- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Czy ktoś widział psa czarnego?

Czy ktoś widział psa czarnego?

Opo­wia­da­nie ano­ni­mo­wo za­in­spi­ro­wa­ne.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Czy ktoś widział psa czarnego?

Te­le­fon za­ter­ko­tał. We­wnętrz­ny. Wiel­kie łap­sko pod­nio­sło słu­chaw­kę.

– Czego?

– Gie­nek? – Głos po dru­giej stro­nie brzmiał­by zu­peł­nie jak ka­pi­tan Zając, gdyby nie wy­czu­wal­na pa­ni­ka. Kró­li­czek za­zwy­czaj po­ka­zy­wał świa­tu zbla­zo­wa­ną twarz czło­wie­ka, który marzy je­dy­nie o za­słu­żo­nej eme­ry­tu­rze.

– No, ja, a kto niby? – Czło­wiek na­zwa­ny Gien­kiem po­wstrzy­mał się przed do­da­niem na końcu „Kró­licz­ku”.

– No to bierz dupę w troki i za mi­nu­tę je­steś w sali narad.

Gie­nek spoj­rzał tę­sk­nie na le­żą­ce na biur­ku pół ta­blicz­ki cze­ko­la­dy. Ha­lin­ka z kadr do­sta­ła pacz­kę od ku­zyn­ki miesz­ka­ją­cej w Szwe­cji, więc i Gien­ko­wi coś skap­nę­ło. Uła­mał cząst­kę i wsu­nął do ust. Za­mie­rzał się roz­ko­szo­wać sma­kiem przez całą drogę. Czyli aż dwa pię­tra. Po scho­dach, bo winda się ze­psu­ła.

Wpa­ro­wał do sali, wciąż czu­jąc sło­dycz z nutą go­rycz­ki, jaką cha­rak­te­ry­zo­wa­ła się tylko za­chod­nia cze­ko­la­da. Z obrzy­dze­niem spoj­rzał na sto­ją­cą na stole misę z wy­ro­ba­mi cze­ko­la­do­po­dob­ny­mi, które Ha­lin­ka ku­po­wa­ła spod lady dla sze­fo­stwa.

Tu­bal­ne chrząk­nię­cie Kró­licz­ka przy­wró­ci­ło Gien­ka do rze­czy­wi­sto­ści… na widok któ­rej za­klął szpet­nie pod nosem. Za sto­łem sie­dział major Ru­dec­ki z Wo­je­wódz­kie­go Urzę­du Spraw We­wnętrz­nych, a obok niego naj­więk­sza za­ka­ła waż­nych ze­brań, se­kre­tarz wo­je­wódz­kie­go Ko­mi­te­tu Par­tii, to­wa­rzysz Bą­czek.

Gie­nek zajął wska­za­ne miej­sce, po­czuł się jak po­dej­rza­ny na prze­słu­cha­niu, a Kró­li­czek zu­peł­nie nie­po­trzeb­nie go przed­sta­wił. Wszy­scy się znali.

– To­wa­rzy­szu ma­jo­rze – po­wie­dział w końcu ka­pi­tan, pod­su­wa­jąc Ru­dec­kie­mu misę z wy­ro­ba­mi cze­ko­la­do­po­dob­ny­mi. – Przed­staw­cie po­rucz­ni­ko­wi spra­wę.

Major od­chrząk­nął i na jego su­ro­wej twa­rzy po­ja­wi­ło się za­kło­po­ta­nie. Gie­nek po­czuł przy­pływ za­in­te­re­so­wa­nia – może to coś zwią­za­ne­go z pół­świat­kiem, co po­zwo­li le­gal­nie po­włó­czyć się po wy­ra­sta­ją­cych ostat­nio jak grzy­by po desz­czu bur­de­lach, po­ukry­wa­nych skrzęt­nie w pry­wat­nych miesz­ka­niach.

– To­wa­rzy­sze… – Ru­dec­ki po­wiódł wzro­kiem po zgro­ma­dzo­nych. – Pa­mię­ta­cie hi­ste­rię, jaką w na­szym spo­łe­czeń­stwie po­tra­fi­ły wy­wo­ły­wać, em, po­gło­ski zwią­za­ne z rze­ko­my­mi… – Gie­nek za­uwa­żył nie­znacz­ne drgnię­cie po­wie­ki mó­wią­ce­go, ale sam za­cho­wał minę po­ke­rzy­sty – …po­rwa­nia­mi, em, dzie­ci, no, ludzi w ogóle, no, wie­cie, ro­zu­mie­cie, to­wa­rzy­sze. Lata sie­dem­dzie­sią­te… – Major uniósł brwi i spoj­rzał każ­de­mu z sie­dzą­cych przy stole pro­sto w oczy, jakby ocze­ki­wał do­koń­cze­nia wy­po­wie­dzi.

Bą­czek skrzy­wił się i zer­k­nął bła­gal­nie na Gien­ka. Kró­li­czek pod­su­nął miskę z wy­ro­ba­mi, ale Gie­nek ode­pchnął ją z obrzy­dze­niem. Czyżby szef zapomniał o jego za­mi­ło­wa­niu tylko do im­pe­ria­li­stycz­nych słodyczy?

– Czar­na wołga – rzu­cił Gie­nek od nie­chce­nia. – Za­kon­ni­ca. Która z dwóch?

Bą­czek za­ci­snął po­wie­ki. Ru­dec­ki spoj­rzał na niego z uzna­niem.

– Obie – od­parł. – A ra­czej żadna…

 

– Oni chyba osza­le­li – oznaj­mił Gie­nek Kró­licz­ko­wi, kiedy no­men­kla­tu­ra sobie po­szła i zo­sta­li w sali narad sami. – To nie może być praw­dą.

Ka­pi­tan rzu­cił mu pełne udrę­ki spoj­rze­nie.

– Do­brze już, do­brze – po­wie­dział po­jed­naw­czo Gie­nek. – Zajmę się tym, choć – tu padło nie­cen­zu­ral­ne słowo – nie wiem, po co.

– Bę­dziesz miał part­ne­ra. Ży­cze­nie z góry.

Gie­nek skrzy­wił się.

– Tylko nie kogoś z po­li­tycz­nych.

Nie zno­sił ide­ow­ców. Wpraw­dzie w coraz bar­dziej sy­pią­cym się pań­stwie nie po­zo­sta­ło ich wielu, ale po­tra­fi­li nie­źle za­truć życie.

Chwi­lę póź­niej do po­ko­ju wma­sze­ro­wał nie­wy­so­ki męż­czy­zna w nie­okre­ślo­nym wieku. Gie­nek usi­ło­wał przy­po­mnieć sobie, czy wi­dział go na ze­bra­niu par­tyj­nym albo od­pra­wie, ale twarz była tak do­sko­na­le ni­ja­ka, że z pew­no­ścią za­po­mni ją, kiedy tylko się roz­sta­ną.

