- Opowiadanie: yavin - Odmęty szaleństwa trzeciej rewolucji przemysłowej

Odmęty szaleństwa trzeciej rewolucji przemysłowej

Ostat­nio roz­ma­wia­łem z zna­jo­mym o tym, że współ­cze­śnie roz­dział świa­ta na ten in­ter­ne­to­wy i re­al­ny nie ma żad­nej pod­sta­wy.

I trud­no nie przy­znać mu racji – wra­ca­jąc z pracy oglą­da­łem jakiś tran­co­wo–hip ho­po­wy te­le­dysk bez dźwię­ku, wpa­tru­jąc się z za­cie­ka­wie­niem w ekran te­le­fo­nu współ­pa­sa­że­ra. Więk­szość do­brych zna­jo­mych po­zna­łem przy mniej­szym bądź więk­szym udzia­le in­ter­ne­tu – niby przy oka­zji, ale jak­bym chciał, to są de­dy­ko­wa­ne apli­ka­cje od tego. Mam do­stęp do spo­rej czę­ści wie­dzy ludz­ko­ści ot tak, na wy­cią­gnię­cie ręki i nic tej rącz­ki nie po­wstrzy­mu­je przed wsa­dze­niem tam gdzie może za­bo­leć.

Nie ma praw­dy i kłamstw, jest tylko za­ufa­nie – czę­sto szu­ka­jąc źró­dła ja­kie­goś ar­ty­ku­łu oka­zu­je się, że to wąż po­że­ra­ją­cy wła­sny ogon i ser­wi­sy lin­ku­ją do sie­bie w kółko – a fake newsy po­tra­fią po­wie­lać teo­re­tycz­nie po­waż­ne dzien­ni­ki. Mało tego, więk­szość in­ter­ne­tu to boty, craw­le­ry czy inne czar­no­księ­skie SEO. Tre­ści two­rzo­ne ta­śmo­wo przez boty dla in­nych botów – i do­szło do ta­kie­go stop­nia ab­sur­du, że boty są lep­sze w uda­wa­niu ludzi niż sami lu­dzie.

Za­in­te­re­so­wa­ła mnie spra­wa Vo­gu­le Po­land i blo­ka­dy tych­że przez In­sta­gra­ma po skar­dze ze stro­ny TVNu – to o tyle cie­ka­we zda­rze­nie, że na na­szych oczach pry­wat­na firma stała się ar­bi­trem mię­dzy zwa­śnio­ny­mi stro­na­mi i wy­ko­na­ła sto­sow­ny wyrok – pry­wa­ty­za­cja prawa w prak­ty­ce. I chyba nikt nawet tego nie za­uwa­żył.

Miała być glo­bal­na wio­ska, a jest glo­bal­ny try­ba­lizm – dzie­siąt­ki wrzesz­czą­cych na sie­bie ludzi we wła­snych echo cham­bers, krót­kie wi­ra­le gdzie mo­że­my po­pa­trzeć na naj­gło­śniej­sze, naj­bar­dziej obrzy­dli­we ka­wał­ki da­nych spo­łecz­no­ści i w parę se­kund wydać dru­zgo­czą­cy wyrok.

ży­je­my w cy­ber­pun­ku. Pra­wie.

Bra­ku­je jed­ne­go skład­ni­ka – szoku przy­szło­ści.

 

Do­sto­so­wa­li­śmy się le­piej niż kto­kol­wiek by się spo­dzie­wał.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Odmęty szaleństwa trzeciej rewolucji przemysłowej

Były wszę­dzie.

 

Za­czę­ło się nie­win­nie.

 

Eko­lo­gia, eko­lo­gia, eko­lo­gia. – palce ner­wo­wo wy­stu­ki­wa­ły rytm – Re­wo­lu­cja, re­wo­lu­cja

Oczy wiel­kie jak pięć zło­tych.

