- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Omamy

Omamy

Pierwsza wyprawa młodego barbarzyńcy nie idzie tak, jak zakładał, czyli mój toporny debiut. 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Omamy

Wnętrze namiotu było ciemne, duszne i wypełnione odurzającą mieszanką aromatów ziół, wilgotnej gliny, kręcącej w nosie siarki oraz setki innych zapachów, których Sonson nigdy nie był w stanie poprawnie przypisać do wydzielających je przedmiotów. Kiepsko wychodziło mu także wróżenie z dzięciolich jelit, które notorycznie zgniatał, więc zatroskana o przyszłość wioski Starszyzna w końcu przekonała plemienną szamankę (a jego matkę) do porzucenia prób przysposobienia Sonsona do roli swego następcy. I całe szczęście, bo zdecydowanie lepiej czuł się z toporem na plecach.

Stanął tak teraz, dumny i prosty, odziany w swoje najlepsze skóry, a światło ogniska ślizgało się w tę i z powrotem po łukowatym ostrzu broni wystającej zza jego lewego biodra. Miał siedemnaście lat i był już mężczyzną. Może nie tak okazale zbudowanym, jak niektórzy plemienni chłopcy, ale matka powtarzała mu, że najgrubsze drzewa nieraz łamały się jako pierwsze. To dlatego, że były puste w środku, mówiła. Sonson czuł, że w środku pusty na pewno nie jest, dlatego postanowił dołączyć do drużyny wojowników udających się na patrol Martwego Pogranicza. Dochodziło tam ostatnio do niepokojących incydentów oraz zaginięć. Matka nie aprobowała tego pomysłu, ale też nie mogła zrobić nic, by go zatrzymać. Był już przecież mężczyzną.

Szamanka wyłoniła się z plamy mroku po drugiej stronie ogniska i ze smutkiem wymalowanym na twarzy zbliżyła się do Sonsona.

– Niech cztery żywioły strzegą cię od złego. Pozwól, by moja magia była ci tarczą w potrzebie.

Kobieta zamoczyła koniuszki palców w łupinie wypełnionej błękitną glinką i wyciągnęła dłoń ku Sonsonowi, by przypieczętować obietnicę znakiem na jego czole. Ten jednak ujął jej rękę i delikatnym, acz zdecydowanym ruchem odsunął od siebie.

– Bądź zdrowa, matko.

Młodzieniec odwrócił się i nie oglądając się, wyszedł z namiotu. Wiedział, że jeśli to zrobi, widok jej twarzy złamie mu serce. A złamane serca nie należały do pożądanych u plemiennego wojownika atrybutów. Był już przecież mężczyzną.

 

***

 

– Oto nadszedł dzień, gdy odrywam was, niczym wilczęta, od białych piersi waszych matek – zagrzmiał Grim Garbarz, rozbryzgując kropelki śliny na poprzetykanej srebrem czarnej brodzie. – Czas, by obudzić drzemiące w was bestie!

Teoretycznie tylko mnie oderwano od matczynej piersi, pomyślał Sonson. Syn Grima, Bronn, towarzyszył już ojcu w wyprawach na skraj plemiennej ziemi i wykazał się podczas tych wypadów taką zajadłością w walce, iż nazywano go teraz Czerwonym. A przynajmniej on tak siebie nazywał. Z kolei mierzący osiem stóp Ygg nie miał od kogo być oderwany. Sonson pamiętał dzień, w którym ośmioletni wówczas półkrwi troll pojawił się w wiosce. Jedna z kobiet znalazła chłopca śpiącego w zagrodzie dla świń, gdzie podrzucili go nocą czystokrwiści pobratymcy. Podobno pozbyli się Ygga, gdyż uznali go za opętanego jakąś nieczystą siłą, która potrafiła ugniatać teraźniejszość niczym glinę i patrzeć w zwierciadło przyszłości. W rzeczywistości nie byli po prostu w stanie pojąć siły jego intelektu.

– Ygg! – burknął w odpowiedzi na słowa kapitana Ygg i podniósł swoją gigantyczną maczugę. Sonson był pewien, że jej trzon wykonano z całego pnia niedużego drzewa. – Od cyca w dżemiąco bestie!

– Tam, dokąd zmierzamy, liczyć będą się tylko trzy rzeczy – kontynuował stary wojownik. – Serce gotowe do walki, ostrze złaknione krwi i drużyna spleciona braterską przysięgą. Czy jesteśmy gotowi?

– Jesteśmy! – krzyknęła tym razem wspólnie cała trójka młodych barbarzyńców.

Szli od brzasku, a słońce stało już na samym szczycie nieba. Teraz, po krótkim popasie, ruszyli dalej. Chociaż wciąż znajdowali się w granicach plemiennego terytorium, las dookoła zgęstniał, krajobraz zdziczał, a ścieżka zwęziła się nieprzyjaźnie. Sonson zamiast niepokoju czuł jednak narastającą ekscytację na myśl o bohaterskich czynach, które miały stać się jego udziałem.

– Sonson, chłopcze – Grim Garbarz zrównał się z nim i powiedział już dużo łagodniejszym, acz wciąż raźnym tonem – jakie to uczucie, stawiać pierwsze kroki jako mężczyzna? Przypomnij no mi, staremu, jak to jest!

Zamknął wielką dłoń na ramieniu chłopaka. Sonson napiął w odpowiedzi mięśnie tak, że rozwarł jego palce, a Grim zaśmiał się tubalnie i klepnął go w plecy z taką siłą, że Sonson poleciał do przodu. Czerwony Bronn prychnął pod nosem.

