- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Ekspresowe zabójstwa

Ekspresowe zabójstwa

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Ekspresowe zabójstwa

Detektyw Alojzy Zonk wpatrywał się w Rebus Codzienny na ostatniej stronie gazety „Przyszła Nowina”. W najnowszym numerze był to obrazek przedstawiający obrzydliwą mordę patrzącą z pożądaniem na złote sztabki, jakby chciała zagarnąć spojrzeniem leżące nieopodal bogactwa. Kategoria: polskie miasto.

Pot spływał mężczyźnie z czoła i odpowiedź miał już na końcu języka, gdy drzwi do gabinetu otworzyły się, ukazując osobę doktora Nostawa.

Detektyw, pomimo że przegrał nierówny bój z rebusem, uśmiechnął się do przyjaciela.

– Panie Zonk, mamy problem. Doszło do zabójstwa, ale takiego… nietypowego.

– No i to lubię! – krzyknął Alojzy, podnosząc się z fotela. Jak wicher zerwał z wieszaka płaszcz i kapelusz, po czym potknął się o próg. Na szczęście Nostaw był przygotowany na taką ewentualność, a raczej normę, więc udało mu się podtrzymać upadającego przyjaciela.

– Dziękuję – wymamrotał Zonk, po czym pobiegł czym prędzej złapać taksówkę. Doktor, ponieważ chodził o lasce, nie nadążył za pędziwiatrem. Mógł jedynie zawołać za opadającymi chmurami kurzu:

– Zaczekaj! Nie powiedziałem ci jeszcze dokąd mamy pojechać!

 

***

 

Do kawiarni przy ulicy Zakalcowej weszła zakapturzona postać. Zmarznięta, gdyż na zewnątrz było dość rześko, marzyła tylko o czymś gorącym do picia. Tak przynajmniej myślał barista, proponując espresso.

– Może być – odpowiedział gość głosem delikatnym jak kawa z mlekiem.

Po czym zapłacił i wyszedł bez słowa, nie czekając na zamówienie.

 

***

 

Kiedy doktor Nostaw dotarł na miejsce zbrodni, okazało się, że Alojzy Zonk już tam jest. Nie wiadomo, skąd detektyw wiedział, gdzie popełniono przestępstwo, ale w końcu on takie sytuacje wyczuwał na kilometr.

Na miejscu znajdowała się także policja, ale nikt nie zwracał na nią uwagi.

Wszystko wydarzyło się w sklepie z wyposażeniem AGD i jak twierdził przesłuchiwany przez Alojzego sprzedawca, zabójstwa dokonał ekspres do kawy.

Rzeczywiście, przy stoisku dla przyszłych zawałowców były widoczne ślady walki. Detektyw przyjrzał się dokładnie temu, co pozostało z ciała denata, ale że plama mleka wyglądała na mało interesującą, jego wzrok powędrował ku złapanemu i związanemu ekspresowi.

Potężna maszyna, jedna z najdroższych z całego asortymentu, stała grzecznie na półce i gdyby nie grube łańcuchy, można byłoby pomyśleć, że nie jest niebezpieczna.

Doktor Nostaw trącił ekspres laską, ale ten nie poruszył się.

– Mam wrażenie, że to nie jest prawda. Jest tu jakiś monitoring? – zapytał ekspedienta.

– Tak, oczywiście – odrzekł sprzedawca i zaprowadził dwójkę przyjaciół na zaplecze, gdzie pokazał im nagranie z jednej z kamer.

Sceny na filmie przerażały brutalnością. Zonk aż żałował, że nie wziął popcornu.

– Może pan pokazać jeszcze raz? – poprosił Alojzy. – Chyba mam trop.

Po pięciokrotnym obejrzeniu nagrania, detektyw wyraźnie się znudził.

– A nie, jednak nie. Wydawało mi się.

Wtedy na zaplecze wpadł wystraszony policjant, mówiąc:

– Panie Zonk, w kawiarni doszło do wybuchu.

Ale detektywa już nie było, a doktor Nostaw pokuśtykał do drzwi, za którymi zasłona pyłu opadała z wolna, odsłaniając trasę sprintu detektywa Alojzego do najbliższej taksówki.