Mia­sta nigdy nie będą takie same. Nigdy! Do sześć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę. Re­wo­lu­cja. Eko­lo­gia. Re­wo­lu­cja.

 

Uśmie­chy sza­leń­ców.

Zi­gno­ro­wa­łem pierw­sze ob­ja­wy epi­de­mii. Wszak byłem świad­kiem ta­kich ob­ja­wień już kil­ka­krot­nie – po­ja­wia­ła się nowa tech­no­lo­gia, lu­dzie ota­cza­li ją kul­tem, a póź­niej nagle magia zni­ka­ła, sta­wa­ła się czę­ścią co­dzien­ne­go życia. Cud może robić wra­że­nie za pierw­szym, dru­gim, albo nawet i dzie­sią­tym razem – póź­niej staje się nudną co­dzien­no­ścią. Mam do­stęp do całej wie­dzy ludz­ko­ści? Mogę się sko­mu­ni­ko­wać z każ­dym czło­wie­kiem na świe­cie? Sta­łem się jed­no­oso­bo­wym mass media? Fa­scy­nu­ją­ce. Świet­nie. Serio, serio, na­praw­dę. Pokaż mi zdję­cia kotów…

 

Tym razem było ina­czej.

In­ten­sy­fi­ko­wa­ło się. Za­ra­żo­nych było wię­cej i wię­cej i wię­cej. Zanim się obej­rza­łem – byłem oto­czo­ny przez wy­znaw­ców gre­en­pe­ace, zie­lo­nych i in­ne­go szka­radz­twa. To byli lu­dzie, któ­rzy jesz­cze ty­dzień temu mo­dli­li się do Świę­tej Prze­pu­sto­wo­ści, plwa­li na ko­mu­ni­ka­cję miej­ską i po­pie­ra­li­by eu­ta­na­zję, gdyby po­le­ga­ła na udu­sze­niu się spa­li­na­mi wła­sne­go sa­mo­cho­du. Przy­ja­cie­le, ro­dzi­na, bra­cia – znik­nę­li. Zo­sta­li tylko ak­ty­wi­ści miej­scy.

Ich mózgi na od­le­głość śmier­dzia­ły prosz­kiem do pra­nia.

 

…może jed­nak mają tro­chę racji…

…może jed­nak…

 

GRY­ZĄ­CA TRU­CI­ZNA wy­peł­nia moje płuca. Wgry­zam się w filtr, po­chła­nia­jąc po­ło­wę skrę­ta jed­nym wde­chem. Za­my­ka się świat – nie ma już nic poza dymem i mną. Wy­pra­wiam z nim rze­czy, na widok któ­rych pu­ry­stom zro­bi­ło­by się nie­do­brze. Czuję dra­pa­nie ni­ko­ty­ny, mru­cze­nie uspo­ko­jo­ne­go de­mo­na na­ło­gu, słod­ki za­wrót głowy. Eu­fo­rię za­spo­ko­jo­ne­go po­żą­da­nia. Ulgę ko­chan­ka.

Ostat­ni całus na ko­niec ro­man­su. Zo­sta­je tylko mgli­ste wspo­mnie­nie roz­ko­szy i obiet­ni­ca, obiet­ni­ca mi­ło­ści od­wza­jem­nio­nej – ra­kiem płuc.

Nie ma już pa­pie­ro­sa. Je­stem tylko Ja.

 

– Też po­wi­nie­neś spró­bo­wać – na­ma­wiał, na­ma­wiał, na­ma­wiał – to fun. To przy­szłość. Re­wo­lu­cja, Eko­lo­gia, Re­wo­lu­cja. Nie je­ste­śmy sektą. Ha­Ha­hA­ha­HA­Ha – za­żar­to­wał.

– Ha ha ha – za­żar­to­wa­łem.

 

Były wszę­dzie.