– Nie możesz się doczekać, by dowieść swojego męstwa, hę?! – dopytywał Garbarz.

– Chcę sprawdzić się w walce – przyznał z lekkim zakłopotaniem Sonson. – Przynieść plemieniu chlubę.

– Trzymaj się zatem blisko – zakrzyknął z tyłu syn Grima – to może krople mego potu zroszą twe skronie i skąpiesz się w odrobinie chwały, którą zamierzam się okryć. Wtedy masz szansę donieść kapkę do wioski!

Zuchwały młodzik zarechotał głośno. Sonson przewrócił oczami, uznając towarzysza za stojący na jego drodze pierwszy z wielu sprawdzianów cierpliwości. Jeśli Bronn postanowił z języka ukręcić sobie bicz, on musi z milczenia wykuć tarczę. Syn Grima kontynuował szyderczy monolog, Sonson jednak przestał go słuchać. Po części dlatego, że nie chciał nadwyrężać tak wcześnie owych braterskich splotów, o których mówił kapitan, a po części dlatego, że okolica wydała mu się nagle bardzo cicha. Dotąd z gęstwiny dochodziły trele, piski i krzyki co najmniej pięciu różnych ptaków, od czasu do czasu słychać było szelesty przedzierającej się przez poszycie spłoszonej sarny. Teraz ciszę zakłócał tylko Czerwony Bronn. Sonson spojrzał na Grima. Czy on też to zauważył? Stary barbarzyńca jakby w odpowiedzi uniósł  dłoń w ostrzegawczym geście.

– Coś jest nie tak – powiedział cicho. – Bądźcie gotowi, chłopcy.

Bronn ściągnął z pleców tarczę i złapał rękojeść miecza. Ygg podniósł maczugę i oparł ją o bark. Sonson sięgnął nad ramię, by chwycić trzon topora.

– Lepiej stań z boku i nie wchodź mi w drogę – usłyszał zjadliwy szept Czerwonego.

Cierpliwość. Milczenie. Tarcza.

Nastąpiła nieznośnie dłużąca się chwila wytężonego nasłuchiwania. Było tak cicho, że mogli usłyszeć brzęczenie zbliżającego się komara, jednak i ono szybko zamilkło.

Nagle tuż za plecami Sonsona zadudniło tak, że aż podskoczył. Zanim jednak jego stopy dotknęły na powrót ziemi, trzymał już nad głową topór, a Grim i Bronn pojawili się po jego bokach z orężem gotowym do walki. Naprzeciw nich Ygg stał w miejscu z wielką łapą przyłożoną do lewego policzka.

– Użar mie – wymamrotał. – Was nie żro?

Grim Garbarz poczerwieniał i wciągnął powietrze z głośnym świstem. Nie zdążył jednak wypowiedzieć nawet słowa, bo ściana lasu po ich prawej stronie dosłownie eksplodowała mieszaniną liści i gałęzi. Największy niedźwiedź, jakiego Sonson w życiu widział, wyskoczył na ścieżkę za Yggiem. Bestia zaryczała niczym uderzający z nieba grom, demonstrując przerażających rozmiarów szczękę. Mogła z powodzeniem chwycić i prawdopodobnie przegryźć na pół tułów dorosłego człowieka, a może nawet i Ygga.

To, co wydarzyło się potem, Sonson pamiętał jak przez mgłę. Półtroll zamachnął się maczugą, jednak niedźwiedź chwycił ją zębami i jednym szarpnięciem wyrwał z jego ręki. Oręż potoczył się po trawie, a oszalałe zwierzę skoczyło na Ygga, powalając go na ziemię. Zamiast jednak zedrzeć mu twarz z czaszki, rzuciło się dalej. Zanim Sonson zdążył zareagować, Bronn i Grim ruszyli bestii na spotkanie.

– Będę dziś biesiadował przy twoim sercu, potworze! – zakrzyknął młodszy barbarzyńca, biegnąc prosto na przeciwnika.

Nie było w tej szarży żadnej strategii, Bronn chciał jedynie zadać cios. I udało mu się, jednak draśnięcie nie zrobiło na niedźwiedziu wielkiego wrażenia. Długie futro i gruba skóra były niczym najlepszy pancerz.

– Giń…? – zdążył tylko sapnąć zdziwiony młodzieniec, zanim jeden ruch łapy posłał go dobre dwadzieścia stóp w głąb lasu.

W tym samym czasie jego ojciec próbował flankować stwora i powalić go sprytnym pchnięciem w miękką tkankę brzucha. Zanim zdążył jednak zrealizować swój plan, obracające się podczas ataku na Bronna cielsko niedźwiedzia zwaliło go z nóg.

Odcinek ścieżki dzielący bestię od Sonsona stał się nagle nieprzyjemnie opustoszały. Zwierzę zatrzymało się, wlepiło oszalałe ślepia w chłopca i stanęło na tylnych łapach. Na przodków mojej matki, on jest wyższy niż namiot ceremonialny, pomyślał Sonson. A potem niedźwiedź skoczył.

Chłopak zdążył tylko wyciągnąć topór jak najdalej przed siebie i ustawić ostrze na sztorc. Odwrócił głowę i zamknął oczy. Nie chciał patrzeć na swoją śmierć… jednak zamiast błyskawicznej przeprowadzki na Falujące Równiny Praojców poczuł tylko impet uderzenia i poleciał do tyłu.

