołnierzy i umysłami jej inżynierów! To co, że większość z nich pracuje w legionach? Gdzie mają pracować, u barbera?

Drwina nie zrobiła na niej wrażenia. 

– Od kilkunastu lat nikt nie wydał książki, która nie byłaby czystą propagandą opiewającą służbę w legionach. W ogóle książek się już nie wydaje, bo papier jest reglamentowany – popatrzyła w płomienie, w które przed momentem wrzucił zapisaną kartkę, którą można było przecież jeszcze zużyć. Jasno przypomniała mu jego obowiązki

Przeklęta baba!

 – Wyjedź za miasto, za jakiekolwiek z miast Romy. Na polach zobaczysz tylko zdemobilizowanych i zbyt okaleczonych, żeby walczyć, no i kobiety i dziewczynki. Przejdź się ulicami Latium, zobacz, kto pracuje w warsztatach, kto prowadzi sklepy. Kobiety, starcy i kaleki. 

– O to ci chodzi?!

Teraz dopiero wybuchł prawdziwym gniewem; gniewem, który dziś jakby rozpuścił się w jego krwi i krążył wyjątkowo płytko pod skórą. Siła jego krzyku sprawiła, że wszyscy pochylili głowy.

– Tylko o to ci chodzi!? – parsknął teraz wysilonym śmiechem – O baby!? Bo sama jesteś pizdą, jak one! – to ostatnie wypluł, z nienawiścią prawie – Imperium Romanum to więcej niż jakieś babiny gnące karki na roli, czy młódki dające dupy w uliczkach Latium!

Jak zawsze, kiedy wypowiadał nazwę swojej stolicy, łzy pojawiały się w jego oczach. Kochał to miasto, które zbudowali jego przodkowie ponad czterysta lat temu. Kochał je prawdziwie. W każdym kamieniu była kropla krwi jego rodu!

Rzuceni tutaj, w tę pustkę, przez siły, których nie rozumieli, jego ojcowie przetrwali! Podbili słabszych, rozmnożyli się, odbudowali cywilizację! Zbudowali to miasto, połyskujące teraz złotawymi marmurami i dumnie prężące się łukami akweduktów.

Co się dzieje, kiedy on chce mieć prawo wzmocnić to Latium, budować potęgę Romy, tworzyć Imperium Romanum? No co? Okazuje się, że wszystko jest ważniejsze, niż chwała Latium i Romy! Gospodarka! Rzemiosło! Rola! Literatura! Jakieś cipy są ważniejsze, niż państwo! Już on pozwoli żołnierzom tak im wszystkim dogodzić, żeby nie brakło dzieci do pracy w tych ich zapchlonych sklepach, do dawania dupy i do obrabiania pól. 

– Latium znaczy więcej! Nie widzisz tego?!!!

Cisza zaległa w sali obrad jego rady. 

I co zrobili? Jak mu odpowiedzieli? Mieli jeszcze jakieś argumenty? Nie!

Nic nie zrobili. Nic nie odpowiedzieli.

A ona? Też nic. Patrzyła tylko prosto na niego, na swojego władcę, na swojego brata. Gapiła się tymi niebieskimi, jakby wyblakłymi oczami, identycznymi jak jego. W takich momentach jak ten, miał wrażenie, że patrzy w oczy samemu sobie. Nie lubił tego. Luster też nie lubił.

Usiadł na krześle, żeby wszyscy mogli znowu zacząć udawać, że nic im nie zagraża. Miał nadzieję, że ich przygiął, ale nie. Ona przecież była Juniusem, jak on. Gryźć nie mogła, ale szczekała dalej, suka!

– W ciągu ostatnich lat na frontach naszych wojen zginęło dwieście tysięcy tych "pizd" – mówiła cicho, przypominając mu dane. 

Jakby musiała to robić! On rozkazał stworzenie spisów powszechnych i pilnowanie wszelkich statystyk. On najlepiej z nich wszystkich znał te liczby! 

– …i to są dane, które dotyczą tylko tych, które były w naszych legionach, bracie – powiedziała, odchylając się na krześle. Spokojna i chłodna.

– No i co? – warknął – No i co? Mężczyzn zginęło dziesięć razy tyle! Czy ktoś tu po nich rozpacza? Co?

Pokazał szerokim gestem na siedzących w milczeniu mężczyzn, swoich doradców. Kiedy wypowiedział te słowa, nasyciwszy je taką pogardą dla jej sentymentalizmu, jaką tylko był w stanie tam umieścić, zdał sobie sprawę, że oto wpadł w pułapkę, którą na niego zastawiła. 

Powiedział to. 

Te słowa.

Przyznał się do prawdziwego kosztu podbojów.

No i co?

Teraz dopiero rozparł się na krześle, jak powinien był od początku, jako władca.

– W ciągu dziewiętnastu lat, nie jakichś tam "ostatnich lat". Umysł cię zawodzi, siostro. – Popatrzył, chcąc sprawdzić, jak przyjmie to, że ją poprawia, obraża, kwestionuje jej inteligencję. 

Jej twarz nawet nie drgnęła, kiedy po raz kolejny powiedział na głos coś, czego nikt nie mógł mówić otwarcie.

Lat wojny się nie sumowało.

Nigdy.

Nie mówiło się o "wojnie", były "kampanie". Była "pierwsza kampania kitajska", "druga kampania czeska", "pierwsza kampania frankijska" i tak dalej i tak dalej. Żadna z nich nie trwała dłużej niż rok. Żadna! 

Nie ma wojen, które ciągną się prawie dwa dziesięciolecia! On, Claudius Junius Appius takich nie toczy. Jego kampanie są zawsze szybkie i zawsze zwycięskie. Jeden sezon, podpisanie układu kończącego wojnę i powrót na zimowe leża, gdzie armia szkoli uzupełnienia, leczy rannych, ćwiczy. O resztę martwią się wyzwoleńcy i inni, ci, którzy nie nadają się do legionów. I kobiety, bo te pizdy są wszędzie! Nie ufał im. Roma stała na męskich virtus, nie na niewieścim sentymentalizmie. 

"Niestety, na tym etapie nie możemy się ich pozbyć" – mówili mu jego najbliżsi i najbardziej zaufani cywilni doradcy – "to sparaliżowałoby administrację, rolnictwo i rzemiosło. Pojawiłyby się także kłopoty z logistyką".

"Sparaliżowałoby". Sraty-pierdaty.

Musieliby sami robić więcej, a to im się nie uśmiecha. Jeśli kiedykolwiek w przeszłości byłeś niewolnikiem, to zawsze to w tobie zostaje. Ta chęć oszukania twojego właściciela, twojego pana, ta potrzeba okradzenia go z tego, do czego ma niezbywalne i święte prawo: z twojego czasu, twojej pracy i twojej atencji, która winna być nakierowana wyłącznie na niego.

Jego przodkowie mieli rację ustanawiając prawa w Romie i ustalając w niej niewolnictwo. Szczęśliwie także, jego ród rozpostarł mądrą materię praw, które spisano na Forum, na resztę Imperium Romanum.

Nie wszyscy, którzy zostali Ściągnięci mieli duszę wolnych ludzi. 

– Straciliśmy prawie dwa miliony żołnierzy. Straty wśród ludności cywilnej w naszym królestwie były nawet dwa razy większe – powiedział wyzywająco, obserwując ich reakcje.

Dalej żaden z nich nie powiedział nic.

No, ale co mieli powiedzieć?

Co?

"O, jaka szkoda?"

Była wojna, to były i ofiary, ale każdy z tych trupów był konieczny! Na kościach poległych i na krwi żołnierzy Romy stanęły podwaliny świata, jaki dziś wszyscy znają, w jakim żyją. 

Zresztą… Każdy z nich kogoś stracił. Każdy. Nawet on, ich król! Takie zwyczajne straty, tu żona, tam syn, tu znowu niemowlę, są przewidywalne, wliczane w koszty konfliktu. Dlatego też, nie zatrzymując się i nie epatując ich jego osobistymi nieszczęściami, mówił dalej. 

– Nasze imperium powiększyło terytorium. Czterokrotnie. Mamy prawie cały kontynent na własność. Imperium Romanum jest faktem – umilkł, pozwalając im przełknąć te słowa i to przypomnienie – Ludności jest sześć razy więcej, niż kiedy zaczęliśmy budowanie naszej przyszłości, w wielu miejscach gęstość zaludnienia wzrosła trzykrotnie. Wiedzielibyście to, gdybyście sprawdzili dane z ostatniego spisu powszechnego! – znowu uderzył dłonią w stół, zniecierpliwiony i zły, że musi się tłumaczyć. 

Musi? Czy rzeczywiście… Oczywiście, że nie! 

Coś go jednak pchało, żeby mówić dalej. 

– Boleję nad każdą z tych dusz, które odeszły.

Kłamał.

Nie bolał. Nie był sentymentalny. Obchodzili go ci, których znał. Jako król nie mógł pochylać się nad każdym żołnierzem gnijącym w ziemi. Rządzenie i podejmowanie decyzji, taka właśnie jest powinność władcy. Wypełnianie rozkazów i śmierć, jeśli trzeba, to obowiązek żołnierza. Zbawienie leży w należytym dopełnieniu swego fatum, nawet dzieci to wiedzą.

– Jednak w przeciwieństwie do ciebie, siostro… – powiedział to ostatnie słowo z taką słodyczą, że powinny ją rozboleć zęby. 

"Te, które jeszcze ma" – pomyślał złośliwie, przypominając sobie moment, kiedy w czasie bitwy, dawno temu, jeden z nieprzyjaciół uderzył ją jelcem w usta, a ona, przebijając go sztychem, wypluwała z krwią trzy zęby. Te, które miała teraz w ustach, zrobione z kości słoniowej i równiutkie, wyglądały nawet nieźle, ale były niewygodne i ich noszenie bolało.

Nie powinien czerpać tyle radości z faktu, że została oszpecona, ale jednak cieszyło go to. On sam był niebywale dumny, bo w wieku lat czterdziestu dwóch posiadał wszystkie zęby. Wszystkie i własne. Bo to on wybija zęby, nie daje je wybijać sobie. 

Zaczął od nowa, z udanym współczuciem dla swojej siostry.

– W przeciwieństwie do ciebie, czerpię pociechę nie z ubolewania nad nieuniknionym, tylko z obserwacji tego, jak Imperium Romanum rośnie w siłę. Jak niesie cywilizację w miejsca, gdzie jej nie było od Ściągnięcia! Jak świat staje się lepszy dzięki nam!

Wstał i zaczął się przechadzać po pokoju, zupełnie jak to robił, kiedy przemawiał do ludu, stojąc na rostrach, ubrany, jak powinien być odziany władca, w purpurową togę.

– Myślisz – stanął za nią i nachylił się do jej ucha – że ja nie chcę pokoju? Spokoju? Że nie wolałbym tarzać się po miękkich materacach, zamiast spać w namiocie? Że nie mam ochoty cieszyć się bogactwem, biblioteką? Jeść wykwintne dania? Mieć wreszcie rodzinę? 

Złość na nią i straszliwe rozżalenie, że nikt nie docenia jego wysiłków i poświęcenia, że nikt nie wie, ile poświęcił, że nikt, ale to nikt, nie jest w stanie towarzyszyć mu w misji, pochłonęły go całkowicie. Sam już nie wiedział, co jest prawdą, a co grą na ich emocjach. Nienawidził aktorów, uznając ich za niewiele lepszą profesję, niż kurwy, ale lubił grać na emocjach słuchaczy, zarówno senatorów, jak i plebsu Latium. Emocje oznaczały zwycięstwo.

Nie obawiał się oszukiwać innych i mijać się z prawdą w czasie swoich wystąpień. Czasem, przez chwilę, nawet sam wierzył w to, co mówił. Musiał w to wierzyć, żeby brzmieć przekonująco! Ludzie nie lubią kłamców, ale za to szczerze nienawidzą tych, którzy mówią im prawdę. Tę naukę przyswoił sobie od ojca. Dawno, dawno temu. Nienawidził go, jak nikogo innego.

Teraz wisiał nad swoją siostrą, o wiele od niej wyższy, ale ona, córka Juniuszy nawet nie drgnęła. 

– Masz rodzinę… – głos, który się odezwał, był nieco zduszony, ale mocny. A on zamarł, bo na śmierć o tym zapomniał – …ojcze mój i panie. 

– Wiem, synu – powiedział, jakby chwilę wcześniej jego ust nie opuściło zaprzeczenie tego, co powiedział teraz.

Swojego jedynego syna, teraz osiemnastoletniego i już od trzech lat oficjalnie dorosłego, traktował jak żołnierza, oficera, podwładnego. A niby jak ma traktować kogoś, kto jest dorosły? Rodzina to żona, małe dzieci bawiące się koło fontanny i szczebiocące. Osiemnastolatek jest jego następcą, nie dzieckiem. Potencjalnym rywalem, nie dzieckiem.

Położył jednak rękę na ramieniu młodego mężczyzny i uścisnął je mocno. Bardziej po to, żeby ten zamilkł, niż po coś innego, ale dla reszty nie miało to znaczenia. Widzieli zmęczonego, ale dumnego władcę, który patrzy z zaufaniem na swojego następcę. 

Jest sztuka w tkaniu rzeczywistości, w układaniu naprzemiennie nici kłamstwa, pozorów i prawdy. Obietnic i oskarżeń. Ciemności i cienia. Sztukę tę znają władcy, niektórzy, jak on, są w niej mistrzami. 

– To, co zaproponowaliście, "po dojrzałym namyśle"…

Falset, którym mówił, miał przedrzeźniać nie jego siostrę, która miała dość niski głos, zmysłowy, jak mówili. Miał uderzyć w jednego z jego dowódców, w prefekta jego pretorianów, którego głos go bawił i którego uwielbiał drażnić, i z którego uwielbiał się naśmiewać. 

Potrzebował trochę radości w życiu, zwłaszcza w takich momentach, jak ten, kiedy wszyscy sprzysięgali się, żeby nie oddać mu tego, co z natury rzeczy jest jego: ostatecznego zwycięstwa. Należała mu się drwina, przecież ostatnią osobą, która powinna była zaproponować pokój, był prefekt jego pretorianów.

– …jest tchórzostwem i pozostawieniem naszych żołnierzy i naszych rubieży na pastwę losu. Nie wiecie tylu rzeczy – uniósł ręce, opuścił je i spojrzał na sześć osób siedzących przy owalnym stole z wyrzutem, z niedowierzaniem, z pogardą – Tylu rzeczy nie rozumiecie. 

Pochylił się nisko, opierając dłonie na gładkiej powierzchni. Uśmiechnął się z tryumfem.

– Legiony Mongolii są w stanie wrzenia. Nasi ludzie – wskazał ręką na prefekta pretorianów, który prawie pokraśniał z zadowolenia – wspomogli ich w podjęciu decyzji dobrej dla ich kraju. Odpowiedzialnej decyzji. Nie będą z nami walczyć. Przejdą na naszą stronę w najbardziej odpowiednim dla nas momencie – zakończył tryumfująco. 

Zaskoczenie, radość, ulga.

Mógł w nich czytać, jak w otwartej księdze, jak w twarzach dzieci patrzących na sklep cukiernika. 

Przewidywalni. 

Nikt z nich nie myśli, nikt nie ma rozmachu, odwagi, potrzeby podboju, potrzeby podążania w przód. Nikt. Dlatego on jest ich królem. 

– Co powiecie? – zapytał ich i sam uniósł dłoń z kciukiem w górę.

Lubił ten sposób głosowania. Wszyscy obecni wiedzieli, że to nie było żadne głosowanie, tylko test z kompatybilności dla jego najbliższych ludzi.

Piątka z nich poszła za jego przykładem. Jego siostra siedziała w milczeniu, z bladymi wargami. Położyła dłonie na stole. Wreszcie poczuła strach, przeszło mu przez głowę. Wreszcie. Ale to za mało i zdecydowanie za późno. On, Claudius Junius Appius swoje decyzje podejmuje szybko.

– Mam dla ciebie, siostro, dobrą wiadomość – podniosła na niego oczy i znowu miał wrażenie, że to on sam patrzy na siebie z chłodną, pogardliwą, oceniającą uwagą – Znalazłem sposób na złagodzenie twojego konfliktu sumienia – trzy sekundy ciszy, dla większego efektu – Legiony Klaudyjskie przejmie twoja córka. Już czas, żeby pokazała się naszym ludziom w czymś więcej, niż w potyczkach na granicach, niż w naparzankach z niedobitkami barbarzyńców. 

Podniosła głowę gwałtownie, jakby chciała zaprotestować. Nie miał zamiaru jej na to pozwalać. Dziś powiedziała za dużo, a i jej przydatność się już skończyła. Młoda Oktawia Appia ma dwadzieścia pięć lat i służy w legionach od dziewięciu. Jej czas na zostanie legatem właśnie nadszedł. Jeśli mu się spodoba w czasie wojny, nakaże swojemu synowi, Gajusowi, poślubienie jej w odpowiednim czasie. Trzeba wzmacniać dynastię, za wszelką cenę. Trzeba konsolidować władzę i zbierać w jednym miejscu najlepsze geny. 

– Służyłaś, siostro moja, wiernie naszemu państwu. Dziękuję ci za to – powiedział z wdzięcznością, ale jego następny gest tej wdzięczności zaprzeczył. Odpiął własny nóż od pasa i przesunął go po gładkiej powierzchni stołu. Nagie ostrze zatrzymało się kilka centymetrów dalej, niż zamierzał.

Sam gest był jasny.

Wszyscy patrzyli na stal z jakimś ostatecznym zadziwieniem i niedowierzaniem, a on miał ochotę się roześmiać.

Tak! Tak! Zawsze potrafił ich zaskoczyć. Zawsze. Jeszcze się nie zdarzyło, ani razu od kiedy objął władzę, żeby zrobili coś nieprzewidywalnego. Dziadek, ojciec i on. Dostali zagrodę pełną zwierząt i zamienili ją w cyrk, w którym wszyscy podskakują do rytmu, który wybija ich król. Podobno ich przodkowie mieli jeszcze do czynienia z mężczyznami, ale oni mieli już tylko podatne narzędzia.

Jego siostra, wysoka, godna i przystojna nawet w średnim wieku, szczupła szczupłością kogoś, kto dużo się rusza, niewiele śpi, dzieli z ludźmi trudy ich obozowego życia, wstała, wzięła nóż i zaczęła się śmiać.

– Nie wygrasz tej wojny – powiedziała, kiedy wreszcie przestała i przetarła rękawem załzawione od śmiechu oczy – Bo ty walczysz z sobą, Appiuszu, tylko i wyłącznie z sobą. 

A później sięgnęła po nóż i błyskawicznym gestem podcięła sobie gardło. 

A on zamarł z oburzenia i zgrozy. Zrobiła to tutaj, w sali obrad jego Rady Przybocznej! Co za afront i brak elegancji! Co za ostateczna arogancja tej przeklętej kobiety! 

Takie rzeczy, co wiedzieli wszyscy, robi się w zaciszu domu, wśród swoich niewolników, pożegnawszy się z najbliższymi, wydawszy ucztę dla przyjaciół! Ze światem rozstaje się pokazując tę najrzadszą, ale najbardziej w Imperium Romanum cenioną virtus: odwagę. Ona nie umiała zrobić nawet tego. W dodatku zbezcześciła jego domostwo!

To było jego miejsce! Jego przestrzeń, która została zawłaszczona! Zdesakralizowana. 

Gwałtownym ruchem odsunął bezwładne już ciało, żeby upadło i krew wsiąkała w dywan, nie w dokumenty i mapy, które były na stole! Papier nie jest tani! Jeśli ma wybór: produkować miecze, czy też papier, zawsze wybiera broń. Jej nie oszczędzał, ani nie oszczędzał na niej. Ale papier też był potrzebny i jego marnowanie było kategorycznie zakazane. Inni nie mogli go marnować. On, Claudius Junius Appius mógł wszystko. Nie lubił tylko, kiedy ktokolwiek był świadom, jak bardzo król kocha przekraczanie norm, które sam ustanowił. 

Uniósł wzrok. Spojrzenie jego syna było wbite w truchło kobiety, która go wychowała i wykształciła. Uświadomił sobie, że być może powinien był rozkazać popełnienie samobójstwa w bardziej dyskretny, prywatny sposób. Byłoby mu łatwiej publicznie opłakać siostrę.