– Plu­to­no­wy Ada­mo­wicz zo­stał od­de­le­go­wa­ny z cen­tra­li spe­cjal­nie do tej spra­wy – oznaj­mił ka­pi­tan. – Ma ponoć do­sko­na­ły zmysł ob­ser­wa­cji, no i, wiesz, nosa.

Gie­nek prych­nął. Bar­dzo za­baw­ne w kon­tek­ście idio­tycz­nej spra­wy, która zo­sta­ła mu przy­dzie­lo­na.

 

– Słu­chaj­cie, Ada­mo­wicz – po­wie­dział, zer­ka­jąc tę­sk­nie w stro­nę szu­fla­dy, w któ­rej scho­wał cze­ko­la­dę. – Będę z wami szcze­ry. Ta spra­wa nie ma sensu, ale mu­si­my jej ukrę­cić łeb, zanim lu­dzie wpad­ną w pa­ni­kę.

Wod­ni­ste oczy współ­pra­cow­ni­ka pa­trzy­ły na niego bez­na­mięt­nie. Na twa­rzy plu­to­no­we­go nie ma­lo­wa­ły się żadne emo­cje.

– Tak jest, panie po­rucz­ni­ku – od­parł. Głos miał rów­nie ni­ja­ki jak po­wierz­chow­ność.

– No, to do ro­bo­ty! – Gie­nek za­tarł ręce.

Zdjął z wie­sza­ka trencz à la po­rucz­nik Co­lum­bo, oczy­wi­ście spod lady i dzię­ki nie­za­wod­nej Ha­lin­ce, która uwiel­bia­ła dawać mu pre­zen­ty. Cóż, mąż ka­dro­wej był nie­skoń­cze­nie nud­nym pro­ku­ra­to­rem od prze­stępstw go­spo­dar­czych. Nuda, już le­piej być hyc­lem.

Bo Gie­nek tak wła­śnie się czuł.

– Zna­cie się na psach, Ada­mo­wicz? – za­gad­nął mil­czą­ce­go to­wa­rzy­sza, usi­łu­jąc jed­no­cze­śnie od­pa­lić sil­nik nie­ozna­ko­wa­ne­go du­że­go fiata.

– Nie sądzę, żeby w tej spra­wie po­trzeb­na była wie­dza ky­no­lo­gicz­na – od­parł Ada­mo­wicz.

– No to jaka, to­wa­rzy­szu plu­to­no­wy? – Gie­nek mru­gnął do sie­dzą­ce­go obok niego męż­czy­zny.

Nie do­cze­kał się re­akcji, bo sa­mo­chód zgasł. Po­rucz­nik wal­nął ze zło­ścią w ta­bli­cę roz­dziel­czą.

– Mu­siał się ze­psuć, dezel cho­ler­ny. Wy­sia­daj.

Po­je­cha­li “czwór­ką” na Plac Wol­no­ści, bo dziw­ne zja­wi­sko ob­ser­wo­wa­no w Parku Kra­kow­skim.

Park wy­glą­dał zwy­czaj­nie. Gie­nek przy­sta­nął przy budce z lo­da­mi i przez chwi­lę ma­ru­dził, że nie ma ka­ka­owych, po czym wziął śmie­tan­ko­we dla sie­bie i Ada­mo­wi­cza.

– Są na­praw­dę nie­złe – po­wie­dział.

To­wa­rzysz wpa­try­wał się w niego po­dejrz­li­wie. W końcu wziął lody, ale zanim za­brał się do kon­sump­cji, od­chrząk­nął.

– Sły­sza­łem, że ma pan nie­ty­po­we me­to­dy pro­wa­dze­nia do­cho­dzeń – po­wie­dział bez cie­nia emo­cji. – Ale… to?

– Są na­praw­dę nie­złe – od­parł nie­wzru­szo­ny Gie­nek. – Za­wsze tu wpa­dam, kiedy mnie wyślą na ten tam ko­mi­sa­riat. – Wska­zał brodą na drugi ko­niec placu. – Nie ro­zu­miem zresz­tą, dla­cze­go nie zle­ci­li tego komuś od nich.

Ada­mo­wicz przy­glą­dał mu się spod lekko zmru­żo­nych po­wiek.

– Może le­piej po­roz­ma­wia­my o spra­wie? – za­gad­nął, kiedy skie­ro­wa­li się ku wy­sychającej sa­dzaw­ce, w któ­rej wśród za­czy­na­ją­cych opa­dać liści bro­dzi­ły nie­mra­wo dwie kacz­ki. Ob­ła­żą­ca nie­bie­ska farba, którą wy­ma­lo­wa­no nie­szczę­sny akwen, two­rzy­ła dla tego wi­do­ku ab­sur­dal­ne tło. – Pan wie, o co w niej cho­dzi?

– O psa – od­parł po­nu­ro Gie­nek. – Ko­ja­rzysz czar­ną wołgę?

– Ko­ja­rzę – od­parł. – Ale pies? Co pan o tym sądzi?

– Była też za­kon­ni­ca – dodał Gie­nek. – Ko­ja­rzysz? Cza­sem w woł­dze, cza­sem solo. Swoją drogą, lu­bisz „Gwiezd­ne wojny”?

– No, tak, jasne. – W gło­sie Ada­mo­wi­cza po­brzmie­wa­ła nuta nie­po­ko­ju.

„Do­sko­na­le” – po­my­ślał Gie­nek. – „Może jesz­cze będą z cie­bie lu­dzie”.

– Han Solo. Mój idol. Ale nie mów Kró­licz­ko­wi. – Rzut oka na to­wa­rzy­sza pod­po­wie­dział mu, że ten szcze­gół życia kra­kow­skie­go Urzę­du Spraw We­wnętrz­nych na razie mu umknął. – Ka­pi­ta­no­wi Za­ją­co­wi – mruk­nął wy­ja­śnia­ją­co. – On cią­gle żyje ston­ką zrzu­ca­ną przez Ame­ry­ka­nów, więc nie ufa ni­cze­mu zza oce­anu.

– Wróć­my do psa.

– Czar­ny pies roz­szar­pu­je dzie­ci w parku. I w in­nych miej­scach. Nie żeby kto­kol­wiek wi­dział to na wła­sne oczy. Ale lu­dzie za­czy­na­ją bać się psów i grozi nam ogól­no­pol­ska pa­ni­ka. Tak w każ­dym razie uważa Bą­czek.

– Kto?

– No, Bą­czek. Se­kre­tarz Ko­mi­te­tu Wo­je­wódz­kie­go. Tak się na­zy­wa.

Ada­mo­wicz ski­nął głową.

– Czy to pies, czy to bies? – za­py­tał me­lan­cho­lij­nie, wsta­jąc, by wrzu­cić pa­ty­czek po lo­dach do kosza na śmie­ci. Gie­nek przy­glą­dał mu się ze zdu­mie­niem, do­pie­ro teraz do­strze­ga­jąc, że part­ner jest ubra­ny jak przed­wo­jen­ny taj­niak. Nie­wy­mu­szo­na ele­gan­cja, ma­ry­nar­ka z nie­złej wełny.