Kiedy rozwarł powieki, leżał na ścieżce, przygnieciony przez gigantyczny kłąb futra. Nieruchomy kłąb futra. Zabrakło mu tchu i zorientował się, że jego klatka piersiowa nie była w stanie unieść się pod ciężarem bestii choćby o włos.

– Bogowie… – Usłyszał głos Grima. – Sonson!

Po chwili poczuł, że stary wojownik próbuje zepchnąć z niego zwłoki, co udało się dopiero, gdy do wysiłków dołączył Ygg. Sonson zaczerpnął łapczywie powietrza. Spodziewał się usłyszeć przy tym trzask połamanych żeber, wyglądało jednak na to, że poza oszołomieniem nic mu nie jest. Grim również wydawał się nie odnieść żadnych ran. Ygg nie miał tyle szczęścia – jego ramiona znaczyły krwawe szramy po niedźwiedzich pazurach. Czerwony Bronn z kolei dopiero wyłaniał się z lasu, z kwaśną miną rozmasowując udo. Cała czwórka stanęła i patrzyła w milczeniu na martwe zwierzę, któremu równo spomiędzy oczu wystawało ostrze Sonsonowego topora.

– Chlubą najlepszych wojowników są ofiarowane im przez bogów zaciekłe serca – zaczął w końcu Grim Garbarz – ale tobie, chłopcze, podarowali chłodny umysł. Dziś chylę przed nim czoła.

Sonson nie miał pojęcia, o czym mówi stary, jednak nie dbał o to. Patrzył w martwe oczy bestii i ze zdziwieniem stwierdził, że nie są one pełne szaleństwa i wściekłości, a… pewnego szczególnego rodzaju dumnego rozczulenia, właściwego zupełnie innym istotom.

 

***

 

Nie zabawili długo przy truchle. Grim pozwolił wyrwać Sonsonowi największy kieł z paszczy niedźwiedzia, a potem zamaskowali cielsko w gęstwinie i ruszyli dalej. Szli gęsiego, czujni, w pełnej gotowości do natychmiastowego chwycenia za broń. W kolejnej walce, która ich czekała, oręż miał się jednak okazać nieprzydatny.

Ich drogę przecięła wstęga górskiej rzeki. Wezbrane po obfitych opadach wody zmyły nawet wspomnienie po wykorzystywanym zwykle przez patrole brodzie. Nie mieli jednak wyjścia i musieli się przeprawić. Ygg, jak to Ygg, przeszedł bez większych trudności. Czerwony Bronn wykorzystał siłę młodości, a Grim Grabarz doświadczenie wieku, jednak obaj po wyczerpującej walce z nurtem padli bez sił na brzegu.

Nadeszła kolej Sonsona. Wszedł do rzeki, próbując wybadać kamieniste dno pod grubymi podeszwami butów z bawolej skóry. Czuł, że jest spadziste, widział też ciemniejącą głębię przed sobą. Kiedy jednak stawiał kolejne kroki, woda wciąż sięgała mu jedynie do pasa! Jakby… rzeka opadała? Co  tu się dzieje? Popatrzył wystraszony na towarzyszy. Grim i Bron wciąż leżeli, plując wodą. Ygg stał zwrócony w jego stronę, ale gapił się nieobecnym wzrokiem w tatarakowe zarośla i dłubał w nosie.

Sonson przypomniał sobie szarżę niedźwiedzia. Co, jeśli uznają, że używa jakiejś mrocznej magii? Tylko szamani mieli prawo do korzystania z takich mocy, a i to jedynie w szczególnie uzasadnionych przypadkach, na dodatek działając dla dobra grupy – nie jednostki.

Zrobił krok w bok, zamiast naprzód. Rzeka zareagowała tak samo. Potem nagle przyśpieszył – nic. Spróbował postąpić w lewo, nieoczekiwanie odbijając w prawo, jednak rzeka nie dała się nabrać i na czas spłyciła swe wody we właściwym miejscu.

– O matko… – jęknął z bezsilności.

Rzeka nagle wezbrała, jakby spłoszona jego głosem. Zanim rozbudzona kipiel uderzyła z pełną mocą, Sonson zdołał rzucić się do przodu i chwycić rozpaczliwie krawędzi wystającej z wody skały. Potem następnej i kolejnej. Na szczęście był już na tyle blisko, że po krótkiej walce z nurtem zdołał w ten sposób przyciągnąć się do brzegu.

– Jest i pogromca bestii! – Grim otworzył jedno oko i uśmiechnął się na jego widok. – Chodźmy zatem. Rozbijmy obóz i przyszykujmy jakąś strawę, póki starczy światła.

Sonson sądził, że chyba wie, kto stoi za tym, co mu się przytrafia. Kiedy jednak na słowa kapitana coś pod jego płaszczem zaczęło trzepać się i rzucać, a po rozchyleniu fałd futra pod jego stopy spadł dorodny pstrąg, nie miał już co do tego wątpliwości.

 

***

 

Drużyna wdrapała się na kamienisty szczyt, z którego Grim miał nadzieję wypatrzyć najlepsze miejsce do rozłożenia obozu. W otwartej, pozbawionej ochrony wzniesienia przestrzeni o szerokie piersi barbarzyńców zaczęły nagle rozbijać się podmuchy porywistego wiatru. Sunęli więc granią niczym wojenne okręty przez fale szalejącego w sztormie morza. W końcu stary wojownik przystanął i utkwił wzrok w topniejącej na horyzoncie kuli słońca.

– Wichry zachodu przybyły tego lata wcześnie – zawyrokował w końcu.

– Jakie wieści przynoszą, ojcze?