 

***

 

Zakapturzona postać, jak to one, nie zdejmowała kaptura nawet w dusznej, opuszczonej fabryce. Stanąwszy na drewnianej skrzynce, rozejrzała się po pomieszczeniu. Wszędzie na ziemi leżały wybrakowane, nieukończone, można rzec, zdegenerowane ekspresy do kawy.

Wzniósłszy ręce, tajemniczy osobnik ozwał się słowami łagodnymi jak łaciate cielątko:

– Oto ja, wasz pan i władca…

Nic się nie wydarzyło.

Słowa nabrały mocy, niby rozbrykana krowa pełna mleka:

– Oto ja! Wasz pan i władca!

Niektóre z ekspresów lekko drgnęły, ale po chwili zastygły w bezruchu.

– Oto ja, cholerne żelastwa! Wasz pan i władca! – głos tym razem był donośny i potężny jak tabun galopujących byków.

Wtedy wszystkie sprzęty poruszyły się, woda w ich wnętrznościach zawrzała, w gotowości do siania grozy i spustoszenia.

Postać uśmiechnęła się, ukazując zepsute dwójki i pożółkłe kły. Innych zębów nie miała.

 

***

 

Przy ulicy Zakalcowej nie było już kawiarni. Ruina, która z niej została, nie przypominała dawnego budynku. Alojzy Zonk badał właśnie fundamenty, próbując znaleźć jakąkolwiek poszlakę, lecz bezskutecznie.

Pierwsze pytanie, jakie zadał Nostaw, gdy przybył na miejsce, brzmiało:

– Skąd wiedziałeś, że to właśnie tu? W mieście jest kilka kawiarni.

– W zasadzie, to nie wiedziałem. Intuicja, czy jak to się tam nazywa.

Doktor wzruszył ramionami. Jego przyjaciel na pewno nie mówił całej prawdy, ale nie miało to teraz znaczenia.

– Nasi eksperci wykazali, że przyczyną tragedii była eksplozja filiżanki z espresso. Z cukrem. – powiedział policjant, ale zaraz odszedł na bezpieczną odległość, widząc grymas na twarzy detektywa, który nie lubił, gdy ktoś przerywał mu robotę mało ważnymi drobiazgami.

– Doktorze, co łączy te dwie sprawy: zabójstwo w sklepie i wybuch w kawiarni? – zapytał Alojzy, przypatrując się na wpół roztopionej, ale częściowo uratowanej porcelanie, która niedawno mogła być jeszcze naczyniem przechowującym płynną kofeinę.

– Ekhem – odchrząknął speszony Nostaw. – Prawdopodobnie związek z kawą.

– Głupiś! – krzyknął detektyw, szczerze urażony. – Nie tak cię uczyłem. To też, ale tu trzeba myśleć głębiej.

Doktor nie rozumiał.

– Kto byłby zdolny do zapanowania nad ekspresem, tak aby pożerał ludzi? Albo kto potrafiłby wysadzić w powietrze budynek, wykorzystując wyłącznie świeżo zaparzoną kawę? – dociekał Zonk.

– Nie mam pojęcia.

– Nekromanta. – odpowiedział sam sobie Alojzy, uszczęśliwiony własnym geniuszem. – To wyjaśnia, dlaczego nie ma ciał.

– Nie słyszałem o kimś takim. – powiedział Nostaw do pustej przestrzeni, gdzie jeszcze przed chwilą stał detektyw.

Teraz prawdopodobnie jechał już taksówką.

 

***

 

Nostaw szedł samotnie miejskim chodnikiem, zastanawiając się dokąd mógł pojechać jego szalony przyjaciel. Laska stukała rytmicznie o podłoże, w miarę jak stawiał kolejne kroki. W powietrzu unosił się dziwny zapach, jakby prażonych ziaren kawowca z nutką niewysłowionej nienawiści.

Słońce już prawie zaszło, na ulicach paliły się latarnie. Jedna z nich zgasła doktorowi nad głową.

– Przeklęta elektryka. A niech cię!

Poszedł kawałek dalej, latarnia za jego plecami zapaliła się, natomiast kolejna przed nim znów zgasła.