„Musi mieć wej­ścia w ja­kimś ko­mi­sie” – po­my­ślał. – „Albo ro­dzi­nę na za­cho­dzie. Albo ciot­kę w Pe­wek­sie. Wujka w Bal­to­nie. Warto się z nim za­przy­jaź­nić”.

– Kto? – za­py­tał. – Bą­czek ra­czej bies. A psy to my, no wiesz… – Szturch­nął ko­le­gę łok­ciem.

– Sło­wac­ki.

– Co?

– Czy to pies, czy to bies.

Tym razem to Gie­nek wpa­try­wał się w Ada­mo­wi­cza ze zdu­mie­niem.

– Czar­ny pies, dia­beł.

Po­dejrz­li­wość Gien­ka wzro­sła. Czyż­by Kró­li­czek jed­nak go wy­ki­wał i dał do współ­pra­cy ja­kie­goś świra z wy­zna­nio­wych?

– Ty chyba nie je­steś z czwór­ki?

– Nie. Z sió­dem­ki.

Gie­nek wy­ce­lo­wał w niego oskar­ży­ciel­sko palec.

– Nie ma żad­ne­go Wy­dzia­łu Siód­me­go! – oznaj­mił trium­fal­nie, po czym chwy­cił ko­le­gę za klapy wy­glą­da­ją­cej jak przed­wo­jen­na ma­ry­nar­ki. – A teraz po­wiesz mi, kto cię na­słał i o co w tej całej spra­wie cho­dzi!

Prze­cho­dzą­ca z wóz­kiem ko­bie­ta rzu­ci­ła im prze­stra­szo­ne spoj­rze­nie, jakby byli dwoma czar­ny­mi psami usi­łu­ją­cy­mi się wza­jem­nie po­za­gry­zać, zanim za­ata­ku­ją jej dziec­ko.

Ada­mo­wicz wy­pro­sto­wał się i jed­nym ru­chem strzą­snął z sie­bie łap­ska Gien­ka.

– Plu­to­no­wy Mak­sy­mi­lian Ada­mo­wicz, Wy­dział Siód­my Dru­gie­go De­par­ta­men­tu Wo­je­wódz­kie­go Urzę­du Spraw We­wnętrz­nych w War­sza­wie. A od dziś w Kra­ko­wie.

– Wy­dział Siód­my? – za­py­tał z nie­do­wie­rza­niem Gie­nek. Drugi De­par­ta­ment. Wy­wiad i kontr­wy­wiad. Ro­bi­ło się nie­przy­jem­nie i nawet lody stra­ci­ły część uroku. – Czyli z tym psem to jakaś zmył­ka? – Po­tarł czoło, na które wy­stą­pi­ły kro­ple potu. – W co chce­cie mnie wro­bić? – Wpa­try­wał się w ro­dzi­me lody „Bam­bi­no”, jakby miały go ura­to­wać przed oskar­że­niem o szpie­go­stwo na rzecz świa­to­we­go im­pe­ria­li­zmu. Jakby ktoś jesz­cze wie­rzył w te bzdu­ry.

„Cho­le­ra, może ten świr wie­rzy” – po­my­ślał z prze­ra­że­niem. – „Szlag by tra­fił Kró­licz­ka, mógł spraw­dzić kogo War­sza­wa przy­sy­ła i przy­naj­mniej mnie ostrzec, bo sam pew­nie miał zwią­za­ne ręce”.

Ada­mo­wicz tym­cza­sem wy­cią­gnął z kie­sze­ni ma­ry­nar­ki chu­s­tecz­kę i wy­tarł w nią dło­nie, choć Gie­nek nie za­uwa­żył, żeby choć kro­pla lodów skap­nę­ła z jego pa­ty­ka. Naj­wy­raź­niej chłód ema­nu­ją­cy od jego to­wa­rzy­sza miał też wy­miar fi­zycz­ny.

„Marny żart” – skar­cił sam sie­bie. Przy­glą­dał się mil­czą­ce­mu Ada­mo­wi­czo­wi, który teraz wcale nie wy­da­wał mu się tak bez­barw­ny, jak na ko­mi­sa­ria­cie. Miał szla­chet­ne rysy pa­su­ją­ce do sta­ro­świec­kie­go ubra­nia, a w oczach błysz­cza­ła nie­prze­cięt­na in­te­li­gen­cja. Wy­da­wał się wyż­szy od po­rucz­ni­ka.

Ada­mo­wicz wzru­szył ra­mio­na­mi i nagle na ławce sie­dział znów nie­wy­so­ki fa­ce­cik, któ­re­go nie za­pa­mię­tał­by nawet naj­lep­szy glina.

– Nie piłem od dwóch ty­go­dni, wo­je­wódz­two za­rzą­dzi­ło mie­siąc trzeź­wo­ści mi­li­cjan­ta – wy­mam­ro­tał Gie­nek.

– Pro­szę nie kła­mać, po­rucz­ni­ku. – Na war­gach Ada­mo­wi­cza drgał iro­nicz­ny uśmie­szek. – Do­pie­ro od ty­go­dnia. Olał pan, że się tak wy­ra­żę, pierw­szy ty­dzień, po­nie­waż ka­dro­wa Ha­lin­ka po­sta­no­wi­ła zdra­dzić swego ar­cy­nud­ne­go męża z pew­nym sier­żan­tem z dro­gów­ki, a nie z panem. Uświa­do­mił pan sobie, że rze­czo­na Ha­lin­ka widzi w panu wiel­kie dziec­ko, któ­re­mu na­le­ży się ta­blicz­ka cze­ko­la­dy, a nie atrak­cyj­ne­go męż­czy­znę. Zi­gno­ro­wał więc pan mie­siąc trzeź­wo­ści mi­li­cjan­ta i do­pie­ro ką­śli­wa uwaga wyżej wy­mie­nio­nej Ha­lin­ki przy­po­mnia­ła panu, że jeśli przy­ła­pie pana ten… Kró­li­czek… to nie tylko po­je­dzie panu po pre­mii, ale może nawet od­de­le­go­wać do tej samej dro­gów­ki, w któ­rej przy­stoj­ny sier­żant pija kawę ze Szwe­cji z ka­dro­wą Ha­lin­ką.

Gie­nek gapił się na niego z roz­war­ty­mi usta­mi. Albo Kró­li­czek ma znacz­nie lep­sze wtyki wśród pod­wład­nych, niż by się wy­da­wa­ło, albo Ha­lin­ka papla wię­cej niż po­win­na, albo… Trze­cia moż­li­wość była gor­sza od po­przed­nich.

– Ale jest praw­dzi­wa.