– Obietnicę gorącej krwi.

– Niechaj powierzą ją memu ostrzu! – ucieszył się Bronn.

– Ygg! – zawtórował mu Ygg.

– Nie nam jedynym złożyły tę przysięgę, młody wilku. Tej nocy księżyc nie może zastać nas niegotowych.

Sonson postanowił się nie odzywać. Westchnął tylko zrezygnowany, zwiesił ramiona i przycupnął na głazie, który wydał mu się być najmniej niewygodny. Pukle jego włosów powiewały wściekle na ciepłym wietrze, uwalniając się stopniowo od obciążającej je wody. Chłopak zastanawiał się, jak to możliwe, że tylko on słyszy, co tak naprawdę mówił wicher.

– Kto to widział? – wył głosem matki, smagając jego twarz. – Żeby chodzić, chodzić… wieczorem, wieczorem… z mokrą głową?

 

***

 

Sonson wylosował pierwszą wartę. Kiedy reszta rozłożyła się wygodnie na posłaniach dookoła ogniska, on odszedł kilka kroków i usiadł pod drzewem, opierając się plecami o chropowaty pień. Gwiazdy mrugały do niego spomiędzy bujanych wiatrem liści, dookoła grały świerszcze. Zakręciło go w nosie. Kichnął głośno i niespodziewanie coś stuknęło go w pośladek. Podniósł się i zauważył, że z ziemi na której siedział wystaje zaczątek świeżej łodyżki, który na jego oczach wyrósł, wypuścił listki i zakwitł drobnymi żółtymi kwiatuszkami. Sonson rozpoznał w roślince zioło o nieocenionym działaniu na rozmaite drobne niedyspozycje ciała, spowodowane na przykład zbytnim wychłodzeniem. Przewrócił tylko oczami i usiadł z powrotem na swoje miejsce, miażdżąc pęd.

– Odczep się, mamo – mruknął. – Nic mi nie jest.

Siedział i obserwował, jak księżyc podnosi się z horyzontu i rozpoczyna swoją nocną wędrówkę. W pewnej chwili wydało mu się, że na oświetlonym srebrnym blaskiem zboczu coś się poruszyło. Sonson zmrużył oczy i położył dłoń na trzonku topora.

– Ukaż się, cieniu! – powiedział najgroźniejszym i najniższym tonem, na jaki było go stać.

Odpowiedział mu szelest pobliskich zarośli. Ruszył w ich stronę, zaciskając obie dłonie na toporzysku i błagając niebiosa, by matka nie wpadła na pomysł nadziania mu na topór kolejnego powodu do chwały. Coś lub ktoś definitywnie skrywał się w gąszczu traw. Sonson przypomniał sobie jedno z powiedzonek Ygga: „Wal pierszy, by ciebie nie walli piersi”. Wziął więc porządny zamach i ciął toporem w bok, zżynając trawy – i wszystko, co mogło w nich siedzieć – na wysokości kilku stóp. Jeszcze zanim ostrze przeszło gładko na drugą stronę kępy, do jego uszu dotarł zduszony pisk. Sonson spojrzał w dół na stworzone właśnie przez siebie ściernisko. Na ziemi, obsypana ściętymi łodyżkami, leżała dziewczyna. Może nieco obdarta i brudna, ale poza tym zupełnie normalna. Jej wielkie, błyszczące oczy patrzyły na Sonsona ze strachem. Młody barbarzyńca błyskawicznie odrzucił topór.

– Na kurhan m-mego ojca – wydukał – p-przepraszam!

Złapał ją za ramiona i postawił na ziemi, by sprawdzić, czy nie rozpadnie się zaraz na pół. Pod jego dotykiem zadrżała i skuliła się jak ofiara chwycona szponami drapieżnika.

– Nie obawiaj się – próbował ją uspokoić. – Myślałem, że jesteś… nie spodziewałem się… w środku dziczy!

Dziewczyna milczała.

– Kim jesteś? Co tu robisz? Jesteś sama? – zasypał ją gradem pytań Sonson.

– J-jeść – wychrypiała, jakby odzwyczaiła się od mówienia.

Sonson spojrzał przez ramię na resztki kolacji pozostawione przy ognisku.

– Zakradłaś się, żeby zabrać coś do jedzenia?

Pokiwała głową.

– Skąd się tu wzięłaś?

– Uciek-łam. – Dziewczyna wskazała ręką na południe, w stronę Martwego Pogranicza. – Wioska… Wszyscy… Uciek-łam. Tylko. Ja.

Tym razem to Sonson zadrżał. Słyszał o wielu porwaniach, ale jeszcze nigdy o żadnym powrocie z krainy, którą władała sama Śmierć. Nie wyobrażał sobie nawet, świadkiem jakich okropieństw musiały być jej oczy. Odwrócił się, by przynieść tej umęczonej istocie wodę i strawę, ale jej drobne dłonie chwyciły go za nadgarstek.

– Nie zostawiaj! – zapiszczała. – Weź ze sobą! Błagam!

– Spokojnie, idę tylko…

– Mogę pracować. Jestem… będę silna – niemal płakała dziewczyna. – Mogę być dobrą… żoną.

To ostatnie słowo rozbrzmiało echem niczym magiczne zaklęcie. Żona? Do tej pory nie myślał o żonie. Popatrzył na bladą skórę i jasne włosy dziewczyny. Gdyby otrzeć z tej ładnej twarzy kurz… Wciąż ściskała jego nadgarstek, ale dotyk z rozpaczliwego zrobił się delikatny. Żona.