– Co jest do…

W tym momencie poczuł, że coś lub ktoś na niego patrzy. Obejrzał się i zobaczył je. Małe i duże, po gwarancji i bez gwarancji, przelewowe i kapsułkowe, a przede wszystkim wściekłe niczym niewydojona krasula.

Doktor nie mógł biec, więc ekspresy nie musiały go gonić. Po prostu otaczały go, zamykając w śmiertelnym okręgu.

– Zaczekajcie! Nie zabijajcie go! – usłyszał Nostaw, zanim zemdlał.

 

***

 

Zonk miał świetny humor. Po pierwsze, domyślił się, kto spowodował te wszystkie okropności (ale nie zastanawiał się, jak go powstrzyma przed kolejnymi), po drugie, prawie rozwiązał rebus, który nie dawał mu spokoju od dłuższego czasu (ale go jeszcze nie rozwiązał, choć miał pewien trop), po trzecie, właśnie przez szybę w taksówce zobaczył swojego najlepszego kumpla Nostawa, otoczonego przez ekspresy do kawy (prawdopodobnie trafił na jakąś superokazję podczas wyprzedaży. Ciekawe, ile zapłacił). Pomachał mu, ale ten nie odwzajemnił gestu. Być może nie zauważył.

– Dokąd chciałby pan pojechać? – dopytywał taryfiarz, który przez ostatnie kilka minut kręcił się w kółko bez ściśle określonego celu.

– Hm… Może do domu.

– Adres?

– Piekarska dwieście dwadzieścia jeden B.

 

***

 

W progu przywitała Alojzego wiecznie zatroskana pani Irena.

– Och, tak długo nie wracałeś. Obawiałam się, że coś ci się stało.

– Nie, nie. Nic mi nie jest. To był dobry dzień.

– Coś się wydarzyło? – dociekała gospodyni, zmierzając do kuchni, aby przyszykować kolację.

– W sumie to co zwykle. Parę trupów, nekromanta, krwiożercze ekspresy do kawy…

Irena spojrzała nieufnie na czajnik z gwizdkiem.

– To brzmi niebezpiecznie.

– Nie dla mnie. – Alojzy uśmiechnął się, po czym poszedł do swojego pokoju. Po chwili wrócił.

– Zapomniałem zapytać. Były jakieś listy do mnie?

– A tak, jeden. Całkiem niedawno ktoś wrzucił do skrzynki. Położyłam ci w szufladzie.

– Znów grzebałaś w moich rzeczach!

– Oczywiście, że nie – skłamała. – Ja nie tykam się cudzych spraw i przedmiotów.

Alojzy pokiwał tylko głową, ale nic nie powiedział.

W szufladzie dużego jesionowego biurka, rzeczywiście znajdowała się koperta, zaadresowana:

 

Do Pana Alojzego Tchórza,

który będzie się bał przyjść

na ulicę Zamachowską jutro punkt siódma.

Piekarska 221B

 

– Co?! Ja mam się czegoś bać? To niesłychane! – krzyknął Zonk. Szybko otworzył kopertę, ale w środku były tylko pogróżki i zapewnienie, że Alojzemu nigdy nie uda się rozwiązać najnowszego rebusu z „Przyszłej Nowiny”.

– Tego już za wiele. – Dłoń detektywa zacisnęła się w pięść, miażdżąc list. – Nie daruję dziadowi.

Całą noc spędził na przyglądaniu się obrazkowi z paskudną gębą i sztabkami złota. Myślał tak długo, że kiedy budzik obwieścił poranek, nadal siedział przy biurku. Zmęczył się okropnie, ale najgorzej przeżył swoją kolejną porażkę. Rebus pozostał nierozwiązany.

 

***

 

Alojzy dotarł na ulicę Zamachowską za pięć siódma. Było to niedaleko jego domu, zaledwie dwa zakręty dalej. Na miejscu rozejrzał się i jak gdyby miał spotkać się z najlepszym przyjacielem, poszedł asfaltem aż do ronda Asasynów, podśpiewując sobie pod nosem. Na samym środku ronda stał on.

– Nie spóźniłeś się. Jestem pod wrażeniem. Ale to nie zmieni twojego losu. Jesteś w pułapce. – głos zakapturzonej postaci był tym razem zimny niczym frappe podane na Antarktydzie.

