- Opowiadanie: Ajzan - Loki i Sigyn

Loki i Sigyn

Wiem, że fragmenty nie cieszą się na tym portalu dużą popularnością, ale jednak publikuję z prośbą o opinię i wskazówki.

Oryginalnie opowiadanie miało być na Mitologie, ale ze względu na drobne nieporozumienie i to, że pomysł (znowu) urósł mi zdecydowanie ponad limit znaków, wycofałam się z konkursu, ale z samej historii nie zrezygnowałam.

Na warsztat wzięłam zarówno Lokiego jak i Sigyn oraz ich relację. O ile z tą drugą nie mam większych problemów ze względu na śladowe informacje o niej, które nie są headcanonami (więc mogę tworzyć własne ;-) ), tak z Lokim mam zagwozdkę, bo nie chcę robić z niego skończonego drania, ale też nie mogę pozbawić go charakteru. 

Oceny

Loki i Sigyn

„A lie can travel half way around the world while the truth is putting on its shoes”.

Autorstwo powiedzenia niepewne

 

Sigyn opadła na poduszki. Uniosła kąciki bladoróżowych ust.

Kosmyki jej długich włosów spłynęły kaskadami na prześcieradło i poza krawędź łóżka. Drobne piersi wznosiły się i opadały w regularnych odstępach, równo z oddechem. Zazwyczaj woskową twarz pokrywał rumieniec.

Już dawno Loki nie widział żony w tak błogim stanie.

Słońce o tej porze wisiało na tyle wysoko, by zobaczyć je przez nie do końca zasłonięte okno sypialni. Promienie padały bezpośrednio na łóżko. Mając dość światła, wyczerpana Sigyn znalazła w sobie dość sił, by odwrócić się na bok. Loki natomiast miał ochotę na jeszcze trochę igraszek. Wyciągnął dłoń i długimi palcami powiódł po żebrach małżonki w dół aż do wgłębienia w talii.

– Wystarczy – mruknęła Sigyn przez poduszkę i zachichotała.

Jak sobie chcesz. – Loki wzruszył ramionami.

Przecierając oczy opuścił nogi na podłogę. Prawą stopą potrącił stojącą przy łóżku butelkę po winie, lewą zaś natrafił na coś innego: twardego i skórzanego w dotyku. Przez ciepłą aurę zadowolenia przebił się ostry, zimny kolec niepokoju. W zasnuwającej wzrok mgiełce Loki ujrzał długi, wijący się i zaciskający wokół jego kostki kształt. Srebrne oko błysnęło, zalśnił długi język…

Zareagował szybko, nawet nie zdążył dobrze pomyśleć. Z całej siły kopnął gada, który łukiem odleciał na drugą stronę pokoju, uderzył o ścianę a następnie opadł na podłogę bezwładnie.

Loki czuł jak cały dygocze a kolana ma jak z waty, mimo to jednak zdołał podejść do nieruchomego ciała. Po drodze jego wzrok nabrał ostrości, widział wyraźnie drobinki kurzu tańczące leniwie w promieniach słońca.

W kącie nie leżał wąż, tylko skórzany pasek do spodni z metalową klamrą i ćwiekami. Loki zamrugał parę razy dla pewności i podniósł przedmiot. Głęboko w nim ulga mieszała się z irytacją. Był zły na samego siebie, że dał się zwieść majakom. Znowu.

– Loki?

Odwrócił się. Z tego kąta miał dobry widok na całą sypialnię. Nie była duża, ale skromnie urządzona. Na ogół Sigyn utrzymywała w niej porządek, ale obecnie wszędzie walały się zrzucone poprzedniego wieczoru ubrania oraz butelki po tym, co w tych rejonach Midgardu uchodziło za najlepsze wino i piwo.

– Loki.

Dopiero za drugim wezwaniem spojrzał na samą Sigyn. Siedząc nago pośród stłamszonej pościeli przypominałaby postać z aktu spod pędzla dawnego mistrza, gdyby nie skazy, których żaden malarz by nie uwiecznił w imię estetyki. Promienie słońca jakby w nagłym przypływie złośliwości podkreśliły głębokie cienie pod oczami, zapadnięte policzki, niemal trupią bladość ciała oraz sterczące żebra. Błyskały w rozczochranych włosach koloru pozostawionej w najciemniejszym kącie stajni słomy, przypominając, że gdyby nie wrodzona skromność, Sigyn kiedyś, dawno temu mogłaby szczycić się złotymi puklami. Rumieniec bezpowrotnie odpłynął z twarzy razem z błogością chwili.