Wtedy nad ich głowami, gdzieś na szczycie wzniesienia rozbrzmiał huk. Ziemia zadrżała potężnie, w powietrze wzbił się tuman kurzu. Kiedy opadł, okazało się, że Sonson nie ma już przed oczami skoszonej kępy ani stojącej w niej obdartej niewiasty. Na ich miejscu spoczywał słusznej wielkości głaz. Chłopak poczuł, że coś ciepłego spływa po jego łydkach. Opuścił wzrok. Krew była wszędzie, ale nie to było jeszcze najgorsze. Błyszczące w księżycowej poświacie plamy juchy i fragmenty tkanek układały się bowiem w napis "MÓJ".

– Sonson! – usłyszał dobiegające od strony obozu okrzyki obudzonych towarzyszy i ujrzał gorejące punkciki odpalanych pochodni.

Zaraz tu będą. Chłopak w panice zaczął szurać butami, by zatrzeć krwawy napis, a ostatnie słowo dziewczyny dzwoniło mu w uszach.

– Co tu się stało, do… – Grim dopadł do niego, ale przerwał, gdy ujrzał głaz i rozbryzgane dookoła fragmenty ciała jarzące się teraz w świetle pochodni czerwienią.

Sonson nie wiedział, co powiedzieć.

– Znalazłem ją i… – zaczął.

– …i postanowiłeś przechytrzyć plugastwo, zasadzając się na wzniesieniu, by w odpowiedniej chwili posłać ten oto głaz na jej zgubę! – dokończył jednym tchem stary barbarzyńca.

Sonson prawie udławił się językiem.

– Zapewne chciała podkraść się do nas i omamić jakąś sztuczką – kontynuował Grim – objawić się pod postacią nadobnej dziewicy, która skusiłaby młode serca! Ale ty pierwszy dostrzegłeś tę wysłanniczkę Śmierci, Sonsonie, hę?!

– K-kogo?

– Wiedźmę! Sukkuba! Demonicę! – krzyczał kapitan, depcząc nienawistnie butem wystającą spod głazu rękę. Rękę, która nie była już biała i delikatna, ale pomarszczona i o zgniłozielonym odcieniu rozkładającej się tkanki. – I to na świętej ziemi naszych przodków! Oj, nie dane nam będzie dotrzeć na pogranicze, wilczęta. Starszyzna musi się o tym dowiedzieć.

Odrąbali zmiażdżonej istocie dłoń i zaczęli zwijać w pośpiechu obozowisko. Myśli Sonsona pozostały jednak na zalanym krwią zboczu. Jakie śmiertelne zagrożenie matka wyczuła w tej istocie, by tak gwałtownie pozbawić ją życia, zanim jeszcze objawiła się jej prawdziwa postać? Będzie musiał ją zapytać, gdy wróci.

Kiedy odchodzili, echo wciąż odbijało się od skał. Żona, żona, żona.

 

***

 

W zadymionym wnętrzu ceremonialnego namiotu siedziała długowłosa kobieta. Białka jej szeroko otwartych oczu odznaczały się w ciemności, gdy nieobecnym wzrokiem patrzyła w płomienie. Nagle jej ciałem wstrząsnął potężny dreszcz. Została właśnie zmuszona do dźwignięcia z ziemi kawała ciężkiej skały i ciśnięcia go w dół zbocza z celnością godną jastrzębia nurkującego z przestworzy ku skrytej w trawie myszy. Kobieta wstała i otarła pot z czoła, mamrocząc coś do siebie.

– Żona, phi! Mój synek zasługuje na kogoś lepszego, wywłoko.

Koniec

Komentarze

Opowiadanie ma strukturę baśni, ale oszukuje w tym czytelnika, ponieważ zakończenie jest otwarte. Jakby było dopiero prologiem do rozwiązania właściwej zagadki i tajemnicy. Pomimo rozwlekłych nieco opisów akcja idzie do przodu, chociaż spotkanie z niedźwiedziem lepiej przedstawione niż spotkanie z dziewczyną, a jej dialog z bohaterem mało naturalny. Zdanie, które spodobało mi się najbardziej (i śmieszne było) to:

“Przewrócił tylko oczami i usiadł z powrotem na swoje miejsce, miażdżąc pęd.

– Odczep się, mamo – mruknął. – Nic mi nie jest”

Szkoda, że Autor jest niekonsekwentny i zamiast pociągnąć wątek nadopiekuńczej matki, wprowadza ni stąd ni zowąd tę dziewczynę, o której nie wiem, co mam myśleć i która, niezamierzenie chyba, staje się główną bohaterką.

Znak dla mnie, że jednak zakończenie nie jest tak oczywiste, jak mi się wydawało. Dodałam fragment, który powinien wyjaśnić więcej, a w zasadzie pokazać, że jak najbardziej do końca planowałam ciągnąć ten wątek. Możliwe, że nie do końca umiejętnie. Dziękuję za opinię, bo te niedomówienia to coś, z czym walczę.

I jak widzę teraz, przekroczyłam nim limit znaków. Jakoś chyba przeżyję z karnym punktem, niemniej jednak przepraszam za ten występek.