Ada­mo­wicz zde­cy­do­wa­nie za­mie­rzał po­wie­dzieć coś wię­cej, ale nagle jego twarz ścią­gnę­ła się w gry­mas bólu. Rysy wy­ostrzy­ły się na mo­ment, by po krót­kiej chwi­li wró­cić do po­wierz­chow­no­ści prze­cięt­nia­ka. Wszyst­ko to jed­nak trwa­ło se­kun­dy, po któ­rych plu­to­no­wy ze­rwał się z ławki i chwy­ciwszy Gien­ka za rękę, po­cią­gnął go za sobą. Nie­do­je­dzo­ne lody śmie­tan­ko­we upa­dły na zie­mię, po dro­dze za­ha­cza­jąc o nie­mal­że ame­ry­kań­sko wy­glą­da­ją­cy trencz.

 

– Pra­wie go mie­li­śmy – po­wie­dział Gie­nek, dy­sząc.

Ada­mo­wicz za­fun­do­wał mu nie­zły tor prze­szkód przez park, a na­stęp­nie teren AGH, gdzie ści­ga­ny do­słow­nie za­padł się pod zie­mię.

– Co to było?

Czło­wiek z Wy­dzia­łu Siód­me­go wpa­try­wał się w as­falt.

– Mam pewne po­dej­rze­nia – mruk­nął. – Je­dzie­my do biura, trze­ba przej­rzeć pa­pie­ry.

Gie­nek za­re­kwi­ro­wał ra­dio­wóz z ko­mi­sa­ria­tu przy 18 Stycz­nia, wraz z prze­ra­żo­nym sze­re­go­wym, który uparł się, że z nimi po­je­dzie. Nie mogli roz­ma­wiać w dro­dze, więc Gie­nek żuł zna­le­zio­ną w kie­sze­ni gumę z Do­nal­dem, za­sta­na­wia­jąc się jed­no­cze­śnie, jak bar­dzo zwa­rio­wał świat albo on sam. Mniej wię­cej do Ronda Mo­gil­skie­go wma­wiał sobie, że to tylko bar­dzo skom­pli­ko­wa­ny sen. Potem, kiedy brzyd­ki biu­ro­wiec za­ma­ja­czył na ho­ry­zon­cie, prze­stał mieć złu­dze­nia.

– Niech pan pa­trzy – po­wie­dział Ada­mo­wicz, kiedy przej­rzał akta. – Pięt­na­ście zgło­szeń, wszyst­kie z Parku Kra­kow­skie­go. Czyli on gdzieś tam musi mieć kry­jów­kę. Albo wyj­ście… – dodał po na­my­śle.

– On?

– Prze­cież nie wie­rzy pan w wer­sję o psie, praw­da?

– W takim razie co? Kto? – po­pra­wił się.

Ada­mo­wicz wpa­try­wał się to w plan mia­sta, to w le­żą­cą obok listę.

– To nie jest czar­na wołga – po­wie­dział. – Ani za­kon­ni­ca.

Gie­nek prych­nął.

– Aleś wy­my­ślił.

– Nie zro­zu­miał pan. – Gie­nek do­pie­ro teraz za­uwa­żył, że ten czło­wiek nie zwra­ca się do ni­ko­go per „to­wa­rzy­szu”, czego z upo­rem god­nym lep­szej spra­wy pil­no­wa­ło sze­fo­stwo. – To jest zu­peł­nie inna sy­tu­acja – kon­ty­nu­ował Ada­mo­wicz. – Czar­nej wołgi nikt tak na­praw­dę nie wi­dział, praw­da?

Gie­nek nie­chęt­nie przy­tak­nął. Plu­to­no­wy pstryk­nął pal­cem w listę.

– A tu mamy kon­kre­ty. Matka sie­dzi z wóz­kiem na ławce i trach, zza krza­ka wy­ska­ku­je wiel­ki pies, usi­łu­jąc po­rwać ma­lu­cha. Trzy dziew­czyn­ki grają w gumę… jak spod ziemi wy­ra­sta psi­sko i szar­pie jedną z nich za su­kien­kę. Są świad­ko­wie, jest po­dar­ta su­kien­ka. Wie pan, co robi z tego czar­ną wołgę?

– Że nikt nie zdo­łał zła­pać tego psa?

Ada­mo­wicz przy­tak­nął.

– Brawo, będą z pana lu­dzie. A dla­cze­go nikt go nie zdo­łał zła­pać?

– Dla tego sa­me­go, co my – za­ry­zy­ko­wał Gie­nek. – Bo on znika?

– Bo on tam jest, ale go nie ma. Niech pan siada i tra­dy­cyj­nie przej­rzy te ze­zna­nia. Po­trze­bu­je­my wszel­kich pra­wi­dło­wo­ści.

 

Trzy go­dzi­ny póź­niej Gie­nek z wy­pie­ka­mi na twa­rzy po­ka­zał Ada­mo­wi­czo­wi ze­sta­wie­nie dat, z któ­re­go jasno wy­ni­ka­ło, że in­cy­den­ty miały miej­sce w so­bo­ty koło po­łu­dnia. Kiedy mam z wóz­ka­mi i ba­wią­cych się dzie­ci było sporo. Pies wy­nu­rzał się z krza­ków w po­bli­żu sa­dzaw­ki, rzu­cał na naj­bliż­sze dziec­ko, po czym zni­kał kilka me­trów dalej. Jeden męż­czy­zna gonił go aż do Czar­no­wiej­skiej, ale za­kli­nał się, że „bydlę wpa­dło pod au­to­bus numer 139 i nawet mokra plama po nim nie zo­sta­ła”.

– Mu­sie­li­by wszy­scy ulec ilu­zji, a to prze­cież… – Gie­nek urwał, wpa­tru­jąc się w prze­ni­kli­we, ciem­ne oczy Ada­mo­wi­cza, który jesz­cze przed chwi­lą był nie­po­zor­nym czło­wiecz­kiem, a teraz znów zda­wał się gó­ro­wać nad po­tęż­nie zbu­do­wa­nym po­rucz­ni­kiem. – Dobra – mruk­nął – to naj­wy­raź­niej moż­li­we. Sze­fo­stwo się ucie­szy.

– Pań­skie sze­fo­stwo się nie dowie. Pod wa­run­kiem, że zła­pie­my tego pie­ska.

Gie­nek wy­ba­łu­szył oczy, po czym szyb­ko je zmru­żył.

– Dziś nie so­bo­ta, to czemu się po­ja­wił?

Ada­mo­wicz uśmiech­nął się pod orlim nosem.

– Mamy swoje spo­so­by. Pew­nie dla­te­go tak da­le­ko skur­czy­byk ucie­kał. I dla­te­go nie za­uwa­żył go nikt prócz nas.

– Mamy? Spo­so­by?

– Wy­dział Siód­my. Niech pan za­kła­da płaszcz. Wra­ca­my do parku.