Nie, zdecydował po sekundzie. Nie. Przecież była zdrajcą. Zdrajcą ojczyzny i całego wieloletniego, ciągnącego się od pokoleń, trudu wojennego! Zdrajczynią tego, co Imperium Romanum uznaje za najświętsze. Nawet, jeśli słysząc to oskarżenie, ktoś z ludu, z arystokracji, czy z jej legionów, krzyknie "to kłamstwo!" to co z tego? 

– Zbiórka za tydzień tutaj – wbił palec w mapę i powiedział tonem, z którym nikt nie odważył się dyskutować – Niech legiony będą gotowe. Rusza pięć z nich. Wiecie które. Wykonać.

Nikt nie zaprotestował, nie powiedział, że to za mało, za dużo, że jest susza, że logistycy mówią, że zwiadowcy twierdzą, że siano, że chuj wie co! 

Nikt nic nie mówił.

Były tylko dwie substancje, które były w stanie ich przymknąć: krew i złoto. 

~~*~~

Zerwał się z łóżka. Podszedł do rogu pokoju, gdzie stał dzban z wodą. Wylał na głowę całą zawartość, nie zwracając uwagi na to, że woda rozlewa się na dywan. To nie było ważne, ważne było, żeby koszmar odszedł, zniknął. Żeby łeb wyczyścić. Lodowata woda pomogła. Krew, która znów zalała jego sen, spływała z niego i wsiąkała w dywan. 

Przetarł twarz, wrócił do łóżka. 

Musiał zrozumieć, co się z nim dzieje. To był zły moment na sny i omeny. Zły! Uderzył pięścią w materac, kłykciem trafiając w drewnianą ramę. Ból obudził go do końca, nawet lepiej niż zrobiła to woda.

Appius nienawidził snów. Jako racjonalista nie ufał temu, co śpiący mózg, nie poddany odpowiedniej kontroli woli, wypluje ze swoich czeluści. 

Podobno byli tacy wśród Ściągniętych, którzy nigdy nie śnili. Podobno był tu gdzieś inny kontynent, na którym mieszkały inne ludy, w tym takie, które śpią bez snów.

Appius w to nie wierzył.

Ludzie byli tacy sami wszędzie. Tacy sami są tu, na planecie, którą jego przodkowie nazwali Nova. Tacy sami byli, i pewnie dalej są, na tej całej Ziemi, która po pięciuset latach jest już dla Romian bardziej mitem, niż jakąś historyczną referencją.

Ktoś, kto Ściągnął na Novą jego ojców, jego przodków, zebrał przecież przeciętnych Ziemian, co do tego zapiski są jasne i nie pozostawiają żadnych wątpliwości. "Przeciętni ludzie" – pisał Cassius Filo – "Średnia statystyczna ludzkości pod każdym względem". Appius nie był pewny znaczenia słowa "statystyczna", ale "średnią" rozumiał doskonale. Dlatego, dla bezpieczeństwa i porządku społecznego, zapiski Cassiusa zostały utajnione.

Ziemia, planeta, która była gdzieś tam, daleko, zawieszona w przestrzeni, krążąca wokół gwiazdy niczym nie różniącej się w nocy od innych gwiazd, nie była tutaj ważna, ale zapiski tych, którzy zostali z niej Ściągnięci, w dalszym ciągu mogły być potencjalnie rewolucyjne. 

Podszedł do okna, otworzył szeroko okiennice. Niebo na wschodzie dopiero zaczynało jaśnieć. Chłodne powietrze pachniało jak zwykle, kojąc nieco jego, nie wiedzieć czym, poszarpane nerwy. 

Na pewno powodem rozedrgania nie było samobójstwo jego czcigodnej siostry. Prychnął na samą myśl o tym. Pomyśleć, było ich kiedyś sześcioro, a został sam. Najsilniejszy wilk w miocie.

Roma zasłużyła na najsilniejszego z silnych.

Wciągnął zapachy w płuca. Ludzie, zwierzęta, dym, siano, woda, świeże drewno. Tyle razy mówił, że tu ma być porządek, że ma być czysto! To nie jest jakiś podrzędny zameczek lokalnego prefekta! To jest stolica! Kapitol! Połowy tych zapachów tu być nie powinno. Siana, zwierząt… co tu robią krowy, na Jowisza?! 

Zatrzasnął okno, szczelnie zamykając okiennice. Położył się na łóżku, ciągle w mokrej koszuli. A niech służba ma więcej roboty. Nie potrafią go słuchać? Nie umieją zrozumieć prostych poleceń? To niech robią! Tylko do tego się nadają!

Koszmar. 

Wszystko ostatnio było koszmarem. 

Tyle osiągnął! Prawie cały kontynent był jego! Romy. 

Podbity, uporządkowany, bezpieczny. Wszystko, co było do posprzątania, zostało ułożone, poprawione, przystrzyżone, skodyfikowane. Dwadzieścia lat mu to zajęło. Jemu i jego ludziom. Dwadzieścia lat niesienia cywilizacji tym utaplanym w błocie barbarzyńcom, którzy woleli swoją dzicz, niż romiańską cywilizację.

Dwadzieścia lat służby tym niewdzięcznikom, którzy nic tylko się buntowali, nie chcąc za darmo tego, co tylko Roma zdołała w okruchach, fragmentach i skrawkach ocalić. Co udało się jej tak wspaniale ożywić i przeszczepić z Ziemi.

Jak można tak zhańbić pamięć ziemskich przodków, żeby odrzucać ich mądrość? Nie wiedział.

Teraz śni, którąś noc z rzędu śni, że wszystko traci. 

Jak to "traci?"

Jak można stracić coś, co stoi na zdrowych podstawach? Na sile legionów Romy, na kodeksach Imperium? Na pracy jego namiestników?

Budował wszystko powoli i starannie. O, nie spieszył się, nie! Zbyt dobrze znał historię ich ziemskiej, starożytnej matki, Wiecznej Romy. Czytał ją, studiował całe dzieciństwo, wracał do niej bez przerwy na zimowych leżach jego legionów. On, Claudius Junius Appius wiedział doskonale, jak szybko upadają potęgi, jak łatwo kruszy się władza, jak szybko erodują wartości. 

Czytał także, prawie z wypiekami, zapiski Marka Juniora, zwanego poprawnie Marcusem Juniusem, założyciela Romy, który był scholarzem i najprawdopodobniej mieszkał w czymś, co nazywano "uniwersytetem". Marcus Junius, jego własny przodek, był specjalistą od czegoś, co nazywał "starożytnym Rzymem". Wiedza Juniusa, jego wizja i marzenie tak spodobały się jednej z grup Ściągniętych, że na starych prawach i jeszcze starszych wartościach Rzymu zbudowali podwaliny pierwszej osady, jaka powstała na Novej. Nazwali ją Latium. Później te wartości stały się bazą dla ich państwa, dla Romy, kształtując ich prawa, struktury i zwyczaje.

Sporo z tych pierwotnych zapisków Marcusa Juniusa Appius kazał przepisać, przenieść na papier z kruchych papirusów zrobionych z liści, szybko niszczejących i butwiejących w kontakcie z powietrzem, rozsypujących się już teraz w rękach.

Wybrał i zachował niektóre z nich, ale nie wszystkie. Tylko te, które nie mogły skłonić ludu ro rewolty. Resztę spalił, złożył w ofierze w świątyni Westy. To była godna ofiara dla bogini, która była opiekunką Latium. 

Czy żałował, że zrobił coś, czego nie odważył się zrobić żaden z jego poprzedników? Nie, był dumny z tego, że ma kręgosłup i był zadowolony z dalekowzroczności, którą nie wykazali się jego przodkowie. Poza tym, nikt o tym nie wie, więc lud się nie wzburzy, a senatorowie nie uniosą się świętym oburzeniem. Skoro nikt nie wie, to akt prawie się nie zadział.

Zresztą… w końcu wszystko ginie, prawda? Nicość czeka na wszystko, nawet na zapiski sprzed 500 lat, zapiski scholara, który Ściągnięty z Ziemi, zebrał wokół siebie tysiące innych Ściągniętych, który zbudował z nich i z nimi Romę. Wielu z nich, z tych tysięcy Ściągniętych, było budulcem, nie budowniczymi, ale takie są prawa historii. 

On, Claudius Junius Appius zna historię. Wie, co było powodem klęski mitycznych władców, jak Kaligula i Neron. Więcej jednak nauczył się z dzienników Varusa Gajusa Juniusa i z jego klęsk z początkowych lat podbojów Novej, niż z tych starożytnych, ziemskich mitów. Najważniejsze były dwie lekcje. Pierwsza była prosta: nie powtarzać błędów, które popełnili przodkowie. Druga wymagała jasności spojrzenia i braku sentymentalizmu: żadne imperium nie trwa wiecznie. Buduj je dla siebie, nie dla wieczności.

Appius czuł się już lepiej. Myślenie pomogło. Racjonalnym umysłom zawsze pomaga. Dalej jednak nie czuł się sobą, jakby sen zostawił w nim ostrza, zupełnie jak rzep. Małe, palące, niby to nie ból i ich nie czujesz, a jednak pojawiają się małe ranki i ropieją, powodując gorączkę i tężec.

Był tylko jeden sposób, żeby się pozbyć tego odczucia. Uśmiechnął się do siebie. Zawsze był ciekaw tego, kogo znajdzie za drzwiami? To była jedyna rzecz, nad którą nie chciał panować i nad którą nie potrzebował mieć kontroli. Nie chciał decydować, ani wiedzieć wcześniej, kto będzie czekał na jego wezwanie. To, co było najbardziej ekscytujące, to właśnie niespodzianka. 

Otworzył drzwi jednym szarpnięciem i rozjaśnił się, kiedy szczupły chłopak wyprężył się jak struna. I zbladł. A on uśmiechnął się jeszcze bardziej. Gestem pokazał swoją sypialnię. Chłopak, Micron, może piętnastoletni, może młodszy niewolnik, opuścił głowę i wszedł. Zatrzymał się, jak musiał każdy niewolnik, zaraz obok drzwi. 

– Zdejmij tunikę. Na łóżko. Na kolana.

Micron posłuchał od razu. Nie był świeżo kupionym czy złowionym niewolnikiem. Urodził się w tym domu, w domu władcy Imperium Romanum, i doskonale wiedział, czego się od niego oczekuje. Zasad zachowania nie trzeba go było uczyć batem. Rozebrał się i oparł się na kolanach i dłoniach, wypięty w kierunku swojego pana. Appius podszedł, zatrzymał się, sprawdzając czy Micron jest na dobrej wysokości. 

– Jeśli zamkniesz oczy, każę ci je wyłupić – powiedział, chwycił niewolnika za włosy, a potem wszedł w niego jednym pchnięciem. Chłopak nie umiał opanować krzyku i sprawiło mu przyjemność. Nie używał lubrykantów. Było mu wygodnie i to się liczyło. Micron w końcu przestał wyć, a on krótko po tym skończył i kazał chłopakowi wyjść.

Był teraz o wiele spokojniejszy. Może za chwilę jeszcze raz wyjrzy i sprawdzi, kogo los lub zarządca niewolników ofiaruje mu w prezencie tym razem. 

Nie zdążył tego zrobić. Zasnął, wreszcie uspokojony. 

~~*~~

Rano, na sześć dni przed spotkaniem w obozie bitewnym, zszedł na Forum, żeby złożyć ofiarę w świątyni Jowisza. Towarzyszyła mu jak zwykle grupa pretorianów z pierwszej kohorty, jego ulubionej. Wierni, oddani, broniący go przed wszystkimi i za wszelką cenę. Cynicznie rzecz ujmując, musieli bronić. Wybierał ich starannie. Każdy z nich miał tyle na sumieniu, że bez niego i jego opieki, ci którzy nie pochodzili z arystokracji zostaliby zaszyci w worki i wrzuceni do Tybru. Arystokraci dostaliby nóż i rozkaz skończenia z sobą od razu. Więź króla i jego obrońców była z gatunku tych najbardziej osobistych. On żyje, oni przeżyją. Proste jak arytmetyka.

Uśmiechał się nieznacznie, skłaniając lekko głowę tu, lekko tam, machając ręką temu, to tamtemu, dając się podziwiać, pozwalając się sobie kłaniać, nie protestując, kiedy sypano przed nim kwiaty. Kolejny dowód na to, że jego siostra była zdrajczynią i kłamcą. Jeśli plebs ma czas zrywać kwiaty, to znaczy, że ich życie jest całkiem znośne, że mają czas na tak bezsensowne działania. 

Przechodził właśnie koło rostrów, kiedy zobaczył, że na posągu jego siostry są świeże kwiaty. Poczuł gniew. Nikt, ale to nikt nie będzie wieńczył posągów zdrajcy! Wskazał pomnik jednemu z pretorian, nie musiał nic tłumaczyć. Osiłek i jego kolega przewrócili posąg, pilnując, żeby upadł pod takim kątem, żeby się rozbić w pył.

Marmur na Novej nie był, jak marmur na Ziemi. Nie trwał wieki, co w tym momencie było powodem radości Appiusa. 

Mówca, który przemawiał na rostrach umilkł. Kiedy zobaczył, jak władca macha mu ręką, dając znak, żeby kontynuował, ruszył z kopyta, zaczynając dokładnie w miejscu, w którym się zatrzymał. "Oto człowiek, który potrafi trzymać nerwy na wodzy" – pomyślał Appius i kazał dowódcy straży dowiedzieć się, kto zacz. Trzeba mu pomóc wygrać wybory na trybuna ludowego. Kasjusz Nenius Ferrarius ma za sobą już trzy trybunaty. Potrzebuje odpoczynku. Najlepiej z dala od Latium, w którym narobił sobie sporo wrogów. 

Świątynia Jowisza była dużym budynkiem z zielonkawego marmuru. Zielony kamień był niezwykle trwały, ale oczywiście nie był marmurem.

Tu, na Novej, nic nie było tym, na co wskazywały ziemskie słowa, a jednocześnie wszystko było dokładnie tym. Konie miały sześć kończyn, marmury były od kruchego po twardy jak diament, diamenty były mleczne i delikatne, perły wydobywano z żołądków niektórych krów, sosny miały parzącą żywicę, a drewno dawało się kształtować pod wpływem ognia. A jednocześnie konie były niezwykle szybkie lub wytrzymałe, marmury porażały urodą, diamenty płonęły wewnętrznym ogniem i były niezwykle rzadkie, perły opalizowały jak niektóre z gwiazd, igły sosen były powszechnie stosowaną trucizną do grotów, a sosnowe drewno po ukształtowaniu trwało w nadanej formie przez stulecia. Z językiem było podobnie. Łacina była językiem klas wyższych, ale kto odróżniał ablativus od dativusa? Nikt, nawet on sam.

Wszystko było inne, wszystko było takie samo, także wróżby z wnętrzności zwierząt ofiarnych. 

Stał nad kucającym kapłanem, który wpatrywał się w parujące wnętrzności byka. Zastanawiał się, co on widziałby w tych flakach? Popatrzył uważniej. Tu, na sercu, była czarna narośl. Podobną widział w rozpłatanej kości miednicy, w mózgu stworzenia. Nie widział takiej nigdy i nie wiedział, co z tym zrobić. Stanął na szerzej rozstawionych nogach, a kapłan, jakby przestraszony jego nagłym ruchem, zatoczył się do tyłu i prawie opadł na tyłek. Appius opanował parsknięcie.

Nie mógł się śmiać.

Król królem, ale kapłani byli bardzo popularni wśród ludu. Dopóki cały kontynent nie będzie jego, a Imperium nie będzie absolutnie bezpieczne, dopóty nie może ich wziąć pod buta. Nie może nawet udawać, że tego chce. W 42 roku po założeniu Romy, jeden z jego przodków miał na tyle mało rozsądku, że zabił kapłankę, która upierała się, że jako westalka ma prawo, obowiązek i zaszczyt być dziewicą, oraz że nie musi rodzić mu dzieci. Zabił ją, oczywiście zgwałciwszy wcześniej dla przykładu. Ale dzień później został pogrzebany żywcem, a lud Romy skakał godzinami po jego grobie, ubijając ziemię tak, że dopiero inżynierowie legionów zdołali wydobyć jego ciało.

Następca tego gorącogłowego przodka ukarał lud Latium bardzo subtelnie. Zamiast zaszczepić na ospę wszystkie dzieci urodzone tego fatalnego roku, zaszczepiono tylko dzieci z rodów senatorskich i potomków equestrian. Żadnego bachora z plebsu. Oczywiście, wszystkie gesty zostały wykonane jak trzeba, nawet lekarze byli przekonani, że w niewielkie nacięcia każdemu brudnemu bękartowi wcierają szczepionkę, ale tak naprawdę to była tylko woda. Nic więcej. Tej zimy ospa zabrała wszystkie dzieci z Awentynu i z innych dzielnic zamieszkiwanych przez plebs. Dzieci z Kapitolu przeżyły. Lud już nigdy nie uwierzył w szczepionki, co pozwoliło władzy w sposób idealnie bezkrwawy kontrolować populację tych niedouczonych, brudnych i tępych istot. 

Arystokracja i equestrianie rozmnażali się z kolei tak szybko, że wkrótce wielu z nich, słabszych, biedniejszych, mniej odpornych, musiało się przenieść na Awentyn. Oni, plebs nova, wyparli, głównie wybili stary plebs, i nieco go przez to uszlachetnili.

Z cała pewnością potrafili za Romę, a później za Imperium Romanum, umierać jak nikt inny. Przed rokiem 85 legiony były trudną do opanowania hałastrą, po 85 zdyscyplinowaną machiną wojenną, która dobrze karmiona ludźmi, rosła i rosła, i rosła, aż sama zaczęła pochłaniać świat. Podbijać i cywilizować, pokrywając paskudną twarz kontynentu porządną siecią dróg i od linijki pobudowanych Kolonii. 

Ale plebs zawsze pozostanie plebsem, niezależnie od tego, ile błękitnej krwi się weń wleje. Jakby to był stan ducha, nie klasa społeczna. 

– Co widzisz, kapłanie? – zapytał, odwracając twarz od stygnących flaków i patrząc na kurtynę, osłaniającą ich obu, truchło zwierzęcia i sanctum sanctorum od rozciągającego się w dole Forum.

Kapłan, mężczyzna koło sześćdziesiątki, ale dobrze się jeszcze trzymający dawny centurion Piątego Legionu, wstał, stanął prawie na baczność i powiedział po prostu:

– Widzę klęskę, panie. 

To było to, czego Appius się spodziewał, kiedy zobaczył te czarne narośle. Ale to było także coś, co nie mogło się pokazać. 

– Zabij kolejne – rzucił krótko. 

Mężczyzna nie drgnął, tylko powiedział: 

– Ludzie będą się dziwić, dlaczego wielki Appius każe powtarzać wróżby. Zaczną się plotki. Latium plotkuje, jak nikt inny – dodał, wzruszając ramionami. 

Appius potrafił docenić uwagę kapłana. Była słuszna. Plotka była narzędziem polityka i kucharki, senatora i niewolnika. Nikt nie był przed nią bezpieczny, bo prywatność nie była rzeczą, w którą w Romie oraz stworzonym przez nią Imperium wierzono. Władza była sprywatyzowana, a wszystko inne było bardzo, ale to bardzo res publica. 

– Rozwiązanie?

Mężczyzna wyprostował się, jak w czasie parady. 

– Appius składa ofiary w podzięce za uratowanie go przed knowaniami jego siostry – wyszczekał, jakby zdawał raport legatowi.

Appius skinął głową, aprobując pomysł i zostawiając jego wykonanie sprytnemu kapłanowi. Wyszedł zza kotary, oddzielającej pomieszczenie wróżebne od właściwej świątyni i stanął przed posągiem bóstwa. Rąbek togi założył na głowę, jak każdy obywatel w czasie czynności religijnych. Pochylił głowę, jakby słuchał słów, które podsuwa mu Jowisz.

Ryk zwierząt ofiarnych słychać było na całym Forum, a plebs, jak to plebs, zbliżył się przyciągnięty zapachem krwi i możliwością darmowego żarcia. Mięso wołów nie nadawało się do jedzenia, za to ich wątroby były smakołykiem. Żaden senator, żaden legat, nawet sam król nie zanegowałby prawa plebes do darmowego pożerania resztek ofiar. 