– Mój los nie potrzebuje odmiany. Za to twój, owszem. Myślę, że więzienie dla nekromantów w Necrofobis będzie dla ciebie odpowiednim miejscem spędzenia dożywocia. A ponieważ jesteś nieśmiertelny, jak się domyślam, trochę to potrwa.

– Jak niby zamierzasz mnie powstrzymać?

Zonk nie myślał o tym wcześniej zbyt długo, postanowił więc wybrać standardowy plan A, czyli: „jakoś to będzie”.

– Mój plan jest tak misterny, że sam się go boję.

– Tak? A co powiesz na to?

Do ronda zaczęły przybliżać się ekspresy. Aż gotowały się do zabijania. Jednak bez rozkazu władcy nie mogły nic zrobić. Czekały, otoczywszy Alojzego i postać w kapturze wielkim kołem.

– Powiedz mi tylko jedną rzecz. Zanim cię załatwię na cacy. – powiedział detektyw, sięgając dyskretnie do kieszeni spodni. – Dlaczego to robisz? Czemu zabiłeś tylu niewinnych ludzi? Czemu akurat kawa?

– Ech, wy, śmiertelnicy, macie zawsze tak wiele pytań. No, ale mamy czas. Możemy pogadać. – Tu nekromanta wyszczerzył kły i dwójki, których widok był tak nieprzyjemny, że Zonk odwrócił wzrok. – Przede wszystkim, nie jestem zwyczajnym nekromantą. Mam specjalizację. Każdy z nas wybiera ją, gdy osiągnie wysoki poziom wtajemniczenia. Ja od lat studiowałem nauki baristyczne, bo po prostu zazdrościłem kawie, że jest taka czarna, a zawarta w niej kofeina w dużej dawce potrafi zabić na amen, co było zresztą obiektem moich badań i tematem pracy magisterskiej. Dlatego właśnie postanowiłem zostać Nekrokawomantą! – Ostatnie słowo zostało wypowiedziane najgłośniej, z naciskiem na każdą sylabę. – A co do przyczyny szerzenia przeze mnie tego, co wy zapewne nazwalibyście złem… Każda śmierć powiększa zasób kofeiny w mojej zakrzepłej krwi. Ona dodaje mi sił. Dusze zmarłych natomiast uwięzione są w ekspresach, które widzisz wokół, i uwierz mi, nie są tym wcale uszczęśliwione.

Jakby na potwierdzenie tych słów, ekspresy zaczęły zacieśniać krąg, ale widząc gest swojego pana, który nakazał im zaczekać, zatrzymały się.

– Chcesz coś jeszcze powiedzieć, zanim dołączysz do swojego przyjaciela? – Tu nekromanta wskazał dłonią na rozstępujący się szereg ekspresów, za którym detektyw zobaczył związanego i bladego jak papier doktora Nostawa. – To dopiero początek. Niedługo opanuję cały świat.

– Jesteś tego pewien? – Alojzy próbował zachować spokój, lecz głos mu zadrżał, gdy zobaczył swojego najlepszego kompana w stanie nie wskazującym na nic dobrego.

– Jak bum cyk cyk. – odpowiedziała postać i zdjęła kaptur. Okazało się, że ma włosy koloru macchiato. Dość długie i proste. Przy czym same ich końcówki były jaśniejsze od reszty.

Nekromanta przyjrzał się im i powiedział:

– Pora coś wypić. Co powiesz na latte z kulawego doktorka?

Zonk nie wiedział co zrobić. Okazało się, że w kieszeni, do której sięgnął, ma tylko zmiętą gazetę „Przyszła Nowina” oraz paczkę chusteczek higienicznych. Broń zostawił w szufladzie biurka, a zresztą na niewiele by się zdała, bo pani Irena w trosce o detektywa pozwalała mu używać tylko pistoletu na plastikowe kulki.

I wtedy usłyszał jej głos.

– O, tu jesteś! Przyniosłam ci ziółka na uspokojenie. Wiem, że miałeś mieć tu spotkanie. Nie myśl jednak, że grzebałam w twoich rzeczach, po prostu to przeczułam. – powiedziała gospodyni. W prawej dłoni trzymała filiżankę ze świeżo zaparzonym rumiankiem.