 

Kiedy wy­sia­da­li z tram­wa­ju, za­pa­dał zmierz­ch. Budka z lo­da­mi była już za­mknię­ta, pew­nie towar się wy­prze­dał. W parku ba­wi­ła się gro­mad­ka dzie­ci, któ­rych ro­dzi­ce za­pew­ne nie byli świa­do­mi za­gro­że­nia. Bą­czek naj­wy­raź­niej pil­no­wał, żeby w ga­ze­tach nie zna­la­zło się nic nie­po­ko­ją­ce­go. Bar­dziej nie­bez­piecz­ne były po­gło­ski prze­ka­zy­wa­ne z ust do ust.

– Zu­peł­nie jak dla ustro­ju, praw­da? – za­gad­nął Ada­mo­wicz, kiedy usie­dli na ławce.

Gie­nek mruk­nął coś nie­zro­zu­mia­łe­go. W końcu nigdy nie wia­do­mo, czy to jed­nak nie pro­wo­ka­tor.

– Czy­tasz w my­ślach? – za­py­tał nie­chęt­nie.

Ada­mo­wicz wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Cza­sa­mi. I nie każ­de­mu. Pana muszę po­znać – dodał nie­mal­że prze­pra­sza­ją­co – skoro mamy razem pra­co­wać.

– Dla­cze­go… – za­czął Gie­nek, ale nie do­koń­czył. Słów­ko „ja” utknę­ło mu w gar­dle.

Obok ławki za­sze­le­ści­ły li­ście. W cie­niu krze­wu coś się po­ru­szy­ło. Chwi­lę póź­niej przed przed­sta­wi­cie­la­mi Mi­li­cji Oby­wa­tel­skiej kucał bar­dzo zdzi­wio­ny i bar­dzo ludz­ko wy­glą­da­ją­cy na­sto­la­tek o kru­czo­czar­nych wło­sach, lekko oliw­ko­wej cerze, ciem­nych oczach i wy­ra­zi­stych ry­sach.

– Ja nic nie zro­bi­łem – wy­beł­ko­tał, kiedy Gie­nek wpraw­nym ru­chem chwy­cił go za koł­nierz ko­szul­ki polo.

– Bies? – za­py­tał z nie­do­wie­rza­niem Gie­nek.

Chło­pak za­czął się roz­pacz­li­wie wy­ry­wać.

– Ja… Nie… Ja tylko chcia­łem… Dla­cze­go pan… Jak? – Spoj­rzał na Ada­mo­wi­cza.

– Szpieg? – Gie­nek po­dra­pał się wolną ręką w nie­o­go­lo­ny pod­bró­dek.

– Do­sko­na­ły po­mysł. – Ada­mo­wicz nie­mal­że za­kla­skał w ręce. – Sze­fo­stwu i pra­sie bar­dzo się spodo­ba. A teraz, młody… czło­wie­ku – zwró­cił się do jeńca. – Po­pro­szę o wy­ja­śnie­nie.

W za­pa­da­ją­cym pół­mro­ku po­stać Biesa zle­wa­ła się z cie­nia­mi, a ostat­ni prze­chod­nie w ogóle nie zwra­ca­li uwagę na trój­kę ludzi sie­dzą­cych na ławce nie­da­le­ko sa­dzaw­ki.

– Pan nie uwie­rzy… – za­czął nie­pew­nie chło­pak. – Więc może po­wiem, że… – Zro­bił wiel­kie oczy. – Nie, nic mą­dre­go nie zmy­ślę. Nie znam Kra­ko­wa, choć tu się uro­dzi­łem. Mo­że­cie mnie aresz­to­wać.

– Nie­do­cze­ka­nie – mruk­nął Ada­mo­wicz. – Je­steś ja­kimś ro­dza­jem pso­ła­ka, to oczy­wi­ste – cią­gnął takim tonem, jakby opo­wia­dał o imie­ni­nach u cioci. – Ale nie ro­zu­miem, dla­cze­go prze­ni­kasz do tego parku. I po co.

Oczy Biesa zro­bi­ły się jesz­cze więk­sze.

– O tym… psie… wie­dzą tylko moi ro­dzi­ce – wy­szep­tał. – Jak pan…?

– Tak samo, jak cię tu już dwa razy ścią­gną­łem. Po­wiedz­my, że swoje wiem i swoje umiem.

– Bo ja… – Bies wes­tchnął cięż­ko. – To za­czę­ło się tutaj, tak mówi mama, osiem­na­ście lat temu. Mia­łem nie­speł­na rok, kiedy wła­śnie w tym parku ugryzł mnie pies i ja, no… Nie było czasu, bo kilka dni póź­niej ro­dzi­ce po­spiesz­nie pa­ko­wa­li ma­nat­ki i wy­jeż­dża­li z Pol­ski, ro­zu­mie pan? – Ada­mo­wicz zmru­żył oczy i po­tak­nął. Gie­nek też się do­my­ślił, kiedy to było. – Miesz­ka­my w Niem­czech… za­chod­nich. – Rzu­cił Gien­ko­wi nie­pew­ne spoj­rze­nie. – Ale nie je­stem szpie­giem. Ja tylko…

Utkwił wzrok w dwój­ce ko­pią­cych piłkę chłop­ców.

– Pan mi nie uwie­rzy – po­wtó­rzył po­nu­ro – ale do­pie­ro nie­daw­no do­wie­dzia­łem się, dla­cze­go ro­dzi­ce wy­je­cha­li. I że tu dzie­ciom żyje się go­rzej, na przy­kład nie ma sło­dy­czy. Od kiedy to wiem, cza­sem w so­bo­ty nie dość, że za­mie­nia­m się w psa, jak za­wsze od tam­te­go wy­pad­ku, to na do­da­tek lą­duję tu i usi­łu­ję po­rwać dzie­ci do lep­sze­go świa­ta. Tam, gdzie ja miesz­kam. Za­wsze mam przy sobie cze­ko­la­dę, ale zni­ka­ razem z kie­sze­nią przy prze­mia­nie… – Chło­pak miał minę zbi­te­go kun­dla i Gien­ko­wi nawet zro­bi­ło się go żal.

„Co my mamy z nim zro­bić?” – za­py­tał sam sie­bie w duchu i na­tych­miast usły­szał od­po­wiedź Ada­mo­wi­cza: „Zwer­bo­wać”.

Gie­nek wy­ba­łu­szył oczy. Zanim jed­nak zdą­żył twór­czo roz­wi­nąć tę myśl w kie­run­ku agen­tu­ry, Ada­mo­wicz do­pre­cy­zo­wał: „Do Wy­dzia­łu Siód­me­go”.

 

Dwie go­dzi­ny póź­niej sie­dzie­li w ka­wa­ler­ce Gien­ka, który po­wo­li prze­tra­wiał wy­da­rze­nia tego dnia, roz­wa­ża­jąc po­now­ne zła­ma­nie zasad mie­sią­ca trzeź­wo­ści mi­li­cjan­ta.

Ste­fan Szwarc był za­chwy­co­ny pro­po­zy­cją współ­pra­cy.