Loki zawrócił do łóżka a przy okazji rzucił pasek na bieliznę Sigyn. Rama zatrzeszczała, kiedy usiadł. Mimowolnie pomyślał, że jęk mebla przypomina zawodzenie umierającego… Nie, nie umierającego, tylko kogoś przykutego mocnymi więzami do skały głęboko w mrocznej jaskini, gdzie…

– Przessstań – syknął Loki z całą stanowczością na jaką mógł sobie pozwolić.

Nie chciał już nigdy więcej do tego wracać, ale wspomnienia nachodziły go niczym natrętne muchy. Krążyły wokół ofiary bzycząc paskudnie tuż koło uszu i tylko czyhały nawet na najsłabszy sygnał, by zacząć gryźć zaciekle.

Loki chciał ponownie przetrzeć oczy. Opuszkami palców musnął blizny na skroniach. Nadal piekły, choć nie tak jak kiedyś. Tyle dobrego.

– Loki – Sigyn zawołała go po raz trzeci. Spomiędzy palców spojrzał na jej zatroskaną twarz.

– Nie patrz tak na mnie. To nie pomaga – powiedział, ale ona nie ustąpiła.

– Pokaż, proszę.

Z głosem tak pełnym niepokoju nie umiał się dłużej kłócić. Cofnął dłoń, aby Sigyn mogła zobaczyć z bliska czarne plamy spalonej skóry, otaczające nabiegłe krwią oczy.

– Nie wygląda tak źle – stwierdziła. – Jak się czujesz?

Loki nie odpowiedział od razu, wciągnął powietrze nosem. Jak mógłby jej odpowiedzieć bez martwienia jej jeszcze bardziej? – myślał gorączkowo.

– Bywało lepiej, ale nie jest tak źle – odparł w końcu.

– To chyba dobrze – mruknęła Sigyn. Usiadła obok niego na skraju łóżka. Nic więcej nie powiedziała, tylko zapatrzyła się na wschodzące słońce.

Loki przyglądał się jej w milczeniu. Wiedział, co zaraz się stanie i jak zwykle miał rację. Wyglądało to tak, jakby ręce jego żony zyskały własne życie. Powoli uniosły się w górę, by zawisnąć bez ruchu nieco powyżej zamyślonej twarzy Sigyn. Czarne, krzywe palce sterczały rozczapierzone, z kciukami wyciągniętymi mocno na boki, by jak najpewniej utrzymać wielką misę, której od dawna nie było.

Loki westchnął.

– Znowu to robisz – upomniał.

W jednej chwili Sigyn ocknęła się i opuściła szybko ręce. Palce zacisnęła na pościeli najmocniej jak umiała.

– Przepraszam. To się dzieje sa… – Tym razem Loki nie pozwolił jej dokończyć. Przyłożył palec do pokrytych licznymi drobnymi bliznami ust. Sigyn posłusznie skinęła głową.

Nie musieli nic mówić, skoro oboje doskonale wiedzieli, że choć z niezwykłym trudem zdołali wydostać się z jaskini, pozostawiając martwego węża marynującego się we własnym jadzie w potłuczonej misie, to od wspomnień nie zdołają uciec. Pod tym względem oboje nigdy nie będą naprawdę wolni.

Loki wstał. Przeciągnął się najlepiej jak umiał w pomieszczeniu z za niskim dla niego stropem, po czym zaczął zbierać ubrania z podłogi.

– Wychodzisz? – spytała Sigyn. Z wezgłowia ściągnęła wstążkę do włosów.

– Przejść się – odparł nie patrząc żonie w oczy. Naprawdę poczuł potrzebę zaczerpnięcia świeżego powietrza.

– Kiedy wrócisz?

Ręka Lokiego zawisła akurat nad felernym paskiem. Poczuł, że coś mu rośnie w gardle.

– Nie wiem – odparł po chwili. Zamiast paska chwycił reformy.

Udało mu się zebrać mniej więcej wszystko. Oddał małżonce jej rzeczy.