Czu­łem, jak mnie ob­ser­wu­ją. Z po­cząt­ku ro­bi­ły to nie­win­nie – zbli­ża­ły się, kiedy od­wra­ca­łem się, żeby za­pła­cić w kio­sku. Po ja­kimś cza­sie ru­sza­ły się na gra­ni­cy wzro­ku – jakby ba­da­ły gra­ni­ce, pró­bu­jąc przy oka­zji do­pro­wa­dzić mnie do sza­leń­stwa. Za­mie­ra­ły, gdy sku­pia­łem na nich uwagę, kiedy pod­cho­dzi­łem, żeby je oglą­dać. Uoso­bie­nie nie­win­no­ści w oczach wa­ria­ta.

Z cza­sem za­czę­li zni­kać lu­dzie.

Wtedy stały się bez­czel­ne – za­czę­ły mnie ota­czać. Po­ru­sza­ły się, po­zba­wio­ne ludz­kich sług, za nic mając ja­kie­kol­wiek po­zo­ry. Kiedy pa­trzy­łem na nie, z nie­do­wie­rza­niem, trzy­ma­jąc dy­mią­ce­go pa­pie­ro­sa w ręce, zwra­ca­ły w moją stro­nę swoje prze­ra­ża­ją­ce, me­ta­licz­ne ob­li­cza. W po­zba­wio­nych mi­mi­ki i emo­cji twa­rzach mo­głem w nim wy­czy­tać jedno – byłem… nie, nie, JE­STEM ostat­ni.

Strach pa­ra­li­żo­wał, nie po­zwa­lał wyjść z miesz­ka­nia – cze­ka­li przed drzwia­mi.

 

Wy­cho­dzę na bal­kon, pa­trzę w dół. Drżę, ale wy­trzy­mu­ję spoj­rze­nie mo­lo­chów ze stali – jest ich kil­ka­na­ście.

Cze­ka­ją.

 

Jest też… cie­ka­wość.

Jak to jest na dru­giej stro­nie?

Co się z nimi d z i e j e?

 

A może to ja je­stem sza­lo­ny. Może, może, może to rze­czy­wi­ście eko­lo­gia, eko­lo­gia, rewo…

 

Trzask za­pal­nicz­ki.

 

Zaj­rza­łem do pacz­ki.

Zo­sta­ły ostat­nie dwa.

 

Teraz to już tylko kwe­stia czasu.

 

Ry­ci­na 1 – sta­lo­we po­two­ry po­lu­ją na lą­dzie, ziemi i po­wie­trzu.

 

Ry­ci­na 2 – trzy po­two­ry nad­zo­ru­ją­ce swoje ofia­ry – i wy­szu­ku­ją­ce no­wych, po­dat­nych na kon­tro­lę umy­słu.

 

Ry­ci­na 3 – gdy Na­jeźdź­cy zdo­by­wa­ją już wła­dzę, prze­sta­ją przej­mo­wać się ka­mu­fla­żem – dum­nie pa­ra­du­ją środ­kiem pod­bi­te­go mia­sta, oto­czo­ne kul­tem swych ofiar.

Ry­ci­na 4 – ist­nie­je nie­licz­ny ruch oporu, gotów sta­wić czoła Na­jeźdź­com. Czeka ich los gor­szy od śmier­ci – setki lat w naj­gor­szym moż­li­wym kosz­ma­rze, pod­czas gdy same ciało cier­pi nie­wy­obra­żal­ne ka­tu­sze.

Koniec

Komentarze

Rycina 1 z wykopu – niestety nie mogę odnaleźć źródła. Ryciny 2-4 z https://gloswielkopolski.pl/.

Przyznaję się bez bicia, weszłam tutaj nastawiona na rąbankę. Te "odmęty", brr. Ale przeczytałam wstęp. Zastanowiłam się. I myślę, że chcesz po prostu bilet na Tramai.

Ale, skoro nie jestem biurem podróży, mogę zaoferować tylko łapankę.

Zignorowałem

Anglicyzm (czy to już poprawne?).

magia znikała, stawała się częścią codziennego życia

To magia się stawała tą częścią?

jednoosobowym mass media

Medium, tak ściśle biorąc. "Media" to pluralis.