– Ziółka? Nienawidzę ziółek! – Nekromanta skrzywił się, gdy tylko poczuł słabą woń rumianku. Jego włosy natychmiast pobielały, jak gdyby ubyło w nich melaniny. Albo kofeiny.

– To się może przydać… Bardzo dziękuję! – zawołał Zonk, zapraszając panią Irenę bliżej.

Kobieta podeszła, a ekspresy rozstępowały się przed nią. Wyraźnie nie pasował im zapach płynu w filiżance.

Detektyw skojarzył fakty, odebrał od swojej gospodyni napar i oblał nim nekromantę, zanim ten zdążył się wycofać.

Postać zupełnie wybielała, a następnie rozpuściła się jak śnieg w piekarniku. Z każdego ekspresu wyszedł obłoczek pary. Być może to dusze zmarłych opuściły swoje więzienia, gdyż nie były już związane mocą nekromanty, który wsiąkał właśnie w ziemię.

Detektyw rozwiązał przyjaciela. Ów był bardzo osłabiony, ale okazało się, że nic ponadto mu nie jest. Irena przyglądała się wszystkiemu ze zdziwieniem i później wielokrotnie wypominała Alojzemu stłuczone naczynie, dopóki ten nie wytłumaczył jej wszystkiego.

 

***

 

Wieczorem tego samego dnia Irena znalazła detektywa opartego głową o biurko, w pozie wyrażającej nieskończenie wielkie przygnębienie. Przed nim leżała gazeta.

– Co się stało? Słabo się czujesz?

– Nie.

– Powinieneś się cieszyć! Uratowałeś świat przed tym… no… Nerkomantą czy jak mu tam, ocaliłeś Nostawa, a za złom w postaci zepsutych ekspresów, które oddałeś na skup, zapłacili całkiem pokaźną sumę, jak na te ciężkie czasy.

Alojzy podniósł głowę i spojrzał na kobietę.

– Co mi po tym, skoro nie potrafię rozwiązać tego przeklętego rebusu! Jestem nieudacznikiem!

– Nieprawda. – powiedziała gospodyni. – Nie jesteś wcale taki gapowaty. Poza tym pokaż mi ten rebus, może ja dam radę.

– Proszę bardzo… – Alojzy podał gazetę Irenie. Miał łzy w oczach.

– Może Złotoryja?

Detektyw spojrzał na kobietę i zaczął się śmiać.

– Nie, niemożliwe – odrzekł, krztusząc się z nadmiaru nagłej wesołości. – To byłoby zbyt oczywiste.

Koniec

Komentarze

Przeczytałam z dużą przyjemnością i od początku opowieści czekałam na potwierdzenie moich podejrzeń co do tego, kim są Alojzy i Nostaw!

Zdanie, które zrobiło na mnie największe wrażenie to:

po prostu zazdrościłem kawie, że jest taka czarna…

smiley

 

Anonim bardzo się cieszy, widząc pozytywny odbiór swojego opowiadania. :) Dziękuję za przeczytanie, bardzo mi miło.

Wow! Konkurencja zwiera szeregi! Codziennie świeży kąsek i codziennie lepszy!  Finkli należy się bukiet meteorów za wymyślenie formuły tego konkursu. Ja, w każdym razie, dziękuję, bo apokalipsy, postapokalipsy, preapokalipsy i zakapturzeni magowie chlejący po starożytnych knajpach i barłożący się w motelach – podawane na poważnie, słabo mi wchodzą.

Kryminał jak marzenie! Garść Sherlocka, garść Strusia Pędziwiatra i szczypta detektywa Marlowe’a – wymieszać, nie przesolić, poczekać aż wyrośnie. Kapitalny tekst – taka bzdurka niby, ale jak wykonana! Znalazłam wszystko, co lubię – świetne wykorzystanie dwuznaczności wyrazów od samego tytułu poczynając, prześmieszną intertekstualność, utrzymanie w karbach własnej inwencji (ani o jeden żarcik nie jest za dużo – proporcje idealne). I, co imponujące, wszystkie postacie składają się z ducha, ciała i (niekiedy) paskudnej fizjonomii! Żadnych papierowych figurek – szacun, p. Anonimie.