– Tylko nie wpakuj się za szybko w kłopoty – powiedziała – i… uważaj, proszę.

Gula w gardle urosła, ale zdołał ją przełknąć. Nie odpowiedział, tylko odszedł, by się przebrać.

W kącie po drugiej stronie sypialni stało wysokie lustro. Sigyn znalazła je na strychu w dniu, kiedy się wprowadzili do tego domu. Według Lokiego lepiej było, kiedy pokrywały je rysy i smugi. Pośród uszkodzeń i brudu blizny pokrywające całe jego ciało nie wyglądały tak koszmarnie. Głębokie cięcia znaczyły ręce, nogi i tułów, wciąż ciemne od strupów skrywających rany, które nigdy się nie zagoją. By nie musieć na nie więcej patrzeć, Loki ubrał się szybko. Szramy wokół kostek i ud zniknęły w długich nogawkach spodni. Przecinające klatkę piersiową rany okryła lniana koszula. Loki starannie naciągnął rękawy na głębokie cięcia na nadgarstkach i wciągnął myśliwskie buty. Gdy miał na sobie już wszystko, co zebrał z podłogi, odkrył, że jednak czegoś brakuje.

W tym samym momencie usłyszał za sobą ciche skrzypienie podłogi.

– Jeszcze to – powiedziała Sigyn. – Znalazłam za stolikiem. – Podsunęła mu w dłoniach starannie złożony fular.

– Dzięki. – Loki owinął chustkę dokładnie wokół pręgi zdobiącej szyję niczym obroża z powrozu.

Pozostały jeszcze tylko blizny na twarzy: te przypominające białe glisty na ustach oraz czarne plamy wokół oczu. Loki westchnął. Mógł użyć czarów – to byłaby całkiem prosta iluzja – ale czy warto marnować siły, skoro i tak nadal będzie czuł stare rany pod palcami? Na pogawędki z ludźmi też nie miał ochoty, więc po co się niepotrzebnie męczyć?

Machnął ręką i ruszył ku drzwiom. W progu sypialni jeszcze raz zerknął przez ramię na Sigyn. Miała na sobie tylko na szybko założoną bieliznę. Czarne dłonie trzymała opuszczone i złączone ze sobą.

– Powodzenia – powiedziała ciepło. Co wydało się Lokiemu dość niezwykłe, znów się uśmiechała. Musiał przyznać sam przed sobą, że lubił kiedy to robiła. – Baw się dobrze.

Skinął głową na pożegnanie i wyszedł.

Midgardzki dom, w którym obecnie mieszkali, był znacznie mniejszy od ich siedziby w Asgardzie. Aby przejść przez drzwi, najpierw sypialni, następnie główne, musiał się schylać. Na zewnątrz zaś lawirował między grządkami kwiatów zasadzonych przez Sigyn. Był to całkiem śliczny ogródek, lecz nie umywał się do tego, co w ciągu wielu długich lat zdołała stworzyć wokół dawnego domu. Kiedy Loki wracał z długich podróży, lubił usadowić się w cieniu jabłoni albo gruszy i przez dym z zapalonej fajki podziwiać falujące kwiatowe dywany z misternie ułożonymi wzorami.

A kiedy Asowie przybyli po Sigyn, przeszli po tych dziełach w ciężkich butach. Czasem opowiadała o tym Lokiemu w jaskini, gdy trzymała nad nim misę. Mówiła z niezwykłą pasją, jakby to właśnie w zniszczeniu jej wspaniałego ogrodu widziała największą zbrodnię innych bogów. Dopiero później Loki zrozumiał, że w ten sposób po prostu próbowała jakoś poradzić sobie z emocjami, o których prawdziwej przyczynie nawet ona nie potrafiła mówić otwarcie.

Loki nie zdążył dotknąć klamki furtki, kiedy usłyszał za sobą piskliwe ujadanie połączone ze stukotem ośmiu łap o ziemię. Nim się obejrzał, otoczyły go dwa dobrze wyrośnięte szczeniaki. Nie przestawały szczekać i próbowały wskoczyć mu w ramiona, choć bardziej prawdopodobne, że wcześniej podrą mu spodnie, jeśli ich nie powstrzyma.

Loki jednak stał tylko i patrzył skonsternowany.