Intensyfikowało się

Yy, ale co?

ludzie którzy

Ludzie, którzy.

eutanazję, gdyby środkiem do niej było uduszenie się spalinami własnego samochodu

Znaczy się, gdyby uduszenie się tymi spalinami skutkowało wprowadzeniem eutanazji. Chyba nie o to idzie.

GRYZĄCA TRUCIZNA wypełnia moje płuca. Wgryzam się

W zasadzie to powtórzenie. Akapit dość oniryczny, ale chyba taki miał być – mimo wszystko balansuje na krawędzi przesady.

miłości odwzajemnionej – rakiem płuc

A tu już ją przekracza.

Czułem jak

Czułem, jak.

Z początku robiły to niewinnie

Jak to "niewinnie"? Uważaj na słowa, one mają znaczenie.

odwracałem się żeby zapłacić w kiosku.

Odwracałem się, żeby.

Po jakimś czasie, ruszały się

Bez przecinka.

jakby badały granice

Granice czego? Anglicyzm rażący.

Zamierały gdy

Zamierały, gdy.

Poruszały się pozbawione

Poruszały się, pozbawione. Hmm.

metaliczne oblicze

Na pewno nie "metalowe"? I czemu wszystkie miały jedno oblicze?

Strach paraliżował mnie przed wyjściem z mieszkania

Niepoprawne. Strach nie pozwalał mi wyjść.

nieznaczny ruch oporu

A nie "nieliczny"? Poza tym – fotografia to nie rycina.

w czasie kiedy same ciało

Podczas, gdy samo ciało.

zabrać jednego czy dwóch ze sobą

Anglicyzm, brak kropki.

 

Młodziuchny tekst, ale napisany prawie poprawnie i nawet dowcipny (sama spłodziłam coś w podobnym duchu, więc nie mogę się czepiać). Jak na początek – nie jest źle.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

 Dzięki za miniredakcję! Za oba zalinkowane teksty też – już zaczynam je pożerać.

Znaczy się, gdyby uduszenie się tymi spalinami skutkowało wprowadzeniem eutanazji. Chyba nie o to idzie.

Poprawiłem. To w sumie mógłby być punkt w(e/)yjścia do ciekawych rozważań na temat prawa precedensowego.

To magia się stawała tą częścią?

Dokładnie o to chodziło – magia staje się częścią codziennego życia, ergo – zanika. Kiedy wszystko jest magiczne, to nic nie jest.

Medium, tak ściśle biorąc. "Media" to pluralis.

Celowy zamiar autora. Każdy ma parę-naście tub, instagrama, facebooka i pokrewne – a na każdym z nich tworzy kreuje odmienny wizerunek (każdy ma parę medium – ergo zarządza swoimi mediami?).

No i co najważniejsze – media brzmią lepiej niż medium, kojarzą się też jednoznacznie (z rachunkiem za prąd i wodę, oczywiście!)

A tu już ją przekracza.

I dobrze, taki był cel! Cały tekst miał być oniryczny – tak żeby czytelnik nie do końca wiedział czy to majaki szaleńca, czy też prawdziwa relacja.

Jak to "niewinnie"? Uważaj na słowa, one mają znaczenie.

Z pozoru bez złych intencji? Czyli znów – niewinnie.

Granice czego? Anglicyzm rażący.

Granice odporności czytelnika na anglicyzmy, rzecz jasna!

To chyba dobry przykład tego, że język mutuje – ja tu plugawię język, nie widząc w nieszczęsnych granicach nic złego (no, chyba że tych Nałkowskiej), ot zwrot wykorzystywany – i spotykany! – na codzień, a czytelnik załamuje ręce.

Może sprawdzić jak daleko mogą się posunąć nim zareaguję?

Na pewno nie "metalowe"? I czemu wszystkie miały jedno oblicze?