Opowiadanie napisane jest sprawnie. Akcja jest interesująca i opisana ładnym językiem. Nie wiem, czy jest zabawne (zdarzały się śmieszne momenty) czy bardziej urocze. Dla mnie oczywiste było, że mamuśka zabiła wiedźmę, bo ośmieliła się przystawiać do jej synka, więc nie złapałam się w tajemnicę. Możliwe też, że fragment, w którym opisujesz, jak Sonson zastanawia się nad jej motywami jest… Nie do końca zręczny. Zagmatwanie Ci wyszedł po prostu. Ogólnie jednak historia wydawała mi się słodka, mimo elementów gore, które kontrastowały z resztą tekstu tworząc efekt nieco groteskowy. Obiecujący debiut. Powodzenia w konkursie. 

Jak dla mnie to po prostu dość przyjemna fantasy, ale nie bardzo dostrzegam tu element “fun”, bo jakoś szczególnie śmieszne to nie jest – momentami zabawne, owszem, całkiem miłe i nieźle napisane. Ale nie jestem pewna, czy na ten konkurs.

Zdajesz sobie sprawę, że jesteś odrobinę ponad limitem?

Lożo – tak, zdaję sobie sprawę i spróbuję jeszcze uciąć jakoś ten odstający koniuszek.

Dziękuję za wskazówki i opinie. Mam wrażenie, że jest bardzo cienka granica pomiędzy jeszcze lekkością, a już humorem. Zwłaszcza, że to przecież subiektywne. Dobrze, że przynajmniej momentami odbierane jest jako zabawne, może tych momentów udało mi się wpleść po prostu zbyt mało.

Zgadzam się z Anonimem. To co nas rozśmiesza do łez, jest inne dla każdego, więc oceny poziomu śmieszności będą z konieczności zupełnie, ale to zupełnie subiektywne.

Dla mnie opowiadanie jest lekkie, również zabawne i w nieciężkiej formie porusza całkiem uniwersalny temat matczynej fiksacji. Wcale nie uważam, żeby funu (matko, co za słowo!) było za mało, bo gdyby co rusz doklejać jakąś “śmieszną” scenę, nie byłoby to subtelne, a raczej niezręczne.

Przeczytawszy.

Finkla

Przyjemne, a przede wszystkim dobrze napisane. Nie było tajemnicą, kto pomaga Sonsonowi. Jest lekko i przyjemnie, umiejętnie wplecione opisy.

Gdy padło słowo żona, wiedziałem że dziewczyna źle skończy :-)

 

W stylu, w którym napisane jest to opko, spokojnie można napisać coś dłuższego i może poważniejszego niż matczyne zapędy. A czy na poważnie, czy okraszone humorem, to już wola piszącego.

 

Nie zagrało mi tylko, że chłopak miał 17 lat a najdalej od domu, był w życiu ledwo o dzień drogi.

 

Z tym topornym debiutem, to znaczy że pierwszy raz o toporach? Bo przecież nie że pierwszy tekst :-)

 

Pozdrawiam!

 

*klik*

chalbarczyk, dziękuję. To jest kolejny problem – ile żartu to za mało żartu, a ile to za dużo? Wszystko zależy od pomysłu i umiejętności autora do naturalnego wplecenia humoru w tekst. Ja stwierdziłam, że lepiej jest nieco żartu poskąpić, niż rzucać czymś “śmiesznym” co linijkę. Okazuje się, jak gdzieś już pod innym tekstem ktoś wspomniał, że rozśmieszenie to jedna z trudniejszych emocji do wywołania.

 

Mytrix, dziękuję za klika! W zasadzie to fakt, że wyczułeś pismo nosem od początku, także mnie cieszy. Żony największymi wrogami matek, wiadomo to nie od dziś, już kochanki lepsze! Z tym wiekiem chłopaka masz rację, może przydałoby się go odmłodzić – albo wydłużyć podróż. A jeśli chodzi o rozbudowanie tekstu… może w przyszłości do niego wrócę, bo przyznam, że pisało mi się przyjemnie. Na pewno odpowiada mi taka klasyczna fantastyka w lekkim stylu.

A debiut zarówno w obszarze posługiwania się toporem, jak i na innych polach. Jak to Anonim ;)

Bardzo ładnie napisane opowiadanie, jednak historia sama w sobie ani mnie nie urzekła, ani nie rozbawiła. 

Spodobała mi się historia Sonsona, uczestniczącego w pierwszej męskiej wyprawie, chronionego przed niebezpieczeństwami magią nadopiekuńczej mamusi. Dość zabawny to motyw, ale myślę, że mógłby być bardziej uwypuklony i lepiej wykorzystany.

Jeśli poprawisz usterki, kliknę Bibliotekę. ;)

 

a świa­tło ogni­ska roz­pa­lo­ne­go na środ­ku na­mio­tu śli­zga­ło się w tę i z po­wro­tem po łu­ko­wa­tym ostrzu broni wy­sta­ją­cej zza jego le­we­go bio­dra. –> Czy dobrze rozumiem, że broń wystawała zza lewego biodra namiotu?

 

i z pełną utra­pie­nia miną zbli­ży­ła się do Son­so­na. –> Na czym polegało utrapienie miny?

 

wy­szedł z na­mio­tu nie oglą­da­jąc się za sie­bie. –> Masło maślane – czy mógł oglądać się przed siebie?

Wystarczy: …wy­szedł z na­mio­tu nie oglą­da­jąc się. Lub: …wy­szedł z na­mio­tu nie patrząc za sie­bie.

 

pod­niósł w górę swoją gi­gan­tycz­ną ma­czu­gę. –> Masło maślane – czy można coś podnieść w dół?

 

– Tam, gdzie zmie­rza­my… –> – Tam, dokąd zmie­rza­my

 

Cho­ciaż wciąż znaj­do­wa­li się w gra­ni­cach oj­co­wi­zny… –> Czyjej ojcowizny?