– Vali, Narfi, spokój! – krótki rozkaz z trudem wyszedł mu z gardła.

Szczeniaki posłusznie usiadły na ziemi w oczekiwaniu na dalsze komendy. Ogonami zamiatały za sobą piasek na ścieżce.

– Do domu, do mamy, ale już! – dodał, na co psy na wyścigi pobiegły we wskazanym kierunku.

To Vali jako pierwszy przeskoczył próg, za nim wpadł Narfi. Po chwili z wnętrza doleciał wesoły szczebiot Sigyn. Zazwyczaj spały z nią w sypialni, lecz poprzedniej nocy zostały oddelegowane do pokoju dziennego.

Loki wykrzywił pokaleczone usta w grymasie przypominającym niewesoły uśmiech.

Przez stulecia nauczył się myśleć o przykuwających go do skały więzach, jak o tylko naprawdę mocnych sznurach. Próbowali unikać razem z Sigyn rozmów o ich wspólnych dzieciach, nawet po odzyskaniu wolności. Loki uważał, że tak będzie lepiej i dla niego i dla niej: pozwolić im odejść.

A potem pod jego nieobecność trzy miesiące temu przygarnęła od sąsiadów dwa podobne do wilków szczenięta. Gdy tylko Loki je ujrzał po raz pierwszy w ramionach szczęśliwej żony i poznał ich imiona, dotarło do niego w pełni, że nigdy nie przestała tęsknić za synami.

On z kolei dawno pogodził się z ich śmiercią – wmawiał sobie. Nie darzył tych urwisów tk wielkim uczuciem jak Sigyn, a jednak, ilekroć psy nazwane na ich cześć zbliżały się do niego, czuł się nieswojo.

Dlaczego?

Szedł żwirową drogą, wzdłuż której rosły młode drzewka. Wśród szeleszczących cicho liści ćwierkały ptaki a wokół unosił się zapach traw.

– Jest zbyt pięknie. Taki błogi stan rzeczy nie może trwać wiecznie – mruknął cierpko Loki pomny niedawnych doświadczeń.

Jak się wkrótce okazało, znów miał rację i to wcześniej niż się tego spodziewał. Lekki wietrzyk niespodziewanie zmienił kierunek. Przyniósł ze sobą wyraźny smród gnijącego mięsa. Po kilkunastu krokach w tym, co początkowo uznał za tylko leżący na drodze, spory kamień, rozpoznał pozbawione części głowy, kawałków mięsa i sporej ilości piór truchło gołębia. Na pierwszy rzut oka nieszczęsny ptak wpadł w łapy łasicy.

Przez moment Loki spoglądał na trupa, po czym, z niesmakiem i złością, jednym kopnięciem posłał go do przydrożnego rowu. Nie dość, że został trwale okaleczony przez więzy oraz jad węża, to jeszcze wzrok miał nie taki, jak kiedyś.

W oddali rozbrzmiało bicie dzwonów. Loki przypomniał sobie, że dziś niedziela. Ze szczytu wzgórza, gdzie akurat stał, miał dobry widok na pobliski kościół. Właśnie rozpoczynała się msza.

Ponure myśli o Sigyn i dzieciach przesłoniła ciekawość. Od razu też poczuł się lepiej.

Na splamionym krwią żwirze pozostało kilka piór. Loki sięgnął po największe. Było postrzępione i brudne, ale zawsze to lepsze niż nic.

– Może się przydać – uznał.

Koniec

Komentarze

W kwestii cytatu: autorstwo tego powiedzenia przypisuje się najczęściej Markowi Twainowi, ale znalazłam informacje, że (o ironio) to nie jest prawda. Nieco zmienioną wersję spopularyzował też Terry Pratchett.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Szczerze mówiąc, trudno z tego fragmentu wiele wywnioskować. Jest to sam początek i tylko trochę zarysowałaś tło opowiadania, którego dalszej części (na razie) nie dane nam poznać. Opowiadaniu przyda się łapanka, bo jest w nim troszkę błędów składniowych i powtórzeń, ale to zadanie pozostawiam bardziej wprawnym w tej dziedzinie użytkownikom.