Trzy godziny później blady kapłan, skąpany w burej jusze, znowu stanął przed Appiusem. Nie musiał nic mówić. 

Appius odwrócił głowę i wydął wargi.

W takich rodach, jak jego, u Juniuszy, u Witelii, u Bruti, jeszcze w kilku najstarszych rodzinach, wywodzących się od najmądrzejszych, najbardziej bezwzględnych i najsilniejszych ze Ściągniętych, doskonale wiedziano, że bogów nie ma.

Ci, w których moc wierzono na Ziemi, zostali daleko, daleko w czasie i jeszcze dalej w przestrzeni, pod zupełnie innym niebem. To niebo, które rozpościerało się nad głową Appiusa, granatowe, pogodne i wygwieżdżone, wyglądało inaczej, niż to namalowane wieki temu przez Gnejusa Sutoriusa w świętej jaskini Latium, w Lupercal. Żadnej z upamiętnionych tam konstelacji nie widział teraz nad swoją głową, podobnie jak żaden z ziemskich bogów nie wisiał nad jego losem. Jeśli byli bogowie, to byli nimi ci, którzy ponad pół tysiąca lat temu Ściągnęli tu z Ziemi trzydzieści pięć tysięcy osób i po prostu ich porzucili na pustej Novej.

Appius zastanawiał się nawet, czy nie był częścią jakiegoś kosmicznego śmiecia, zabraną z Ziemi i wywaloną tutaj.

"Jeśli tak" – pomyślał i uśmiechnął się drapieżnie – "to zobaczcie, jakie cuda rosną na moim wysypisku! Latium ma półtora miliona mieszkańców, kanalizację i jest z kamienia. Moje imperium, Imperium Romanum, zamieszkuje pięćdziesiąt milionów mieszkańców. Jeszcze do niedawna niezależne kraje i kraiki stały się częścią czegoś wielkiego, moimi prowincjami."

Jeszcze tylko jedno państewko i jego osiem milionów dusz, i Imperium Romanum będzie zajmować cały, olbrzymi kontynent, rozciągający się, od bieguna do bieguna, a on wreszcie będzie Augustusem! Wreszcie sięgnie po najgodniejszy z tytułów!

Tego mu nie zabierze żadna ilośc narośli na ofiarnych wołach. 

Kiedy tej nocy otworzył drzwi swojej sypialni, w przedpokoju stała dziewczyna. Skinął. Weszła. Kazał jej zdjąć tunikę i uklęknąć na łóżku. No, pomyślał patrząc na nią dłuższą chwilę i ciesząc się widokiem jej drżących, szczupłych rąk i nóg, dziś wreszcie ma większy wybór otworów. Tym razem nie było słychać żadnych krzyków. Ta niewolnica, którą lubił ze względu na jej kruchość, język straciła już dawno, a żelazna obręcz na jej gardle nie pozwalała jej nabrać takiego oddechu, żeby krzyk był możliwy.

~~*~~

Obudził się.

Wreszcie wiedział, co mu się śni. Wreszcie!

Leżał przez chwilę, patrząc w bezruchu na majaczący nad nim sufit jego sypialni i uspokajał oddech. Widział, jak jego pięć legionów topi się w błocie na miejscu, które wybrał do stoczenia ostatniej bitwy z Mongołami. Widział, jak chmury szybko, nienaturalnie szybko, zasnuwają niebo, jak ciężkie warkocze deszczu lecą na ziemię, a ona pije i pije, jak opój z Zatybrza i robi się gąbczasta jak uda czterdziestolatki.

Widział, jak on sam marszczy brwi i zastanawia się nad tym, co zrobić. Jak wydaje rozkaz, a jego legiony toną w błocie, jak lekka jazda mongolska spada na nich jak szarańcza i zabija. Jak reszta Mongołów rusza i robi to samo. 

Tak! Widział tę samą lekką jazdę, którą jego jeźdźcy mieli byli związać w potyczce i zatrzymać! Tak! Te same mongolskie legiony, które miały przejść na jego stronę! Widział, jak później Mongołowie i ich szalona królowa "wyzwalają" to, co kiedyś było jego imperium, a sami wracają obładowani łupami na swoje łyse wzgórza. Widział chwasty zarastające Forum i swoją czaszkę bielejącą wśród kamieni.

Zerwał się, wyszedł, uderzył kolejnego niewolnika, który zerwał się z miejsca, myśląc, że to jego kolej na bycie wezwanym. 

"Głupcy!" – prawie zawył na głos! 

Głupcy! Czy oni wszyscy myślą, że król nie ma na głowie nic innego, tylko dupczenie swojej własności!?

Chwycił pierwszego lepszego pretorianina za gardło. Mocno, udowadniając bardziej sobie, niż jemu, że nie stracił nic z siły, za którą kiedyś kochali go legioniści. Kiedy twarz żołnierza była fioletowa jak pomidor, odsunął dłoń i wyszeptał mu do ucha:

– Przynieś mi głowę swojego prefekta.

Żołnierz popatrzył na niego, na swoich pięciu kolegów, którzy studiowali właśnie freski na suficie, znowu na niego. Później skinął i wyszedł. 

Wrócił po godzinie z zawiniątkiem, z którego ciekła krew. Różowy marmur wessał ją szybko. Appius odwinął materiał, który okazał się obciętym byle jak, chyba mieczem, kawałkiem płaszcza nieżyjącego prefekta. Zobaczył bladą twarz, łysinę i luźną szczękę swojego byłego wspólnika. Zawinął to wszystko z powrotem.

– Jak się nazywasz?

– Marius Lollius Narcisus.

Appius skrzywił się. Syn wyzwoleńca. No nic, to będzie dobry sygnał dla innych, ambitnych. Da nadzieję kundlom, podobnym do tego tutaj.

– Marius Lollius Narcisus – powtórzył głośno – jesteś od teraz prefektem moich pretorianów. 

Żołnierz wyprężył się znowu.

– Jakie rozkazy, panie?

Appius uśmiechnął się do siebie. Proszę, jaki gorliwy. Jaki mądry. 

– Upewnij się, że mongolskie legiony zrobią to, co miały zrobić – powiedział tylko, odwrócił się na pięcie i wrócił do sypialni. 

Jeśli Marius jest mądry, to zrobi dokładnie to, co mu Appius rozkazał. Jeśli nie, to właśnie znalazł się szybki sposób na wymianę prefekta pretorianów. Appius nigdy nie myślał, że zmiany na najwyższych stanowiskach władzy będą tak proste. A tu, proszę, druga zmiana w ciągu trzech dni i druga zachodząca bez kłopotów. 

"Chociaż nie do końca" – przypomniał sobie, kładąc się z powrotem.

Przecież Oktawia Appia, głupia rura, nie zameldowała się, jak powinna była u niego w Latium, tylko rozmieściła cztery swoje legiony wzdłuż dawnej granicy Romy i Alemanii, a piąty poprowadziła do obozu odległego o dzień marszu od miejsca, które wybrał na bitwę. Strategicznie było to wyjątkowo mądre, ale politycznie – samobójcze.

"Nie, nie zabiję jej" – zdecydował.

Ukarze ją, to oczywiste. Boleśnie, upokarzająco, upodlająco, tak żeby nie mogła nosić głowy wysoko, jak nosiła ją jej matka. Będzie dowódcą, bo on tak chce, ale długo będzie pamiętać, że nie oddała królowi, co królewskie. Co ważniejsze, inni o tym nie zapomną. 

Zasnął, wymyślając sposób ukarania swojej siostrzenicy.

Kiedy się obudził, przypomniało mu się, że któryś z jego przodków w utajnionych i pisanych szyfrem zapiskach dla władców napisał: "Strach trzeba zwalczać strachem, a przesąd przesądem. I jeden, i drugi musi być potężny, sprytny, musi bazować na podstawowych emocjach". 

Jego koszmary i złe omeny, w które nieodmiennie zmieniały się wróżby kapłanów, były przecież czystymi przesądami. Potrzebny mu był potężniejszy przesąd. 

Potrzebna mu była przełożona westalek. Słyszał, że pojawiła się u nich prawdziwa wieszczka. Pierwsza taka od stu lat. Jak w jednym zdaniu mogły pojawić się słowa "prawdziwa" i "wieszczka" i się nie zagryźć, tego nie wiedział. 

~~*~~

Na Poppeę Witelię wpadł na jednym z szerokich korytarzy swojego pałacu, następnego dnia rano. Przełożona westalek miała na sobie szarawą pallę nałożoną na równie szarą stolę. Stola była przynajmniej ściągnięta paskami pod biustem i w pasie, więc widać było, że te jardy materiału nosi baba. Ale palla, która była niczym więcej, niż prześcieradłem nałożonym na to wszystko, sprawiała, że nawet ta piękna kobieta wyglądała jak krowa. Wysoka, walcowata, a masą materiału ukrywającego piersi, który wyglądał jak wymiona, z małą głową. Krowa.

Nawet legionistki ubierały się lepiej niż kapłanki.

Appius, przy całej swojej niechęci do kobiet w życiu publicznym, jaką przejawiali wszyscy arystokraci Romy, uważał, że fakt, iż założyciel Latium zezwolił pizdom na służbę w legionach, miał dwie zalety.

Pierwszą było niewątpliwie to, że pula kandydatów do poboru w ciągu jednego dnia prawie się podwoiła. To wydaje się trochę wbrew logice, patrząc ze współczesnego punktu widzenia, ale w początkowych latach Romy, kiedy o Imperium Romanum nikt jeszcze nie myślał, a wszyscy chcieli po prostu przeżyć, wśród Ściągniętych i w dwóch następnych pokoleniach, które urodziły się na Novej, było tyle samo słabych fizycznie mężczyzn, ile słabych fizycznie kobiet.

Dodatkowo, wśród tych Ściągniętych, którzy później założyli Romę, było tylko stu osiemnastu żołnierzy. Jakaś połowa z nich była kobietami, co gorsze, najwyższym stopniem wśród wszystkich mogła się wykazać kobieta, niejaka Julia Withers, "pułkownik USMC", jak napisano na jej grobie.

"Mięsa armatniego nigdy dość" – musieli myśleć jego przodkowie, on sam zgadzał się z tym w zupełności. Poza tym stał na stanowisku, że jeśli kobieta chce walczyć i służyć latami w legionach, to jej geny nie powinny być dalej przekazywane, bo są najzwyczajniej w świecie zepsute. Co prawda ani Appius, ani nikt z jego współczesnych, nie wiedział już, czym są geny i jak działają, ale sporo o nich jest w pismach ich przodków, a ten cytat wyjątkowo pasował mu do sytuacji. 

Drugi powód był taki, że kobiety po prostu dobrze wyglądały w wojskowych tunikach. Miały mniej owłosione nogi niż legioniści, zwykle także miały zgrabniejsze tyłki, nawet rany i blizny na ich ciałach wyglądały jakoś lepiej. Dodatkowo, jeśli miał do wyboru piękną kobietę, jak Poppea Witelia w stoli i pod pallą, i średnio urodziwą legionistkę w tunice, wolał tę drugą. 

Szarpnął Poppeę za ramię, zatrzymując ją w miejscu. Inaczej, tłumaczył sobie, po prostu przeszłaby obok niego, śpiesząc do swoich obowiązków, jakby cokolwiek czy ktokolwiek był ważniejszy, niż on.

– Chodzą słuchy, że masz wieszczkę pod ręką?

Kobieta zbladła i usiłowała się odsunąć.

O, właśnie, o to Appiusowi chodzi. O nie do końca czyste sumienie.

Tutaj, na Novej, czasem rodził się ktoś, wykrzywiony przez tę planetę. I nie chodziło mu o fizyczną deformację. Dzieci dalekie od fizycznego ideału od początków Romy były pozostawiane swojemu losowi. Tak robiono w "starożytnym Rzymie", taką decyzję podjął jego przodek. Zostawianie niektórych noworodków na płaskim kamieniu nad Tybrem, ocaliło Romę przed słabością ciała, sentymentalizmem oraz przed kosztami opieki. To, zdaniem wielu scholarów, było podstawą szybkiego wzrostu młodego państwa i jego ekspansji.

Niektórych deformacji jednak nie widać. To nie krzywe plecy, plama na twarzy, nie niesprawna noga, ręka, zez. Niektóre z nich są dobrze ukryte. Nawet jednak szaleństwo da się w końcu zauważyć i można zapobiec jego rozprzestrzenianiu się. Ale niektóre z uszkodzeń są jeszcze głębsze niż ono, tak głębokie, że aż groźne.

Dlatego ci, którzy potrafią myślami wpływać na przedmioty fizyczne, przesuwać je, odkształcać, są zabijani. Ci, którzy czytają w myślach, także. Inni, wariaci myślący, że mają jakąś tam "magię", umierają równie szybko. Bo "magia" nie istnieje, istnieje tylko i wyłącznie szaleństwo, na które nie ma miejsca w Romie.

Jednak czasem rodzi się ktoś, zwykle to oczywiście jakaś baba, kto w powszechnym odbiorze jest uznawany za wieszczka, wieszczkę. Ktoś, kto umie zaglądać w przyszłość, rozumie sny, łagodzi niepokoje samą swoją obecnością. Tacy pojawiają się rzadko i zwykle są oddawani lub sprzedawani do świątyni Westy. 

Takie przesądy, jak wiara w moc wieszczki, nie są zakazane, nie są też karane. Wiara w nie jest równie skuteczna, jak wiara w ogóle, każdy senator i legat rozumieli to doskonale. Religia, wiara w magię i wynikające z nich obu przesądy były powszechne w niższych klasach i doskonale służyły utrzymywaniu ich w szachu i w posłuchu. Hańbą było w tym przypadku jedynie to, że mogło się okazać, że wierzyła w te bzdury senatorska córka. 

Potrząsnął nią mocniej. Pretorianie, którzy zawsze mu towarzyszyli, podeszli bliżej. Westalka wyprostowała się i odsunęła jego rękę. Prawie się roześmiał. Co się dzieje z Romą, że tylko kobiety mają na tyle sił, żeby mu się przeciwstawić? Musi mocniej zająć się jakością mężczyzn, wszystkim virtutes, które powinni byli posiadać, a nie posiadali.

– Panie? – uniosła brwi, ale pochyliła głowę, jak powinna była przed królem i mężczyzną. Zważywszy na jej pozycję przełożonej kapłanek Westy, to było zaledwie kilka centymetrów, ale ważny był fakt, a nie skala. 

– Sprawy wagi państwowej, nie muszę się tłumaczyć. Chcę zobaczyć tę wieszczkę, o której mówi całe eleganckie Latium, a którą wystawiasz ponoć na pokaz.

Wyprostowała się jeszcze bardziej. O, teraz widział w niej córkę Witeliusza Domicjusza Odo. No, to jednak pod tymi zabobonami i głupotami jest kawałek rzymskiego charakteru. 

– Nikogo nie wystawiam na pokaz… panie – dodała to ostatnie po ledwie wyczuwalnej przerwie – Całe eleganckie Latium powinno się wziąć do czegoś pożytecznego, nie tracić czas na jałowe gadanie. 

Zgadzał się z nią, ale nie mógł się do tego przyznać. Nie po to zyskuje się nad kimś przewagę, żeby ją tak szybko stracić. Poppea mówiła dalej:

– To, co robiłam, to sprawdzenie jej… domniemanych umiejętności w komnacie deprywacyjnej. 

Westalki miały pod ich świątynią miejsce, które było idealnie ciche, idealnie ciemne, idealnie suche, i prawie pozbawione zapachów. Kiedy się do niego wchodziło, traciło się poczucie własnego istnienia. Kapłanki używały go zwykle do medytacji.

Ale proszę, proszę, okazuje się, że czasem sprawdzały w nich wieszczki. Ciekawe, o tym nie wiedział. Musi usprawnić działanie swoich szpiegów u westalek. Czas, żeby kolejna z nich została pogrzebana żywcem. To nauczy następną informować go o wszystkim. 

– Jak zatem znajdujesz jej… – kilka kroków w ciszy – zdolności?

Poppea szła w kierunku wyjścia z pałacu, wyprostowana, dumna. Gdyby nie była tak stara, nadawałaby się na jego żonę. Ale ile ona ma lat? Czterdzieści? Jakoś niebawem skończy się jej służba u westalek. Za stara na żonę. Ale jako kochanka? W życiu nie miał czterdziestoletniej dziewicy. 

– Są ciekawe – powiedziała bez zastanowienia – nie mam dla wielu z nich racjonalnego wyjaśnienia. Dobrze interpretuje sny, ale to kwestia psychologii i znajomości kontekstu – Poppea Witelia wzruszyła ramionami, absolutnie lekceważąc takie umiejętności – Co jest ciekawe, to fakt, że potrafi wziąć sen i go zmienić, a śniący doświadcza zmian. Wyobraź sobie, panie… – powiedziała z ożywieniem, podnosząc głowę w jego kierunku.

Stali na pierwszym dziedzińcu, gdzie ruch zamarł, ledwie się pokazał, a potem rozpoczął się ze zdwojoną energią. Poppea zarzuciła na głowę rąbek palli, ale słońce i tak błysnęło w jej jasnych włosach.

A może jednak powinien pomyśleć…? 

Nie. Za stara.

Skupił się na tym, co kapłanka mówiła. 

-… całkowicie. Myślę, że to ciekawe i warte studiów – dodała ostrożnie.

– Powtórz jeszcze raz, co powiedziałaś – rozkazał w gburowaty sposób.

Zawsze tak robił, kiedy się rozproszył i chciał coś usłyszeć kolejny raz. Ton jego głosu jasno dawał do zrozumienia, że rozmówca jest winny, że to on powinien przeformułować zdanie, które właśnie opuściło jego usta. Kto śmiałby pomyśleć, że król po prostu odpłynął myślami? 

– Powiedziałam, że to ciek…

– Nie! To, co było wcześniej! – warknął, tym razem już zniecierpliwiony. 

Stała bokiem, pół kroku za nim, patrzyła na Forum rozpościerające się u ich stóp. U jego stóp.

– Powiedziałam, że ma zdolność wejścia do snu i zmienienia jego… treści. Kiedy śnisz na przykład o spacerze po łące…

– Nie śniłbym o czymś tak trywialnym – wszedł jej w słowo i miał ochotę zepchnąć ją ze stromych schodów, żeby spadła w dół i rozwaliła tę jej czaszkę, w której może się taka myśl urodzić! Oto dowód na to, że kobiety słusznie są odsunięte od spraw państwa. 

– Kiedy komuś śni się, że chodzi po łące…

– Komu przyszłoby do głowy śnić coś takiego? – powiedział, teraz już tylko z czystej złośliwości. 

– Panie, chcesz usłyszeć, co mam do powiedzenia, czy nie? – lekko odwróciła twarz w jego stronę i pochyliła głowę. Podobnie jak on, zdawała sobie sprawę, że wszystkie oczy na Forum są skierowane na nich. Nim to zrobiła, zeszła trzy kroki w dół, żeby stać wyraźnie niżej niż on. Uśmiechnął się łaskawie na użytek oglądających go poddanych. 

– Pod warunkiem, że przestaniesz mówić nonsensy.

– Magia jest nonsensem, cieżko ją ujmować w inne ramy – powiedziała, wskazując jednocześnie na coś na niebie, jakby chciała mu pokazać znak, jaki dają mu niebiosa. A na niebie widać było faktycznie coś niezwykłego i rzadkiego: tęczę. Uśmiechnął się promiennie. Tęcza musiała być znakiem, że jego wrogowie, jak światło ich słońca, zostaną rozproszeni, a ich los ucieszy jego oczy. Wzniósł ręce w wyrazie tryumfu, a Forum, pulsujące życiem i ruchem, zawyło w radosnej odpowiedzi. 

– Mów o tej łące – powiedział do westalki. 

– Kobieta ta może sprawić, żebyś widział nie łąkę, tylko rzekę, potem inne rzeczy, na przykład, że biegniesz, leżysz, pływasz. Cokolwiek byś nie chciał. A ty… – powiedziała szybko, widząc, że chce jej przerwać – śnisz świadomie i wiesz, co się we śnie dzieje. To jest sen i nie sen jednocześnie. 