 

a ścież­ka zwę­ży­ła się nie­przy­jaź­nie. –> …a ścież­ka zwę­zi­ła się nie­przy­jaź­nie.

Bo nie przypuszczam, aby ścieżka stała się wężem.

 

Son­son wy­wró­cił ocza­mi… –> Son­son prze­wró­cił ocza­mi

 

Son­son się­gnął nad ramię, by chwy­cić trzon swo­je­go to­po­ra. –> Zbędny zaimek – czy sięgałby po trzon cudzego topora?

 

Od­ci­nek ścież­ki dzie­lą­cy be­stię od Son­so­na stał się nagle śmier­tel­nie opu­sto­sza­ły. –> Na czym polega śmiertelność opustoszenia?

 

i sta­nę­ło na tyl­nich ła­pach. –> …i sta­nę­ło na tyl­nych ła­pach.

 

wy­sta­wa­ło ostrze son­so­no­we­go to­po­ra. –> …wy­sta­wa­ło ostrze Son­so­no­we­go to­po­ra.

 

ofia­ro­wa­ne im przez bogów po­ry­wi­ste serca… –> Na czym polega porywistość serca?

 

na oświe­tlo­nym srebr­nym świa­tłem zbo­czu… –> Nie brzmi to najlepiej.

Może: …na oświe­tlo­nym srebr­nym blaskiem zbo­czu

 

Gdyby otrzeć z tej ład­nej buzi kurz… –> Buzie maj dzieci, a Ty piszesz o młodej kobiecie, więc: Gdyby otrzeć z tej ład­nej twarzy kurz

 

– … i po­sta­no­wi­łeś prze­chy­trzyć plu­ga­stwo… –> Zbędna spacja po wielokropku.

 

Zo­sta­ła wła­śnie zmu­szo­na do dźwi­gnię­cia z ziemi ka­wa­łu cięż­kiej skały… –> Zo­sta­ła wła­śnie zmu­szo­na do dźwi­gnię­cia z ziemi ka­wa­ła cięż­kiej skały

Jeśli treść niekoniecznie porywa, to cieszę się chociaż, że forma jest przyjemna w odbiorze. Ale skoro jest tu jakiś potencjał, to zdecydowanie myślę, że kiedyś jeszcze do tej historii wrócę – tym razem bez pośpiechu.

Dziękuję za łapankę i chęć kliknięcia! Poprawki już uwzględnione, a przy okazji udało mi się co nieco wyrzucić, więc ponownie mieszczę się w limicie.

Bardzo proszę, Anonimie. Kliknięte. ;)

Pół krwi troll?

A drugie pół czyje było? Ludzkie? Podrzucili go pełnokrwiści pobratymcy, więc matką była trollica… a ojcem kto? Desperat jakiś?

 

Fajny klimat fantasy, bardzo dobrze napisane, niestety fanu tyle, co kot napłakał, i większości nieco wymuszony. Początek daje nadzieję na fajną opowieść, niestety środkowa część już nudzi. Końcowy twist przewidywalny, ale można powiedzieć, że jakiś element humoru ma.

 

Niestety, to opowiadanie, tak jak i zdecydowana większość pozostałych, pokazuje, że ten konkurs wyrządza autorom straszną krzywdę. Czytelnik nastawia się śmieszną na komedię, przez co bardzo winduje swoje oczekiwania w tym zakresie, a potem dostaje zwykle jakaś lekką parodię, wymuszone gagi, lub absurdalną historyjkę, która w normalnym przypadku zapewne by śmieszyła, ale w obliczu konkursowych oczekiwań powoduje tylko rozczarowanie.

 

Autorzy, podobnie jak i tutejszy Anonim, w większości nie bardzo sobie z komedią radzą i potem wychodzą z tego takie dzieła, co to dowcipu w nich na komedię za mało, ale kpin za dużo by opowiadanie mogło zaistnieć na innych polach.

Straszne to, bo przecież widać po warsztacie, że na przykład „Omamy” pisał ktoś z wprawnym piórem i o dużym potencjale.

 

Finklo, cóżeś Ty najlepszego zrobiła?

 

ps. Zamieszczonej w przedmowie bajki o debiucie nie kupuję.

Chrościsko, a mało to desperatów na świecie? Lub fetyszystów? A, może lepiej się nie będę, ekhm, zagłębiać w szczegóły poczęcia Ygga. Za dużo obrazów się w głowie pojawia :)

 

Co do zbyt małej ilości funu w funie, to poza rozmijaniem się oczekiwań z rzeczywistością (zauważyłam to również u siebie, niewiele konkursowych opowiadań mnie rozśmieszyło – i to nawet nie te same, które rozbawiły większość) wybrzmiewa coraz mocniej subiektywizm poczucia humoru. Pod wieloma tekstami widzę jednocześnie głosy, że bawi oraz, że nuda i smuta. Patrząc po sobie muszę przyznać, że komedia wychodzi mi lepiej, kiedy… nie staram się na siłę jej wymyślić. Może to jeszcze kwestia braku doświadczenia, bo:

 

ps. Ależ co złego w debiucie? Proszę kupić.

 

ps2. Dziękuję jednak za kilka miłych słów i w sumie za brak wiary w debiutowanie.

O tych fetyszystach to mogłabyś zdradzić coś więcej. Intrygujący temat, chyba najbardziej z całej historii ;)

Omamy II – Niepokazane Poczęcie ;) Trzeba by to dobrze przemyśleć, kwestie fizjologiczne i tak dalej… 

Na koniec prychnąłem, coś jakby śmiechem, ale jak na takie długie opowiadanie trochę za mało tego fun.