Ze swojej strony mogę powiedzieć, że podobało mi się przejście z nieco komicznego początku (pasek jako wąż) do bardziej dramatycznych nut, gdy czytelnik odkrywa, skąd u Lokiego takie majaki. Podobał mi się sposób, w jaki opisałaś uniesione ręce Sigyn. Nie wiem dlaczego, ale ten obrazek jej dłoni wyjątkowo przemówił do mojej wyobraźni i zapadł mi w pamięć. Jeśli chodzi o resztę opowiadania to na razie bez większego wrażenia, musiałabym dowiedzieć się co będzie dalej, żeby móc ocenić, czy mi się podoba. Nie mam pojęcia, co zwiastuje martwy gołąb, toteż nie wiem, czego się dalej spodziewać. 

Dziękuję. za komentarz, rosebelle. Jedna z rzeczy, o które się martwiłam, było też stężenie angstu, czy nie jest za duże jak na początek opowiadania.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

I ja nie bardzo wiem, o co tu chodzi. Jeśli to opowiadanie wycofane z konkursu, nie wiem czy jako samodzielne, będzie czytelne. Mnie w tym fragmencie zdumiała obecność reform, apaszkiowczarków niemieckich.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

„A lie can travel half way around the world while the truth is putting on its shoes.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

Nie pa­trząc w dół opu­ścił na pod­ło­gę naj­pierw jedną nogę. Stopą za­ha­czył o sto­ją­cą przy łóżku bu­tel­kę po winie. Nie spoj­rzał w dół… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Zimny pot spły­nął Lo­kie­mu po ple­cach, lecz mimo to po­sta­no­wił po­dejść do nie­ru­cho­me­go ciała. –> Dzielny pot! Choć spłynął to i tak postanowił podejść do ciała.

 

Nie chciał już nigdy wię­cej do tego wra­cać, ale wspo­mnie­nia wra­ca­ły ni­czym na­tręt­ne muchy. –> Powtórzenie.

 

Spoj­rzał na jej za­tro­ska­ną twarz po­mię­dzy pal­ca­mi. –> Czy dobrze rozumiem, że Sigyn miała twarz między palcami?

 

Za­wsty­dzo­na skie­ro­wa­ła wzrok przed sie­bie, w kie­run­ku okna. –> Brzmi to fatalnie.

 

Ogo­na­mi za­mia­ta­ły za sobą pia­sek na śnież­ce. –> Literówka.

 

po czym z nie­sma­kiem po­słał jed­nym kop­nię­ciem go do rowu… –> …po czym, z nie­sma­kiem, jed­nym kop­nię­ciem posłał go do rowu…

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Poprawione. ^^

Coś nie tak z apaszką,reformami i owczarkami?

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

To zależy, Ajzan, kiedy dzieje się ta opowieść.

– apaszka – ta chusta była elementem stroju apasza, a ci pojawili się, o ile mi wiadomo, w XIX wieku.

– reformy – obawiam się, że tak Loki jak i Sigyn, nie znali reform/ majtek https://pl.wikipedia.org/wiki/Majtki

– owczarek niemiecki – nawet jeśli Sigyn miała takie psy, to nie wierzę, by wtedy mówiono o nich owczarki niemieckie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Akcja docelowo dzieje się a alternatywnej dziewiętnastowiecznej Anglii, więc założyłam, że te elementy będą pasować. Sprawdzałam w Wikipedii a na owczarki padło, bo husky byłyby za dużym naciągnięciem.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Mam wrażenie, że w XIX-wiecznej Anglii chyba nie noszono apaszek – ale tu coś pewnego mogłaby powiedzieć Drakaina.

Zdaje mi się też, że Anglicy mają dość własnych psów pasterskich i pewnie dlatego owczarki niemieckie jakoś słabo widzę w XIX-wiecznej Anglii. Ale nie wykluczam, że mogły być.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Na tym etapie jeszcze mogę trochę pozmieniać, bo ani rasa psów, ani apaszka nie są w sumie takie istotne, o ile to rasa wilkowata a Loki ma czym rozsądnie owinąć szyję.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Zamiast apaszki proponuję fular.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sprawdziłam. Może być. Zmienię przy najbliższej okazji.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Poprawione. Oprócz zamiany apaszki na fular, cofnęłam jeszcze wzmiankę o owczarkach niemiecki oraz przerobiłam troszeczkę tekst, zmieniając jedną scenę a także usuwając i przerabijaąc niektóre zdania.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Nowa Fantastyka