– Hipnoza? – szepnął, bo w zapiskach pierwszego pokolenia Ściągniętych padło to słowo i trzy zdania o tym zjawisku: "pod wpływem hipnozy James opowiedział o swoich kontaktach z jednym z Kitajców. Odpowiadał niepytany, podawał detale, nie było konieczności używania siły w czasie przesłuchania. Zgodnie z przewidywaniami nie pamiętał, co powiedział po wybudzeniu z niej". Pamiętał ten fragment dokładnie, bo pojęcie "hipnoza" wydało mu się groźne i fascynujące. Jakież to byłoby narzędzie! Mógłby wydać każdy rozkaz, każdy! I nikt, a już na pewno nie cenzorzy, nie wydobyłby od wykonawców jego poleceń obciążających go zeznań. 

Appius pamiętał los swojego praprapradziadka, po cichu odsuniętego od władzy po tym, jak cenzorzy śmieli prowadzić przeciw niemu śledztwo. Oczywiście teraz nie było cenzorów tak odważnych i tak głupich, ale po co ryzykować przyszłość Imperium Romanum?

– Przyprowadź ją do mnie. Zaraz – powiedział i odwrócił się w kierunku wejścia do swojego pałacu. 

Zakładając na chwilę, że Poppea Witelia nie jest kompletną kretynką, a jej wieszczka nie jest oszustką… Zakładając te dwie rzeczy tylko na chwilę i tylko w celu przeprowadzenia eksperymentu myślowego. Oto na chwilę przed tym, zanim musi wyruszyć na tę z kampanii, która ma być ukoronowaniem wszystkiego, co zdziałał w swoim życiu, mógłby mieć szansę sprawdzić, co się stanie w czasie bitwy! Może śnić i podejmować różne decyzje, sprawdzać, co się stanie! Może testować materię własnego mózgu, bo czym innym są sny, niż polucjami umysłu?

Wziąłby ten sen, koszmar, który go nawiedzał. Zmieniłby rozkaz, który wydał. Jaki byłby los potyczki? Co by się zmieniło? 

Mógłby mieć szansę na zweryfikowanie wszystkiego! Spróbowania wszystkiego, przetestowania każdej z możliwych akcji. A kiedy wreszcie stanie na wzgórzu, za swoimi legionami, już nikt nie odbierze mu zwycięstwa! Nie! To nie będzie zwykłe zwycięstwo, to będzie klęska Mongołów! Po niej nikt i nigdy nie podniesie głowy w daremnej rebelii. Imperium Romanum będzie bezdyskusyjnym faktem i jedyną rzeczywistością wszystkich mieszkańców Novej!

Oczywiście, nie był tak naiwny, żeby myśleć, że nie trzeba będzie po nim docisnąć śruby tu i ówdzie. Oczywiście, że tak! Ludzie, tego był absolutnie pewien, nigdy nie przyjmują bez walki tego, co jest dla nich dobre. Zawsze się buntują, zawsze! Ale kiedy masz ciężki but legionisty na tchawicy, co możesz zrobić? Leżeć i radować się widokiem nieba, ciesząc się z tego, że nie leżysz pod ziemią, gdzie widoki na przyszłość są raczej marne. 

~~*~~

W sali narad był jego syn, już w mundurze legata i gotowy do drogi, nowy prefekt pretorianów, którego imienia zapomniał, Poppea Witelia i najstarszy z jego wyzwoleńców, Odyseusz, jedyny człowiek, który potrafił powiedzieć, ile kosztuje chleb w każdym z zakątków Imperium Romanum. Odyseusza wezwał, ponieważ chciał go mieć na oku. Od dłuższego czasu przyglądał mu się z niepokojem. Oczywiście, że nie niepokoił się o samego skarbnika! Wyzwoleniec to tylko wyzwoleniec. W kwaterach niewolników są setki takich, którzy tylko czekają na to, żeby ich zauważyć i dać im odpowiedzialną rolę. Taki był pierwszy krok do ich "wolności". Każdy z nich na to czekał, z rozszerzonymi nozdrzami, z nogami prawie uderzającymi w ziemię, zupełnie jakby byli szlachetnymi rumakami, niemogącymi doczekać się wyścigu. 

Nie. On martwił się o siebie i Imperium. Okres przejściowy, ten między jednym urzędnikiem, a innym, jego następcą, był zawsze trudny, zawsze pełen wyzwań. Trzeba było uważać. Nie wydawać za dużo.

A wydawać Appius lubił, chciał i musiał. Po podboju Mongolii musi wejść na jej teren z maszynami budowlanymi, musi zwerbować co najmniej dwa nowe legiony z silnym korpusem inżynierskim, żeby te niecywilizowane pustkowia połączyć z Latium, sercem Imperium. Trzeba będzie wysłać tam gubernatora. Kogoś silnego, z dobrym pochodzeniem, kogoś kto Romę rozumie i ma ją w każdej komórce jego ciała. Trzeba będzie temu komuś dać środki na budowę nowej stolicy prowincji. Tę każe nazwać Colonia Appiana. 

Roma będzie musieć zainwestować, nim będzie mogła zebrać podatki. Na szczęście będzie co opodatkowywać. Mongolia ma bogate złoża kamieni szlachetnych, ma konie, ma pastwiska, ma tereny, które dobrze zarządzane dadzą pożywienie milionom! Teraz ci abnegaci, czczący Słońce i unikający cywilizacji, marnują jedynie przestrzeń, w której ludy z wizją mogłyby rozwijać się w pełni.

To wszystko będzie kosztować. 

Dlatego martwił się, że może zostać bez skarbnika. 

Poklepał po plecach starego mężczyznę, stojącego przy swoim krześle, kruchego w żółtawej todze wyzwoleńców, pochylonego wiekiem i chorobą. Ile on miał? Appius nie wiedział. Nigdy się tym nie interesował, ale chyba ponad siedemdziesiąt. Pamięta, że kiedy był dzieckiem, ten niewolnik jego ojca już wydawał mu się stary. 

– Jak się czujesz, wierny sługo Imperium? – zapytał nieco żartobliwie. 

– Ja dobrze, panie mój – szepnął wyzwoleniec, odwracając się tak, by nikt nie mógł go ani usłyszeć, ani nic wyczytać z ruchu ust. Z powodu takich właśnie szczegółów Appius go cenił. Jemu nie trzeba było batem wbijać do głowy potrzeby dyskrecji i bezpieczeństwa informacji. 

– Zastanawiam się tylko, panie, czy czytałeś ostatni raport skarbowy – starzec pochylił głowę jeszcze niżej i wyglądał, jakby wiek i obawa przed jego władcą zgięły go w pół. Szeptał, doskonale znając opinię swojego władcy o zdolnościach jego współpracowników. "Chcą słyszeć wszystko, nie znają się na niczym" 

Nie. Appius nie czytał tych raportów od kilku lat. Wiedział, co w nich jest. "Skarb jest pusty", "legiony są zbyt drogie", "utrzymanie dużej ilości dorosłej populacji pod bronią i w gotowości bojowej, wpływa negatywnie na produktywność innych dziedzin życia gospodarczego", "inflacja zagraża stabilności monetarnej". Czytał to ostatnim razem i rozkazał autora tamtego raportu przykuć na cały dzień do kolumny Jowisza, na szczycie Kapitolu. Pogoda była wtedy nienajlepsza, upał na przemian z deszczem. Podobno dlatego Odyseusz zachorował i chodzi teraz zgięty w pół. Mógł był znaleźć sposób na poprawę sytuacji, a nie pisać takie rzeczy! Sam jest sobie winny.

Oczywiście, stary, który był wykształcony w twardej szkole ojca Appiusa, w dalszym ciągu składał co kwartał swoje sprawozdania. Appius ich po prostu nie czytał. Nie chciał po raz kolejny karać starego, bo nie miał jeszcze nikogo, kto mógłby go zastąpić. 

Dlatego teraz się tylko uśmiechnął tajemniczo i usiadł na swoim miejscu. Reszta stała. Założył ręce przed sobą i popatrzył na nich. 

Jego syn, wysoki, postawny, ciemnowłosy i ciemnooki, jak jego matka, stał nieco z dala od innych. Był tutaj jedynym, oprócz władcy, mężczyzną z wysokiego rodu, nie dla niego fraternizacja z wyzwoleńcami czy kobietami.

Poppea Witelia stała wyprostowana, jak zwykle podobna w tej jej palli do kupy szarawego kamienia zwieńczonej piękną głową kobiecą. Za nią stała kolejna kobieta w ciemnej palli założonej na burą stolę, ta nie była jednak westalką. Jej strój wskazywał, że pochodziła z equestrian. Zmarszczył brwi. 

Zwykle ci, którzy uważali, że mają "moce", byli plebsem, najniższymI z niskich, ludźmi, którzy w przesadzonych opowieściach i cwanej kombinacji uważnej obserwacji i dyskretnej manipulacji lepszymi od nich, szukali ucieczki od swojego przerażająco niskiego stanu. Jak inaczej plebs może stać się "kimś?" Tylko udając, że coś wie, że ma moce, potęgę, władzę, łaskę bogów. Jedynie przez sekundę, dwie, płonąc na firmamencie Palatynu, mogą zasmakować innego życia. 

A tu jest ktoś, kto nie wygląda na świeżo wyjętego z rynsztoka i oskrobanego z płynącego tam mułu. Ciekawe, że jej rodzina nie zdemaskowała jej i wcześniej nie zgłosiła do cenzorów? Ciekawe, że nikt inny tego nie zrobił. Trzeba przyjrzeć się i rodzinie, i rodowi, i sąsiedztwu. Rozluźnienie czujności i wrażliwości na wszystko, co neguje virtus Romy, jest niewybaczalne. Wieszczki mogą stanowić tradycję Romy, ale nie znaczyło to, że pozwoli tę tradycję kultywować bezkarnie. 

A sama kobieta miała może trzydziestkę, a może nie? Średni wzrost, chudość właściwa dla jej klasy lub nawet wskazująca na to, że kobieta służyła w legionach. Pospolita twarz i włosy o niemodnym w Latium, rudawym odcieniu. Nie dziw, że szuka każdego sposobu na ściągnięcie na siebie uwagi.

Prefekt pretorianów stał najdalej od stołu.

Milcząca, wysoka, mroczna postać. 

Appius zastanowił się, dlaczego nie zasięgnął o nim informacji? Prawie wzruszył ramionami. A jaki to ma sens? Nie ma czasu, trzeba do przodu! Pretorianie są prywatnymi żołnierzami króla, jemu przysięgają, jemu służą. Ich grzechy i zbrodnie są najlepszą gwarancją ich przywiązania do tego, kto stoi między nim, a sprawnym wymiarem sprawiedliwości Romy i stworzonego przez nią Imperium. 

– Zaczynajmy – powiedział i rozsiadł się wygodniej, ciesząc się widokiem stojących przed nim ludzi.

Za chwilę pozwoli im usiąść, ale najpierw niech ich ciała poczują różnicę, jaka dzieli pana i poddanego. Kiedy poczują, ich głowom łatwiej będzie myśleć zgodnie z rolą, jaka jest im przeznaczona.

– Zbliżamy się do ostatecznej bitwy z Mongołami – zaczął z nietypową dla siebie otwartością

Poppea Witelia poruszyła się niespokojnie. Zdawała sobie sprawę, że to jest wiedza, której westalka mieć nie powinna. W tym małym zdaniu praktycznie zawierał się jej wyrok śmierci. Kobieta za nią, opuściła wzrok i nawet nie drgnęła. 

– Chcę spróbować nowej formy analizy planu bitwy – oznajmił i wreszcie wskazał im miejsca.

Jego syn usiadł pierwszy, potem westalka, pretorianin, wyzwoleniec i kobieta. Obserwował, czy wszyscy będą się umieli zachować, ale nie musiał się obawiać, Nowo mianowani, czy starzy wyjadacze, wszyscy wiedzieli, i co, i jak, i kiedy. Siadać, mówić, klaskać, klękać. Dobrze. Gdyby virtus była obrażana w jego własnym domu, w domu króla, Imperium byłoby narażone na upadek. 

– Skorzystam z umiejętności wieszczki poleconej przez Poppeę Witelię, a która ma na imię…? – popatrzył na kobietę, która nawet nie podniosła oczu ze swoich dłoni.

– Agrypina Neronis – powiedziała Poppea.

Lubił słuchać jej głosu, złapał się na tej nierozsądnej konstatacji, Jej wymowa była staranna i dokładna, nie jak niektórych z jej rodaków, nawet senatorów, którzy uważali, że modne jest gubienie samogłosek. Appius uważał, że to głupie, nie mądre. Ale kwestie niedbałej wymowy i troski o język na razie nie były na tyle ważne, żeby trzeba było zmuszać Senat do zajęcia się nią. "Neronis" czy "N’rons?" Ten dylemat może poczekać. Najpierw tryumf, potem przypomnienie wartości, na których opiera się Roma i jej Imperium. 

– … Agrypina Neronis, która teraz powie nam, jak to będzie wyglądać – zakończył. 

– Nie powie, panie – Poppea skłoniła głowę, jakby przepraszała, że musi zaprzeczyć jego stwierdzeniu – Agrypina nie mówi. Jej ojciec obciął jej język. Będę mówić za nią, jeśli pozwolisz, panie – westalka popatrzyła na niego pytająco. 

Uniósł głowę, zadowolony. Czyli jednak pater familias, ojciec rodziny, zajął się problemem? Dobrze. Dobrze. I tak trzeba sprawdzić, kim jest. Zadaniem państwa jest wspieranie najlepszych obywateli.

– Otwórz usta – rozkazał bezpośrednio Agrypinie.

Kobieta, o której mówili, przełknęła nerwowo. Uniosła oczy, ciemne, jak u większości mieszkańców Latium nie pochodzących z rodów senatorskich. Miała przestraszony wzrok, wzrok królika, ale wyprostowała plecy i otworzyła usta, jak jej kazał. Czerwona masa języka i blizna. Skinął głową, zadowolony. Nie da się podrobić takich uszkodzeń. 

– Mów – warknął w kierunku westalki.

Może nie powinien być tak ostry, ale nie chciał, żeby przyszło jej do głowy, że może mu zamącić w głowie. On wiedział, gdzie jest miejsce kobiet i gdyby to od niego zależało, żadnych westalek by nie było. 

– Zaśniesz, panie, i będziesz spał – mówiła Poppea, jakby jego ton nie obszedł jej w najmniejszy sposób – We śnie, o który Agrypina poprosi ojca Jowisza…

"Jovis pater" wypowiedziane przez kapłankę było czyste i pewne, jakby nie miała wątpliwości, że sam ojciec bogów wysłucha tej całej Agrypiny. Appius ledwie zdołał ukryć uśmiech

-W tym śnie zobaczysz, panie, sytuację, którą ci ciąży lub nad którą dywagujesz. Potem zostaniesz poprowadzony przez zmiany, których sobie życzysz, tak żebyś mógł sprawdzić, jak twoje decyzje mogą zmienić przebieg… – zamilkła, przełknęła, skończyła – konfliktu. 

Prefekt wyprostował się. Był wysokim mężczyzną, jak większość z tych, którzy już w dzieciństwie zostali wybrani do służenia w legionach. Dostęp do czystej wody, obfitego jedzenia i zdrowe ciała rodziców, prawie zawsze były gwarantami tego, że dzieci są dorodne, a ich szkolenie proste. 

– To może być niebezpieczne, panie – powiedział, a reszta mężczyzn, w tym własny syn Appiusa, przytaknęli. Sam władca parsknął śmiechem. 

– Jesteście głupcami! – powiedział – Zwykłymi głupcami! To, co dla mnie jest interesującą rozrywką, sposobem na zbadanie hipotez i głębi naiwności duchowej, która rozsiadła się na szczytach Palatynu, dla was jest "niebezpieczne?"! Mongołowie są niebezpieczni – syczał tym jego szeptem, którego bali się wszyscy w pałacu – głupota jest niebezpieczna. Brak szacunku dla praw i zwyczajów. Upadek virtus Romy! To są prawdziwe niebezpieczeństwa – powiódł wzrokiem dokoła.

Wszyscy opuścili oczy, tylko niema kobieta gapiła się na niego, jakby była uosobieniem cnót mieszkanki Romy.

Może i była?

Zastanowił się. Musi zapytać swojego osobistego hipokratesa, jak duża byłaby śmiertelność dzieci, gdyby dziewczynkom obcinałoby się języki w niemowlęctwie?

"Co prawda…" – zawahał się na moment – "przyjemniej jest, kiedy je mają, ale krótka przyjemność nie jest warta całego kłopotu, który ostatnio coraz częściej sprawiają". 

– Wierzycie w zabobony! To raz! Nie potraficie pochylić głowy przed wolą władcy, to dwa! – szeptał dalej i patrzył na kobietę.

Ta cała Agrypina wreszcie się zarumieniła się. Nie wyglądała dobrze z rumieńcem.

– Nie rozumiem… – zaczął jego syn, ale Appius nie pozwolił mu nawet dokończyć zdania. 

– Oczywiście, że nie rozumiesz! Jeśli to kłamstwo, to zginie i ta nieszczęsna oszustka, i Poppea Witelia, której nic nie uratuje od oskarżenia o osłabianie Romy – patrzył, jak westalka zamiera, a potem prostuje kręgosłup. 

"Nieszczęsny ten kraj, w którym kobiety uczą mężów, czym jest charakter i odwaga cywilna" – pomyślał Appius któryś raz w tym tygodniu. 

– Jeśli zaś bogowie… – zamilkł na sekundę, bo tutaj musiał postępować ostrożnie i wyrażać się oględnie.

On mógł myśleć o bogach, co tylko chciał, ale prawo zabraniało ateizmu i ostro egzekwowało kary nakładane na bezbożników. On, jako ojciec Ojczyzny, był zobowiązany do dawania dobrego przykładu. We wszystkim. Był ostateczną instancją decydującą, co można, a czego nie. Zaczął więc od nowa, teraz już bez wahania:

– Jeśli zaś bogowie są jej życzliwi i wybrali ją sobie jako pomocnicę, to byłbym głupcem, żeby z tego nie skorzystać. Rozumiecie?

Wiedział, że nie zrozumieli. 

On także nie rozumiał się do końca, ale… 

No dobrze. Sobie może się przyznać.

Bał się swojego snu. Przeraziła go odczuwana w nim niepewność i zagubienie, i to dokładnie w chwili, kiedy miał wydać rozkaz. Wahał się, wybierał. Wydał rozkaz i lawina błota pochłonęła tylu sprawnych żołnierzy! Wszystko przepadło. 

Chciał wiedzieć, co byłoby, gdyby wydał inny rozkaz? Gdyby wybrał inną opcję? Jak skończyłby się sen? Tryumfem? Chciał to wiedzieć. Musiał to wiedzieć. 

Po raz pierwszy w życiu niepewność otwarła przed nim swoją paszczę i po raz pierwszy patrzył prosto w nicość. Jeśli jest możliwość, jeśli jest fragment, kawałek, skrawek możliwości, że tą otwartą mordę chaosu da się zatkać, to on po tę opcję sięgnie.

To przecież jest dokładnie tak, przekonywał siebie, jakby przymierzał różne miecze i wybierał ten, którym włada mu się najlepiej. Kowal kuje wiele mieczy. Każdy z nich jest inny. Kształty mają identyczne, to prawda, ale różnią się długością ostrza, kształtem jelca, grubością rękojeści, środkiem ciężkości, szerokością zbrocza, kształtem sztychu, wagą. Tylko legioniści używają wystandaryzowanej broni. Oficerowie, legaci, arystokracja, equites, wszyscy oni czasem długo szukają tego jednego i jedynego ostrza, które nazwą "swoim". Wiernego narzędzia, które jest bardziej osobiste, niż żona. 

To będzie dokładnie tym, czym jest poszukiwanie idealnego miecza, to będzie jak tropienie narzędzia, którym pokona Mongołów. To będzie podstępem, trickiem, w którym inni będą musieli zobaczyć jego geniusz. On, wielki Claudius Junius Appius, nie obawia się sięgnąć po nieoczywiste, żeby osiągnąć konieczne. 

Widział już siebie, jak odbiera wieniec laurowy z rąk Senatu i jak jedzie w tryumfie przez ulice Latium. Odważny, genialny, umiejący nawet bogów zaprząc do dzieła wspomagania Romy i jej Imperium!