Styl autora i charakterystyczne poczucie humoru jakby mi już znane były…

 

Było to niedaleko jego domu, zaledwie dwa zakręty dalej. Zapłacił taksówkarzowi(…)

Nikt, nawet detektyw wabiący się Zonk, nie wziąłby taksówki, aby przejechać „dwa zakręty” dalej. Tym bardziej się to kupy nie trzyma, że gospodyni z palcem w nosie dodreptała w to samo miejsce per pedes, nie roniąc z filiżanki ani kropli rumianku. (No, dobra! Wycofuję się z palca w nosie – kobicina ręce miała zajęte.)

 

Myślę, że więzienie dla nekromantów w Necrofobis będzie dla ciebie odpowiednim miejscem spędzenia dożywocia. A ponieważ jesteś nieśmiertelny, jak się domyślam, trochę to potrwa.

Żelazna logika Zonka jest urzekająca! :D :D :D !!!

 

Do ronda zaczęły przybliżać się ekspresy. Aż gotowały się do zabijania.

Och! Anonimie! Za ten „kawałek” gotowa byłabym ci się oświadczyć, gdyby nie wpojone mi na amen, obrzydliwie staroświeckie zasady moralne.

 

Dusze zmarłych natomiast uwięzione są w ekspresach, które widzisz wokół, i uwierz mi, nie są tym wcale zadowolone.

nie są tym uszczęśliwione //nie są z tego zadowolone

Zmiksowałeś.

 

Tu nekromanta wskazał dłonią na rozstępujący się szereg ekspresów, gdzie dwie wielkie maszyny wprowadzały do środka koła związanego i bladego jak papier doktora Nostawa.

Coś przekombinowałeś w trakcie wprowadzania poprawek, jak sądzę.

 

Okazało się, że ma włosy koloru macchiato. Dość długie i proste. Przy czym same końcówki tych włosów był jaśniejsze od reszty.

Jednym słowem ombre! Modniś i elegant, choć prosty był z niego nekrokawomanta! :D :D :D !!!

 

w_baskerville

Anonim właśnie zaczął mruczeć z zadowolenia, jak kot, którego ktoś pogłaskał po głowie :) Wskazane uwagi uwzględniłem/am, ogromne dzięki za ten komentarz!

No, dooobra, Anonimie! Mrucz! Mam półtora kota w domu, jestem przyzwyczajona.

Nie zdążyłam dopisać, że rozwiązanie rebusu także mi zaimponowało, podobnie zresztą jak sam pomysł wprowadzenia tego elementu do fabuły – fajna klamra! Takie dopięcie opowiadanka na ostatni guzik.

To złoto ryja jest pomysłem autorskim, czy dowcipem, którego nigdy nie słyszałam?

To mój pomysł, od tego w zasadzie zaczęła się cała historia. Anonim wymyślił rebus, a dopiero później resztę fabuły.

Bawiłam się głównie kolejnymi sherlockowymi nawiązaniami i aluzjami (co pewnie było zamiarem Anonima), choć wolałabym, żeby chwilami były nieco mniej grubymi nićmi szyte. Ale fabuła też całkiem przyjemna, choć dość preketsktowa. Jak dla mnie, póki co górna stawka w konkursie.

Dziękuję za opinię o tekście, Drakaino. Oto właśnie chodzi, aby czytelnik miał przyjemność z lektury.

Przeczytawszy.

Finkla

Finkla dziękuje za bukiet meteorów. :-)

Alojzy Zonk od razu skojarzył mi się z Adrianem Monkiem, chociaż nawiązujesz oczywiście do innego detektywa. :) 

Detektyw fajnie przerysowany, nawet jeśli w oparciu o dosyć pospolite schematy, to w niczym mi to nie przeszkadzało. Zresztą, to przecież parodia. Tak powinno tu być. Pomysł pokręcony (to nie wada), fabuła momentami trochę po najmniejszej linii oporu, co nie zmienia jednak pozytywnego odbioru opowiadania.

Daruj, że krótko, ale wygrzebuję się z zaległości komentarzowych, a doby (niestety!) nie rozciągnę.