– Pan wie rów­nie do­brze jak ja – po­wie­dział Ada­mo­wicz, świ­dru­jąc Gien­ka wzro­kiem – że ten ustrój już długo nie po­cią­gnie. A wtedy całe ta­ła­taj­stwo, które do­tych­czas uda­wa­ło mi się jakoś trzy­mać w ry­zach, roz­peł­znie się po wol­nym świe­cie. Be­bo­ki, strzy­gi, ogary pie­kiel­ne… Są za­zwy­czaj nie­szko­dli­we, ale le­piej, kiedy lu­dzie nie do końca w nie wie­rzą. Jeśli wy­tre­nu­je­my Ste­fa­na, bę­dzie świet­nym tro­pi­cie­lem. A my – mru­gnął do Gien­ka – za­ło­ży­my agen­cję de­tek­ty­wi­stycz­ną.

Gie­nek wpa­try­wał się w niego jak w… no, jak w Ste­fa­na, który, kiedy już za­koń­czy­li roz­mo­wę, za­mie­nił się w czar­ne­go psa, sko­czył w cień pod krza­kiem i tyle go wi­dzie­li.

– Dobra – po­wie­dział w końcu zmę­czo­nym gło­sem. – Ale dla­cze­go ja?

– Ma pan pre­dys­po­zy­cje, to chyba oczy­wi­ste. Już pan roz­ma­wia w my­ślach. Widzi pan mój praw­dzi­wy wy­gląd, nawet się pan cze­goś do­my­śla. Zła­pał pan Ste­fa­na. Jest pan do­kład­nie tym czło­wie­kiem, któ­re­go szu­ka­łem. A poza tym ma pan od­po­wied­nie na­zwi­sko.

Gie­nek zba­ra­niał. Do­tych­czas je­dy­nie sły­szał żarty, że ze swoim na­zwi­skiem nie po­wi­nien miesz­kać na Azo­rach, ale na są­sied­nim osie­dlu.

Ada­mo­wicz uśmiech­nął się krzy­wo, po czym się­gnął do kie­sze­ni i wy­do­był z niej pro­sto­kąt­ny przed­miot.

– Cze­ko­la­dy, po­rucz­ni­ku Widok? Ukra­dłem Ste­fa­no­wi, zanim za­mie­nił się w psa.

Koniec

Komentarze

Wehikuł czasu. smiley

Historia, wydawać by się mogło, nie jest szczególnie spektakularna albo porywająca, a w niektórych fragmentach okazuje się niejasna i chaotyczna. Ale, dla tego, kto pamięta różnicę między czekoladą z zachodu i wyrobem czekoladopodobnym “Wyborowa”, opowieść nabiera zupełnie innego smaku…

Czy Anonim wie, jak dziewczynki mogą grać w gumę we dwie, skoro generalnie potrzeba do tego trzy osoby? W tekście albo jednej z nich zabrakło, albo grają we dwie, ale wtedy czytelnikowi należy się opis.

I najfajniejsze zdanie:

Gienek żuł znalezioną w kieszeni gumę z Donaldem

Dzięki za kwestię gumy, przerobię na trzy, żeby nie tłumaczyć, ale gra w dwójkę była jak najbardziej możliwa – zahaczało się drugi koniec gumy wokół pnia drzewa :) I dzięki za opinię, choć sprawa wydawała mi się aż nazbyt prosta (limit), a tu, że niejasna i chaotyczna :D

Dobrze napisana, ciekawa historia z wykorzystaniem miejskiej legendy. Ogromny plus za umieszczenie akcji w czasach PRL-u i te wszystkie smaczki. Miło powspominać. :) Ogolnie jednak nie rozśmieszyło, niestety. Czekolada, to za mało.

a tu, że niejasna i chaotyczna

Niejasna tylko czasami. Nie zrozumiałam, dlaczego tajniak przechodził metamorfozę (czy tylko się porucznikowi zdawało), i dlaczego pies pojawiał się w parku, i dlaczego chciał porwać do lepszego świata…

Postaram się w niewielkim pozostałym limicie minimalnie doprecyzować, dziękuję za wyjaśnienie :)

Tajniak ma jakiś rodzaj magii, to wydawało mi się oczywiste, z psem – pomyślę.

Choć opowiadanie jest napisane dość lekko i zgrabnie zawiązuje do słusznie minionej rzeczywistości, to nie mogę powiedzieć, że dostrzegłam tu jakiś szczególny rodzaj humoru. No, może poza pomysłowym nawiązaniem do bohaterów opowiadań Drakainy – ten zabieg rozbawił mnie setnie i chyba pozwolił zdemaskować Anonima, zwłaszcza że rzecz dzieje się w Krakowie. ;)

Mam nadzieję, że usterki znikną, bo nie chciałabym wycofywać opowiadania z Biblioteki. ;)

 

Tu­bal­ne chrząk­nię­cie Kró­licz­ka przy­wró­ci­ło Gien­ka do rze­czy­wi­sto­ści. Na widok któ­rej za­klął szpet­nie pod nosem. –> Tu­bal­ne chrząk­nię­cie Kró­licz­ka przy­wró­ci­ło Gien­ka do rze­czy­wi­sto­ści, na widok któ­rej za­klął szpet­nie pod nosem.

 

dla­cze­go nie zle­ci­li to komuś od nich. –> …dla­cze­go nie zle­ci­li tego komuś od nich.

 

Rzu­cił, wsta­jąc, by wrzu­cić pa­ty­czek… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

chwy­cił ko­le­gę za wy­ło­gi wy­glą­da­ją­cej jak przed­wo­jen­na ma­ry­nar­ki. –> Nie wydaje mi się, aby marynarka, nawet wyglądająca jak przedwojenna, miała wyłogi, a nie tradycyjne klapy.

 

z wy­pie­ka­mi na twa­rzy po­ka­zał Ada­mo­wi­czo­wi ze­sta­wie­nie dat, po­ka­zu­ją­ce jasno… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

nie zwra­ca­li uwagę na trój­kę męż­czyzn… –> Dlaczego trójkę, skoro jeden z nich to nastolatek.

Dzięki! Poprawione, za wyjątkiem tego na początku – wydaje mi się, że kropka w takim wypadku jest emfatyczna. Jeśli to skrajnie niepoprawne, pogodzę się.

Miło mi, że uwagi okazały się przydatne, jednak to Twoje opowiadanie, Anonimie, i wyłącznie od Ciebie zależy, w jaki sposób będzie napisane. ;)

Ale ja serio pytam, czy emfatyczne postawienie kropki przed czymś, co wedle normy jest zdaniem względnym, jest w literaturze błędem, czy też może ujść za emfazę. Takie dawkowanie informacji. Bo mam wrażenie, że kojarzę taki zabieg z tekstów literackich.

Obawiam się, Anonimie, że wymagasz ode mnie zbyt wiele – jestem prostą kurą domową, nie polonistką.