– Czego za to chcesz? – jego syn odwrócił się agresywnie w kierunku kobiety. Młody kogucik postępuje zbyt ostro, ale dobrze, dobrze! Wie, że za każdą ręką wyciągniętą z pomocą, kryje się ręką czekająca na złoto.

– Agrypina nie zarabia – w głosie Poppei słychać było pogardę dla samej myśli, że można by było pieniądze zarabiać, nie dziedziczyć – to, o co prosi, to zapewnienie, że nie będzie prześladowana za posiadanie umiejętności, którymi pomoże królowi. 

– To prawda? – odwrócił się w stronę kobiety, która tylko skinęła. 

Appius zrobił to samo, skinął w milczeniu. O ile jej gest był sztywny i niepewny, jego był starannie wyćwiczony, królewski i godny. Nie powiedział im, co jest naturalne, że w jego opinii śmierć jest przecież najbardziej naturalną z rzeczy i nie jest "prześladowaniem". Patrzył w oczy Poppei Witelii, jakby rzucał jej wyzwanie, jakby chciał, żeby to uprzytomniła tej kobiecie. Milczała jednak, udowadniając po raz kolejny swoją inteligencję. Takie kobiety nie powinny móc zostawać westalkami. Powinny rodzić dzieci dla Romy! Mądre i odważne, jak ich matki. Taka strata dobrych genów, taka strata!

– Nie będziesz prześladowana, ani ty, ani twoi – powiedział solennie prefekt pretorianów, kładąc rękę na głowicy miecza.

Albo kłamie, albo jest naiwny. Appius zastanowił się, czy nie warto przypadkiem, i to w trybie bardzo pilnym, wymienić kolejnego prefekta? Wyrzucił tę myśl z głowy, nie miał na to wszystko czasu, po prostu nie miał!

Kobieta odetchnęła z widoczną ulgą, a Poppea spojrzała na swojego władcę. 

– Panie, nikt tak ważny jak ty, nigdy nie brał udziału w takim… eksperymencie. Mnie wydawało się, że…

O, patrzcie, jak się obudowuje i zabezpiecza, prawda? Uniósł rękę, uciszając ją momentalnie i wzruszył ramionami. Omamy i wrażenia dały się wziąć na smycz rozumu, oczywiście, tylko dobrze ukształtowanego umysłu. Słabe umysłowości mogą się ugiąć pod ciężarem możliwości, które rozważają. To jak zejście z karuzeli. Jeśli jesteś słaby, kręci ci się w głowie i upadasz. Jeśli panujesz nad sobą, śmiejesz się z groteski, jaką jest wrażenie wirującego wokół ciebie świata. 

Groteska, groteską, a bezpieczeństwo nie jest czymś, o czym mógłby zapomnieć, co mógłby zlekceważyć. Musiał znaleźć dobre miejsce… bezpieczne, ale nie intymne, jak jego prywatne kwatery. Na widoku, ale nie dla wszystkich dostępne. Z dala od chciwych paluchów senatorów, z których każdy chciałby być nazwany "kreatorem władców". Blisko ludu. Ale nie tak blisko, by go rzeczywiście widzieli. 

Uśmiechnął się bardzo powoli. Bardzo radośnie. Odwrócił się w kierunku prefekta. 

– Niech Pierwsza Centuria zjawi się natychmiast w świątyni Jowisza -rozkazał. 

Mężczyzna pochylił się i wyszedł wydać rozkazy. Głośny stukot jego podkutych butów słychać było na kamiennej posadzce korytarza. 

– Idziemy – powiedział do reszty. Poprawił togę i ruszył. Obejrzał się na nich, zdziwionych i zaskoczonych – Niespodzianka? – uniósł brwi – Nie sądzę. Nawet jeśli zasnę na kilka marnych godzin, to chcę was wszystkich mieć z sobą. Na wszelki wypadek – powiedział, odwracając się do nich tyłem. Nie obawiał się tego gestu, bo przed sobą miał czterech pretorianów. 

~~*~~

Świątynia Jowisza była idealna do tego, co chciał zrobić. Jej główna sala, jedyna do której wpuszczano zwykłych ludzi, miała kształt wpisanego w kwadrat koła z ołtarzem umieszczonym dokładnie na środku. Do drugiej części świątyni, tej za kotarą, do sanctum sanctorum, do miejsca gdzie kapłani sprawowali najważniejsze ofiary i czytali z wnętrzności ofiar, mieli wstęp tylko męscy członkowie trzystu senatorskich rodzin i wszyscy Juniusze, jego rodzina. 

Stanął na środku, oparł dłoń o błękitnawy marmur ołtarza i pochylił głowę w udawanej modlitwie. Później, kilka długich minut później, podniósł głowę i spojrzał dookoła. Na zewnątrz koła, ale wewnątrz świątyni, stała cała centuria pretorianów. Ustawili się tak, by jak najlepiej pilnować swojego władcy, jeden twarzą do środka koła, drugi twarzą na zewnątrz, w kierunku Forum. I tak stanęli wszyscy, co do jednego. Pod kolumnami biegnącymi wokół kolistej części stali Odyseusz, jeszcze bardziej pochylony i zaniepokojony niż zwykle, Poppea Witelia, jego własny syn i prefekt pretorianów. Po drugiej stronie ołtarza stali obok siebie dwaj kapłani Jowisza. Główny, ten który sprawdzał dla niego wnętrzności zwierząt, i jeden z młodych akolitów, jako służący, którego mogą tutaj potrzebować. Osiem, dobra liczba. 

Agrypina stała, z zamkniętymi oczami, z twarzą uniesioną w kierunku ogromnego posągu Jowisza, wykutego, jak się mówi, zaraz na początku Romy, kilka lat po Ściągnięciu. Jego autor, artysta, którego imienia nie zapisano, spoczął pod fundamentami budynku, w którym się znajdowali. 

Kobieta miała na twarzy wyraz zachwytu i radości, która śmieszyłaby Appiusa, gdyby mógł się tutaj roześmiać. Taki pokaz prymitywnej pobożności! Spojrzał na nią raz jeszcze i zastanowił go wyraz zaufania, który się tam pojawił. Zaufanie!? Do bogów!? A może to była pewność?

Stał, jak na władcę przystało, wyprostowany i szlachetny, wiedząc doskonale, że widać go z każdego miejsca Forum. Z każdego miejsca.

Nic nie było słychać, wszystko było widać.

Lud Latium, któremu służy, od kiedy włożył męską togę, kocha go. Nawet teraz jego agenci kręcą się miedzy nimi, mówiąc, że król będzie odtwarzał stary rytuał, który ułatwi im zwycięstwo i sprawi, że mniej ich najbliższych polegnie w walce.

On, Claudius Junius Appius, był prawdziwym Romianinem. Wiedział, czym jest życie na świeczniku. Potrafił stawać na nim w kluczowych momentach, dając plebsowi wrażenie, że widzą, co robi władza, że państwo, a nawet Imperium są zarządzane na ich oczach. Dzięki temu umiejętnie kreowanemu widowisku plebs głosował, jak plebs miał głosować. Dzięki temu i dzięki faktowi, że to nie plebes ginęli w czystkach politycznych, tylko znienawidzeni zwykle senatorzy i ich dzieci.

Appius odwrócił się w kierunku, w którym patrzyła Agrypina i kazał słudze uprzątnąć ołtarz. Młodzieniec wziął do rąk ostry nóż, o idealnie czarnej rękojeści, który, jak się mówi, został Ściągnięty na Novą z jednym z założycieli Romy. Nóż jest dalej tak ostry, że przecina bez kłopotów pokrytą łuskami skórę wołów.

Uważając, żeby się nie potknąć, chłopak zaniósł narzędzie za kotarę, gdzie oddał je jednemu z zastępców przełożonego świątyni. 

Nie będzie mu tu wygodnie spać, pomyślał Appius, ale… 

Jego syn podszedł i podał mu własny płaszcz. Wojskowy, wykonany ze zbitego, odpornego sukna. Przyjął go z uśmiechem. Proszę, młody wilczek wie, jak należy zachować się na scenie. Appius rozłożył płaszcz na ołtarzu, wcześniej dyskretnie sprawdzając, czy nie ma w nim ukrytych i zatrutych ostrzy. Nie było. Trochę go to zaskoczyło, w pozytywny i nieoczekiwany sposób.

Ułożył się tak wygodnie, jak się tylko dało. 

– Przynieście tabliczki – powiedział do akolity – kobieta nie mówi. Musi mieć możliwość porozumiewania się z wami.

Zamknął oczy, nie czekając na wykonanie rozkazu. Usnął, ledwie przyłożył głowę do kołnierza szorstkiego płaszcza. 

~~*~~

Stał na wzgórzu, nad jego wiernymi legionami, rozłożonymi na równinie jak kolorowe klocki. Deszcz nie padał, ale wilgoć czuć było w powietrzu. Parowała z mokrej ziemi. Wokoło niego stali pretorianie, a obok dwaj legaci.

Obejrzał się na lewo. Oktawia Appia siedziała wyprostowana na swoim wierzchowcu, w czarnym płaszczu legata. Długi grzbiet zwierzęcia i ona sama. Żaden łucznik nie był takim ryzykantem, żeby usiąść za nią na grzbiecie jej zwierzęcia. Hełm zacieniał jej twarz, ale była podobna do swojej matki i wiedział doskonale, że miała teraz zaciśnięte usta, zmrużone oczy, wpatrzone we wroga, i rękę na głowicy miecza.

Na prawym skrzydle jego sił bardzo podobnie wyglądał i siedział jego syn. Tyle że rumak Gajusza Augustusa Juniusa nie tańczył pod nim na jego sześciu nogach, tylko stał spokojnie. Oktawia lubiła nie do końca ujeżdżone konie. 

Wszystko było na miejscu. Do niego należało teraz wydanie rozkazu. W nękającym go koszmarze kazał zaatakować prawym skrzydłem. Kiedy ciężka piechota zaczęła maszerować, całe zbocze wzgórza, na którym stała jego jazda, po prostu się osunęło, grzebiąc i piechurów, i jeźdźców.

W jego śnie…?

Przypomniał sobie, że śni! Że to sen! Tylko i aż sen. Świadomy, pozbawiony rozmycia i jednoczesnego przeostrzenia snów. Nawet zapachy były realne, dźwięki też. Mlaśnięcie błota, pierd konia, szczęk broni, daleki śmiech któregoś z legionistów. Przekleństwo legata, któremu prawie pękł źle zabezpieczony pas.

Wyprostował się, majestatyczny, górujący nad wszystkimi wysokimi piórami sterczącymi z hełmu. 

– Grajcie pobudkę – rzucił do legata, który przekazał polecenie trębaczom.

To było dokładnie to, czego zapomniał zrobić w poprzednim śnie! Zapomniał dać znak legionom Mongołów, że to jest czas na przejście na ich stronę. Może niesłusznie kazał zabić poprzedniego prefekta pretorian? Nie! Słusznie! Kogo miał za to ukarać, siebie? 

Metaliczne, rytmiczne dźwięki rozlały się po wzgórzach i równinie, którą wzgórza otaczały. Znajome, dające poczucie bezpieczeństwa i sensu.

Dowództwo przeciwników dawało rozkaz do ataku, myśląc, że to właśnie zrobił on. Zaczął się śmiać, widząc, jak kolorowe szmaty, które nazywają swoimi chorągwiami załopotały, przekazując sygnały. Legiony Mongołów ruszyły ciężkim truchtem do przodu. Stale i jednostajnie przybliżając się do jego ludzi. Kiedy były na tyle blisko, że oficerowie powinni byli wyciągać miecze, ich chorążowie dali sygnał i Mongołowie podzieliwszy się na dwie części, ruszyli na boki. 

Widział doskonale, jak ten manewr zadziwił dowódców siedzących w namiocie, z którego ich królowa dowodziła bitwą. Zaczął się śmiać, ściągając na siebie spojrzenia najbliżej stojących żołnierzy i centurionów. Nie zważał na to, tylko się śmiał i śmiał. 

Mongolskie legiony nie sięgnęły po broń, tylko jak dobrze wyszkoleni żołnierze Romy, oflankowali jego wojska. Z lewej i prawej. 

Idealne milczenie zapadło nad równiną. Wygrał. Wygrał! Jak mógł nie?

Po drugiej stronie równiny, w miejscu, skąd królowa miała dowodzić jej armią, zostało teraz może dwadzieścia osób. Sztab barbarzyńców. Ich jeźdźcy nie dotarli na pole bitwy, bo ich siły zostały związane przez wojska pomocnicze Imperium Romanum. 

Znowu zaczął się śmiać, aż wreszcie obaj legaci, zrozumiawszy, co się stało, dołączyli do jego radości. 

Tak! Jego manewr, jego plan, nad którym pracował cały sezon zimowy, wreszcie przyniesie Romie upragnione zwycięstwo. Miał właśnie rozkazać, żeby wysłano kohortę po resztę barbarzyńców, pewnie patrzących teraz w oniemiałym podziwie na jego armię, rozpostartą szeroko, jak uda dziwki, kiedy zauważył, że na wzgórzu coś się dzieje. 

Na początku nie miał pojęcia, co. W końcu uniósł się w strzemionach, wytężył wzrok i znowu zaczął się śmiać, a z nim tym razem śmiała się cała armia Romy. 

Ze wzgórza, wprost na nich jechało ze trzydziestu jeźdźców.

Na nich! Położył się na szyi konia i poklepał go po szorstkiej skórze. Tu jest dwadzieścia sześć tysięcy żołnierzy Romy i ponad piętnaście tysięcy Mongołów. A ona jedzie na nich z dwudziestoma… ośmioma osobami? Jakiż dowód jest jeszcze potrzebny? Cipy są takie głupie. 

Ale jeźdźcy zbliżali się, jadąc galopem, pędząc wprost na niego, na najlepsze legiony jego ludu. Nawet jeśli jeden koń miałby zostać ranny, to nie mógł na to pozwolić. Nie teraz.

– Łucznicy – wydał rozkaz legatowi, który przekazał go momentalnie dalej – Strzelić jedną salwę, jedna trzecia dystansu. 

Rozkaz wydany, odczekał kilka sekund, podniósł i opuścił rękę. Rój strzał ze świstem wzniósł się w powietrze, zawisł na chwilę i wbił się w ziemię. Wyglądało, jakby ziemia ostrzegała nadciągającą garstkę i stroszyła sierść. 

Świst strzał przestraszył konie, ale nie zatrzymał jeźdźców. Królowa i jej banda oberwańców nie miała najmniejszych kłopotów w opanowaniem rumaków. Mówi się, że Mongołowie poczynają się, rodzą i umierają na koniu. Wyglądało na to, że raz plotka mówiła prawdę.

Z lewej doleciał go tętent, ale i tak znowu podniósł i opuścił rękę. Kolejny rój strzał wbił się w ziemię, bliżej nadjeżdżających, którzy właśnie sięgnęli po broń. 

– Panie!!!! – Oktawia nadjeżdżała galopem na jej rudawym koniu.

Zatrzymała się przy legatach, zeskoczyła, podbiegła do niego, zdyszana i ubłocona.

 – Panie, pozwól mi na nią ruszyć, nie… – popatrzyła na galopujących jeźdźców – nie zabijaj ich tak. Niech umrą z honorem. 

Pochylił się ku niej, niedużej, drobniejszej niż była jego siostra. 

– Nie poddaj moich rozkazów w wątpliwość – szepnął jej do ucha, a potem złapał ją za szyję. Zacisnął mocno, usłyszał trzaśnięcie kości. Zmartwił się, że ją zabił, ale miał ważniejsze rzeczy na głowie. Odrzucił bezwładne ciało w błoto. Upadło, jak lalka, którą bawią się dziewczynki.

– Salwa! W nich! – krzyknął i uniósł rękę.

Tego rozkazu nikt nie musiał przekazywać łucznikom. Strzały poleciały i wbiły się w ciała i jeźdźców, i koni. Przez chwilę przyglądał się jednemu rumakowi, czarnemu, z czerwonymi plamami nad środkowymi nogami. Może warto go zabrać? Zdecydował, że nie i kazał dobić zwierzę. 

Legiony były trochę milczące, ale wiedział, że to dlatego, że chciały bitwy, której tego dnia nie dostały. No cóż, dostały za to zwycięstwo! I nie straciły nikogo! Niech się pacyfiści cieszą.

Kontynent należy do Romy. Imperium Romanum stało się faktem! 

Wrócił do Latium. Tydzień później zbuntowały się przejęte przez niego mongolskie legiony oraz trzy jego, stacjonujące na granicy wzgórz. Dwa dni później dołączyły do nich Legiony Klaudyjskie, żałujące swojej legatki. Obu legatek. Latium upadło trzy miesiące później, jeszcze nim pierwszy śnieg wyznaczył porę zakończenia sezonu wojennego. Jego bezgłowie ciało ciągnięto na rzeźniczych hakach po schodach z Kapitolu na Forum. Kiedy tłum z nim skończył, zwłoki wrzucono do Tybru. Nim zmusił się do otworzenia oczu, widział jeszcze, jak kotłuje się woda i węgorze o długich pyskach pożerają jego ciało. 

~~*~~

Wstał i oddychał ciężko.

Dobrze, że przypomniał sobie, że jest na widoku i zdążył usiąść z godnością. Popatrzył na klęczącą koło ołtarza kobietę. Była tak zmęczona, jakby to ona walczyła, a potem wlokła jego zwłoki w dół.

Powiódł wzrokiem dookoła. Stali tam, jak znaki zapytania!

Odwrócił głowę, niezadowolony. Podniósł oczy, bo szybki ruch przyciągnął jego wzrok. Miał wrażenie, że pogoda się zmienia błyskawicznie w tym roku. Sezon burz nadchodzi, o wiele za wcześnie. Wiatr nie powinien gnać chmur po niebie z taką prędkością, pomyślał. "Miasto musi widzieć, że się o niego troszczę" – pomyślał i jak wcześniej, na polu bitwy wydał rozkaz. Zdecydowanym tonem:

– Synu – oficer popatrzył na niego – Idź z Odyseuszem i połową żołnierzy. Zabezpiecz naszych ludzi, nasze miasto – starał się brzmieć, jak ojciec zatroskany o dobro ukochanych dzieci.

Wiedział, że jego głos się poniesie dalej, niż za kolumnadę świątyni. To pomieszczenie miało specjalną, doskonale pomyślaną akustykę.

Jego syn zawahał się na moment, ale skinął na kilku pretorianów, którzy nie nazbyt chętnie poszli za nim i starym skarbnikiem. Ich głowy szybko zniknęły z widoku.

Strome schody pozwalały bogom szybko tracić z oczu narzucających się im śmiertelników. 

Położył się. 

– Jeszcze raz! – warknął w kierunku klęczącej kobiety. Nie ruszyła się. Podniosła na niego zatroskaną twarz i pokręciła głową.

– Jeszcze raz! – powiedział z mocą i zamknął oczy. 

~~*~~

"Tym razem" – pomyślał – "obejdzie się bez strzelania do tych samobójczych głupców".

Oktawia nie ruszy się ze swojej pozycji, jej legiony nie będą miały powodu się buntować, inne legiony nie będą niezadowolone, Mongołowie nie stracą ich domniemanego honoru. 

Tak zrobił. W czasie odwrotu, tyły jego armii zostały zaatakowane przez niedobitki mongolskiej kawalerii, które rozbiły porządek marszowy jednego legionu. Wściekły legat zaatakował kilka setek jeźdźców. Mongołowie, którzy dzień wcześniej przeszli na stronę Romy, nie chcieli patrzeć bezczynnie na rzeź pobratymców i zaatakowali Romian. Stracił tego dnia wszystkie cztery legiony mongolskie i trzy z pięciu własnych. To spowodowało rewoltę.

Ten sen skończył się identycznie, jak poprzedni. 

~~*~~

Obudził się i poczuł padlinę. Skąd tu, w tej świątyni padlina? Zwierzęta były stąd zabierane od razu, natychmiast, kiedy tylko zostały ofiarowane. Usiadł powoli, jego ciało jakby zmęczone bezruchem, jakby spał lata. Podniósł wzrok. Pretorianie byli bladzi, podobnie jak jego przymusowi towarzysze. Niedaleko wejścia, na błyszczącej, marmurowej posadce leżała kupa gnijącego mięsa. 

– Co to jest? – zapytał i zdziwił się, jak zachrypnięty jest jego głos

Milczeli. Skupił wzrok, na bladej Poppei. 