Dziękuję! To nic, że krótko, ważne, że w ogóle :)

Mamy zestaw odniesień do (Serialowego?) Sherlocka, kilka dobrych tekstów, które wymieniła baskerville i ogólnie sympatyczną całość. Było kilka uśmiechów z mojej strony ale…

…ale pomimo tego, że fajne i sympatyczne, to jdnak z parodii Sherlocka da się spokojnie o wiele więcej wyciągnąć, niż żarty o taksówce. No i nawet jeżeli to tylko humor/parodia czy cokolwiek temu podobnego, to forma kryminału aż prosi się o lepsze zagospodarowanie fabularne. Wątki, zagadki, poszlaki, za bardzo po łebkach, lub moje oczekiwania są zbyt wysokie :)

Niemniej jest dobrze i wesoło, napisane sprawnie i kilka żartów udanych.

 

Pozdrawiam!

 

*klik* na zachętę, bo pomimo, że proste to urocze, a czasem lepiej nie gmatwać

Anonim również pozdrawia!

Nad wyraz spodobał mi się absurdalny pomysł na zabójców, a okraszenie go świetnej jakości humorem sprawiło, że przeczytałam opowiadanie z ogromną przyjemnością i wielkim rozbawieniem. ;)

Wierzę, Anonimie, że poprawisz usterki, bo chciałabym móc kliknąć Bibliotekę. ;)

 

– Może pan po­ka­zać jesz­cze raz? – po­pro­sił Aloj­zy. – chyba mam trop. –> – Może pan po­ka­zać jesz­cze raz? – po­pro­sił Aloj­zy. – Chyba mam trop.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

Laska stu­ka­ła mia­ro­wo o pod­ło­że, w miarę jak… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

tra­fił na jakąś super oka­zję pod­czas wy­prze­da­ży. –> …tra­fił na jakąś superoka­zję pod­czas wy­prze­da­ży.

 

Cie­ka­we, ile za­pła­cił.). –> Kropka przed nawiasem jest zbędna.

 

– Pie­kar­ska 221B –> – Pie­kar­ska dwieście dwadzieścia jeden B.

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach. Brak kropki na końcu zdania.

 

Oka­za­ło się, że ma włosy ko­lo­ru mac­chia­to. Dość dłu­gie i pro­ste. Przy czym same koń­ców­ki tych wło­sów był ja­śniej­sze od resz­ty. –> Powtórzenie. Literówka.

Może w ostatnim zdaniu: Przy czym same ich koń­ców­ki były ja­śniej­sze od resz­ty.

 

W pra­wej dłoni trzy­ma­ła fi­li­żan­kę z świe­żo za­pa­rzo­nym ru­mian­kiem. –> W pra­wej dłoni trzy­ma­ła fi­li­żan­kę ze świe­żo za­pa­rzo­nym ru­mian­kiem.

 

Ze wszyst­kich eks­pre­sów wy­szedł ob­ło­czek pary. –> Ekspresów było wiele i tylko jeden obłoczek?

Proponuję: Ze wszyst­kich eks­pre­sów wy­szły ob­ło­czki pary. Lub: Z każdego eks­pre­su wy­szedł ob­ło­czek pary.

 

za złom w po­sta­ci ze­psu­tych eks­pre­sów, które od­da­łeś na skup, za­pła­ci­li cał­kiem po­kaź­ną sumę pie­nię­dzy jak na te cięż­kie czasy. –> Chyba wystarczy: …za­pła­ci­li cał­kiem po­kaź­ną sumę, jak na te cięż­kie czasy.

Bo nie przypuszczam, aby w skupie wypłacili sumę czegoś innego.

Poprawione. Nie wiem tylko co z:

Laska stukała miarowo o podłoże, w miarę jak… –> Czy to celowe powtórzenie?

W sumie chyba nie przeszkadza. :)

W każdym razie dziękuję za przeczytanie i opinię. Pozdrawiam!

Przeczytane z uśmiechem. Polubione bez przekory. Lekkie opowiadanie, które chętnie (dane z dnia 05.08.2019) zobaczyłbym na podium konkursowym.

Pozdrawiam i trzymam kciuka (nie to, żebym nie miał drugiego).