Czytając dwa zdania potknęłam się na nich, bo zabrzmiały mi źle, bo odebrałam je jako jedno, sztucznie rozdzielone kropką w miejscu, w którym, według mnie, wystarczyłby przecinek, co zasugerowałam w łapance.

OK :) Poprawka wprowadzona w trybie “krakowskim targiem” – trzykropek zamiast przecinka i mała litera, bo zależało mi na efekcie: bohater jest zamyślony i zaskoczony.

Nie rozbawiło w ogóle. Ale za to jak dobrze mi się to czytało! Historia sama w sobie może nie jest specjalnie porywająca, nie dzieje się wiele, ale za to zrealizowana jest przyjemnie: nieśpiesznie, ciekawie. Opisy w sam raz, nic nie było przegadane. Pod koniec lektury pojawiła się we mnie chęć poznania dalszych losów Wydziału Siódmego. 

Bardzo to urocze, że Bies chciał porywać dzieci do lepszego świata pełnego prawdziwej czekolady. Co prawda czasy wyrobów czekoladopodobnych są dla mnie ze względu na wiek raczej egzotyczne, ale tym bardziej ciekawią mnie takie realia.

Nir, miło mi, że przynajmniej czytało się dobrze i że Wydział Siódmy zainteresował (niewykluczone, że będzie miał kontynuację jako urban fantasy z późnego PRL i doby transformacji, czemu nie?). Humor, jak zauważyła Reg, jest tu niestety hermetyczny, było to wliczone w ryzyko publikacji tego tekstu…

Anonimie, może humor jest hermetyczny, ale za to w jakim dobrym gatunku! ;)

Dziękuję!

Bardzo proszę. ;)

Bardzo to fajny tekst. 

Okej, sama fabuła komediowa nie jest, realia też nie, bohaterowie też nie tryskają humorem… Ale lekkość nie tylko stylu, ale samej opowieści, pewien "feel good" klimat całego tekstu, fakt, że nikomu nie staje się krzywda, a bies w gruncie rzeczy chce dobrze (choć naiwnie) powodowały, ze uśmiech z oblicza mego kaprawego nie znikał. 

Bardzo dobra robota. 

Oczywiście, jak to zawsze w przypadku opowieści kryminalnych bywa, mały limit wykończył "kryminalność", nie ma porządnego śledztwa, tajemnicy i tak dalej, ale to nic. Tekst stoi delikatnym, niewymuszonym humorem, który może nie powoduje salw śmiechu, ale zdecydowanie poprawia nastrój. 

 

Anonim wielkie dzięki składa za tę jakże miłą opinię oraz klika :)

Przeczytawszy.

Finkla

Dobry wehikuł czasu, nawet w niektórych żartach – nie dałem ich rady niestety skumać :) Czytało się lekko, akcja przyjemna, a i intryga niezgorsza. Do tego klimat dawno minionej epoki to wisienka na torcie. 

Podsumowując: przyjemny koncert fajerwerków, dobry tekst do obiadu :)

Mało zabawne. Mało humoru. Ten element więc zwyczajnie pominę. Ma natomiast to opowiadanie coś, czego brakuje większości konkursowych tekstów. Mianowicie: dobrze opowiedzianą historię.

Jak już pisano, nie dzieje się tu jakoś szczególnie wiele. Nic nie wybucha, nie ma dwudziestu trupów. Jest jednak lekko napisana historia, jest pewna zagadka/intryga, która potrafi zainteresować czytelnika. Jest, co w takich opowiadaniach najważniejsze, ciekawe rozwiązanie, mocno wpływające na końcową ocenę tekstu. Napisane porządnie, ale, że mam już pewne podejrzenia odnośnie autorki tego tekstu, nie będę się nad tym elementem dłużej rozwodził, bo można było tego oczekiwać.

Słowem, to, co opowiadanie traci pod kątem humoru, zaraz odrabia fabułą i wykonaniem. 

Satysfakcjonująca lektura. 

Dzięki, panowie, za miłe opinie :)

 

Co do humoru – Anonim przyznaje, że bał/a się popadnięcia w Bareję, skoro klimaty peerelowskie, więc istotnie nie jest to tekst do wybuchania śmiechem. Ale Anonim ma nadzieję, że jest przynajmniej lekki i niezupełnie poważny (tekst, oczywiście).

Głos po drugiej stronie brzmiałby zupełnie jak kapitan Zając, gdyby nie był spanikowany.

Eeee…

 Wparował do sali wciąż czując

Wparował do sali, wciąż czując.

jaką posiadała tylko zachodnia czekolada

Którą miała. Którą charakteryzowała się. Wrr. W ramach odwetu.

 zajął wskazane mu miejsce, na którym poczuł się

Hmm. Obeszłoby się bez "na którym", dla mnie to jasne.

pojawiło się zakłopotanie. Gienek poczuł przypływ zainteresowania

Nie brzmi mi to.

jego zamiłowaniach

Zamiłowaniu. Dlaczego? Arbitrariness of the sign.

udręczone spojrzenie.

Taak, wyrwał mu parę paznokci i zamknął w piwnicy.

 no i wiesz,

No i, wiesz.

 szuflady, w której schował czekoladę

Znowu prawie rym.

 równie nijaki jak

Równie nijaki, jak.

trencz à la porucznik Columbo

Hmm. Tylko, jeśli facet się kreuje na fajnego, to niekoniecznie a'la Colombo – on właśnie starał się wyglądać trochę durnowato, żeby go nie doceniali.

 wśród zaczynających opadać liści

Troszkę za dużo tego.

 Obłażąca niebieska farba, którą wymalowano nieszczęsny akwen

Znaczy się, woda była namalowana? Hę?

 Nie żeby

Nie, żeby.

 patyczek po lodach

Wtedy już były na patyku?

 sprawdzić kogo

Sprawdzić, kogo.

 chłód emanujący od jego towarzysza miał też wymiar fizyczny

Wymiar fizyczny mają lody, ale chłód nie bardzo.

 ściągnęła się w grymas bólu

W grymasie.

 chwytając Gienka za rękę, pociągnął

Naraz?

 brzydki biurowiec zamajaczył na horyzoncie

Widział kto ładny biurowiec? To już chyba raczej horyzont w mieście :P

 wyrasta psisko, szarpiąc

Anglicyzm. Nie szarpie, wyrastając, nie?

 Potrzebujemy wszelkich prawidłowości.

Przepuszczę jako żargon, ale nie wygląda to dobrze.

ulec zbiorowej iluzji

Jak już, to zbiorowo ulec iluzji, ale to też mi się nie podoba.

 zapadał już zmierzch. Budka z lodami była już zamknięta, pewnie towar się wyprzedał.

Powtórzone "już". Nie wiem, po co wyjaśniać zamknięcie budki o zmierzchu.

 Tak samo jak

Tak samo, jak.

 też domyślił się, kiedy

Ładniejszy szyk: też się domyślił, kiedy.

 I że tu dzieciom żyje się gorzej, na przykład nie ma słodyczy.