– Odyseusz – powiedziała – Wrócił chwilę po tym, kiedy go odesłałeś, trzęsący się i ledwie powłóczący nogami. Ledwie wszedł… – przełknęła i odwróciła głowę. 

Zaklął cicho. Musiał nie zauważyć zarazy krążącej po Latium. Musiał przeoczyć jakiś raport, zajęty planowaniem kampanii i przygotowaniami zdrady Mongołów. 

Kampania! Przypomniał sobie, że ma ważniejsze rzeczy na głowie, niż zaraza. W Latium jest jego syn… Coś go zakłuło, obawa? A co jeśli i on umrze? 

Będą inni synowie, przekonywał sam siebie. W końcu ma tylko czterdzieści dwa lata! Mnóstwo czasu, żeby spłodzić następcę i przygotować go do służby Romie. 

– Jeszcze raz – powiedział do kobiety, która tym razem stała obok ołtarza, patrząc w podłogę. 

Pokręciła głową i podała mu powleczoną woskiem tabliczkę, na której napisała "To niebezpieczne. Świat zaczął się szybciej kręcić". Kiedy przeczytał to ostatnie, popatrzył na nią, jak na intelektualnego robaka, którym była, ale ona tylko popatrzyła przez swoje ramię na kolumnadę. 

Appius, jak wszyscy w świątyni, widział jak słońce wzeszło i szybko ruszyło ku zachodowi, jakby chciało mieć dzień z głowy, szybciej i szybciej. Zaczął się śmiać, zardzewiałym śmiechem. Ma swoją karuzelę. Stoi w jej środku! Świat się kręci, a głupcy tracą głowę. Pochylił się do kobiety. Popatrzył jej w oczy, chwycił ją za szyję, jak Oktawię, tylko słabiej. Nie miał na sobie wzmacnianych metalem rękawic, więc nie zrobiły jej prawdziwej krzywdy. 

– Jeszcze raz – powtórzył. 

Pokręciła głową, podnosząc znowu tę samą tabliczkę. Złapał tę obrazę jego odwagi i konsekwencji lewą ręką i cisnął daleko od siebie, za rząd pretorian. Za karuzelę, jak to nazywał. 

Zacisnął prawą dłoń mocniej, uważnie obserwując oczy kobiety, coraz bardziej czerwone i wybałuszone. Wypuścił ją. Opadła prawie bezwładnie, łapiąc powietrze z łapczywością ryby wywleczonej na brzeg.

– Zrób to! – rozkazał Poppea Witelia, podchodząc bliżej. 

Wieszczka wyprostowała się, wygramoliła się wreszcie i stała teraz ze sztywnymi ramionami. Patrzyła na niego dziwnie, jakby go badała. Sięgnęła po kolejną tabliczkę. 

"Czy my tu jesteśmy w szkole? Przyszliśmy sobie tu popisać?" – pomyślał, wściekły z powodu kolejnego opóźnienia. 

"Tego chcesz, panie?" – napisała. Prychnął. Czy tego chce? A co przed chwilą powiedział?! 

Milczał, całkowicie ignorując wieszczkę, nie spuszczając za to oczu z kapłanki, która zamiast trzymać się z dala i obserwować wszystko z godnością, uparła się podejść pomóc wstać tej Agrypinie. Współczucie nie jest dobrą cechą charakteru. Roma jej nie lubi. Chciał wiedzieć, czy Poppea Witelia straciła swój charakter całkowicie, czy tylko częściowo, przy tej cennej wieszczce. 

Chyba nie było tak źle z westalką, bo swojego wzroku nie opuściła. Wiedział jednak, że będzie musiał ją zabić, jak tylko stąd wyjdą. Za dużo wiedziała, za dużo jego uwagi przyciągała, była tutaj i była świadkiem. 

Nikt jeszcze nie odważył się zabić westalki, której by nie przyłapano na gorącym uczynku łamania jej ślubów. Ale wszystko przecież da się załatwić. Dla wielu z jego ludzi, "złamanie ślubów" Poppei Witelii nie będzie specjalnym kłopotem. 

Odwróciła oczy pierwsza i spojrzała na wieszczkę. Na szyi kobiety widać już było czerwonawe ślady jego rąk. Dalej ma mocne ręce, nawet bez rękawic. "Ręce zdolne do trzymania lejców władzy" – pomyślał z dumą 

– Jeszcze raz, Agrypino – powiedziała Poppea Witelia do kobiety i odeszła kilka kroków w bok, stając obok fioletowego ze strachu kapłana Jowisza i klęczącego, pochylonego w modlitwie, akolity.

Położył się na ołtarzu. 

~~*~~

Tym razem, to był źle przekazany rozkaz. 

Trębacz, zamiast zaintonować pobudkę, zaintonował sygnał ciszy nocnej i żołnierze zaczęli odwrót do obozu. Wyglądało, jakby jego legiony tylko czekały na pretekst, żeby się zmyć. Absurdalna myśl, jednak nim dowódcom udało się uporządkować sytuację, a jemu przekazać rozkaz ataku, Mongołów nigdzie nie było. Rozwiali się we mgle, podnoszącej się powoli z mokrego gruntu. 

Tak zaczęła się wojna podjazdowa, która związała jego legiony nawet w zimie. Linie zaopatrzenia zostały przerwane i legiony zaczęły głodować. Ich koledzy, w buncie przeciw dowództwu, które nie potrafi nakarmić armii, ruszyło na Latium i zdobyło go. On umarł ze starości, odcięty z resztką armii w jednej z północnych prowincji, która była wszystkim, co mu zostało z Imperium. 

~~*~~

Kolejnym razem kazał zaatakować wzgórze, zanim mongolska królowa ruszy ze swoją garstką samobójców w dół, lub zanim ucieknie i ona, i jej szczury. Wojska mongolskie zdradziły, jak miały zdradzić, królowa i jej sztab zostali zabici. Jednak kiedy jeden z legatów pędził do niego z królewską chorągwią, darem od żołnierzy dla ich władcy, pękł ostatecznie rzemień, który ten idiota ciągle poprawiał wcześniej i mężczyzna spadł pod kopyta rozpędzonego konia, nabijając się na drzewce.

Legiony Romy oczywiście się tym nie przejęły, za to przesądni Mongołowie uznali, że to znak od ich bogów, że sprawa Romy jest nieczysta. Jakby dopiero w tym momencie dotarło do tych głupców, co zrobili. Oszaleli zupełnie i z wyciem zaatakowali oba jego skrzydła. Jego armia zapadła się do środka i prawie zgniotła środkowy legion. Zamieszanie, klęska. Córka królowej, którą jakiś idiota przeoczył pod truchłem konia, na koniec zebrała swoje wojska i zmiotła ich z pola. Zginął wtedy, tam na miejscu. 

~~*~~

Kolejny razem, to był jego syn, który zasztyletował go w namiocie, kiedy świętowali zwycięstwo. "Moja kolej" – powiedział, nim pchnął. Jego ciało niesiono na marach do Latium. Pogrzeb zgromadził wszystkich jego dawnych wrogów i byłych przyjaciół. Tym razem spłonął, a nie nakarmił sobą węgorze czy robaki.

~~*~~

Kiedy obudziwszy się, popatrzył na tę wieszczkę, zadał pytanie, którego nie zadał do tej pory nikomu. Ani publicznie, ani prywatnie. Nigdy. 

– Co mam zrobić, żeby wygrać? – szepnął do stojącej blisko niego kobiety.

Znowu miała lekko zamglony wzrok, znowu nie była w stanie na niego popatrzeć, ale on wydawał się zbyt zmęczony, żeby chwycić ją za gardło.

Pomyśleć, że stał się najlepszym dowodem na to, że długie wylegiwanie się w łóżku degraduje ciało! W polu, na koniu, na Kapitolu, gdzie zawsze był w ruchu, nigdy nie czuł tego znużenia, zmęczenia, słabości, która go dopadła. 

Nie odpowiedziała, podniósł na nią wzrok. 

– Nie bój się – dodał głośniej, żeby reszta nie myślała, że jego wola i chęć znalezienia optymalnego rozwiązania słabnie.

Zapisała coś na kolejnej z tabliczek. Szóstej. Poprzednie, wszystkie z tym samym przeklętym:"to zbyt niebezpieczne, panie" lądowały z łoskotem na podłodze, na kolumnach, na hełmach żołnierzy. Ku jego żalowi żadna już nie poleciała tak daleko, jak ta pierwsza, "poza karuzelę".

Za każdym razem wydawał rozkaz, który ignorowała, klękając u jego stóp. Kilka razy ją kopnął. Raz opluł. Wrzeszczał otwarcie, nie przejmując się tym, że ktoś to widzi i słyszy. Przez ostatnie godziny nic tylko próbuje wygrać wojnę! Skończyć ją! Myśli, podejmuje decyzje, a wszystko to pod presją! Czemu wszyscy mu przeszkadzają, zamiast pomagać?

Za każdym razem pierwsza łamała się oczywiście Poppea Witelia, która mówiła wieszczce: "jeszcze raz, Agrypino". 

– Czekam – warknął. Kobieta podała mu tabliczkę. "Nie wydawać bitwy, niech wojna się skończy". Znowu zaczął się śmiać i odrzucił obraźliwy napis. Upadł, nawet nie zrobiwszy nikomu krzywdy.

– Jeszcze raz – powiedział. 

– Jeszcze raz, Agrypino – od razu odezwała się westalka. 

~~*~~

Tym razem podszedł do sprawy inaczej. Opóźnił bitwę. Zabezpieczył tyły, rozesłał zaufanych ludzi do większych garnizonów, żeby mogli upewnić się co do lojalności legionów i w razie czego stłumić rebelię.

Okazało się, że w kluczowej bitwie, która rozegrała się miesiąc później, niż to wcześniej zaplanował, zabrakło mu dobrych oficerów. Ale Imperium się nie zbuntowało. Tyle, że on zginął pod kopytami własnej, cofającej się jazdy, spanikowanej i nie odpowiadającej na sygnały i rozkazy. 

~~*~~

Wyglądało tak, jakby nic nie dało się zmienić, jakkolwiek by nie podchodził do tej przeklętej kampanii!

Jakby nie szukał sposobu odniesienia ostatecznego zwycięstwa, tylko sam wymyślał kolejny sposób na spowodowanie własnej klęski.

Cokolwiek by nie robił, przegrywał. Łatał w jednym miejscu, rwało się w innym. Powinien mieć tyle rąk, ile wymion ma krowa, osiemnaście, wtedy może dałby radę chwycić jednocześnie wszystkie nitki, które mogły pęknąć.

Czasem śmiał się, kiedy otwierał oczy, bo już zapomniał, jak dziwaczne i groteskowe mogą być powody upadku. Jak żałośnie śmieszne i odzierające z godności. 

~~*~~

Najbardziej absurdalna porażka spowodowana była tym, że chciał podnieść morale swoich żołnierzy. I to w nie jakiś dziwaczny sposób, nie. W normalny, w taki, jaki robił to i on, i jego poprzednicy wiele razy.

Dał ludziom kilka beczek wina i wszyscy się napili za jego zdrowie."Ave rex Appius!", które wykrzyczeli, rozniosło się z siłą gromu po obozie. "Jeśli obserwują nas Mongolscy szpiedzy" – myślał wtedy – "niech patrzą, niech widzą, jak lojalna i zdyscyplinowana armia stanie jutro naprzeciw nich". Po tym ci, którzy mieli służbę, poszli do swoich obowiązków, ci, którzy mieli wolne, poszli spać. Jak zwykle. 

Jedynym, który upił się tak, że rano miał kłopoty ze staniem prosto, był jego sygnalista. Appius nie wiedział o tym oczywiście. Spostrzegł się dopiero, kiedy jego wojska zaczęły nagle wykonywać dziwaczne i bezsensowne manewry. Jak to legiony, robiły dokładnie to i tylko to, co im rozkazywano… to znaczy, co przekazywał dalej pijany szef sygnalistów.

Wtedy został zabity przez legionistów, którzy myśleli, że tylko tak zmyją z siebie hańbę tego, co pokazali Mongołom.

~~*~~

Za każdym razem przegrywał. Jakby wszystko sprzysięgło się, żeby odebrać mu zwycięstwo. Jakby nie miał w głowie ani jednego pomysłu, który by pozwolił wyjść z tego impasu. Jakby nie był… sobą. 

~~*~~

Nie pomogło ani przeniesienie kampanii na zimę, ani na środek lata. Nie pomogło wzmocnienie armii, zmiana głównodowodzącego, ani zatrucie źródeł wody w Mongolii Wewnętrznej, co nakazał w śnie swoim szpiegom. Nic nie pomagało! Śnił, że nie zabił swojej siostry, i że to ona prowadzi legiony. Że nie kazał pozbyć się starego prefekta. Nic! Jakby ta wojna była nie do wygrania. W to nie wierzył. Roma nie przegrywa wojen. Może raz za czas przegrać bitwę, stracić legiony, ale wszystkie jej wojny były wygrane.

Musiał znaleźć wyjście z tej matni. Musiał. Po to w końcu tu był! 

~~*~~

– Co mam zrobić, żeby wygrać!? – zakrzyknął w przestrzeń. Głos który usłyszał, nie był jego głosem. Być zużyty, słaby. 

– Może tej wojny nie da się wygrać?

Odwrócił się w stronę pytającej go Poppei Witelii. No jasne! Oczywistym było, że to pytanie musiała zadać baba. One nie mają pojęcia o wojnie, żadnego i najmniejszego. Kobieta siedziała oparta o jedną z kolumn, widocznie zmęczona. Prefekt pretorianów siedział pod kolejną. Jeszcze dalej kapłani Jowisza. Poza świątynią świat był ciemny i obojętny wobec jego dramatów. 

– Nie ma wojny, której nie da się wygrać, kobieto – wstawał powoli.

Mięśnie, zastane długim leżeniem, nie chciały go słuchać.

– Ej, ty! Wieszczko! – spojrzał na Agrypinę, która sprawiała wrażenie, jakby to to całe "śnienie" odarło ją z sił, których i tak nie miała na zbyciu. Teraz nie wyglądała na zatroskaną i przestraszoną, tylko na kogoś, kto zaraz się przewróci ze zmęczenia. Dobrze. 

Wszyscy powinni się rozejść do domów. Odpocząć i wrócić tu znowu. Kampanię przełoży się o kilka tygodni, żeby się do niej lepiej przygotować. To jest decyzja! To jest decyzja podjęta przez prawdziwego lidera!

Wyprostował się, zaskoczony tym, że długie leżenie na twardym ołtarzu aż tak usztywniło mu mięśnie. Zmusił się do wyprostowania kręgosłupa, zsunął się, stanął na nogach i ruszył w kierunku luki między pretorianami. Jego ulubieni żołnierze wyglądali na tak samo zmęczonych, jak inni. Tyle, że w przeciwieństwie do westalki i kapłana, oni byli dodatkowo przestraszeni.

Oni?

Jego elitarny legion? Pierwsi spośród najlepszych? Nie mogli być przestraszeni staniem na warcie. Nawet, jeśli świat na wewnątrz się kręcił. Jak się opiją, to świat im się nie kręci? I co, tego też się boją?

Ten, który stał najbliżej Appiusa zrobił krok w bok, jakby chciał zejść ze stanowiska. 

– Stój! – warknął prefekt, siedzący po drugiej stronie kapłanów.

Samo to, że siedział, było niebywałe! Prefekci mogą leżeć, jeśli dupczą lub piją, ale nie powinni być widziani, jak ten tu, teraz, na siedząco. Jakby srał. Jakby był kalekim szewcem, kucającym w cieniu kolumnady Forum, czekającym na jakiegoś zdesperowanego klienta. 

Żołnierz wrócił na właściwą pozycję, a prefekt powiedział, nie wstając.

– Nie przechodź, panie, za granicę okręgu – podniósł oczy na Appiusa – Bogowie się chyba na nas zagniewali, panie. 

Appius prychnął i kropelki śliny poleciały w przestrzeń. Prawie się zawstydził. Ale nim wstyd się pojawił, na szczęście przyszedł gniew. Gniew na bzdury, które słyszy! Miał zacząć mówić, co sądzi o… kiedy odezwał się kapłan Jowisza, człowiek, którego jeszcze wczoraj chwalił za logikę i szybkie myślenie. 

– To prawda, panie. Ktokolwiek stąd wychodzi… – mężczyzna zbladł, ale mówił dalej – jakby go kradł czas – powiedział ciszej. 

Appius złapał za ramię najbliższego mu żołnierza i wypchnął go za to, co ci głupcy postrzegali jako "granicę". Pretorianin wrzasnął, potknął się i kiedy znalazł się za kręgiem kolumn, faktycznie zaczął się zmieniać. Włosy się przerzedzały, siwiały, twarz pokrywały zmarszczki, plecy się przygarbiły. Po minucie zmiany się zatrzymały, a mężczyzna popatrzył na swoje dłonie, pokryte teraz pomarszczoną skórą i jakimiś plamami, i zaczął krzyczeć. Z tym krzykiem na ustach, zbiegł ze schodów świątyni, w dół. 

Appius stał przez chwilę, nie oddychając. 

Odwrócił się w końcu do piątki ludzi, którzy byli z nim we wnętrzu. Popatrzył na nich uważnie. Wyglądali tak samo. Tak samo, jak kilka godzin temu, kiedy zaczynał. Odetchnął z ulgą i poczuł, jak pot zalewa mu czoło. "Ulga to potężne uczucie" – pomyślał, kiedy przegarniał włosy. 

Tylko… nie miał czego przegarnąć. Dotknął łysej czaszki raz, potem drugi, potem ryknął ze wściekłości.

– Co mi zrobiłaś?!!! – chciał przypaść do wieszczki, do Agrypiny, ale nie był w stanie. Zamiast tego podszedł wolno, zmęczonym krokiem, jak starzec, trzęsąc się z furii i z obrzydzenia. Nienawidził starości. Żadnej, ani innych, ani swojej. Brzydził się nią. Zawsze kazał się rzeźbić, jako młody człowiek. Młodszy niż ten, którym był. 

Cofnęła się o kilka kroków, rozkładając ręce bezradnie. 

– Pisz! – nasycił tę sylabę taką siłą, że sam by posłuchał tego rozkazu. 

Posłusznie chwyciła tabliczkę i zaczęła coś gryzmolić. Zmazała to, co napisała i zaczęła od nowa. "Nie wiem, co się dzieje z innymi. Nie wiem, co się dzieje".

Appius nie miał siły zrobić z tą odpowiedzią tego, na co zasługiwała. Nie miał siły jej wyrzucić, rozbić w pył. Położył się za to na płaszczu, jak poprzednio.

"Jeśli coś się zaczęło robić, to musi się tę robotę skończyć" – pomyślał. Prawdopodobnie ten koszmar skończy się, kiedy uda mu się znaleźć rozwiazanie, coś, co doprowadzi go do zwycięstwa. Wtedy wszystko wróci do normy.

– Jeszcze raz! – warknął.

Tym razem Poppea nie musiała powtarzać rozkazu. Usnął.

~~*~~

Nic nie pomagało. Nic nie pozwoliło mu przejść nad tą ostatnią przeszkodą, nic nie pozwalało mu wygrać tej ostatniej bitwy. 

~~*~~

Zamienił zatem kolejność podbojów, ot tak, w ramach zabawy umysłowej, żeby dać odpocząć zmęczonej głowie, rozważającej jeden i ten sam problem w koło i w koło. 

Mongołów pokonał i rzucił na kolana jako drugich. Ich królowa dała mu syna, który będzie kiedyś jego namiestnikiem w tej prowincji Imperium Romanum. Jako ostatnich wybrał do podboju lud, który bardzo wcześnie upadł pod butem jego legionów. Barbarzyńcy z lasów w środku kontynentu poddali mu się tak dawno, że tych lasów już w większości nie było. Ogromne, plastyczne olbrzymy stały się budulcem domów w Latium i w innych miastach Romy i jej imperium.

Wtedy do podboju wystarczył mu jeden legion. 

Tym razem stracił cztery. 