Chodziło o oblicza – już poprawiłem. Metaliczne narzucają kompletnie inne skojarzenia – na ogół ludzie opisują tak roboty z terminatora czy innego Bostonu. Metalowe zdradzałyby puentę, która odkryta jest dopiero na samym końcu – za pośrednictwem fotografii.

 

Ryciny zostawię – z jakiegoś powodu mi pasują (kojarzą się trochę z bestiariuszem). Paskudna fanaberia zadufanego autora.

Dzięki za miniredakcję!

Kłaniam się.

 Kiedy wszystko jest magiczne, to nic nie jest.

A, to z tym się akurat zgadzam (bo i trudno się nie zgodzić). Tylko nie udało mi się tej myśli wydobyć z tekstu.

 media brzmią lepiej niż medium, kojarzą się też jednoznacznie (z rachunkiem za prąd i wodę, oczywiście!)

Hmm. Mnie akurat nie, ale każdy ma swoje skojarzenia.

 Cały tekst miał być oniryczny – tak żeby czytelnik nie do końca wiedział czy to majaki szaleńca, czy też prawdziwa relacja.

Cel osiągnąłeś :)

 Z pozoru bez złych intencji? Czyli znów – niewinnie.

Noo… no, nie wiem. Nie pasuje mi to słowo, ale przecież z bejsbolem Cię nie najdę.

 zwrot wykorzystywany – i spotykany! – na codzień, a czytelnik załamuje ręce.

Poczułam się stara :) Ale to jest anglicyzm, daję słowo.

 Może sprawdzić jak daleko mogą się posunąć nim zareaguję?

Tak, tylko dodaj przecinki: sprawdzić, jak daleko mogą się posunąć, nim zareaguję?

 Metalowe zdradzałyby puentę

Hmm. No, skoro tak, to jesteś usprawiedliwiony.

 Paskudna fanaberia zadufanego autora.

Ależ, ależ :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Zapowiadało się delirycznie. Jakiś Dick, albo przynajmniej Żwikiewicz, a skończyło się hulajnogami.

Wstępniak też zapowiadał ciężkie tematy, a tu masz – hulajnogi.

To ma być ten zapowiadany szok przyszłości?

.

.

.

No dobra, żartowałem. wink 

Naprawdę poczułem klimaty wspomnianych autorów. Opowiadanie odlotowe, intrygujące a dzięki wstępniakowi trochę łatwiejsze do interpretacji, wciąż jednak niejednoznaczne.

Bardzo lubię obracać się w tematyce przedstawionej we wstępniaku. Lubię o niej czytać, rozmawiać i nierzadko pisać. Ale mam wrażenie, że tekst mógłby tłumaczyć się sam w większym stopniu, niż tłumaczy go wstęp. W obecnej formie wprowadzenie mnie zaintrygowało, ryciny rozbawiły, ale sam szort pozostawił pewien niedosyt. Doceniam jednak oryginalne podejście do współczesnej i otaczającej nas bezlitośnie tematyki. Tylko chciałbym więcej jasności, a mniej pola do domysłów.

Tekst widzę jako upust nawarstwionych emocji. Pozostawił mnie jednak obojętnym – ze względu na niewielką liczbę znaków i brak fabuły, akcji. To bardziej przypomina przemówienie, manifest. Ryciny i podpisy pod nimi zabawne. Możliwe, że prywatnie mielibyśmy trochę wspólnych poglądów.

No cóż, Yavinie, z przykrością wyznaję, że przesłanie szorta do mnie nie dotarło. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Na pewno tekst niecodzienny i fajnie czasem przeczytać coś takiego. Ryciny na końcu zabawne :)

Cholerka, a ja właśnie zastanawiam się nad zakupem hulajnogi. Znaczy się, mam sobie dać spokój, bo mi mózg zlasuje?

Wstęp podobał mi się chyba bardziej niż sam szorcik. ;)

Nowa Fantastyka