Podobała mi się bardzo opowiastka o Sonsonie, jego wyprawie, kandydatce na żonę, a przede wszystkim o nadopiekuńczej mamusi :)

Ten fragment skradł moje serce: 

– Kto to widział? – wył głosem matki, smagając jego twarz. – Żeby chodzić, chodzić… wieczorem, wieczorem… z mokrą głową?

heart

 

Może historia nie powala humorem, ale jest lekka, sprawnie napisana i kiedy skończyłam czytać, to aż się zasmuciłam “ale to już?”

Skoro pisane było na konkurs humorystyczny, to skróciłabym nieco opisy, a dała więcej humoru (nadopiekuńcza mama ma mega potencjał!), ale poza tym to nie mam się do czego przyczepić.

Świetny debiut, oby tak dalej!

 

A teraz lecę klikać, kliku klik!

 

Kolejne pomiary z funometrów czytających potwierdzają, że bojąc się przesytu, uciekłam w znaczny niedosyt. Lekcja odrobiona, chociaż nie byłoby łatwo (przynajmniej dla mnie) wpleść tu teraz więcej humoru bez urządzania całkowitego przemeblowania treści.

Cieszę się i z prychnięcia, Tomaszu R. Czarny!

Oraz bardzo mi miło Iluzjo, że i bez obezwładniającej ilości funu historia spodobała się na tyle, by sprowokować klik, dziękuję :)

Ups, tytuł mnie uprzedza i prawie 20k. No dobrze, czytamy.

Hm, tytuł bym zmieniła. 

Pierwsze odczucia. To jest ciekawa opowieść, ździebłko przegadana, za dużo tych przymiotników czasami, ale wciąga tj. potrzebna byłaby redakcja, aby zastanowić się, co jest zbędne. Niektóre fragmenty bardzo mi się podobały:)

Zabawnie raczej nie jest, choć potencjał na to jest.

Jedno szczególnie mnie zdrzaźniło:

‚po łukowatym ostrzu broni wystającej zza jego lewego biodra

Znaczy co miał, kurna przypasane? czy chodzi o topór i jego ostrze? Teraz myślę, że chyba tak, ale dlaczego nie napisać wprost o toporze?

pzd srd, a

Co do tytułu – lubię zabawę słowami i nawiązaniami, ale możliwe, że czasem ta zabawa widoczna jest tylko dla mnie ;) z ciekawostek powiem, że roboczy tytuł brzmiał “Madka natura”, ale uznałam, że zdradza zbyt wiele. 

Ten przegadany opis broni pojawił się ze względu na chęć uniknięcia powtórzenia – topór pojawił się we wcześniejszym zdaniu.

Cieszę się, że wciąga, nawet jeśli nie powaliło humorem! Dzięki za opinię.

Omamy, kierują mnie od razu w stronę snów lub zaburzeń psychicznych. Nie zauważyłam zabawy słowem. 

Kłopot dla mnie z tym fragmentem polegał na tym, że najpierw “topór był na plecach”, a potem na biodrach, jak rewolwer.

I całe szczęście, bo zdecydowanie lepiej czuł się z toporem na plecach.

Stanął tak teraz, dumny i prosty, odziany w swoje najlepsze skóry, a światło ogniska ślizgało się w tę i z powrotem po łukowatym ostrzu broni wystającej zza jego lewego biodra.

Tak, wciągała relacja z matką i drużyną:)

 

 

Chodziło “o mamę”, której działania z początku wydawały się Sonsonowi jakimś dziwnym zaburzeniem, a potem odkrył, że te przypadki to sprawka rodzicielki. Być może to zbyt duży skrót myślowy.

Z toporem to wyobraziłam sobie sprawę nieco po wiedźminowemu – chłopak nosił dwuręczny, a więc duży topór na plecach w taki sposób, że sięgając nad prawe ramię mógł złapać toporzysko. W takiej sytuacji ostrze wystawałoby na dole zza lewego biodra, bo broń ułożona byłaby ukośnie, żeby umożliwić w miarę wygodny chwyt.

Hm, chyba słabo z tym toporem. Przewieś sobie przez ramię, coś  na podobieństwo topora i napisz. 

Co do matki, ok :)

Nie miałam czego przewiesić, ale miałam Internet! Coś w ten deseń? Oczywiście w przypadku słusznego barbarzyńskiego topora zwłaszcza ostrze byłoby wydatniejsze.

Tak, jest przewieszone przez ramię, lecz nie przekonuje. Łatwiej byłoby nie opisać tego w ten sposób,  tylko aby uniknąć powtórzenia. Zdanie, po prostu niepotrzebne. 

Anonimie, mamy wiele zmysłów. Wzrok jest dominujący (statystycznie, w większości), wejdź w skórę Sonsona i nie opowiadaj tylko obrazem.

pzd srd, a

Jest to jakieś rozwiązanie.

Przyjemnie mi się czytało, a przy “odczep się, mamo” zachichotałam. Tekst zabawnie gra z konwencją baśni, a jednocześnie nie wpada w najbardziej utarte koleiny parodiowania baśniowych/fantasy struktur. Klik ode mnie.

ninedin, dziękuję za klika i cieszę się, że czytało się gładko i pomysł przypadł Ci do gustu, a nawet wzbudził chichot :)

Dziękuję nieujawnionemu klikaczowi, który wysłał tekst dla biblioteki!

Nowa Fantastyka