Barbarzyńcy spiętrzyli wszystkie strumienie, które płynęły przez środek kontynentu i zalali całą środkową część puszczy, zamieniając ją w nieprzebyte bagna. Pierwsze dwa legiony po prostu wsiąkły. Trzeci padł od zarazy, którą przenosiły owady żyjące w tym przeklętym miejscu. Niedobitki przeniosły zarazę do miast Romy. Rozprzestrzeniła się po gęsto zaludnionych terenach, jak płomień w stodole. W ciągu trzech lat Nova cofnęła się w rozwoju prawie do czasów, w których pojawili się na niej ich przodkowie. 

Czwarty legion został zabity przez mieszkańców Latium, którzy bali się zarazy, i dla których każdy wojskowy był jej nosicielem. 

~~*~~

Musiał stawić czoła faktom: nie był w stanie wygrać tej wojny. 

~~*~~

Leżał bez ruchu, nie mogąc wstać. Podniósł rękę, chcąc wytrzeć ślinę, którą czuł, jak śliską strużką spływa mu po brodzie. Nie widział swojej ręki. Widział rękę starca. Potrząsnął głową, chcąc by staruch, który się przy nim pląta, zabierał się i odszedł.

Won! 

Głos nie wydobył się z jego gardła i drugą ręką dotknął szyi. Skóra, którą czuł pod swoimi palcami, była wiotka, zwisała w fałdach, mokrawa i chłodna. Zadrżał z obrzydzenia. Nienawidził starców, starości, wszystkiego, czym byli. Nienawidził zaprzeczenia siły, męskości, życia i nadziei. Ostatecznej porażki człowieczeństwa, od której wyzwoleniem jest tylko sława, uwieczniona w historii. Co tu robi ten staruch?

Uniósł głowę. Piątka ludzi zamarła, przestała szeptać i podeszła do niego. 

Ile tu siedzą? Trzy, cztery dni? "Raczej tydzień" – powiedział sobie z westchnieniem, Jego planowanie, weryfikowanie hipotez trwało o wiele dłużej, niż by sobie życzył. I było tak bardzo bez sensu, jak myślał, że będzie!!!

Uspokoił się. Nie ma sensu irytować się na siebie, kiedy ma winnych, których należy ukarać za tę porażkę. Kampania musi się przesunąć, trudno. Appius miał tylko nadzieję, że jego syn zdołał wydać odpowiednie rozkazy. 

– Chcę wyjść – wyszeptał i poczuł kolejną mokrą stróżkę na brodzie.

Zniecierpliwiony podniósł rękę, żeby i tą zetrzeć, ale znowu, to nie była jego ręką. Zacisnął swoją. Ta starcza zrobiła to, co chciał, żeby zrobiła jego własna dłoń. Przesunął paskudną kończynę w lewo, potem w prawo. Dłoń, to szponiaste coś, należące do innego człowieka, robiło to, co powinna robić jego ręka!!! Przedrzeźniało go! Drwiło z niego! 

Tylko gdzie jest jego ręka?

Zaczerpnął powietrza, głęboko, głęboko i usłyszał rzeżący jęk, świst i kaszel. I kaszel, który nim szarpnął. Później przyszedł ból pleców. I jeszcze coś zabolało go w brzuchu. Poczuł, jakby coś tam się urwało, pękło i coś ciepłego i mokrego rozlało się w okolicach jego krocza.

W tym momencie zrozumiał, że ręka nie była czyjaś, była jego. Że kaszel był równie jego, jak nieposłuszny pęcherz, jak niewydolne płuca, jak głos przypominający zgrzyt zardzewiałych drzwi. To wszystko było jego. Te klęski, które przeżywał, jedną po drugiej, jedną po drugiej, też były jego. Wszystkie masakry były jego, wszystkie trupy zaścielające pola wszystkich wariantów jednej bitwy były jego.

Nawet wszystkie jego trupy były jego. 

I znowu zaczął się śmiać, nie przejmując się tym, że coraz bardziej moczy swoją togę. Śmiał się, bo jego siostra się myliła. Powiedziała, że nie wygra, bo walczy z sobą. Myliła się! Myliła się! Jakżeż się myliła! Pokonał się. Pokonał się. Myli…

~~*~~

Stali wokół ołtarza, na którym leżał starzec o białej, prawie przejrzystej skórze, splątanej brodzie i chudych dłoniach. Powietrze nagle przestało być takie duszne i wilgotne, i po raz pierwszy od kiedy się tutaj znaleźli, lekki wietrzyk przeleciał przez świątynię. Dobrze, bo zapach moczu starego był nieznośny.

Wróciły także dźwięki. Przez ostatnie godziny, od kiedy tu weszli, słyszeli tylko krzyk króla, rozbijanie tabliczek, jego uspokajający się oddech w tych krótkich chwilach, kiedy wreszcie zasypiał. I siebie. Szelest szat, stuknięcie obcasów, trzask skóry, metal uderzający o kamień. Każdy krok brzmiał tak głośno, że nie chodzili. Każda zmiana pozycji prawie ogłuszała, więc stali, siedzieli bez ruchu.

Teraz wreszcie znowu zaczęli słyszeć miasto, Forum. Śmiech ludzi, piskliwe tony fletów ulicznych grajków, ryk wołów, odgłosy koni, szum rozmów, słów, które nie dały się rozróżnić, ale które wpływały w ich ciszę, jak czysta woda do zmąconej kałuży. 

Zapachy wreszcie też dotarły. Ciepły chleb, Tyber, krew zwierząt z sąsiednich, mniejszych świątyń, ścieki, dym. 

To wszystko było tak niesamowite, że chyba żadne z nich nie mogło uwierzyć, że to wszystko jest, że świat poza świątynią dalej istniał, że znów się objawił. Przez kilka godzin myśleli, że go nie ma, że jest tylko groza starzejącego się, upartego, plującego i zawziętego starca, którego działań nie rozumieli. Niczego tu nie rozumieli. 

Niczego.

Pretorianie poruszyli się niespokojnie, kiedy na schodach do świątyni pojawił się dobrze zbudowany mężczyzna, z dłuższymi niż to uchodziło włosami, w królewskiej todze, z srebrną opaską na czarnych włosach.

Wszyscy wiedzieli, że go znają, ale skąd? 

W końcu Poppea Witelia wyjąkała:

– Gajus Junius Kato?

– Augustus Gajus Junius Kato – powiedział mężczyzna i skinął ręką na żołnierzy, którzy szli za nim. Byli w granatowawych tunikach pretorianów, ale nosili pałki zamiast mieczy. Podeszli do swoich kolegów i poklepując ich uspokajająco po plecach, zaczęli ich sprowadzać po schodach, na Forum. 

Poppea zrobiła ostrożny krok w kierunku granicy okręgu świątyni. Widziała, jak widzieli inni, że pretorianie schodzili i nic im się nie działo. Nie było tego potwornego, nienaturalnego starzenia się, którego byli świadkami w przypadku Appiusa, Odyseusza czy nieszczęsnego legionisty, wypchniętego poza okrąg przez ich zmarłego króla. Rzuciła okiem w dół, na Forum. 

Latium było… ludne. I to nie tylko ludne, ale i kolorowe. Jaśniejsze. Podniosła oczy na Gajusa. 

– Ile… – nie wiedziała, czy może zadać to pytanie.

Odpowiedział. 

– Piętnaście lat. Nie było was piętnaście lat. 

– Wojna? – zapytał kapłan. 

– Wygrana – odezwał się kobiecy głos, z tyłu, zza pleców Gajusa.

Oktawia, niewysoka, ale silna i dumna w mundurze legata, stała na szeroko rozstawionych nogach, patrząc na nich uważnymi oczyma, jakby się bała, że zaatakują. Byli głodni, spragnieni i potrzebowali załatwić pilnie potrzeby, żeby nie zhańbić się, jak stary król. 

– Jak? – prefekt przymknął oczy, bo światło wydawało mu się zbyt jasne, zbyt jaskrawe.

– Podsyłaliśmy im niewolników, tkaniny, biżuterię, przyprawy. Wywołaliśmy głód luksusów, który tylko my mogliśmy zaspokoić. Imperium obłożyło ich całkowitym embargiem handlowym, mogli więc wymieniać się tylko z nami. Dawali nam surowce, zwierzęta, swoich ludzi, dzieci, które odsyłaliśmy naznaczone naszym piętnem, cywilizacją Romy. Sami w końcu przyszli z propozycją zostania częścią federacji – Oktawia dała niewielki znak ręką i żołnierze stojący za nią rozluźnili się.

Widocznie, pomyślała Poppea, nie widzi w nas zagrożenia. To dobrze, westalka sama w sobie zagrożenia w tej chwili dostrzec nie umiała. 

– Skąd wiedzieliście? – prefekt patrzył spod oka na mężczyznę, który także nosił insygnia prefekta pretorianów. 

– Świątyni nie było widać. Niczego tu nie było widać. Była otoczona mgłą i coś ludzi odpychało, nie pozwalając podchodzić zbyt blisko. Mgła wpuściła tylko Odyseusza. Może dlatego, że wcześniej z niej wyszedł? – zastanowił się król, ale wzruszył ramionami, jakby nie było to interesujące – Kiedy wyszedł z niej stary pretorianin, otoczyliśmy świątynię wojskiem, na wszelki wypadek. 

– Dlaczego? – Poppea nie widziała w tym sensu – Przecież nie działo się nic…?

– Nic? – Oktawia popatrzyła na nią ostro – Nic? Król robi się coraz starszy – mówiła szeptem i tylko do westalki, podchodząc do niej blisko – młody żołnierz schodzi po godzinie i jest po czterdziestce? To jest nic? 

Odsunęła się i popatrzyła na wszystkich.

– To mogła być zaraza. 

– Co z nim? – kapłan był ciekawy, a może nawet ciekawski – z legionistą? 

Oktawia pokręciła głową, tym razem ze smutkiem. 

– Zwariował. 

– Zwariował – powtórzyła Poppea.

Odwróciła się, żeby przywołać wieszczkę, ale nigdzie jej nie widziała. Nie zwracając uwagi na innych, wróciła do świątyni, rozejrzała się wkoło, starając się nie patrzeć na zwłoki starca spoczywające na ołtarzu. Na razie nie chciała myślec o dziwności tego wszystkiego, ani o obrzydliwości widoków, ani o własnym starzeniu się, nieuniknionym i rozpoczętym. "Po kolei, zajmę się tym po kolei" – obiecała sobie.

Agrypiny nie było w świątyni, a rzuciła okiem nawet do sanctum sanctorum. Była za to jej stola, palla, tunika, sandały… i to wszystko. Wróciła na schody, przygryzając wargi, myśląc, zastanawiając się czy sama nie zwariowała. 

– Co widzieliście? Tam?

Oktawia idąc w dół schodów, uśmiechała się do ludzi przystających i patrzących na nich z obawą. Widziała gesty odpędzające uroki, splunięcia. Bali się.

– Niewiele – mówił prefekt – Król… stary król – poprawił się, popatrzywszy z obawą na Gajusa, przed którym kroczyła dwójka rosłych, choć nieuzbrojonych pretorian – zasypiał i budził się co chwila. Krzyczał na wieszczkę, na nas, na wszystko. Budził się z każdego snu…

– Starszy – powiedział kapłan.

– Tak. Budził się starszy. Nie zauważał tego. Jedyne czego chciał, to znowu zasnąć. Zasypiał i wszystko się powtarzało…

– Kiedy był stary, chyba chciał wyjść. To wtedy – znowu wtrącił się kapłan, a prefekt zaczął czuć irytację tym ciągłym wchodzeniem mu w słowo – Wtedy właśnie wypchnął tego nieszczęsnego żołnierza. Powiedzieliśmy mu, że czas zdaje się płynąć za okręgiem świątyni szybciej, niż w środku

"Powiedzieliśmy, powiedzieliśmy" – mówił do siebie prefekt – "Ja powiedziałem, ty tchórzu".

– Nie uwierzył, dopóki nie zobaczył – powiedział za to na głos – Później znowu chciał tylko jednego, chciał spać. 

– To wszystko? – Gajus wyglądał, jakby nie dowierzał.

– To wszystko, co się stało przez te dwie godziny. Nasze dwie godziny – Poppea przyłożyła rękę do czoła, gestem pełnym absolutnego znużenia – On zasypiał, budził się, zasypiał i starzał się. Co teraz będzie?

– Pogrzeb starego króla. Oczyszczenie świątyni i ponowne jej poświęcenie. Święto Jowisza, specjalne podziękowanie za łaskę przywrócenia jego sanktuarium – Oktawia prawie wzruszyła ramionami i niewielkim gestem nakazała pretorianom powrót na pierwszy dziedziniec.

Prefekt był pod wrażeniem ich treningu i posłuszeństwa. 

– A z nami? – kapłan rozejrzał się i przeklął w myślach, że nie zwrócił uwagi na to, że już są na Kapitolu. Nie chciał tu być. Wolał swoje wzgórze, swoją świątynię. 

– Odpoczniecie – powiedział Gajus – a potem scholarzy spiszą waszą historię. 

Kiedy przekraczali próg jednej z reprezentacyjnych komnat król wyciągnął miecz. Oktawia zrobiła to samo. Kilka ciosów i upadli, nie zdążywszy wypowiedzieć ani słowa więcej. 

~~*~~

– Powinniście wezwać mnie wcześniej! – "Agrypina" odwróciła się ze złością do pozostałej dwójki – I co to w ogóle jest?

Pokazała na miecze w ich rękach.

– Wy też mylicie wasze życie z ich rzeczywistością? Jestem pod ręką i akumulatory są sprawne, was też z chęcią zabiorę w alternatywy! Może przynajmniej wy… – "Agrypina" krzyczała, co było niezwykle rzadkie, bo ta istota rzadko podnosiła głos – Przypomnicie sobie kim jesteście i co tu robicie, nim będzie za późno! I baczność mi tu!

"Agrypina" szybko poprawiła błękitnawą pallę i zmarszczyła brwi. A oni wyprężyli się na baczność, nie patrząc, nie zwracając uwagi na cztery ciała leżące na kamiennej posadzce. 

– Musieliśmy – "Oktawia" postanowiła nadrobić brawurą. Przykucnęła i wytarła ręce w szatę Poppei – To się mieści w ramach prawdopodobieństwa historycznego i psychologicznego, zarówno tych czasów, jak i postaci. 

"Agrypina" podniosła ją za kark i trzymała tak, żeby nogi "Oktawii" dyndały kilkanaście centymetrów nad posadzką. 

– Jeszcze słowo, jeszcze ruch bez rozkazu, a w raporcie napiszę, że ani ty, ani "Gajusz" nie jesteście zdolni do sprawowania protektoratu nad Novą! Że nie nadajecie się do Floty!

"Oktawia" wreszcie wyglądała, jakby coś na niej zrobiło wrażenie. Dobrze. "Agrypina" uważała, że niektórzy z jej współbraci, zwłaszcza młodsi oficerowie, nie rozumieją złożoności problemu, z którym tutaj mają do czynienia. Nigdy go nie rozumieli, bo też Novej i jej mieszkańców jej rasa nie jest chyba w stanie pojąć do końca. Nie są, to pewne.– "Agrypina" starała się zachować spokój w swoich myślach.

"Ale przecież mogą pojąć, że to nie jest zabawa, tylko badanie realnego zagrożenia dla ich rasy! Że sam fakt nieogarnialności problemu czyni problem większym i poważniejszym!"

Niech mówią, co chcą w Naczelnym Dowództwie. "Agrypina" nie jest paranoikiem. Jest trzeźwo myślącym oficerem, obserwującym rozwój hominidów przesiedlonych na tę planetę, zauważającym potencjalne niebezpieczeństwo czające się na wielu poziomach, nie tylko tak zwanego "zagrożenia strategicznego w odległej przyszłości". 

"W odległej przyszłości?"

Te hominidy są groźne już teraz! Jak inaczej wytłumaczyć coraz częstsze napady szaleństwa oficerów, skierowanych do pracy tutaj? Zdarzały się nawet raz na trzy tutejsze pokolenia! Sytuacja absolutnie wyjątkowa w całym projekcie! Żadna z ich szkółek, żaden z rozsadników nie generuje tylu wariatów, których trzeba likwidować.

Nova była cenną kolonią, dającą jedyną w swoim rodzaju okazję obserwacji hominidów, paternów ich rozwoju, oglądania ich w momentach tworzenia strategii radzenia sobie z presją środowiskową, badania tempa ich adaptacji behawioralnych oraz ich ewolucji technologicznej i społecznej.

"Ciągle zapominamy, że podobnie jak inne rasy obserwowane w projekcie, te hominidy są gdzieś w kosmosie, gdzieś tam sobie żyją, a ich poziom rozwoju jest nieskończenie wyższy, niż ten obserwowany na Novej. To nie Nova jest kłopotem, tylko planeta matka tych istot! Patrząc na to, co dzieje się na Novej, nie da się udawać, że hominidy są niegroźne" – "Agrypina" była absolutnie pewna tego, co pisała w raportach dla Sztabu.

Samo to, co tak wiele razy podkreślała, że ich zachowania i normy społeczne są w stanie doprowadzić do szaleństwa adaptacyjnego nawet ich najbardziej znanych naukowców i dowódców, powinien kazać budować strategie defensywne na wypadek spotkania z tą rasą, oraz powinien zmusić do wydatkowania środków na poszukiwanie miejsca, skąd pochodzą.

"To, że zgubiliśmy koordynaty tej planety, jest tragedią, nie skandalem" – pomyślała, ale nigdzie tego nie napisała. Nikt nie wie, jak doszło do awarii, która zniszczyła logi jednego z automatycznych statków zbierających próbki życia. To mógł być błąd jakiegoś stażysty z koneksjami, albo któregoś z dostojnych emerytów. "Agrypina" nie poświęci kariery, żeby się tego dowiedzieć. Nie zada pytania, które może ją zesłać jako wykładowcę do szkoły podoficerskiej na jakimś pustkowiu.

Kłopot polega na tym, że dwójka młodych, ale już sprawdzonych oficerów jest na najlepszej drodze do powtórzenia błędu swojego zmarłego dowódcy. No, może nie za dwadzieścia lat, ale za pięćdziesiąt? Kandydaci do szaleństwa adaptacyjnego, jak nic. A co z innymi? Kto jest bezpieczny? Żadna rasa tak nie oddziałuje, jak ta. Dlatego ta jest tak niebywale groźna!

No tak, danych astronomicznych i nawigacyjnych żadnej innej rasy nie zgubili, to prawda. Hominidzi to jedyne sadzonki, których jego rasa nie może przypisać do konkretnych koordynatów nawigacyjnych. To pewnie także w jakimś stopniu odpowiada za część przyciągania, jakie hominidzi generują. Aura tajemniczości, zagadki, niebezpieczeństwa… dla młodych i starych, dla żołnierzy, to potężna i inspirująca mieszanka.  

"Oktawia" opadła na podłogę i w milczeniu rozcierała gardło. Nie mogła sobie pozwolić na bycie odesłaną z Novej, w dodatku na skutek niekorzystnego raportu! Nova była jak najlepsze działo fotonowe, potrafiła wystrzelić stacjonujących na niej oficerów w świetlaną przyszłość. Nie było ani jednego admirała w całej Flocie, który by wcześniej nie był protektorem Novej. Tu się obserwowało, uczyło, pisało się artykuły, budowało się własne nazwisko. 

Kto przetrwał dwie tury na Novej, był ustawiony na resztę dni, bo to była trudna planeta. Środowiskowo wymagająca dla ich rasy.

Hominidy miały taki ciekawy koncept kulturowy, "piekło". O ile dobrze go rozumiała i potrafiła używać słowa kontekstowo, to Nova była dla jej własnej rasy piekłem. Wszystko w tym rozsadniku nim było, począwszy od zwyczajów religijnych i żywieniowych, jakie zrekonstruowała ta pobrana próbka, skończywszy na ich rytuałach godowych i systemie wychowywania młodych. Obrzydliwe! 

Ale jakże wzmacniające. Żaden z protektorów Novej nigdy nie stchórzył w poważnej sytuacji, zwłaszcza w obliczu wroga. Nigdy. Co prawda wielu z nich kończyło jak Appius, myląc prawdziwe życie z życiem tutaj, ale to są koszty bezpieczeństwa całości, jaką jest ich Universum.