… on na pewno ma osiemnaście lat? Bo mówi jak dwunastolatek.

równie dobrze jak

Równie dobrze, jak.

 który kiedy

Który, kiedy.

 

Rivers of London, tylko w Krakowie? Całkiem niezły początek czegoś dłuższego, ale humorystyczne… hmm, nie bardzo. Nie bardziej, niż przeciętny kawałek detektywistyczny (detektywi zawsze muszą z taką ironią dowcipkować, inaczej by zwariowali, nie?)

Dzięki za uwagi, choć zburzyłaś mi piękny licznik: 19999 :P

 

Z braku humoru qua humoru już się tłumaczyłem/am. A za porównanie do Rzek Londynu pięknie dziękuje :)

 

Do paru uwag mam jednak kontruwagi:

 

Równie dobrze, jak

Równie nijaki, jak.rze, jak.

Nie, jednak nie.

 

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Przecinek-przed-jak;16291.html

 

 brzydki biurowiec zamajaczył na horyzoncie

Widział kto ładny biurowiec? To już chyba raczej horyzont w mieście :P

 

Ale w literaturze czasem trzeba czegoś więcej niż informacji. Czasem trzeba też odczuć bohatera, a to charakteryzuje jego stosunek do miejsca pracy.

 

Nie wiem, po co wyjaśniać zamknięcie budki o zmierzchu.

Koloryt epoki. Dziś zamykają się, bo jest godzina zamknięcia i nadal mnóstwo towaru.

 

patyczek po lodach

Wtedy już były na patyku?

 

Absolutnie. Zapewniam, że te lody znam z autopsji! No i jeśli policzysz, kiedy to się dzieje, to nie jest to bardzo głęboka komuna.

 

… on na pewno ma osiemnaście lat? Bo mówi jak dwunastolatek.

Jest psołakiem. To wpływa na mentalność ;)

Opko jest i zabawne, i lekkie. Myślę, że humor w stylu Bareji tylko by mu zaszkodził. Jest dobrze tak, jak jest. :)

Masz tu, Anonimie, zagadkę i fajną historię, na dodatek dobrze opowiedzianą. Nie zabrakło elementu zaskoczenia, bies, który chce dać dzieciakom kawałek raju jest naprawdę fantastyczny. Realia PRL-u fajnie, choć z przymróżeniem oka oddane. Przyszłościowe myślenie Adamowicza też mi się podobało. Słowem, dobry tekst. Choć boków ze śmiechu nie zrywałam. :)

Nie, jednak nie.

Kuuuurczę, to ja jednak mam zboczenie przecinkowe?

Ale w literaturze czasem trzeba czegoś więcej niż informacji. Czasem trzeba też odczuć bohatera, a to charakteryzuje jego stosunek do miejsca pracy.

Oj, żartowałam. Ktoś się ze mną kiedyś umówił w “tym brzydkim biurowcu we Wrzeszczu” i ganiałam jak kot z pęcherzem :) Mam uraz.

Koloryt epoki. Dziś zamykają się, bo jest godzina zamknięcia i nadal mnóstwo towaru.

A wtedy działały po nocach?

Zapewniam, że te lody znam z autopsji!

Ja nie znam, dlatego spytałam.

Jest psołakiem. To wpływa na mentalność ;)

 

 

:)

Przeczytałam dzisiaj już kilka opowiadań konkursowych, więc sama już nie wiem, co wywołało u mnie taki chichot – czy to kumulacja tekstów, czy napary z zielska (w sensie herbaciane), czy po prostu to opowiadanie jest takie zabawne. A zaczęło się od imienia bohateraNie mogłam się skupić na fabule, za każdym razem gdy pojawiał się Gienek :D

Poza Gienkiem – fajne dialogi, zabawne miejscami, przedstawienie postaci też ciekawe i z humorem, nieprzesadzonym, ale dla mnie wyczuwalnym. 

Powodzenia w konkursie. :)

 

 

Czy jest to podszywanie się pod samą siebie, czy też ktoś inny zainspirował się drakainą, niezmiennym pozostaje fakt, że to dobre opowiadanko, wprawnie napisane, niespieszne, ale przez wprawę piszącego i nienużące się.

Fajnie dajesz odczuć, że Adamowicz czyta w myślach jeszcze dużo wcześniej, nim jest to czarno na białym przyznane. Z początku dajesz czytelnikowi sporo niewiadomych, ale z czasem obraz się klaruje. Trochę denerwujące jest to, że nie wiemy nic o sposobach działania siódemki. To znaczy później się wyjaśnia, że dość mocno korzystają z elementów fantastycznych… no ale limit 20k na karku, a fabuła musi się toczyć :-) Klimat PRL oddany, jak dla mnie – laika w temacie, dobrze :-)

Tak właściwie ślizgasz się w opisach obok samej akcji, a jednak coś się cały czas dzieje i to też jest spoko.

I dochodzimy do ważnej dla konkursu (mniej dla opowiadania, jeżeli jest samo w sobie dobre) warstwy humorystycznej – i tutaj jest dość subtelnie i nienachalne, i wypada to fajnie, wpasowane w abusrdalne realia PRL.

 

Co więcej powiedzieć, przyjemne, udane czytadło :-)

 

Fajne, ale bardzo raziło mnie użycie nazwiska Adamowicz, prezydenta Gdańska, który został zamordowany na oczach świata, w świetle jupiterów. Przepraszam za skojarzenia, ale na nie nic nie poradzę:(

Asylum, zapewniam, że ja w ogóle nie miałem/am takiego skojarzenia (mimo że tamta sprawa bardzo mną wstrząsnęła), jest to dla mnie bardzo popularne nazwisko (przy pisaniu kojarzyło mi się cały czas z jednym kolegą, który tak się nazywa). W sumie mogło być równie dobrze Adamski, aczkolwiek o wyborze zadecydowało to, że bohater miał w zamierzeniu mieć tatarskie korzenie, a nazwiska na “-icz” są charakterystyczne dla polskich Tatarów. To się w limicie nie zmieściło, potem przestało mieć znaczenie, a nazwisko zostało. A koniecznie nazwisko musiało być od imienia Adam… Przykro mi, że tak to odebrałaś, bo kompletnie nie miałem/am zamiaru nawiązywać do żadnych współczesnych spraw.

Wiem, Anonimie, że nie miałeś tego na myśli i na języku, ale kurcze ono dla mnie zdominowało tekst, przytłoczyło oraz nie potrafiłam się od tego odciąć. To moja przewina.

Natomiast intryguje mnie mnie, dlaczego musiało wziąć swój początek od Adama? Pewnie czegoś nie złapałam?

Asylum, a ile tekstów Drakainy czytałaś? ;-)

Ciekawostka przyrodnicza, bo ja w ogóle nie zauważyłam. Mam wybiórczą uwagę?

Aaa, już złapałam:), zgoda od Adama koniecznie, ależ mózg mi zaćmiło:(

Nowa Fantastyka