W sumie chyba nie przeszkadza. :)

Anonimie, nie przeszkadza, ale brzmi nie najlepiej. :(

Proponuję: Laska stukała rytmicznie/jednostajnie/ monotonnie o podłoże, w miarę jak

Klik. ;)

To jeszcze klik na Bibliotekę ode mnie. Opowiadanie przypomina mi tę komedię o Sherlocku Holmesie wynajętym przez doktora Watsona, który był faktycznym detektywem. (Chyba z Michaelem Caine’m).

Dziękuję wszystkim za dobre słowo! Anonim czuje się szczęśliwy, że tylu osobom spodobało się to opowiadanie.

Całkiem fajny tekst! 

Niezły humor, choć iskrzy raczej na poziomie poszczególnych zdań, nie całej fabuły, czy bohaterów. Pomysł na nekrokawomantę bardzo dobry, no i szczególnie mi bliski, jako człowiekowi, który żeby w miarę sprawnie funkcjonować, potrzebuje trzech i pół promila kofeiny. We krwi, nie wydychanym powietrzu. 

Fabularnie wszystko prosto, łatwo i po sznurku (bardzo niekryminalnie) ale tu przeszkadzał limit – nie da się w znikomej objętości stworzyć przekonującego kryminału, nawet w parodystycznej wersji. 

Przyjemna rozrywka, warta biblioteki, choć się nie zachwycam – brakowało mi tu pewnej tajemnicy i zawiłości fabularnej, bardzo potrzebnej detektywistycznej historii (nawet szalonej parodii) oraz rozwinięcia postaci Nostawa, który był tu potrzebny głównie po to, by dać się złapać i udramatycznić finał :-) 

Pozdrawiam! 

ale tu przeszkadzał limit – nie da się w znikomej objętości stworzyć przekonującego kryminału, nawet w parodystycznej wersji.

Anonim też tak uważa. Ale to wina Anonima, że zadał sobie taki temat, a nie limitu. :)

Również pozdrawiam!

Miło mi, że Anonim wziął winę na siebie. :-)

I dlatego nie piję kawy z ekspresu. Tfu, paskudztwo. Dobra robota. Fajnie się bawiłem, czytając ten tekst. Jak dla mnie jesteś drugim faworytem w konkursie.

Dziękuję! Nie liczę na podium. Bardziej cieszę się z komentarzy, które ładnie wskazują właściwy kierunek pisarski! :)

Wstałam, zrobiłam sobie kawę i siadłam… teraz patrzę w kubek i zastanawiam się, czy jego zawartość nie wybuchnie mi na twarz :D 

Przyjemne opowiadanie. Takie lekkie, miejscami dowcipne. O palpitacje serca mnie nie przyprawiło, ale na dobry początek dnia jak najbardziej może być. 

Powodzenia w konkursie!

Sympatyczne, sprawnie napisane, pojawiał się uśmiech, tam gdzie pojawiały się ekspresy:)

Fajny tytuł i pomysł na Pan ekspresów. Trochę sztywne postaci Zonk, Nostaw i Władca (przy nim chyba niepotrzebne dodawanie, że miał dwa zepsute zęby i pożółkłe kły)

Czyli  miałem dobre przeczucie kiedy unikałem picia kawy, albowiem jest ona pod władzą Necrokawomanty 

;)

 

Czyli  miałem dobre przeczucie kiedy unikałem picia kawy

Owszem, nigdy nie wiadomo co kryje się na dnie! A po wypiciu jest już za późno… :)

Wstałam, zrobiłam sobie kawę i siadłam… teraz patrzę w kubek i zastanawiam się, czy jego zawartość nie wybuchnie mi na twarz

Od pewnego czasu nie tylko Ty masz takie obawy. :D

Sympatyczne, sprawnie napisane, pojawiał się uśmiech, tam gdzie pojawiały się ekspresy:)

Bardzo dziękuję. O to właśnie chodziło.

Świetny tekst, sama radocha i ubaw po pachy, choć przyznam szczerze, że dłuższe opowiadanie z takim stężeniem absurdu chyba by mnie zmęczyło. Na szczęście tu jest wszystkiego ile trzeba:)

 

Detektyw Zonk przypomina trochę inspektora Gadżeta, ale jest sympatyczniejszy:) 

 

Zdecydowanie najlepsze z konkursowych opowiadań, które czytałem.

Anonim bardzo się cieszy z tak pozytywnej opinii. :)

Nowa Fantastyka