Pokój jest najważniejszy. I trzeba go zachowywać za wszelką cenę. Jakieś hominidy i kilku protektorów są właśnie tą odpowiednią ceną. Zwłaszcza kiedy, tu "Oktawia" uśmiechnęła się do siebie, ceną ma być jej awans. Już miała w głowie ułożony wykład na temat zarządzania religijnymi wyobrażeniami populacji hominidów w sytuacji poważnego kryzysu, zażegnanego środkami zewnętrznymi. Nawet tytuł jej się spodobał. 

– Ale stary nieźle odjechał, nie?

"Gajus", który do tej pory siedział cicho i obserwował szybkie, i bezkrwawe starcie dwójki jego współbraci, nacisnął kilka błyszczących kamyków mozaiki ułożonej na ścianie i w podłodze otworzyła się szczelina, która pochłonęła zwłoki. Potem fala gorącej pary przeszła nad plamami krwi, potem woda pachnąca chemikaliami i posadzka po kilku sekundach była idealnie czysta.

– Do końca nie odpuścił gry! Nie było dla niego szansy? – odwrócił się z wahaniem w kierunku wyższej z kobiet. 

"Agrypina" zaprzeczyła i tłumaczyła młodszym oficerom:

– Sam widziałeś. To był…– mówiła tonem doświadczonego wykładowcy, praktyka i teoretyka, a oni oboje znowu prawie wyprężyli się przed nią na baczność, jak kadeci – … typowy przykład ostrego szaleństwa adaptacyjnego. Pacjent był zbyt zaangażowany i zbyt skażony wirusem kultury hominidów, żeby móc przypomnieć sobie, że nie jest jednym z nich. Prawdopodobnie wcześniejsze doświadczenia bojowe "Appiusa" były tym, co przeszkodziło mu wrócić do rzeczywistości, nawet pod presją leków i fal mentalnych. Gdyby był zielony – "Agrypina" popatrzyła na nich, ale nie wskazała ich palcem i nie podkreśliła ich braku doświadczenia – Dałby radę się zdysocjować. Gdyby nie przeszedł okresów godowych – tu ściszyła głos – także dałoby się go uratować. Na niego jednak nie zadziałały żadne dawki fal i leków i musieliśmy go niestety stracić. 

– Gdyby nie ta interwencja – Gajus postanowił zabłysnąć – Roma zdobyłaby niekwestionowaną hegemonię na Novej, co…

– …co przypomina mi moje początkowe pytanie i mój zarzut wobec was! – starszy stopniem oficer nie miał kłopotów z przypomnieniem mu ich pomyłki – Powinniście wysłać raport o wiele wcześniej, trzydzieści, trzydzieści pięć lat wcześniej, kiedy Roma zaczęła swoje podboje. Kiedy "Appius" zaczynał swoje podboje. 

– Powinniśmy.

Zgodził się bez walki, wpuszczając jednocześnie "Agrypinę" do podziemi i patrząc, jak sprawnie zdejmuje z siebie ciało hominida. "Oktawia" robiła to samo, zadowolona, że chociaż na chwilę może pobyć w swoim ciele. On został w hominidzie. Jego partnerka zdążyła mu rzucić spojrzenie jasno mówiące "zgłupiałeś?".

Zlekceważył je. Nie skończył jeszcze i miał plan. 

– Moim zdaniem… 

Odchrząknął, zatrzymał się, jakby nad czymś myśląc, a później mówił, dalej stojąc w pozycji, w jakiej powinien stać niższy rangą oficer przed kimś tak doświadczonym, jak ten dowódca.

– W związku z szybkim rozwojem społecznym hominidów i ich znanym wpływem na naszą psychikę, proponuję, żeby skrócić czas służby protektorów ze stu do trzydziestu lat. Pozwoli to zmniejszyć ekspozycję na warunki środowiskowe i otoczenie psycho-kulturowe. oraz ograniczy przez to ryzyko utraty wyszkolonych oficerów. Dodatkowo – mówił, jakby recytował raport z misji – Pozwoli to zetknąć się z hominidami większej ilości wyszkolonych oficerów, co może być nieocenionym assetem dla naszej rasy, zwłaszcza w przypadku, gdyby hominidy kiedykolwiek wychynęły z miejsca, w którym się kryją. 

"Oktawia" słuchała go na początku ze zdziwieniem, które było dla niego widoczne, ale potem rozjaśniała się coraz bardziej. Miał tylko nadzieję, że "Agrypina" zna ich tak słabo, że nie odczyta emocji jego partnerki.

"Gajus" wiedział, że "Oktawia" się domyśli. Jego partner nie przypadkiem był uważany za jednego z inteligentniejszych oficerów młodego pokolenia.

Ten pomysł, jeśli zostanie przyjęty, sprawi, że oni oboje będą ostatnimi w pełni wyszkolonymi protektorami Novej! Ostatnimi, którzy tu spędzą dwie pełne, stuletnie tury!

Na Novej jednocześnie przebywa czwórka protektorów. Wybierają sobie plemiona, w których chcą żyć i obserwują, uczą się, prowadzą badania i eksperymenty, nie mogąc oczywiście ingerować w rozwój hominidów. No, teoretycznie nie mogą, bo czasem ktoś wariuje, jak "Appius". 

"Agrypina" stała bez ruchu i z zamkniętymi oczami. Jego rasa lubiła mrok i kiedy ograniczali dostęp światła do swoich receptorów, ich komórki nerwowe zaczynały reagować jeszcze szybciej, myśleli łatwiej. 

– To dobry pomysł. Przedłożę go Sztabowi. Oboje będziecie uznani za jego autorów – powiedziała po sekundzie zastanowienia. 

"Widocznie" – pomyślała "Oktawia" -"złość na to, że za późno zawiadomili Sztab, już jej przeszła".

No pewnie, że musiała przejść! Kiedy ostatnio ktoś zwariował do szczętu i nie dało się go uratować? "Oktawia" nie pamięta takiego przypadku, a to znaczy, że to było przed jej przylotem na Novą. "Agrypina" była w głowie "Appiusa" i ma tyle danych, że resztę życia może pisać i analizować tylko ten przypadek. Szansa życia trafiła się i jej, więc co się ma pieklić?

"Oktawia" mająca czasem skłonności do niesubordynacji i pokazówek, stała tym razem zgodnie z oczekiwaniami na spocznij i zastanawiała się, co stanie się teraz.

"Zupełnie" – pomyślała z dreszczem wzdłuż kręgosłupów – "jak to robiła ta Poppea, na schodach prowadzących na Forum". Ona, hominidka, też zapytała "co teraz będzie?" Chciała wiedzieć, chciała mieć poczucie pewności i bezpieczeństwa.

Dla "Oktawii" ta myśl, ta konstatacja, była bezcenna, ale jednocześnie absolutnie bezwartościowa.

Odkrycie, że w chwili granicznej i oni, i hominidy reagują podobnie, było jak olśnienie. Sprawiło, że zobaczyła słabą niteczkę możliwego porozumienia z nimi. Kiedyś, nie za jej życia oczywiście, ale za dwa, trzy pokolenia, te sadzonki, trzymane w rozsadniku Novej, staną się realnym, a nie tylko potencjalnym zagrożeniem, warto wiedzieć, że można się z nimi…

Nie, co to za myśli!? Jakim "realnym?" Nikt im nie pozwoli przebić granicy populacyjnego bezpieczeństwa, zapisanego w regulaminie rozsadnika, granicy siedemdziesięciu milionów. Są teraz za połową tej kwoty, za jakieś kilkadziesiąt lat Nova będzie potrzebować katastrofy "naturalnej", która pozwoli przetrzebić i ograniczyć jej populację, i dać kolejną szansę na obserwację hominidów, w innych, znowu zmienionych warunkach. 

Bezwartościowość tego jej odkrycia psychologicznego zawierała się w tym, że nie będzie mogła o nim powiedzieć nikomu, ani nigdzie zapisać. Nawet "Gajus" mógłby to uznać za pierwszy objaw jej szaleństwa adaptacyjnego. 

"Czasem" – pomyślała "Oktawia" – "nauka nie potrafi spojrzeć sama na siebie"

Może warto myśleć o wdrożeniu tu obserwacji komparatystycznych? Jak to zrobili w przypadku tych ras, które kiedyś zagroziły Uniwersum i w końcu skazały się na ewolucyjną porażkę? 

Nie. Za wcześnie. 

– Zostaniecie tu do końca waszej tury. Sztab chce mieć porządnie opanowaną sytuację. Zrobiliście dobrą robotę z tym religijnym płaszczykiem dla wydarzeń. Nie spodziewałam się, że leczenie "Appiusa" zajmie tyle czasu!

"Agrypina" pokręciła głową z niedowierzaniem. Piętnaście lat według rachuby Novej poświęconych na próbę ratowania pobratymca, to nawet dla niej było sporo czasu. No, ale "Appius" nie był zwykłym protektorem, tylko jednym z emerytowanych admirałów, który przyjechał pobyć protektorem i zebrać przy okazji materiały do nowej książki.

"No, to sobie zebrał. No, to sobie chłop pozbierał, że hoho" – "Agrypina" z trudem opanowała radość. Stary admirał był złośliwy i blokował awans i jej, i jej rodzeństwa z gniazda. Ma za swoje. 

– Zareagowaliście szybko. W tym przypadku szybko. To sprawia, że w mojej opinii macie zero. Ani orderu za rozwiązanie, ani kary za spóźniony raport – "Agrypina" uśmiechnęła się złośliwie i pozwoliła to zobaczyć – Czy to jasne?

Wyprężyli się na baczność. "Agrypina" skinęła i nacisnęła przycisk teleportacji.

~~*~~

Kiedy zamknęli podziemie i sprzęt, kiedy odpoczęli, oboje jako oni, nie hominidzi, "Oktawia" popatrzyła na oba ciała.

– Zamiana – powiedziała i włożyła ciało króla. 

Często tak robili, przez co łatwiej im było bronić się przed szaleństwem adaptacyjnym. Mniejsze przywiązanie do jednej formy. Zresztą, obie były ciekawe."Gajus", który był "Oktawią" nałożył swojego hominida i powiedział:

– Wyobraź sobie, stary przeżył swoje życie śniąc! Śniąc! – popatrzył na swojego partnera, wreszcie pozwalając sobie na szczerość – Całe swoje życie wywalił w powietrze! Po chuj? 

Teraz czas na "Oktawię", która teraz była "Gajusem" i na jej przymknięcie oczu. 

– Popatrz na to inaczej – powiedział w końcu – stary spędził całe swoje życie na gonieniu swojego marzenia.

– Niczego nie osiągnął! – "Oktawia" nie wierzył, że racjonalna "Gajus" sugeruje, że to mogło mieć sens!

– Taka jest natura marzeń – król poprawiła miecz i otwarła drzwi. Odwróciła się w kierunku legatki – A czym ty marzysz, żołnierzu?

– O obiedzie – odpowiedział zgodnie z prawdą.

Koniec

Komentarze

Oceanno, mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, że tekst liczący niemal 130000 znaków nie wchodzi do grafiku dyżurnych, więc nikt nie ma obowiązku go przeczytać. Taki tekst, nawet jeśli jest doskonały, nie ma szansy na nominację do piórka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oceanno, 130k to minipowieść, a nie opowiadanie…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Opowiadania są dla leszczy, co nie lubią dużo czytać i nie potrafią odraczać gratyfikacji. *CHANGE MY MIND*

Podpowiedź? Oprócz “skrócić”? 

O.

Oceanno, na początek wrzuć niezbyt długie, skończone opowiadanie. Z pewnością przeczyta je więcej użytkowników.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

dziękuję, tak zrobię. Proszę jeszcze o podpowiedź i cierpliwość. Nie chcę tego usuwać, choć zrobię to, jeśli będzie trzeba. Czy jest sens dokonania podziału tego opowiadania na dwie części? 

O.

dziękuję, tak zrobię. Proszę jeszcze o podpowiedź i cierpliwość. Nie chcę tego usuwać, choć zrobię to, jeśli będzie trzeba. Czy jest sens dokonania podziału tego opowiadania na dwie części? 

O.

Nie, Oceanno, nie musisz niczego usuwać. Choć długie opowiadanie nie znajdują wielu czytelników, należy wierzyć, że może ktoś się skusi na lekturę Twojego. Ja pewnie zajrzę. ;)

Nie ma natomiast sensu dzielić opowiadania na części, albowiem te cieszą się jeszcze mniejszym powodzeniem niż długie teksty.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Najlepiej by było, gdybyś napisała krótkie (tak do 30k znaków) opowiadanie o zamkniętej fabule, np. ze świata tej mikropowieści, które dałoby czytelnikowi wyobrażenie o tym, jak piszesz: fabularnie, światotwórczo, stylistycznie, technicznie. Jeśli się spodoba, więcej osób zajrzy do długiego tekstu.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

@drakaina, @regulatorzy: dziękuję bardzo za uwagi i informacje. Pomogą mi w dalszej pracy

O.

Zgodnie z obietnicą zajrzałam, z trudem dobrnęłam do pierwszej gwiazdki z tyldami i cóż, przykro mi to mówić, ale nic nie zachęciło mnie do przeczytania dalszego ciągu. Miałam wrażenie, że zostałam wrzucona w środek sytuacji, o której nie mam pojęcia – mimo że operujesz nazwami, nie wiem gdzie, ani kiedy dzieje się ta historia, choć wzmianka o mieczach sugeruje, że dawno. Nie mogę obiecać, że jeszcze tu wrócę, aby doczytać do końca.

Do takiego odbioru z pewnością przyczyniło się także wykonanie, delikatnie mówiąc, pozostawiające wiele do życzenia. Lekturę utrudniały zwłaszcza źle zapisane dialogi, nie zawsze czytelne zdania, nadmiar zaimków, że o nie najlepszej interpunkcji nie wspomnę.

Mam nadzieję, Oceanno, że Twoje przyszłe opowiadania będą znacznie krótsze i znacznie ciekawsze, a także lepiej napisane.

 

Wie­dział, że jego cisza i bez­ruch spra­wią… –> W jaki sposób cisza może należeć do kogoś?

 

Wie­dział, że jego cisza i bez­ruch spra­wią, że cze­ka­nie na wer­dykt bę­dzie dla nich nie­zno­śne. Cie­szył go ich dys­kom­fort, obawa i aż pa­ru­ją­ca z nich nie­pew­ność co do na­tu­ry jego re­ak­cji. –> Nadmiar zaimków – czy wszystkie są konieczne?

 

Kulę cięż­kie­go pa­pie­ru rzu­cił w pło­mie­nie. –> Wcześniej napisałaś: Zmiął kart­kę gęsto za­pi­sa­ne­go pa­pie­ru… –> Co sprawiło, że papier nagle stał się ciężki? Bo chyba nie waga napisanych na nim słów…

 

"Zde­mo­bi­li­zo­wać po­ło­wę le­gio­nów"? "Prze­kie­ro­wać środ­ki na od­bu­do­wę in­fra­struk­tu­ry poza La­tium"? "Wlać siłę ro­bo­czą do rze­mio­sła i rol­nic­twa"? "Roz­wi­nąć po­ko­jo­we sto­sun­ki z nie-ro­mań­ski­mi pro­win­cja­mi i pod­bi­ty­mi lu­da­mi"? –> Pytajniki powinny być postawione przed zamknięciem cudzysłowów.

 

i który by cy­wi­lom słu­żył. –> Raczej: …i który służyłby cy­wi­lom.

 

Gdzie mają pra­co­wać, u bar­be­ra? –> Skąd w tym opowiadaniu wziął się barber?

 

Teraz do­pie­ro wy­buchł praw­dzi­wym gnie­wem… –> Teraz do­pie­ro wy­buchnął praw­dzi­wym gnie­wem

 

gniewem, który dziś krą­żył mu jakoś wy­jąt­ko­wo płyt­ko pod skórą. –> Gniew może być w kimś, ale nie wydaje mi się, aby mógł krążyć komuś gdzieś.

 

Co się dzie­je, kiedy on chce mieć prawo wzmoc­nić to La­tium, bu­do­wać po­tę­gę Romy, two­rzyć Im­pe­rium Ro­ma­num? No co? Oka­zu­je się, że wszyst­ko jest waż­niej­sze, niż chwa­ła La­tiumRomy! –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Cisza za­le­gła w sali, gdzie ob­ra­do­wa­ła jego rada. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

On roz­po­czął spi­sy­wa­nieza­pi­sy­wa­nie wszyst­kie­go, co trze­ba. –> Brzmi to fatalnie.

 

– … i to są dane, które do­ty­czą tylko tych… –> Zbędna spacja po wielokropku.

 

– No i co? – wark­nął w ciszę po­ko­ju – No i co? –> W co warknął???

Brak kropki po didaskaliach.

 

Po­ka­zał sze­ro­kim ge­stem na sie­dzą­cych w mil­cze­niu męż­czyzn, jego do­rad­ców. –> Po­ka­zał sze­ro­kim ge­stem sie­dzą­cych w mil­cze­niu męż­czyzn, swoich do­rad­ców.

 

Teraz do­pie­ro roz­parł się w swoim krze­śle… –> Zbędny zaimek – czy rozpierałby się na cudzym krześle? Siedzieć można na krześle, nie w nim, więc: Teraz do­pie­ro roz­parł się na krze­śle

 

– W ciągu dzie­więt­na­stu lat, nie ja­kichś tam "ostat­nich lat". Umysł cię za­wo­dzi, sio­stro – po­pa­trzył na nią… –> – W ciągu dzie­więt­na­stu lat, nie ja­kichś tam "ostat­nich lat". Umysł cię za­wo­dzi, sio­stro.Po­pa­trzył na nią

Tu znajdziesz wskazówki, jak poprawnie zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

jak przyj­mie to, że po­pra­wia, że ob­ra­ża, kwe­stio­nu­jąc jej in­te­li­gen­cję. 

Jej twarz nawet nie drgnę­ła… –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Nie wszy­scy, któ­rzy zo­sta­li Ścią­gnię­ci mieli duszę wol­nych ludzi. –> Dlaczego wielka litera?

 

"O, jaka szko­da"? –> "O, jaka szko­da?"

 

– Nasze im­pe­rium po­więk­szy­ło te­ry­to­rium. Czte­ry razy. –> Czy to znaczy, że imperium cztery razy przyłączało nowe obszary, czy może jego terytorium jest teraz cztery razy większe, w porównaniu z tym, jakie było kiedyś?

 

Mamy pra­wie cały Kon­ty­nent na wła­sność. –> Dlaczego wielka litera?

 

Mieć wresz­cie ro­dzi­nę???? –> Trzy pytajniki w zupełności wystarczą, czwarty jest całkiem zbędny.

 

Złość na nią i strasz­li­we roz­ża­le­nie, że ona nie do­ce­nia, że nikt nie do­ce­nia jego wy­sił­ków i po­świę­ce­nia, że nikt nie wie, ile on po­świę­cił, że nikt, ale to nikt, nie jest w sta­nie to­wa­rzy­szyć mujego misji, po­chło­nę­ły go cał­ko­wi­cie. –> Zaimkoza.

 

… ojcze mój i panie. –> Zbędna spacja po wielokropku.

 

– … jest tchó­rzo­stwem i po­zo­sta­wie­niem… –> Jak wyżej.

 

uniósł ręce do góry, opu­ścił je… –> Masło maślane – czy mógł unieść ręce do dołu?

 

Trze­ba kon­so­li­do­wać wła­dzę i zbie­rać w jed­nym miej­scu naj­lep­sze geny, –> To zdanie powinna kończyć kropka, nie przecinek.

Skąd Twój bohater wie, co to geny?

 

Pod­niósł oczy. –> Upadły mu???

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za uwagi, pomogą mi pisac lepiej. 

O.

Oceanno, proponuję wprowadzać poprawki na bieżąco (nie musisz się zgadzać się z każdą, oczywiście). Tekst jest bardzo długi i jeżeli nie będzie od razu widać, że jest dobrze napisany, sporo osób (spośród podejmujących wyzwanie) go porzuci.

A poza tym kolejni czytelnicy nie będą się przyczepiać do tych samych rzeczy ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Bolly, zawsze warto poprawić opowiadanie prezentowane na stronie. Poprawianie też jest nauką, a tekst pozbawiony błędów – sam przyznasz – prezentuje się znacznie lepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczyałem kilka akapitów “Morza krwi” tej autorki i niestesty, nie podeszło. Szczególnie irytująca okazała się maniera powtarzania wyrazów.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Nowa Fantastyka